EBENEZER ROJT

Bohdan Urbankowski o Marcu 1968
albo niepijący poeta we mgle

Gdzieś około roku 1960 Władysław Broniewski, wtedy już właściwie poeta emeritus, powiedział do Bohdana Urbankowskiego, wtedy poety licealnego: "Myślałem, że to ja jestem ostatnim romantykiem, a widzę, że to pan". Było to - dodaje Urbankowski - "zdanie, które w dużym stopniu zdecydowało o moim życiu". A tu jeszcze Broniewski po jednym ze swoich wieczorów autorskich zaprasza go, ucznia, do knajpy:

Postawił wódkę. Jako szermierz i harcerz, do tego tajnej drużyny im. Piłsudskiego, powiedziałem, że nie piję. Broniewski powiedział, żebym jednak zrobił wyjątek. "To, że odmawiasz (mówił mi "ty"), to dla ciebie normalka. Ale jak zrobisz wyjątek - zapamiętasz do końca życia. Poza tym będziesz bardziej prawdziwy, mniej książkowy. Takie dążenie do doskonałości może się dla ciebie źle skończyć", ostrzegł.

Przyjemna anegdota, ale co robi w książce zatytułowanej Przedwiośnie '68. Fakty i mity owiane marcową mgłą [1]?

Otóż taka właśnie jest ta książka. W prawie pięćsetstronicowym pakiecie dostaje się nie tylko obfite rozważania o wypadkach z 1968 roku, ale także obfite wspomnienia autora, obfite cytaty z najrozmaitszych źródeł plus obfite wypisy z zasobów Instytutu Pamięci Narodowej. Prawdziwy róg obfitości! Udało się nawet wmontować w nią całkiem spory tomik wierszy (s. 23-27, 51-52, 57, 132-138, 232-233, 235-236, 238-239, 245-247, 397-439). Ale skoro Urbankowski daje przemawiać przez kilkanaście stron Gomułce (s. 186-201), prawie dziesięć stron daje Ważykowi na wypisy z Poematu dla dorosłych (s. 318-326), to właściwie dlaczego miałby samemu sobie żałować.

Taki montaż atrakcji może się podobać albo i nie, ale zasadniczo nie ma w nim nic złego. Czytelnik najpierw wypije wódkę z Broniewskim, potem dowie się, co wyznał w 1968 roku tajnej policji Jan Tomasz Gross (s. 161-164), potem liźnie trochę poezji, potem posłucha Gomułki... i tak dalej, i tak dalej. Niestety, przy całej tej przelewającej się obfitości przykrą niedoróbką jest "Indeks osobowy" (13 stron, blisko tysiąc nazwisk!), bo z tajemniczych powodów nie obejmuje przypisów, czasem wielostronicowych, w których od nazwisk też się roi.

Już w całkowitej zgodzie z tytułem książka ma ambicje demaskatorskie, aczkolwiek osoby zainteresowane tematem nie znajdą w niej wiele nowego. Trudno natomiast wyobrazić sobie, by osoby niezainteresowane nagle zapragnęły desperacko przegryźć się przez te pięćset stron z tysiącem nazwisk. Nawet najcelniejsze cytaty giną w powodzi słów, więc jedynie bardzo uważni czytelnicy dowiedzą się - niektórzy pewnie z zaskoczeniem - że w marcu 1968 roku to jednak nie Adam Michnik prowadził lud na barykady.

Michnik nie uczestniczył w manifestacji. Został w domu, oznajmiając, że jest chory i musi leżeć w łóżku. Miał przed sobą dwadzieścia cztery godziny wolności. 9 marca został zatrzymany (s. 117).
Urbankowski tego nie wymyślił. Jest to cytat z książki Cyrila Bouyeure'a [2], o której w "Gazecie Wyborczej" napisano, że "powstała z zauroczenia Michnikiem" [3]. Nb. cytat nie najzłośliwszy, bo zaraz potem Bouyeure daje do zrozumienia (ale tego już Urbankowski nie cytuje), że Michnik po tych dwudziestu czterech godzinach wylegiwania się w łóżku jakoś tak cudownie ozdrowiał i potem na komendzie zachowywał się "wyjątkowo bezczelnie" i "odgrywał zucha". Co skądinąd nie dziwi, bo w odgrywaniu zawsze był niezły.

Jednym z wątków Przedwiośnia '68 jest przeświadczenie autora, że istnieją w istocie dwa Marce. Pierwszy, obecny w licznych wspomnieniach, ale też podrasowany legendami, to Marzec z perspektywy pomarcowych emigrantów oraz tej części ich żydowskiego środowiska, która została w Polsce. Drugi Marzec, praktycznie nieobecny, to Marzec z perspektywy akademika i baru mlecznego. Marzec przybyszów z prowincji i studentów z biednych domów. Marzec z mało heroiczną pointą, bo im akurat można było złamać życie bez żadnych efektownych represji. Wystarczyło zabrać miejsce w akademiku albo skromne stypendium.

Siłą napędową marcowego buntu byli studenci z warszawskich akademików, przede wszystkim z Kickiego. Żaden z nich jednak do legendy nie przeszedł. Wielu z akademików wyrzucono, musieli wracać na prowincję, a tam czekały już na nich rozdziawione wojskowe kamasze. Ani historycy, ani publicyści nie poświęcili im uwagi. Do legendy zostali wniesieni na rękach studenci z "warszawki", synowie komunistycznych prominentów, których nazywaliśmy "następcami tronów", czasem "bananowcami" (s. 104).
Według Urbankowskiego są to wtedy niemal dwa osobne, równoległe światy. Teza ryzykowna, łatwo kojarząca się z przemyśleniami młodego Andrzeja Mencwela, który w 1968 roku spisał je w więzieniu na użytek tajnych służb (i może dlatego po latach będzie z wyrozumiałością wczuwał się w meandry biografii Stanisława Brzozowskiego). Urbankowski wprawdzie Mencwela też cytuje (s. 111-113; bez podania źródła), ale chyba niepotrzebnie, bo to samo można znaleźć (i Urbankowski znajduje) we wspomnieniach marcowych emigrantów:
Dopiero studia pokazały mi, jak bardzo różnię się od większości polskich rówieśników. [...] Nie obchodziłam imienin, tylko urodziny, w czasie Wigilii nie dzieliłam się opłatkiem, tylko jadłam szynkę, w dodatku na zajęciach uniwersyteckich okazało się, że z powodu braku wychowania katolickiego nie znam polskiej tradycji i nie rozumiem polskiej literatury. A czego w niej nie rozumiałam? Wszystkiego! Nie znałam Biblii. A co ty możesz zrozumieć z polskiej kultury, jak nie znasz Biblii i nie jesteś wychowana po katolicku?

[...] Jednocześnie coraz wyraźniej widziałam, jak bardzo z kolei oni nie rozumieją komunistyczno-ateistycznego-żydowskiego świata, z którego ja wyszłam. Nie rozumieją jego wartości, jego etosu, specyficzności grupowego, więziennego doświadczenia przedwojennych komunistów (s. 109) [4].

Daje też portret takiego właśnie "bananowca" z "warszawki", i to wyjęty bynajmniej nie z policyjnego donosu, lecz ze wspomnień Henryka Daski:
Michał, elegancki jak zawsze - jasne sztruksy, koszula z kołnierzykiem na guziczki i fajka z korzenia wrzosu, którą czasem wolał od gauleoise'ów ojca generała, podwójnie wędzonej kiełbasy i eksportowego piwa - artykułów dostarczanych ze specjalnych sklepów (s. 107).
Tym razem jednak jest to już cytat z drugiej ręki, z czego zdaje się wynikać, że Urbankowski do książki Daski nawet nie zajrzał. A szkoda, bo mógłby w jego wspomnieniach, często rozbrajająco szczerych, znaleźć jeszcze barwniejszy autoportret samego autora:
Ubierałem się w dżinsy lub jasne tergalowe spodnie, które Ojciec przywoził z Zachodu, i buty o zadartych szpicach roboty Śliwki, modnego szewca z okolic placu Konstytucji. Mokasyny z wstawkami z czarnej gumy, tak zwane beatlesówki, robił szewc z Tamki, o przezwisku Filantrop, a kozaczki dla dziewczyn Golcowa z ulicy Chmielnej. Koszule na tejże Chmielnej robił pan Dyszkiewicz, który ubierał jeszcze Leopolda Tyrmanda [5].
Najbardziej fascynujące w tym późnym wspomnieniu jest to, że Dasko wszystkie te nazwiska modnych szewców i krawców podaje po czterdziestu latach z pamięci. Tak więc okropna marcowa propaganda, chętnie rozpisująca się o nomenklaturowych "bananowych dzieciach", była z pewnością okropna, ale jednak mniej kłamliwa niż się na ogół sądzi.

Dasko to zresztą nieoceniony skarb dla każdego, kto chciałby porozwiewać "mity owiane marcową mgłą". Wprawdzie na ostatniej stronie okładki ktoś dopisał mu do życiorysu rytualne sformułowanie, że został "zmuszony do opuszczenia kraju przez ówczesne władze komunistyczne", ale sam emigrant pisze o tym całkiem inaczej. Po pierwsze, przypomina, że w tamtych czasach możliwość wyjazdu uważano za przywilej. Toteż, paradoksalnie, tym razem to właśnie Polacy byli tymi, którzy mają "złe pochodzenie".

Ponieważ polityka emigracyjna pozwalała jedynie Żydom na wyjazd, nie brakowało ludzi gotowych zapłacić równowartość rocznych dochodów za małżeństwo z Żydem. [...] Niektórzy twierdzili, że po raz kolejny Żydzi mają przywileje, rdzenni Polacy emigrować nie mogli (Dasko, s. 140-142) [6].
Po drugie, z tym zmuszeniem naprawdę było tak:
Późną wiosną 1969 ówczesny minister szkolnictwa wyższego, a późniejszy przewodniczący Rady Państwa, Henryk Jabłoński, odrzucił podanie o przywrócenie mi praw studenta (miałem wilczy bilet), a wojsko zaczęło się powtórnie domagać mojego udziału w obronności kraju, w następstwie czego zrewidowałem swoje uczucia patriotyczne i złożyłem o dokument podróży [7].
Wyrzucani z akademików studenci, których potem wcielano do karnych kompanii, nie mogli nawet marzyć, że ktoś ich w taki sposób zmusi do wyjazdu. Ich zmuszano raczej do czołgania się w błocie. Ale to nie oni, tylko Henryk Dasko jest bohaterem pomarcowej martyrologii.

Wracając do Bohdana Urbankowskiego. W uczciwym cytowaniu z drugiej ręki także nie ma nic złego, choć akurat w książce aspirującej do walki z mitami nie wygląda to najlepiej. Jednak prawdziwe nieszczęście zaczyna się, gdy Urbankowski cytuje różne rzeczy "za Internetem" (tak, właśnie w ten sposób bywa to opisane!). Internet zaś to dla niego wyjątkowo niebezpieczna mgła, bo w sieci porusza się niezbyt biegle [8].

Trzy przykłady.

W rozdziale "Exodus '68. Mit nowego wypędzenia" (podrozdział "Wygnanie do raju") Urbankowski pisze:

Niektóre wypowiedzi dają jednak więcej do myślenia [dlaczego w Marcu wielu Żydów ogarnął lęk]. Oto Anna Karpińska de Tusch-Lec wspomina w "Dużym Formacie" (kwiecień 2008):

"W Izraelu mój tata powiedział mi bardzo ciekawą rzecz: Anka, ty myślisz, żeśmy wyjechali z Polski dlatego, że był antysemityzm? Nie, on był zawsze. Ale w 1968 r. zrobiło się niebezpiecznie. Tam parę pieczeni piekło się jednocześnie. Oni mieli nasze kartoteki. Nas, Żydów z UB. [...]

Mój tata był w UB. Mówił nam: byłem, mam czarną plamę na życiorysie. Co robił Polakom? On zabijał, torturował. Czy w takiej sytuacji przeprowadzka do innego kraju była najgorszym wyjściem? À propos, już w 1957 r. złożył podanie o zgodę na wyjazd do Izraela, ale jej nie dostał. Inni wyjechali jako emigranci ekonomiczni. W zabiedzonym komunistycznym kraju wszyscy marzyli o wyjeździe na Zachód. W czasach PRL był on Ziemią Obiecaną, bo oprócz wolności kojarzył się z dobrobytem" (s. 279-280; dodałem cudzysłów, w książce Urbankowskiego cytat został wyróżniony kursywą).

Ale w oryginalnym wywiadzie ponad połowy tego cytatu nie ma [9]! Cały fragment od słów "Co robił Polakom?" to tylko fałszywka krążąca w Internecie. Być może powstała przypadkiem. Ot, komuś cytat, zresztą przepisany wyjątkowo niechlujnie, zlepił się z następującym po nim komentarzem i tak już zostało. Niemniej to dalej fałszywka i wstyd dla cytującego, który jeszcze dodatkowo udaje, że cytuje za "Dużym Formatem".

Również tylko internetową fałszywką jest powtórzony przez Urbankowskiego rzekomy cytat z Marksa:

Wcześniej użył go [określenia 'holocaust'] z aprobatą Marks, mówiąc o przyszłej rewolucji komunistycznej: "Klasy i rasy zbyt słabe, by opanować nowe warunki życia muszą odejść precz [...], muszą zginąć w rewolucyjnym holocauście" (artykuł z "Peoples Paper", 16 IV 1853) (s. 223-224; znowu dodałem cudzysłów zamiast kursywy).
Marks rzeczywiście wydrukował w "The People's Paper" z 16 kwietnia 1853 artykuł, ale nie ma tam nic o holocauście, rewolucji, klasach i rasach etc. Są głównie cyfry, bo artykuł traktuje o finansach rządu brytyjskiego [10].

Naprawdę bowiem coś nieco podobnego napisał nie Marks, ale Engels, nie w "The People's Paper", ale w "Neue Rheinische Zeitung", nie w roku 1853, ale w 1849, i nie o klasach i rasach, ale o plemionach i ludach (Stämme und Völker), a poza tym wszystko się zgadza. Tyle że tam też nie ma określenia 'holocaust'.

Wśród wszystkich narodów i narodzików Austrii trzy tylko były nosicielami postępu, czynnie wkroczyły do historii i dziś są nadal zdolne do życia: Niemcy, Polacy, Madziarzy. Dlatego są dziś narodami rewolucyjnymi.

Najbliższym przeznaczeniem wszystkich innych, wielkich czy małych plemion i ludów jest - ulec zagładzie w rewolucyjnej burzy światowej (im revolutionären Weltsturm unterzugehen). Dlatego są dziś kontrrewolucyjne [11].

Jak na ironię, Urbankowski już kiedyś cytował właśnie te słowa Engelsa: zrobił to prawidłowo przeszło czterdzieści lat temu w swojej Myśli romantycznej [12]. Teraz wyszło mu znacznie gorzej.

Najprawdopodobniej również z Internetu została wzięta poniższa wstawka o Wilhelmie Reichu:

Wilhelm Reich. Żyd ze wschodniej Galicji, potem członek Komunistycznej Partii Niemiec i uczeń Freuda, próbował pogodzić poglądy swego mistrza z wciąż obowiązującym marksizmem. Reich nie odrzucił jednak teorii walki klas, tylko przeniósł ją z barykad do łóżek. Swoją teorię stworzył jeszcze przed wojną, m.in. w dziele o seksualnej restrukturyzacji człowieka w socjalizmie: Die Sexualität im Kulturkampf: Zur sozialistischen Umstrukturierung des Menschen (1936), z czego po wojnie powstała Rewolucja seksualna (Die sexuelle Revolution, 1966) i natychniast zdobyła rozgłos (s. 49).
Rewolucja seksualna nie mogła powstać w 1966 roku, bo Reich wtedy już od 9 lat nie żył. Tytuł The Sexual Revolution nosił angielski przekład Die Sexualität im Kulturkampf wydany po raz pierwszy w roku 1945 [13]. Urbankowski najwyraźniej żadnej z tych książek nigdy nie widział na oczy, więc niezbyt przekonująco brzmią jego drwiny, że aktywiści ze Związku Młodzieży Socjalistycznej próbujący w latach 60. łowić na Reicha młode dusze, znali jego dzieła "raczej z drugiej ręki" (s. 49).

Na koniec jeszcze drobiazg, ale i wstyd największy: fałszywy cytat z Mickiewicza umieszczony jako motto do rozdziału "Parę dni poezji i wolności":

Czas przestać czytać poezję, czas robić poezję (s. 85).
Doprawdy nie wypada, by ostatni romantyk tak beztrosko przekręcał pierwszego! Cytat jest wprawdzie króciutki, jakoś tam zatrącający o to, co Mickiewicz rzeczywiście napisał (choć w kontekście, którego nijak się nie da dopasować do Marca '68), niemniej dopisanie wieszczowi Polaków choćby nawet tylko kilku słów, to jak samowolna wstawka w Credo [14].

Nie równoważy tego bluźnierstwa pozytywny akcent z okładki, na której Urbankowski jest jednak od Mickiewicza o pół głowy niższy. Ale to może tylko dlatego, że wciąż jeszcze czeka na postument.

[1] Bohdan Urbankowski, Przedwiośnie '68. Fakty i mity owiane marcową mgłą, Zysk i S-ka, Poznań 2021. Dalej podaję strony tego wydania w nawiasach okrągłych. O spotkaniach z Broniewskim na s. 30-31.

[2] Cyril Bouyeure, Adam Michnik. Biografia. Wymyślić to, co polityczne, przełożył Jacek Giszczak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 96.

[3] Wojciech Mazowiecki, Czarno-biały Michnik, "Gazeta Wyborcza" 6 marca 2009.

[4] Jest to cytat z książki Joanny Wiszniewicz Życie przecięte. Opowieści pokolenia Marca (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008, s. 527-528). W cytacie są trzy drobne usterki, ale nie zmieniają jego sensu, podobnie jak dwa zaznaczone opuszczenia i jedno opuszczenie nie zaznaczone. We wspomnieniu nie zostało wyjaśnione, jakim cudem osoba nie rozumiejąca w polskiej literaturze "wszystkiego" zdała maturę i dostała się na studia o profilu humanistycznym.

Wcześniej zaś ta sama osoba tak mówi o swoim środowisku (czego Urbankowski już nie cytuje):

"Że to moje środowisko rówieśnicze było wyselekcjonowane i uprzywilejowane - długo nie zdawałam sobie sprawy. Właściwie do studiów. Bo większość kolegów żyła mniej więcej tak samo. Mieszkaliśmy w ładnych, dużych mieszkaniach, nasi rodzice nie mieli kłopotów finansowych, jeździliśmy za granicę [...].

Naszego uprzywilejowania dostrzegać nie mogłam, bo ten wyselekcjonowany świat otaczał mnie zawsze, jeszcze w przedszkolu. Bo chodziłam najpierw do przedszkola MSW, a potem do przedszkola KC. Ojciec jednego z moich przedszkolnych kolegów był szefem wydziału w KC, inny pracował wysoko w wojsku czy prokuraturze wojskowej, jeszcze inny wykładał w szkole partyjnej. To był zamknięty krąg! Getto w pewnym sensie" (Wiszniewicz, s. 62).

[5] Henryk Dasko, Dworzec Gdański. Historia niedokończona, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008, s. 65. Wcześniejszy cytat - podany przez Urbankowskiego za recenzją Piotra Gontarczyka ("Aparat represji w Polsce Ludowej 1944-1989" 2008, nr 1, s. 520) - znajduje się na stronie 142. Dalej cytuję jako Dasko.

Ojciec Daski, Władysław Daszkiewicz (urodził się, jak podaje syn, jako Mojżesz Josel Rosenberg; s. 7-8) był ideowym komunistą i według syna "nigdy nie utracił wiary i pozostał zdeklarowanym stalinowcem do końca życia" (s. 39). Mimo to nie kłóciły mu się z ideologią nie tylko tergalowe spodnie z Zachodu i buty szyte na miarę u Śliwki, ale także obecność w domu służącej, dla której przeznaczona była "maleńka służbówka" (s. 19). Byle była to służąca o prawidłowych poglądach. Dziewuchę ze wsi, która w ramach zabawy z dzieckiem deptała portret Stalina w gazecie, wściekły stalinowiec chciał natychmiast zadenuncjować na UB ("Nie - powiedziała Mama, zanim wykręcił numer. - Wiesz, że ją za to zabiją"; s. 45). Zatem dobrze wiedzieli, w jakim kraju żyją jako nowa elita władzy. Scena ta nie przeszkadza synowi utrzymywać, że jego ojciec "szanował jednak przekonania innych i nie narzucał im własnych" (s. 35).

Nb. służąca w domu komunisty nie była ani w tamtych czasach, ani później rzadkością. Unikano jedynie słowa "służąca", ale przedwojenna służbówka od tego się nie powiększała. Urbankowski wspomina, że na domowym seminarium u profesora Leszka Kołakowskiego "usługiwała nam autentyczna służąca - taka jak ze starych fotografii, w białym fartuszku" (s. 218).

[6] W Danii Dasko spotkał innego emigranta, kierowcę ciężarówki, i zdziwił się, że Żydzi w Polsce zajmowali się również prowadzeniem samochodów dostawczych. Kierowca nazywał się Maciak i wyjechał z kraju wraz z żoną, dziećmi, bratem oraz jego żoną i dziećmi.

"Jak się dowiedziałem - pisze dalej Dasko - Maciakowie od dawna marzyli o wyjeździe, o stacji benzynowej w Australii. Od dyspozytora w bazie, Lewandowskiego, a w przeszłości Lewinkopfa, Maciak kupił metrykę na nazwisko Dora Gold i twierdząc, że to babka jego żony, złożył papiery na emigrację do Izraela. Na prowincji nie sprawdzano tak dokładnie papierów jak w Warszawie i Maciakom udało się wyjechać" (Dasko, s. 156).

[7] Tym razem cytuję korespondencję Daski z internetowej listy dyskusyjnej, którą po jego śmierci przyjaciele zebrali na stronie "Daskografia. Henryk Dasko 1947-2006" (dodałem polskie znaki). W Dworcu Gdańskim zostało to podane w nieco oszczędniejszej formie, a "rewizję uczuć patriotycznych" zastąpiło "spolonizowanie": "Chodziło o straszną atmosferę, groźbę przedłużonej służby wojskowej w specjednostkach oraz fakt, że tylu wokół mnie, równie jak ja spolonizowanych, decydowało się na wyjazd" (s. 148; wyróżnienie moje).

I jeszcze jeden obszerny cytat z tej książki:

"W sensie fizycznym nikogo z Polski nie wyrzucano; pojęcie przymusowej ekspulsji, stosowanej w innych krajach bloku (Czechosłowacja, ZSRR, NRD), w Polsce nie istniało. Co więcej. Marzec był procesem stosunkowo łagodnym - nie pamiętam, żeby kogoś zmuszono do wyjazdu na przykład przez wyrzucenie z mieszkania. Wypadki przemocy fizycznej właściwie nie miały miejsca. Osobom usuniętym ze stanowisk na ogół nie czyniono większych trudności po zmianie kariery, a co bardziej zasłużonym funkcjonariuszom aparatu partyjnego i administracyjnego pomagano znaleźć punkt zaczepienia. Nikogo nie wysiedlono z miejsca zamieszkania, jak to się regularnie zdarzało w ZSRR, nikt nie był zmuszony zamiatać ulic, co przydarzało się choćby intelektualistom czeskim po interwencji Paktu Warszawskiego. O ile wiem, nie zabierano rent: znam wypadki. że osoby pobierające tzw. rentę partyjną, mimo usunięcia z partii, otrzymywały ją nadal. Represje zawodowe, organizacyjne i akademickie dotknęły stosunkowo niewielu. Większość wyroków sądowych została złagodzona amnestią z 22 lipca 1969. Studia w Polsce ukończył nawet Adam Michnik, choć zaocznie i nie w Warszawie. Gomułka nie był Idi Aminem Dada: Żydów nie puszczano w skarpetkach, tylko z bagażami. Kto chciał, mógł zostać. Jest wśród Żydów sporo takich, którzy wyjechali nie po Marcu, ale znacznie później" (s. 107).

Wprawdzie w innym miejscu Dasko pisze, że jednak "Marzec był niekwestionowaną próbą wyrzucenia z Polski wszystkich Żydów" (s. 108; wyróżnienie za oryginałem), ale nie tłumaczy, dlaczego w takim razie próba ta była tak łagodna i nieudolna. Tezie tej przeczy nawet doświadczenie jego własnej rodziny:

"Mama w 1968 roku była bezpieczna. Jej redakcja ["Nowe Czasy"] stanowiła rodzaj osłoniętego od sztormów portu i nikomu nie zależało na jej stanowiskach" (s. 137).

Chodziło zatem o stanowiska. Żydowskiej redaktorki "Nowych Czasów" nikt nie próbował z Polski wyrzucać, a nawet mianowano ją wtedy sekretarzem redakcji, co wiązało się z wyższym uposażeniem.

[8] Skąd to wiem? Otóż w wątku autobiograficznym obszerne miejsce zajmuje sprawa poematu Przedwiośnie, który - to już słowa Urbankowskiego - "pisałem w tamtym Marcu, którego nie dokończyłem i którego nigdy nie dokończę" (s. 391; początek rozdziału "Poemat poszukiwany przez SB"). Poemat ("Trochę Byron, ale mieszkający na Kickiego"; s. 241) istnieje tylko we fragmentach, których w dodatku część poginęła w zawierusze dziejów, w związku z czym Urbankowski apeluje do czytelników:

"Może po wydrukowaniu tych rozdziałów jakaś dobra dusza przyniesie mi brakujące stronice. Może ktoś od kogoś przepisał parę linijek, może ktoś nagrał z radia - nie wiedząc, że to ja jestem autorem" (s. 396).

"Nagrał z radia", bo fragmenty poematu nadawała Wolna Europa, a później zostały one wydrukowane w jej miesięczniku "Na Antenie" (1970, nr 5). Urbankowski wie o tym z materiałów, które o nim zbierała Służba Bezpieczeństwa, ale kończy tak:

"Niestety nie dane mi było obejrzeć nigdy miesięcznika «Na Antenie». Słyszałem swój poemat przez radio, lecz nie wiedziałem, że był także drukowany, nie wiem, które z niebezpiecznych fragmentów się znalazły w druku" (s. 444).

Tymczasem roczniki miesięcznika "Na Antenie" są dostępne od prawie siedmiu lat w Kujawsko-Pomorskiej Bibliotece Cyfrowej i komuś, kto jako tako posługuje się Internetem, znalezienie numeru 5 z roku 1970 nie powinno zająć więcej niż kwadrans. Poemat Bohdana Urbankowskiego rzeczywiście został wydrukowany w tym numerze w osobno numerowanej wkładce (strony I-VII), co może być kolejnym potwierdzeniem banalnej konstatacji, że tajne służby mają na ogół dobre informacje.

[9] Nieładnie mówię? Teresa Torańska rozmawia z Anną de Tusch-Lec, "Gazeta Wyborcza", dodatek "Duży Format", 31 marca 2008. W oryginale ten fragment wywiadu wygląda tak:

"W Izraelu mój tata powiedział mi jedną bardzo ciekawą rzecz, która mnie zaskoczyła: Anka, ty myślisz, żeśmy z Polski wyjechali dlatego, że był antysemityzm? Nie, on był zawsze. Ale w 1968 roku zrobiło się niebezpiecznie. Tam parę pieczeni piekło się jednocześnie. Oni mieli nasze kartoteki. Nas, Żydów z UB. Nie wiadomo, co by z nami zrobili. Byłem na pewno na ich liście. Rozprawiliby się bez pardonu.

Mój tata był w UB. Wyszedł sam, co nie było łatwe, wiązało się z represjami. Ale wcześniej był. I rozumiał, że został wrogiem narodu, jak całe znienawidzone UB. Wiedział, że jest naznaczony. Mówił nam: byłem, nie wiedziałem, to mnie nie usprawiedliwia, mam czarną plamę w życiorysie.

I miał jeszcze dodatkowy garb. W 1956 roku zobaczył, że to, w co wierzył, a wierzył chyba bardzo, zbankrutowało. Całkowicie odsunął się od polityki, a wiedział dużo, bardzo dużo, i nic nie mówił".

A tak z kosmetycznymi zmianami został przedrukowany później w książce Torańskiej:

"W Izraelu tata powiedział mi jedną bardzo ciekawą rzecz, która mnie zaskoczyła: Anka, ty myślisz, żeśmy z Polski wyjechali, dlatego że był antysemityzm? Nie, on był zawsze. Ale w 1968 roku zrobiło się niebezpiecznie. Tam parę pieczeni piekło się jednocześnie. Oni mieli nasze kartoteki. Nas, Żydów z UB. Nie wiadomo, co by z nami zrobili, historia by nas nie obroniła. Byłem na pewno na ich liście. Rozprawiliby się bez pardonu.

Mój tata był w UB. Wyszedł sam, co nie było łatwe, wiązało się z represjami. Ale wcześniej był. I rozumiał, że został wrogiem narodu, jak całe znienawidzone UB. Wiedział, że jest naznaczony. Mówił nam: Byłem, nie wiedziałem, to mnie nie usprawiedliwia, mam czarną plamę w życiorysie.

I miał jeszcze dodatkowy garb. W 1956 roku zobaczył, że to, w co wierzył, a wierzył chyba bardzo, zbankrutowało. Całkowicie odsunął się od polityki, a wiedział dużo, bardzo dużo, i nic nie mówił" (Teresa Torańska, Jesteśmy. Rozstania '68, Świat Książki, Warszawa 2008, s. 102).

Wprawdzie Anna de Tusch-Lec nie mówi, że jej ojciec katował i zabijał, ale jej wypowiedzi rzeczywiście często dają do myślenia. Na przykład życzliwej Teresie Torańskiej oznajmia, że tylko Żyd ma prawo mówić "zażydzenie", "goj" i opowiadać żydowskie dowcipy.

"Pytałaś, co ci wolno, a czego nie wolno. Żydłaczyć ci nie wolno. Opowiadać dowcipów żydowskich ci nie wolno.

Szmoncesów też nie?

Szmonces jest w porządku, szmoncesy są fajne. Ale też ci nie wolno. Mnie wolno.

A słuchać mogę?

To jest niesprawiedliwe, prawda?" (Jesteśmy, s. 100).

Ostatnia odpowiedź jakby sprawy nie rozstrzygała, więc może przynajmniej wolno słuchać, ale nie jest to pewne. Natomiast pewne jest, że skojarzenia z najgłupszymi przedwojennymi antysemitami, którzy oznajmiali, że tylko Polakowi (a nie jakimś Tuwimom czy Leśmianom) wolno tworzyć polską literaturę, są jak najbardziej uprawnione. Dziś moda na te idiotyzmy niestety wraca i ma to nawet swoją specjalną nazwę - "przywłaszczenie kulturowe" (cultural appropriation).

[10] Karl Marx, The New Financial Juggle; or Gladstone and the Pennies, [w:] Karl Marx, Frederick Engels, Collected Works, tom 12: Marx and Engels 1853-1854, International Publishers 1979, s. 44-49. Podaję odnośnik do Collected Works, bo w tym wypadku angielska wersja jest oryginałem.

[11] Fryderyk Engels, Walki na Węgrzech, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 6, Książka i Wiedza, Warszawa 1963, s. 195; kursywa za oryginałem.

Dla koneserów to samo po niemiecku:

"Unter allen den Nationen und Natiönchen Östreichs sind nur drei, die die Träger des Fortschritts waren, die aktiv in die Geschichte eingegriffen haben, die noch jetzt lebensfähig sind - die Deutschen, die Polen, die Magyaren. Daher sind sie jetzt revolutionär.

Alle andern großen und kleinen Stämme und Völker haben zunächst die Mission, im revolutionären Weltsturm unterzugehen. Daher sind sie jetzt kontrerevolutionär" (Friedrich Engels, Der magyarische Kampf, [w:], Karl Marx, Friedrich Engels, Werke, tom 6, Dietz Verlag, Berlin 1961, s. 168; kursywa za oryginałem).

[12] Bohdan Urbankowski, Myśl romantyczna, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 253.

[13] Tak to zostało opisane na odwrocie strony tytułowej: "This volume is a translation of Die Sexualität im Kulturkampf", aczkolwiek był to przekład z pewnymi zmianami w stosunku do oryginału. Zob. Wilhelm Reich, The Sexual Revolution. Toward a Self-Governing Character Structure, przekład Theodore P. Wolfe, Orgone Institute Press (czyli w praktyce nakładem autora), Nowy Jork 1945.

[14] O "robieniu poezji" pisał Mickiewicz w liście do Aleksandra Chodźki z 8 lutego 1842:

Czego [Bóg] chce, sam musisz odgadywać! Przejąć się aż do dna ducha tą myślą, że my nie przyszliśmy dawny dom cicho zamieszkiwać, bo po cóż byłoby tłuc się po świecie i między ludźmi tyle niepokoju robić, tyle im biedy robić? Po co poezja! Czyż to nasza poezja ma być w książkach, a w nas ma zostać proza, mamyż jak posągi Memnona głos wydawać o wschodzie, nie wiedzieć dlaczego, kiedyśmy martwi i nieruchomi? Mamyż obmalować życie dziełami pięknymi zewnątrz, a wewnątrz być grobami pełnymi kości spróchniałych? Czas, bracie, robić poezją! Tym tylko zwyciężymy wszystkich poetów, a o ile zrobim, o tyle tylko zdołamy zaśpiewać. Czy myślisz, że biedny Byron napisałby tyle wielkich strof, gdyby nie był gotów i lordostwo, i Londyn porzucić dla Greków? W tej to gotowości leżał sekret jego siły pisarskiej, którą inni poeci chcieli wykraść z jego książek, a nie z jego duszy.

Przed nami, Olesiu, większa sprawa niż grecka i większy świat niż przed Byronem, toteż nam trudniej wydobyć z siebie dosyć siły, a znikąd jej nie dostaniem, tylko z siebie (Adam Mickiewicz, Dzieła, tom XV: Listy. Część II, Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1955, s. 459-460; wyróżnienie za oryginałem).

Tyle że ta sprawa większa niż grecka, to tym razem nie rewolucja, powstanie, bieganie po ulicach etc., ale praca duchowa, początek ruchu, który za kilka miesięcy doprowadzi do powstania Koła Sprawy Bożej towiańczyków. A dwa lata później Mickiewicz, bardzo konsekwentnie, da Sewerynowi Goszczyńskiemu następujące pouczenie:

"Ucz się kalendarza - to jest uważaj pilnie dni, w których jesteś lepiej. Można przez to wpaść na bardzo ważne wskazówki o twojej przeszłości i przyszłości. A głównie uważaj, jakiemu świętemu dzień ten poświęcony, staraj się poznać żywot tego świętego; dlatego dobrze byłoby nawet, abyś dostał sobie brewiarz. Kalendarz i brewiarz są to najważniejsze książki dla człowieka" (Seweryn Goszczyński, Dziennik Sprawy Bożej, tom I, opracował i wstępem poprzedził Zbigniew Sudolski przy współpracy Wiesławy Kordaczuk i Marii M. Matusiak, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1984, s. 205; notatka z 24 listopada 1844; wyróżnienie za oryginałem).

Czyli właśnie czas regularnie czytać - z tym że dobór lektur powinien być szczególny.

Nb. ostatnie zdanie o kalendarzu i brewiarzu cytuje się najczęściej za Ziemią Ulro:

"Pana Tadeusza mógł napisać tylko poeta, który - kiedy, w 1849 roku! - powiedział do Seweryna Goszczyńskiego: «Kalendarz i brewiarz są to najważniejsze książki dla człowieka», a więc poeta, w którym głęboko tkwiły przyzwyczajenia rytualizujące czas: rok rolniczy, rok liturgiczny" (Czesław Miłosz, Ziemia Ulro, Wydawnictwo Znak, Kraków 1994, s. 130).

Przy okazji poprawiam więc pomyłkę Miłosza, którego, o ile wiem, nikt od ponad czterdziestu lat nie miał odwagi poprawić (znowu to czekanie na adventum Ebenezera Rojta?): nie w 1849 roku powiedział, ale pięć lat wcześniej. Co ważne dla zrozumienia biografii Mickiewicza, bo rok 1844 to największe szały towianizmu. Natomiast w roku 1849 Mickiewicz był już po słynnym liście do Towiańskiego z 12 maja 1847, gdzie między wieloma strasznymi słowami padają i takie: "Wydobywaliśmy życie sztuczne: kazaliśmy braciom robić ruchy, często ze stanem ich wewnętrznym niezgodne. Odejmowaliśmy braciom ostatnią już wolność, szanowaną przez wszelkie tyranie, wolność milczenia" (Adam Mickiewicz, Dzieła, tom XV: Listy. Część III, Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1955, s. 131; wyróżnienie za oryginałem).