EBENEZER ROJT

Efebos Karola Szymanowskiego
albo aryjska męska zmysłowość

Na darmo mówił Karol Szymanowski swoim niezapomnianym subtelnym głosikiem metafizycznego władcy krainy jakichś hiperefebów nie z tego świata: "Wiesz, dla mnie erotyzm to jest coś tak piekielllnego, że wprost, wiesz, to jest oburzające..." [1].
Powieść Efebos zaczął Szymanowski pisać u schyłku I wojny światowej [2]. Nigdy jej nie ukończył, rękopis przepadł zaś we wrześniu 1939 [3]. Co naprawdę był wart ten utwór, tego już wiedzieć nie będziemy. Legenda szacuje go na ogół wysoko. Dodatkowo krąży wokół Efebosa fama dzieła zakazanego, pierwszej polskiej powieści homoerotycznej, więc fala mody wypycha do góry każdą życzliwą o nim wzmiankę.

Na nieszczęście dla legendy, prócz garści szkiców i wypisów zachowały się dwa duże fragmenty, w tym rozdział "Sympozjon", który sam autor uważał za punkt kulminacyjny powieści oraz za swoją ważną, osobistą wypowiedź [4]. Wystarczająco wiele, by nie tylko nie robić sobie niepotrzebnych złudzeń, ale nawet odczuć coś w rodzaju zażenowania, że człowiek w jednej dziedzinie wybitny, w innej dzielił ze swoją epoką fatalny gust i pośledniej miary poglądy.

Znamienne, że kiedy Efebos jeszcze istniał, nawet "współwyznawcy" nie garnęli się do lektury, choć Szymanowski liczył na ich uznanie za "tę szczerą i śmiałą apologię" homoseksualizmu [5]. Zygmunt Mycielski na początku lat trzydziestych czytał rękopis w "Atmie", ale nie dobrnął do końca (s. 108). Młodziutki kochanek Szymanowskiego, Borys Kochno, który otrzymał w czułym darze kajet z "Sympozjonem" po rosyjsku (dzięki czemu ów rozdział ocalał), jeszcze u schyłku życia był przekonany, że przechowuje wśród pamiątek rosyjski przekład Uczty Platona (s. 110). Wprawdzie Kochno więcej miał potem wspólnego z fikaniem nogami niż z filozofią, niemniej, gdyby przejrzał choć kilka stron, zorientowałby się bez trudu, że to nie Platon. Najcieplej o Efebosie wypowiadał się Iwaszkiewicz, lecz również jemu najbardziej było szkoda przepadku nie jakichś tam opisów homoseksualnych uniesień, lecz pobocznego "koncertowego epizodu", gdzie Szymanowski podobno opisywał nader artystycznie i ze znawstwem wykonanie sonaty skrzypcowej (s. 115).

Co zawierają ocalałe disiecta membra Efebosa? Od razu uprzedzę: miłośnicy (bądź oburzeni przeciwnicy) obscenów będą zawiedzeni [6]. Prawdopodobnie także pierwotny tekst sprawiłby im zawód. W zachowanych dyspozycjach całości pojawiają się jedynie tak niewinne określenia, jak "lekkie podkreślenie zmysłowości", "aluzje zmysłowe", czy "wzrost zmysłowości" (s. 121). Nieco więcej obiecuje "Zbliżenie z Alem", ale nadmierne oczekiwania studzi następujący zaraz nawias: "(niezupełne)". Jest też wprawdzie jakiś "upadek" (s. 122), jednak zasadniczo powieść składać się miała z rozmów, rozmów i jeszcze raz rozmów, przeplatanych ślicznymi opisami różnych włoskich atrakcji (gdyż rzecz dzieje się naturellement we Włoszech). Jak podaje we wstępie sam Szymanowski, na kształcie tej warstwy jego książki zaważył wpływ Pawła Muratowa, autora słynnych Obrazów Włoch.

Drugi jej patron to Tadeusz Zieliński; niestrudzony propagator idei, że właściwym Starym Testamentem chrześcijaństwa jest religia antyczna. Że zatem chrześcijaństwo tylko opacznie weszło na drogę rygoryzmu moralnego i suchej ascezy, podczas gdy bardziej przystoi mu towarzystwo pięknych antycznych bogów, pochwała bujnego życia i zmysłowości. U Zielińskiego znalazł Szymanowski między innymi naukową podbudowę dla swej - jak pisał do Iwaszkiewicza - ulubionej idejki "o tajnych pokrewieństwach Chrystusa i Dionizosa" (s. 42) [7], ale oczywiście taki synkretyczny mętlik był też po prostu znakiem czasów. Zrazu u Nietzschego nieokiełznany Dionizos występował przeciw Ukrzyżowanemu. Później jednak dawni bogowie przychodzą już coraz bardziej oswojeni, aż wreszcie zwycięża mglista ezoteryka, która pozwala dostrzec wszystko we wszystkim: Chrystusa w Dionizosie, Erosa w Chrystusie etc.

Czy Szymanowski dodaje tu coś świeżego albo choćby oryginalnie obrazoburczego? Otóż nie. Efebos rozczarowuje podwójnie. Po pierwsze, nuży nadmiarem rozlewającego się bezkształtnie, rezonerskiego gadulstwa. Po drugie, szybko staje się jasne, że Szymanowski przede wszystkim zagaduje swój osobisty problem: jako homoseksualista chce sobie tym gadaniem najzwyczajniej w świecie zrobić dobrze [8]. A przy tym jeszcze w apologetycznym zapale popada raz za razem w najpospolitszy obskurantyzm.

Gdyby ktoś usiłował dowodzić, że gruźlica jest zjawiskiem normalnym, gdyż w dziejach stale towarzyszy gatunkowi ludzkiemu i była udziałem wielu wybitnych osób, zostałby najprawdopodobniej wyśmiany. W wypadku homoseksualizmu zwykła logika jednak nie obowiązuje. Dlatego Szymanowski jak najpoważniej odwołuje się właśnie do tego argumentu "ze stałej obecności" i uznaje na tej podstawie męskie obłapki za jeden z "prawomocnych składników ewolucji". Następnie z emfazą wylicza szereg genialnych homoseksualistów: Platon, Michał Anioł, Leonardo etc. etc. Po czym całkiem już uniesiony erotycznym entuzjazmem przechodzi do wykazania, że miłość homoseksualna to w istocie wyższy rodzaj miłości. Wyższy, bo wyzwolony z tyranii biologicznego instynktu, każącego osiągać rozkosz tylko za cenę spełnienia obowiązku - spłodzenia potomstwa.

Do zwykłej miłości ów niższy czynnik instynktowny wprowadza, rzecz jasna, obecność kobiety. Już samo jej ciało "ujawnia swój [...] macierzyński utylitaryzm" i stawia ją w porządku estetycznym o wiele niżej od przyjemnie zbudowanego młodzieńca. Jej piersi sterczą niczym ośle uszy, biodra ma "zbyt rozwinięte i potężne", "zbyt grube łydki", "zbyt szeroko zakrojony brzuch", a wszystkie te fatalne jakości cielesne obliczone są wyłącznie "na te nieprzyjemne miesiące, gdy kobieta mimo woli przemienia się w jucznego wielbłąda" (s. 146). Tak oto gawędzą sobie u Szymanowskiego o kobietach eleganccy panowie, siedząc wieczorem w "osobnym [...] gabinecie" włoskiej restauracji, ze szklaneczką "wyśmienitego, starego, złocistego jak topaz frascati", podczas gdy na dworze zachodzące słońce jaśnieje "mleczno-krwawym, posępnym blaskiem" (s. 147, 142). Do kompletu brakuje tylko pianina z lapis-lazuli [9].

Ten nieznośnie przewidywalny mizoginizm czupurnych gimnazjalistów ciągnie się potem całymi stronicami. "Kobietom dziwnie jakoś brakuje idealizmu czynów. Kobieta wnosi ze sobą wszędzie swe miłosno-macierzyńskie nastroje" (s. 157). Macierzyństwo! - "oto jej piękne, świetlane królestwo, w którym na wieki wieków pozostanie Władczynią" (s. 156). "Kobieta była zawsze mniej lub bardziej idealną matką" (s. 156). Starczy? No to może na koniec jeszcze taka perełka wyjęta z tej "śmiałej apologii" homoseksualizmu:

Zewnętrznie kobieta zmuszona jest w pewnej mierze uczestniczyć w życiu kulturalnym ludzkości i pozornie nie traci powierzchownego kontaktu (związku) z duchowymi osiągnięciami mężczyzn. Jednak w głębi swej istoty pozostaje tym, czym była odkąd świat światem, tzn. kochanką i matką, przywdziewa tylko rozmaite maski w zależności od danej epoki historycznej, mając jeden cel: możliwie jak najbardziej spotęgować swoją siłę przyciągania mężczyzn. A jeżeli zapragnie zamanifestować siebie samodzielnie - wówczas po prostu małpuje mężczyznę, jego ruchy, czasami bardzo komicznie, czego najlepszym dowodem choćby współczesny ruch emancypacyjny, który - mea culpa - przypomina nieco walkę amerykańskich Murzynów o wyzwolenie (s. 157).
Utylitarne podejście kobiet do miłości wymusza na nich sama natura, ale istnieje też pewna perfidna rasa, która uczyniła z takiego podejścia aż religię! Rasa zapamiętała w płodności, bo w wyższym sensie bezpłodna. Żydzi!
Albowiem Żydzi nie stworzyli niczego! Nie stworzyli [...] metafizyki [...] nie stworzyli sztuki i filozofii. [...] Nie stworzyli niczego także i w miłości. Zawsze byli mężami i żonami, czasem nałożnicami - ale nigdy kochankami. Bali się "grzechów sodomskich" i "przeciw naturze", nie przynoszących bezpośredniej korzyści, czyli potomstwa. Tak więc [...] oni to po wsze czasy coitus nazwali miłością i na tej elementarnej formule zbudowali całą etykę seksualną, znakomity odpowiednik ich życiowego utylitaryzmu (s. 159) [10].
Ich hebrajska Biblia to prawdziwe nieszczęście. "Jakim siłom, jakiej diabelskiej doprawdy presji zawdzięczamy fakt, że ta okropna, zasadniczo wroga nam, aryjczykom, księga już ponad 2000 lat zatruwa nasz organizm - nad tym nie będę się rozwodził" (s. 158). Nawet Pieśń nad pieśniami to jedynie "piękna pornografia, idealnie wyrażająca zwierzęcy (bestialski) seksualizm tej rasy" (s. 159). No i na dobitkę wspomina się w niej o tych okropnych kobiecych piersiach! Fe! Co więcej, wskutek tego, że "dwie wyłączające się wzajemnie księgi: Stary i Nowy Testament, tak wyjątkowo splotły się ze sobą w naszej religijnej tradycji [...] nasza aryjska psychologia w najbardziej intymnej sferze życia zaczęła nasiąkać obcymi, wrogimi pojęciami, które wspierając się ideowo o fikcyjny być może, nieziemski ascetyzm Chrystusa, stopniowo tworzyły ogromną budowlę naszej współczesnej etyki płciowej" (s. 160-161). To właśnie ta zatruta przez żydostwo etyka płciowa tak brutalnie i niegodziwie potępia aryjskie rozkosze męskiej zmysłowości.

Nie są to jakieś przypadkowe rojenia paranoicznego antysemity [11], lecz całkiem spójne rozwinięcie tej wspomnianej wyżej "ulubionej idejki" Szymanowskiego o powinowactwie Chrystusa i Dionizosa. Jeśli bowiem Dionizos naprawdę jest prefiguracją Chrystusa, Chrystus zaś - którego "płytko rozumieją [...] czcigodni Ojcowie Kościoła" (s. 160), którego może nie rozumiano już "w najbliższym wąskim kręgu Uczniów [...] prostych, nieokrzesanych, naiwnych ludzi" (s. 167) - to w rzeczywistości "On - Syn Boży - Chrystus-Eros!" (s. 167), to znaczy, że podstawa chrześcijaństwa została dogłębnie sfałszowana. Że w serce aryjskiej kultury wsączono trujący jad. Trzeba zatem zidentyfikować ów żywioł obcy jej i wrogi, który najwidoczniej żarliwie nienawidzi tego, co aryjskie, wiecznie knuje przeciw niemu, i rad by je ostatecznie zniszczyć [12]. Tak oto prywatna apologia homoseksualnych skłonności kończy jako groźny fantazmat prześladującego sodomitów Żyda.

Wybaczamy go jednak milczkiem Karolowi Szymanowskiemu, gdyż wielkim kompozytorem był. W tym samym czasie, niejako na przeplotkę z Efebosem, powstawał przecież Król Roger [13]. Na szczęście wolny od sprawek żydowskich [14]; być może tonizująco zaważył tu wpływ Iwaszkiewicza, a także fakt, że rachityczna akcja zawiązana została na niezwykle wysokim poziomie abstrakcji. Z Dionizosa-Chrystusa został jeno młody bóg, Pasterz prowadzący lud w "promienny tan", a z przymiotów młodego boga - głównie uśmiech: "pełen tajemnicy", "niewysłowiony", "cudowny", "zagadkowy", "słodki" [15].

Lecz i w Królu Rogerze tkwią, jak się okazuje, potencje jeszcze dotąd nieznane i nie wykorzystane! W paryskiej inscenizacji Krzysztofa Warlikowskiego z roku 2009 piękny Pasterz "został ubrany w szaty podstarzałego, hipisowskiego geja, w T-shircie, dżinsach, defilującego z torebką, pomalowanymi na czerwono paznokciami stóp i dłoni" [16].

Przynajmniej wiadomo nareszcie, jak wygląda piekielllny erotyzm naszych czasów.

[1] Stanisław Ignacy Witkiewicz, Narkotyki. Niemyte dusze, wstępem poprzedziła i opracowała Anna Micińska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1979, s. 217.

[2] Jeśli nie zaznaczam inaczej, opieram się na informacjach podanych przez Teresę Chylińską w: Karol Szymanowski, Pisma, t. II: Pisma literackie, zebrała i opracowała Teresa Chylińska, przedmowa Jan Błoński, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1989. Dalej w nawiasach okrągłych strony z tego wydania.

[3] Tak wynika ze świadectw Jarosława Iwaszkiewicza, który przechowywał rękopis Efebosa po śmierci Szymanowskiego. Zob. Jarosław Iwaszkiewicz, Spotkania z Szymanowskim, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1976, s. 58: "tylko tom pierwszy był starannie opracowany [...], drugi zaś był w stanie szkicowym"; Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1911-1955, Czytelnik, Warszawa 2007, s. 139: "Jeździłem wieczorem na Kredytową, mam większe zaufanie do tego mieszkania niż do Stawiska: zawiozłem parę obrazów i rękopis Karola Szymanowskiego. Może zrobiłem głupstwo". Wkrótce potem mieszkanie na Kredytowej spłonęło w trakcie bombardowania Warszawy.

[4] W liście z 17 stycznia 1919 roku do Stefana Spiessa pisał: "Symposion udał mi się doskonale, bardzo jestem z niego dumny!" (Karol Szymanowski, Z listów, opracowała Teresa Bronowicz-Chylińska, Państwowe Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1958, s. 178; dalej cytowane jako Z listów). Natomiast zapytany u schyłku życia przez Aleksandra Jantę-Połczyńskiego, co z perspektywy czasu sądzi o swoim Efebosie, Szymanowski odpowiedział: "Pewnie jest to tam coś warte, ale wart na pewno jest tylko jeden rozdział, jeden dialog, dialog o miłości. Zdaje się, że powiedziałem tam wiele, być może wszystko, co miałem do powiedzenia w najważniejszej, najpiękniejszej dla mnie sprawie..." (s. 109).

[5] "Współwyznawcami" nazywał Szymanowski homoseksualistów; bez cudzysłowu i bynajmniej nie w metaforycznym czy ironicznym sensie. Efebos pomyślany był właśnie jako apologia tego wspólnego wyznania. Zob. Z listów, s. 175: "Ja na razie zapomniałem niestety o moim autorstwie i Efebos wcale się niestety naprzód nie posuwa. Boję się, że stracę wątek - i żałowałbym tego, bo jeżeli za co zasługuję na pomnik (od współwyznawców oczywiście), to za tę szczerą i śmiałą apologię..." (list do Stefana Spiessa z 27 października 1918; wyróżnienie Szymanowskiego).

[6] Już tylko na prawach anegdotycznego wtrętu dodam, że cenzura i tak troszkę Efebosa pokąsała. Jednak nie obyczajowa, lecz robotniczo-chłopska, peerelowska. Ślady tych ukąszeń zaznaczono na stronach 126, 201 i 216. Najwyraźniej w miejscach, gdzie Szymanowski wypowiadał się o rewolucji rosyjskiej w - jak to delikatnie ujęła redakcja - "nie miarkowanej dystansem leksyce" (s. 130).

[7] Przejętej prawdopodobnie od Wiaczesława Iwanowa. Szymanowski mógł czytać chociażby jego pracę Religia Dionizosa (zob. Вячеслав Иванович Иванов, Религия Диониса, "Вопросы жизни", 1905, nr 6 i 7; zwłaszcza część IV ("Dionizos i hellenizm - Dionizos i chrześcijaństwo") i V drukowane w numerze 7). O dionizyjskich pomysłach Iwanowa zob. też Bernice Glatzer Rosenthal, New Myth, New World. From Nietzsche to Stalinism, The Pennsylvania State University Press 2002, s. 38-40.

[8] Błoński, zdegustowany Iwaszkiewiczowskim porównaniem Szymanowskiego do Prousta, uznał te sympozjonowe bajędy za "różową bajeczkę" (sic!), którą Szymanowski zwyczajnie "pochlebia swoim skłonnościom" (patrz przypis 8 na stronie 16).

[9] Osobom mniej obznajomionym z literaturą brukową wyjaśniam, że na pianinie z lapis-lazuli ze srebrnymi okuciami i klawiszami z konchy perłowej grywała czasem w swym lustrzanym buduarku Stefcia, nieszczęsna bohaterka Trędowatej. Zob. Helena Mniszek, Trędowata, t. II, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, s. 179. Na tej samej stronie pojawia się nadto "owinięty w zielony jedwab pyszny Murzyn", ale nie powiem wam, co robi ze Stefcią. Ten brak w wykształceniu ogólnym musicie już uzupełnić własnym przemysłem.

[10] Inny wariant tej perory znaleźć można w maszynopisie sporządzonym przez Iwaszkiewicza i zawierającym wypisy z celniejszych (?) ustępów Efebosa: "O narodzie "wybrany", płazie pełzający po "wczoraj, dziś i jutro", nie upajający się wonią wieczności, nie widzący gwiazd - bo masz wzrok zbyt krótki. W miłości nawet nie stworzyliście nic. Byliście zawsze mężami, żonami, czasem nałożnicami - nigdy kochankami i miłośnikami. Baliście się grzechów "sodomskich" i "przeciw naturze", gdyż coitus zwaliście miłością" (s. 192-193). I jeszcze z tego samego kręgu tematycznego fragmenty trzech ustępów pochodzących z tekstu zaginionego:

"Żydzi w ciągu swej - ach! jakże długiej! historycznej egzystencji - mało się troszczyli o "prawdę" (raczej o doraźną korzyść), nie czynili też widomych wysiłków w kierunku metafizyki ani też filozoficznych uzasadnień etyki" (s. 195).

"Le Rire Bergsona jest niezwykle piękną i interesującą książką. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że szatańska "inteligencja" autora jest i w niej czymś autonomicznym i samodzielnym, iż często dochodzi wprost do wirtuozowskich popisów. [...] (A dlaczego tak jest? - Bo Bergson też jest Żydem!)" (s. 195-196).

"Na "zaszczytne" propozycje wykładania w tym lub owym konserwatorium rozlicznych mądrości muzycznych odpowiadam zawsze odmową. Dlaczego? Przede wszystkim wymaganie ode mnie, bym wbijał "zasady harmonii i kontrapunktu" w głowy kilkudziesięciu Żydków jest tym samym, co zmuszanie np. Żeromskiego, by swą cudowną jedyną znajomość języka polskiego zużytkowywał jako profesor gramatyki w średnich szkołach" (s. 196).

[11] Że Szymanowski był antysemitą, tego nawet wariat Witkiewicz wolał nie mówić wprost. "Tengier był antysemitą" napisał w Nienasyceniu. Ale Putrycydes Tengier, twórca muzyki "metafizycznie nieprzyzwoitej", to bohater literacki, więc jego ewentualne związki z pierwowzorem korzystają z ochrony, jaką daje "licencja poetycka" (zob. Stanisław Ignacy Witkiewicz, Nienasycenie, Część pierwsza: Przebudzenie, Dom Książki Polskiej, Warszawa 1930, s. 106). Więcej o poglądach Szymanowskiego na kwestię żydostwa w NOTATKACH I WYPISACH: "Szymanowski o Żydach. WYPISY".

[12] Schemat ten nie obowiązuje wyłącznie w dyskursywnym "Sympozjonie". Pojawia się również w drugim z obszerniejszych zachowanych fragmentów Efebosa, wizyjnej "Opowieści o cudzie świętego młodzieniaszka Inoka Porfirego-Ikonografa". Zmysłową stronę aryjską reprezentuje tam tytułowy młodzieniaszek Porfiry, który ma "prześliczną głowę o czarnych, lśniących włosach na ramionach" (s. 174), natomiast stronę żydowską - fanatyczny brat Symeon, który był "Żydem z pochodzenia" i ma głowę "o wydatnych policzkach, sępim nosie, jarzących się posępnym ogniem małych bezrzęsych oczach i ciemnoszarym, kołtuniastym zaroście" (s. 171). Zgodnie ze swym żydowskim charyzmatem, Symeon pełni w klasztorze funkcję skarbnika i zajmuje się przeważnie liczeniem mamony. W wolnych chwilach zaś knuje przeciw Porfiremu, natchnionemu artyście od nazbyt zmysłowych mozaik. Z jego "wąskich, zaciśniętych ust w ciszy zaułków klasztornych korytarzy padały podstępne i zatrute słowa o Szatanie, który za sprawą rąk młodzieńca uwił swe gniazdko nieprawości i pokusy wśród zielonych, wijących się wszędzie gałązek winnej latorośli. Wiedział o tym Porfiry i lękał się go niezmiernie [...]" (s. 171; wyróżnienie moje).

Aż tu nagle braciszkowi Porfiremu objawia się zmartwychwstały Eros - Bóg Miłości, tożsamy z Chrystusem, i tam, gdzie ponad ołtarzem "zawisnąć miało straszliwe oblicze Ukrzyżowanego" (s. 181), Porfiry tworzy przecudną "postać nagiego młodzieńca o [...] tajemnym świeżym uśmiechu na młodzieńczych ustach" (s. 181). Jednocześnie przeprasza Chrystusa, że dotąd mnożył po świątyniach jego "kłamne wizerunki" i pokornie dziękuje za odkrycie prawdy: "w dobroci swej i łasce dałeś mi wedle sił moich odtworzyć prawdziwy Twój wizerunek" (s. 182). Niestety, "podstępne, przeżarte jadem nienawiści oczy brata Symeona" (s. 182-183) wyszpiegowują to bluźniercze dzieło Porfirego. Symeon podburza tłum i wpada wraz z nim do kościoła, "drżąc cały nienasyconą nigdy nienawiścią i pragnieniem zemsty" (s. 183).

Następuje scena jak z klasycznego horroru. Porfiry na rusztowaniu własnym ciałem zasłania wizerunek nagiego młodzieńca, wściekły i zapluty Symeon wdrapuje się tam ku niemu, targa go za szaty "już w obłąkaniu niemal", a na koniec przebija puginałem. I tu właśnie wydarza się cud, trwający wszelako dość długo, bo w modernistycznej poetyce Szymanowskiego nawet cuda się ślimaczą, więc mocno streszczę: zmasakrowany przez niedobrego Żyda Porfiry sam zamienia się w cudowny i cudny "święty wizerunek [...] z rozpostartymi szeroko ramionami, niewysłowionym uśmiechem na rozchylonych wargach" (s. 186). Natomiast niedobry Żyd wydaje jeszcze jakieś chrapliwe krzyki i kończy tradycyjnie, jak Judasz - obwiesza się na gałęzi sykomory. Finis.

[13] O związkach między Efebosem i Królem Rogerem zob. Stephen Downes, Szymanowski, Eroticism and the Voices of Mythology, The Royal Musical Association 2003; szczególnie rozdział czwarty oraz początek rozdziału piątego. Autor chyba jednak nieco przesadza traktując Efebosa jako swego rodzaju zaczyn dla centralnych idei Króla Rogera; s. 54: Psychological and mythical ideas central to the opera were first developed in certain section of this work. Indeed, the summary which Szymanowski offers of Efebos also serves well for King Roger. Nb. Downes tylko marginalnie odnosi się do mizoginii Szymanowskiego, a wątki żydowskie bardzo starannie pomija.

[14] Wiadomo jednak od początku, że Bóg Rogera to Ten, który ukazał się "na górze Synaj", przychodzący "w piorunach, w wichrze straszliwym", "mieczem rządzący płomienistym". Czyli groźny żydowski Bóg Starego Testamentu, najoczywiściej potem skontrastowany z uśmiechniętym pląsającym Pasterzem.

[15] Libretto Króla Rogera cytuję za stroną internetową www.trubadur.pl. Od uśmiechów roi się także w Efebosie. Jest tam m.in. "cudny, smutny uśmiech Nazarejczyka" (s. 163), jest zmartwychwstały Eros o "tajemnym uśmiechu na świeżych młodzieńczych ustach" (s. 181). Z "niewysłowionym uśmiechem na rozchylonych ustach" ukazuje się także mnich Porfiry na swym cudownym wizerunku (s. 186).

[16] Zob. Jacek Hawryluk, Triumf i klęska, czyli "Król Roger" w Paryżu, "Gazeta Wyborcza", 20 czerwca 2009. Osobiście pomalowanych paznokci u stóp nie zauważyłem, natomiast karminowe paznokcie u rąk Pasterz (w tej partii Eric Cutler) faktycznie lustruje sobie z upodobaniem. Najgorsze, że misiowaty Cutler nie jest zdolny do wydania z siebie nie tylko "cudownego", czy też "zagadkowego" uśmiechu, ale nawet zwyczajnego uśmiechu "słodkiego". Szczytem jego możliwości była mina pod tytułem "ostatni zalotny uśmiech źle starzejącego się geja". Natomiast sama inscenizacja Warlikowskiego to festiwal nudy i kabotyństwa. Zdaje się, że w zamyśle reżysera cała fabuła miała być narkotyczną wizją Rogera, ale wyszedł z tego zwykły bad trip. W III akcie Pasterz pojawia się nawet jako wyrośnięta mysz w otoczeniu gromady małych myszek ("białe myszki widzieć..."). Nie żartuję! Ma wielki łeb Myszki Miki zrobiony z papier-mâché, plastikową torbę plażową, a na nogach srebrne kobiece pantofelki na obcasie. Ze wstydem złapałem się na tym, że zamiast słuchać muzyki, czekam, kiedy się w tych pantofelkach z hukiem wykopyrtnie...