EBENEZER ROJT

Życie Stanisława Lema. Dyskrecje i niedyskrecje

O naukowym duchu przenikającym biografię Stanisława Lema autorstwa Agnieszki Gajewskiej [1], mówi coś przypis na stronie 586. Jest tam wcześniej cytat z listu Lema do Heleny Eilstein, w którym Lem pisze, że bezwarunkowy zakaz aborcji to wedle niego "etyka wredy nawet w destylacie, a co dopiero in mala mundi vita". I właśnie do tego in mala mundi vita dała Gajewska następujące objaśnienie:
In mala mundi vita (łac.) - w złym (zgubnym, szkodliwym) życiu świata; za pomoc w przekładzie tego fragmentu dziękuję prof. Piotrowi Urbańskiemu i ks. Markowi Gubernatowi.
Dwóch konsultantów, by przełożyć kilka łacińskich słów! W sumie znośnie. Ale jeśli już objaśnia się taki drobiazg, wypadałoby dodać, że są to słowa z początku średniowiecznego wiersza o nędzy ludzkiego żywota ("Heu, heu mala mundi vita") [2] i chyba lepiej byłoby przełożyć je jako "w tym marnym życiu" [3]. Zwłaszcza w kontekście całego zdania oraz nawiedzających Lema depresji, kiedy ogarniał go wstręt do życia [4].

Natomiast o granicach tego ducha mówi coś kolejny przypis - dziwne wyznanie naukowej bezradności.

Lem pod koniec życia w felietonie dla "Tygodnika Powszechnego" napisał:

Wrócę jeszcze do moich lektur świątecznych: znalazł się wśród nich trzeci tom historii powojennej filozofii w Polsce, gdzie jest też hymn na moją cześć jako filozofa [5].
Gajewska powtarza tę wiadomość ("W trzecim tomie historii powojennej filozofii w Polsce Lem znalazł swoje nazwisko"), po czym rozbrajająco tłumaczy się w przypisie:
Nie udało się ustalić, którą konkretnie publikację miał na myśli pisarz (Gajewska, s. 608).
Tymczasem miał na myśli - cóż za niespodzianka! - trzeci tom Polskiej filozofii powojennej i zamieszczony tam szkic Pawła Okołowskiego Stanisław Lem [6]. Publikację nie aż tak ezoteryczną, by jej egzemplarza nie było w bibliotece Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, macierzystej uczelni autorki. Tyle że Gajewska niezbyt pewnie się czuje, gdy chodzi o filozofię, innych prac Okołowskiego o Lemie też chyba nie czytała, toteż kwestię filozoficznych poglądów Lema woli wymijać za pomocą gładkich ogólników:
Do ostatnich chwil śledził rozwój technologiczny i ostrzegał przed politycznymi oraz komercyjnymi nadużyciami, nie tracił jednak z oczu potencjału nowych odkryć i ich znaczenia dla polepszania jakości życia. Zamiłowanie do nauk o życiu i podziw dla Darwina współgrały u niego z marksistowskim materializmem (Gajewska, s. 244) [7].
O ciągnącej się przez dziesięciolecia polemice Lema z Leszkiem Kołakowskim, która zaczęła się recenzją Kołakowskiego z Summy technologiae, ma do powiedzenia tylko tyle, że kiedy "Leszek Kołakowski krytycznie odniósł się do kilku pomysłów zamieszczonych w Summie, [Lem] pamiętał mu to aż do śmierci" (Gajewska, s. 340) [8]. Nad opisywanie zawartości głowy Lema Gajewska bowiem zdecydowanie przedkłada opisywanie jego charakteru: że bywał pamiętliwy, drażliwy i - nade wszystko - apodyktyczny [9]. Ale przy czym się tak upierał, o tym już się w tej książce na ogół dyskretnie milczy.

Nie jest to więc biografia Lema moich marzeń. Ponieważ jednak zasługi Agnieszki Gajewskiej dla lemologii są nie do przecenienia, nie będę grymasił.

Otóż Lem przez kilkadziesiąt lat skutecznie mitologizował swój życiorys i na przykład o tym, że jest z pochodzenia Żydem albo w ogóle nie wspominał, albo - w ostateczności - zmyślał, że wprawdzie jego przodkowie byli Żydami, ale on już o judaizmie nie miał żadnego pojęcia [10]. I dopiero Agnieszka Gajewska zrobiła to, co każdy poważny lemolog dawno zrobić był powinien: sprawdziła dokumenty [11].

Okazało się wtedy, że rodzice Lema brali ślub w synagodze, ojciec Lema aktywnie uczestniczył w życiu żydowskiego Lwowa, a sam Lem uczył się religii u znanego rabina, który na świadectwie maturalnym ocenił jego pojęcie o judaizmie na piątkę [12]. Najprawdopodobniej miał też Lem tradycyjną bar micwę i liznął nieco hebrajskiego [13].

W poprzedniej książce Gajewskiej o Lemie, Zagłada i gwiazdy [14], jeszcze niczego o bar micwie i hebrajskim nie było. Natomiast pisząc wtedy o narodzinach Lema, zadowoliła się Gajewska jedynie enigmatycznym zdaniem:

Duchowym mentorem dziecka został Benjamin Lehm, najprawdopodobniej brat nieżyjącego dziadka (Zagłada i gwiazdy, s. 140).
Komentując to zdanie cztery lata temu w innej notce, pytałem:
A któż to taki ten "duchowy mentor dziecka" w tradycji judaistycznej? Czy nie chodzi tu o sandeka (סנדק), osobę, która trzyma dziecko płci męskiej w czasie ceremonii obrzezania, brit mila? Zazwyczaj jest to dziadek, a tutaj być może w zastępstwie zmarłego dziadka rolę tę pełnił jego brat, Benjamin Lehm. Czy można założyć, że pełnił ją fikcyjnie - jedynie do zapisania w papierach? Bo to trochę tak, jakby katolik dał się zapisać jako ojciec chrzestny, chociaż żadnego chrztu naprawdę nie było.

Nie jest to tylko próżna ciekawostka, bo wtedy sytuacja Stanisława Lema pod niemiecką okupacją wyglądałaby znacznie bardziej dramatycznie niż sytuacja kogoś, kto twierdzi, że, owszem, wprawdzie jacyś jego "przodkowie" byli Żydami, ale on sam już tak daleko zaszedł w asymilacji, że ani nic go z judaizmem nie łączyło, ani nawet nie miał o nim zielonego pojęcia. Ktoś taki mógł jeszcze czasem liczyć na mocne fałszywe dokumenty. Natomiast dla Żyda ze znakiem przymierza na ciele żadne dokumenty nie były wystarczająco mocne, skoro tę ich fałszywość mógł bez problemu zdemaskować byle policjant [15].

Na szczęście, przygotowując się do napisania biografii Lema, Agnieszka Gajewska doczytała jeszcze to i owo oraz uznała, że może sobie pozwolić w tej sprawie na niedyskrecję. Dzięki temu z kolei ja mogłem się z satysfakcją przekonać, że moja intuicja była trafna. Teraz już nawet wiadomo, jak nazywał się mohel, który obrzezał malutkiego Stasia Lema:
Osiem dni później, 20 września, przy udziale mohela R.T. Bodka w domu odbyła się uroczystość obrzezania. W jej trakcie noworodka trzymał na rękach sandak Benjamin Lehm, obecni byli też rodzice (Gajewska, s. 75).
Jednak o żydowskich obyczajach mogłaby Gajewska jeszcze trochę doczytać, bo na razie ma o nich nieco mgliste wyobrażenie, wskutek czego o ślubie rodziców Lema pisze między innymi:
Potem odbyły się wieczory kawalerski i panieński. W dniu ślubu para pościła i spowiadała się (Gajewska, s. 54).
Z postem oblubieńców w dniu ślubu to prawda. Natomiast te "wieczory kawalerski i panieński" to najpewniej kabalat panim, przyjęcie dla gości weselnych, podczas którego w osobnych pomieszczeniach panna młoda (kala) przyjmuje kobiety, a pan młody (chatan) - mężczyzn. Mylące jest też sformułowanie, że para młoda "spowiadała się", bo Al chet, publiczna modlitwa połączona z wyznaniem grzechów (ale nie osobistych, a rytualnie wyliczanych według alfabetu), nie ma nic wspólnego z przedślubną katolicką spowiedzią. Takiej spowiedzi judaizm w ogóle nie zna.

Z drugiej strony Gajewska czasem przesadza w wyszukiwaniu u Lema nawiązań do żydostwa. Gdy Lem używa w artykule zwrotu "pod chajrem", komentuje to tak:

Jednocześnie zwrotem "pod chajrem" nawiązywał do tradycji żydowskiej i języka jidysz, w którym oznacza on: pod groźbą klątwy, ekskomuniki, czyli pod groźbą wykluczenia ze społeczności żydowskiej (Gajewska, s. 259).
"Pod chajrem" to rzeczywiście z jidysz, ale w gwarze lwowskiej tak się zadomowiło, że używali pospolicie tego zwrotu również goje [16]. I lwowski batiar zdziwiłby się niepomiernie, gdyby mu powiedziano, że zaklinając się w ten sposób "nawiązuje do tradycji żydowskiej". Jeśli więc Lem tym "chajrem" cokolwiek dawał znać, to najwyżej to, że on też chłopak ze Lwowa.

Miałem podczas czytania tej biografii jeszcze jedną małą satysfakcję. Agnieszka Gajewska wprawdzie o antystalinowskiej grotesce Lema Korzenie nie wspomina (bo to zresztą rzecz sama w sobie błaha), ale zdecydowanie potwierdza moje przekonanie, że Lem nie mógłby szydzić z upozowanego na satrapę Stalina już w pierwszej połowie lat 50., skoro w 1956 roku wstrząsnęło nim ujawnienie, że Stalin naprawdę był takim właśnie, wypisz wymaluj, otoczonym kultem satrapą [17].

Późniejsze listy Lema z czasów, gdy zaczęła się odwilż, wskazują, że dopiero po wystąpieniu Chruszczowa w sprawie nadużyć władzy Stalina odszedł on od swoich przekonań o postępie komunistycznym [...] Sam określił więc wcześniejszy okres swego życia jako "czerwony". Lektura dokumentów ujawnionych przez Chruszczowa była dla niego wstrząsem i oznaczała przejście na stronę krytyków (Gajewska, s. 256, 274; wyróżnienie moje).
Nie znaczy to jednak, że po Gajewskiej nie ma już nic do zrobienia, jeśli idzie o prostowanie biograficznych zmyśleń Lema.

Trzy przykłady.

W rozmowie ze Stanisławem Beresiem na początku lat 80. tak oto wyjaśniał, kreując się przy tym nieco na ofiarę systemu, dlaczego nie pojechał na pewną konferencję:

Potem była historia z konferencją poświęconą cywilizacjom kosmicznym w Biurakanie w 1971 roku, na której miałem być jedynym Europejczykiem pośród Amerykanów i Rosjan. Nie pojechałem, gdyż zaproszenie powędrowało pod jakieś sukno. Organizatorzy bardzo naciskali, a nawet zwrócili się wprost do prezydium Polskiej Akademii Nauk… i w przeddzień otwarcia zjazdu rozdzwoniły się telefony, że muszę koniecznie pojechać. Już był zamówiony nocny pociąg do Warszawy i samolot na Krym, ale nie pojechałem, choć miałem ogromną ochotę, bo zgotowano mi rolę "walizki". Gdyby się to odbyło w normalnym terminie, wówczas nic by nie stało na przeszkodzie. Były więc w kraju próby sugerowania, że Lema nie ma [18].
A tak pisał o tym na gorąco 19 lipca 1971 w liście do Władysława Kapuścińskiego:
Dostałem wczoraj zaproszenie Ak[ademii] Nauk na międzynar[odową] konf[erencję] do spraw cyw[ilizacji] kosmicznych w Biurakanie, Armenia, na 5 IX. byłbym jedynym zaproszonym z Polski, a tam kwiat nauki światowej - Feynmany, Sagany, Dyson itp. - i w ogóle byłbym jedynym nieprofesorem. Zaproszenie podpisał Szkłowski. Tylko hak: proszą, żeby mnie posłało Prez[ydium] Polskiej AN. Jakże ja z tym do AN pójdę? Już raczej zmilczę, a Rosjanom poślę dyplomatyczną odmowę. (Wyobraża Pan sobie, jak by się poobrażali nasi specjaliści?) Nadto,"załatwiłem odmownie" zapro[szenie] do Indii i do Budapesztu... [19].
Są to dwie różne opowieści. W pierwszej zaproszenie wędruje "pod jakieś sukno", dopiero w przeddzień konferencji rozdzwaniają się telefony, więc Lem nie jedzie, choć ma na to wielką ochotę. W drugiej zaproszenie trafia do Lema na półtora miesiąca przed datą konferencji (a więc "w normalnym terminie"), a Lem nie jedzie, bo najwyraźniej pojechać nie chce ("raczej zmilczę"). I jeszcze uzasadnia to tym, że gdyby pojechał, poobrażaliby się "nasi specjaliści" - co w ustach kogoś, u kogo delikatność nie była przesadnie pielęgnowaną cnotą, nie brzmi zbyt wiarygodnie.

Agnieszka Gajewska o Biurakanie i projekcie SETI w ogóle nie wspomina; w przeciwieństwie do Lema, który wspominał chętnie. Ale nie wspomina może dlatego, że wtedy wypadałoby przedstawić również poglądy Lema, a tego właśnie stara się unikać [20].

Natomiast bierze krytycznie pod lupę - i słusznie! - dwie inne powtarzane przez Lema opowieści: że specjalnie nie skończył medycyny, by nie zostać lekarzem wojskowym [21] i że wkrótce potem przypadkiem spotkał prezesa Czytelnika, który przypadkiem zaproponował mu napisanie książki, co skończyło się powstaniem Astronautów i dało początek pięknej karierze [22].

Absolwenci szkół medycznych otrzymywali masowo powołania do służby w Ludowym Wojsku Polskim, jednak - i o tym zapewne Lem też wiedział - brak złożenia wszystkich egzaminów dyplomowych nie gwarantował bezpieczeństwa, ponieważ i takim studentom wysyłano wezwania i doszkalano ich w ramach organizacji wojskowej. [...] By uchronić się przed powołaniem do służby wojskowej, Lem potrzebował legitymacji Związku Literatów Polskich. Wbrew temu, co opowiadał Stanisławowi Beresiowi, jego spotkanie z Janem Pańskim, ówczesnym dyrektorem Spółdzielni Wydawniczej "Czytelnik" w Zakopanem, nie mogło być przypadkiem (Gajewska, s. 229).
I znów chwała Gajewskiej, że obejrzała kartę egzaminacyjną Lema i sprawdziła, wedle jakich zasad brano wtedy w kamasze młodych medyków. Niemniej dalej pozostaje zagadką, jak naprawdę doszło do spotkania z Pańskim. Mniejsza już o to, że Pański, typowy nomenklaturowy aparatczyk, miał na imię Jerzy. Ważniejsze, że miał także brata-antykomunistę w Ameryce, musiał więc być aparatczykiem szczególnie czujnym, bo nawet słaby hak mógłby zachwiać jego karierą. Toteż prawdopodobieństwo, że ot tak zaproponował napisanie książki jakiemuś nieznanemu młodemu człowiekowi, jest bliskie zeru.

Żeby zaaranżować z nim spotkanie, potrzebna była mocna protekcja kogoś, komu Pański ufał. Jeszcze mocniejsza protekcja była potrzebna, by Lema wybronić przed powołaniem do wojska, bo sama legitymacja Związku Literatów Polskich, zresztą otrzymana dużo później, nie działała w takim wypadku jak niezawodny glejt. Co innego, gdy jej posiadacz został uznany za osobę niezbędną w walce na froncie ideologicznym.

Sam Lem, opowiadając o swojej sytuacji w tamtych latach, ograniczył się wyłącznie do niejasnych napomknień. Że jego ojciec (formalnie funkcjonariusz UB - ale o tym Lem nigdy się nawet nie zająknął), próbował mu pomóc w wydaniu Szpitala przemienienia "przez swoje stare lwowskie znajomości". Że Jerzy Putrament - a jemu akurat Pański mógłby zaufać - podobno namawiał go do wstąpienia do partii, i to namawiał jakby prywatnie, bo "w jakiejś małej restauracyjce" (Tako rzecze Lem, s. 54 i 52). To kolejne dziwne spotkanie, bo przecież Putrament, wtedy jeden z najważniejszych oficerów frontu ideologicznego, z byle kim się po restauracyjkach nie szwendał. Chyba że to właśnie on podczas inspekcji u młodych literatów w Krakowie odkrył w Lemie zadatki na żołnierza tego frontu i gotów był przyjąć go - po stosownym podszlifowaniu - do służby.

Jednak w tym wypadku Gajewska nie tylko bezkrytycznie wierzy Lemowi, ale jeszcze przerabia jego opowieść restauracyjną na świadectwo bohaterskiego oporu. "Trzeba było mieć wiele samozaparcia, aby przeciwstawić się tak wpływowemu redaktorowi" (Gajewska, s. 251). Tyle że o żadnym przeciwstawieniu się nic nie wiadomo ("ja się w ogóle nie odzywałem" - mówił Lem Beresiowi). Nie wydaje się też, by Putrament chciał Lema z marszu zapisać do partii; już raczej obiecywał mu to jako nagrodę, bo - wbrew utartym mniemaniom - w czasach stalinowskich wcale nie tak łatwo było wstąpić do partii (nawet Tadeuszowi Krońskiemu się to nie udało). Znacznie łatwiej było z niej wylecieć: w ciągu pięciu lat po zjednoczeniu wyleciało tak prawie pół miliona osób! I co to za przeciwstawienie się, skoro wkrótce potem Lem drukuje obrzydliwie socrealistyczny Kocioł ("Twórczość" 1950, nr 9), a relacja z Putramentem kończy się - według słów samego Lema - tym, że

namówiono mnie do pisania felietonów dla "Nowej Kultury" [...] [gdzie] Putrament wprowadzał do moich tekstów twórcze zmiany w rodzaju: "Jak słusznie powiedział Malenkow..." (Tako rzecze Lem, s. 58).
Miała też swój dalszy ciąg relacja Lema z Pańskim. Gdy w następnym roku (1951) Pańskiego rzucono na odcinek teatru (został dyrektorem Centralnego Zarządu Teatrów), to właśnie on zainspirował powstanie Jachtu "Paradise", potwornego antyimperialistycznego gniota, który Lem błyskawicznie wysmażył razem z Romanem Hussarskim [23]. A w kolejnym roku (1952) przy okazji wystawiania tego gniota w Szczecinie, tak pisał do kierownika literackiego tamtejszego teatru:
Pański jest moim dosyć dobrym osobistym znajomym i dlatego trudno mi go o cokolwiek prosić, bo raczej nie odmówi [24].
Po latach Lem wolał się do takich dobrych osobistych znajomych nie przyznawać, a swoje ówczesne perypetie przedstawiał tak, jakby był wtedy "nikim", antyszambrującym młodym pisarzem bez żadnego wsparcia, wolnym elektronem, który z musu otarł się o socrealizm, bo bardzo chciał, by wydano mu Szpital przemienienia, więc pod presją dopisał jeszcze dwie kolejne części (co złożyło się razem na cykl Czas nieutracony).

Powstanie tego utworu również obrosło zmyśleniami. Lem głównie skarżył się na związane z tym niedole: nieustanne podróże do Warszawy "na nie kończące się konferencje", po których wracał z zaleceniami kolejnych poprawek. Z czego pośrednio wynikało, że traktowano go wtedy jako twórcę niepoprawnego, żadnego tam socrealistę, a Beresiowi nawet zełgał niefrasobliwie, że "książka ukazała się dopiero dzięki Październikowi" [25]. Bereś zaś ani tego nie skomentował, ani nie skorygował później w przypisie, choć przecież musiał dobrze wiedzieć, że Czas nieutracony został wydany na rok przed Październikiem, a drugie wydanie oddano do składania jeszcze w lipcu 1956.

Tymczasem te wieloletnie pertraktacje z wydawcą żadną miarą nie dowodzą nieprawomyślności Lema w czasach stalinizmu. Przeciwnie, mozolne podszlifowywanie świadczy raczej o sporych nadziejach, jakie z nim wiązali jego protektorzy! Z pisarzem niepewnym ideologicznie żadne wydawnictwo nie robiłoby sobie tyle zachodu. Takiego załatwiano odmownie od ręki. Natomiast Czas nieutracony był, jak się zdaje, szykowany na hagiografię nowego ustroju, a hagiografia, wiadomo, musi być bez skazy i całkowicie zgodna z aktualną linią. Lem miał jedynie pecha, że działo się to w czasach, gdy linia ta kilkakrotnie się zmieniała. W końcu jednak się udało, toteż recenzenci nie mieli potem żadnego problemu z uchwyceniem głównej idei tej książki:

Dana przez Lema odpowiedź na pytanie o światopogląd polityczny jest jednoznaczna: Czas nieutracony to akces inteligenta polskiego do komunizmu [26].
Książka Agnieszki Gajewskiej nie daje podobnie jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, dlaczego później u samego Lema nie doszło - mimo przeżycia politycznego wstrząsu - do przełomu światopoglądowego. Podstawowy skład jego zapatrywań pozostaje bowiem po roku 1956 mniej więcej ten sam, a wyparowuje z tej mikstury głównie optymizm. Na tym zresztą polega problem z Lemem.

Lem, który coś tam nabroił w czasach stalinowskich, ale potem otrzeźwiał i zmądrzał, nie jest trudny do zaakceptowania. Stosunkowo łatwo też jego perypetie usprawiedliwiać: młodością, głupotą, żarliwą wiarą, wojenną traumą, naiwnością, biedą etc., etc. - jak kto sobie życzy. Czy nawet pewną dozą konformizmu, wprawdzie mało chwalebnego, lecz w czasach terroru jakoś tam wybaczalnego. A najlepiej wszystkim po trochu.

Natomiast znacznie trudniej zaakceptować Lema, u którego nawet odejście od "przekonań o postępie komunistycznym" jakby się ślimaczy i rozmywa. Artykuł z 1967 roku z okazji 50. rocznicy rewolucji październikowej można potraktować jako przykry serwitut wymuszony napiętą sytuacją polityczną [27], ale co począć choćby z losami Czasu nieutraconego.

Że Lem zgodził się wydać "akces inteligenta polskiego do komunizmu" w roku 1955, to oczywiste. Że zgodził się niemal natychmiast na drugie wydanie (ukazało się na początku roku 1957), to też jeszcze zrozumiałe. Ale dlaczego zgodził się na wznowienie tej koszmarnej agitki w roku 1965? Już zamożny, sławny i szeroko czytany, co powinno skłaniać do większej odpowiedzialności. Tym bardziej, że są tam takie paskudztwa, które aż przykro cytować. Komu i dlaczego chciał dać znać, że ten akces nadal uważa za obowiązujący?

Z powodu grzeszku znacznie mniejszego kalibru Lem uznał kiedyś, że Czesław Miłosz to "Bardzo Utalentowana Świnia" [28]. Aż strach pomyśleć, jakich słów trzeba by użyć, gdyby jego samego zmierzyć tą miarą.

[1] Agnieszka Gajewska, Stanisław Lem. Wypędzony z Wysokiego Zamku. Biografia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021. Dalej cytuję jako Gajewska.

[2] Najstarszy paryski rękopis tego wiersza pochodzi z dwunastego wieku, a jego autorstwo bywało przypisywane (bezzasadnie) Bernardowi z Clairvaux, może dlatego, że on też wiele pisał o marności życia. Z tego rękopisu ogłosił go Edélestand du Méril w Poésies populaires latines du moyen age (Franck, Paryż 1847, s. 108-121) i dał mu stosowny tytuł: Des misères de la vie humaine. Liczy w całości niemal sto zwrotek, bo rozliczne są nędze ludzkiego żywota, więc przytoczę tylko pierwszą:

Heu, heu mala mundi vita,
quare me delectas ita?
Cum non possis mecum stare,
quid me cogis te amare?

Słowa 'mala' nie ma w rękopisie paryskim, ale jest w późniejszym rękopisie z czternastego wieku, może dla zachowania ośmiu sylab w każdym wersie. Dodałem je za: Hermann Adalbert Daniel, Thesaurus hymnologicus sive hymnorum canticorum sequentiarum collectio amplissima, tom IV, Lipsk 1855, s. 194.

Tę pierwszą zwrotkę cytuje Jan Ptaśnik w Kulturze wieków średnich (Instytut Wydawniczy "Bibljoteka Polska", Warszawa 1925). Po łacinie w przypisie 6 na stronie 279, natomiast w tekście głównym na stronie 143 w takim swobodnym przekładzie:

Ach ty marne podłe życie,
Czemu cieszysz mię w swym bycie?
Jeśli ze mną stać nie zdołasz,
Czemu do kochania wołasz?

Nb. Obie te zwrotki, łacińską i polską, przepisał od Ptaśnika Wacław Sieroszewski w powieści Pan Twardost Twardowski czarnoksiężnik polski (tom I, Instytut Wydawniczy "Bibljoteka Polska", Warszawa 1930, s. 227-228). Ale u literatów takie pożyczki bez zaznaczenia to rzecz zwyczajna, więc nie ma o czym mówić.

[3] Wulgata jako pro mundi vita przekłada greckie hyper tes tou kosmou zoes (Ewangelia Jana 6,51). Jezus powiada tam, że jego ciało jest chlebem na coś więcej niż życie w tym świecie, bo kto zje z tego chleba, żyć będzie na wieki (zesei eis ton aiona). Można by więc idąc za tą tradycją przełożyć ten zwrot jako "w marnym doczesnym życiu", ale ponieważ Lem nie dzielił życia na doczesne i wieczne, a swój list pisał do zdeklarowanej ateistki, samo "marne życie" wydaje mi się stosowniejsze.

[4] O depresjach Lema Gajewska pisze wielokrotnie, nawet jeden z rozdziałów zatytułowała "Depresja i polityka". Zdaje się też już na wstępie przychylać do diagnozy Lema, że jego wstręt do życia był w istocie objawem choroby.

"W liście do Heleny Eilstein Lem twierdził, że cierpi na cyklotymię, czyli chorobę charakteryzującą się zaburzeniami nastroju. W chwilach wzmożonej stymulacji chorego cechuje nadaktywność, euforia i gadatliwość, a także ograniczona potrzeba snu. Po tych okresach następują dni wypełnione smutkiem, zmęczeniem i niechęcią do siebie samego. Chorobę tę można odziedziczyć, jednak bywa ona także skutkiem traumatycznych przeżyć z młodości i długotrwałego stresu. Na pewno choroba, a przynajmniej jej objawy, które Lem u siebie zdiagnozował, sprzyjała izolacji, ale też realizowaniu twórczej pasji. Z upływem lat coraz częściej skarżył się przyjaciołom na dojmujący wstręt do życia" (Gajewska, s. 11-12).

Cytaty z listów Lema, w których skarży się na wstręt do życia (taedium vitae) na stronach 353-354 i 496.

[5] Stanisław Lem, Lektury świąteczne, tygodnikpowszechny.pl, 8 stycznia 2006. Felieton Lema cytuję za tym samym internetowym źródłem, na które powołuje się Gajewska (przypis 30 na stronie 686).

[6] Paweł Okołowski, Stanisław Lem, [w:] Polska filozofia powojenna, Tom III, redakcja Witold Mackiewicz, Agencja Wydawnicza Witmark, Warszawa 2005, s. 179-204. Szkic godny polecenia, bo to szkoła Bogusława Wolniewicza z tym wszystkim, co w niej najlepsze: jasnością i zwięzłością.

[7] W tym wypadku jeszcze nie jest najgorzej: treści wprawdzie tyle, co kot napłakał, ale mniej więcej wiadomo, o co chodzi. A nie zawsze wiadomo.

"Przyległość koncepcji matematycznych i fizycznych do znanej Lemowi teorii ewolucji ułatwiała mu zrozumienie skomplikowanych układów, jakie działają w maszynach umiejących się komunikować. Dodatkowo taka wizja wiązała się z określonym światopoglądem, w którym więzi społeczne powstają poprzez wymianę informacji podlegających entropii" (Gajewska, s. 362).

Maszyny umiejące się komunikować to pewnie tylko przenośnia; jak wtedy, gdy mówi się o samolocie, że umie latać. Ale o co chodzi z tą przyległością koncepcji matematycznych do teorii ewolucji i - najważniejsze - co to za określony światopogląd, "w którym więzi społeczne powstają poprzez wymianę informacji podlegających entropii". Brzmi to bardzo mądrze, ale w istocie nie ma tam chyba nic więcej poza trywialnym spostrzeżeniem, że ludzie tworzą więzi społeczne posługując się językiem.

[8] Pointa recenzji Kołakowskiego była niemal entuzjastyczna ("uważam jego książkę za znakomitą"), ale zaczynała się ta recenzja - zwłaszcza jeśli pamiętać o drażliwości Lema - wielce niefortunnie.

"Chłopiec, który grzebie w ziemi dziecinną łopatką, może być łatwo przeświadczony, że jeśli z dostatecznym uporem i dostatecznie długo będzie się trudził, przebije w końcu kulę ziemską i dostanie się z Polski na dno Pacyfiku. Przypuszczenie jego ma za sobą dwie istotne racje: pierwszą jest spostrzeżenie, że w miarę kopania dołek robi się coraz głębszy, następną jest wygląd globusa, na którym może ustalić, gdzie się znajduje «drugi koniec świata». [...] Nie da się przekonać szydercom, którym zawsze odpowie: «przecież zrobiłem już początek, widzieliście na własne oczy!»" (Leszek Kołakowski, Informacja i utopia, [w:] Idem, Pochwała niekonsekwencji. Pisma rozproszone z lat 1955-1968, tom 3, przedmowa, wybór, opracowanie Zbigniew Mentzel, Wydawnictwo Puls, Londyn 1989, s. 42; pierwodruk w "Twórczości" 1964 nr 11).

Lem naturalnie wziął tego chłopczyka z łopatką do siebie ("Ongiś naśmiewał się ze mnie Kołakowski") i rzeczywiście zapamiętał to Kołakowskiemu aż do śmierci, czyniąc tu i ówdzie pod jego adresem rozmaite uszczypliwości. Zwłaszcza sympatię do chrześcijaństwa późnego Kołakowskiego przedstawiał tak, jakby to dyskwalifikowało go jako partnera do poważnej dyskusji ("ma własną wykładnię chrześcijaństwa, która mnie nie interesuje"). A z kolei wczesnemu Kołakowskiemu miał za złe jego pryncypialny (więc i pryncypialnie antychrześcijański) marksizm.

"Chodziło mu przede wszystkim o wczesne artykuły, w których ten atakował Ajdukiewicza, Kotarbińskiego i Ossowskich: «I nawet nie uderzył w pierś, by rzec mea culpa, bo za dumny na to i bo się Tacy Filozofowie nie mylą»” (Gajewska, s. 250-251; Gajewska cytuje list do Heleny Eilstein z 18 kwietnia 1991).

Niezbyt to elegancki przytyk w prywatnym liście, zwłaszcza jeśli pamiętać, że Lem również wypisywał rozmaite mało chwalebne rzeczy, za które potem bił się w piersi znacznie mniej zamaszyście niż Kołakowski albo wcale.

"W listach też nie dokonywał rozrachunków, być może po części dlatego, że uwiedzenie poetyką socrealistyczną i wizją świata, gdzie technika pozwala zwalczyć głód i biedę, to nie to samo co zaangażowanie w działalność partyjną i donoszenie na kolegów i koleżanki. Lem rzadko przyznawał się do błędów i rzadko przepraszał nawet przyjaciół za swoje niestosowne zachowanie" (Gajewska, s. 562-563).

Skargę Lema, że Kołakowski się naśmiewał, cytuję za: Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018, s. 75. Dalej cytuję to wydanie jako Tako rzecze Lem.

Podobnie zresztą skarżył się Tomaszowi Fiałkowskiemu:

"Kiedy napisałem Summę technologiczną, nie było odzewu ani ze strony autorów czy krytyków science fiction, ani ze strony autorytetów naukowych, z jednym wyjątkiem Kołakowskiego, który mnie wyśmiał" (Świat na krawędzi. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000, s. 204).

O tym, że nie interesuje go rozmowa z Kołakowskim, mówił Lem Stanisławowi Beresiowi:

"On przecież lekceważy wszystko, co pachnie naturalizmem, czyli nauką. Przebywa w świecie Spinozy, rozmaitych mistyków i ma własną wykładnię chrześcijaństwa, która mnie nie interesuje ani w jego, ani w niczyim innym wydaniu" (Stanisław Bereś, Historia literatury polskiej w rozmowach. XX-XXI wiek, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2002, s. 111)

[9] "Najbliższe otoczenie pisarza będzie przez kolejne lata obserwowało z obawą coraz częstsze napady złości i jego wzrastającą apodyktyczność" (Gajewska, s. 570). Gajewska cytuje wcześniej Dziennik Jana Józefa Szczepańskiego, którego peszy "absolutna pewność [Lema] własnej racji we wszystkim" oraz uwagę Kołakowskiego z rozmowy ze Zbigniewem Mentzelem: "Lem nie darował mi paru uszczypliwych uwag o jego książce. To był jeden z dwóch wybitnych pisarzy naszych wyjątkowo wprost przewrażliwionych na swoim punkcie". A dalej jest jeszcze kolejny cytat z Dziennika Szczepańskiego: "Basia [żona Lema] powiedziała mi w zaufaniu, że stał się ostatnio chorobliwie apodyktyczny - co zresztą obserwuję od jakiegoś czasu" (Gajewska, s. 600).

Jak to jednak w tej książce często bywa, niedyskrecje przeplatają się z dyskrecjami. Tak więc czytelnik dowie się, że w pierwszej połowie lat 90. "Lemowie byli skłóceni z synem i nie utrzymywali z nim kontaktu", a Lem również później "pokazuje mu fochy", ale o co poszło - już nie wiadomo (Gajewska, s. 600-601).

[10] Stanisław Lem, Przypadek i ład, z niemieckiego oryginału zatytułowanego Mein Leben i napisanego w 1983 roku przełożył Tomasz Lem:

"Moi przodkowie byli Żydami, jednak ja nie miałem pojęcia o judaizmie ani, niestety, o żydowskiej kulturze". W oryginale: "Meine Vorfahren waren Juden. Ich wußte vom mosaischen Glauben nichts, und auch von der jüdischen Kultur leider gar nichts [...]".

W długiej rozmowie ze Stanisławem Beresiem, która złożyła się na książkę Tako rzecze Lem, posunął się nawet do swego rodzaju prowokacji:

"Punktem kulminacyjnym rozmowy o antysemityzmie jest zdanie: «Żydów u nas prawie już nie ma, choć są tacy, którzy twierdzą, że wszyscy jesteśmy Żydami. Może więc my obaj też?» (TRL, 415 [Gajewska cytuje Tako rzecze... Lem za wydaniem z roku 2002; w późniejszych wydaniach wielokropek z tytułu zniknął]). Czy prowokował w ten sposób Beresia? Oczekiwał od niego zaprzeczeń? Sprawdzał jego reakcję? Badał, czy się domyśla? Dalszy ciąg rozmowy nie pomaga odpowiedzieć na te pytania. Lem wypierał się w niej bliskich związków z tradycją żydowską i twierdził, że o swoim żydowskim pochodzeniu dowiedział się dopiero od Niemców podczas okupacji" (Gajewska, s. 408).

Nb. w autobiograficznym Wysokim Zamku słowa 'Żyd", 'żydowski', 'synagoga' etc. nie pojawiają się ani razu, nawet w opisie tła, i z pewnością nie zadecydowała o tym peerelowska cenzura. Natomiast obrazy kościołów lwowskich oglądane przez narratora w starych albumach są dla niego "swojskie" (Stanisław Lem, Wysoki Zamek, [w:] Stanisław Lem, Dzieła, tom XIV, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2009, s. 52). I dopiero gdy wie się o żydostwie Lema, daje do myślenia zakończenie tego zdania: "swojskie, ale chyba tak raczej, jak zaułki mieszkania są bardziej swojskie dla myszy aniżeli dla prawowitych jego rezydentów".

[11] Pisałem o tym już kilka razy, więc z konieczności trochę się powtarzam, ale przecież, po pierwsze, nie każdy musi znać moje poprzednie notki (na przykład notkę "Agnieszka Gajewska czyta Stanisława Lema albo ktoś tu chyba jednak zwartusiał"). Po drugie zaś nie jest prawdą, że Ebenezer Rojt potrafi jedynie wściekle czepiać się drobiazgów w poczciwych ludzkich zmyśleniach. Przeciwnie, nic go tak nie raduje, jak rzetelna robota.

[12] Niewykluczone, że trzeba tę ocenę traktować z pewną rezerwą, jak zresztą na ogół czyni się z ocenami z religii. Józef Hen uważa wręcz, że:

"ta piątka z religii o niczym nie świadczy [...]; wszyscy dostawaliśmy z religii piątki, bo dla policji Żyd, który zaniedbywał ten przedmiot, wzbudzał podejrzenie, że jest komunistą, i miał trudności z dostaniem się na studia" (Ja, deprawator, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2018, s. 83).

Jeśli jednak wziąć poprawkę na charakter młodego Lema, można rozsądnie założyć, że skoro już chodził na lekcje religii, to jednak czegoś się na nich nauczył.

Nb. Hen daje w swojej książce do zrozumienia, że sporo wie o Lemie, bo "Lem przede mną nic nie udawał", ale wcześniej pisze, że Lemowi "rodzinę wymordowano, on jeden z niej ocalał" (s. 12; wyróżnienie moje). Czyli bardziej zmyśla niż wie. Akurat to zmyślenie to drobiazg - znacznie gorsze są fantazje polityczne Hena. W książce wydanej w roku 2018, a pisanej już dobrze po zajęciu Krymu przez Rosję, można między innymi przeczytać, że Putin jest nastawiony na dialog (s. 51), że jeśli ktoś oskarża Putina o chęć rozwalenia Unii Europejskiej, to najpewniej jest maniakiem (s. 86), że Putin na pewno nie zrobi wojny, bo eksportuje gaz (s. 145), że strach przed Putinem świadczy "o pewnej obsesji" (s. 171), że Polsce na pewno "nie grozi żaden Putin" (s. 229). Nawet antyputinowsko nastawione rosyjskie emigracyjne politolożki są dla Hena "dość dziwaczne" (s. 302), a na słowa o tym, że "Rosja szykuje się do agresji", można się tylko roześmiać (s. 354). Być może Lem trafnie przewidział zbyt wiele rzeczy, więc Natura dla równowagi stworzyła także Hena.

[13] "Nic nie wskazuje na to, by rodzice Stanisława porzucili uczestnictwo w życiu synagogi; wydaje się wręcz, że właśnie zaangażowanie w sprawy religijne mogło w latach trzydziestych stanowić polityczne wyzwanie rzucone w stronę antysemickich wystąpień. [...] Z językiem hebrajskim Lem musiał zapoznać się zarówno w synagodze, jak i na lekcjach religii mojżeszowej, prowadzonych przez ważną dla lwowskiej socjety postać, rabina Dawida Kahane". "Najprawdopodobniej we wrześniu 1934 roku wziął udział w bar micwie" (Gajewska, s. 86, 84).

Gdy się już wie, że Stanisław Lem jednak miał o judaizmie pojęcie, inaczej czyta się na przykład takie jego zdanie z listu do Rafaiła Nudelmana:

"Mnie się bardzo w Izraelu nie podoba tendencja TEOKRATYCZNA, bo ona oznacza nietolerancyjność, w judaizmie GORSZĄ niż w chrześcijaństwie" (Gajewska, s. 506).

Nb. gdy Lem czytał niedługo przed śmiercią wspomniany w przypisie szóstym szkic Okołowskiego, mógł mieć poczucie, że udało mu się wszystkich nabrać na swoje biograficzne bałamuctwa. Okołowski bowiem nie tylko powtarza za Lemem: "Jego przodkami byli zasymilowani Żydzi", ale pisze o matce Lema - tej samej, która stała pod chupą razem z Samuelem - "Matka, Sabina z Wollnerów (ur. 1892), katoliczka pochodząca z ubogiej rodziny z Przemyśla" (s. 181).

[14] Agnieszka Gajewska, Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2016. Książka w postaci elektronicznej dostępna jest za darmo i najzupełniej legalnie w Repozytorium UAM.

[15] Kto tej notki ciekaw, niech przeczyta w OSOBACH: "Wojciech Orliński znowu o Stanisławie Lemie albo zmyśleń ciąg dalszy".

[16] Kto nie wierzy, niech zajrzy do książki Zofii Kurzowej: Polszczyzna Lwowa i kresów południowo-wschodnich do 1939 roku, PWN, Warszawa 1983, s. 217.

[17] Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta w NOTATKACH: "Kiedy powstało Korzenie. Mały przypis do ewolucji światopoglądowej Stanisława Lema wraz z wypisami z Dziennika Jana Józefa Szczepańskiego" oraz "Kiedy powstało Korzenie. Aneks albo o pamięci".

Nb. Agnieszce Gajewskiej chyba obiła się o uszy hipoteza (nonsensowna), że świadectwem istnienia Korzenia w styczniu 1953 roku jest pewna notatka z Dziennika Jana Józefa Szczepańskiego. I może dlatego notatkę tę opowiedziała tak:

"Pod koniec stycznia 1953 roku Lem i Szczepański spędzili trochę czasu w Przegorzałach [...] Lem czytał tam sztukę kukiełkową, kpiącą z władz, którą napisał razem z Husarskim, a Szczepański uznał, że jest dobra i dowcipna" (Gajewska, s. 255; wyróżnienie moje).

Ale w oryginalnej notatce Szczepańskiego nie ma nawet najmniejszej aluzji, że była to sztuka "kpiąca z władz":

"W ubiegłą niedzielę byłem z Lemem w Przegorzałach u Hussarskich. Jeździliśmy skikjoringiem, a potem Lem czytał sztukę kukiełkową, którą razem z H.[ussarskim] napisali. Bardzo dowcipna i dobra" (Jan Józef Szczepański, Dziennik, tom I: 1945-1956, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 339-340).

[18] Tym razem rozmowy Lema z Beresiem cytuję za: Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Cyfrant, Kraków 2013; cytat z końca rozdziału "Księga skarg i wniosków". Jest to wydanie elektroniczne, w którym - jak informuje wydawca - "dokonano kolejnych korekt" w stosunku do poprzednich wydań tradycyjnych (1987, 2002). Cytuję zaś to wydanie dlatego, bo w kolejnym wydaniu papierowym (cytowanym w przypisie 8, strony 243-244) akapit ten został przeredagowany, a z pierwszego zdania zniknęły słowa "w Biurakanie w 1971 roku". Ale naturalnie dalej chodzi właśnie o tę konferencję.

Nb. nie jest prawdą, że Lem miał być na tej konferencji "jedynym Europejczykiem pośród Amerykanów i Rosjan". Byli tam także brytyjski biolog Francis Crick, węgierski astrofizyk György Marx i Rudolf Pešek z Czechosłowacji.

Wypadałoby także w końcu sprostować ten "samolot na Krym" (w innym miejscu Lem mówi o "radziecko-amerykańskiej konferencji w Biurakanie na Krymie"; s. 321 wydania z roku 2018), bo choć kolejne wydania tych rozmów są za każdym razem zredagowane trochę inaczej, redaktor dotąd nie zainteresował się, gdzie właściwie leży ten Biurakan. W rzeczywistości Biurakan (poprawniej Bjurakan, ale pozostaję przy pisowni Lema) to wieś w Armenii, odległa od Krymu mniej więcej tyle, co Warszawa od Zurychu. A wybrano ją na miejsce konferencji, bo mają tam obserwatorium astronomiczne z największym na Kaukazie teleskopem. Najwidoczniej Lemowi pomylił się po latach Kaukaz z Krymem.

[19] Stanisław Lem, Listy albo opór materii, wybór i opracowanie Jerzy Jarzębski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002, s. 92.

Nie jest jasne, czemu Lem do Biurakanu nie chciał pojechać. Wiadomo, że z radzieckimi uczonymi dyskutował chętnie i do końca życia wspominał z rozrzewnieniem, jak wspaniale go w ZSRR przyjmowano. Były to jednak dyskusje bardzo luźne i po części prywatne. Być może rola jedynego nieprofesora na konferencji naukowej wydała mu się za trudna do udźwignięcia, zwłaszcza że nie mógł liczyć na przedustawną sympatię tych różnych amerykańskich Feynmanów i Saganów, którzy wtedy (w przeciwieństwie do Rosjan) jego twórczości nie znali. A gdyby jeszcze któremuś z Amerykanów przyszło do głowy napisać na tablicy jakiś mniej banalny wzór albo podrążyć astronomiczną wiedzę Lema, kompromitacja wisiałaby w powietrzu, "matematyka zawsze bowiem była moją piętą achillesową" (Wysoki Zamek, strona 68 wydania cytowanego w przypisie 10).

"Z listów do Jerzego Wróblewskiego wynika, iż Lem zdawał sobie sprawę, że jego możliwości konceptualne nie mają tak szerokiego zasięgu, jakiego oczekiwał sam od siebie. Przeszkodę stanowiła, podobnie jak w gimnazjum, matematyka, z którą w czytanych książkach nie potrafił sobie poradzić. Gdy zaczynał pisać Summę, żalił się: «[...] Te AWTOMATY, które od Ciebie dostałem, tylko w jakichś 30-40% odcyfrowałem, resztę zakryła skorupa nieprzenikliwej dla mnie Mathematyki»" (Gajewska, s. 375; przepraszam za ten "zasięg możliwości konceptualnych", ale przecież uprzedzałem, że jest to biografia naukowa).

Ponieważ jednak zaproszenie do Biurakanu bardzo mu pochlebiało, Lem ostatecznie przygotował niewielki referat dołączony później do pokonferencyjnej książki. Niestety, asekuracyjny i zdroworozsądkowy: że do sprawy kontaktu z innymi cywilizacjami trzeba podejść elastycznie, wypracować wielość strategii, pamiętać, że nasze dane są tymczasowe i przyszłe odkrycia je zmienią etc., etc. Wszystko to prawda, ale przecież nikt tym oczywistościom nie przeczył, a organizatorzy chyba oczekiwali od wizjonera-fantasty czegoś bardziej szalonego. "Jak łatwo się domyślić - przyznawał smętnie po latach sam wizjoner - głos mój nie miał żadnego echa" (Rozważania sylwiczne XXXV, "Odra" 1995, nr 6, s. 92). Toteż Stanisław Bereś mocno na wyrost napisał po śmierci Lema, że brał on udział "w opracowywaniu koncepcji międzynarodowego programu naukowego SETI (Search for Extraterrestrial Intelligence), mającego na celu poszukiwanie form inteligentnego życia poza Ziemią". Tym bardziej, że koncepcja SETI powstała 10 lat przed Biurakanem (Stanisław Bereś, Ita dixit Lem, "Postscriptum 2006, nr 1, s. 9).

Referat Lema jest dziś stosunkowo łatwo dostępny w: Проблема СЕТI. Связь с внеземными цивилизациями, redakcja Samuel Aronowicz Kaplan [Самуил Аронович Каплан], Издательство «Мир», Moskwa 1975. Rozprawka Lema nosi tytuł По поводу проблемы внеземных цивилизаций (s. 329-335). Nb. wbrew pojawiającym się czasem informacjom nie jest to rosyjski przekład szkicu Nauka ziemska i cywilizacje kosmiczne, opublikowanego najpierw w "Problemach" (1970, nr 11), a potem w książce Rozprawy i szkice (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1975).

[20] Jedno okrągłe zdanie na ten temat pojawia się, gdy Gajewska relacjonuje warszawskie spotkanie Lema z kosmonautą Jegorowem w roku 1965:

"Wierzyli wtedy [Lem i Jegorow] zarówno w istnienie innych cywilizacji w kosmosie, jak i w możliwość nawiązania z nimi kontaktu, choć w tej materii spodziewali się sporych trudności" (Gajewska, s. 350). Ale dlaczego wierzyli i jakich trudności się spodziewali, tego już się nie dowiecie.

Nb. Gajewska nie wspomina nie tylko o Biurakanie, ale również - co już zauważono przede mną - o wielu innych znanych sprawach. Jeśli nawet robi tak dlatego, ponieważ uznała, że są to sprawy nazbyt znane lub nazbyt mętne, wypadałoby swoje stanowisko przynajmniej zaznaczyć. Coś bowiem mówi o młodym Lemie jego list do Ludowego Komisariatu Przemysłu Obronnego ZSRR (jeśli to autentyk), a o starym - proces z długoletnim przyjacielem i agentem, Franzem Rottensteinerem, którego nazwisko pojawia się w książce Gajewskiej jeden jedyny raz i to w nawiasie, jako objaśnienie do listu Lema.

Garść napomknień Lema o konferencji w Biurakanie można znaleźć nawet w wydanym kilka lat temu wyborze jego felietonów (Stanisław Lem, Planeta Lema. Felietony ponadczasowe, wybór Wojciech Zemek, posłowie Jerzy Jarzębski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 133, 136, 150, 173-174, 239, 456). Nb. Lem napisał tam przy tej okazji, że prawo Titiusa-Bodego "polega na tym, że najpierw mamy środkową grupę małych planet, a potem planety olbrzymy" (s. 135). Ktoś to kiedyś sprostuje?

[21] "W 1949 roku miałem już absolutorium studiów medycznych, ale ponieważ wszystkich moich kolegów brano do czynnej służby wojskowej, i to nie na rok albo dwa, ale tak, że na zawsze już zostawali w wojsku, postanowiłem nie zdawać ostatniej grupy egzaminów" (Tako rzecze Lem, s. 52).

[22] "W 1950 roku w Domu Literatów w Zakopanem spotkałem się z pewnym grubym panem, z którym poszliśmy na spacer do Czarnego Stawu. Był to Jerzy Pański - prezes Spółdzielni Wydawniczej «Czytelnik». W trakcie naszych górskich rozmów poruszaliśmy temat braku polskiej fantastyki. Zdradziłem się wtedy, że lubowałem się - już jako chłopiec - w powieściach Grabińskiego, Umińskiego, Verne'a i Wellsa. Tyle razy tę historię powtarzałem, że być może stworzyłem sobie jakąś jej sztampową kliszę, ale jest coś na rzeczy w tym, iż on zapytał, czy gdybym dostał umowę wydawniczą, podjąłbym się wykonania takiej pracy. A ja, nie wiedząc nawet dobrze, z kim mam do czynienia, bo był dla mnie po prostu jakimś grubym panem, który podobnie jak ja kręci się po «Astorii», odpowiedziałem, że tak. Po jakimś czasie, ku swojemu zdziwieniu, otrzymałem rzeczywiście umowę. Nie wiedząc jeszcze, co to będzie, napisałem tytuł Astronauci… i w stosunkowo krótkim czasie napisałem książkę. I to był mój debiut" (Tako rzecze Lem, s. 54-55; wyróżnienie moje; w wydaniu elektronicznym z 2013 zamiast "otrzymałem rzeczywiście umowę" było "otrzymałem pocztą umowę").

[23] "- No, na przykład z Hussarskim napisał pan Jacht «Paradise».
- Pan czytał tę potworność?
- No pewnie! To mój kultowy dramat. Najbardziej lubię scenę, w której amerykańska seksbomba karmi rekiny pomarańczami.
- Był wtedy konkurs na sztukę teatralną i za pośrednictwem wspomnianego tu Pańskiego z «Czytelnika», który - jak się później okazało - był nasłany z Moskwy, zostałem zaproszony do współuczestnictwa. Wtedy wymyśliłem tę straszliwą brednię, która była zupełnie luźnym projektem, i nie mając ani siły, ani ochoty, ani umiejętności do napisania tego samemu, namówiłem do współpracy Romka Hussarskiego" (Tako rzecze Lem, "rozdział "Czas nieutracony"; tym razem cytuję za wydaniem elektronicznym z roku 2013, bo w kolejnym wydaniu papierowym z 2018 roku (strona 52) zniknęła amerykańska seksbomba, rekiny i pomarańcze. W oryginale wypowiedzi Beresia są wyróżnione kursywą, którą pomijam.

[24] List Lema z 29 grudnia 1952 do Waleriana Lachnitta, kierownika literackiego Państwowych Teatrów Dramatycznych w Szczecinie. Cytuję za: Konrad Wojtyła, Lem paradise. Szczecińska historia w nieznanych listach opisana, "Pogranicza" 2008, nr 6, s. 71.

Nb. w Szczecinie milionera Morrisa grał Aleksander Fogiel (m.in. Maćko w Krzyżakach), a młodego filmowca Boba - Ryszard Pietruski (m.in. kapitan statku w Rejsie). Czyli aktorzy, którzy nie skończyli jako halabardnicy. Ale wtedy ich gra jakoś wyjątkowo nie przypadła Lemowi do gustu:

"co się atoli tyczy samego przedstawienia, no to, Kochany Kolego, przecież pamiętamy obaj [...] owo raczej nieprzyjemne zgrywanie się Milionera, owo klepanie Boba przez onegoż po głowie (raczej walenie a la Bim Bom w cyrku)" (List do Waleriana Lachnitta z 2 grudnia 1952).

Lem nie bierze tu pod uwagę, że być może kierowani instynktem aktorskim uznali, że biorą udział w czymś niezbyt odległym od cyrku.

[25] "I tu zaczęły się bardzo mało zabawne lata [1950-1954]. Był to bowiem okres, kiedy co kilka tygodni, nocnym pociągiem, najtańszą klasą siedzącą, jeździłem do Warszawy, na nie kończące się konferencje do «Książki i Wiedzy», gdzie maglowano mój Szpital Przemienienia. Pani Wilczkowa wciąż paliła papierosy i tłumaczyła mi, że jest on chybiony ideologicznie i wsteczny, stąd trzeba mu zbudować «przeciwwagę dla kompozycyjnego zrównoważenia». I tak wyduszano ze mnie dalsze części. [...] Oczywiście to wszystko nic nie dało, bo książka ukazała się dopiero dzięki Październikowi" (Tako rzecze Lem, s. 50-51).

Pewne wrażenie robią także te nocne pociągi "najtańszą klasą siedzącą". Wiadomo jednak (z artykułu cytowanego w poprzednim przypisie), że Lem nie musiał w tamtych latach aż tak oszczędzać na przejazdach i na przykład w roku 1952 na premierę Jachtu "Paradise" poleciał do Szczecina samolotem.

[26] Jerzy Kwiatkowski, Wielkość i upadek "Czasu nieutraconego", "Twórczość" 1957, nr 8, s. 151. W dalszych rozważaniach Kwiatkowski nieco zniuansował tę twardą formułę, wskazując na związki Lema z tradycją Żeromskiego, jego naiwne społecznikostwo etc. Miała to więc podobno być najsympatyczniejsza odmiana socrealizmu, "maksymalnie humanistyczna" (s. 152), taki socrealizm "z ludzką twarzą" (niektórzy na tego typu sztuczki reagowali alergicznie: potwór powinien mieć twarz potwora - mówił Zbigniew Herbert).

Stanisław Bereś cytuje recenzję zamieszczoną w jednym z partyjnych dzienników, w której imprimatur kończy się pryncypialnym stwierdzeniem, że książka Lema "ze względu na ocenę zjawisk, na stosunek autora do sił postępu, na ukazanie roli klasy robotniczej w procesie przygotowania i organizowania nowej rzeczywistości, kwalifikuje się jako literatura partyjna" (Stanisław Bereś, Gra z doktryną. Proza Stanisława Lema w latach 1946-1956, [w:] Idem, Szuflada z Atlantydy, Dolnośląskie Wydawnictwo Edukacyjne, Wrocław 2002, s. 133; wyróżnienie moje). Była to - jak się zapewne domyślacie - najwyższa możliwa pochwała.

Nb. Bereś próbował w swoim szkicu udowodnić, że Czas nieutracony wcale nie jest aż tak wzorcowo socrealistyczny, na jaki wygląda, ponieważ udało mu się znaleźć na tych prawie siedmiuset stronach dwie wypowiedzi krytyczne (a nawet "szydercze") pod adresem budowniczych socjalizmu (s. 136). Zaraz jednak sam się zmitygował i dodał, że "złośliwości te zostają wypowiedziane przez klasowego wroga", więc w najlepszym (dla Lema) wypadku można uznać, że w powieści nie znajdują one wystarczająco "energicznego odporu ideologicznego" (co jednak dyskusyjne).

Jeszcze bardziej naciągana jest opinia Beresia, jakoby sposób przedstawiania pracy aparatu bezpieczeństwa przez Lema był przejawem (i to "wyrazistym") jego nieortodoksji w realizacji socjalistycznego modelu. Dowodem na to miałoby być między innymi to, że jeden z wysoko postawionych ubeków okazuje się ostatecznie podłym aferzystą. Ale przecież Czas nieutracony ukazał się już po ucieczce Józefa Światły w grudniu 1953, więc podkreślanie, że wróg może czaić się wszędzie i że to właśnie on odpowiada za pewne niedoskonałości aparatu bezpieczeństwa, było wtedy jak najbardziej ortodoksyjne (i bardzo wygodne).

[27] Kto chciałby świętować rocznicę rewolucji październikowej razem z Lemem, niech przeczyta w DODATKACH: "Stanisław Lem czci rewolucję październikową albo Wells, Lenin i wstydliwy trybut".

[28] W liście z 22 stycznia 1985. Cytowałem już te słowa Lema w NOTATKACH: "Nic śmiesznego. Lem skomentowany".