EBENEZER ROJT

Zbigniew Herbert karmi głodnych partyjniaków
Donosik

Pan Jan Wiśniewski zechciał uprzejmie podzielić się ze mną donosem, na który natrafił w papierach Wydziału Kultury Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej [1]. Jak wynika z adnotacji w lewym górnym rogu, dokument ten wpłynął do KC PZPR 5 stycznia 1974 roku. Liczy dwie strony maszynopisu. Podaję go tu wiernie, z zachowaniem wszelkich osobliwości stylu oraz pisowni, jako drobny, ale barwny przyczynek do biografii Zbigniewa Herberta. Wstawki w nawiasach kwadratowych pochodzą ode mnie.

[strona 1]

Warszawa 22. 12. 1973

Do

Egzekutywy P.O.P [Podstawowej Organizacji Partyjnej]
przy W.F.D. [Wytwórni Filmów Dokumentalnych]

 

Oświadczenie

W dniu 21. 12. 1973 stojąc w kolejce w sklepie spożywczym przy ul.Chełmskiej [W.F.D. znajduje się do dziś przy ulicy Chełmskiej 21], zwróciłem Panu uwagę, który kupował czekoladki, miały one być "przeznaczone dla głodnych partyjniaków", którzy według słów które przy zakupie wygłaszał są stale głodni i trzeba ich nakarmić. Poza tym Pani która mu towarzyszyła kazała kupić pół litra octu, żeby się napili. Powiedziałem że jest to miejsce publiczne i żeby dał Partii i ludziom do niej należącym spokój i żeby się godniej zachował. Zostałem zwymyślany od durniów, i cały czas mi ubliżano. Zostałem proszony na ulicę, widocznie po to żeby jeszcze pewnie mnie zbić, nie chciałem brudzić rąk takim Panem. Który nie umie uszanować ludzi pracy. Była również w sklepie Pani Zyferowa pracownik Wytw. Film Dokum., słyszała całą rozmowę tego Pana, jak i moje zwrócenie uwagi, od Pani Zyferowej dowiedziałem się, że Pan ten jest z filmu fabularnego żeby dać spokój bo im to wszystko wolno. Po wyjściu ze sklepu udałem się na wartownię W.F.D. pytając się komendanta czy taki Pan wchodził na teren W.F.D, powiedział że tak. Wtedy poprosiłem żeby udał się ze mną, i wylegitymował. go. Przy sprawdzaniu personalii cały czas mi ubliżał od durniów, okazało się że jest literatem i przyjechał na projekcję filmu Dane personalne tego Pana spisane są u komendanta straży przemysłowej W.F.D.

[strona 2]
Zaznaczam, że Pan ten był w stanie nietrzeźwym, pomimo to nic go nie upoważnia do ubliżania ludziom pracy Proszę o zajęcie stanowiska w tej sprawie jak i powiadomienie władz zwierzchnich o skandalicznym zachowaniu się tego Pana.

/-/ Bogumił Konieczny

Dane od komendanta Straży Przemysłowej:
Herbert Zbigniew - Bolesław
syn Bolesława
ur. 29. 10. 1924 r. Lwów ZSRR
literat
zam. W-wa, Świerczewskiego 25/29 m 108
Film projekcja reż. Lotołło [poprawione długopisem na "Latałło"] "Listy waszych czytelników"
dn. 21.XII.1973 r.

Ot i cały donosik. Szybkość, z jaką dotarł aż na sam szczyt piramidy, i to w okresie świąteczno-noworocznym, dobrze świadczy o sprawności aparatu partyjnego w epoce wczesnego Gierka. Ktoś na dole musiał też chyba wiedzieć, że hak na Herberta zostanie życzliwie przyjęty na górze, a donosiciel, czy może raczej "czujny towarzysz", zaprawdę odbierze nagrodę swoją.

Film, na którego projekcję Zbigniew Herbert przyjechał do Wytwórni Filmów Dokumentalnych na ulicę Chełmską, nazywał się w rzeczywistości Listy naszych czytelników (a nie "waszych") i powstał na podstawie jego własnego słuchowiska pod tym samym tytułem, ogłoszonego w druku ponad rok wcześniej [2].

Była to smutna historia zakładowego księgowego, fałszywie oskarżonego o "jakieś machlojki" (s. 161) i rozpaczliwie szukającego sprawiedliwości. Rzecz współczesna [3], ale bardziej dramat egzystencjalny niż oskarżenie ustroju, więc cenzura podobno ograniczyła się tylko do jednej drobnej ingerencji [4]. Jednak z drugiej strony, takie kafkowskie perypetie rozgrywające się na tle wypisanych na czerwonym płótnie haseł ("...wiem tylko, że zaczynało się od słów: «Humanizm socjalistyczny...»"; s. 155) mogły budzić nie całkiem słuszne skojarzenia, więc na wszelki wypadek reżyserski debiut Stanisława Latałły poleżał sobie potem siedem lat na półce - aż do szalonego roku 1980 [5].

W historię sponiewieranego księgowego Herbert wplótł również świeże wydarzenia z własnej biografii, i to szczególnie dla niego bolesne. Otóż doprowadzony do ostateczności księgowy pewnego dnia idzie na zebranie aktywu i tam zaczyna krzyczeć. Zostaje, ma się rozumieć, natychmiast spacyfikowany i odwieziony do kliniki dla nerwowo chorych. A to jest - jak mówi słuchającemu go Redaktorowi - gorsze niż śmierć.

Zabierają panu przeszłość, nazwisko, zasługi i jest pan w oczach wszystkich wariat. Wszystko, co pan robi, jest objawem choroby. Jest pan spokojny, mówią, głęboka depresja. Podniesie pan głos, bo na śniadanie dali zimną herbatę - mówią furiat i grożą elektrowstrząsem.
[...]
Co robiłem? Łykałem tofranil. Diagnoza: psychoza maniakalno-depresyjna (s. 163, 165).
Herbert dobrze wiedział, co to Tofranil. Brała go już od wielu lat jego matka [6]. Sam też kilka lat wcześniej usłyszał identyczną diagnozę: psychoza maniakalno-depresyjna, czy też jak się wtedy mówiło - cyklofrenia [7]. I również on musiał wysłuchiwać, że jak spokojny, to pewnie głęboka depresja. A jak niezadowolony, to furiat, który ubliża ludziom pracy.

Oczywiście, Herbert na Chełmskiej mógł być po prostu "w stanie nietrzeźwym", na bani, bo problemy z alkoholem to w wypadku jego choroby sprawa dosyć częsta. Ale mogła to też być faza manii, gdy chory aż buzuje od pomysłów i źle znosi wszelki sprzeciw. Nawet w kwestii partyjniaków i czekoladek.

Nie wiem, niestety, kogo konkretnie Zbigniew Herbert pragnął wtedy tymi czekoladkami nakarmić [8]. Chętnych pewnie znalazłoby się wielu, nie była to jednak żadną miarą przypadłość wyłącznie tamtego ustroju. W każdym razie również dziś głodnych partyjniaków nie brakuje i życie restauracyjne kwitnie.

Być może żyjemy już nawet w czasach restauracji.

[1] Archiwum Akt Nowych w Warszawie, akta Wydziału Kultury KC PZPR, sygnatura teczki LVI/1544.

[2] Zbigniew Herbert, Listy naszych czytelników, "Dialog" 1972, nr 11, s. 5-12. Dalej w nawiasach okrągłych będę jednak cytował ten utwór nie za pierwodrukiem, lecz za wydaniem późniejszym i znacznie łatwiej dostępnym: Zbigniew Herbert, Listy naszych czytelników (Słuchowisko), [w:] tenże, Dramaty, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1997, s. 151-169.

[3] Myli się egzegeta Herbertowskich utworów dramatycznych, Jacek Kopciński, przypuszczając, że akcja Listów dzieje się w okolicach odwilży 1956 roku. "Jeżeli szukać w historii wczesnego PRL-u takiego momentu, w którym urzędy i dziennikarze odważyły się stanąć po stronie społeczeństwa, a przeciwko skorumpowanej władzy, to będzie to czas politycznej odwilży roku 1956. [...] Przypuszczam, że właściwa akcja Listów dzieje się w tym samym czasie" (Jacek Kopciński, Zmaza. Obraz fantazmatycznego zła w Listach naszych czytelników Zbigniewa Herberta, "Nauka" 2005, nr 3, s. 183-184).

Herbert wprawdzie tylko naszkicował biografię swego bohatera, księgowego Zdziśka, ale z rozsianych w utworze poszlak można wywnioskować, że wszystko dzieje się znacznie później. Wiadomo, że na początku wojny, gdy Zdzisiek był w niewoli, urodziła mu się jedyna córeczka i zaraz potem umarła ("Urodziła się na początku wojny. Ja byłem w niewoli. Kiedy wróciłem, dziecka już nie było"; s. 158). Gdy zaczynają się jego niedole - nagle umiera mu żona, a dyrektor zakładu przenosi go na stanowisko głównego magazyniera - ma za sobą "15 lat nienagannej pracy" w obecnym zakładzie (s. 165). Natomiast o swoim życiu opowiada Redaktorowi już jako człowiek mniej więcej pięćdziesięcioletni (Mówi o tym na samym początku: "[...] Pan im już powiedział, że może o mnie napisać tylko 100 wierszy, to znaczy po 2 wiersze na rok mego życia"; s. 153 - i raz jeszcze na końcu: "Powiedzmy na dwadzieścia pięć linijek. Pół linijki na rok życia"; s. 167). Teraz znalazł sobie nową pasję - filatelistykę. Specjalizuje się "w tematyce sportowej" i nawet ma nadzieję na wyjazd za granicę na wystawę filatelistyczną. "Na wystawę Verso Monaco" (s. 168).

Zwłaszcza ten ostatni trop wskazuje, że w zamyśle Herberta akcja utworu miała dziać się we współczesności. Wystawa filatelistyczna Verso Monaco wydarzyła się bowiem naprawdę! Zorganizował ją Międzynarodowy Związek Filatelistów Sportowych z okazji Igrzysk Olimpijskich w Monachium i doszło do niej w San Marino w roku 1972, czyli mniej więcej wtedy, gdy powstawały Listy. O przygotowaniach do wystawy i o samej wystawie sporo pisał "Filatelista" (zob. np. Jan Witkowski, III Międzynarodowa Wystawa Filatelistyczna "Verso Monaco 1972" 22-27 lipca, "Filatelista" 1972, nr 18, s. 401-401; ciągła numeracja stron w roczniku), ale Herbert mógł o niej przeczytać również w zwykłej prasie, bo takie bezpieczne ciekawostki z szerokiego świata były wygodnymi wypełniaczami łamów. W każdym razie wstawił tę "wystawę Verso Monaco" nie bez powodu, bo przecież bez problemu mógł zmyślić byle co.

Marzenie o wyjeździe na wystawę Verso Monaco - a zarazem czas samej opowieści - to zatem najprawdopodobniej rok 1971. Jeśli więc bohater Herberta urodził się, powiedzmy, w roku 1915, to mógł ożenić się jeszcze przed wojną, stracić córeczkę w roku 1940, być wzorowym księgowym gdzieś tak w latach 50. i 60., a w połowie lat sześćdziesiątych pochować żonę. Zostaje jeszcze akurat 5-6 lat na historię jego niedoli zakończoną pobytem w szpitalu psychiatrycznym oraz na nowe życie wśród klaserów ze sportowymi znaczkami.

Nb. umieszczenie akcji w roku 1971, czyli w pierwszym roku rządów Gierka, wyjaśniałoby, czemu palący papierosa za papierosem Redaktor zdecydował się na przyjazd i ponowne zajęcie się sprawą, którą kiedyś zignorował. Zdzisiek zresztą mu o tym przypomina: "Pan pamięta, że byłem u Pana, Panie Redaktorze. I Pan mi wtedy powiedział, żebym był spokojny, że wszystko się wyjaśni, że Pan nie może się mieszać, że Pan nie ma wyrobionego zdania" (s. 162). Najwyraźniej jako dyspozycyjny dziennikarz z czasów schyłkowego Gomułki próbuje teraz naprędce zmienić się w demaskatora nadużyć starej władzy.

[4] Zdesperowany bohater zaczyna w pewnym momencie pisać do wszystkich "nieprzytomne listy" w swojej sprawie ("[...] tylko do Pana Boga nie napisałem, bo nie zdążyłem"; s. 162). Między innymi pisze do bliżej niezidentyfikowanego Ministra ("[...] może nie do wszystkich należało się zwracać, bo co miał do mojej sprawy Minister"; s. 162). Natomiast w autorskim maszynopisie utworu znajdował się w tym miejscu "minister obrony narodowej", a "usunięcie jego pełnego tytułu jest jedynym śladem ingerencji cenzury w tekst Herberta" (Jacek Kopciński, Zmaza..., s. 189, przypis 9). Z chronologii utworu wynika (patrz przypis 3), że bohater mógł pisać do ministra obrony narodowej jeszcze przed rokiem 1968. Natomiast w roku 1972, roku publikacji Listów naszych czytelników, ministrem obrony narodowej był generał Wojciech Jaruzelski i to jego czci bronił uważny cenzor.

[5] Stanisław Latałło jest wprawdzie najbardziej znany ze swojej roli w Iluminacji Krzysztofa Zanussiego (akurat wtedy wpuszczonej do kin), ale nakręcił również dwa filmy. Pierwszy to właśnie Listy naszych czytelników z roku 1973 z Tadeuszem Łomnickim w roli głównej oraz Lasst uns frei fliegen über den Garten (Pozwólcie nam do woli fruwać nad ogrodem) z roku 1974 z Janem Nowickim i Jerzym Bogajewiczem (dziś znanym bardziej jako Yurek Bogayevicz). Oba raczej niedługie. Listy, skrót i tak krótkiego słuchowiska Herberta, trwają raptem 20 minut. Drugi film jest dwukrotnie dłuższy, ale za to gorszy. Jego niemiecki tytuł wziął się stąd, że pieniądze na realizację dała zachodnioniemiecka telewizja ZDF i pewnie dlatego na wszelki wypadek w Polsce również trafił na półkę.

Nb. ten drugi film to adaptacja (bardzo luźna) opowiadania And Stanisława Czycza. W ten sposób znowu spotkali się, tym razem na jednej półce zatrzymanych filmów, Herbert i Czycz, niegdyś sąsiedzi na tej samej stronie "Życia Literackiego" w słynnej Prapremierze pięciu poetów (zob. "Życie Literackie" 1955, nr 51, s. 5; na stronie 4 wiersze Bohdana Drozdowskiego, Jerzego Harasymowicza i Mirona Białoszewskiego). Herbert miał tam dwa wiersze, ale w pierwszym niechlujny zecer zepsuł mu pointę.

[6] "W domu bez zmian. Mamunia łyka Tofranil, ja Nitrofurantoin". List Bolesława Herberta do syna z 9 sierpnia 1963 (zob. Zbigniew Herbert, Korespondencja rodzinna, Wydawnictwo Archidiecezji Lubelskiej Gaudium, Lublin 2008, s. 199). O ile Tofranil to antydepresant, o tyle Nitrofurantoina to lek z całkiem innej parafii: antybiotyk przepisywany najczęściej przy problemach z układem moczowym.

[7] Dziś standardowo używa się łagodniej brzmiącego określenia "choroba afektywna dwubiegunowa". Ponieważ na cyklofrenię od dawna chorowała matka Herberta, rodzina natychmiast skojarzyła sobie objawy. "Rozpoznanie u Matuli: rzeczywiście cyklofrenia - depresje początkowe były krótkie, pierwsza wystąpiła w 1959, potem coraz dłuższe, do kilku miesięcy. Po depresji występuje zawsze okres pobudzenia, bardzo przykry dla otoczenia. Ostatnio nadmierna aktywność doprowadziła nawet do niedomogi krążenia (w grudniu zeszłego roku). W czasie depresji stosuje się przede wszystkim Tofranil, który działa coraz słabiej". List Haliny Herbert-Żebrowskiej do brata i Katarzyny Dzieduszyckiej z 19 maja 1967 (Korespondencja rodzinna, s. 385).

Nb. Herberta zdiagnozowano w Paryżu. Stąd pewnie w Listach to fantastyczne wyobrażenie polskiego szpitala psychiatrycznego. Pacjentów bada się tam za pomocą testu Rorschacha ("rysuneczki, które przypominały rozduszone owady na ścianie"; s. 164), skądinąd dość szarlatańskiego. Ba, mają oni nawet "swego psychoanalityka"! I to wszystko w Polsce schyłkowego Gomułki!

[8] Żona poety, Katarzyna Herbert, nieco inaczej zapamiętała tę historię. W jej wersji partyjniacy nie mieli być karmieni czekoladkami, lecz znacznie skromniej - suchymi bułkami.

"Raz tylko w latach 70. zrobili mu kolegium, ale to było za żartowanie w sklepie. Staszek Latałło nakręcił wtedy dla telewizji «Listy naszych czytelników» z Tadeuszem Łomnickim. Szliśmy na pokaz w wytwórni filmowej na Chełmskiej. Po drodze wstąpiliśmy do sklepiku vis-a-vis wytwórni. W sklepiku była kolejka. Kiedy doszliśmy do lady, Zbyszek kupił chleb, kawałek kiełbasy, a potem zaczął wyliczać: «To dla nas, a to dla partyjniaków. Dla nas dobre bułki, a dla nich niech pan da podeschnięte. Ta dla tego partyjniaka, ta dla tamtego». Nagle z kolejki wychodzi jakiś mały facecik i zaczyna krzyczeć: «Pan obraża partię!». No i zrobiła się awantura. Latałło oderwał Zbyszka od tego faceta i zaciągnął nas do wytwórni. Siedzimy na tym pokazie, a tu nagle drzwi się otwierają i wchodzi dwóch smutnych facetów: «Gdzie jest obywatel Herbert?». Wyszliśmy ze Zbyszkiem i ze Staszkiem Latałłą. Stanęliśmy przy schodach. «Pan Herbert pójdzie z nami». Latałło zaczął ich uspokajać: «To jest film pana Herberta i on nigdzie z wami nie pójdzie». Ale nie chcieli ustąpić. Wtedy Zbyszek dostał jakiejś dzikiej furii. «Jeszcze jedno słowo - zaryczał - i zrzucę was ze schodów». Dali za wygraną, ale niedługo przysłali wezwanie na kolegium do rady narodowej. Ubecy jako głównego świadka przedstawili jakąś panią bardzo podejrzanej profesji. Zaczęła tam opowiadać jakieś niestworzone historie - że rzucił się, pobił, że groźny dla otoczenia. A kolegium widziało przed sobą eleganckiego, kulturalnego poetę w średnim wieku, spokojnego, dystyngowanego. Ostatecznie uratował Zbyszka sklepikarz, który odważnie zeznał, że w sklepie żadnej awantury nie było. Więc kolegium odłożyło sprawę i na tym się skończyło" (Pani Herbert. Z Katarzyną Herbert rozmawia Jacek Żakowski, "Gazeta Wyborcza", nr 303, 30 grudnia 2000 - 1 stycznia 2001, s. 10).

Jeszcze inaczej opisała to wydarzenie w swoich papierach Służba Bezpieczeństwa. Tu już nie ma ani czekoladek, ani nawet suchych bułek. W sklepach po prostu "nic nie ma" (a SB było w końcu poinformowane najlepiej):

"Uwadze funkcjonariuszy SB nie uszły zatem oczywiście «incydenty antypaństwowe» z udziałem Herberta. I tak na przykład 21 grudnia 1973 r. odnotowano aż dwa takie wydarzenia. Najpierw w sklepie spożywczym przy ulicy Chełmskiej naprzeciwko Wytwórni Filmów Dokumentalnych nietrzeźwy (wg oświadczeń świadków zajścia) poeta próbujący dokonać zakupów poza kolejnością wobec protestów innych kolejkowiczów «zaczął szkalować partię za to, że doprowadziła swoją polityką do tego, że w sklepach nic nie ma, a ludzie muszą stać w kolejkach». Następnie wchodząc na teren wytwórni podał się za wiceministra kultury i sztuki Tadeusza Kaczmarka. Został jednak «zdemaskowany» po kilkunastu minutach w wyniku interwencji jednego z pracowników transportu WFD, będącego świadkiem incydentu w sklepie przed wytwórnią. Po wskazaniu pisarza ochronie obiektu przez nadgorliwego pracownika Herbert miał obrzucić jego i legitymującego poetę komendanta jednostki zakładowej ORMO stekiem wyzwisk, nazywając ich m.in. szpiclami milicyjnymi i partyjnymi sługusami" (Grzegorz Majchrzak, Sprawa kryptonim "Herb". Działania Służby Bezpieczeństwa wobec Zbigniewa Herberta w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, "Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej", 2008, nr 8-9, s. 43-44).