EBENEZER ROJT

Demony seksu i pruderii w "Gazecie Wyborczej"
Dwa listy

Tym razem mała ciekawostka z cyklu "Jak redaguje się gazety". Odcinek "Listy do redakcji".

Naturalnie nie będę wam tłumaczył jak dzieciom, że w każdej gazecie sporą część listów do redakcji pisze sobie sama redakcja, bo to oczywistość. List do redakcji jest bowiem bardzo wygodną formą literacką. Można na przykład napisać w nim coś bulwersującego, pod czym redakcja wolałaby się nie podpisywać, a tak może potem to bulwersujące skomentować z troską lub oburzeniem.

Może też taki list przydać się redaktorowi technicznemu jako zapchajdziura. Numer już powinien iść do drukarni, a tu na trzeciej stronie wciąż brakuje jeszcze ćwierć kolumny. Bierze się wtedy list do redakcji i dziurę zatyka. W dodatku list od czytelnika ma prawo być trochę niezborny i niezbyt wspaniale napisany, więc bez problemu można na chybcika coś z niego wyciąć albo nawet coś dopisać według potrzeb. A rzekomy autor listu nie zrobi o to awantury, bo przecież nie istnieje.

W porządnej redakcji rezerwowych listów od czytelników trzyma się na podorędziu co najmniej kilka. Politycznych, interwencyjnych, obyczajowych i całkiem nijakich. Pro- i anty. Trzeba tylko pamiętać, by po wykorzystaniu list z tego podorędzia usunąć. Dawniej wystarczyło kartkę zmiąć w kulkę i do kosza. Dziś, w dobie bytów elektronicznych, pojawiających się i znikających niemal tak kapryśnie jak aniołowie pańscy, czasem bywa z tym problem.

To właśnie zdarzyło się w redakcji "Gazety Wyborczej" (dodatek "Wysokie Obcasy"), która list od czytelnika Macieja opublikowała najpierw 25 października 2017, a potem raz jeszcze 18 listopada 2017. Nie był to już jednak dokładnie ten sam list - przeredagowano go do tego stopnia, że wręcz zmieniła się jego wymowa. I stąd ta notka.

Pierwszy list, "Żona nie potrafi cieszyć się seksem, bo jest on obarczony wstydem, poczuciem winy i grzechu" [LIST] (strona zarchiwizowana), opowiadał smutną historię o tym, jak straszliwe spustoszenia w kobiecej seksualności powoduje religia. Wprawdzie żadne brzydkie słowo na k nie padło (katolicyzm, kościół, ksiądz...), ale przecież jasne jest, że kiedy ktoś pisze: "pokolenie obecnych 40-latków wciąż zbiera żniwo pruderyjnego wychowania lat 70. i 80.", bo jest obarczone "poczuciem winy oraz grzechu", to nie chodzi mu o czcicieli Swaroga ani o zgubny wpływ kalwinizmu.

Drugi list, Jesteśmy kochającym się małżeństwem bez seksu (strona zarchiwizowana), ten wydrukowany w kilka tygodni później, był również smutny, ale już bardzo wyciszony i znacznie krótszy. Nie opowiadał teraz o problemie całego pokolenia, ale wyłącznie o problemie jednej konkretnej rodziny. Nie wiadomo już, w jakim dokładnie wieku jest pan Maciej. Znikły też niemal wszelkie aluzje do religijności. Wykreślono "świętoszkowatość", "pruderię" oraz, rzecz jasna, "wstyd", "poczucie winy" i "grzech".

Aby ułatwić wam porównanie obydwu listów, niżej zaznaczyłem wszystkie skreślenia, jakich dokonano w pierwotnym tekście.

Bardzo dobrze, że coraz więcej mówi się o molestowaniu dziewczynek, nawet tym pozornie niegroźnym, tym w wykonaniu wujków glonojadów, którzy ściskają i obcałowują niby serdecznie i zawstydzają przy całej rodzinie.

A ja chciałbym powiedzieć o matkach świętoszkowatych, które niszczą życie seksualne kobiet na całe życie. Być może problem zanika wraz ze zmianami w społeczeństwie, wraz z otwarciem na świat. Ale pokolenie obecnych 40-latków wciąż zbiera żniwo pruderyjnego wychowania lat 70. i 80.

W bardzo wielu domach tamtych lat mówiono dziewczynkom: nie patrz w lustro, bo diabła zobaczysz. Nie ubieraj się tak kolorowo. Nie dotykaj się nigdy, bo to straszny grzech. Spustoszenie w psychice dziecka jest prawdopodobnie takie samo jak na skutek molestowania. Te dziewczynki, gdy dorastają, nie potrafią cieszyć się seksem, bo jest on obarczony takim wstydem i poczuciem winy oraz grzechu, że nie ma szans na przyjemność.

Mam obecnie 47 lat, moja żona jest cztery lata młodsza ode mnie. Nasz związek zrodził się z wielkiej miłości. To była ogromna obustronna fascynacja, cudowne szaleństwo. Byliśmy dojrzałymi ludźmi po trzydziestce, oboje po nieudanych pierwszych związkach. Szybko okazało się, że mamy wspólne zainteresowania, że nie nudzimy się ze sobą i wiemy, że chcemy się ze sobą zestarzeć.

Idylla. Byłaby idylla, gdyby nie seks. W pierwszych miesiącach naszego związku nie przeszkadzało mi, że moja żona nie akceptuje stosunku seksualnego.

Był petting, poczucie bliskości. Byłem czuły i delikatny w łóżku. Z czasem zaczęło mi brakować pełnego seksu. Szczególnie że nasze intymne kontakty zawsze musiały przebiegać tak samo. Nie mogło być żadnego odstępstwa od reguły, od powtarzania tego samego zestawu czynności. Nie chcę wchodzić w intymne szczegóły. Z kolejnymi latami naszego związku odczuwałem coraz większą monotonię takich zbliżeń. Próby rozmowy na ten temat zawsze kończyły się fiaskiem. To był temat tabu. Nasze życie seksualne zamarło.

Po latach moja żona opowiedziała mi, że jej mama tak bardzo nie lubiła seksu, że używała swojej córki jako "żywej tarczy".

Wyglądało to tak, że brała dziewczynkę do łóżka i kładła ją między sobą a mężem. Oczywiście zdarzyło się tak, że którejś nocy jednak zbliżenie nastąpiło i mała dziewczynka patrzyła przerażona na to, co jej ojciec robi mamie. A dlaczego jej mama tak bardzo nie lubiła seksu? Bo jej mama (babcia mojej żony) mówiła: nie patrz w lustro, bo diabła zobaczysz. Nie wkładaj tej krótkiej sukienki. Nie dotykaj się! W ten sposób klątwa trwa i przenosi się z pokolenia na pokolenie.

Oczywiście, powie ktoś, różne są potrzeby seksualne. To jest zdeterminowane genetycznie. Być może kobiety z tej rodziny mają niskie libido i trzeba to uszanować. Ale przecież niechęć do rozmowy na ten temat świadczy już o czymś innym. O tym, że tabu zostało kulturowo narzucone. Jest to trochę sytuacja bez wyjścia. Moja żona nie ma rozwiniętych potrzeb seksualnych, więc trudno namawiać ją na leczenie. W dalszym ciągu rozmowa na ten temat jest bardzo trudna. Jesteśmy kochającym się małżeństwem. Moja żona jest piękną kobietą. Dobrze nam ze sobą. Zawsze możemy na siebie liczyć. Jesteśmy kochającym się małżeństwem bez seksu. A bylibyśmy szczęśliwym małżeństwem, gdyby seks był. Piszę o tym, bo wiem, że problem nie dotyczy tylko naszej pary.

Na koniec jeszcze krótki komentarz.

Pierwszy list najprawdopodobniej skomponowała osoba bardzo młoda, dla której lata 70 i 80. to w zasadzie koniec epoki wiktoriańskiej. Miała jednak problem ze spójnym wyobrażeniem sobie tamtych zamierzchłych czasów, a nikt dotąd nie powiedział jej, że nie przypominały one świata "Opowieści podręcznej". Pruderyjna rodzina, opętana poczuciem winy i grzechu, w której zarazem rodzice kopulują w przytomności małej dziewczynki śpiącej z nimi w jednym łóżku. Akurat logiką ta wizja na pewno nie grzeszy. Sama dziewczynka zaś, już jako dorosła kobieta, z jednej strony ma potem problem z seksem, ale nie ma problemu, by się rozwieść (albo - o zgrozo! - wchodzić w związki bez ślubu). Nie do końca też wiadomo, na czym ten jej problem polega. Bo raz "niskie libido", ale wcześniej, że petting owszem, tylko "nie akceptuje stosunku seksualnego". Raz "niechęć do rozmowy", ale wcześniej zupełnie niebywałe wyznanie o życiu seksualnym własnej matki. Tak właśnie "Wysokie Obcasy" wyobrażają sobie kulturowo narzucone tabu.

Do tego jeszcze język - choćby o molestowaniu dziewczynek przez "wujków glonojadów". 'Glonojad' to w dość świeżym żargonie najczęściej kobieta, która przesadnie powiększyła sobie operacyjnie usta i teraz wygląda jak karykatura "całuśności". Raczej rzadkie wyrażenie u (podobno) prawie 50-letniego mężczyzny. Google znajduje tylko dwa teksty o całowaniu przez "wujków glonojadów". Powyższy list pana Macieja oraz artykuł Ewy Wieczorek, też akurat z "Wysokich Obcasów". Ale być może pan Maciej właśnie z tego artykułu nauczył się nowego słówka i zaraz usiadł do napisania swojego listu.

Drugi list to już efekt pracy wykonanej przez redaktorkę doświadczoną i umiarkowaną, która część tych nonsensów poskreślała, a przede wszystkim uznała, że będzie to jednak historia rodzinna, opis pewnego szczególnego przypadku, nie zaś próba pokoleniowego rozrachunku z religijną pruderią. Sugestie, że może chodzić o katolicką obyczajowość, są już właściwie niewidoczne. Coś takiego mógłby chyba zamieścić także "Gość Niedzielny".

Widocznie na wszelki wypadek wciąż jeszcze trzymają w "Gazecie Wyborczej" redaktorów na każdą pogodę.