EBENEZER ROJT

Kiedy powstało Korzenie
Mały przypis do ewolucji światopoglądowej Stanisława Lema
wraz z wypisami z Dziennika Jana Józefa Szczepańskiego

Korzenie to w dorobku Lema utwór marginalny [1]. Ot, błaha groteska w stalinowskich dekoracjach. Warta uwagi jedynie jako przyczynek do ewolucji światopoglądowej autora: ustalenia w co i kiedy wierzył z obowiązującej ideologii, i czy na serio, czy tylko z musu i z przymrużeniem oka. Ale wtedy trzeba by w miarę dokładnie wiedzieć, kiedy właściwie ten drobiazg został napisany.

Na pozór czas powstania Korzenia jest całkiem nieźle określony.

- Po raz pierwszy usłyszałam ten utwór na pewno jeszcze w czasach kawalerskich Staszka, chyba około roku 1949 - wspomina Barbara Lem. - Staszek sam wcielał się we wszystkie postacie, najlepszy był w roli kobiecej. Wykonywał to tak długo, jak długo Stalin żył - najwyraźniej potrzebował takiego odreagowania [2].
Ponieważ data ślubu Lemów to 29 sierpnia 1953 [3], więc "na pewno jeszcze w czasach kawalerskich", to na pewno przed tą datą. Albo jeszcze wcześniej: przed śmiercią Stalina lub może nawet "około roku 1949". I taki właśnie czas powstania Korzenia przyjmuje Wikipedia w haśle "Korzenie. Drrama wieloaktowe": "pod koniec lat 40. XX wieku".

Jednak wspomnienie po przeszło pół wieku od tamtych wydarzeń to bardzo niepewne źródło.

Przynajmniej cztery przesłanki zdają się wskazywać, że Korzenie zostało napisane znacznie później. Najprawdopodobniej dopiero po XX Zjeździe KPZR, na którym Chruszczow potępił kult jednostki (czyli po lutym 1956). Przedstawię teraz te przesłanki od najsłabszej do najmocniejszej.

Pierwsza przesłanka to schowek, w którym po śmierci Lema znaleziono Korzenie, długo uznawane za zaginione:

Teczka - szara, tekturowa, zawiązana na wstążkę - podpisana była "Sknocony kryminał" i zawierała niedokończoną powieść kryminalną w stylu Chandlera, którą Lem zaczął pisać w połowie lat 50. Okazało się, że posłużył się tym maszynopisem do sporządzenia schowka tak genialnego, że tekst przepadł na pięć dekad - po prostu ukrył swoją operę o Stalinie w innym maszynopisie (Odkryto, s. 25).
Skoro schowkiem była teczka z maszynopisem zaczętym "w połowie lat 50.", to Korzenie musiano tam schować później, więc to prawdopodobne, że również powstało później niż Sknocony kryminał. Oczywiście, mógł to być kolejny schowek, ale naprawdę genialnego schowka Korzenie potrzebowałoby raczej wcześniej (gdyby istniało), tyle że o takim jeszcze genialniejszym schowku nic nie wiadomo. Po 1956 roku wyśmiewanie Stalina nie było zbrodnią (co innego wyśmiewanie aktualnego pierwszego sekretarza) i nikogo o robienie sobie żartów z kultu jednostki nie oskarżono [4].

Druga przesłanka to styl tej groteski. W internetowym serwisie poświęconym twórczości Lema Korzenie nie bez racji zostało przedstawione jako groteska "w stylu Witkacego" [5]. Tak to się dzisiaj każdemu w miarę wyedukowanemu czytelnikowi kojarzy. Jednak w pierwszej połowie lat 50. Witkacy był pisarzem nieobecnym i pisanie czegoś "pod Witkacego" nie miałoby większego sensu, bo takie nawiązanie nie zostałoby rozpoznane. Jeszcze w kwietniu 1956 roku Jan Józef Szczepański pisze:

Wczoraj byłem na próbie Mątwy [Witkacego], którą przygotowuje Kantor. Kantor zawsze stwarza atmosferę heroiczną, atmosferę zaczynania czegoś nowego [...] [6].
Albowiem sztuka Witkacego to było wtedy właśnie coś nowego, ale też dopiero wtedy napisanie czegoś "w stylu Witkacego" trafiłoby do człowieka nawet tak niezgorzej oczytanego, jak Szczepański. A przyjmuje się, trochę przy tym bałamucąc (o czym będzie mowa niżej), że właśnie on należał do pierwszych słuchaczy Korzenia [7].

Trzecia przesłanka to osobliwe nazwiska postaci występujących w Korzeniu: "Warfałamotwiej Niedorozwojkin, lat 25, literat", "Anichwili Tegonieradze, sekretarz organizacji partyjnej w fabryce sody", etc., etc. (Korzenie, s. 131). Owszem, z ducha też jakby witkacowskie, ale nie tylko! Jak zauważył niedawno Marcin Wołk, Dementij Psichow Bartułychtimuszenko, "lat 42, dyrektor fabryki sody kiszonej, bolszewik z odchyleniem" to nawiązanie do postaci Dementija Warłamowicza Brudastego, jednego z bohaterów Dziejów pewnego miasta Michaiła Sałtykowa-Szczedrina [8].

Niewątpliwym nawiązaniem do postaci Dementija Warłamowicza Brudastego ("Pozytywki") jest Dementij Psichow Bartułychtimuszenko, jeden z bohaterów satyrycznego tekstu Lema pt. Korzenie. Drrama wieloaktowe [...]. Również inne postaci tej niepublikowanej za życia autora sztuki, a przynajmniej ich nazwiska, tworzone są na wzór bohaterów Dziejów pewnego miasta, co powinno może skłonić do rewizji datowania Korzenia, które według świadectwa Barbary Lem miało powstać w latach czterdziestych [...], a zatem jeszcze przed wydaniem przekładu powieści Sałtykowa w Polsce [9].
Według Wołka, "tropy sałtykowowskie" widać także w podróżach Ijona Tichego - najsilniej w napisanych w 1954 i 1957 roku (Wołk, s. 231, przypis 16). Z czego wynikałoby, że właśnie w tamtych latach Lem albo czytał Dzieje pewnego miasta, albo sobie o nich żywiej przypominał [9a].

Czwarta przesłanka, najmocniejsza, to zapisy z lat 1952-1956 w Dzienniku Jana Józefa Szczepańskiego, najbliższego i obdarzanego największym zaufaniem przyjaciela Lema [10]. Otóż o Korzeniu nie ma tam nawet bladej wzmianki! A przecież w pierwszej połowie lat 50. słuchanie Lema udającego Stalina mówiącego "głosem nieludzko życzliwym", że w komunizmie "będziemy bardzo, bardzo harować" (Korzenie, s. 140) musiałoby na Szczepańskim jednak zrobić wrażenie. Natomiast później, po 1956 roku, już nie, bo odwaga wtedy bardzo staniała i nie takie rzeczy ludzie sobie opowiadali po domach. Toteż nikt Korzenia nie zapamiętał, nikt o nim nigdy nie wspominał i właśnie dlatego utwór ten niemal natychmiast "przepadł na pięć dekad".

Szczepańskiego, opozycyjnego katolika, musiałaby też mile zaskoczyć opozycyjność Lema, który w tamtym czasie nawracał go na "aprobatę marksizmu". Doprawdy, dziwna to byłaby aprobata podszyta wizją komunizmu jako wielkiej harówki. Szczepański miałby też wtedy zgoła inny obraz przyjaciela. Nie traktowałby jego słów jako świadectwa szczerych przekonań (a tak traktował), lecz jako zręczne lawiranctwo kogoś, kto przecież dobrze wie, na co się zanosi z tym komunizmem.

U biografa Lema, Wojciecha Orlińskiego, który rad by wierzyć, że Lem "w odróżnieniu od wielu swoich rówieśników [...] nigdy w tę ideologię nie uwierzył do końca" (Orliński - Lem, s. 116), taki brak wzmianki o Korzeniu i jakichkolwiek innych przejawach Lemowego dystansu do obowiązującej ideologii budzi niepokój, toteż naciąga, co tylko może. W tym wypadku świadectwem, że Szczepański jednak słuchał Lema czytającego Korzenie, jest dla niego ta notatka z 31 stycznia 1953 (Orliński - Lem, s. 114):

W ubiegłą niedzielę byłem z Lemem w Przegorzałach u Hussarskich. [...] Lem czytał sztukę kukiełkową, którą razem z H[ussarskim] napisali. Bardzo dowcipna i dobra (Szczepański - Dziennik, s. 339-340).
Ale Korzenie to przecież ani sztuka kukiełkowa, ani napisana razem z Romanem Hussarskim (tym samym, z którym Lem napisał socrealistyczne paskudztwo Jacht "Paradise"). Dlatego zagadkowość tej notatki Orliński tłumaczy tym, że "w roku 1953 Szczepański mógł się bać napisać prawdę w dzienniku" (Orliński - Lem, s. 421, przypis 18). Tłumaczy bałamutnie, bo Szczepański wcale taki strachliwy nie był! Kilka tygodni wcześniej pisze w tym samym dzienniku otwarcie, że ostatnie zarządzenie o wzroście cen to "oburzające oszustwo" (Szczepański - Dziennik, s. 336), a tydzień później, że "Tygodnik Powszechny" to ośrodek "oporu przeciwko komunizmowi" (Szczepański - Dziennik, s. 341). Niemal regularnie też napomyka, że to czy tamto jest niecenzuralne. A tu nic!

Za to trzy lata później, w kwietniu 1956 roku, Szczepański zanotował takie wyznanie przyjaciela:

Byłem u Lema. Powiedział: - Rok temu ty byłeś na tych samych pozycjach co teraz, a ja byłem bardzo czerwony. Dziś jesteśmy na tych samych pozycjach (Szczepański - Dziennik, s. 611; wyróżnienie moje).
Gdyby znał Korzenie, powinien chyba zareagować na to gwałtownym zaprzeczeniem w rodzaju: "Ależ co ty mówisz, Staszku! Ty bardzo czerwony? Przecież już dawno temu, jeszcze przed Chruszczowem, kpiłeś tak dowcipnie z kultu Stalina". Bo ktoś, kto napisał coś takiego, jak Korzenie, w pierwszej połowie lat 50., nie mógłby być na serio czerwony, a jedynie z wierzchu na czerwono zakamuflowany - niczym rzodkiewka.

Wszystko jednak wskazuje na to, że w kwietniu 1956 roku Lem jeszcze nie był autorem Korzenia, a najwyżej dopiero się do jego napisania przymierzał. W każdym razie dopiero wtedy pojawia się weryfikowalne świadectwo, bo w czerwcu Lem pojedzie do NRD i kupi między innymi magnetofon walizkowy, na który nagra Korzenie we własnym wykonaniu (Orliński - Lem, s. 149-150). To prawdopodobnie z tego wykonania, potem może kilkakrotnie odtwarzanego, żona zapamiętała wcielanie się męża (głosowe) "we wszystkie postacie".

Natomiast o zmitologizowanie swojej światopoglądowej przygody z komunizmem postarał się już sam Lem [11]. W rozmowie ze Stanisławem Beresiem tak o tamtych czasach opowiadał:

Poza tym napisałem kiedyś bezcenny dramat o Józefie Stalinie. [...]
- To było dzieło wierszowane?
- Nie, prozą. Ale najważniejszy był koniec, gdy na czerwonym tle pojawiał się towarzysz Stalin "nieludzko uśmiechnięty i nadludzko genialny", mówiąc: "Nu, tawariszczi, niemnożko odkłonilis' ot linii. No wsio taki..." Dramat kończył się optymistycznie, bo Stalin wcale nie kazał wszystkim urwać nóg i jaj, ale wykazał nadludzką łagodność. To było apogeum mojego socrealistycznego wzlotu. Nie tylko to napisałem, ale jeszcze na starym magnetofonie nagrałem wszystkie role. Po latach znaleźliśmy z żoną tę taśmę, wkładamy do magnetofonu, a tam tylko jakieś piski... Była tak stara, że nie dało się niczego odtworzyć.
- Czy to było pisane w tym samym czasie, co "Jacht «Paradise»"?
- Mniej więcej tak. Silna wena mnie wtedy opanowała...
- Ale to oznacza, że jedną ręką pisał pan rzeczy słuszne politycznie dla zarobku, a drugą wywrotowe - żeby odreagować.
- No oczywiście, że tak. Gdyby ten dramat u mnie znaleźli pracownicy UB, byłoby niewesoło, ale ja się tym wówczas specjalnie nie przechwalałem (poza najbliższym kręgiem rodziny) [12].
Najwidoczniej wolał być postrzegany jako człowiek niegdyś bardzo załgany niż jako człowiek niegdyś bardzo czerwony [13]. Niechby i cynik [14] albo odwrotnie - ktoś niesłychanie naiwny [15]. Ostatecznie może być nawet dureń [16]. Byle tylko nie czerwony.


___________________

Wypisy. Jan Józef Szczepański o światopoglądzie Stanisława Lema (Dziennik, tom I: 1945-1956, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009)

4 września 1952

Od powrotu z urlopu nachodzi mnie Lem i nawraca. Może nie tyle na sam marksizm, ile na aprobatę marksizmu. Mówi bardzo błyskotliwie, ma zdecydowaną koncepcję przyszłości i koniecznych przeobrażeń kultury. Ma bardzo dużo racji. Jedno jest niepokojące: żaden z aktualnych minusów rzeczywistości nie stanowi dla niego argumentu przeciw teoretycznej zasadzie. Wszystko, co nie wychodzi i nie klapuje, jest winą partaczy i durniów nie umiejących realizować tej zasady (s. 323).

7 stycznia 1953
W sobotę Lem czytał mi dalsze fragmenty swojej powieści. Jest on tak dalece opanowany wizją przyszłości, gdzie wszelkie problemy zostaną rozwiązane przez technikę, że teraźniejszość wydaje mu się tylko nieważnym etapem. Etapem już rozgrzeszonym. Jednakże w tej wizji jest ładunek wiary, który jego pisaniu daje format dzieła. Ja w dalszym ciągu nie potrafię wyjść poza negację (s. 337).

31 stycznia 1954
W środę była sekcja prozy. Lem czytał parę swoich nowelek fantastycznych (które już znałem). Było kilku młodych krytyków z "Życia". Śmieli się bardzo, ale w pewnej chwili zaczęli spoglądać po sobie i coraz bardziej sztywnieć i surowieć. W dyskusji napadli zgodnie na Lema, że taki bezprzedmiotowy humor to zjawisko społecznie groźne [17]. Gdzie dydaktyka postępowa? My się tu śmiejemy, ale co z tego? (s. 392).

13 września 1954
Był dziś Lem. Oszalał na punkcie Dostojewskiego, nie spodziewałem się tego po nim (s. 427).

20 września 1954
Rozmawialiśmy parę dni temu z Lemem o śmierci i innych "nietypowych" sprawach, które są korzeniem literatury. Cały czas akcentował swoją materialistyczną postawę, dziwiąc się równocześnie tragizmowi tych rzeczy, "nienormalnemu" stosunkowi człowieka do nich i własnemu przekonaniu, że tylko ta "nienormalność" jest coś warta. Przy okazji opowiedziałem mu historię ks. Bardeckiego o tej zakonnicy, uleczonej w niewytłumaczalny sposób. Lem twierdzi, że medycyna zna bardzo dużo takich wypadków i że to nie jest żadne przełamanie praw natury, a tylko kwestia stwierdzonej wielokrotnie korelacji między psychicznymi i fizycznymi procesami. Mówił, że powszechnie znaną wśród lekarzy rzeczą jest skuteczność "zamawiania" brodawek na wsi. Głębokie przekonanie, że takie "zamawianie" podziała, powoduje kurczenie się naczyń krwionośnych wokół brodawki i jej obumieranie. Oczywiście musi być ta wiara. Tu wysunąłem moją żartobliwą wątpliwość, czy np. wiara w tezy marksizmu-leninizmu też może podziałać na organizm, na co Lem powiedział, że to musi być wiara o charakterze "metafizycznym", absurdalnym. Czyli że zracjonalizowanie tej sprawy dla użytku lekarskiej terapii musiałoby dać w efekcie jej likwidację (s. 428).

14 kwietnia 1955
Wczoraj byli Lemowie. On dawał mi szereg przykładów na to, że znów zaczyna się "przymrozek" [polityczny]. Właściwie wszyscy spodziewali się tego od dawna (s. 465).

13 listopada 1955
Skończyłem czytać książkę Lema [trylogię Czas nieutracony], a w drodze powrotnej kupiłem numer "Nowej Kultury" z obszernym jego artykułem o temacie współczesnym w literaturze. Ten artykuł uświadomił mi, jaką mam pretensję nie tyle do tej jego książki, ile do niego samego. Chodzi o problem "własnego zła" socjalizmu. Lem neguje jego istnienie, stojąc tu na gruncie zasady "partyjności literatury". Otóż sam fakt negowania "własnego zła" musi rodzić fałsz zarówno w polityce, jak w sztuce. Systemy nie aspirujące do doskonałości zmuszone są stwarzać sobie zabezpieczenia, chociażby w formie wolnej opinii publicznej. Systemy "doskonałe" skazane są na dogmatyczny pragmatyzm, na naginanie faktów do teorii, na moralną degenerację. Tu tkwi sedno sprawy (s. 579).

6 lutego 1956
Literackim wydarzeniem dnia jest Obrona Grenady Brandysa. Odwilżowi marksiści zachłystują się tym, robią z tego sztandar odwagi. Lem też się dał nabrać. Dla mnie to jest zakłamanie tak zwielokrotnione i tak nawarstwione, że staje się autonomicznym światem, niewiele mającym wspólnego z doświadczalną rzeczywistością. Może to jest specyficzna postać talentu - umieć stwarzać tego rodzaju moralne fikcje. Tchórzostwo, karierowiczostwo, cynizm - wszystko to przedstawione zostało jako "czysta ofiara" na ołtarzu religii. Tępota eksploatujących kulturę "czynników", ta chytra tępota wyposażona została w cechy jakiejś udramatyzowanej wielkości. Z płaskiej farsy robi się klasycyzującą tragedię. Majestatyczne fałdy, załamane dłonie, kamienne oczy. Wazeliniarz włazi na cokół (s. 595).

6 marca 1956
Był dziś Lem. Przepowiada przyhamowanie odwilży, która ostatnio stała się rzeczywiście niemal powodzią. Czytałem przedwczoraj referat Chruszczowa w broszurce do użytku partii. Przyniósł go poczciwy P[astuszko]. Idylla narodowo-frontowa: czytaliśmy razem na głos. Niesamowite (s. 607).

13 kwietnia 1956
Byłem u Lema. Powiedział: - Rok temu ty byłeś na tych samych pozycjach co teraz, a ja byłem bardzo czerwony. Dziś jesteśmy na tych samych pozycjach. Wszystko dzięki zręcznej polityce KC. Zrobili wreszcie front narodowy (s. 611).

29 kwietnia 1956
Trzy dni temu Lem czytał doskonałą nowelkę fantastyczną z niesłychanie zjadliwą satyrą na marksizm. Łudzi się, że mu to wydrukują (s. 616).

Kiedy powstało Korzenie. Aneks albo o pamięci.

[1] Stanisław Lem, Korzenie. Drrama wieloaktowe, [w:] Stanisław Lem, Dzieła, tom XVI: Sknocony kryminał, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2009. Dalej cytuję jako Korzenie. Drrama wieloaktowe jest dokładnie dwuaktowe i bardzo niewielkie. W tym wydaniu zajmuje (łącznie ze spisem osób) mniej niż sześć pełnych stron. Uwaga! Tytułowe Korzenie to nie są te korzenie (jak korzenie drzewa etc.), lecz to korzenie (jak korzenie się kogoś przed kimś/czymś). Tutaj chodzi o - wybaczcie mi ten niewielki spoiler! - "plugawe korzenie się przed zachodem" (Korzenie, s. 134).

[2] Wojciech Orliński, Odkryto niepublikowane utwory Stanisława Lema!, "Gazeta Wyborcza", 12 października 2008, s. 25. Dalej cytuję jako Odkryto.

[3] "1953 29 sierpnia bierze ślub z Barbarą Leśniak". Kalendarium w: Ewa Balcerzak, Stanisław Lem, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1973, s. 176.

[4] Dlatego nonsensem jest przypominanie - jak to robi Orliński w cytowanym już artykule - że: "jeszcze w latach 60. Janusz Szpotański za wykonywaną w kręgu przyjaciół operę «Cisi i gęgacze» dostał swoistą nagrodę literacką - 3 lata więzienia".

[5] Można o tym przeczytać tutaj. Tamże po raz kolejny powtórzona informacja, jakoby groteska ta ("jednoaktówka"!) została "napisana pod koniec lat czterdziestych".

[6] Jan Józef Szczepański, Dziennik, tom I: 1945-1956, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 610. Dalej cytuję jako Szczepański - Dziennik. Nb. Mątwa Kantora to w ogóle pierwsze wystawienie jakiejkolwiek sztuki Witkacego po wojnie.

Witkacego wprawdzie wspomina (raz!) Sekułowski, jeden z bohaterów Szpitala przemienienia Lema, podobno zresztą sam na Witkacego stylizowany. Jest to jednak stylizacja bardzo powierzchowna i wypowiedzi Sekułowskiego (a tym bardziej sama powieść) nie są żadną miarą utrzymane "w stylu Witkacego".

Nb. Lem w rozmowie ze Stanisławem Beresiem miał za złe Edwardowi Żebrowskiemu, reżyserowi filmu według tej powieści, że postać Sekułowskiego spłycił:

"W tym filmie są bardzo tanie efekty. Na przykład Żebrowskiemu nie wystarczyło, aby Sekułowski normalnie popełnił samobójstwo i po ludzku łyknął cyjanek, ale kazał mu jeszcze zlizywać truciznę z dywanu. Wyobraża sobie pan Witkacego w takiej sytuacji? Tego samego Witkacego, który nie chcąc mieć do czynienia z okupacją sowiecką, podcina sobie brzytwą tętnicę?" (Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Cyfrant, Kraków 2013; jest to wydanie elektroniczne, w którym - jak informuje wydawca - "dokonano kolejnych korekt" w stosunku do poprzednich wydań tradycyjnych (1987, 2002); cytat z rozdziału "Rozczarowania filmowe").

Lem widocznie zapomniał, że u niego Sekułowski przed śmiercią rozpaczliwie i dosłownie czepia się życia: nagle w nadziei ocalenia podaje się za pół-Niemca i kwiczy falsetem, po czym wyje "Matko Boska!" i szlocha. Wyobrazić sobie Witkacego w takiej sytuacji jest jeszcze trudniej (zob. Stanisław Lem, Czas nieutracony, tom III: Szpital przemienienia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1957, s. 178).

[7] Wojciech Orliński, Lem. Życie nie z tej ziemi, Wydawnictwo Czarne i Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017, s. 114. Dalej cytuję jako Orliński - Lem.

[8] Dementij Warłamowicz Brudasty to jeden z horodniczych miasta Głupowa, tak na wstępie scharakteryzowany:

"Został mianowany na łapu-capu i posiadał w głowie pewne osobliwe urządzenie, za co też przezwano go "Pozytywką". Nie przeszkodziło mu to zresztą doprowadzić do porządku zaniedbane przez jego poprzednika zaległości podatkowe. Podczas tych rządów doszło do zgubnego bezzwierzchnictwa, które trwało przez dni siedem, jak o tym będzie mowa poniżej".

O co chodzi z tą "pozytywką", wyjaśnia się później w zeznaniu Wasilija Iwanowicza Bajbakowa:

"W roku zeszłym, zimą - nie pamiętam dokładnie dnia i miesiąca - zostałem obudzony w nocy i w asyście dziesiętnika policji udałem się do naszego horodniczego, Dementija Warłamowicza, a przyszedłszy zastałem go, jak siedział i miarowo to w tę, to w drugą stronę kiwał głową. Oszalały ze strachu, a przy tym podniecony użyciem napojów wyskokowych, stanąłem w milczeniu na progu, gdy naraz pan horodniczy raczył skinąć na mnie ręką i podał mi kartkę. Na kartce przeczytałem: «Nie dziw się, lecz napraw to, co zepsute». Po czym pan horodniczy zdjął z karku własną głowę i podał mi ją. Przyjrzawszy się bliżej stojącej przede mną skrzynce odkryłem, że zawiera ona w jednym rogu niewielką pozytywkę, która może wygrywać pewne nietrudne kawałki muzyczne. Były dwa takie kawałki: «Zzzniszczę!» i «Nie ścierpię». Ponieważ jednak w drodze głowa nieco zwilgotniała, niektóre kołki na wałku obluzowały się, a inne całkiem powypadały. Dlatego właśnie pan horodniczy nie mógł mówić wyraźnie albo też mówił opuszczając litery i zgłoski. Uczułem w sobie chęć naprawienia tego uszczerbku, otrzymawszy więc na to zgodę pana horodniczego z należną pieczołowitością zawinąłem głowę w serwetkę i udałem się do domu. Ale tu zobaczyłem, że na próżno polegałem na własnej gorliwości, albowiem mimo wielkich starań, aby utwierdzić kołki, które wyleciały, niewiele jednak w tej mierze osiągnąłem, gdyż wystarczyła najmniejsza nieostrożność lub przeziębienie, aby kołki na nowo wypadały, toteż w ostatnich czasach pan horodniczy mógł wyrzec jedynie: ppię!" (M[ichaił] Sałtykow-Szczedrin, Dzieje pewnego miasta, przełożył Seweryn Pollak, Książka i Wiedza, Warszawa 1953, s. 22, s. 37-38; jest to pierwszy polski przekład, którego druk "ukończono dnia 15.VI.53").

[9] Marcin Wołk, Nie być Indiotą. O "Dziennikach gwiazdowych" Stanisława Lema, [w:] Od Lema do Sienkiewicza (z Ingardenem w tle). Prace literaturoznawcze ofiarowane profesorowi Andrzejowi Stoffowi w siedemdziesiątą rocznicę urodzin, pod redakcją Marzenny Cyzman, Anny Skubaczewskiej-Pniewskiej i Dariusza Brzostka, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2017, s. 232-233, przypis 19. Dalej cytuję jako Wołk.

[9a] [Dopisek] Pan Zbigniew Górecki uprzejmie zwrócił mi uwagę na inne ciekawe powinowactwo z Tichym. Otóż w Korzeniu robotnik Wazelinary Kupow tak wyjaśnia, skąd się wzięły ostatnio w sodzie kiszonej okruszki:

"Przypisują to naszemu sockotowi, Marfaszy. Kocisko ześlizgnęło się do kotliszcza i na amen je wyparzyło. Rozłożyło się na kocian sody" (Korzenie, s. 134).

A to już cytat z "Podróży dwudziestej ósmej" Ijona Tichego (pierwodruk w wydaniu Dzienników gwiazdowych z roku 1966):
"Mały Pyzio, ten, co fruwa odrzutowo i mówi f zamiast p (flaneta zamiast planeta, ale za to - spodnie planelowe), wrzucił - teraz się dopiero okazało - kota do zbiornika z sodą, która pochłania nam dwutlenek węgla. Biedne kocisko rozłożyło się na dwukocian sody" (Stanisław Lem, Dzienniki gwiazdowe, Czytelnik Warszawa 1971, s. 310; kursywa za oryginałem, bo Ijon Tichy cytuje w tym miejscu pamiętnik swego przodka, kapitana żeglugi gwiezdnej Wszechświta Tichego).

Soda, kot, (dwu)kocian sody...

[10] "Myślę, że najbliższym przyjacielem ojca przez całe życie był Jan Józef Szczepański, niemal członek rodziny. Osoba, do której ojciec miał bezgraniczne zaufanie" (Ojciec był dużym dzieckiem. Z Tomaszem Lemem rozmawia Katarzyna Janowska, "Polityka" 2009, nr 39, s. 72).

[11] Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta w DODATKACH: "Stanisław Lem czci rewolucję październikową albo Wells, Lenin i wstydliwy trybut. WYPISY".

[12] Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Cyfrant, Kraków 2013; cytat z rozdziału "Czas nieutracony"; kursywa za oryginałem. Tych słów Stalina, które przytacza Lem, nie ma w odnalezionym maszynopisie Korzenia.

Trochę inaczej mówił o tym Lem w rozmowach z Tomaszem Fiałkowskim:

"- Był jednak pewien pański utwór, którego nie próbował pan nawet przedstawić cenzurze - groteskowa opera o Stalinie...

- Ja tę operę nawet nagrałem, ale taśma magnetofonowa starego typu stała się wskutek długiego składowania nie do odczytania, a maszynopis zaginął gdzieś w czeluściach naszego domu. Pamiętam oczywiście fragmenty: w finale wychodził na scenę towarzysz Stalin, «nadludzko genialny i nieludzko uśmiechnięty». Występowały tam takie osoby, jak Awdotia Niedonagina-Praksichwsichina, jak Diemientij Psichow, który pojechał do Stanów Zjednoczonych, by tam podglądnąć kapitalistyczną produkcję przez dziurkę od klucza, i wrogowie wybili mu oko, wsadzając w tę dziurkę drut do szydełkowania, jak enkawudysta Anichwilitegonieradzę [sic!], który się nerwowo bawił naganem. Występował też Miczurenko, uczeń Łysiurina; wyhodował on kaktus z sutkami, który wytwarzał specjalne mleczko i można go było doić. Miczurenko okazał się jednak nie dość prawomyślny, mleczko nie było takie, jak trzeba, po uczonego mieli przyjść przedstawiciele wiadomego urzędu, zmiłował się jednak nad nim nieludzko uśmiechnięty Stalin. - Nu - powiada - niemnożko tak od linii otorwalis’, y? - A, niech tam...

Czytałem tę sztukę znajomym i przyjaciołom, nawet nie pod kołdrą. Odgrywałem wszystkie postacie, także Awdotię Niedonaginę, przemawiając cienkim głosem. Nie mogę odżałować jej straty" (Świat na krawędzi. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000, s. 69-70).

Tym razem nie ma ani słowa o tym, kiedy ta groteskowa opera o Stalinie została napisana. W każdym razie Lem już bez trwogi wychodzi z nią poza najbliższy krąg rodziny i czyta ją "znajomym i przyjaciołom".

A tak pisał o Korzeniu w liście do Stanisława Remuszki z 26/7 listopada 1989. Tam z kolei pojawia się całkiem konkretna data powstania tego dziełka, ale dla odmiany nie ma ani słowa o tym, by Korzenie było komukolwiek czytane:

"Napisałem w roku 51 cudowny dramat KORZENIE [o «korzeniu się przed Zachodem«»], osoby: Awdotja Niedonagina-Praksywtichina, Warfałamotwiej Bartuchyłtimuszenko, biolog radziecki Miczurenko, uczeń Łysiurina, pracownik Iz Organow, Anichwili Tegonieradze, i sam Tow. Stalin, niestety: tekst zginął, na taśmie zaś (grałem SAM wszystkie role) ok. 1/3 dyabli wzięli (magnetofon). Nie wiadomo, czemu. Wielka to szkoda Kultury Narodowej, PRON by się uśmiał. Teraz by tę sztukę zaraz mi wystawili. Napisałem dla odpuszczenia pary, bo już mi soc bokiem-gardłem wychodził" (Stanisław Lem, Stanisław Remuszko, Lem - Remuszko (korespondencja 1988-1993), Oficyna "Rękodzieło", Warszawa 2019; cytuję za faksymile listu ze strony 154; wyróżnienia za oryginałem). Panu Stanisławowi Remuszce dziękuję za uprzejme udostępnienie tej rzadkiej książki. Dalej cytuję jako Lem - Remuszko.

[13] Wojciech Orliński nie mógł pominąć Dziennika Szczepańskiego w swojej biografii Lema, toteż gdy próbuje udowodnić, że Lem nigdy przenigdy nie był "bardzo czerwony", musi uciekać się do bałamuctw i retuszy. W jego wersji sedno sporów światopoglądowych obu przyjaciół wyglądało tak:

"Wiadomo zatem, że początkiem przyjaźni był 4 września 1952 roku, kiedy to Lem uciął sobie ze Szczepańskim dłuższą pogawędkę w krakowskiej siedzibie Związku Literatów Polskich. Nawiasem mówiąc, ten pierwszy wpis należy do nielicznych historycznych dokumentów pokazujących jakąś formę aprobaty Lema dla filozofii marksistowskiej - Szczepański czuł się bowiem w rozmowach ze swoim przyszłym przyjacielem nawracany «może nie tyle na sam marksizm, co na aprobatę marksizmu».

W świetle tego, co Lem pisał wtedy w listach do wcześniej poznanych przyjaciół - oraz w świetle powstałej mniej więcej wtedy satyry na stalinizm zatytułowanej Korzenie - myślę, że Szczepański trochę przesadzał. Lem przede wszystkim był zdeklarowanym materialistą - z późniejszych wpisów w dzienniku wynika, że tym właśnie Szczepańskiego szokował najbardziej. Obalał wszystkie jego argumenty przemawiające za wiarą czy mistycyzmem (takie jak fenomen «cudownych uzdrowień», który Lem sprowadzał do igraszki statystycznej) - Szczepański z żalem, ale jednak przyjmował te argumenty" (Orliński - Lem, s. 188).

Tymczasem z notatek Szczepańskiego wynika, że nie było żadnej "pogawędki", ale coś, co Szczepański odebrał jako "nachodzenie". Lem niczym też Szczepańskiego nie "szokował", nie obalał żadnych argumentów za wiarą, a "cudownych uzdrowień" nie sprowadzał do igraszki statystycznej, tylko do działania wiary analogicznego do placebo. Czego Szczepański nie przyjął "z żalem", tylko prześmiewczo zapytał Lema, czy wiara w tezy marksizmu-leninizmu też mogłaby działać podobnie, jak wiara w "zamawianie" brodawek. Lem zaś najwyraźniej nie chwycił żartu, tylko dalej poważnie perorował.

Pozostaje więc jedynie argument z istnienia "powstałej mniej więcej wtedy satyry na stalinizm zatytułowanej Korzenie", w której świetle widać to, co chce się zobaczyć. Tyle że wiara w to, jakoby Korzenie powstało właśnie "mniej więcej wtedy", jest w istocie bardzo podobna do wiary w "zamawianie" brodawek. I działa również podobnie - to, co uwiera i szpeci, jakimś cudem znika. Trzeba tylko głęboko wierzyć.

[14] Jeśli założymy, że Lem pod koniec lat 40. lub na początku lat 50. pisze Korzenie na przeplotkę z takimi choćby dziełkami, jak Kocioł (wydrukowany we wrześniowym numerze "Twórczości" z roku 1950), to podejrzenie o cynizm będzie jak najbardziej uzasadnione. W Korzeniu komunizm jako wieczna harówka w fabryce sody kiszonej, a w Kotle - proletariusze, którym niestraszne są nie tylko kotły uszkodzone przez sabotażystów, ale nawet Urząd Bezpieczeństwa:

"Gdy [Marcinów] zmierzał do drzwi, podszedł do niego robotnik.

- Wy jesteście z Komitetu Wojewódzkiego?

- Tak.

- To powiedzcie im - wskazał kciukiem w tył przez ramię - żeby nam głowy nie mroczyli. [...] Niech Bezpieką nie straszą! Bezpieka nam robotnikom nie straszna. A głowy nie będziemy pchać.

- Tak, Bezpieczeństwa nie macie się co bać. A o pracy pomówimy potem - odparł Marcinów i ominąwszy stojącego wyszedł" (Stanisław Lem, Kocioł. Fragment powieści, "Twórczość" 1950, nr 9, s. 42).

To nie jest okazjonalny wtręt. Ten krótki fragment powieści (w sumie raptem 13 stron) to istna rewia słusznych ideologicznie motywów. Prócz nieludzko życzliwej dla robotników Bezpieki jest i sabotaż, i paru "przefarbowanych foksów [folksdojczów] i jeden leśny [partyzant]" (s. 38), którzy rozkradli akumulatory, i plan sześcioletni, i Amerykanie, którzy podkupują potrzebne nam szwedzkie łożyska, a nawet ukradli "kupiony w Szwajcarii wyłącznik mocy [...] zapłacony w dobrych dolarach" (s. 47), i pomocna dłoń Rosji, i jeszcze atak "na wszystkich frontach Indonezji, Chin, Grecji, odbudowanej Warszawy i fabryk" (s. 48). A na sam koniec towarzysz Marcinów z Komitetu Wojewódzkiego przemawia do robotników w te słowa:

"Imieniem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej ręczę, że każdy taki robotnik [który nie zgodzi się pracować przy uszkodzonych kotłach] dostanie pracę w swoim fachu, najdalej do kilku tygodni. Wiecie, że partia nigdy jeszcze nie złamała danego słowa" (s. 48-49).

Lem nie musiał pisać tej koszmarnej agitki. Nawet w 1950 roku pisarzy nie brano z łapanki i można było zarobkować jako kalkulator-chronometrażysta (przypadek Zbigniewa Herberta) albo stróż. Poza tym nawet ktoś, kto chciał być pisarzem, mógł pisać przyzwoicie (przypadek Jana Józefa Szczepańskiego). A już na pewno po październiku 1956, w roku 1957, nikt nie mógł wymusić na Lemie zgody na kolejne wydanie trylogii Czas nieutracony, w której ten fragment znajduje się w tomie trzecim (Powrót) na początku rozdziału "Stary cmentarz". Wprawdzie przeredagowany i już nie aż tak groteskowo socrealistyczny, ale Bezpieka nadal jest życzliwa dla robotników, Amerykanie zaś nadal kradną "zapłacone dolarami" wyłączniki (Stanisław Lem, Czas nieutracony, tom III: Powrót, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1957; dawny Kocioł to strony 552-563; wszystkie trzy tomy w jednym woluminie z ciągłą numeracją stron). Zresztą w innych miejscach tej książki można trafić na podobne kwiatki, na przykład na taki konterfekt leśnego dowódcy:

"Dowódca założył kciuki za pas. Marszcząc czoło wciągał ze świstem powietrze.

- A wy co, polscy profesorowie?! - ryknął nagle głosem wysilonym do zdarcia. - Co robicie?! Rozkazów bolszewii słuchacie? Chleb moskiewski zapachniał?! Żydokomunę zaprowadzać?! Co?! Co?! Co?! - krzyczał coraz przenikliwiej, jakby upajając się własnym głosem" (s. 414).

Nic dziwnego, że inny "z leśnych", podwładny tego ryczącego, chodzi w poniemieckim płaszczu "z trzema żelaznymi krzyżami, które przy każdym ruchu dzwoniły" (tamże). Widocznie dzwonienie po lesie to dla leśnych bandytów sama radość.

W roku 1957 nie wchodziły w grę nie tylko naciski polityczne, ale także twarde naciski ekonomiczne. Lem wtedy bynajmniej nie głodował. Przeciwnie, przymierzał się do budowy domu i kupna samochodu. A w rok później pisał do przyjaciela, Jerzego Wróblewskiego: "[...] jeder versucht einen kleinen Weg zu finden, wo er was zu verdienen hätte, ohne aus sich eine Hure zu machen" (Orliński - Lem, s. 138). Czy to się Lemowi udało, niech już każdy sam sobie odpowie wedle własnej miary.

[15] Tomasz Lem twierdzi, że jego ojcu przez całe życie zdarzały się "napady niebywałej wprost naiwności". Na przykład we wczesnych latach 50. (kiedy to podobno miał pisać albo już nawet napisał Korzenie) "potrafił pokłócić się z żoną o stonkę, rzekomo zrzucaną przez Amerykanów nad Polską. Barbarę ta absurdalna informacja podana przez «Trybunę Ludu» mogła tylko rozśmieszyć; jej mąż natomiast we wszystko uwierzył - przecież «Trybuna» zamieściła nawet zdjęcie imperialistycznego pojemnika, którego zawartość miała pokrzyżować plany uświadomionym klasowo chłopom" (Tomasz Lem, Awantury na tle powszechnego ciążenia, Cyfrant, Kraków 2012; rozdział 10 "PRL").

Potwierdza to zresztą sam Lem w liście do Stanisława Remuszki z 8 grudnia 1989:

"[...] ja w stonkę uwierzyłem, ujrzawszy Fotografie w krajowym piśmie jak stonka z kanistrów wyłazi, na spadochronach zrzucanych. Byłem Niesłychanie Naiwny, to fakt, i po trosze zostałem w tym sensie, że jak mi pokazują coś takiego, to myśl „Fałszerstwo” nie jest moją pierwszą myślą. Ja niczego nie bronię, tylko wyjaśniam" (Lem - Remuszko, s. 45; wyróżnienie moje; w oryginale Lem podkreślił słowo "pierwszą", faksymile na stronie 157).

[16] W przemówieniu, które Lem napisał 4 stycznia 1987 roku z okazji przyznania mu nagrody fundacji im. Alfreda Jurzykowskiego, znów pojawia się stonka, ale tym razem wyjaśnienie jest nieco inne:

"Mogę tylko powiedzieć o sobie, że pisałem o tym, w co wierzyłem, o przyszłości, która wydawała mi się osiągalna. Postępowałem tak nawet wówczas, kiedy pisałem (skądinąd kiepskie i prawie nie znane) opowiadanie Kryształowa kula, które Leopold Tyrmand schlastał w swoim dzienniku z 1954 roku, sugerując, że nabzdurzyłem tam o stonce ziemniaczanej, zrzucanej przez Amerykanów, ażeby móc opublikować skądinąd dość ciekawy utwór fantastyczny. Tyrmandowi nie przyszło do głowy, że pisząc tę nowelkę nie byłem oportunistą, lecz tylko durniem, ponieważ w ową amerykańską stonkę na spadochronach po prostu uwierzyłem" (Stanisław Lem, Poznanie i zło; cytuję za stroną solaris.lem.pl; wyróżnienie moje).

Przemówienie znane jest od ponad trzydziestu lat, Korzenie - od ponad dziesięciu. Jednak chyba żaden z lemologów nie zastanawiał się, jak do deklaracji "pisałem o tym, w co wierzyłem", dopasować prześmiewcze "będziemy bardzo, bardzo harować". W książce Orlińskiego nie ma o tym przemówieniu Lema nawet wzmianki. Ale za to można dowiedzieć się wiele o jego samochodach i ulubionych słodyczach, choć Lem przecież nie zasłynął ani jako rajdowiec, ani jako cukiernik.

Nb. dziwna sprawa z tą stonką jako dowodem durnoty. Bo przecież stonka ani nie pojawia się w Kryształowej kuli, ani też nic o niej nie pisał Tyrmand. Pisał natomiast tak:

"Niedawno przeczytałem opowiadanie Lema w Dookoła Świata - nazywało się Kryształowa kula i miało na mnie wpływ osobliwy. Nie przypominam sobie, abym uprzednio miał do czynienia z literaturą, która tak jednako budziłaby we mnie zachwyt i obrzydzenie. Jest to opowiadanie o opowiadaniach, misterna pętla erudycji [...] jakaś niezwykła literacka fuga [...]. Wszystko zaś spina wątek o agencie amerykańskiego wywiadu, który usiłuje okraść francuskiego profesora, naturalnie postępowca i członka Ruchu Pokoju, z jego odkryć i badań. I co z tego Lem ma? Oczywiście, ma opublikowane opowiadanie, które bronić można argumentem, że owe dwie pyszne historie, czyli dwa główne wątki, nie ukazałyby się w druku, gdyby nie trzeci. Ale czy można ratować cokolwiek za cenę niedorzeczności? Czy koncesja, czyli środek, nie staje się dominantą? Jeśli kultura jest tlenem ludzkości, to każde zatrucie powietrza się liczy, nawet najulotniejszy bzdet czuć. Lem woli, żeby opowiadanie żyło, nawet napiętnowane wulgarnym idiotyzmem, lecz dla mnie - i zapewne dla bardzo, bardzo wielu - literatura, której domalowuje się wilcze kły imperializmu na przepustkę, przestaje żyć" (Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Polonia Book Fund, Londyn 1980, s. 229-230).

[17] Być może późną reminiscencją tych przeżyć jest w Korzeniu didaskalium: "(wszyscy się śmieją socjalistycznie, tj. nie dla własnej korzyści)" (Korzenie, s. 134).