EBENEZER ROJT

Slavoj Žižek o świętym Augustynie, Chestertonie
i znowu o Heglu
albo "powiedzmy, że próbowałem być zabawny"

Święty Augustyn zadaje w swoim dziele "O małżeństwie i dziewictwie" pytanie, czy był seks w raju. Tak, był - odpowiada, ale nie był aktem erotycznym. Adam miał kontrolę nad swoim penisem, potrafił go podnieść jak rękę. Ach, mówię wam, czytajcie świętych, piszą bardzo ciekawe rzeczy!
- mówi Slavoj Žižek Paulinie Reiter (i nam), zachwalając świętego Augustyna [1]. I jeszcze dodaje:
Grzechem pierworodnym była jego [Adama] arogancja i spotkała go za nią kara boska, stracił panowanie nad penisem. Seksualności nie da się kontrolować (s. 35).
Sam jednak św. Augustyna nie doczytał, a zachwala niedoczytane, bo arogancja jest również grzechem pierworodnym Slavoja Žižka i też spotkała go za nią kara boska: nie bardzo panuje nad płynącym mu z ust strumieniem swobodnych skojarzeń. Mniejsza już o taki drobiazg, że św. Augustyn nigdy nie napisał dzieła "O małżeństwie i dziewictwie". Natomiast, istotnie, w dziele "O małżeństwie i pożądliwości" (De nuptiis et concupiscentia) daje na marginesie do zrozumienia, że gdyby w raju miało dojść co do czego, to "genitalia non libidini, sed voluntati sicut cætera membra servirent" [2]. To jest, że członki wstydliwe nie podlegałyby pożądliwości, lecz woli - jak inne członki ciała.

Rzecz jednak w tym, że do takiej sytuacji nigdy nie doszło i w raju żadnego seksu nie było!

Święty Augustyn jedynie zastanawia się, jak mogłoby wyglądać płodzenie potomstwa, gdyby Adam i Ewa nie zgrzeszyli (czyli "co by było, gdyby"). Bodaj najszerzej rozważa tę kwestię w kilku rozdziałach czternastej księgi słynnego dzieła "O państwie Bożym". Najprzód (rozdział 23) rozsądnie zakłada, że niedorzecznie byłoby mniemać, jakoby do pomnożenia liczby świętych konieczny był grzech. Skoro jednak ludzi nie popychałaby wtedy do płodzenia domagająca się zaspokojenia chuć (która jest skutkiem grzechu), to najwyraźniej wystarczyłby im sam akt woli.

Zasiewałby więc potomstwo mężczyzna, a przyjmowałaby posiew niewiasta, posługując się, kiedy by i o ile by zachodziła tego potrzeba, rodnymi członkami, pobudzonymi przez wolę, a nie podnieconymi przez lubieżność. Bo przecież wedle uznania poruszamy nie tylko takimi członkami, które mają sztywne kości i przedzielone są stawami, jak na przykład ręce, nogi i palce, lecz również i takimi, które oddano we władanie gibkich nerwów (rozdział 24) [3].
Co więcej, w trakcie takiego zbożnego aktu niewiasta - jak subtelnie wywodzi święty - nie traciłaby dziewictwa! Kto chciałby o tym przeczytać pobudzony wolą pomnożenia swej biegłości teologicznej (nie zaś podniecony przez niezdrową ciekawość), niech zajrzy do przypisu [4]. Tyle o świętym Augustynie.

Teraz o Chestertonie według Žižka.

Mój ulubiony teolog Gilbert Keith Chesterton w książce "Ortodoksja" dokonuje wspaniałego porównania spojrzenia Buddy i świętego chrześcijańskiego. Spojrzenie pierwszego jest pełne pasywnej radości, to spojrzenie w siebie, medytacja, jest w nim cisza. Wzrok drugiego jest zwykle przerażony, patrzy w dal. Pod tym względem chrześcijaństwo i miłość są do siebie podobne. Miłość to nie wewnętrzny spokój. Miłość to wielka trauma (s. 36).
Wzrok chrześcijańskiego świętego "jest zwykle przerażony"? Cóż, ulubiony teolog Žižka w książce "Ortodoksja" naprawdę napisał coś zupełnie innego:
Nie można sobie wyobrazić bardziej przeciwstawnych ideałów niż chrześcijański święty w gotyckiej katedrze i buddyjski święty w chińskiej świątyni. Przeciwieństwa łatwo dostrzec na każdym kroku, ale chyba najkrócej można tę rzecz wyrazić następująco: buddyjski święty zawsze ma oczy zamknięte, podczas gdy święty chrześcijański zawsze ma oczy bardzo szeroko otwarte. Ciało buddyjskiego świętego jest gładkie i harmonijne, ale jego powieki są ciężkie i sklejone snem. Ciało średniowiecznego świętego jest dziko wyniszczone aż do kości, ale jego oczy są przerażająco żywe (frightfully alive). Nie może istnieć prawdziwe pokrewieństwo duchowe sił, które wydały na świat tak przeciwstawne symbole [5].
Tyle o Chestertonie. A teraz pora na Hegla.
Wie pani, kto moim zdaniem stworzył najlepszą teorię małżeństwa, nie pisząc o tym wprost? Hegel! [...] Hegel mówi, że jeśli jesteś namiętnie zakochany, powinieneś się ożenić. Dlaczego? Bo w małżeństwie szybko się przekonasz, że twój partner jest raczej zwykłą osobą, przyzwyczaisz się do niego, do niej. Małżeństwo więc to dobry sposób, by ostudzić miłość (s. 38).
Otóż Hegel nigdzie nie mówi, że jeśli jesteś namiętnie zakochany, powinieneś się ożenić. Ponieważ dla Hegla w małżeństwie liczy się moment etyczny, który polega (przepraszam za wyrażenie) na świadomości obiektywnej substancjalnej jedni między małżonkami, subiektywny punkt wyjścia nie ma znaczenia: powinieneś się ożenić, jeśli jesteś zakochany i powinieneś się ożenić, jeśli nie jesteś zakochany. W ogóle powinieneś się ożenić!
Obiektywnym przeznaczeniem i tym samym etycznym obowiązkiem jest wstąpienie w stan małżeński. Jaki charakter ma ten zewnętrzny punkt wyjścia, jest z natury rzeczy czymś przypadkowym i zależy szczególnie od refleksyjnej kultury. Krańcowym wypadkiem jest tu z jednej strony taka sytuacja, że życzliwi rodzice dają początek sprawie [...], drugim zaś krańcowym wypadkiem jest sytuacja, kiedy wzajemna skłonność najpierw pojawia się w osobach jako tych oto nieskończenie spartykularyzowanych [jednostkach]. Pierwsza krańcowość [czyli małżeństwo aranżowane] [...] może być uważana za drogę bardziej etyczną. W drugiej z wymienionych krańcowości nieskończona swoistość szczegółowości jest tym, co wysuwa swoje pretensje i co ściśle wiąże się z podmiotową zasadą świata nowoczesnego [6].
Zwróćcie uwagę, że z tych dwóch skrajności Hegel uważa małżeństwo aranżowane za "drogę bardziej etyczną" niż nowoczesne zakochiwanie się (to ta wysuwająca pretensje nieskończona swoistość szczegółowości, czyli - jak pamiętają czytelnicy "Słówek" Boya - sytuacja malarza, który "takiej dostał dziwnej manii, że chciał tylko od Stefanii"). Bo i cóż po zakochaniu, skoro w małżeństwie i tak (konstatuje filozoficznie Hegel) "popęd naturalny zostaje sprowadzony do pewnej modalności momentu naturalnego, którego przeznaczeniem jest wygasnąć w swym zaspokojeniu" (Zasady, s. 172). Czyli dalej będzie znowu jak z tym malarzem ze "Słówek", co to "tymczasem mu wychłódło, bo już była stare pudło". Jak widać, heglizm da się niekiedy wyłożyć przystępnie.

Swoją drogą to niezła prowokacja zachwalać akurat w "Wysokich Obcasach" teorię małżeństwa kogoś, kto uważał, że w małżeństwie jedynie kobieta "znajduje swe substancjalne przeznaczenie", podczas gdy "mężczyzna ma swoje życie substancjalne w państwie, nauce itp. i w ogóle pracy i walce ze światem zewnętrznym i ze sobą samym" (Zasady, s. 176). Natomiast kobieta nie ma co szukać substancjalności w polityce czy nauce, "i w ogóle pracy i walce ze światem zewnętrznym", ponieważ:

Kobiety mogą wprawdzie być wykształcone, ale nie zostały one stworzone do uprawiania nauk wyższych, filozofii oraz pewnych dziedzin artystycznej twórczości - takich, które wymagają tego, co ogólne. Kobiety mogą mieć pomysły, smak, grację - ale pierwiastka idealnego w sobie nie posiadają. Różnica między mężczyzną a kobietą jest taka sama jak między zwierzęciem a rośliną (Zasady, s. 393) [7].
Przepraszam was (a szczególnie moje P.T. Czytelniczki) za ten oburzający cytat, ale chciałem, by było jasne, jaką tu kontrabandę przemyca Žižek, licząc zapewne, że wykształcona, ale nie stworzona do uprawiania filozofii Paulina Reiter w niczym się nie zorientuje. Tyle o Heglu.

No dobrze, ale dlaczego Žižek to wszystko robi? Dlaczego tak bezwstydnie zmyśla rzeczy, które rzekomo wyczytał u różnych mądrych ludzi?

Przecież nie musiał szachrować ze świętym Augustynem, by powiedzieć, że seksualności nie da się kontrolować ani z Chestertonem, by dodać, że miłość to wielka trauma. Nie musiał też w ogóle wspominać o Heglu, by zauważyć, że małżeństwo to dobry sposób, by ostudzić miłość. A może jednak musiał, skoro są to przecież co do jednego przeraźliwe banały, kotlety sto razy odgrzewane, które da się przełknąć jedynie po ugarnirowaniu firmową sałatką z Hegla i Chestertona.

A poza tym tak się jakoś utarło, że Žižek to błyskotliwy erudyta, więc stara się, nieszczęsny, nie wypadać z roli. Dlatego bez Hegla ani rusz.

Utarło się też, że Žižek wybornie zna się na filmach, w związku z czym nie mogło w tym wywiadzie zabraknąć również bałamuctwa filmowego.

Oczywiście uwielbiam stare melodramaty. Jednym z moich ulubionych jest "Być albo nie być" Ernsta Lubitscha. Zna pani?
Nie.
Ach, to wspaniały film! Nakręcony został w 1942 roku w Hollywood, dzieje się zresztą w Warszawie w 1939 roku. Opowiada o grupie polskich aktorów zaangażowanych w ruch oporu. Do Warszawy przyjeżdża Adolf Hitler, który chce obejrzeć przedstawienie ich teatru. Głównymi bohaterami filmu jest małżeństwo aktorów - Joseph Tura i Maria Tura - proszę zwrócić uwagę, że imiona są nieprzypadkowe: Maria i Józef. Ona bez przerwy go zdradza, a on jest arogancki i ją zaniedbuje. W tym filmie jest wiele genialnych rzeczy, kilka słynnych dialogów, jak ten, kiedy Joseph Tura przebrany za gestapowca spotyka się z prawdziwym nazistą i pyta go, licząc na pochwały, czy może słyszał o wielkim aktorze Josephie Turze. Tamten odpowiada: "Widziałem go w »Hamlecie«, robi z Szekspirem to, co my z Polską" (s. 38).
Mniejsza znowu o cały szereg drobnych przeinaczeń i nieścisłości [8], ale o co chodzi z tym "proszę zwrócić uwagę, że imiona są nieprzypadkowe: Maria i Józef"? Że Maria i Józef jak w Nazarecie? I ona go zdradza, a on ją zaniedbuje?

W samym filmie zupełnie nic z tych imion nie wynika. Nie ma w nim też żadnych aluzji chrześcijańskich ani antychrześcijańskich, podobnie zresztą jak nie pada w nim ani razu słowo "Żyd". Wszyscy pozytywni bohaterowie to po prostu "Polacy", choć w grupie polskich aktorów znajduje się jeden oczywisty Żyd - Greenberg (czyli Grynberg), który w dodatku kilkakrotnie recytuje fragmenty słynnego monologu Shylocka z Kupca weneckiego (ale też z pominięciem słowa "Jew").

Toteż najprostsze wyjaśnienie byłoby takie, że twórcom chodziło jedynie o koloryt lokalny (skądinąd respektowany w kratkę [9]) i słusznie założyli, że w katolickiej Polsce Józefów i Marii nie brakuje. O co więc Žižkowi chodzi? Czy miała to być jakaś kolejna niebywale ezoteryczna prowokacja jak z tą teorią małżeństwa u Hegla? Na przykład dyskretna sugestia, że perfidny Żyd Lubitsch chciał w ten sposób aluzyjnie nawiązać do starych żydowskich paszkwilów (w rodzaju Toledot Jeszu) o Marii zdradzającej Józefa z młodym żołnierzem?

Możliwe jest wszelako jeszcze inne wyjaśnienie. Pod sam koniec wywiadu na pytanie Pauliny Reiter, jak należy rozumieć pewną jego niegdyś rzuconą uwagę w palącej filozoficznie kwestii uwodzenia kobiet, Żiżek tylko jęknął:

O Mój Boże! Cóż mam powiedzieć. Powiedzmy, że próbowałem być zabawny, ale naprawdę mi nie wyszło (s. 39).
Widocznie znowu próbował.
[1] Podarty list miłosny. Ze Slavojem Žižkiem rozmawia Paulina Reiter, "Gazeta Wyborcza", 9-10 lutego 2019, dodatek "Wysokie Obcasy" nr 6, s. 35. Dalej w nawiasach okrągłych numery stron.

[2] Cytuję za łatwo dostępnym wydaniem w: Patrologiæ cursus completus. Series latina, tom 44, Paryż 1865, kol. 468.

[3] Święty Augustyn, O państwie Bożym przeciw poganom ksiąg XXII, tom II, przełożył i opracował Wiktor Kornatowski, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1977, s. 157 (ks. XIV, r. 23, 1).

[4] "Unikajmy więc przypuszczenia, że [w raju] przy tak wielkiej dostępności rzeczy oraz szczęśliwości ludzi płodzenie potomstwa nie mogłoby się dokonywać bez chorobliwej lubieżności: odpowiednie członki byłyby posłuszne, tak jak inne, skinieniu woli. Mąż zapładniałby łono żony bez podniety w postaci zwodniczej namiętności, ale ze spokojem ducha i z zachowaniem doskonałej nieskazitelności ciała. Okoliczność, iż nie mamy na to dowodu z doświadczenia, nie powinna budzić w nas wątpliwości, że owe części ciała nie byłyby podniecane przez niepokojący płomień, lecz stosownie do potrzeby używane przez działającą z własnych pobudek moc; że męskie nasienie mogłoby wówczas przeniknąć w łono małżonki bez naruszenia dziewiczości, tak jak dziś bez naruszenia tejże nieskazitelności może z dziewiczego łona wypływać krew comiesięcznego czyszczenia. Wszak tą samą drogą, którą to może się wydostać, tamto może się dostać" (wydanie cytowane w przypisie 3, s. 160; ks. XIV, r. 26).

Nb. by wiedzieć, że w raju do niczego nie doszło, nie trzeba studiować świętego Augustyna, bo upewnia o tym wystarczająco samo Pismo, które o spłodzeniu pierwszego potomka Adama i Ewy informuje dopiero na początku czwartego rozdziału Księgi Rodzaju, czyli już po grzechu i wygnaniu z raju: "Mężczyzna zbliżył się do swej żony Ewy. A ona poczęła i urodziła Kaina, i rzekła: Otrzymałam mężczyznę od Pana" (BT Rdz 4, 1). Gdy tyle rozprawia się o chrześcijaństwie (co Žižek), wypadałoby wreszcie raz porządnie przeczytać Biblię.

[5] G. K. Chesterton, Ortodoksja. Romanca o wierze, przełożyła Magda Sobolewska, Fronda, Warszawa - Ząbki 2004, s. 232-233. Na wszelki wypadek dla koneserów to samo w oryginale:

"No two ideals could be more opposite than a Christian saint in a Gothic cathedral and a Buddhist saint in a Chinese temple. The opposition exists at every point; but perhaps the shortest statement of it is that the Buddhist saint always has his eyes shut, while the Christian saint always has them very wide open. The Buddhist saint has a sleek and harmonious body, but his eyes are heavy and sealed with sleep. The mediaeval saint's body is wasted to its crazy bones, but his eyes are frightfully alive. There cannot be any real community of spirit between forces that produced symbols so different as that" (Gilbert K. Chesterton, Orthodoxy, John Lane, Nowy Jork - Londyn 1909, s. 243).

[6] Georg Wilhelm Friedrich Hegel, Zasady filozofii prawa, przełożył Adam Landman, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1969, s. 171-172. Dalej cytuję jako Zasady.

[7] Ten ostatni cytat nie pochodzi z głównego tekstu Zasad filozofii prawa, ale z tak zwanych Uzupełnień, powstałych na podstawie notatek słuchaczy Hegla już po jego śmierci. Nie jest on zatem pewny co do litery. Niemniej przyjmuje się na ogół, że notatki te nieźle oddają ducha tego, co Hegel opowiadał podczas wykładów, wyjaśniając trudniejsze czy nazbyt skondensowane partie swojego podręcznika (czyli właśnie Zasad).

Nb. według dzisiejszych miar był Hegel nie tylko skrajnym seksistą. Jego teoria zakłada bowiem, że moment naturalny występuje w małżeństwie jako "rzeczywistość rodzaju i jego proces" (Zasady, s. 171), czyli naturalna ogólność, w której jednostka ma swoje substancjalne istnienie. Z kolei "uszczegółowieniem tej ogólności jest odnoszenie się podmiotu do innego podmiotu tego samego rodzaju, a sądem jest stosunek rodzaju do tych określonych w ten sposób względem siebie nawzajem indywiduów - Różnica płci" (Georg Wilhelm Friedrich Hegel, Encyklopedia nauk filozoficznych, przełożył, wstępem i komentarzem opatrzył Światosław Florian Nowicki, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1990, s. 244). "Małżeństwo jednopłciowe" miałoby zatem dla Hegla tyle sensu, co "kwadratowe koło".

Žižek z pewnością dobrze o tym wie, bo to sprawa oczywista w kręgach komentatorów Heglowskiej filozofii prawa.

"Yet the fact remains that Hegel saw the nuclear family as one of the three fundamental spheres of modern society and as rightly structured by a rigid, hierarchical, division of sex roles. He saw no legitimate room for «non-traditional» family arrangements: unmarried couples, single-parent families, homosexual families all fail to conform to rational family structure" (Alison Stone, Gender, the Family, and the Organic State in Hegel's Political Thought, [w:] Hegel's Philosophy of Right, redakcja Thom Brooks, Wiley-Blackwell 2012, s. 145).

Ponieważ zaś w tej materii wolność słowa mamy taką, jaką mamy, nic dziwnego, że nawet w ezoterycznych komentarzach na wszelki wypadek raz po raz pojawiają się gorące zapewnienia, że ta "najlepsza teoria małżeństwa" Hegla jest w istocie nie do obrony, że autor komentarza szanuje wszystkie współczesne paramałżeńskie kombinacje, że Hegla jedynie objaśnia, ale nie akceptuje etc., etc., etc.

"Hegel's views on the family are certainly traditional in a straightforward sense, but by no means entirely indefensible as presented here. [...] I nowhere doubt the ability of any variety of human relationships to create a loving unity in actual fact. [...] My purpose here is only to make more explicit what Hegel's position is, no matter the difficulty of accepting it" (Thom Brooks, Hegel's Political Philosophy. A Systematic Reading of the Philosophy of Right, Edinburgh University Press 2007, s. 70, 73; wyróżnienia moje).

[8] W 1939 roku dzieje się tylko pierwsze ćwierć filmu, natomiast właściwa akcja dzieje się w ciągu kilku dni w grudniu 1941 roku, czyli dokładnie wtedy, gdy film był kręcony (listopad-grudzień 1941). W jednym z ujęć widać nawet rozkład dnia szefa Gestapo, pułkownika Ehrhardta, z wielką datą "1941, wtorek, 16 grudnia".

U Lubitscha Hitler nie przyjeżdża do Warszawy po to, żeby zobaczyć przedstawienie grupy polskich aktorów. To tylko w ich dawnym teatrze (teraz niespodziewanie otwartym) Niemcy urządzają galę na jego cześć. Trupa daje występ dla Hitlera i niemieckich żołnierzy w wersji "Być albo nie być" z roku 1983 (w reżyserii Alana Johnsona, z udziałem Mela Brooksa i Anne Bancroft).

Tura nie jest przebrany za gestapowca, ale przychodzi do pułkownika Ehrhardta w cywilnym ubraniu jako nazistowski agent. Również słynna odpowiedź pułkownika brzmi nieco inaczej: "What he did to Shakespeare we are doing now to Poland". "Hamlet" w tej odpowiedzi pojawia się tylko w wersji z roku 1983.

Naturalnie, są to wszystko pomyłki małej wagi, ale Žižek deklaruje, że film Lubitscha to jeden z jego pięciu najulubieńszych filmów wszech czasów. Skoro tyle pamięta z filmów najlubieńszych, te mniej ulubione musi chyba wymyślać od zera.

Nb. słynna odpowiedź o mało co nie wyleciała już po przedpremierowej projekcji, bo widownia przyjęła ją grobową ciszą. Jej usunięcie doradzali Lubitschowi również wszyscy jego przyjaciele, między innymi Alexander Korda i Billy Wilder (Scott Eyman, Ernst Lubitsch. Laughter in Paradise, The Johns Hopkins University Press, Baltimore - Londyn 2000, s. 302). Doradzali poniekąd słusznie, bo właśnie to jedno zdanie było potem (jako niesmaczne) źródłem wielu negatywnych reakcji, ale Lubitsch twardo przy nim obstawał, twierdząc, że jest to tak naprawdę satyra na niemieckie poczucie humoru (William Paul, Ernst Lubitsch's American Comedy, Columbia University Press, Nowy Jork 1983, s. 230-232).

[9] Z jednej strony, już w pierwszych ujęciach pojawiają się bezbłędnie wypisane warszawskie szyldy z egzotycznymi literkami ("Stefan Lubiński, ubrania, palta, mundury wojskowe"; "Jerzy Kubiński"; "Jan Łomiński, jubiler"; "Różański - Poznański, własne wagony, wielkie biuro transportowe, repr. okrętowe"), a za kulisami teatru wiszą napisy "Palenie surowo wzbronione, uprasza się o zachowanie ciszy" i "Rozkład prób". Znać tu więc rękę konsultanta.

Jednak z drugiej strony, Józef Tura to konsekwentnie Joseph Tura (choć jego żona to Maria a nie Mary), młody porucznik to Sobinski (nie Sobiński), a ważny czarny charakter podpisuje się "Alexander Siletsky".