EBENEZER ROJT

Ryszard Kapuściński o czarach w Afryce
albo jak czarował czarodziej reportażu

Na końcu drogi, którą jedziemy, widać staczającą się za horyzont kulę słońca. Kiedy za chwilę przestanie nas oślepiać i zniknie, od razu zapadnie noc i zostaniemy sam na sam z ciemnością. Kątem oka dostrzegam, że prowadzący toyotę Sebuya zaczyna się denerwować. W Afryce kierowcy unikają podróży nocą - ciemność ich niepokoi. Boją się jej tak bardzo, że często odmawiają jazdy po zachodzie słońca. Obserwowałem ich, kiedy mimo wszystko musieli nocą jechać. Zamiast patrzeć przed siebie, zaczynają się nerwowo rozglądać na boki. Ich twarze mają rysy napięte i wyostrzone. Na skroniach pojawiają się krople potu. Mimo że drogi są wyboiste, pełne jam, wyrw i dołów, zamiast zwolnić, przyspieszają, pędzą na złamanie karku, byleby dotrzeć do miejsca, gdzie są ludzie, gdzie słychać gwar i świeci światło.
Tak zaczynają się Czarne kryształy nocy z Hebanu Ryszarda Kapuścińskiego [1]. Zatem jest Afryka, jest noc i jest Murzyn, który pędzi na złamanie karku. Do tego noc nie byle jaka, bo "mroczna, prawie czarna, upalna" (Heban, s. 193), a Murzyn bojaźliwy jak dziecko. Ale Kapuściński pisał to dawno temu, a wtedy jeszcze było wolno. Zresztą przekonanie, że Murzyni - jak większość dzieci - nie znoszą samotności i garną się tam, "gdzie są ludzie, gdzie słychać gwar i świeci światło", ma długą tradycję.
Podobno - to już nie Ryszard Kapuściński, lecz Artur Schopenhauer - najbardziej towarzyscy ze wszystkich ludzi są Murzyni, którzy też pod względem umysłowym zdecydowanie stoją najniżej; gazety francuskie [...] przynoszą z Ameryki Północnej relację, iż czarni, zarówno wolni, jak i niewolnicy, zamykają się razem tłumnie w najciaśniejszym pomieszczeniu, bo nie mogą się dość napatrzeć na swe czarne, płaskonose oblicza [2].
Ale darujmy sobie tę niemiecką filozofię. Dość, że przy drodze nagle pojawia się wioska, a mieszkańcy godzą się - choć niechętnie - przenocować w osobnej chatce podróżnych. "Sebuya szybko zasnął" (Heban, s. 194) - bo nastrój u dzieci nie utrzymuje się zbyt długo - natomiast nie mógł zasnąć reporter z dalekiej Polski.
Długo przewracałem się z boku na bok, wreszcie już zmęczony i pokonany wyszedłem przed lepiankę i siadłem, opierając się o ścianę. Księżyc świecił jasno i noc była widna, srebrna. Panowała cisza, bo w tych stronach rzadko pojawia się samochód, a wszelka zwierzyna dawno już została wybita i zjedzona.

Nagle usłyszałem jakieś szmery, stąpania, potem trucht bosych nóg. I cisza. Rozejrzałem się, ale nic z początku nie zobaczyłem. Za chwilę szmery i stąpania powtórzyły się. I znowu cisza. Zacząłem przyglądać się kępom rzadkich krzaków, stojącym w oddali parasolowatym akacjowcom, sterczącym w buszu oddzielnym głazom. Wreszcie dostrzegłem przemykającą się grupę ośmiu mężczyzn, którzy nieśli na prostych, zrobionych z gałęzi, noszach okrytego jakąś płachtą człowieka. Ich sposób poruszania się zwracał uwagę. Ci ludzie nie szli przed siebie, lecz przemykali się, skradali, manewrowali. Przycupnęli za krzakiem, rozglądali się i znowu podbiegali do następnej kryjówki. Krążyli, kluczyli, sunęli ukradkiem, jakby grali w podchody. Patrzyłem na ich przykulone, półnagie sylwetki, na nerwowe ruchy, całe to dziwaczne, sekretne zachowanie. W końcu zniknęli mi na dobre gdzieś za załomem skarpy, a wokół mnie była znowu cicha, jasna, nieporuszona noc (Heban, s. 194-195).

Potem Murzyn-kierowca powiedział mu, że ci niezbyt gościnni ludzie to Amba. "I po chwili dodał: - Kabila mbaya (znaczy to mniej więcej: źli ludzie)" (Heban, s. 195). A jeszcze później Kapuściński przeczytał u antropologa E. A. Wintera, że Amba to społeczność, która nawet jak na wyśrubowane afrykańskie standardy ma wprost obsesję na punkcie czarów. Że Afrykańczycy, duże dzieci, wierzą w czary to naturalnie nic osobliwego.
Ale w przeciwieństwie do powszechnego przekonania - relacjonuje Kapuściński - że czarownicy żyją wśród innych, że działają na zewnątrz, z daleka, Amba utrzymują, że czarownicy są wśród nich, w ich rodzinach, w ich wioskach, że tworzą integralną część ludu. To przekonanie sprawia, że społeczność Amba rozpada się, bo przeżera je nienawiść, niszczy wzajemna podejrzliwość, unicestwia wspólny strach: brat boi się brata, syn - ojca, matka - własnych dzieci, jako że wszyscy mogą być czarownikami.
[...]
Czarownik chce nas zamęczyć na śmierć - oto, do czego dąży. W dodatku nie ma na niego lekarstwa, nie wiadomo, jak się bronić. Jedynym ratunkiem jest ucieczka. Oto dlaczego ludzie, których widziałem wówczas nocą, jak nieśli chorego na noszach, przemykali się chyłkiem, uciekali. Czarownik rzucił na chorego czary, a choroba była sygnałem, że szykuje on jego zgon. I dlatego krewni pod osłoną nocy próbowali schować gdzieś ofiarę, ukryć ją przed wzrokiem czarownika, aby w ten sposób uratować jej życie (Heban. s. 199-200, 201).
Kapuścińskiemu rzecz jasna nie chodziło o to, by swoich czytelników zamęczyć na śmierć wiedzą z zakresu antropologii czy etnografii. Zresztą, gdy w drugiej połowie lat 90. drukował Heban, była to już wiedza przestarzała [3]. Raczej znów połasił się na efektowną metaforę. Jak wtedy, gdy pisząc Cesarza, pisał go tak, by opowieść o etiopskim cesarzu Hajle Sellasje i jego dworze mogła być przez Polaków odczytywana jako "opowieść o Komitecie Centralnym PZPR i ekipie Edwarda Gierka" [4].

Również opowieść o podejrzliwych Amba, którzy wszędzie widzą złych czarowników, miała w zamierzeniu być czytana jako metafora. Tym razem - jak już pewnie się domyśliliście - jako metafora powszechnej podejrzliwości w czasach stalinizmu, gdy wrogiem ludu mógł się nagle okazać sąsiad albo nawet bliski krewny. Mniej bystrym czytelnikom Kapuściński podsuwał nawet podpowiedź.

Amba są niepiśmienni i wątpliwe, żeby czytali książkę, której autor utrzymuje, że w miarę upływu czasu walka będzie się zaostrzać i pojawi się coraz więcej i więcej wrogów. A jednak sami, na drodze własnego doświadczenia, doszli do podobnej konkluzji (Heban, s. 200).
Podpowiedź chyba jednak nieco zbyt ezoteryczną, bo mało kto dziś pamięta słynną niegdyś tezę Stalina o tym, że walka klasowa zaostrza się w miarę budowy nowego ustroju [5]. Jednak w tym wypadku metaforyzowanie nie wypaliło głównie dlatego, że o ile za Gierka nizanie i rozplątywanie rozmaitych aluzji w Cesarzu mogło być nawet towarzyską zabawą w ramach gry z cenzurą, o tyle pod koniec lat 90. o truciznach stalinizmu można było pisać wprost, bez owijania w zebraną przez Murzynów bawełnę. Amba nie byli do tego potrzebni.

A jeśli nawet ktoś miałby chęć na takie paralele - na przykład po to, by przypomnieć, że również Europejczycy jeszcze całkiem niedawno wariowali bardzo podobnie do zabobonnych Afrykanów - mógłby to z powodzeniem zrobić nie ruszając się z biblioteki. Najpierw streszczając Wintera, po czym dopisując na końcu: ho, ho, toż to całkiem jak u nas za Stalina. Wyprawa do Afryki nie była do tego potrzebna. Ale taki bieda-koncept bibliotecznego mola wystarczyłby najwyżej na uniwersyteckie seminarium. Co innego reporterskie świadectwo, niesamowita przygoda w świetle księżyca, z której ten koncept potem zgrabnie i organicznie wyrasta.

Tyle że Kapuściński całą tę niesamowitą przygodę zmyślił - i to dość niechlujnie! A scenkę z tajemniczymi ludźmi przemykającymi ukradkiem w lesie pożyczył sobie bez słowa od Wintera, trochę ją przy tym ubarwiając dodatkowymi szczegółami (na czym się zresztą przejechał).

Nie jest zatem czymś niezwykłym - pisze Winter - napotkanie w nocy małej grupy Amba niosących na noszach chorego. Niosą go tak od jednego domu do drugiego, często na znaczną odległość, pokonując strome zbocza, śliskie ścieżki i strumienie. [...] To zachowanie ma sens tylko wtedy, gdy zdamy sobie sprawę z wiary Amba w to, że można uratować człowieka, jeśli potajemnie zabierze się go po zmroku z jego domu do schronienia nieznanego czarownikom, którzy pragną jego śmierci. Ich wyobrażenia o czarownikach mają równie realny wpływ na ich zachowanie, na sposób poruszania się, jak wielkie drzewo w lesie, które trzeba obejść, gdy stoi na drodze [6].
Gdyby przyjąć niegdysiejsze miary samego Kapuścińskiego, już nawet ta pożyczka byłaby nieetyczna [7]. Jeśli zaś idzie o zmyślenia, to mniejsza już o to, że na jednej stronie noc jest "mroczna, prawie czarna", a zaraz na następnej księżyc świeci jasno i noc jest "widna, srebrna". Mniejsza o to, że bojaźliwy Sebuya nie ma nic przeciwko noclegowi w wiosce "złych ludzi" i natychmiast ufnie zasypia. Albowiem nawet bez takiej srebrnej nocy seria następujących potem szczęśliwych przypadków jest doprawdy oszałamiająca.

Winter pisze wprawdzie, że napotkanie przemykających Amba to nic nadzwyczajnego, ale to przecież nie znaczy, że w ich wiosce nocami wrze jak w ulu i wszyscy gdzieś przemykają z noszami. Jest to jednak zdarzenie co najmniej tak niecodzienne, jak obłożna choroba. A tu Kapuściński w czasie pierwszej wizyty u Amba wychodzi po nocy przed chatkę i bach: zaraz widzi, i to tuż pod bokiem, całą tę wypisz wymaluj scenkę z Wintera. A właściwie migawkę, bo przecież tragarzom się spieszy. Gdyby więc wyszedł kilka minut później albo usiadł z drugiej strony chatki, niczego by nie zobaczył.

I jakby tego szczęścia jeszcze było mało, podejrzliwi i ostrożni Amba okazują się tym razem wyjątkowo lekkomyślni i niezgułowaci. Wiedzą przecież, że w wiosce nocują obcy, a mimo to wybierają drogę w pobliżu chatki, którą oddali im do spania. Ba, nawet nie oglądają się w jej stronę i to Kapuściński dostrzega ich, nie zaś oni jego. Choć to oni są u siebie, to oni starają się schować w swoim lesie i - najważniejsze! - to oni z przejęciem wypatrują, czy aby nie śledzi ich zły czarownik. Ale jak mogliby go zauważyć, skoro prześlepiają nawet białego reportera! Rzecz tym bardziej niecodzienna, że przecież z głębi lasu z reguły znacznie lepiej widać, co dzieje się na otwartej przestrzeni niż na odwrót.

Niemniej to właśnie Kapuściński widzi przemykających w gąszczu ludzi - i to wyraźnie jak na dłoni. Więcej - jak na stop-klatce. Nie tylko zdążył spostrzec, że coś niosą, ale jeszcze zauważył, co konkretnie ("okrytego jakąś płachtą człowieka") i na czym ("na prostych, zrobionych z gałęzi, noszach"), a nawet zdążył ich wszystkich spokojnie policzyć ("ośmiu mężczyzn"). Doprawdy, szczęściarz i sokole oko w jednym!

No dobrze - powiecie - sporo pozmyślał, trochę podkoloryzował... no, tak po prawdzie wziął sobie całą tę opowieść o Amba z Wintera, ale po co w takim razie w ogóle wspomniał jego nazwisko? Rozsądny łgarz powinien przecież raczej zacierać ślady.

Otóż wymienienie gdzieś na boku nazwiska autora, którego pracę wykorzystało się w znacznie większym stopniu, niż na to wygląda, to znana praktyka. Potem można w razie czego powołać się na ten fakt jako na dowód niewinności, a przynajmniej dobrych intencji [8]. Natomiast zaszkodzić sobie czymś takim trudno, bo ludzie są zbyt leniwi, by sprawdzać różne drobiazgi. Zainteresował się ktoś tym Winterem przez ćwierć wieku? A gdzież tam! Znowu to czekanie na adventum Ebenezera Rojta.

Że Kapuściński dbał o furtki bezpieczeństwa, świadczy też znana historia z Amelią Bolaños; tą młodą samobójczynią z Wojny futbolowej:

Kiedy napastnik Hondurasu, Roberto Cardona, strzelił w ostatniej minucie zwycięską bramkę, siedząca w Salwadorze przed telewizorem 18-letnia Amelia Bolanios zerwała się i pobiegła do biurka, gdzie w szufladzie leżał pistolet jej ojca. Popełniła samobójstwo strzelając sobie w serce [9].
Dziś już wiadomo, że w Salwadorze w 1969 roku nic takiego się nie wydarzyło. Kapuściński zmyślił nawet salwadorską gazetę, która miała o tym pisać, a także państwowy pogrzeb Amelii - z kompanią honorową wojska i prezydentem republiki kroczącym za trumną wraz z całą drużyną piłkarską Salwadoru [10].

Zmyślenie Kapuścińskiego próbowano potem tłumaczyć nieodpartym urokiem literackiej fantazji:

Nie sądzę, by Ryszard Kapuściński zmyślił Amelię Bolaños, by lepiej sprzedać książkę. Raczej dlatego, że nie mógł się oprzeć literackiemu urokowi wymyślonej przez siebie - i tak latynoskiej w swym duchu - historii. Bo choć Amelia Bolaños nie istniała, jej historia jest piękna [11].
Albo przedstawiano je jako naganne przesadzenie z nieokiełznaną kreatywnością:
Teoretycznie więc zakładam: w Salwadorze otaczało go wtedy szaleństwo, a wymyślona opowieść o samobójstwie zrozpaczonej dziewczyny najlepiej je oddawała. Była fikcją, ale wierną atmosferze, którą poczuł. Stworzył Amelię, bo nie umiał inaczej pokazać rozpaczy narodu? (Szczygieł, s. 169).
Tyle że Kapuściński wcale Amelii nie stworzył, ale przeczytał o niej w meksykańskiej gazecie w rok po wydarzeniach opisanych w Wojnie futbolowej:
"Fanatyczka". Amelia Bolaños, lat 18, 7 [tj. 7 czerwca 1970] w Salwadorze strzeliła sobie w prawą skroń po obejrzeniu w telewizji meczu piłkarskiego, w którym reprezentacja Salwadoru przegrała cztery do zera z drużyną Meksyku na stadionie Azteca [12].
Owszem, oryginał to tylko sucha jednozdaniowa wiadomość, podczas gdy w Wojnie futbolowej zrobił się z tego już cały barwny akapit, niemniej Amelia Bolaños jednak istniała (a przynajmniej wymyślił ją ktoś inny), więc Kapuściński mógłby potem machać wycinkiem z gazety na dowód, że on jedynie nadał tej historii trochę literackiego uroku. A że po latach zawiodła go pamięć i dlatego skroń zmieniła się w serce, a mecz z Meksykiem z roku 1970 w mecz z Hondurasem z 1969 roku? Cóż, najważniejsze, że sam trup jest jak należy: zgadza się kraj, płeć, wiek, dziura po kuli, a nawet imię i nazwisko, więc nie czepiajmy się drobiazgów.

Na podobnej zasadzie Kapuściński stworzył w Wojnie futbolowej artykuł z brazylijskiej gazety:

W drodze do tytułu mistrzowskiego Brazylia pokonała Anglię. Wychodzący w Rio de Janeiro dziennik «Jornal dos Sportes» w artykule pt. «Jezus broni Brazylii» tak wyjaśnia przyczynę wygranej: «Ilekroć piłka leciała w stronę naszej bramki i gol wydawał się nieuchronny, Jezus spuszczał nogę z obłoków i wykopywał piłkę na aut». Do artykułu dołączono rysunki ilustrujące to nadprzyrodzone zjawisko (Wojna futbolowa, s. 213; pisownia tytułu dziennika za oryginałem).
Tyle że w pomeczowym "Jornal dos Sports" z 8 czerwca 1970 nie ma ani artykułu o Jezusie broniącym Brazylii, ani żadnych opisów nadprzyrodzonych zjawisk. Natomiast, owszem, na drugiej stronie redakcja dała rysunek z nogą Jezusa, ale tak jawnie satyryczny, że nie potraktowałby go serio chyba nawet najciemniejszy brazylijski analfabeta. Niemniej znów można by machać wycinkiem z gazety, na którym jest noga Jezusa, obłoki i piłka, więc nie czepiajmy się drobiazgów.
Przede wszystkim zaznaczę - zaznaczył ryzykownie Mariusz Szczygieł - że Kapuściński w przeciwieństwie do Capote'a nigdy nie twierdził, że każde jego słowo to "czysta prawda i tylko prawda" (Szczygieł, s. 140).
Ależ twierdził! O Hebanie mówił na przykład tak:
Ja to wszystko, co napisałem w Hebanie, to są wszystko moje osobiste doświadczenia, moje osobiste przeżycia. Tam nie ma jednej sceny czy jednego zdarzenia, w którym ja bym nie uczestniczył, którego bym nie przeżył i które by się jakoś nie odcisnęło na mnie [13].
A zapytany pod koniec życia, czy czasem nie kusiło go, by "dać sobie spokój ze sprawdzaniem informacji i popuścić nieco wodze fantazji", odpowiedział krótko i stanowczo:
Nigdy, bo to byłby mój koniec jako reportera. [...] A co do fantazjowania - rzeczywistość jest dużo bardziej fascynująca niż najlepsze fabularyzowanie [14].
Drobne konfabulacje Kapuścińskiego często bagatelizowano. Zgódźmy się - mówiono - przecież ostatecznie nie jest ważne, czy trawa miała gdzieś metr, a nie dwa metry. Tłumaczono je też chętnie wymogami artystycznymi, bo podobno autor Cesarza nie pisywał zwyczajnych reportaży, lecz "reportaże literackie", nie babrzące się w szczegółach, lecz dające czytelnikom syntetyczną wizję, artyście zaś w zasadzie wolną rękę.

Tymczasem wygląda na to, że Kapuściński uciekał się do konfabulacji, przynajmniej tych grubszych, nie w żadnej burzy artystycznych uniesień, ale obmyślał je na zimno, nigdy nie zapominając o asekuracji [15]. Niczym iluzjonista, który podczas przygotowywania nowego numeru jednocześnie zastanawia się, co zrobi, gdyby jakiś widz z boku przypadkiem zauważył, gdzie schował królika.

A potem już lekkim krokiem wbiega na scenę i z uśmiechem czaruje wszystkich dokoła. "Czaruś, ach jaki czaruś" [16].

[1] Ryszard Kapuściński, Heban, Czytelnik, Warszawa 1998, s. 193. Dalej cytuję jako Heban. Przeczytałem uważnie Czarne kryształy nocy między innymi dlatego, że całkowicie pominął je John Ryle w znanej i szeroko komentowanej recenzji Hebanu ogłoszonej w "Times Literary Supplement" i w rozszerzonej wersji dostępnej tutaj.

[2] Arthur Schopenhauer, W poszukiwaniu mądrości życia. Parerga i paralipomena, przełożył i przypisami opatrzył Jan Garewicz, wstępem poprzedziła Hanna Buczyńska-Garewicz, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2002, s. 413-414.

[3] Kapuściński kilka stron wcześniej, jeszcze nim wspomniał o Winterze, obszernie objaśnia, czym się różni czarownik "diabeł wcielony" (w terminologii anglosaskich antropologów witch) od czarownika, który zajmuje się czarami jako wyuczonym rzemiosłem (sorcerer). Rozróżnienie to wziął właśnie od Wintera. Dziś natomiast uważa się taki podział za zbyt daleko idące uproszczenie i zaleca się, by mówić raczej o wierze w ukryte lub tajemne siły (occult forces, secret forces).

"The general use of Western terms like «sorcery» and «witchcraft» therefore risks reducing a rich cosmology, in which the whole of the human environment is animated, to a negative, ugly core. Often a more neutral translation, such as «occult forces» would be preferable. [...] Another disadvantage of these Western terms is that they gloss over all sorts of local variations. There are important differences between local discourses, for instance, on the description of witches and their abilities and on how «witchcraft» is transmitted. Sometimes it is believed to be inherited; sometimes it is thought to be acquired later in life. Yet, there is a common core to these representations. A basic theme is that misfortune - and often also spectacular success - are attributed to hidden human agency. Witches and sorcerers are believed to use secret forces to hurt other people or to enforce their own success" (Peter Geschiere, hasło "Witchcraft: Overview", [w:] New Encyclopedia of Africa, tom 5: Taboo and Sin - Zubayr. Index, redakcja John Middleton, Joseph C. Miller, Thomson Gale 2008, s. 220-221).

Nb. specjaliści z całkiem innej dziedziny uważają, że dla ich profesji wartość książek Kapuścińskiego jest niewielka:

"SWT [sytuacja wywiadowcza terenu] to filozofia, wywiadowcza mininauka. Polega na łączeniu elementów wiedzy etnograficznej, historycznej, politycznej, geograficznej. Chodzi o to, żeby bardzo kompetentnie oceniać dane miejsce, w którym operujemy, wydarzenie, które nas zainteresowało. [...] Jagielski świetnie przydaje się do nauki SWT. Moi podwładni musieli obowiązkowo czytać jego reportaże. Rzadko jednak zdarza się taki dziennikarz. Na książkach Kapuścińskiego nie można zbudować tego rodzaju obrazu, prawda? - [śmiech] No tak" (Jerzy Borowczyk, Michał Larek, Dwanaście rozmów o Polsce i świecie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2016; korzystałem z wersji elektronicznej przygotowanej przez wydawcę).

Jest to fragment rozmowy ze szpiegiem, Vincentem Severskim [Włodzimierzem Sokołowskim]. Ale czy szpiegom można wierzyć?

[4] Mariusz Szczygieł, Fakty muszą zatańczyć, Dowody na Istnienie, Warszawa 2022, s. 173. Dalej cytuję jako Szczygieł. Oczywiście pisano o tym już na długo przed Szczygłem. Dla Artura Domosławskiego, biografa Kapuścińskiego, Cesarz to była właściwie baśń, "uniwersalna opowieść o wypaczeniach wszelkiej władzy, o ludziach dworów wszelkich - także o towarzyszach z Komitetu Centralnego, Gierku, absurdach polskiej rzeczywistości" (Artur Domosławski, Kapuściński non-fiction. Człowiek, reporter i jego czasy, Świat Książki, Warszawa 2010, s. 332). Dalej cytuję jako Domosławski.

Domosławski przypomniał również, że prawdziwy Hajle Sellasje nigdy nie był dla Kapuścińskiego interesujący. Zrazu, zgodnie z propagandowymi wymogami, pisał o nim jako o jednym "z tych wybitnych starców, którzy zdumiewają nas swoją żywotnością i jasnością myśli". Gdy wiatr powiał w inną stronę, wybitny starzec najpierw zmienił się pod jego piórem w reakcyjny feudalny element, a potem, w Cesarzu, w zdziwaczałego staruszka, "satrapę, nieuka, niemal analfabetę" (Domosławski, s. 303-305).

Nb. w późniejszej debacie wokół książki Domosławskiego niejednokrotnie zarzucano autorowi tendencyjność, a nawet nierzetelność. Jeśli jednak reporter ma prawo o realnym człowieku (cóż z tego, że cesarzu Etiopii) napisać niemal wszystko, co dusza zapragnie, łącznie z oczywistymi zmyśleniami, to takie samo prawo ma również biograf tego reportera, a zatem cała dyskusja o trafności bądź nietrafności portretu Kapuścińskiego staje się bezprzedmiotowa. Skoro bowiem, jak podnoszono, żyjemy "w czasach pomieszania gatunków" i jeszcze na dodatek musimy pogodzić się "z nieistnieniem prawdy absolutnej", to działa to we wszystkie strony: Kapuściński pisał atrakcyjne "literackie reportaże", a Domosławski napisał atrakcyjną "literacką biografię" Kapuścińskiego (oba cytaty - pierwszy z Andrzeja Stasiuka, drugi z Zygmunta Baumana - za: Paweł Zajas, Wokół Kapuściński non-fiction. Próba podsumowania i ewaluacji dyskusji, "Teksty Drugie", 2011, nr 1-2, s. 273 i 275).

[5] Stalin o zaostrzaniu się walki klasowej wspomniał bodaj po raz pierwszy w lipcu 1928, po plenum KC:

"[...] posuwanie się do socjalizmu nie może nie prowadzić do oporu wyzyskiwaczy przeciwko temu posuwaniu się naprzód, opór zaś wyzyskiwaczy nie może nie prowadzić do nieuchronnego zaostrzenia się walki klasowej" (Józef Stalin, Dzieła, tom 11: 1928 - marzec 1929, Książka i Wiedza, Warszawa 1954, s. 181).

Natomiast w tak zwanym Krótkim kursie z końca lat 30., książce, która była obowiązującą wykładnią najnowszej historii, znalazło się sformułowanie:

"Temu pochodowi ku socjalizmowi towarzyszyło zaostrzenie się walki klasowej wewnątrz kraju i zaostrzenie się walki w łonie partii" (Historia Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Krótki kurs, Książka i Wiedza, Warszawa 1949, s. 339).

Naturalnie tezę "o zaostrzaniu" powtarzano potem na niższych szczeblach w niezliczonej ilości wariantów. Na przykład tak:

"Towarzysz Stalin niejednokrotnie podkreślał, że właśnie w okresie rozwijania ruchu spółdzielczości produkcyjnej wróg stawia coraz bardziej zaciekły opór.

I w naszym województwie w miarę postępującego rozwoju spółdzielni produkcyjnych zaostrza się walka klasowa, wzrasta opór ze strony kułactwa i reakcyjnego kleru. Pomni wskazań Stalina musimy jeszcze bardziej wzmocnić czujność wobec knowań kułaków i reakcyjnego kleru" (tow. Władysław Kruczek, I Sekretarz KW PZPR w Bydgoszczy, głos w dyskusji na VIII Plenum KC PZPR, 28 marca 1953, czyli tuż po śmierci Stalina, "Nowe Drogi", 1953, nr 3, s. 94).

[6] E[dward] H[enry] Winter, The Enemy Within. Amba Witchcraft and Sociological Theory, [w:] Witchcraft and Sorcery in East Africa, redakcja John Middleton i E. H. Winter, Routledge & Kegan Paul, Londyn 1963, s. 286. Dalej cytuję jako Winter.

Przełożyłem swobodnie, toteż dla koneserów jeszcze raz to samo w oryginale:

"Thus it is not an unusual occurrence to meet during the night a small group of Amba carrying a person who is ill on a stretcher. They are carrying him from one house to another, often for considerable distances, up steep hillsides and down slippery paths and across streams. [...] This behaviour only makes sense when we realize that the Amba believe that a person may be saved if he is removed secretly from his house during the hours of darkness and taken to a place of refuge unknown to the witches who are seeking his death. Their ideas concerning witches have as real an influence upon their behaviour, upon their movements, as does a large tree of the forest which standing astride a path forces them to walk around it".

Winter wspomniał o tym obyczaju radzenia sobie z czarownikami również w swej wcześniejszej książce:

"When the Amba talk about witchcraft and sorcery in the abstract they speak as though it were effective at any distance. In actual fact, they behave on the assumption that witchcraft in any particular case emanates from someone in the immediate vicinity of the person who is ill. Thus, when a person is seriously ill, he is very often removed secretly from his house at night and carried, perhaps, several miles to the house of a relative in order to save him from further attacks" (Edward H. Winter, Beyond the Mountains of the Moon. The Lives of Four Africans, The University of Illinois Press, Urbana 1959, s. 24).

Nb. obyczaj ten pokazuje, że podejrzliwość u Amba nie jest jednak aż tak skrajna, by zniszczyć wszelkie więzi społeczne. Chory musi przecież w tej gardłowej dla niego sprawie zaufać niosącym, a także gospodarzowi nowego miejsca, że jest to miejsce bezpieczne, nie zaś matecznik czarowników, którzy go tam w ukryciu pożrą.

Winter podkreślał także, że w wypadku jakiegoś sporu Amba nie interesuje abstrakcyjna sprawiedliwość, ale dążą oni nade wszystko do pojednania zwaśnionych stron, bo zdają sobie sprawę z kruchości więzi społecznych. Byłoby to niemożliwe, gdyby sprawy zaszły aż tak daleko, jak to przedstawiał Kapuściński, z premedytacją upodabniając Amba do karmiących się ideologicznymi abstrakcjami stalinistów.

"If two men have a serious dispute, all of the men of the village come together to hear the facts of the case and to adjudicate. When villagers have assembled for this purpose, their primary concern is the reconciliation of the parties, not the pursuit of justice in some abstract sense. There is a lively awareness of the fragility of social ties between individuals within the village and constant efforts are made to hold people together" (Winter, s. 279).

Kapuściński zmyślił też to zaostrzanie się walki, do którego rzekomo Amba doszli "na drodze własnego doświadczenia".

[7] Na początku lat 60. Kapuściński oskarżył Bohdana Drozdowskiego o plagiat, ponieważ ten oparł zarys fabuły swojego dramatu Kondukt na wydarzeniach, które Kapuściński wcześniej opisał w reportażu Sztywny. Drozdowski nie ukradł Kapuścińskiemu żadnych dialogów, metafor, czy choćby jednego zdania, wykorzystał jedynie kilka faktów, i to z tych najogólniejszych. "Fakty zaś podawane w reportażach - twierdził - nie bywają niczyją własnością i mogą być uznawane za własność publiczną podobnie jak anonimowe wiadomości agencyjne, zawierające przecież niekiedy gotowe fabuły dramatyczne..." (Domosławski, s. 176). Kapuścińskiego to nie przekonało (choć proces przegrał). Jeśli jednak reporter uważa, że ma jakieś "prawa własności" do opisanych przez siebie faktów, to chyba takie same prawa powinien przyznać autorowi pracy naukowej.

Nb. scenka z przemykającymi w lesie mężczyznami jest u Wintera jedyną ilustracją wpływu wiary Amba na ich zachowanie, którą można przerobić na plastyczny, reporterski obraz.

[8] "Nie było w tym żadnej złej woli, dowodem tego jest - jak myślę - obecność tej pozycji w bibliografii zawartej w artykule" - tłumaczy się pierwszy plagiator. "Dlaczego cytując rozprawy wielokrotnie, miałbym ukryć jakieś cytaty? Przyzna pan, że to nielogiczne" - pyta chytrze drugi. "[P]owołujemy się na prof. Tec siedem razy, przywołując (choćby na s. 241) i jej nazwisko, i tytuł książki" - zapewnia trzeci. Kto chciałby wiedzieć, kim są pierwszy, drugi i trzeci, niech zajrzy do: Adam Leszczyński, Tajemnica znikających przypisów, wyborcza.pl, 28 stycznia 2012 oraz do: Dariusz Libionka i Monika Adamczyk-Garbowska, "Odwet" - [...]. Nic się nie stało?, wyborcza.pl, 5 lutego 2009.

[9] Ryszard Kapuściński, Wojna futbolowa, Czytelnik, Warszawa 1981, s. 211. Dalej cytuję jako Wojna futbolowa. Smutną historię Amelii potem wielokrotnie za Kapuścińskim powtarzano i to niekoniecznie w książkach traktujących o najnowszej historii Salwadoru czy gorącej krwi Latynosów.

"Even worse was the suicide of Amelia Bolaños. In June 1969 she was an eighteen-year-old El Salvadorean watching the Honduras-El Salvador game at home on TV. When Honduras scored the winner in the last minute, wrote the great Polish reporter Ryszard Kapuściński, Bolaños «got up and ran to the desk which contained her father's pistol in a drawer. She then shot herself in the heart». Her funeral was televised. El Salvador's president, ministers, and the country's soccer team walked behind the flag-draped coffin. Within a month, Bolaños's death would help prompt the «Soccer War» between El Salvador and Honduras" (Simon Kuper, Stefan Szymanski, Soccernomics. Why England Loses, Why Germany and Brazil Win, and Why the US, Japan, Australia, Turkey - and Even Iraq - Are Destined to Become the Kings of the World’s Most Popular Sport, Nation Books, Nowy Jork 2009, s. 222).

[10] Maria Hawranek, Szymon Opryszek, Co się stało z Amelią B.? Czy bohaterka "Wojny futbolowej" Kapuścińskiego istniała?, onet.pl, 19 marca 2014. Obszerne streszczenie tego dziennikarskiego śledztwa znajduje się także na stronach 165-169 w książce Mariusza Szczygła cytowanej w przypisie 4.

[11] Piotr Bratkowski, Oskarżony Domosławski, [w:] Artur Domosławski, Kapuściński non-fiction, Wydanie II uzupełnione, Wielka Litera, Warszawa 2017; korzystałem z wydania elektronicznego przygotowanego przez eLib.

Nb. jak tu się potem dziwić, że już nawet powieściopisarze szydzą z tej pasji do zmyśleń u polskich reporterów:

"Czy nie mógłbym dopowiedzieć tej historii, uzupełnić jej o jakieś chociażby domniemania [...]? No cóż, gdybym był przedstawicielem polskiej szkoły reportażu, zrobiłbym tak bez wątpienia, w końcu polega ona na zmyślaniu, ja jednak jestem tylko powieściopisarzem i prawda bywa dla mnie ważniejsza od dobrej historii" (Szczepan Twardoch, Chołod, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2022; korzystałem z wersji elektronicznej przygotowanej przez eLiterę; cytat z "Posłowia").

[Dopisek] Pan Mariusz Szczygieł poczuł się nieco urażony tym, że nie dziwię się szyderstwom z polskiej szkoły reportażu i nawet wyliczył mi cały szereg polskich reporterów, których nikt dotąd nie przyłapał na żadnym zmyśleniu. Jego obrona honoru cechu również mnie nie dziwi. Niemniej dalej uważam te szyderstwa za zrozumiałe, skoro nabroił (i to nieźle) najbardziej znany cechmistrz, a sam cech długo szukał głównie usprawiedliwień dla jego postępków. Tak zresztą Mariuszowi Szczygłowi odpisałem. Natomiast nie miałem już serca, by przypomnieć mu, który z nas dwóch uznał - naturalnie żartobliwie! - że ktoś, kto pragnie zostać reporterem, może znaleźć spełnienie także w innym zajęciu wymagającym elokwencji i fantazji. "Szczerze mówiąc, wcześnie odkryłem, że najbardziej predestynowany jestem do dwóch zajęć: oszusta matrymonialnego lub reportera" (Szczygieł, s. 19).

[12] "«Fanática». Amelia Bolaños, de 18 años de edad, se dio un tiro en la sien derecha el día 7, en San Salvador, luego de presenciar por televisión el juego de fútbol en que el equipo de El Salvador perdió por cuatro goles a cero con el equipo de México, en el estadio Azteca" ("Hispano Americano", 15 czerwca 1970, nr 1467, s. 88; niepodpisana notka w dziale krótkich doniesień ze świata). Jak podaje WorldCat, "Hispano Americano" był tygodnikiem wydawanym w Meksyku przez Tiempo SAdeCV w latach 1946-1997. Według Latino Periodicals: "This has sometimes been referred to as Mexico's version of Time magazine" (Latino Periodicals. A Selection Guide, redakcja Salvador Güereña i Vivian M. Pisano, McFarland & Company, Jefferson 1998, s. 36).

Autorzy artykułu cytowanego w przypisie 10 podają, że dziennikarz Rodrigo Arias: "Poszedł do urzędu miasta San Salvador. Przejrzał wszystkie akty zgonu od czerwca do sierpnia 1969 roku. Nie natrafił na żadną Amelię Bolaños". Może powinien był też sprawdzić akty zgonu z czerwca 1970 roku?

Nb. w wersji Kapuścińskiego przyczyną wojny futbolowej stał się drugi mecz Salwadoru z Hondurasem wygrany przez Salwador 3:0 (co bezkrytycznie powtarza Wikipedia). Ale ten mecz odbył się 15 czerwca 1969, podczas gdy wojna wybuchła dopiero 14 lipca. W rzeczywistości o awansie Salwadoru zadecydował trzeci mecz: rozegrany 29 czerwca na neutralnym boisku (meksykańskim stadionie Azteca) i wygrany przez Salwador 3:2. Tymczasem u Kapuścińskiego ten mecz praktycznie nie istnieje, a hondurascy kibice w czasie wojny wypisują na murach "POMŚCIMY 3:0!" (Wojna futbolowa, s. 219), jakby ich duma najbardziej ucierpiała z powodu meczu z 15 czerwca, który przecież jeszcze niczego nie rozstrzygał. Krótka wzmianka o trzecim meczu na samym końcu reportażu może u kogoś niezorientowanego nawet wywołać wrażenie, że doszło do niego już po wojnie. "Kibiców Hondurasu posadzono po jednej stronie stadionu, kibiców Salwadoru - po drugiej, a pośrodku usiadło pięć tysięcy policjantów meksykańskich uzbrojonych w tęgie pały" (Wojna futbolowa, s. 238).

Natomiast w ułożonym przez Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetkę "Kalendarium życia i twórczości" Ryszarda Kapuścińskiego wypadki te przedstawione zostały w sposób już całkiem bajkowy:

"15 czerwca. RK jest w Salwadorze i widzi, jak na stadionie dochodzi do upokorzenia reprezentacji Hondurasu, która walczy z Salwadorczykami w drugim meczu eliminacji do piłkarskich mistrzostw świata’70. Po porażce na wyjeździe 0:1 cała machina państwowa nastawiona zostaje na zniszczenie rywali. I udaje się - gospodarze wygrywają 3:0, ale jakby tego im było mało, atakują następnego dnia Honduras. W jego stolicy Tegucigalpie jest już wtedy RK - jako jedyny reporter zagraniczny... I jako jedyny korzysta z osobistego teleksu prezydenta, by wysłać korespondencję do Polski" (Kapuściński: nie ogarniam świata, z Ryszardem Kapuścińskim spotykają się Witold Bereś i Krzysztof Burnetko, Świat Książki, Warszawa 2007, s. 264).

Tak oto uczniowie prześcigają swoją fantazją mistrza.

[13] Spisałem z trzeciej minuty filmu "Ryszard Kapuściński" (Telewizja Literacka TVL) dostępnego tutaj. Bardzo podobną wypowiedź Kapuścińskiego przytacza Marek Kusiba:

"Nigdy niczego nie piszę, czego sam nie doświadczyłem. Heban jest książką o wydarzeniach, których byłem albo świadkiem, albo uczestnikiem. To, co spisuję, zostało dotknięte moją ręką i zobaczone moim okiem" (Marek Kusiba, Ryszard Kapuściński z daleka i z bliska, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 189).

Nb. opowieść Kusiby jest nieznośnie hagiograficzna. Gdy na przykład Kapuściński jawnie mija się z prawdą: "W tej książce [Kirgiz schodzi z konia] ani razu nie użyłem słowa «Związek Radziecki». Dzisiaj to nikomu nic nie mówi, ale wtedy to było coś", Kusiba natychmiast w dość naiwny sposób go tłumaczy:

"Gwoli ścisłości: termin «Związek Radziecki» pada w książce sześć razy; reporter miał zapewne na myśli pełną nazwę: Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich - a tej faktycznie nie użył ani razu" (s. 234).

W rzeczywistości termin "Związek Radziecki" pada w Kirgizie osiem razy, do tego czternaście razy przymiotnik "radziecki" w różnych formach i jeszcze dwa razy ulica Sowietskaja. Rytuałowi stało się więc zadość. Także dlatego, że skrótowego określenia "Związek Radziecki" zamiast pełnej nazwy "Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich" używał wtedy pospolicie w swoich przemówieniach nawet Władysław Gomułka.

Wprawdzie Kusiba powtarzał wypowiedź Kapuścińskiego ze spotkania autorskiego z września 2006, ale nie było to z pewnością przypadkowe przejęzyczenie, bo tak samo Kapuściński mówił o Kirgizie już kilkanaście lat wcześniej: "W «Kirgizie» polityki po prostu nie ma [...] w całej książce ani razu nie pada określenie «Związek Radziecki»" (Wiek dwudziesty - wiek miniony... Z Ryszardem Kapuścińskim rozmawia Roman Warszewski, "Przegląd Powszechny" 1993, nr 4, s. 46-47).

Z tym brakiem polityki to kolejna bajka. Bo jak nazwać na przykład obszerne rozważania o tym, że "są Tadżycy socjalistyczni i Tadżycy feudalno-kapitalistyczni" albo przypomnienie, że to Rewolucja uwolniła twarze tadżyckich kobiet od zasłon (Ryszard Kapuściński, Kirgiz schodzi z konia, Czytelnik, Warszawa 1968, s. 107-108). Nb. określenie "Rewolucja" - i to wyłącznie ta pisana wielką literą, czasem z rozwinięciem "Rewolucja Październikowa" - pada w tej niewielkiej książeczce szesnaście razy.

Nie jest też prawdą (dalej cytuję Kapuścińskiego z rozmowy z Warszewskim), że Kirgiz to "zbiór reportaży o siłach, jakie drzemały pod skorupą władzy sowieckiej na Zakaukaziu i w Azji Środkowej i które w przyszłości miały stanowić pożywkę dla tendencji, jakie w efekcie końcowym rozłożyły imperium".

Przeciwnie, pointą tej książki była konstatacja dokładnie odwrotna:

"Azja radziecka jest dzisiaj wielkim placem budowy, terenem nieustającej rewolucji technicznej, a zarazem szkołą życia, uczelnią stu narodów.

Zwłaszcza lata ostatnie odznaczają się zadziwiającym wszystkich postępem. Są to już lata owocowania, po trudnym okresie pionierskim, który wymagał wyrzeczeń i samozaparcia. A plany na przyszłość zapowiadają dalszy, nieprzerwany rozwój.

Ale przede wszystkim powstał tu nowy typ człowieka, wyzwolonego z nędzy i przesądów, człowieka otwartych horyzontów i przywróconej godności. Jest on największą zdobyczą Rewolucji" (Kirgiz, s. 139; oba wyróżnienia moje).

[14] Na własne oczy. Z Ryszardem Kapuścińskim rozmawia Krzysztof Masłoń, "Rzeczpospolita", 2 października 2004. Wywiad przedrukowany potem także w: Krzysztof Masłoń, Żywa pamięć. Rozmowa z Ryszardem Kapuścińskim, [w:] Idem, Miłość nie jest nam dana, Prószyński i S-ka, Warszawa 2005. Cytat ze stron 9-10.

O tym, że Kapuściński jednak niekiedy popuszczał wodze fantazji (i to "nieokiełznanej"), pisał już w 1979 roku Wojciech Giełżyński w recenzji z Cesarza - ale bardzo życzliwie ("z lekka podfałszowane") i z dyskretną przestrogą ("byle nie przeholował"):

"Kapuściński zbudował dzieło, które syntetyzuje mechanizmy Dworskości Idealnej, w wydaniu afrykańskim wprawdzie i zupełnie anachronicznym, lecz nie bez podobieństw do obyczajowości w niektórych innych strefach kulturowych. Czy ten apokryf jest jeszcze reportażem - można mieć pewne wątpliwości; wydaje się, że Kapuściński często gęsto spuszczał z wodzy nieokiełzaną fantazję, albowiem trudno przypuszczać, by etiopscy lokaje potrafili tak sprawnie operować wysublimowaną stylistyką paradoksu, groteski, paraboli, autoironii, i to jeszcze w archaizowanym języku. Ale - reportaż nie reportaż - w tym przypadku nie ma to żadnego znaczenia; tym razem środkami klasycznie literackimi autor buduje "syntezę reporterską", prawdziwy obraz tyrańskiej dworskości, aczkolwiek namalowany farbami o przejaskrawionych kolorach. Elementy konstrukcji są z lekka podfałszowane, lecz jej struktura trzyma się kupy. Można i tak uprawiać reportaż, chociaż tylko przy talencie, wiedzy, intuicji Kapuścińskiego; byle nie przeholował" (Wojciech Giełżyński, Cesarz to miał fajne życie, "Nowe Książki" 1979, nr 2, s. 62).

A tak, mimo tych życzliwych przestróg, mówił Kapuściński w wywiadach kilkanaście lat później: "Jeśli zaś chodzi o problem fikcji - u mnie nie ma fikcji w ogóle"; "Nie mam na tyle wyobraźni, by pisać rzeczy fikcyjne. [...] Ciężko muszę pracować, by zdobyć materiał do moich książek" (Ryszard Kapuściński, Autoportret reportera, wybór i wstęp Krystyna Strączek, Wydawnictwo Znak, Kraków 2004, s. 73, 75).

[15] "Mitotwórcza «metoda» polegała na sugerowaniu, stwarzaniu przeświadczeń w umysłach odbiorców. Kapuściński nie wchodził w szczegóły, nie dopowiadał do końca, w razie przyparcia do ściany mógł się wycofać; nie można mu było zarzucić kłamstwa" (Domosławski, s. 250).

Do szczegółów chyba rzeczywiście podchodził bardzo swobodne. Z jednej strony, pewnie nie obraziłby się, gdyby Mariusz Szczygieł zwrócił mu uwagę, że w łacińskiej sentencji "Nulla dies sina linea" przypiętej w pracowni, jest literówka. Tak, jak nie obraził się, gdy jego norweski tłumacz wypisał w liście - z nieubłaganą skandynawską drobiazgowością - garść podobnych usterek, na które natknął się w przekładanej książce. Przeciwnie, odpisał tłumaczowi, że jest "ogromnie wdzięczny za zwrócenie uwagi na nieścisłości i błędy w Hebanie" i proponowane poprawki zaakceptował (prócz jednej). "Jeszcze raz - jestem Panu tak wdzięczny za wykrycie tych wszystkich błędów, lapsusów i literówek". Jednak z drugiej strony, sam nic z tym potem nie zrobił, więc w kolejnych polskich wydaniach Hebanu wszystkie te błędy, lapsusy i literówki dalej są, jak były. I pewnie tak już zostanie.

O tym, że Kapuściński miał w pracowni przypiętą pinezką karteczkę z sentencją "Nulla dies sina linea", przeczytałem w książce Mariusza Szczygła Projekt: Prawda (Dowody na Istnienie, Warszawa 2016, s. 208; wcześniej z identyczną literówką drukowane w "Dużym Formacie" jako Życie po fotelu).

O tym, jakie błędy, lapsusy i literówki wypisał norweski tłumacz i co mu na to odpowiedział Kapuściński, przeczytałem w książce Podróże z Ryszardem Kapuścińskim. Część 2. Opowieści czternastu tłumaczy (Wydawnictwo Znak, Kraków 2009), a dokładniej w zamieszczonym tam wspomnieniu Olego Michaela Selberga Uważne lektury, które przełożył Grzegorz Sokół, a jeszcze dokładniej na stronach 140-143.

Jeśli zaś idzie o wydania Hebanu, to wiem na pewno, że wszystkie błędy, lapsusy i literówki są jeszcze w XX wydaniu "Czytelnika" z roku 2016. Kto ma późniejsze wydanie, niech zajrzy do rozdziału Anatomia zamachu stanu i sprawdzi, czy Ahmadu Bello przyjmuje wizyty przez całą sobotę, czy może jednak przez cały piątek. Jeśli przez całą sobotę, to znaczy, że wszystko zostało po staremu (w wydaniu z roku 2016 jest to strona 107).

[16] Frazę "Czaruś, ach jaki czaruś" wziąłem od Edwarda Stachury, który zetknął się z Kapuścińskim w Meksyku.

"Z kim mi trzeba zerwać zwane stosunki w Polsce: [...] R. Kap. - bo czaruś, ach jaki czaruś" (Edward Stachura, Dzienniki. Zeszyty podróżne 2, wybór, przypisy i posłowie Dariusz Pachocki, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2011; korzystałem z wersji elektronicznej przygotowanej przez Virtualo, zapis z 20 września 1973).

Jednak wcześniej był Kapuścińskim zachwycony: "Red. Kapuściński - pierwsze wrażenie wspaniały facet i myślę, że taki jest zawsze. Obiad i drobna popijawa w jego domu. [...] Dużo ciekawych opowieści. Pogadałem sobie po raz pierwszy jak człowiek z człowiekiem". A w sprawozdaniu dla Ministerstwa Kultury pisał: "Bardzo, bardzo kochany jest nasz korespondent PAP-u Ryszard Kapuściński" (Edward Stachura, Dzienniki. Zeszyty podróżne 1, wybór, przypisy i posłowie Dariusz Pachocki, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2010; korzystałem z wersji elektronicznej przygotowanej przez Virtualo, zapis z 28 maja 1969, sprawozdanie cytowane w przypisie do zapisu z 14 maja 1969).

Wprawdzie Stachura, sam trochę kabotyn i na dobitkę z chorobliwie rozhuśtanymi emocjami, dostrzegł w Kapuścińskim tego nieznośnego czarusia wtedy, gdy również wielu innych znajomych oceniał bardzo surowo (i pewnie czasem niesprawiedliwie), ale jednak nie wszystkich, i nie z chwilowego kaprysu. O ile wiem, Kapuściński w jego życiu później rzeczywiście już się nie pojawia.

A co do uśmiechu, to właśnie od niego zaczyna się Kapuściński non-fiction Domosławskiego:

Przede wszystkim rzuca się w oczy uśmiech. Zawsze uśmiech, wszędzie uśmiech. [...] - Uśmiech, o którym pan mówi, był maską, która z upływem lat stała się jego naturą - mówi stara przyjaciółka, a znała go naprawdę dobrze" (Domosławski, s. 11-12).