EBENEZER ROJT

Zbigniew Herbert myli łątkę z jętką
albo lekcja entomologii i trochę poezji

Poeci, powiada się, powinni być bystrymi obserwatorami natury. Tymczasem, wyobraźcie sobie!, Zbigniew Herbert pewnego razu pomylił łątkę z jętką! W dodatku zrobił to w eseju poświęconym ojcu entomologii, Janowi Swammerdamowi, więc łątka-jętka nie pojawiła się tam jako jedynie przygodny ornament:
Entomologia - pisze w tym eseju Herbert - nie istniała jeszcze jako odrębna dziedzina wiedzy. Jan Swammerdam zakładał jej fundamenty.

Wszelako badanie czułek żuka gnojarza, przewodu pokarmowego osy czy nóg komara widliszka nie przynosiły Janowi ani dochodów, ani zbyt wielkiej sławy. Na domiar złego, on sam trwał w przekonaniu, że marnuje swoje życie oddając się zajęciom jałowym i bezużytecznym. Religijny, ze skłonnościami do mistycyzmu, Swammerdam cierpiał, bowiem przedmiotem jego studiów były stwory umieszczone na najniższym szczeblu drabiny gatunków, na śmietnisku natury, w bliskim sąsiedztwie gorącego przedsionka piekła. Któż może dostrzec palec Boży w anatomii wszy? I czyż [uwaga, uwaga!] jednodniowa łątka nie jest raczej odpryskiem nicości niż trwałą cegiełką bytu? [1].

O tej straszliwej pomyłce nie dowiecie się z ogromnej dwutomowej biografii Herberta autorstwa Andrzeja Franaszka. Wielki Jan Swammerdam jest tam na 1800 stronach wymieniony tylko raz, a mała łątka - wcale. Ale na szczęście już wiele lat wcześniej esej Herberta o Swammerdamie przeczytał nadzwyczaj uważnie Robert Pucek i to właśnie jego objaśnienie tej kwestii (bardzo obszerne, ale klarowne i ładnie napisane) teraz wam tu przytoczę:
Wreszcie w szóstym akapicie swojego tekstu Herbert stawia dwa wyjątkowo niezręczne pytania retoryczne. Pierwsze brzmi następująco: "Któż może dostrzec palec Boży w anatomii wszy?".

Nie da się ukryć, że to właśnie Jan Swammerdam dostrzega palec "Boga Izraela" w każdym z najmniejszych stworzeń, także we wszy [...].

Jeszcze bardziej zaskakujące jest drugie pytanie retoryczne, które brzmi: "Czyż jednodniowa łątka nie jest raczej odpryskiem nicości niż trwałą cegiełką bytu?".

Jakkolwiek zgrabne, jest to pytanie bezsensowne, albowiem łątka, która jest ważką równoskrzydłą, żyje w postaci doskonałej jeden dzień wtedy i tylko wtedy, gdy po wyjściu z wody i przeobrażeniu, jeszcze przed zachodem słońca, padnie ofiarą jakiegoś drapieżnego zwierzęcia bądź zapalonego entomologa. Jeżeli natomiast los jej będzie sprzyjał - a wielu sprzyja - przeżyje wraz z innymi ważkami, jak Pan Bóg przykazał, wiele pięknych tygodni.

I to jest właśnie ten moment, w którym pan Robert ma już dość narracji wielkiego poety, który słyszy, że dzwonią, lecz nie wie, w którym kościele. Chodzi, ma się rozumieć, o to, że wbrew sugestii Herberta, Swammerdam swoją sławną rozprawę z 1675 roku poświęcił nie łątce, ale jętce!

Pomylenie łątki z jętką to nieporozumienie większe, niż gdyby pomylić Zbigniewa Herberta z George'em Herbertem. Owady te - jętkę i łątkę - i owszem, łączy przynależność do poddziału pierwotnoskrzydłych (Palaeoptera), związek ze środowiskiem wodnym oraz pewna skłonność do pojawiania się w poezji Dalekiego Wschodu, różnice jednak są zdecydowanie istotniejsze.

Po pierwsze, należą one do dwóch różnych rzędów - jętki do rzędu jętek (Ephemeroptera), łątki zaś do rzędu ważek (Odonata). Po drugie, dość wyraźnie różnią się też pokrojem. Druga para skrzydeł jętki jest znacznie mniejsza od pierwszej, podczas gdy u łątki są one niemal identyczne; odwłok jętki, w odróżnieniu od odwłoka łątki, który przypomina zapałkę, zakończony jest charakterystycznymi bardzo długimi przysadkami i wicią końcową, co sprawia wrażenie, jakby za owadem unosiły się dwa lub trzy długie włosy. Po trzecie, podczas gdy jętki w postaci dorosłej nie odżywiają się, w związku z czym ich narządy gębowe są uwstecznione, drapieżne łątki zjadają mszyce oraz inną owadzią drobnicę. Po czwarte, łątki, podobnie jak wszystkie ważki, kopulując, wykonują w powietrzu spektakularne akrobacje, przywodzące na myśl asany indyjskich joginów, gdyż otwór płciowy ich samców znajduje się w zupełnie innym miejscu ciała niż wtórny narząd kopulacyjny (w świecie owadów skrzydlatych jest to ewenement przywodzący na myśl wyzwanie, jakie w tej dziedzinie przyroda rzuciła również pająkom), podczas gdy jętki nie odbiegają pod tym względem od większości innych owadów. I wreszcie po piąte, przeobrażone jętki żyją od kilku godzin do kilku dni, łątki zaś latają przez wiele tygodni.

O wszystkich tych różnicach Jan Swammerdam wiedział już w wieku XVII - żyjący kilka stuleci później Herbert zdaje się nie mieć o nich pojęcia [2].

I co? Poczuliście się jak profani, którym uchylono rąbka tajemnicy szlachetnej nauki entomologii? Ja się poczułem. W każdym razie zapamiętajcie sobie raz na zawsze: pomylić łątkę z jętką to gorzej, niż pomylić Zbigniewa Herberta z George'em Herbertem (choć, tak nawiasem mówiąc, nawet Zbigniewowi Herbertowi zdarzyło się kiedyś pomylić siebie samego z George'em Herbertem, ale to już historia do przypisu [3]).

Błąd Herberta czekał na odkrycie przeszło trzydzieści lat [4]. Być może również dlatego, że jest to błąd całkiem częsty i gdyby czytelników bez entomologicznego zacięcia zapytać, czy jednodniowa jest łątka, czy jętka, pewnie wielu powiedziałoby, że chyba może być i tak, i tak. Skoro bowiem o łątce-jakby-jętce pisali tacy (uważani za erudytów) autorzy, jak Jan Kott [5], Paweł Hertz [6], czy nawet Władysław Kopaliński [7], to widocznie tak można.

Poetów dodatkowo wpędza w konfuzję jeden z najbardziej znanych polskich wierszy, w którym wprawdzie słowo 'łątka' użyte zostało w całkiem innym znaczeniu, ale w taki sposób, że również kojarzy się z czymś znikomym i chwilowym.

Fraszki to wszytko, cokolwiek myślemy,
Fraszki to wszytko, cokolwiek czyniemy;
Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy,
Próżno tu człowiek ma co mieć na pieczy.
Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława,
Wszytko to minie jako polna trawa;
Naśmiawszy się nam i naszym porządkom,
Wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom (O żywocie ludzkim) [8].
Nic dziwnego, że łątek udających jętki trochę się w polskiej poezji znajdzie. Na początek Maria Pawlikowska-Jasnorzewska:
Przedwczoraj drżała, pełna ognia,
Wczoraj czuwała płacząc do dnia,
A dzisiaj serce ma nad ranem
Efemerydą zasypane,
Gromadą jednodniowych łątek,
Łączących kres swój i początek -
Seledynowym stosem skrzydeł,
Mdlejących przez śmiertelną krzywdę...

Jakby bogini bez sumienia,
której pustota świat oniemia,
Strzępiła blade nitki szarpi
Z życia, tej cennej, krótkiej szarfy... (Zakochana) [9].

Z Rymów Słonimskiego daję tylko jedną zwrotkę, bo w tym wypadku 'łątki' to tylko rym do 'wyjątki' (gdyby były 'jętki', mogłyby być 'smętki'):
Czemu powierzam serce nieuchwytnym cieniom,
I uśmiechy me, żale, jednodniowe łątki,
Gniewy drobne, radości każę pokoleniom
Skandować jak umarłe łacińskie wyjątki [10].
Słonimski to raczej poeta miasta, więc może łątki-jętki znał jedynie ze słyszenia, ale skąd łątka u Jerzego Harasymowicza, piewcy Bieszczadów:
Ile to dziewczyn wiodło przy mnie
Żywot jednodniowej łątki
Dziś oto trzymając się za ręce stoimy na zimnie
A jutro już adie i pożegnalne porządki (Ile to dziewczyn) [11].
Tak więc Herbert nie błądził samotnie. Jednak z drugiej strony, inni poeci mieli lepsze rozeznanie w królestwie małych zwierzątek. Na przykład Julian Przyboś (co raczej nie dziwi, skoro wychował się na wsi, w chłopskiej chałupie):
Leżę opryskany jaskrami na trawie.
Jak jętki drgają nad stawem rojne iskry upału.

Spoglądnę, ze wzroku rozwinę
kwiat: dmuchawiec
w błękit się wzbija.

W powiewie zapachu
ginę
i jednodniowy mijam (Chwila) [12].

Ale tak samo Czesław Miłosz (który nie na darmo czytał w dzieciństwie Doktora Muchołapskiego [13]) zdecydowanie odróżnia łątkę (tę z Kochanowskiego, kukiełkę) od jętki. Najpierw łątka:
Odtąd nie byłem w świętych zgromadzeniu
I grzeszna miłość wiodła mnie przez lata
Do biednej łątki wydanej skuszeniu
Aby się wieczna spełniła zatrata (Dzwon w zimie) [14].
A teraz jętka:
Zgięte artretycznie, w czerni, na nogach-patykach,
Posuwają się o lasce przed ołtarz, tam gdzie Pantokrator
W zorzy złoconych promieni podnosi dwa palce.
[...]
On, który cierpi od wieków, przygarnia
Jętki jednodniowe, osłabłe z zimna motyle,
Rodzicielki z zamkniętą blizną łona
I unosi ku swojej Theotokos ludzkiej,
Aby śmieszność i ból zmieniły się w dostojeństwo
I dopełniła się, tak tylko, bez barw i urody,
Niedoskonała nasza ziemska miłość (Stare kobiety) [15].
Ma się rozumieć, z pisarzy nie tylko Przyboś i Miłosz znali się na jętkach. Znał się też Stanisław Lem (jak wskazuje już sam tytuł jednego z jego felietonów [16]), znał się również Jerzy Putrament, zapalony wędkarz, któremu jętki przeszkadzały łowić [17]. Były takich z pewnością grube tuziny. Tyle że ja tu nie piszę apologii przyrodoznawczych kompetencji polskich literatów, a chciałem jedynie znaleźć paru towarzyszy niedoli dla biednego Herberta.

Na koniec zaś zagadka. Wcale niezły, plastyczny opis spotkania z jętkami. Kim był ten obserwator? Rozwiązanie w przypisie.

Czy widział kto kiedy efemerydy? Gdym czytał niegdyś dzieckiem, że są potworki jakieś, co żyją zaledwie pół dnia i mniej, to znaczy - po urodzeniu się zaraz umierają, sądziłem, że to jakieś zupełnie małe pajączki czy robaczki, zatem prawie nic nie widzą i nic nie słyszą. Z tym dziecinnym wyobrażeniem jakiegoś dziwactwa przyrody żyłem spokojnie do wieku dojrzałego. I wreszcie raz je ujrzałem. Pamiętam, było to [...] w czerwcowy, upalny i nieco duszny dzień. Szedłem [...] śpiesząc wieczorem na przygotowany nocleg, gdzieś za mostem [...], by bezdomną głowę w bezpiecznym miejscu na poduszce skłonić. Wydawało mi się, że czas idzie na burzę. Gdym się do mostu zbliżał, spostrzegłem wysokie łukowe latarnie, jak gdyby przyćmione od oparów, i grupki ludzi, stłoczonych i żywo rozmawiających, tak, jakby wypadek jaki zdarzył się na ulicy. Zwolniłem kroku i nagle poczułem na sobie dotknięcie jakiegoś owadu; trwało to chwilę tylko i owad już był na murze, by zaraz potem znaleźć się na chodniku i za chwilę znowu - w rynsztoku. Gdym ruszył dalej, znalazłem się w jakiejś gęstwie tych owadów, które czyniły ruchy, nie zatrzymując się ani na chwilę, ruchy, z tak wyraźną i tak jaskrawą bezcelowością i bezmyślnością czynione, że nie można było z niczym dotąd widzianym tego bezmyślnego stanu porównać. Koło łukowych lamp owadów było mnóstwo - jakaś gęstwa istot, które poruszały się wszędzie z tą samą bezmyślnością i jakąś tępą prawdą głupoty w różne strony - na dół, na górę, na bok, na lewo, na prawo. Jakieś ćwierć życia, ćwierć chęci, ćwierć myśli i ćwierć istnienia. Gdym mijał most, spojrzałem w wartkie nurty [...] - tam w cieniu działo się to samo, co wysoko przy lampie elektrycznej, rzucającej jaskrawe, blado-niebieskie światło w przestrzeń.

Kiedy nazajutrz z rana wracałem [...] do miasta, stróże kamieniczni zmiatali dużymi miotłami gęstwę efemeryd do kloaki.

Patrzyłem na tę bezmyślną zielonkawą masę i myślałem - a jednak, a jednak i to jest życie! [18].

[1] Zbigniew Herbert, Martwa natura z wędzidłem, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1993, s. 150; esej Piekło owadów. Wtrącenia naturalnie moje.

[2] Robert Pucek, Pająki pana Roberta, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014, s. 12-14. W tym wydaniu jest to "Przedmowa", w nieco innej wersji ogłoszona najpierw w roku 2010 w 54 numerze "Frondy" na stronach 250-258 jako Jan Swammerdam albo przeciw Herbertowi.

Muszę jednak ze smutkiem zauważyć, że Robert Pucek, przyszpilając tak zgrabnie kruchego motylka Herbertowskiej erudycji, sam również nie ustrzegł się w tej "Przedmowie" kilku drobnych błędów. Lautréamont nie napisał Pieśni Maldorora w 1870 roku (s. 18), bo wyszły drukiem już w roku 1869. Kafka nie napisał Przemiany w roku 1915 (s. 19), lecz w roku 1912. Doniesienie o szybujących pająkach nie ukazało się w "Philosophical Transactions" w roku 1699 (s. 21), lecz w roku 1669. Ale to wszystko drobiazgi (czy nawet tylko przykre literówki). Wstyd jednak twierdzić, że sławny John Donne był od Jana Swammerdama "nieco młodszy" (s. 13). Ależ nie był ani "nieco młodszy", ani nawet "nieco starszy". Mógłby być z powodzeniem dziadkiem Swammerdama, bo urodził się od niego 65 lat wcześniej! Cóż, jeśli różnica między humanistami a przyrodnikami rzeczywiście polega między innymi na tym, że "przyrodnicy nie mogą być aż tak nieuważni", to Robert Pucek jest bez wątpienia humanistą.

Osobna sprawa to nieco zbyt prostoduszne ujęcie religijności Swammerdama, która nie była wolna od burz i zwątpień. Gdy francuska mistyczka, Antoinette Bourignon, oznajmiła mu, że jego badania to szatańskie igraszki (Amusements de Satan), Swammerdam potraktował jej list ze śmiertelną powagą. Owszem, czasem radował się odnajdywaniem śladów palca "Boga Izraela" w malutkich stworzonkach, a czasem znów wyznawał Bogu - i to właśnie w rozprawie o jętce! - że już nie będzie Go więcej szukał "w niepojętych cudach misternych wnętrzności wielkich lub małych zwierząt" (Johannes Swammerdam, Ephemeri vita of afbeeldingh van 's Menschen Leven, vertoont in de Wonderbaarelijcke en nooyt gehoorde Historie van het vliegent ende een-dagh-levent Haft of Oever-aas, drukował Abraham Wolfgand, Amsterdam 1675, s. 323: "in de onbegrijpelijcke Wonderen der geboorduurde Ingewanden van de groote ofte de kleenste dierkens").

[3] Jak podaje tym razem już Andrzej Franaszek, Herbert na początku lat 90., w jednym z ciemnych okresów swojego życia, nabrał podejrzeń (niesłusznie), że jest oszukiwany przez wydawców: kiepsko mu płacących i na domiar złego wydających jego książki bez żadnych umów. I właśnie o to zrobił publicznie awanturę Jerzemu Illgowi z wydawnictwa Znak, które (jak sądził Herbert) wydało samowolnie zbiór jego wierszy. Znak w istocie wydał wtedy zbiór wierszy Herberta, tyle tylko, że były to wiersze George'a Herberta w przekładzie Stanisława Barańczaka. Zob. Andrzej Franaszek, Herbert. Biografia, tom II: Pan Cogito, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 666 i n.

[4] Piekło owadów zostało po raz pierwszy wydrukowane w 7 numerze "Twórczości" z roku 1979 (zdanie o "jednodniowej łątce" na stronie 14). Nb. zdanie to było cytowane bez żadnego entomologicznego komentarza przez badaczy twórczości Herberta (zob. na przykład Barbara Sienkiewicz, Kto kusi Spinozę, "Teksty Drugie" 1995, nr 2, s. 175), a nawet trafiło do słowników frazeologicznych (zob. Stanisław Bąba, Gabriela Dziamska, Jarosław Liberek, Podręczny słownik frazeologiczny języka polskiego, PWN, Warszawa 1995, s. 44 oraz Stanisław Bąba, Jarosław Liberek, Słownik frazeologiczny współczesnej polszczyzny, PWN, Warszawa 2001, s. 46). W dodatku w obu tych słownikach zamiast "jednodniowa łątka" jest "siedmiodniowa łątka", czyli jeszcze dziwniej.

[5] "Dla efemerydy, łątki jednodniowej, doba jest całym czasem" (Jan Kott, Zjadanie bogów i nowe eseje, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999, s. 22). Nie była to u Kotta jednorazowa przygoda z łątką. Już w 1975 roku pisał w londyńskich "Wiadomościach" w eseju o Ajaksie: "Łątka jednodniowa, czym jest, / Czym nie jest? Snem cienia / Jest człowiek" (Jan Kott, Ajaks potrójnie oszukany albo o heroizmie absurdalnym, "Wiadomości" 1975, 37, s. 1). To samo przedrukowane w cytowanym wcześniej Zjadaniu bogów na stronie 65. I jeszcze raz to samo (ale użyte w innym eseju) w: Jan Kott, Kamienny potok. Eseje, Aneks, Londyn 1986, s. 178; esej "...Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną".

Kott przełożył w ten sposób słynne wersy z zakończenia ósmej Ody pytyjskiej Pindara. W oryginale: epameroi: ti de tis; ti d'ou tis; skias onar anthropos. Ephemeros - to właśnie efemeryda, stworzonko jednodniowe. Inna sprawa, czy Jan Kott słusznie bywa uważany za erudytę. Kto chciałby sobie wyrobić opinię w tej sprawie, niech przeczyta w OSOBACH: "Jan Kott o notacji Leona Chwistka albo tajemnice systemu dwójkowego".

Nb. ósma Oda pytyjska została napisana dla uczczenia zwycięstwa w igrzyskach (naturalnie pytyjskich, nie olimpijskich) Arystomenesa z Eginy. Arystomenes uprawiał zapasy (a może pankration), czyli był kimś w rodzaju Mariusza Pudzianowskiego, więc najwidoczniej Pindar uznał za stosowne przypomnieć mu na koniec (po wcześniejszym wymienieniu jego licznych przewag) o tej efemeryczności ludzkiego losu, żeby mu się od chwilowego szczęścia nie przewróciło w udekorowanej laurem głowie. Z czego pośrednio zdaje się wynikać, że w tamtych czasach ludzie o ponadnormatywnej masie mięśniowej słuchali poetów. Zatem nie bez racji mówi się o helleńskim cudzie.

[6] "Kiedy spokojnie zestawić listę tych literackich świętych rozmaitej proweniencji, okaże się, że niektórzy z nich we własnych swych krajach są traktowani z przymrużeniem oka. Czasem przypominają jednodniowe łątki zwinnie unoszące się nad barwną łąką którejś z literatur [...]" (Paweł Hertz, Ład i nieład, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1964, s. 38).

[7] "Cóż stąd za wnioski dla nas? Czy tylko te, ściśle praktyczne, jakie od wieków wysnuwają Chińczycy i Japończycy, używając liści miłorzębu jako zakładek do książek, aby je uchronić przed larwami szkodników? Oczywiście, że nie! Istnienie tej rośliny jest przecież wyzwaniem dla całego naszego gatunku, będącego w porównaniu z nią rodzajem łątki jednodniówki" (Władysław Kopaliński, Mój przyjaciel Idzi, MUZA SA, Warszawa 2003, s. 156).

[8] Jan Kochanowski, Dzieła polskie, opracował Julian Krzyżanowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1972, s. 142. 'Łątka' (w pisowni Kochanowskiego jeszcze 'łądka') to tutaj tyle, co kukiełka, która po skończonym (krótkim) przedstawieniu trafia do worka. W szóstym wersie poprawiam 'wszystko' na 'wszytko' za pierwodrukiem (Fraszki Iana Kochánowskiégo, w Drukárni Lázárzowey, Kraków 1584, s. 4).

[9] Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Poezje, t. I, zebrała i opracowała Matylda Wiśniewska, Czytelnik 1974, s. 489. W tej postaci i pod tym tytułem wiersz ten wszedł do tomu Krystalizacje z roku 1937. Natomiast rok wcześniej w "Pionie" został wydrukowany w nieco innej wersji jako Dziewczyna i jednodniówki. Ale łątki są w obu wersjach.

"Przedwczoraj drżała, pełna ognia, / wczoraj czekała, płacząc do dnia, / a dzisiaj serce ma nad ranem / jednodniówkami zasypane, / seledynowym stosem łątek / łączących kres swój i początek. / Jak to jej szczęście jednodniowe, / zdmuchnięte na bok jednym słowem... / Gaśnie, w przejrzystej skryta umbrze, / iskra, zrodzona, aby umrzeć... / Drżą skrzydeł drobnych i nieważkich / niewytrzymałe fatałaszki - - - / - Jakby bogini bez sumienia, / której pustota świat oniemia, / darła bez celu nitki szarpi / z życia: tej cennej, krótkiej szarfy..." (Poezje, t. II, s. 442; to samo wydanie, które cytuję wyżej).

[10] Antoni Słonimski, Wiersze zebrane, Wydawnictwo J. Przeworskiego, Warszawa 1933, s. 274.

[11] Jerzy Harasymowicz, Nowe wiersze, "Znak" 1961, nr 6, s. 875.

[12] Julian Przyboś, Poezje zebrane, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1959, s. 92. Wiersz drukowany w 1932 roku w tomie W głąb las.

[13] I potem pisał z wdzięcznością:

"Składam hołd Stefanowi Bagińskiemu, który nauczył mnie posługiwać się śrubą makrometryczną i śrubą mikrometryczną oraz szkiełkiem przedmiotowym, nie zapominam też o głównym sprawcy mego pesymizmu, cytując nawet z dzieła o jego czynach w służbie nauki ogłoszonego na użytek młodzieży w roku 1890 w Warszawie: Prof. Erazm Majewski, Doktór Muchołapski; fantastyczne przygody w świecie owadów:

Mistrzom naszej młodości pozdrowienie.

[...]

I tobie, który jesteś wolny od zniszczenia,

Doktorze Muchołapski, bohaterze

Wiekopomnej wyprawy w krainę owadów" (Czesław Miłosz, Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada, Wydawnictwo Znak, Kraków 1980, s. 100; Pamiętnik naturalisty - druga część tytułowego poematu).

Więcej o naturalistycznej pasji młodego Miłosza można przeczytać w: Andrzej Franaszek, Miłosz. Biografia, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011; część II, rozdział "Doktor Muchołapski", s. 64-68.

Erazm Majewski był człowiekiem nadzwyczaj wielu pasji. Zaczynał jako naturalista, potem przerzucił się na etnografię i archeologię, skończył zaś jako socjolog i filozof. Piękne życie! W wieku 24 lat ogłosił Insecta Neuroptera Polonica albo Systematyczny wykaz owadów żyłkoskrzydłych polskich to jest: Wojsiłek, Chróścików, Żylenic, Złotooków, Sklepców, Widelnic, Jętek i Ważek u nas dotąd znalezionych. Według układu D-ra F. Brauera (Gebethner i Wolff, Warszawa 1882, o jętkach na stronach 30-31).

A tak Erazm Majewski (którego nie należy sobie wyobrażać jako dostojnego profesora z brodą, bo ma wtedy niewiele ponad trzydzieści lat) pisał o jętkach w Doktorze Muchołapskim:

"Do matuzalów należą nawet takie gatunki, jakie ogół przywykł uważać za efemerydy i uczynił z nich, jak np. z jętki (Ephemera), symbol znikomości. Błędne o jej wieku mniemanie, zwiększa liczbę dowodów, że większość ludzi bardzo jeszcze powierzchownie zna świat owadów. Taka np. jętka, czołgająca się przez długich lat parę jako liszka wśród szlamu kałuży lub sadzawki i prowadząca tam rozbójniczy żywot, gdyby tylko umiała obserwować, mogłaby opowiadać krótkowiecznym współobywatelkom sadzawki, historyę kilkunastu ich pokoleń" (Erazm Majewski, Doktór Muchołapski. Fantastyczne przygody w świecie owadów, Gebethner i Wolff, Warszawa 1890, s. 150).

Dalej zaś pisze jeszcze tak (co podaję tutaj w wielkiej obfitości bez żadnych skrupułów, bo Internet od tego nie pęknie, a za to wy będziecie mieć daleko lepsze pojęcie, jak pisało się dla dzieci i młodzieży prawie sto trzydzieści lat temu):

"I stałaby się rzecz dziwna. Nie znając zgoła własnych dziejów, bo większa część owadów nie widzi nigdy swoich rodziców, ani nawet rodziców swoich współrówieśniczek, mogłaby ona krócej żyjącym gatunkom owadzim, których pokolenia przesuwają się jak w kalejdoskopie przed jej oczyma, opowiadać dzieje zamierzchłej przeszłości. Mimo jednak, że wystarczyłoby życia tym długowiecznym istotom, nie zdolne są one do obejmowania szerszych horyzontów.

Zasklepione najczęściej w ciasnem kółku, spędzają cały niemal żywot w ciężkich zapasach o chleb powszedni. Nie wiedzą nic o bożym świecie i nie interesują się niczem, co ich bezpośrednio nie dotyczy. Znaczną część życia jedne pędzą we wnętrzu drzew, tocząc w ich pniach obszerne galerye, inne znajdują mieszkanie i pożywienie w miękkich grzybach, inne wreszcie, zamknięte od urodzenia w orzechu lub jabłku, pozostają w tych owocach, stanowiących dla nich spiżarnię i świat cały. Późno dopiero, bo na samym schyłku życia, przekonywają się one o istnieniu szerszego i pięknego świata poza obrębem rodzinnego orzecha lub grzyba. Są to po większej części ruszające się żołądki i nic więcej!

Jakże podobne są te owady do ludzi, żyjących w ustroniu, którzy niewiele lub wcale nic o bożym świecie nie wiedzą, nie interesują się postępem, wynalazkami, którzy w swoim zaścianku zamiast żyć - wegetują raczej, pchając z dnia na dzień taczkę jednostajnej egzystencyi, pozbawionej wznioślejszych bodźców i wzruszeń, jakie są warunkami wszelkiego postępu. Podobne są one także do tych poziomych ludzi, którzy poza obrębem świata ziemskiego, świata pięciu zmysłów i skażonych naszych instynktów, nie domyślają się niczego więcej! Dla takich mizerna ziemia jest już zbyt wielkim światem, aby poza nią myśl ich i pragnienia kiedy mogły wybiedz.

A jednak i takim może kiedyś... kiedyś otworzą się oczy na widok lepszych, a lekkomyślnie zaprzeczanych światów i przekonają się, że byli krótkowidzącemi robakami zamkniętemi w orzechu...

Przekonają się, że jest, że musiał być poza ziemią i poza sferą naszych zmysłów świat inny, piękniejszy i większy, w którym naszym duszom będzie tak samo obszerniej i jaśniej, jak dojrzałemu robakowi z orzecha weselej jest w oblanej słońcem lekkiej atmosferze łąk barwnych i wonnego kwiecia...

Spostrzegam zapóźno, żem się rozgadał, zapominając, iż kreślę tylko historyę swoich przygód; wracajmy więc do nich" (s. 151-152).

[14] Czesław Miłosz, Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada, Wydawnictwo Znak, Kraków 1980, s. 137. Dzwon w zimie to siódma część tytułowego poematu.

[15] Czesław Miłosz, Kroniki, Wydawnictwo Znak, Kraków 1988, s. 21. Zob. także: Czesław Miłosz, Inne abecadło, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1998, hasło "Czas", s. 37: "Myśleć o czasie znaczy myśleć o życiu ludzkim, a temat to tak obszerny, że zająć się nim równa się myśleć w ogóle. Niczym są różnice nas dzielące, płci, rasy, koloru skóry, obyczaju, wierzeń, poglądów, w porównaniu z faktem, że wszyscy jesteśmy utkani z czasu, że rodzimy się i umieramy, jętki-jednodniówki".

[16] Stanisław Lem, Jętka jednodniówka, [w:] Lube czasy, ułożył Tomasz Fiałkowski, Wydawnictwo Znak, Kraków 1995, s. 50-51. Zob. też Stanisław Lem, Okamgnienie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000, s. 64: "Jedynie istotom względem tak długowiecznego kosmosu krótkotrwałym, jak nasz gatunek, przywodzący na myśl jętki jednodniówki, może się wydawać kosmos obszarem równomiernego i względnie trwałego spokoju".

[17] Jerzy Putrament, Pół wieku. Literaci, Czytelnik, Warszawa 1970, s. 243: "Właśnie w tym czasie wyroiły się jętki-jednodniówki, wieczorami w trzcinach nieustanne pluski: leszcze, wzdręgi, płocie, wszystko, co żywe, skacze do tych jętek i patrzeć nie chce na moje dżdżownice".

[18] Józef Piłsudski, Z przemyśleń Naczelnika Państwa, [w:] Pisma zbiorowe. Wydanie prac dotychczas drukiem ogłoszonych, tom IX, Instytut Józefa Piłsudskiego, Warszawa 1937, s. 130-131. Piłsudski, rzecz nie bez znaczenia, wydrukował to swoje wspomnienie o spotkaniu z jętkami-jednodniówkami (poprzedzone jeszcze dość zagadkowymi uwagami o ludziach bez wczoraj i ludziach bez jutra) 11 listopada 1928 roku, czyli w dziesiątą rocznicę odzyskania niepodległości.

W jego opowiastce jętki kończą swoje krótkie życie w kloace, co nie może nie budzić skojarzeń z wcześniejszą o dwadzieścia lat wychodkową metaforą ze słynnego listu do Feliksa Perla:

"[...] te mazgajstwa i krzyżowanie się dokuczyło mi, gdym na to u naszych inteligentów patrzył - takie to słabe i beznadziejne! Walczę i umrę jedynie dlatego, że w wychodku, jakim jest nasze życie, żyć nie mogę, to ubliża - słyszysz! - ubliża mi, jako człowiekowi z godnością nie niewolniczą. Niech inni się bawią w hodowanie kwiatów czy socjalizmu, czy polskości, czy czego innego w wychodkowej (nawet nie klozetowej) atmosferze - ja nie mogę! To nie sentymentalizm, nie mazgajstwo, nie maszynka ewolucji społecznej, czy tam co, to zwyczajne człowieczeństwo. Chcę zwyciężyć, a bez walki i to walki na ostre, jestem nie zapaśnikiem nawet, ale wprost bydlęciem, okładanym kijem czy nahajką. Rozumiesz chyba mnie. Nie rozpacz, nie poświęcenie mną kieruje, a chęć zwyciężenia i przygotowania zwycięstwa" (Józef Piłsudski, List do Feliksa Perla, [w:] Pisma zbiorowe. Wydanie prac dotychczas drukiem ogłoszonych, tom II, Instytut Józefa Piłsudskiego, Warszawa 1937, s. 299; wyróżnienie za oryginałem).

W takim kontekście wspomnienie o jętkach brzmi niczym brutalna diagnoza: chciałem was, słabi, bezmyślni mazgaje, wyprowadzić z kloaki, ale i tak w niej skończycie.

Nb. ruchy jętek, które Piłsudskiemu zdawały się z "jaskrawą bezcelowością i bezmyślnością czynione" (albo tak je tylko tendencyjnie odmalował), były w istocie gonitwą samców za samicami. Inny obserwator, starszy o pokolenie od Piłsudskiego, ale znacznie bardziej kompetentny, opisywał tę gonitwę tak:

"Gdy słońce skryje się za widokrąg i na wschodzie zaszarzeje, okazują się najpierw samce, snują się jakby straż przednia. Błądzą i krążą nad rzeką, lecąc z biegiem rzeki i napowrót.

Z wzrastającym zmrokiem zwiększa się ich liczba i muszą się już wymijać wzajemnie aby nie uderzyć o siebie. Skoro pojawią się nareszcie samice, powstaje zamęt i gonitwa, z chyżością gnanéj burzą śnieżycy, z którą z większem jeszcze podobieństwem zjawisko porównać można, albowiem żyjątko białawe ma skrzydła. Śledzić jego ruchy w tem zawichrzeniu trudne bardzo zadanie, migają się bowiem tylko przed okiem i krążą nawzajem naokoło siebie w najzręczniejszych zwrotach. Latają wzdłuż całéj rzeki, jedne gonią nad samą powierzchnią i tak nisko, że ledwie nie dotkną się fali, inne unoszą się wyżéj do 3 sążni najdaléj. Miejscami przelatują tylko pojedyncze okazy, nagle zlatuje rój cały, kręcąc się słupem jak rój komarów, lub zbijając się w bezładną kupę: nagle wszystko pierzcha w rozmaite strony i znowu przelatują pojedynczo tam i napowrót.

Im więcéj samic zjawia się na jakiem miejscu, tem liczniej zlatują się tam i samce. Zazdrosna samców drużyna skupia się koło jednéj samicy, okrąża ją naokoło, tworząc bukiet lub wieniec z trzepoczących skrzydeł. Po chwili rozsypują się samce w rozmaite strony, a samica pada z ciężarem płodu na wodę. Niesiona pluskającą falą walczy między zadaniem o byt potomstwa i między śmiercią i stara się zanurzyć przyszłe plemię w wodzie, zkąd czerpać ma życie; tymczasem u powierzchni wody nagromadzone ryby czychają na małożyłkę [małożyłka nadreńska, odmiana jętki] padającą jako na łakoć. Spostrzegłszy pomykającą ku sobie rybę, jętka zatrzepoce skrzydłami i wywija się w górę, ale spełnienie zadania przemaga trwogę śmierci bo znowu pada na wodę. Większa część ginie tym sposobem, niejednę fala bystrzejsza przykryje. Inna szczęśliwsza po złożeniu jaj podlatuje swobodnie, ale przez samców ponownie ścigana i zapłodniona, musi uledz bezsilna przeznaczeniu. Woda niegdyś kolebka, w której się wychowała, służy jej teraz za śmiertelną pościółkę.

Między 8 a 9 godziną wieczorem pojaw ich najliczniejszy. Gdy się mocno zciemniać zaczyna, liczba coraz bardziéj się zmniejsza. Jak z samego początku pojawiły się pierwsze okazy pojedyńczo, tak teraz błądzą tu i owdzie ostatnie z tą jednak różnicą, że pojaw zaczynały samce a kończą go samice. Nakoniec zapada czarna zasłona nocy i wszystko zakrywa przed oczyma badacza" (Józef Dziędzielewicz, Wycieczki po wschodnich Karpatach, odbitka z "Rocznika Tatrzańskiego", Kraków 1877, s. 8, przypis 1; pisownia oryginału).