EBENEZER ROJT

Herbert w oczach Tyrmanda i Kisielewskiego
WYPISY

W 1990 roku w obszernym liście do Stanisława Barańczaka, później ogłoszonym w "Gazecie Wyborczej", Zbigniew Herbert tak pisał o swoich warszawskich przyjaciołach z lat stalinizmu:
Jedynymi moimi przyjaciółmi w Warszawie byli mój gospodarz, wierny i nieodżałowany Przyjaciel, Władysław Walczykiewicz, urzędnik Ministerstwa Handlu Zagranicznego, oraz nade wszystko Leopold Tyrmand, który wspierał mnie moralnie i materialnie. Na jego postawie moralnej wzorowałem się i naprawdę nie wiem, czy przeżyłbym bez niego te ciemne czasy. Byli także Stefan Kisielewski, Zdzisław Najder i Zygmunt Kubiak. Wszystkich ich wspominam z niezmienną wdzięcznością [1].
Poniżej podaję wypisy z dzienników dwóch z nich, których postawę moralną Herbert najwyżej cenił: z Dziennika 1954 Leopolda Tyrmanda oraz z Dzienników Stefana Kisielewskiego [2] wraz z hasłem poświęconym Herbertowi w Abecadle Kisiela.

Leopold Tyrmand, Dziennik 1954 [3].

7 stycznia

Po południu był u mnie Herbert. To jeden z najlepszych moich współczesnych. Moim zdaniem - poeta numer jeden swego pokolenia, a może i całej naszej połaci dziejów powojennej Polski. Wie się o nim jeszcze niewiele, drukował mało, trochę w "Tygodniku Powszechnym". Nie spotkał się zresztą z entuzjastycznym uznaniem wśród katolików, ale my wszyscy w "Tygodniku" byliśmy zgodni, że to klasa sama dla siebie. Że on jeszcze pokaże, jak mu tylko pozwolą.
Zbyszek Herbert nie ma jeszcze trzydziestu lat, jest szczupły, trochę słabowity, o za szerokich biodrach. Ma uczniakowaty, wesoło zadarty nos i podejrzanie łagodne, jasne oczy. W ich błękitnej miękkości jest nieszczerość i upór. Jest grzeczny, życzliwy, spokojny, lecz w uprzejmości czai się wola i krnąbrność i jakaś wyczulona przewrotność, z którą lepiej się liczyć. Mówi cicho, interesująco i wie, o czym mówi, nosi w sobie dużą i bezinteresowną erudycję, którą bez wysiłku przetapia na dowcip i wdzięk. Uprawia moralną czystość, bezkompromisowość i wierność samemu sobie trochę na pokaz, ale w tak solidnym gatunku, że nie można przyczepić się do niczego i nie można odpłacić mu niczym poniżej głębokiego szacunku.
Oczywiście, cierpi nędzę. Zarabia kilkaset złotych miesięcznie jako kalkulator-chronometrażysta w spółdzielni produkującej papierowe torby, zabawki czy pudełka. Pogoda, z jaką Herbert znosi tę mordęgę po ukończeniu trzech fakultetów, jest wprost z wczesnochrześcijańskiej hagiografii. Ta pogoda to precyzyjnie skonstruowana maska: kryje się za nią rozpacz człowieka, który boi się, że przegrał życie w niepoważnym pokerze historii, w którym stawką były ideologiczne przywiązania i honory. W konsekwencji tego zgubnego nałogu nie jest w stanie pomóc starym schorowanym rodzicom czy wymknąć się innym zgryzotom. Przypomina człowieka, który pochylił się nad studnią życia i którego doszedł stamtąd przeraźliwy smród, ale który się także wpił spazmatycznie w krawędź, aby się nie cofnąć i za żadną cenę nie przenieść rozmarzonego wzroku w cukierkowe landszafty.
Mnie łączy z Herbertem przyjaźń dziwna: wiemy mnóstwo o naszych myślach i wzajemnych zaufaniach, ale oddzielamy od nich skrupulatnie sprawy naprawdę osobiste. Nie zwierzamy się sobie, więc nie wiemy o sobie rzeczy najważniejszych. Każdego z nas gniotą z pewnością intymności do przekazania, z potrzeby najprostszej higieny psychicznej, lecz jest między nami coś nieprzekraczalnego. Może to i lepiej.
[...]
Powiedziałem Zbyszkowi o tym dzienniku [4]. Przyjął to poważnie i powiedział, że rozumie, co to dla mnie znaczy i jak rehabilituje czas trwoniony na przymusową bierność. Powiedział, że spodziewa się po mnie bezlitosnej szczerości, i że tylko taka szczerość to conditio sine qua non przedsięwzięcia, i że nawet najbłahszy dziennik pensjonarki staje się pasjonujący poprzez szczerość, bowiem nie ma w literaturze rzeczy bardziej pochłaniającej ludzką uwagę niż wysiłek zapisania tego co szczere. I że tylko dekoratywność uczuć i myśli jest źródłem nudy.
Zbyszek jest ostatnio pod wpływem Kisiela, więc zapewnił mnie, że nie tyle pokój, ile brak starcia potrwa jeszcze około pół wieku, po czym Rosja osiągnie taką przewagę gospodarczą, militarną, a nawet moralną nad Ameryką, że należy liczyć się ze zwycięstwem rosyjskiej koncepcji świata (32-34).

15 stycznia
Moje życie codzienne konstruuje się wokół tego dziennika. Prowadzę go zaledwie pół miesiąca, a już przerósł wszystkie zamiary. Coś rośnie. Tylko co? Zbyszek Herbert powiedział: "Ostatniego dnia napiszesz: "Dziś nigdzie nie wychodziłem i z nikim nie rozmawiałem. Pisałem dziennik..." Po czym znajdą cię na podłodze i obdukcja wykaże śmierć z wyczerpania."
Zbyszek przyszedł rano pogawędzić. Zmienia pracę. Losy człowieka siedzą w nim samym, albo: pewne rzeczy zdarzają się wyłącznie pewnym ludziom. Tylko Herbert mógł zostać kalkulatorem-chronometrażystą w nauczycielskiej spółdzielni zabawkarskiej. Co to znaczy? Nie wiem, co to chronometrażysta, ale wiem, co to ta spółdzielnia. To dno upodlenia i nędzy. Starzy, emerytowani nauczyciele, których renta wynosi kilkadziesiąt złotych miesięcznie, zarabiają tam dodatkowe dwieście, klejąc pudełka z tektury i strugając drewniane żyrafy. Ludzie, którzy niegdyś czytali na głos Pindara, Kochanowskiego i Byrona dożywają swych dni o jednym posiłku na dobę, w najlichszym obuwiu i strzępie okrycia na zimę. Los starca w systemie, w którym tajna instrukcja dla lekarzy i aptek zaleca oszczędne wydawanie drogich lekarstw ludziom po sześćdziesiątce, czyli mało wydajnym w pracy. I teraz proszę sobie wyobrazić masówkę z okazji zwycięstwa rewolucji październikowej, na której spędzeni trwogą o tę bolesną parodię bytu starcy zapewniają reżym o swej wdzięczności za nowe, radosne życie. Zbyszek opowiadał o pewnym staruszku, lat siedemdziesiąt osiem, samotnym jak palec, który zabrał głos na takim zebraniu. Mówił, że stracił dwóch synów w Powstaniu Warszawskim i że jest nauczycielem geografii, że chciałby jeszcze uczyć, że czuje się na siłach, że każą mu robić baloniki i że on nic z tego nie rozumie... I w tym wszystkim Zbyszek, wrażliwy jak otwarta rana, uczulenie to jego zawód i powołanie, Wergiliusz w piekle współczucia. Dziś Zbyszek powiedział: "Mam dosyć, nie mogę dłużej. Czy ty pojmujesz, co znaczy być kalkulatorem wysiłku jakiejś żałosnej resztki człowieka, który uśmiecha się do mnie bezzębnie, bo od postawionych przeze mnie kilku cyfr zależy, czy zje jeszcze raz w życiu talerz zupy... I patrzy na mnie rozpłyniętymi oczyma, które kiedyś rozumiały Schopenhauera... To koniec. Rzucam robotę..." Znam trudności, jakie towarzyszyły zdobyciu tej posady, rzekłem bez entuzjazmu: "Więc co będziesz robił?" "Mam coś na widoku - rzekł Herbert - w Centralnym Zarządzie Torfowisk. Tam będę na swoim miejscu." Emeryci, inwalidzi, torfowiska - Herberta metafizyka osobowości. Intensywny trening rozpaczy (s. 80-81).

2 luty ["luty" tu i dalej za oryginałem]
Pod wieczór Zbyszek Herbert. Już pracuje w Centralnym Zarządzie Torfowisk. Trochę jak Lejzorek Rojtszwanc. [...] Zbyszek siedział do wpół do jedenastej i oczy kleiły mu się ze znużenia. Boję się, że nie będzie dziś poezji pisanej nocą. Zaś jutro rano znów torfowiska (s. 161).

5 luty
Wieczorem Herbert i czytał nowe wiersze. Wydaje się, że praca w torfie wpływa nań użyźniająco. Do roboty nie ma tam nic, czytać gazet w godzinach urzędowych nie wypada, wobec tego Zbyszek siedzi przy biurku i pisze wiersze i bajki. Każdy myśli, jaki on przykładny i gorliwy, podczas gdy Zbyszek boryka się z obsesją zmarnowanego życia, co - jak wiadomo - stanowi najlepszy nawóz sztuczny poezji. W wierszach daje wyraz obawom i przygnębieniu, że nie zostawi śladu istnieniem. Przeraża go grząskość ludzkiego losu. Powiedziałem mu, że jest to uczucie naturalne wśród torfowisk. Musi zmienić pracę i poszukać czegoś w cemencie czy betonie (s. 168).

21 luty
Wieczorem wpadłem na chwilę do Zbyszka Herberta, na Wiejską. Dzieli on sublokatorski pokój, o wysokim suficie i raczej obdarty, z niejakim Walczykiewiczem Władziem, urzędnikiem i mecenasem poezji. Walczykiewicz to cichy, bezinteresowny i fanatyczny wielbiciel Herberta, wierzy w jego geniusz i delektuje się chłodnym racjonalizmem jego wierszy, ich klasycystyczną pozą. Zjawisko niezwykłe, jako że sam jest specjalistą od buchalterii w Ministerstwie Handlu Zagranicznego.
Herbert jadł właśnie przedwczorajszy, na oko, chleb z tanią marmoladą i popijał herbatą ze szczerbatego kubka. Na mój widok, drzwi wejściowe otworzyła gospodyni, zawstydził się i jakby chciał uniewidocznić tę kolację. Dlaczego Herbert wstydzi się nędzy, a Michałowscy, Gembiccy, Chylińskie nie wstydzą się dobrobytu w komunizmie? (s. 222).

22 luty
Wieczorem był Herbert. Rozmawialiśmy o Rubensie, widocznie nie bez przyczyny. Także o samobójstwach i heroizmie. Zastanawialiśmy się, czy Bóg zajmuje się wyłącznie nagrodą i karą jednostek, czy także ingeruje w sprawy społeczne. Doszliśmy do wniosku, że nie (s. 224).

16 marca
Późnym wieczorem był Zbyszek Herbert, zły i śpiący. Powiedział, że jak sprawy stoją, obawia się, iż czeka go wielka kariera w Centralnym Zarządzie Torfowisk. Może się to okazać katastrofą, albowiem pokusa dużych zarobków i urlopów w Dusznikach-Zdroju jest nie do przezwyciężenia (s. 290).

Stefan Kisielewski, Dzienniki [5].

11 stycznia 1972

Byłem u poety Herberta, zaprosił na wieczór nas (Lidia nie poszła) i Stommów. Makabryczny był to wieczór, facet rozpity okropnie, straszny niby kozak, ganił Stommę za "kolaborację", a w gruncie rzeczy nic nie wie o Polsce i tutejszych stosunkach. O mało nie doszło do awantury, tyle że pijany i Kasia go jakoś ochraniała. Przysiągłem sobie więcej nie chodzić do wariatów, a tu, za parę dni, będąc na Pradze wstąpiłem do Jerzego Andrzejewskiego. [...] Tłumaczyłem mu, że nie jest jeszcze taki stary, ale on upierał się, że jest - robi sobie ze starości aureolę, to tak u pedałów bywa (s. 625).

Byłem dziś u Niemców z NRF [...] Niemcy byli młodzi, nader probrandtowscy i nasłodzeni Polską, a ja byłem przeciw i sceptyczny, aż potem czułem niesmak, że się sprezentowałem mało patriotycznie. Trzeba się w ogóle nad tym zastanowić i czuwać, aby za bardzo nie skwaśnieć. Albo też, jeśli już, to wziąć się do czynnej opozycji, podpisując np. jak Herbert, takie czy inne protesty. Tylko że mi się diablo nie chce - czuję jakoś, że to nie moja pora (s. 626).

Stefan Kisielewski, Abecadło Kisiela [6].

Zbigniewa Herberta poznałem po wojnie w Klubie Logofagów. Istniał taki klub w Krakowie, prezesem był Adi Ciechanowiecki, który potem siedział w więzieniu, a teraz jest w Londynie wielkim antykwariuszem, bogatym człowiekiem. Byli tam różni ludzie, był taki Rej, był Gawlik, był Chrzanowski, był Najder, rozmaite typy. No i był też Herbert, niesłychanie inteligentny i bystry. Nikt nie wiedział, że on będzie poetą, raczej był subtelnym dyskutantem, eseistą. Potem go straciłem z oczu, kiedy był w Warszawie, i ponowny kontakt nawiązałem z nim w śmiesznych okolicznościach. Mianowicie w Związku Kompozytorów Polskich, gdzie byłem w zarządzie, zabrakło dyrektora biura. Poprzedni się rozpił, był wariat... No a ja spotkałem Herberta, który powiada, że nie ma z czego żyć... Myślę sobie: może on byłby? No i go zaproponowałem, przyjęli go, był doskonałym dyrektorem. Tam poznał swoją żonę, Kasię Dzieduszycką. Był świetnym dyrektorem, ponieważ nie miał nic wspólnego z muzyką, nie miał własnych interesów, był obiektywny... Potem zacząłem czytać jego poezje. Z początku mi się podobały, zresztą miał być sekretarzem "Tygodnika Powszechnego" przed zamknięciem pisma w 1953 oku... On chyba właśnie wtedy debiutował jako poeta. Pamiętam taki jego wiersz "Madonna z lwem" w "Tygodniku", który mi się bardzo podobał. Ale potem, kiedy z nim nawiązałem kontakt po latach, wydał mi się zarozumiały za bardzo, i jakiś taki... nie wiem... no, wywyższający swoją moralność ponad innych. Czego ja nie lubię, bo wszyscy jesteśmy wychowani przez Stalina i nie ma się co tak za bardzo wywyższać. A poza tym może się rozpił trochę... Nie podobał mi się jego "Barbarzyńca w ogrodzie", wierszy nie bardzo rozumiem...Właściwie oddaliliśmy się od siebie, chociaż to jest bardzo wybitny facet, w zasadzie. Z tym, że zrobił mniej niż mógł. A ten "Pan Cogito" to mnie denerwował, ja tego nie rozumiem. Ja się nie znam na tych rzeczach... (s. 32-33).
[1] Zbigniew Herbert, Stanisław Barańczak, Korespondencja (1972-1996), Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2005, s. 36 (dalej cytowane jako Herbert-Barańczak).

[2] Wcześniej w tym samym liście do Barańczaka tak pisał o Stefanie Kisielewskim: "Spotkałem chyba w roku 1954 Stefana Kisielewskiego - mój odnośnik moralny - który powiedział: «Wyglądasz marnie, nie przeżyjesz socjalizmu i smród po tobie nie zostanie»" (s. 35; kursywa moja). Jak wynika z zachowanego listu Kisielewskiego do Herberta z 2 września 1954 roku, Herbert radził się go między innymi w sprawie uczestnictwa w paxowskim almanachu poetyckim "...każdej chwili wybierać muszę": "Pyta mnie Pan o Almanach. Przemyślałem to i rozmawiałem z kolegami. Wniosek mamy wspólny: nie ma sensu, aby parę Pana wierszy zginęło w powodzi bzdur, jest natomiast sens, aby wydał Pan w «PAX-ie» własny zbiorek. Czy jest to możliwe? Sądzę, że próbować można i należy". Zob. Zbigniew Herbert, Jerzy Zawieyski, Korespondencja 1949-1967, Biblioteka "Więzi", Warszawa 2002, przypis 1 na stronie 87. Nb. Dziennik 1954 Tyrmanda jest dedykowany właśnie Kisielewskiemu.

[3] Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Polonia Book Fund, Londyn 1980. Wiadomo dziś, że wbrew zapewnieniom Tyrmanda wyrażonym w "Przedmowie" ("niniejsza książka zawiera całość dziennika, nienaruszoną przez względy edytorskie [...] zdecydowałem niczego w tekście nie zmieniać"; s. 7-8), Dziennik został w znacznym stopniu przeredagowany. Jeśli idzie o uwagi poświęcone Herbertowi, to Tyrmand dodał zapisy z 21 lutego oraz 16 marca (w rękopisie jest nieco podobna notka z 17 marca, ale bez uwagi na temat obaw Herberta, że zrobi karierę w Centralnym Zarządzie Torfowisk). Poza tym zmiany są na ogół niewielkie i ograniczają się w zasadzie do szlifu stylistycznego, podkreślającego błyskotliwość autora. W rękopisie nie ma na przykład frazy o "rozpłyniętych oczach, które kiedyś rozumiały Schopenhauera" (zapis z 15 stycznia), czy efektownej pointy w zapisie z 5 lutego: "Przeraża go grząskość ludzkiego losu. Powiedziałem mu, że jest to uczucie naturalne wśród torfowisk. Musi zmienić pracę i poszukać czegoś w cemencie czy betonie". Por. Leopold Tyrmand, Dziennik 1954. Wersja oryginalna, Wydawnictwo MG, Warszawa 2011, s. 101, 232. Nb. sam Herbert pod koniec życia traktował Dziennik Tyrmanda jako świadectwo. Zob. list do Stanisława Barańczaka z 16 czerwca 1990: "Mogę tylko Tobie powiedzieć na ucho, że czasy stalinizmu były dla mnie ciężkie, jedyny świadek epoki Leopold Tyrmand powiedział coś niecoś o tym" (Herbert-Barańczak, s. 31; kursywa moja).

[4] Z kolei Herbert tak pisał 19 lutego 1954 do Jerzego Turowicza o Tyrmandzie i jego aktualnych zajęciach: "Leopold chowa się nieźle, wątroby wszakże nie wyprostował. Pisze pamiętnik, więc go szanujące się kobiety i narcyzowaci mężczyźni unikają. Poza tym jako kozak nadwiślański żyć nie może bez krwi. Łupnął na 6 str. list do "Nowej Kultury" o tym, że Kałużyński fałszuje cytaty z recenzowanych przez siebie książek. Jakoś mnie to nie grzeje, bo myślę, że nawet jeśli wysuszy się jedną kałużę, to bagno zostanie bagnem. Tak przynajmniej piszą w podręcznikach o torfie. Kiedy nas Ozyrys będzie sądził i stać będziemy pomiędzy Homerem, Dantem i Goethem, a padnie pytanie: coście robili - to my na to piskliwie: "z Kałużyńskim polemizowaliśmy, Wysoki Sądzie". A Wysokiemu Sądowi brzuch się będzie trząsł ze śmiechu" (zob. Zbigniew Herbert, Jerzy Turowicz, Korespondencja, z autografów odczytał, opracował, przypisami i posłowiem opatrzył Tomasz Fiałkowski, Wydawnictwo a5, Kraków 2005, s. 67).

[5] Stefan Kisielewski, Dzienniki, Iskry, Warszawa 2001.

[6] Stefan Kisielewski, Abecadło Kisiela, Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1990.