EBENEZER ROJT

Zbigniew Herbert wymyśla swoje życie
Materiały do biografii

na ulicy radosnych pochodów
szary mur więzienny w oczy kłuje
brzydka plama w krajobrazie idealnym

sztukatorów co najlepszych wezwali
całą noc sztukatorzy malowali
nawet plecy tych co siedzą z tamtej strony na różowo ("Ornamentatorzy") [1]

Nigdy nie był ornamentatorem malującym na różowo plecy więźniów. Nie napisał ani jednej linijki na cześć Stalina i radosnych pochodów. Nie opiewał uroków socjalizmu [2], ani nie donosił na tych, którym socjalizm się nie podobał [3]. Tyle mogłoby wystarczyć na bardzo ładny życiorys polskiego pisarza z drugiej połowy XX wieku.

Ale Herbert nie chciał być wyłącznie Herbertem. Wszyscy, którzy go znali, podkreślali jego upodobanie do masek, dystansu, żartu, czasem pewnej pozy [4]. Stale próbował różnych ról. Umiał też dostosowywać się do cudzych oczekiwań. Wystarczy choćby porównać jego równolegle prowadzoną korespondencję z Elzenbergiem i Zawieyskim. Do tego ostatniego napisał o tej swojej grze (przy okazji grając rolę spowiadającego się "katechumena"):

Za to była jakaś mania ciągłych kreacji. Niech mnie nikt nie zna. Stale się zmieniać, zaskakiwać samego siebie, czuć się szczęśliwym w nieszczęściu i martwić się radością. I zgrywać się, radować się tym, "że nasze wnętrze jest lunaparkiem" (list do Jerzego Zawieyskiego z 8 kwietnia 1950) [5].
Katechumen walczył o duszę, strzegł się pokus epoki, które roztaczał "samogonny Mefisto w leninowskiej kurtce", ale nie potrafił oprzeć się pokusom podsuwanym przez przyjaciół. Pierwszy zaczął Herberta demoralizować Leopold Tyrmand, sam zresztą mitoman i konfabulator [6]. Od blasku bijącego z portretu niepokornego poety, który Tyrmand stworzył w Dzienniku 1954, portretowanemu mogło się tylko zakręcić w głowie:
Po południu był u mnie Herbert. To jeden z najlepszych moich współczesnych. Moim zdaniem - poeta numer jeden swego pokolenia, a może i całej naszej połaci dziejów powojennej Polski. [...] Uprawia moralną czystość, bezkompromisowość i wierność samemu sobie trochę na pokaz, ale w tak solidnym gatunku, że nie można przyczepić się do niczego i nie można odpłacić mu niczym poniżej głębokiego szacunku.
Oczywiście, cierpi nędzę. Zarabia kilkaset złotych miesięcznie jako kalkulator-chronometrażysta w spółdzielni produkującej papierowe torby, zabawki czy pudełka. Pogoda, z jaką Herbert znosi tę mordęgę po ukończeniu trzech fakultetów, jest wprost z wczesnochrześcijańskiej hagiografii. [...] W konsekwencji tego zgubnego nałogu nie jest w stanie pomóc starym schorowanym rodzicom czy wymknąć się innym zgryzotom [7].
"Jeden z najlepszych", "numer jeden [...] całej naszej połaci", "wprost z wczesnochrześcijańskiej hagiografii". A więc właściwie geniusz i święty! [8] Na szczęście kiedy Tyrmandowi akurat ten fragment udało się wydrukować w 1957 roku w "Tygodniku Powszechnym", Herbert pojawiał się w nim jako H., czyli o jego wczesnochrześcijańskich cnotach mogli wiedzieć jedynie wtajemniczeni, rodzina zaś nawet otwarcie nabijała się ze wzruszającej historii o synu, który nie potrafi pomóc "starym schorowanym rodzicom" [9].

Nie było też jeszcze wtedy mowy o konspiracyjnej przeszłości, nawet w prywatnych listach. Herbert, owszem, czuł solidarność ze swoim wojennym pokoleniem [10]. Więź ta w jego wierszach była wprawdzie dyskretna, lecz wyraźna. Pamiętał o poległych poetach, czasem nawet przemawiał jako jeden z ich współtowarzyszy ("Kiedy nieśliśmy go pod ostrzałem, wierzyłem [...]"; wiersz "Epizod w bibliotece"; Wybór poezji, s. 92). Niemniej nigdy nie był to głos samego Herberta [11], lecz jedynie głos podmiotu lirycznego.

Przełom nastąpił w roku 1980. W Londynie ukazało się wtedy książkowe wydanie Dziennika, w którym Herbert występował już pod nazwiskiem i wiedza o jego niegdysiejszym heroizmie zaczęła się upowszechniać. Natomiast zapoczątkowane przez Tyrmanda dzieło demoralizacji Herberta dokończył w kraju Adam Michnik ogłaszając go kimś w rodzaju patrona konspiratorów. Odtąd więc Herbert musiał sprostać dwóm splecionym rolom: świętego z czasów stalinizmu i ostatniego nieujawnionego akowca [12]. A czasy akurat nadchodziły takie, że zapotrzebowanie na świętych gwałtownie w Polsce wzrosło.

Próbował zaspokoić te oczekiwania w pewnym sensie tak, jak dotąd robił literaturę. Teraz jednak mówił już nie jako bohater literacki, jako Pan Cogito, ale jako Zbigniew Herbert. I to doprowadziło do katastrofy. Zaczął o swoim życiu opowiadać głupstwa: w najlepszym wypadku rzeczy nigdy nie potwierdzone, aż po bajki w stylu barona Münchhausena i zwykłe kłamstwa. Można by je czasem nazwać dobrotliwie omyłkami, zwłaszcza że nigdy nie miał głowy do dat i liczb [13], ale mylił się wyłącznie na swoją korzyść. Również w sprawach, które i bez niepotrzebnych retuszy przynosiły mu chlubę!

Poniższe zwięzłe wyliczenie, to tylko pobieżny przegląd autobiograficznych zmyśleń Zbigniewa Herberta:

Twierdził, że ze Związku Literatów Polskich wystąpił w roku 1948, a powtórnie zapisali go tam koledzy w roku 1956. W rzeczywistości pracował do roku 1951 jako kierownik biura gdańskiego oddziału ZLP. Przez dwa lata pisał m.in. listy do cenzury, wygłaszał odczyty "Poezja broni pokoju" i brał udział w dyskusjach o estetyce marksistowskiej z okazji Miesiąca Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Został też odnotowany jako sygnatariusz apelu Komitetu Obrońców Pokoju. Ze Związku Literatów wystąpił w kwietniu 1951. Wstąpił ponownie w styczniu 1955 [14].

Twierdził, że przez piętnaście lat nie publikował (w innym miejscu podawał, że nawet nie próbował drukować niczego po 1948 roku). W rzeczywistości publikował, choć raczej skromnie i często pod pseudonimem, do marca 1953. Decyzję, by znów zacząć publikować, podjął mniej więcej w połowie roku 1954, przekazując wiersze do almanachu poetyckiego "...każdej chwili wybierać muszę", tak więc przerwa trwała raczej piętnaście miesięcy [15].

Twierdził, że w tym paxowskim almanachu wydrukował jedynie trzy wiersze. W rzeczywistości było ich dwadzieścia. Na dobitkę najprawdopodobniej zmyślił swoją rozmowę z szefem PAX-u, Bolesławem Piaseckim, któremu rzekomo "wyłuszczył", dlaczego PAX-u nienawidzi. W każdym razie podana przez Herberta wersja wydarzeń jest nielogiczna [16].

Twierdził, że do roku 1957 nie mógł nigdzie znaleźć pracy, a gdy już nawet jakąś marną pracę znalazł, szybko go z niej wyrzucano jako "wroga klasowego". W jednym z wywiadów powiedział nawet, że żył z "kopania torfu" (!). W rzeczywistości z kolejnych posad sam odchodził. W osławionym "Torfprojekcie" przepracował rok i nie była to wcale posadka aż tak bardzo marna. W 1956 roku dzięki Stefanowi Kisielewskiemu został dyrektorem biura Związku Kompozytorów Polskich. Również tę posadę sam rzucił po pół roku (a chciał jeszcze wcześniej) [17].

Do tego sprawy pomniejsze, anegdotyczne, nigdy nie potwierdzone. Ukrywanie się przed wojskiem, by nie zostać prokuratorem wojskowym [18]. Nagłe wysiedlenie z Warszawy z wyrzuceniem "na szosie w okolicach Brwinowa" włącznie [19]. Pojedynek na szable w Lasku Bielańskim, przy tym opowiedziany tak, jak mógłby to zrobić Papkin-samochwała [20]. Także słynna historyjka o Miłoszu domagającym się przyłączenia Polski do Związku Radzieckiego należy do tej kategorii [21].

Osobną sprawą są napomknienia Herberta, zawsze bardzo ogólnikowe, o jego udziale w konspiracji. Często były to tylko gładkie frazesy o byciu żołnierzem, o "przechowywaniu się" gdzieś podczas wojny, czy też o przeżyciach "partyzancko-konspiracyjnych" [22]. Trafiają się jednak również wzmianki barwniejsze: rzekomo osiwiał w czasie okupacji, gdy odpowiadał za kilku ludzi [23]; siedział w sowieckim więzieniu [24]; po wojnie uznano go oficjalnie za inwalidę wojennego [25]. Apogeum Herbertowskiej fantazji jest niesamowita opowieść o powojennym zdezerterowaniu z AK (!) i dwuletnich kontaktach z "bandytami z lasu" [26].

Nie udało się dotąd potwierdzić żadnej z tych historii ani nawet samej przynależności Zbigniewa Herberta do AK [27]. Po jego śmierci próbowano to jeszcze jakoś tłumaczyć, powołując się na zasady konspiracyjnej tajemnicy etc., choć Herbert o swych przewagach wojennych zaczął mówić publicznie dopiero wtedy, gdy biografie konspiratorów, z pseudonimami i nazwami oddziałów włącznie, drukowano już od dawna w państwowych wydawnictwach. Jak się zdaje, mit o Herbercie-konspiratorze porzuciła ostatecznie nawet rodzina poety, wpisując go do linii Mickiewicz - Słowacki i zarazem wypisując z linii Baczyński - Gajcy, to znaczy z linii poetów walczących:

Może było z nim tak jak z Mickiewiczem i Słowackim, którzy jako słabego zdrowia uratowali się. Na szczęście... [28].
Sam Herbert chyba czuł, w jaką niebezpieczną grę się wplątał. W roku 1986, a więc w wieku już bardzo dojrzałym, tak o tym mówił w rozmowie z Renatą Gorczyńską:
Bo ja uważam, że człowiek nie jest tym, czym jest w istocie - a któż z nas wie, kim jest - tylko tym, czym chciałby być. To jest moje podstawowe odkrycie z dziedziny psychologii. [...] to dążenie, próba przeskoczenia siebie, to jest właśnie literatura. To tęsknota do lepszego "ja", które sobie wymyśliłem i które się potem na mnie mści. Bo ludzie mówią: "Popatrzcie, on tak pisze, a tak żyje - coś takiego!" [29].
Studiował przecież u Henryka Elzenberga zagadnienia wartości i wiedział, że bywają czasem wartości, których pogodzić nie sposób. Na tym podobno polega każdy tragiczny konflikt. Nie można na przykład bezkarnie wymyślać lepszej wersji swojego życia i zarazem służyć prawdzie:
Jaki chciałby pan być?
O wiele lepszy niż jestem.
[...]
Czego pan najbardziej nie cierpi?
Kłamstwa [30].
[1] Zbigniew Herbert, Wybór poezji, Dramaty, Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1973, s. 80-81. Dalej cytowane jako Wybór poezji.

[2] "Jeżeli nie jestem pisarzem, którego czyta chłop czy robotnik polski, w niczym nie zmienia to mego szacunku do tych ludzi. Nie mówiłem nigdy: "Wydobywajcie dla mnie więcej węgla, a ja będę siedział w ciepłym pokoju i pisał wam o jakiejś utopii społecznej". To jest cała moja moralność" (zob. Psychicznie nigdy z Polski nie wyjeżdżałem... Rozmowa Grzegorza Fortuny z 9 maja 1981, [w:] Herbert nieznany. Rozmowy, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2008, s. 249; dalej cytowane jako Herbert nieznany).

[3] Wiadomo, że Herbert pod koniec lat sześćdziesiątych spotykał się wielokrotnie z oficerami SB, ale nie został nigdy tajnym współpracownikiem. Dokumentację tych spotkań - wytworzoną w całości, o czym warto pamiętać, przez SB - można znaleźć w: Małgorzata Ptasińska-Wójcik, Grzegorz Majchrzak, Kryptonim "Bem". Sprawa operacyjnego rozpracowania Zbigniewa Herberta w latach 1967-1970, "Zeszyty Historyczne", 2005, nr 153, s. 5-60. Za artykuł sugerujący, jakoby rozmowy Herberta z tajną policją były w istocie donosami, jego autor słusznie otrzymał tytuł dziennikarskiej Hieny Roku (zob. Jakub Urbański, Donos Pana Cogito, "Wprost", 2006, nr 33-34). Natomiast Tomasz Fiałkowski w artykule daleko bardziej wyważonym jednak nie bez pewnej racji stwierdza, że Herbert "wdał się w ryzykowną grę". Sąd ten stara się zarazem złagodzić zapewnieniami, że poeta mówił esbekom jedynie to, "co stanowiło wiedzę raczej powszechną" i co "zaszkodzić [...] raczej nie mogło" (zob. Tomasz Fiałkowski, Baudeler, czyli Herbert oczami łapsów, "Tygodnik Powszechny", 6 listopada 2005; kursywa moja). Jak wyglądały te rozmowy oczami Herberta, można przeczytać w jego listach do przyjaciół:

"Nie spodziewałem się także że dosięgnie mnie ręka panów w czarnych garniturkach. Zatelefonowali do mnie w drugi dzień po przyjeździe [dopisek u dołu strony: "kiedy siedziałem przy chorej matce"] (była Wielkanoc i liczyłem na to, że "oni" także jedzą kiełbasę i piją). Potem były regularne "rozmowy" codzienne i wielogodzinne nie w urzędzie broń Boże, ale w hotelu "Metropol" na wysokim piętrze z oknem otwartym na podwórze. Mógłbym wyjść tym oknem i więcej nie wrócić a przyjaciele powiedzieliby że się upiłem, że zawsze miałem tendencje do nihilizmu no i buch. Jakoś to wytrzymałem, a kiedy zorientowałem się że zaczyna się Kafka zwiałem i nie stawiłem się na przesłuchanie. Wiem oczywiście że władza nie lubi gdy się ją wyprowadza w pole i że nie dadzą mi już spokoju.

Zetknąłem się przeto z ludźmi Moczara - jest to formacja chłopsko-nacjonalistyczna a zatem przerażająca. Interesowali się wieloma rzeczami między innymi prądami trockistowskimi na Zachodzie, ale głównie emigracją, którą najchętniej zwabiliby do kotła. Wypytywali także o Ciebie, czy byś nie wrócił, a ja im streszczałem Dolinę Issy i analizowałem twoją poezję udając że ich interesujesz jako najlepszy żyjący poeta polski. Grałem głupca ale bez przyjemności. Stwierdziłem z przerażeniem że się odzwyczaiłem, że nie bardzo potrafię spacerować z gównem na głowie, i że jestem tchórzem bo boję się o resztę życia. Odchorowałem to (bezsenność, depresja), ale teraz jest już dobrze i pracuję" (list do Czesława Miłosza z 18 czerwca 1969, [w:] Zbigniew Herbert, Czesław Miłosz, Korespondencja, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2006, s. 104-105; dalej cytowane jako Herbert-Miłosz).

"Sporą część mego krótkiego pobytu w Ludowej spędziłem na rozmowach z łapsami (informacja tylko dla Was!). Spodziewałem się trochę tego, ale nie wiedziałem, że będzie to tak intensywne i zaciekłe. W rezultacie nikogo nie wydałem, sam się wykręciłem sianem, i kiedy zapowiadało się na serię seansów, odłączyłem się od nieprzyjaciela. Ale wróciłem z dość nadszarpniętymi nerwami i teraz muszę się kurować.

Zadaję sobie teraz poważne pytanie, czy ta moja nieodwzajemniona miłość do ojczyzny może być dalej kontynuowana, bo już cierpliwości brak i perspektywy dość ponure" (list do Magdaleny i Zygmunta Czajkowskich z 21 maja 1969, [w:] Herbert i "Kochane Zwierzątka", listy zebrała i komentarzem opatrzyła Magdalena Czajkowska, Rosner i Wspólnicy, Warszawa 2006, s. 150; dalej cytowane jako Zwierzątka).

[4] Zob. np. Barbara Toruńczyk, Bez tytułu, czyli Zapiski redaktora, [w:] Upór i trwanie. Wspomnienia o Zbigniewie Herbercie, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2000, s. 92-93 (dalej cytowane jako Upór): "Wspominając Herberta, uświadamiam sobie, jak trudno było go poznać, jak niechętnie dopuszczał do bezpośredniego kontaktu i jak rzadko ten kontakt polegał na wymianie zdań; rzeczywistym spotkaniu. [...] Był uroczy, dowcipny, kokietujący. Na ogół aranżował wielkie przedstawienie, w którym wykazywał się i sztubactwem (zwłaszcza jako enfant terrible czy artiste maudit), i wielkim znawstwem literatury, sztuki, życia. To były spektakle niezapomniane, ale zarazem Herbert zawsze tworzył pewną przesłonę między sobą i rozmówcą. Potrzebował maski".

[5] Zbigniew Herbert, Jerzy Zawieyski, Korespondencja 1949-1967, Biblioteka "Więzi", Warszawa 2002, s. 34. Dalej cytowane jako Herbert-Zawieyski. Do Zawieyskiego potrafił też w tamtym czasie napisać: "Dzisiaj przystąpiłem do Komunii Świętej. Jestem uciszony, szczęśliwy, ale smutny. Po raz pierwszy po przyjęciu Komunii płakałem - oparty czołem na promykach łaski, na najniższym stopniu do Boga" (list z 20 marca 1951; s. 53). W listach do Elzenberga z tego samego roku nie ma najmniejszego śladu jakichkolwiek przeżyć czy rozterek religijnych. Jest za to Pascal, Lukrecjusz i Marek Aureliusz (zob. Zbigniew Herbert, Henryk Elzenberg, Korespondencja, redakcja i posłowie Barbara Toruńczyk, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2002, s. 9-19; dalej cytowane jako Herbert-Elzenberg).

[6] "- Był mały, a chciał być rosłym, barczystym blondynem - wspomina [Andrzej] Roman"; "- Myślę, że on był straszliwie upozowany - wspomina [Agnieszka] Osiecka - [...] Uważa, że bardzo chciał być kimś innym, niż był naprawdę" (Mariusz Urbanek, Zły Tyrmand, Iskry, Warszawa 2007, s. 163, 240). Wiele osób pytanych po latach przez Urbanka zapamiętało, że Tyrmand, którego żydowskie pochodzenie było tajemnicą poliszynela, z uporem przedstawiał się jako baron kurlandzki (s. 22, 108, 134). Pod koniec życia czasem w zawoalowany sposób demistyfikował te swoje wcześniejsze legendy. W pierwotnej wersji Dziennika 1954 zastanawia się nad etymologią swego nazwiska i dochodzi do wniosku, że ma ono korzenie skandynawskie. Natomiast w wersji drukowanej "trop skandynawski" wprawdzie pozostał, ale Tyrmand dodał znaczące uzupełnienie: "Istnieje ewentualność, że nazwisko to wymyślił i obdarzył nim mych przodków E.T.A. Hoffmann, jak to uczynił z wieloma [...]". Jak wiadomo, jednym z obowiązków E.T.A. Hoffmana w okresie jego służby w Warszawie było wymyślanie urzędowych nazwisk warszawskim Żydom. Por. Leopold Tyrmand, Dziennik 1954. Wersja oryginalna, Wydawnictwo MG, Warszawa 2011, s. 511 (dalej cytowane jako Dziennik oryginalny) oraz Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Polonia Book Fund, Londyn 1980, s. 357 (dalej cytowane jako Dziennik).

[7] Dziennik, s. 32-33. Wbrew zapewnieniom Tyrmanda z "Przedmowy" do pierwszego wydania ("niniejsza książka zawiera całość dziennika, nienaruszoną przez względy edytorskie [...] zdecydowałem niczego w tekście nie zmieniać"; Dziennik, s. 7-8), Dziennik został w znacznym stopniu przeredagowany. Nie był wprawdzie całkowitą mistyfikacją (o co też niekiedy Tyrmanda podejrzewano), niemniej porównanie ogłoszonego tekstu z rękopisem ujawniło bardzo wiele retuszy, podkoloryzowań, skreśleń i dopisków. Jedną ze słynniejszych zmian jest na przykład usunięcie zbyt ciepłego passusu o Leninie: "Postać Lenina budziła we mnie zawsze sympatię, w przeciwieństwie do osoby Stalina. Jest wokół tego pierwszego mgiełka jakiejś rewolucyjno-konspiratorskiej romantyki, tak bliskiej naszej literaturze pięknej [...] Poza tym Lenin jest inteligentny ową inteligencją wzbudzającą przychylne zainteresowanie wbrew najróżniejszym różnicom ideowym" (Dziennik oryginalny, s. 141). Jeśli idzie o uwagi poświęcone Herbertowi, to Tyrmand dodał poświęcone mu zapisy z 21 lutego oraz 16 marca, ale poza tym zmiany są na ogół niewielkie i przeważnie stylistyczne. Zresztą dla tych rozważań znaczenie ma wyłącznie wersja drukowana. Nie chodzi bowiem o ustalenie, co naprawdę myślał Tyrmand o Herbercie w roku 1954, ale o ustalenie, czego dowiedzieli się o Herbercie czytelnicy Dziennika w roku 1980, ponieważ do tej właśnie wiedzy próbował dopasować się w swoich autokreacjach sam Herbert. Więcej Tyrmanda o Herbercie w NOTATKACH I WYPISACH: "Herbert w oczach Tyrmanda i Kisielewskiego".

[8] W liście do Stanisława Barańczaka z 1990 roku (ogłoszonym potem w "Gazecie Wyborczej") Herbert pisał: "Nie masz pojęcia, jaka to niewygodna rzecz być świętym". Wtedy ironizował, ale we wcześniejszym liście do Barańczaka wspominał właśnie o Tyrmandzie jako o "jedynym świadku epoki": "Mogę tylko Tobie powiedzieć na ucho, że czasy stalinizmu były dla mnie ciężkie, jedyny świadek epoki Leopold Tyrmand powiedział coś niecoś o tym" (zob. Zbigniew Herbert, Stanisław Barańczak, Korespondencja (1972-1996), Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2005; list z 16 czerwca 1990, s. 31 oraz list z 6 sierpnia 1990, s. 35; dalej cytowane jako Herbert-Barańczak). Późny wpływ Tyrmanda na poglądy Herberta to zresztą temat na osobne rozważania. Na przykład słynny wywiad Herberta udzielony Jackowi Trznadlowi można potraktować jako próbę rozwinięcia, w oparciu o własne doświadczenia, następującej myśli Tyrmanda z Porachunków osobistych: "[...] dziś byli stalinowcy stanowią najpotężniejszą mafię świata, lepiej zorganizowaną i funkcjonującą niż Cosa Nostra, międzynarodowy homoseksualizm, wędkarze i filateliści. Ich święta wspólnota polega na wzajemnym zmywaniu z siebie win, na genialnie skomponowanych żalach na swój zły los zgwałconej i wyeksploatowanej niewinności" (Leopold Tyrmand, Porachunki osobiste, LTW, Warszawa 2002, s. 34). Nb. gładka fraza o mafii homoseksualistów, wędkarzy i filatelistów to autocytat z Filipa ("Stanowimy dziś już tylko taką samą mafię, jak filateliści, homoseksualiści i wędkarze"; zob. Leopold Tyrmand, Filip, Wydawnictwo MG, Warszawa 2010, s. 356).

[9] Ojciec Zbigniewa Herberta, Bolesław Herbert, tak o tym z przymrużeniem oka pisał do syna w liście z kwietnia 1957: "Myślę, że gdyby Tyrmand rozwinął trochę szerzej pomysł o "schorowanych rodzicach" i uzupełnił go podaniem twego konta bankowego - znana ofiarność naszego społeczeństwa pozwoliłaby Ci na przetrzymanie kilku lat bez pracy zarobkowej. Ja sam do głębi wzruszony prosiłem Halkę o wypłacenie Ci stu złotych, które mi dłużna" (zob. Zbigniew Herbert, Korespondencja rodzinna, Wydawnictwo Archidiecezji Lubelskiej Gaudium, Lublin 2008, s. 55; dalej cytowane jako Korespondencja rodzinna). W rzeczywistości to "schorowani rodzice" przez cały czas wspomagali finansowo syna (zob. Herbert lubił szukać guza. Rozmowa Andrzeja Franaszka z siostrą Herberta, Haliną Herbert-Żebrowską, "Tygodnik Powszechny", 3 sierpnia 2008: "Oboje z mamą zresztą bez przerwy troszczyli się o syna, martwili, pomagali. Zbysio nawet gdyby zarabiał, to by nie miał pieniędzy, one się go nie trzymały").

Nb. Zdanie o "starych, schorowanych rodzicach" w wersji opublikowanej w "Tygodniku Powszechnym", jeszcze nieprzeredagowanej, brzmiało: "Pogoda ta jest jednak precyzyjnie skonstruowaną maską, za którą kryje się coś w rodzaju rozpaczy pochylonego nad studnią życia, wrażliwego człowieka i poety, który podejrzewa, że przegrał własny los, którego toczy zgryzota, ponieważ nie potrafi pomóc starym, schorowanym rodzicom" (cyt. za Korespondencja rodzinna, przypis na stronie 55). W zdaniu o zarobkach Herberta zamiast "kilkaset złotych miesięcznie" było "około czterystu złotych miesięcznie". Tyrmand znacząco zubożył przyjaciela. Herbert na stanowisku chronometrażysty-kalkulatora w Inwalidzkiej Spółdzielni Emerytów Nauczycieli "Wspólna Sprawa" otrzymywał pensję "676 zł, plus dodatek stołeczny 46 zł" (Herbert-Elzenberg, s. 187; informacja redaktorska).

[10] Po śmierci Tadeusza Borowskiego Herbert tak pisał do Jerzego Zawieyskiego 15 lipca 1951: "Właściwie nie znałem Go zupełnie i to, co pisał, to były dla mnie rzeczy obce. Złe słowo "obce", właśnie nigdy obce, ale nie moje. A ta śmierć jakoś zbratała nas. Dlaczego? Także dlatego pewnie, że Borowski był człowiekiem mego pokolenia. Po raz pierwszy zrozumiałem, co znaczy słowo pokolenie. To jest związek ludzi, w których bił ten sam czas, którzy doznawali tych samych pokus, radości, klęsk. To bardzo wielkie słowo i bardzo wielka solidarność" (Herbert-Zawieyski, s. 59). Zob. też wspomnienie Barbary Toruńczyk: "Potrafił, w różnych tonacjach, wypowiadać zdanie: Jestem zdania, że moje życie było przeciętne, zbyt przeciętne jak na moje doświadczone pokolenie. [...] Ciążyła na nim świadomość przynależności do generacji, z której wielu zginęło. Do końca czuł się związany ślubami pamięci i wierności wobec poległych i umęczonych - zdradzonych o świcie" (Upór, s. 100).

[11] Być może Herbert po raz pierwszy zaczął mówić o sobie jako o żołnierzu Polski podziemnej w domu londyńskich przyjaciół, Magdaleny i Zbigniewa Czajkowskich. Czajkowski, młodszy od Herberta o dwa lata, brał udział w Powstaniu Warszawskim i to w tym samym oddziale, co Krzysztof Kamil Baczyński. Był także świadkiem jego śmierci oraz pogrzebu na dziedzińcu ratusza. Niewykluczone, że "prosty pogrzeb na podwórzu" z wiersza "Prolog" to właśnie reminiscencja opowieści zasłyszanej w domu Czajkowskich (zob. Wybór poezji, s. 154). Gospodarze żyli tymi wspomnieniami. Jeszcze w wiele lat później jedna z ich kolejnych łodzi została nazwana "Zorian" - od pseudonimu przyjaciela z powstania (Zwierzątka, s. 185). Tak więc pytanie "A co ty robiłeś w czasie wojny?" chyba musiało prędzej czy później paść. Magdalena Czajkowska zapamiętała jednak tylko jedną odpowiedź: "Kiedyś Zbyszek wyznał mi, że konspiracja, do której należał podczas wojny, wykorzystała ten jego dar "nieprzepartego uroku" (jak to określiła Julia Hartwig) w ten sposób, że polecono mu "zwabić" na miejsce wyroku kobietę, która dopuściła się zdrady. Sprawa była słuszna, ale Zbyszek nie mógł o tym zapomnieć" (Zwierzątka, s. 23). Ten styl ogólnikowego wyznania będzie charakterystyczny także dla późniejszych wzmianek Herberta o swych konspiracyjnych doświadczeniach.

Nb. Zbigniew Czajkowski był również autorem bodaj pierwszej drukowanej relacji o śmierci Baczyńskiego: "Podch. Krzysztofa poznałem mniej więcej na miesiąc przed powstaniem, gdy objął on stanowisko dowódcy plutonu [ściślej: zastępcy dowódcy plutonu], gdzie byłem jednym z drużynowych. [...] Następnego dnia [3 sierpnia] skierowano nas na stanowisko w wieży ratusza. Nasza piątka stanowiła tam posterunek obserwacyjno-bojowy. Koło południa otrzymałem postrzał w rękę i musiałem odejść, pozostawiając kolegów na stanowisku. [...] Wtedy po raz ostatni widziałem Krzysztofa, gdyż na nowe stanowisko w Pałacu Blanka odeszli już beze mnie. [...] Następnego dnia rano [4 sierpnia] zawezwano patrol sanitarny do rannego w Pałacu Blanka. Poszedłem z tym patrolem, bo nie miałem nic do roboty. Na stanowisku, w narożnym pokoju pierwszego piętra znaleźliśmy Krzysztofa leżącego na dywanie z wielką raną głowy. Był martwy. Sanitariuszki przeniosły ciało do ratusza. Pogrzeb odbył się tego samego dnia wieczorem. Odbyło się to względnie uroczyście" (Zbigniew Czajkowski, Śmierć Krzysztofa Baczyńskiego, "Tygodnik Powszechny", 11 lipca 1948, s. 9). W napisanych niedługo po Powstaniu, ale wydanych dopiero w ćwierć wieku później wspomnieniach, Czajkowski trochę inaczej relacjonuje te wydarzenia. Głowa zabitego w Pałacu Blanka jest tak roztrzaskana, że "nie można poznać, kto to" i Czajkowski dopiero podczas pogrzebu dostrzega w klapie trupa znaczek konspiracyjnej szkoły podchorążych i orientuje się, że "przecież to Krzysztof. Naumyślnie nie powiedziano mi wcześniej" (Zbigniew Czajkowski-Dębczyński, Dziennik powstańca, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1969, s. 31-32). Jeśli zważyć, że autor w czasie Powstania nie miał jeszcze skończonych 18 lat (!), jego dziennik musi imponować wielką dojrzałością spojrzenia. Herbert w listach do Czajkowskich skomentował ukazanie się Dziennika powstańca entuzjastycznie i jednocześnie oszczędnie; tak, jakby się obawiał rozwijania tego tematu (zob. Zwierzątka, s. 155-156). Więcej wypisów z książki Czajkowskiego w NOTATKACH I WYPISACH: "Konspiracja w sieni na lewo".

[12] Przemianę Herberta w ostatniego akowca zapoczątkowała chyba Glosa do rozmowy ("Krytyka" 1981, nr 8), w której Michnik komentował swoją rozmowę z Herbertem z września 1980, wydrukowana w tym samym numerze "Krytyki" (najłatwiej dostępna w: Herbert nieznany, s. 75-97). W napisanym kilka lat później w więzieniu mokotowskim zbiorze szkiców Z dziejów honoru w Polsce Michnik poświęcił Herbertowi szkic końcowy i najobszerniejszy. Pisał tam: "Kiedy czytam wiersze Zbigniewa Herberta, mam nieodparte wrażenie obcowania z zapisem świadomości człowieka, który nie uciekł za granicę, nie przeszedł na stronę Przodującego Ustroju, ani też się nie ujawnił wtedy, w 1945 roku. Nie ujawnił się właściwie nigdy później wciąż tkwiąc psychicznie w swej "konspiracji wyobraźni". Nie dokonał też aktu amputacji pamięci - pozostał na zawsze "strażnikiem grobów", osądzającym świat z perspektywy wartości wtedy podeptanych i ludzi wtedy zabitych" (Adam Michnik, Z dziejów honoru w Polsce, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1991, s. 162; kursywa moja). Pogląd ten podziela chyba Siedlecka, aczkolwiek formułuje swoje stanowisko dość ogólnie (zob. Pomniki lubią tylko gołębie. Z Joanną Siedlecką rozmawia Krzysztof Masłoń, "Rzeczpospolita", 21-22 grudnia 2002).

[13] Edytorzy korespondencji Herberta wiedzą, że często miał on problem z datami. Na przykład w liście do żony z 3 lipca 1986 (co potwierdza data stempla pocztowego z 4 lipca 1986) Herbert wpisał datę roczną o trzy lata (!) wcześniejszą - 1983 (Głosy Herberta, zebrała i w tom ułożyła Barbara Toruńczyk, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2008, s. 45 [list], s. 228 [uwagi edytorskie]). W młodości potrafił robić jeszcze dziwniejsze błędy. W liście do Jerzego Zawieyskiego z 1 marca 1951 napisał: "Kiedy byłem jeszcze młody, kiedy miałem 16 lat, zachorował poważnie mój braciszek. Byłem wówczas autorem 2 wierszy, z których jeden, długi poemat na wzór Statku pijanego uważałem za genialny. Wiedziałem, że aby brata uratować, trzeba poświęcić coś, co ma się najdroższego. Spaliłem wiersze i poprzysiągłem, że nie będę nigdy pisał. Mały umarł mi na rękach, pamiętam: miał dużą gorączkę i opowiadałem bajkę, która podobała mu się. Umarł, więc mogłem już zostać lichym poetą" (Herbert-Zawieyski, s. 47-48; kursywa moja). W rzeczywistości młodszy brat, Janusz, zmarł we wrześniu 1943 roku, gdy Zbigniew kończył już 19 rok życia. Pomyłka aż o trzy lata, i to zaledwie w 8 lat po tak tragicznym wydarzeniu, jest zdumiewająca! Nb. nic nie wiadomo o tym, by brat umarł Zbigniewowi "na rękach", ale to już może jedynie pogłos literackiej konwencji, nie zaś rozmyślna blaga.

[14] Herbert o wystąpieniu z ZLP w roku 1948: "Ostatnie pytanie: Dlaczego pan wystąpił w 1948 roku ze Związku Literatów? Z powodu kłamstwa. Zatrąbiono na socrealizm. Nie miałem żadnych szans wydania tego, co pisałem w tym czasie, i prawdopodobnie uprzedziłem tylko wyrzucenie mnie ze Związku" (Poeta sensu. Rozmowa Marka Oramusa z 1981 roku; Herbert nieznany, s. 110). "W roku 1948 karty były rozdane i wówczas całkowicie dobrowolnie i bez żadnego poduszczenia wystąpiłem ze Związku. [...] Liczyłem się z konsekwencjami mego czynu, ale konsekwencje znacznie przekroczyły wyobrażenia. Moją jedyną zasługą jest, że nie męczyłem pism literackich swoimi próbami, nie ujawniałem nawet, że pisuję wiersze od roku 1943" (list do Stanisława Barańczaka z 6 sierpnia 1990; Herbert-Barańczak, s. 36). Herbert twierdził też, że występował ze Związku dość zawadiacko: "rąbnąłem list do Centrali, że zupełnie się zmieniłem i odeszła mi ochota na laury literackie" (Wiktor Woroszylski na tle epoki, [w:] Zbigniew Herbert, Węzeł gordyjski oraz inne pisma rozproszone 1948-1998, Biblioteka "Więzi", Warszawa 2001, s. 549; dalej cytowane jako Węzeł). W rzeczywistości pisał w podaniu: "Prośbę swą motywuję złym stanem zdrowia i zmianą miejsca zamieszkania". Obszerną dokumentację pracy Herberta w gdańskim oddziale ZLP przedstawia Joanna Siedlecka (Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie, Prószyński i S-ka, Warszawa 2002, rozdział "Za zarząd kierownik biura, Zbigniew Herbert", s. 167-184; dalej cytowane jako Pan od poezji). Podanie z 20 kwietnia 1951 przedrukowane na stronie 180. Tę samą datę wystąpienia Herberta z ZLP znaleźć można w kalendarium opracowanym przez Henryka Citkę (Kalendarium życia Zbigniewa Herberta, "Rzeczpospolita", 25 lipca 2008). Co sam Herbert myślał wtedy o swojej pracy w ZLP, można przeczytać w jego liście do Jerzego Turowicza z 13 grudnia 1950: "Pisanie do "Tygodnika" uważam za ekspiację. Po różnych bzdurach, które muszę pisać z racji mego zajęcia (które daje mi chleb codzienny i nieustanne kompromisy życia z sumieniem) - trzeba choć raz nie czuć oczu szpicla przez ramię" (Zbigniew Herbert, Jerzy Turowicz, Korespondencja, z autografów odczytał, opracował, przypisami i posłowiem opatrzył Tomasz Fiałkowski, Wydawnictwo a5, Kraków 2005, s. 14; dalej cytowane jako Herbert-Turowicz).

Herbert o ponownym wstąpieniu do ZLP: "W roku 1956 koledzy zapisali mnie do Związku Literatów, teraz - mówili - wszystko się zmieni, dość pisania do szuflady, będziemy mówić pełnym głosem, z czasem może nawet cenzura zniknie" (Węzeł, s. 551). W rzeczywistości: "Herbert uzyskał 17 I 1955 legitymację członka-kandydata Związku Literatów Polskich Oddział w Warszawie" (Herbert-Elzenberg, s. 198; informacja redaktorska).

[15] "Przez piętnaście lat pisałem, nie publikując. To zupełnie dobra szkoła ascezy" (Miastu Münster. Podziękowanie za Europejską Nagrodę Poetycką z roku 1997, [w:] Zbigniew Herbert, "Mistrz z Delft" i inne utwory odnalezione, opracowała, ułożyła w tom i opatrzyła komentarzem Barbara Toruńczyk, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2008, s. 136; dalej cytowane jako Mistrz z Delft). W 1986 roku w rozmowie z Helgą Hirsch jeszcze rachował nieco skromniej: "Moje pierwsze wiersze pochodziły z czasów okupacji, przez jedenaście-dwanaście lat niczego nie publikowałem". Powiedział też wtedy, że w czasach stalinowskich w ogóle nie próbował publikować wierszy, poza jednym wyjątkiem: "I w tamtym okresie nigdy pan nie próbował publikować swoich wierszy? Nie. To znaczy, owszem, w 1948 r. w "Tygodniku Powszechnym"" (Herbert nieznany, s. 266). Także z już cytowanego listu do Stanisława Barańczaka wynika, że po rzekomym wystąpieniu z ZLP w roku 1948 Herbert przestał także w konsekwencji drukować, co nie było prawdą. Jego artykuł znalazł się jeszcze w roku 1953 w 12 numerze paxowskiego tygodnika "Dziś i Jutro" (Węzeł, s. 761). Z listu do Haliny Misiołek z 31 sierpnia 1954 wynika, że almanach "...każdej chwili wybierać muszę" przeszedł już przez cenzurę, a więc musiał zostać przygotowany znacznie wcześniej ("Wg nieoficjalnych danych cenzura ściągnęła tylko 1 czy 2 moje wiersze w całości (jedyne skreślenia w antologii, co podaję ze zrozumiałą dumą!)". Zbigniew Herbert, Listy do Muzy. Prawdziwa historia nieskończonej miłości, Małgorzata Marchlewska Wydawnictwo, Gdynia 2000, s. 90; dalej cytowane jako Listy do Muzy).

[16] W cytowanym już liście do Stanisława Barańczaka z 6 sierpnia 1990 pisał: "Już po tej rozmowie [z Bolesławem Piaseckim, patrz niżej] dałem trzy wiersze do antologii PAX-owskiej (zresztą przeraźliwej) pt. W każdej chwili wybierać muszę. Nikt tego tomu poza mną i Łapińskim nie zna i nawet Ty, dociekliwiec, nie miałeś go na pewno w ręku. Rarytas polityczno-religijny. W tej antologii ukazały się trzy moje wiersze zatytułowane enigmatycznie Pacyfik I, II, III, z których to wierszy najbardziej haniebny nosi tytuł Na Kongres Pokoju. [...] Jeszcze co do wierszy z nieszczęsnej antologii. Spotkałem chyba w roku 1954 Stefana Kisielewskiego - mój odnośnik moralny - który powiedział: "Wyglądasz marnie, nie przeżyjesz socjalizmu i smród po tobie nie zostanie". To skłoniło mnie do zaniesienia owych trzech wierszy do PAX-u" (Herbert-Barańczak, s. 34-35). Obstawanie przy "trzech wierszach" jest tym dziwniejsze, że wspomniany w liście Łapiński już wtedy od kilku lat tę publikację Herberta w paxowskiej antologii przypominał. W dodatku robił to tendencyjnie i niesprawiedliwie (o czym Herbert wiedział: patrz wcześniejszy list do Barańczaka z 16 czerwca 1990: "Nie wiem, czy warto odpowiadać cokolwiek Łapińskiemu. Bo on tylko dybie na to, aby wywołać awanturę"; Herbert-Barańczak, s, 31). Tak więc sprostowanie wisiało w powietrzu.

"Antologia PAX-owska" to: "...każdej chwili wybierać muszę". Almanach poetycki, Wydawnictwo PAX, Warszawa 1954. Dwadzieścia wierszy Herberta wraz z notą osobową znajduje się na stronach 145-174 (plus errata, która odnotowała, że Herbertowi na stronie 174 wydrukowano "za prawdę nie umarli cali" zamiast "zaprawdę nie umarli cali"). Żaden z tych wierszy - trzeba to mocno podkreślić! - poety nie kompromituje, a określenie "najbardziej haniebny" w odniesieniu do wiersza "Pacyfik III" wypada potraktować jako herbertowską autoironię. Wiersz ten faktycznie nosi podtytuł "Na Kongres Pokoju" (s. 150), lecz został napisany językiem tak ezopowym, że nie bardzo wiadomo, czym tu się zgorszyć. Jednak Łapiński widocznie się zgorszył (albo przynajmniej tak udawał), skoro napisał: "Zbigniew Herbert przeszedł próbę stalinowską ładniej niż większość jego kolegów. Dlaczego jednak nie przyzna, że pisał wierszem pamflet na amerykańskich podżegaczy wojennych, wychwalał zorganizowany przez Sowietów kongres pokoju i przeprowadzał samokrytykę (Pacyfik III), i że tworek ten, zrealizowany według recepty Tadeusza Różewicza, złożył razem z innymi poezjami w wydawnictwie Bolesława Piaseckiego" (Zdzisław Łapiński, Jak współżyć z socrealizmem. Szkice nie na temat, Polonia, Londyn 1988, s. 98). Zasadność jego zarzutów każdy łatwo może ocenić sam, gdyż Herbert przedrukował "Pacyfik III" w roku 1992 w tomiku Rovigo (zob. Zbigniew Herbert, Rovigo, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1992, s. 14-15).

Również sama antologia wcale nie była, jak stwierdził Herbert, "przeraźliwa". Przeciwnie, na tle tego, co się wówczas drukowało, wyglądała bardzo kulturalnie i przyzwoicie. Żadnej elegii na cześć Stalina czy Bieruta. Żadnej zadumy nad ciężką pracą towarzyszy z aparatu bezpieczeństwa. Oto garść przykładów najbardziej gorszących. W wierszu Wacława Olszewskiego "Dwie życia połowy" autor wspomina przedwojennego księdza, reakcjonistę i antysemitę, co "kazał Zdrowaśkę zmawiać każdym rankiem / za Hiszpanię Falangi, walczącą pod Franc'iem" (sic!) i radził "Tuwima wrzucać do szaletu" (s. 236). Z wiersza wynika też, że ci, co wtedy portret Marszałka zrzucali ze ściany, to byli młodzi faszyści, ale "rząd sanacji - to także był faszyzm" (s. 236), który "rósł jak nowotwór" (s. 237), dopóki "faszyzujących z rąk faszystów puścił / Wrzesień 39 - faszystowski uścisk" (s. 237). Czyli wizja niedawnej historii, którą można streścić jako "faszyzm na faszyzmie i faszyzmem pogania". Z kolei Andrzej Piotrowski napisał wierszyk współczesny na cześć księży-robotników, którzy po swoim zjeździe "rozchodzili się pojednani z Rzeczpospolitą Ludową" (s. 316). Natomiast Józef Szczawiński upomniał się o straconych w USA Rosenbergów (s. 420-421). Naprawdę niewiele, jak na tak grubą księgę. Osobna sprawa to poziom poetyckiej roboty, ale i ten nie wydaje się aż "przeraźliwy". Większość wierszy jest poprawna jak wieża z klocków i jeśli już coś przeraźliwego z nich wieje, to chyba tylko przeraźliwa nuda. Nb. Herbert już wtedy w listach do przyjaciół pomniejszał swój w niej udział: "[Jerzy Zawieyski] boczył się na mnie, że dałem parę wierszy do almanachu tzw. poezji katolickiej (wyd. PAX)" (list do Jerzego Turowicza z 22 grudnia 1954, Herbert-Turowicz, s. 72 ; kursywa moja).

Jeśli idzie o spotkanie z Bolesławem Piaseckim, to w relacji Herberta, pochodzącej z listu do Barańczaka z 6 sierpnia 1990, wyglądało ono tak: "Wodza [Bolesława Piaseckiego] poznałem osobiście. Od roku 1945 PAX zabiegał o mnie, zapraszał na obozy, dyskusje, no i oczywiście do kolaboracji. W czasach stalinowskiej nocy sam Wódz zaprosił mnie do Grand Hotelu w Sopocie na sowitą libację zakrapianą alkoholem, co podniosło na tyle mojego ducha, że wyłuszczyłem, dlaczego nienawidzę PAX-u. Na to Wódz powiedział: "Przeżył pan Hitlera, przeżył pan Stalina, ale mnie pan nie przeżyje"" (Herbert-Barańczak, s. 34). Z wypowiedzi Piaseckiego ("przeżył pan Stalina") wynika, że rzecz dzieje się najwcześniej w 1953 roku. Ale w tym samym liście Herbert opowiada, że po wystąpieniu w roku 1948 ze Związku Literatów Polskich był nikim i nawet nie ujawniał, że pisuje wiersze (s. 36), a w 1950 roku zdecydowanie odmówił akcesji do PAX-u (s. 35). Po cóż więc Piasecki miałby o niego tak nieustępliwie zabiegać? I czemu zaprasza go na "sowitą libację" akurat do Sopotu, skoro obaj - zarówno Piasecki, jak i Herbert - mieszkają wtedy w Warszawie? Podobno zresztą Herbert rzeczywiście kilka lat wcześniej znalazł się w sopockim Grand Hotelu wtedy, gdy biesiadował tam Piasecki. Tyle że przyszedł osobno, ze swoją ówczesną ukochaną, nie zaś na zaproszenie Piaseckiego. Nikt też go wtedy niczym nie kusił - został jedynie upokorzony. Piszę "podobno", gdyż i ta wersja opiera się wyłącznie na wspomnieniach (Pan od poezji, s. 186-187).

Przyczynkiem do wcześniejszych kontaktów Herberta z PAX-em może być list do Jerzego Turowicza z 15 lutego 1952: "Nawiązałem też kontakt z "Dziś i Jutro". Zrobiłem to wbrew prawie wszystkim odruchom wewnętrznym. Rok temu trzasnąłem tam drzwiami z wielkim impetem i wielką pychą. Wymyśliłem sobie, że tę pychę trzeba odpokutować na miejscu grzechu, zwłaszcza że to oni, obrażeni, pierwsi wyciągnęli rękę. Podjąłem się pisać do nich o plastyce, bez żadnych zobowiązań ideologicznych czy perspektyw stałości. Będę to robił pod pseudonimem i pod żadnym ich hasłem politycznym, kulturalnym, ideowym nie podpisuję się. Oświadczyłem to bardzo wyraźnie (Herbert-Turowicz, s. 38).

[17] "Przez cały okres stalinizmu, tzn. także po śmierci Stalina, do roku 1957, nie mogłem nigdzie znaleźć pracy. Po trzech miesiącach wyrzucano mnie z różnych obskurnych biur torfowych, spółdzielni inwalidzkich itd. - jako wroga klasowego" (list do Stanisława Barańczaka z 6 sierpnia 1990, Herbert-Barańczak, s. 35). O pracy Herberta w charakterze chronometrażysty-kalkulatora w Inwalidzkiej Spółdzielni Inwalidów Nauczycieli "Wspólna Sprawa" pisałem już w przypisie 10. Herbert odszedł z niej na własne życzenie, o czym wzmianka pojawia się także w Dzienniku 1954 Tyrmanda (Dziennik, s. 81). Od 19 stycznia 1954 do 31 grudnia 1954 zaczął pracować "w Centralnym Biurze Studiów i Projektów Przemysłu Torfowego "Torfprojekt" (Warszawa, ul. Puławska 48) na stanowisku ekonomisty, z pensją 920 zł" (Herbert-Elzenberg, s. 190; informacja redaktorska). Właśnie ta "praca w torfie" stała się wcześnie przyczynkiem do chwały Herberta (zob. np. list Jerzego Zawieyskiego z 27 kwietnia 1956: "Nigdy nie śmiałem Ci tego powiedzieć wprost, więc Ci teraz napiszę z całą odpowiedzialnością i prawdą - że Twoja postawa w czasie tych najgorszych lat, Twoje milczenie i odejście do różnych "torfów" - to postawa prawdziwie bohaterska, która budzi mój podziw i najgłębszy szacunek. Wiedz, że Cię kocham nie tylko za talent, za urok osobisty - ale za to przede wszystkim"; Herbert-Zawieyski, s. 117). Nie była to jednak wcale taka zła posada, co dostrzegał nawet Tyrmand: "Wydaje się, że praca w torfie wpływa nań użyźniająco. Do roboty nie ma tam nic, czytać gazet w godzinach urzędowych nie wypada, wobec tego Zbyszek siedzi przy biurku i pisze wiersze i bajki" (Dziennik, s. 168). Za siedzenie przy biurku również płacono mu nie najgorzej, bo prawie średnią krajową (z informacji na stronie Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że przeciętne miesięczne wynagrodzenie w 1954 roku wynosiło 975 zł). Tyrmand szacował, że w tym samym czasie pensja "dobrze uplasowanego kolejarza" wynosiła 600 zł (Dziennik oryginalny, s. 238). Herbert nie cierpiał jednak urzędowej rutyny i przychodzenia na szóstą rano. Jak wynika z listów do Haliny Misiołek, z pracy sam zrezygnował: "Z posady chciałbym odejść z końcem stycznia i popróbować przeżyć parę miesięcy na zleconych pracach [...]"; "Po sumiennym rozważeniu postanowiłem zapewnić sobie w zimie miesiąc lub dwa wolnego, celem naczytania się i wypisania. Po 1 1/2-rocznej pracy mam do tego prawo" (listy do Haliny Misiołek z 3 listopada i z 13-14 grudnia 1954, Listy do Muzy, s. 94, 96). Nie można jednak wykluczyć, że faktycznie go zwolniono, w listach zaś blefował, gdyż jego wypowiedzenie nosi datę 25 września 1954 (zob. Herbert-Elzenberg, s. 197; informacja redaktorska). "Kopanie torfu" pochodzi z rozmowy z Helgą Hirsch z 1986 roku: "Więc byłem zazdrosny, choć może nie za bardzo. Dlaczego akurat temu, który pisze takie okropne wiersze i wszystko niszczy, dobrze się powodzi, gdy tymczasem ja o szóstej rano muszę chodzić do kopania torfu - myślałem. Ale tak było tylko przez krótki czas" (Herbert nieznany, s. 185; kursywa moja).

[18] "Niedługo potem, jakby bez związku z opuszczeniem szeregów inżynierów dusz (czasem myślałem, że są to tylko saperzy) - otrzymałem powołanie do wojska. Zjawiłem się przed komisją zaopatrzony w oficjalny dokument stwierdzający, że jestem inwalidą wojennym, co odpowiadało prawdzie. "Nie będziecie skakać po poligonie. Zostaniecie prokuratorem wojskowym" - brzmiała decyzja jak rozkaz. Oznaczało to skazywanie na śmierć niewinnych ludzi w procesach o szpiegostwo. Szybko opuściłem dom rodzinny i zanurzyłem się w Polskę. Dzięki temu znam ten kraj dobrze od dziurawej podszewki. Szukano mnie krótko i niechlujnie" (Węzeł, s. 549). Ale z korespondencji rodzinnej wynika, że gdy w 1953 roku wojsko szukało Herberta, nie musiał się on nawet nigdzie osobiście stawiać - formalności załatwił za niego ojciec! "W ostatnich dniach dwukrotnie Cię tu szukano. Raz sprawa wojskowa (wezwanie), a więc, jeśli nie wymeldowałeś się w tutejszym Biurze Wojskowym, będziesz miał kłopot. Daj mi odwrotnie znać, może będę Cię mógł wymeldować osobiście"; "Zgodnie z otrzymanym zleceniem z dn. 15 bm. interweniowałem dziś w sprawie Waszej w tut[ejszym] Biurze Wojskowym przy MRN [Miejskiej Radzie Narodowej] i załatwiłem ją pomyślnie. Jako całkowicie zwolnieni od obowiązku służby wojskowej nie potrzebujecie się meldować w BW [Biurze Wojskowym] w Warszawie". Listy Bolesława Herberta do syna z 14 i 19 listopada 1953 (drugi list, całkowicie prywatny, żartobliwie stylizowany na pismo urzędowe); Korespondencja rodzinna, s. 22.

[19] "Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności po tygodniu zjawiło się u mnie (nazywam tak wspólny pokój, gdzie mieszkałem wraz Władziem Walczykiewiczem i jego bratem na waleta, ponieważ nie mogłem się zameldować w Warszawie nie pracując, a nie pracowałem, bo... itd.) czterech milicjantów. Milicjanci zapakowali niezbyt starannie moje książki do worka, wsadzili na ciężarowy samochód i wyrzucili na szosie w okolicach Brwinowa. Półtora roku spędziłem tam w pokoju, który był przybudówką do stodoły. Stąd moja dozgonna miłość do krów (list do Stanisława Barańczaka z 6 sierpnia 1990; Herbert-Barańczak, s. 35). Herbert rzeczywiście mieszkał przez prawie dwa lata w Brwinowie w spartańskich warunkach, ale nic nie wiadomo, by tę okolicę wybrali mu akurat milicjanci. We wspólnym pokoju Walczykiewicza zamieszkał dopiero później (pisze o tym Siedlecka: Pan od poezji, s. 204-205). Wiadomo natomiast, że miał problemy meldunkowe pod koniec roku 1954. Nigdzie jednak nie został wywieziony, gdyż wybronił go "Torfprojekt" (zob. Herbert-Elzenberg, s. 197; informacja redaktorska). Pisał też o tym w listach do Haliny Misiołek i Henryka Elzenberga, tym bardziej więc chyba napisałby o bez porównania dramatyczniejszej wywózce na ciężarówce. "Grupa jak mi się zdaje załatwiła sprawę meldunkową, w każdym razie daje mi z tym spokój" (list do Haliny Misiołek z 3 listopada 1954, Listy do Muzy, s. 94). "W ramach walki z chuliganami otrzymałem nakaz opuszczenia Warszawy i trzeba było wielu zabiegów, aby cofnąć decyzję wielkorządców" (list do Henryka Elzenberga z 23 grudnia 1954; Herbert-Elzenberg, s. 76). Zob. też list do Haliny Misiołek nie zamieszczony w książce Listy do Muzy: "Pierwszego dnia po przyjeździe - nakaz opuszczenia Warszawy w ciągu trzech dni. Musiałem dużo biegać, aby odsunąć to na 3 miesiące - co jak mi się zdaje uda się załatwić; przy tej okazji komplikacje posadowe i inne. Teraz to jakoś ucichło i może uda mi się z tego wydobyć" (cytuję za: Pan od poezji, s. 227).

[20] Papkinowska opowieść o pojedynku pochodzi ze słynnego wywiadu drukowanego potem w "Tygodniku Solidarność". Herbert prawdopodobnie był wówczas w trudnej do kontrolowania fazie euforii: "- Mam doświadczenie, w młodości pojedynkowałem się dwukrotnie. Raz poszło o kobietę... - Narzeczoną? - Skąd, nawet jej nie znałem, ale w mojej obecności jakiś typ ją obraził. Nie miałem wyjścia, wyzwałem go na pojedynek. - Na pistolety? Wybór broni należał do przeciwnika, a ten zażądał szabli. Sekundanci uzgodnili, że będziemy się bili do trzeciej krwi, Całą noc nie spałem. Nie ze strachu - bałem się, zaśpię. Mieliśmy się bowiem potykać o szóstej rano w Lasku Bielańskim. Dwa razy on mnie zahaczył, ale ja o mało co nie odrąbałem mu ucha. Jak się okazało, był zawodowym oficerem, ja natomiast szablę trzymałem w ręku pierwszy raz w życiu, tak że wynik okazał się wcale niezły" (Pojedynki Pana Cogito. Ze Zbigniewem Herbertem rozmawiają Anna Popek i Andrzej Gelberg, "Tygodnik Solidarność", 11 listopada 1994, s. 1; dalej cytowany jako Pojedynki). Walki na szable z tajemniczym "zawodowym oficerem", zorganizowanej przez anonimowych "sekundantów" w Lasku Bielańskim, nie potwierdza żadne źródło, nawet środowiskowa plotka, choć przecież byłaby to towarzyska gratka w szarych czasach socjalizmu.

[21] Herbert przedstawił tę wersję w cytowanym wyżej wywiadzie dla "Tygodnika Solidarność": " - Potem spotkał się Pan z nim [Miłoszem] dopiero w USA. - Był to 1968 czy 1969. Powiedział mi - na trzeźwo - że trzeba przyłączyć Polskę do Związku Radzieckiego. Ja na to: "Czesiu, weźmy lepiej zimny tusz i choćmy [sic! - tak w druku] na drinka". Myślałem, że to żart czy prowokacja. Lecz gdy powtórzył to na kolacji, gdzie byli Amerykanie, którym się to nawet bardzo spodobało - wstałem i wygarnąłem. Takich rzeczy nie można mówić - nawet żartem" (Pojedynki, s. 12). Miłosz odpowiedział Herbertowi oświadczeniem Potęga smaku, którego najważniejszy fragment brzmiał: "Z wywiadu, jakiego [Herbert] udzielił "Tygodnikowi Solidarność" z dnia 11 listopada 1994 roku, czytelnicy dowiedzieli się, że w roku 1968 czy 1969 miałem powiedzieć w rozmowie, iż Polskę należy włączyć do Związku Sowieckiego. Rozmowa ta rzekomo odbyła się w Ameryce. Otóż uważam to za wyjątkowo złośliwe pomówienie. Ma ono zapewne na celu przekonać czytelników, że brak mi uczuć patriotycznych. Dla tych, którzy znają moją działalność właśnie w latach 1968 i 1969 jako profesora literatury polskiej oraz wiedzą, co wtedy ogłaszałem drukiem w paryskiej "Kulturze", przypisywanie mi takich intencji musi brzmieć absurdalnie" (Herbert-Miłosz, s. 176-177). Z kolei Herbert w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim powtórzył swoją wersję: "Doszło do takiego spotkania w niedużym gronie i on tam właśnie powiedział tę swoją szaloną opinię o przyłączeniu Polski do Związku Radzieckiego. Ja wtedy wstałem i wygarnąłem. Mówiłem chyba z godzinę, wściekłość dodawała mi skrzydeł [...], Pisząc o pańskim stwierdzeniu w "Tygodniku Solidarność", Miłosz uznał je za "złośliwe pomówienie", a przypisywanie mu takich intencji uważa za "absurdalne"... Jest to zwykłe kłamstwo. On może tak oceniać, tak myśleć. Ludzie, którzy coś popełnili, mają tendencję do wypierania się. I to jest bardzo ludzkie, ja to rozumiem. [...] Napisałem do dziennika "Rzeczpospolita" krótki list, w którym zajmuję stanowisko. W całości podtrzymuję to, co powiedziałem" (Herbert nieznany, s. 238). Wersji Herberta nie potwierdza także inna uczestniczka "spotkania w niedużym gronie", Bogdana Carpenter ("Typically, it is claimed that Miłosz provoked the incident by suggesting that Poland be added to the Soviet Empire as the 17th republic. Bogdana said this comment never happened. The provocation was invented by Herbert twenty years after the event, she said" ["The worst dinner party ever. Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert, and the lady who watched the fight"]. Niemniej wciąż jest to wyłącznie - jak powiada lud - "słowo przeciwko słowu". Jeśli jednak nawet założymy, że właśnie wersja Herberta odpowiada prawdzie, to jak wyjaśnić, czemu w grudniu 1968 (do awantury na przyjęciu u Carpenterów doszło w lecie tego roku) Herbert pisze do renegata-Miłosza następujące słowa: "Kochany Czesławie, wybacz że tak długo milczałem. Czy chcesz, czy nie chcesz będę Cię prześladował moją dziwną miłością do końca życia a nawet jakiś czas potem. [...] Proszę, bądź dla mnie wspaniałomyślny i wybaczający" (Herbert-Miłosz, s. 99; kursywa moja). Co Miłosz miałby Herbertowi wspaniałomyślnie wybaczyć?

Biograf Miłosza opisuje zaś to wydarzenie tak: "[...] do gwałtownej kłótni [...] doszło w 1968 roku w berkelejskim domu tłumaczy polskiej poezji, Bogdany i Johna Carpenterów. Kłótni, a raczej jednostronnej napaści, podczas której pijany Herbert być może dał wyraz sprzeciwom czy pretensjom, których wcześniej nie umiał uzewnętrznić. Po kolacji, na której gościli między innymi obaj poeci i Janka Miłoszowa, po pikantnej, suto doprawionej szafranem francuskiej bouillabaisse, do jakiej Herbert wypijał kolejne butelki białego wina, Miłosz zaś szklanki bourbona, autor Barbarzyńcy... rozpoczął gwałtowną tyradę, zarzucając Miłoszowi brak patriotyzmu, ukrywanie się podczas okupacji za litewskim paszportem, niechęć do AK. Były to bodaj początki tych stanów psychicznych Herberta, które w połączeniu z alkoholem powodowały ataki niekontrolowanej agresji. Miłosz słuchał zarzutów osłupiały, nie reagując, i dopiero Janka przerwała zajście, demonstracyjnie, wraz z mężem, wychodząc. Świadkowie stanowczo zaprzeczali, by Miłosz rzeczywiście, nawet w jakichś prowokacyjnych żartach (które - jak wiemy - uwielbiał uprawiać), sugerował, że Polskę należałoby zamienić w jeszcze jedną republikę Związku Sowieckiego - a o taką wypowiedź oskarży go po latach Herbert" (Andrzej Franaszek, Miłosz. Biografia, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011, s. 718-719; w przypisie 118 autor powołuje się na zapis rozmowy z Bogdaną Carpenter z 2 września 1998, znajdującą się w Archiwum Czesława Miłosza).

[22] Kilka takich wypowiedzi pochodzi z roku 1981. Na przykład pisząc o Jerzym Ficowskim, zaznaczył: "Wyrażając się wojskowo, należymy do tego samego rocznika poborowych. Obaj byliśmy żołnierzami tej samej armii walczącej z hitlerowskim okupantem" (Mistrz z Delft, s. 173). Z kolei na wieczorze autorskim w Gdańsku powiedział: "Przeżyłem tu okupację i nie miałem wielkich szans przeżycia, gdyby nie świadomość wspólnoty. Konkretnie: że mogłem się gdzieś przechować, gdy byłem prześladowany. A za tę gościnność ktoś mógł zapłacić najwyższą cenę" (Herbert nieznany, s. 249; wypowiedź potem autoryzowana). Najbardziej pofolgował sobie w rozmowie z Markiem Oramusem: "Po okupacji z moich przeżyć partyzancko-konspiracyjnych napisałem cykl opowiadań, które nazwałem Niewypał. Był to gorzki rozrachunek z przeszłością. No i potem, kiedy moich kolegów powsadzali, pomyślałem sobie, że nie warto, nie wolno tego publikować, gdyż nie ma warunków pełnej, swobodnej dyskusji literackiej i każda wypowiedź traktowana jest politycznie" (Herbert nieznany, s. 103-104).

[23] W słynnym wywiadzie z roku 1985 Wypluć z siebie wszystko udzielonym Jackowi Trznadlowi Herbert mówi: "W czasie okupacji miałem taką sytuację, byłem odpowiedzialny za paru ludzi i siwe włosy mam od tamtego czasu. Ja sam mogę się jakoś narażać. Ale wydawać rozkazy?" (Herbert nieznany, s. 138-139)

[24] O sowieckim więzieniu Herbert opowiadał Adamowi Michnikowi w rozmowie z 1980 roku (drukowanej w roku następnym): "Ale co mnie zawsze bardzo niepokoiło w rosyjskim trybie myślenia: jak tam raz gdzieś siedziałem i chciałem wody, złamałem się - podlec byłem - i mówię: "Towariszcz", a ten powiedział do mnie: "Wołk tiebie towariszcz"" (Herbert nieznany, s. 90). Natomiast Janusz Odrowąż-Pieniążek wspominał po śmierci Herberta, jak ten podobno już na początku lat pięćdziesiątych opowiadał mu o przesłuchaniu "w lwowskim NKWD": "Powtórzył mi wtedy - także po rosyjsku - formułę pytania, jaką mu wielokrotnie - tę samą - zadawano na przesłuchaniu w lwowskim NKWD. Chodziło o przynależność do polskiej nielegalnej organizacji" (Janusz Odrowąż-Pieniążek, Wspomnienie z czasów jakby heroicznych, [w:] Upór, s. 34). Ponieważ Herbertowie wyjechali ze Lwowa w 1944 roku przed wejściem wojsk sowieckich, historia ta mogłaby się dziać jedynie przed czerwcem 1941, gdy Zbigniew Herbert miał szesnaście lat! Wprawdzie szesnastolatek jak najbardziej mógł być przesłuchiwany przez NKWD, ale niepodobna, by rodzina nic o tym nie wiedziała. Jedyne przesłuchanie z tamtego czasu, o którym cokolwiek wiadomo (i podczas którego w istocie zadawano w kółko te same pytania: "Kto prowodyr? Buntowszczik?"), to przesłuchanie urządzone całej klasie przez rosyjską dyrektorkę w związku ze zbiorową ucieczką z lekcji ukraińskiego (Pan od poezji, s. 73).

[25] "Niedługo potem [...] otrzymałem powołanie do wojska. Zjawiłem się przed komisją zaopatrzony w oficjalny dokument stwierdzający, że jestem inwalidą wojennym, co odpowiadało prawdzie" (Węzeł, s. 549). Ponieważ uzyskanie autentycznego dokumentu potwierdzającego wojenne inwalidztwo wiązało się z wieloma procedurami, powinien gdzieś zostać po nich ślad. Na nic jednak dotąd nie natrafiono. Joanna Siedlecka ustaliła natomiast jednoznacznie, że kalectwo Herberta (krótsza jedna noga) to skutek wypadku na nartach (zob. Pan od poezji, s. 69-71)

[26] Opowieść ta pochodzi z cytowanego już parokrotnie wywiadu Pojedynki Pana Cogito: "Potem Radosław wydał nieszczęsny rozkaz ujawnienia się. Byłem przeciwny. Dlaczego konspiracja miałaby ujawniać się wobec kolejnego wroga? Uważałem, że ta decyzja opiera się na niebezpiecznych złudzeniach, które doprowadzą do śmierci dziesiątków tysięcy młodych ludzi [...] Straciłem kontakt z tamtymi środowiskami. Dałem nogę. Zdaje się, że nawet szukali mnie jako dezertera, ale ja już wtedy byłem w innej, dobrze uzbrojonej armii. Dwa lata trwał mój kontakt z "bandytami z lasu". Wycofałem się, gdy doszedłem do wniosku, że partyzantka się degeneruje, że lepszym pomysłem jest tupamaros (partyzantka miejska). Każdy człowiek pragnie usprawiedliwienia swych decyzji, ale czułem i do dziś czuję szacunek do tych, którzy pozostali do końca wierni przysiędze, w lasach, bez nadziei" (Pojedynki, s. 1).

Nb. fantazji o powojennej konspiracji uchwycili się bezkrytyczni apologeci poety, umieszczając kontakty Herberta z "bandytami z lasu" w jego okresie krakowskim (zob. np. Bohdan Urbankowski, Poeta, czyli człowiek zwielokrotniony. Szkice o Zbigniewie Herbercie, Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne, Radom 2004, s. 56 i n.). Jednak z cytowanego wyżej Kalendarium Henryka Citki wynika, że akurat w latach 1944-1947 Herbert na brak zajęć nie narzekał: "W Krakowie zdaje egzaminy do Akademii Sztuk Pięknych i do szkoły aktorskiej, ale wybiera studia w Akademii Handlowej, zakończone uzyskaniem dyplomu magistra ekonomii. Uczęszcza na zajęcia w ASP, słucha wykładów z filozofii oraz zalicza dwa lata studiów na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego". Poza tym - jak wiadomo ze wspomnień - działał wtedy aktywnie w krakowskim Klubie Logofagów oraz w Klubie Literackim. Gdzie tu upchnąć jeszcze dwa lata konspiracji? Zob. Leszek Elektorowicz, Wspomnienie o przyjacielu, [w:] Upór, s. 18-20 oraz Stefan Kisielewski, Abecadło Kisiela, Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1990, s. 32-33. Więcej w OSOBACH: "Bohdan Urbankowski o Zbigniewie Herbercie albo hagiografia kompilacyjna".

[27] Pionierską robotę wykonała w tym zakresie Joanna Siedlecka. Zob. rozdział "Zawsze marzyłem o karabinie" w jej Panu od poezji, s. 77-95.

[28] Zob. Herbert lubił szukać guza. Rozmowa Andrzeja Franaszka z siostrą Herberta, Haliną Herbert-Żebrowską, "Tygodnik Powszechny", 3 sierpnia 2008: "A jak wyglądały związki Pani brata z Armią Krajową czy w ogóle podziemiem? Jeżeli chciał tam należeć, to mógł o tym myśleć dopiero w 1943 roku. Był trochę taki, że lubił szukać guza. Jeszcze w czasie okupacji sowieckiej, podczas srogiej zimy wziął wieczorem narty, poszedł jeździć i złamał nogę. Konsekwencje ciągnęły się bardzo długo, to były miesiące leżenia, kolejne operacje. Więc nie nadawał się do żadnej służby. Nie pamiętam, żeby chodził na jakieś szkolenia, po prostu musiał dużo leżeć. Dopiero gdy trafiliśmy do Krakowa, czy właściwie Proszowic, to rzeczywiście czasem znikał z domu, być może trafił do jakiejś organizacji. Ale to już pod koniec wojny. Może było z nim tak jak z Mickiewiczem i Słowackim, którzy jako słabego zdrowia uratowali się. Na szczęście... Sam mógł mieć żal do losu, że zamiast walczyć leżał z nogą na wyciągu. Zresztą pod względem zdrowotnym jeszcze po wojnie okazał się całkowicie niezdolny do służby wojskowej. W każdym razie, jak mało który z poetów, starał się pamiętać o tych, którzy zginęli".

[29] Sztuka empatii. Rozmowa z Renatą Gorczyńską przeprowadzona 2 kwietnia 1986 roku (Herbert nieznany, s. 166-167). Podobnie mówił w innych wywiadach: "Człowiek jest nie tylko tym, czym jest, ale tym, czym chciałby być. Otóż ja na pewno w tym, co robię, tak mi się wydaje, pokazuję to, czym ja chciałbym być i czym, niestety, nie jestem" (Labirynt nad morzem. Zapis rozmowy z Andrzejem Babuchowskim przygotowanej dla Polskiego Radia w Katowicach i emitowanej jesienią 1971; Herbert nieznany, s. 29); "Człowiek jest tym, czym chciałby być. Połączeniem mięsa z marzeniem" (rozmowa z ks. Januszem Pasierbem przeprowadzona najprawdopodobniej w roku 1973; Herbert nieznany, s. 62).

[30] Herbert nieznany, s. 256. Są to pytania z tak zwanego "kwestionariusza Prousta". Herbert odpowiadał na nie w roku 1991.