EBENEZER ROJT

Pomarańcze i cytryny
albo z dziejów socjalizmu w Polsce

W czerwcu 1950 roku osiemnastoletni Rafał Gan-Ganowicz, później najemnik w Kongo i Jemenie, wciska się pod wagon pociągu jadącego na zachód. Musi natychmiast uciekać z Polski, ponieważ wpadła antykomunistyczna organizacja, do której należał. Po kilkunastu godzinach brudny i pokrwawiony wysiada w Berlinie i próbuje przedostać się do jednego z sektorów państw zachodnich. Nie zna drogi, więc na wszelki wypadek długo kluczy zaułkami. Nagle widzi, że wystawy sklepów jakby poweselały. Ludzie ubrani dostatniej, a ulicą jedzie amerykański jeep. "Czyżbym był w Berlinie Zachodnim?" - zastanawia się Ganowicz. Jednak wciąż jeszcze czuje się niepewnie, póki nie zauważy, że przed sklepem z owocami wystawiono pomarańcze. Takie same, jakie pamięta sprzed wojny! Wtedy już wie, że to nie mogą być komuniści [1].

15 stycznia 1954 roku Leopold Tyrmand, wciąż nieugięty i bezrobotny, otwiera swój dziennik i notuje:

Warszawa ma nową zabawę - tygodnik pod tytułem Naokoło Świata. [...] Kazik Koźniewski jest tam redaktorem literackim. [...] "Chcesz, to pisz pod pseudonimem" - powiedział Kazik kilka dni temu na obiedzie u Literatów, w jednej z rozmów na temat możliwej współpracy. Oczywiście, że mógłbym. Kazikowi chodzi przecież tylko o to, żebym napisał, wydrukował i żeby on o tym wiedział. Mało dba o moją publiczną kompromitację, w istocie wolałby dyskretny sukces, kojące rozmyślania w wygodnym fotelu: "Nie ma twardych ani silnych. Wszyscy muszą ulec. Ja byłem mądrzejszy, uległem wcześniej i teraz mam wszystko, nawet pomarańcze dla dziecka..." [2].
W Złym, najgłośniejszej powieści Tyrmanda, na pomarańcze stać wyłącznie oślizgłych machlojkarzy z półświatka [3].

W marcu 1964 roku Zygmunt Mycielski, kompozytor, a także hrabia i pederasta, wraz z wieloma innymi osobami wita na dworcu w Warszawie Nadię Boulanger, słynną francuską kompozytorkę i nauczycielkę kompozytorów. Jedna z witających pań przynosi jej w prezencie cytrynę, tutejszy rarytas, ale madame Boulanger nie rozumie, o co chodzi. Myśli, że ofiarodawczyni zwariowała i szeptem prosi Mycielskiego, by szybko wziął ten niepojęty prezent [4].

11 maja 1965 roku Anna Kowalska, autorka wielu zapomnianych powieści i towarzyszka życia Marii Dąbrowskiej, uważanej wtedy za najwybitniejszą polską pisarkę, odbiera telefon z Ministerstwa Kultury. Nalegają, by Dąbrowska przyszła na uroczysty obiad, który Ministerstwo wydaje na cześć Jana Parandowskiego. W tym czasie Dąbrowska już od pół roku leży w szpitalu (umrze niemal dokładnie za tydzień), o czym Kowalska chłodno informuje telefonującą urzędniczkę. Jednocześnie sugeruje jej, że minister mógłby przysłać do szpitala pomarańcze. Urzędniczka akceptuje ten pomysł na ministerialny dar, a Kowalska pisze w dzienniku, że o pomarańczach dla Maryjki myślała już "od dawna" [5].

W epoce wczesnego Gierka pomarańcze nieco spowszedniały [5a]. Wprawdzie nadal były drogie - kilogram kosztował tyle samo, co kilka paczek dobrych papierosów [6] - ale były. Polacy zaś nauczyli się nawet pić grecki sok pomarańczowy sprzedawany w dużych kolorowych puszkach. Te kredytowane uciechy szybko jednak trafił szlag. Gdy w Człowieku z żelaza zastępca szefa Radiokomitetu (Janusz Gajos) przyjmuje w zamkniętej restauracji dziennikarza Winkla (Marian Opania), ma przed sobą obfite danie mięsne oraz karafkę z pomarańczowym płynem [7]. W egipskiej symbolice tamtych czasów znaczyło to, że jest to człowiek zły i uprzywilejowany [8].

Po 13 grudnia 1981 z pomarańczami działo się już bardzo niedobrze [8a]. W sklepach występował teraz głównie ich nowy rodzaj, który opatrywano dodatkowym przymiotnikiem - pomarańcze kubańskie [9]. Były na ogół małe, włókniste i kwaśne, a do tego często jeszcze zielone i twarde. "Kubańskie" znaczyło więc w tym wypadku "nie całkiem prawdziwe". Coś jak adnotacja "wyrób czekoladopodobny" na ówczesnych łakociach. Jeśli zatem Marek Nowakowski, pisarz opozycyjny, podkreślał, że redaktora J. spotkał "w ogonku po kubańskie pomarańcze", znaczyło to, że spotkał go na dnie upodlenia; tam, gdzie ludzie trwonią życie w pogoni za ersatzem życia [10]. Ta przemiana dotykała zresztą wszystkiego. Również władza stawała się coraz bardziej "władzopodobna" i wystarczająco niesmaczna, by bez żalu częstować nią innych. Skończyło się.

Historię ustroju można opowiedzieć również poprzez okoliczności pojawiania się w ludzkim życiu owoców cytrusowych.

[1] Rafał Gan-Ganowicz, Kondotierzy, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1989, s. 17-18: "Po kilku godzinach kluczenia w zaułkach ruin spostrzegłem, że coś się zmieniło. Po chwili zdałem sobie sprawę: widziane z odległości wystawy sklepów, na które nie zwracałem przedtem uwagi. Stały się jakieś weselsze, kolorowe. Czyżbym był w Berlinie Zachodnim? Nie, to niemożliwe. Przecież nie przeszedłem żadnej granicy!... Ale ruch samochodowy większy i przechodnie lepiej ubrani! I... amerykański jeep z napisem Military Police! Jeszcze nie miałem pewności, ale już nabrałem nadziei, przestałem się bać. Wmieszać się w tłum. Tak, niewątpliwie to był Zachód! Przed sklepem z owocami wystawione pomarańcze. POMARAŃCZE! Owoc, który pamiętałem z dawnych, przedwojennych lat, a we współczesnej mi Warszawie niemal mityczny. Reklama coca-coli... błyszczące, amerykańskie samochody... Byłem jednak w Berlinie Zachodnim!"

O tym spotkaniu z berlińskimi pomarańczami Gan-Ganowicz opowiada również w filmie Pistolet do wynajęcia czyli prywatna wojna Rafała Gan-Ganowicza (1997, reż. Piotr Zarębski), w okolicach 13 minuty.

W znanej scenie z Misia (1980) Stanisława Barei aktorzy w teatrze śpiewają okupacyjny szlagier "Teraz jest wojna", a kiedy przy słowach "Spod serca kap, kap, / słonina i schab, / salceson i dwa balerony" aktorka uchyla poły płaszcza i widać tę słoninę i balerony, jeden z widzów mówi do syna: "Widzisz, synku, tak wygląda baleron" (ok. 59 minuty). We wczesnych latach pięćdziesiątych pomarańczy nie można było zobaczyć nawet w teatrze. Stanisław Lem wspominał, że gdy w 1951 roku wystawiano jego sztukę Jacht "Paradise" (potworny antyimperialistyczny gniot napisany wspólnie z Romanem Hussarskim*), scenograf musiał potrzebne rekwizyty obstalować w stolarni:

"Jak pan pamięta, rzecz dzieje się na jachcie amerykańskiego milionera, który siedzi w towarzystwie fizyka atomowego i jeszcze bodaj kogoś - nie pamiętam, w którym to było akcie - w promieniach luksusowego słońca. Na pokład wkracza reprezentujący siły postępu i demokracji Murzyn, niosący na tacy owoce cytrusowe, a że w Polsce nawet ze świecą nie znalazłby pan wówczas takich specjałów, wykonano je z drewna. Więc kiedy on wszedł na premierze na scenę i potknął się, wówczas wszystkie te owoce potoczyły się po podłodze z łoskotem kul kręgielnianych" (Stanisław Bereś, Stanisław Lem, Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002, s. 60).

*[W programie do przedstawienia w Państwowym Teatrze Ziemi Opolskiej obaj autorzy deklarowali: "«Jacht Paradise» powstał w czasie, gdy w Warszawie trwały obrady Kongresu [II Światowego Kongresu Obrońców Pokoju]. Zadaniem sztuki było pokazanie podwójnego oblicza Ameryki. Z jednej strony wielkich posiadaczy, którym podporządkowany jest rząd, nauka i siły zbrojne, a z drugiej - wielomilionowych rzesz, zaczynających powoli rozumieć. w jak wielkiej mierze od nich zależy pokój. [...] W ciężkim położeniu jest profesor, zmuszony do pracy nad bombą wodorową. Jest to przykład tragicznej roli nauki w Stanach Zjednoczonych, która w warunkach postępującej faszyzacji z narzędzia budowy lepszego świata zostaje zmieniona w narzędzie zagłady".]

Nb. w tym samym 1951 roku, roku drewnianych pomarańczy, ukazało się pierwsze polskie wydanie powieści Mikołaja Czernyszewskiego Co robić? (przełożył Jerzy Brzęczkowski, Książka i Wiedza). Jeden z bohaterów tej powieści, Rachmietow, potem wzór dla pokoleń rosyjskich rewolucjonistów, odmawia sobie najrozmaitszych przyjemności, by w ten sposób wykazać, że "występujemy w imię zasady, a nie dlatego, że mamy słabostki". "Powiedział sobie: «Nie piję ani kropli wina, nie zbliżam się do kobiety». A naturę miał ognistą" (s. 310). Natomiast swoje menu układa kierując się następującą regułą:

"«To, co bodaj czasami jada prosty lud, mogę i ja jadać przy okazji. Tego, co nigdy nie jest dostępne ludziom prostym, i ja nie powinienem jeść! Potrzebne mi są ograniczenia po to, żebym chociaż trochę odczuł, jak ograniczone jest ich życie w porównaniu z moim». Dlatego też, gdy podawano owoce, to bezwzględnie jadł jabłka i stanowczo nie jadał moreli; pomarańcze jadał w Petersburgu, nie jadał zaś na prowincji - bo, uważacie państwo, w Petersburgu prosty lud jada pomarańcze, a na prowincji nie" (s. 311).

Tak zatem miały się sprawy z pomarańczami prawie sto lat wcześniej, pod knutem cara Aleksandra II.

[2] Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Polonia Book Fund, Londyn 1980, s. 77-79. Kazimierz Koźniewski był już wtedy od wielu lat również tajnym współpracownikiem policji politycznej (zob. Sławomir Cenckiewicz, Piotr Gontarczyk, Konfident z wyboru, "Wprost", 2006, nr 24). Jak wyglądał Tyrmand przy stoliku u Literatów w roku 1962, można zobaczyć w okolicach 7 minuty w filmie Janusza Morgensterna Jutro premiera. W rękopisie Tyrmanda ustęp ten nie różni się niczym istotnym od wersji drukowanej; jest jedynie bardziej rozwlekły: "Warszawa ma nową zabawę - świeżo uruchomiony przez régime tygodnik pt. Dookoła Świata. [...] Koźniewski [...] jest jego redaktorem literackim. [...] «Będziesz mógł pisać pod pseudonimem» - powiedział mi przed kilku dniami z uśmiechem Kazik, spotkawszy mnie u Literatów i mówiąc o planach nowego pisma w stosunku do mnie. Oczywiście, mógłbym, przecież Kazikowi chodzi tylko i wyłącznie o to, żebym napisał i wydrukował, grunt, że on o tym będzie wiedział. To byłby dla niego zasadniczy sukces, wtedy mógłby sobie powiedzieć: «Nie ma silnych ani twardych. Wszyscy ulegają. Ja byłem tylko mądrzejszy od innych, bo uległem wcześniej i teraz mam pozycję, pieniądze, ładne mieszkanie, zdrowe, jedzące codziennie pomarańcze dziecko...»" (zob. Leopold Tyrmand, Dziennik 1954. Wersja oryginalna, Wydawnictwo MG, Warszawa 2011, s. 98-100).

Nb. dzieci w 1954 roku "jedzące codziennie pomarańcze" już niedługo przerzucą się na banany, owoc w PRL-u jeszcze bardziej luksusowy. Określenie "bananowa młodzież" zrobi potem wielką karierę w roku 1968. Już 9 marca "Życie Warszawy" napisze "o wydarzeniach studenckich na UW jako akcji «bananowej młodzieży» i «elementów chuligańskich»" (Marta Fik, Marcowa kultura. Wokół Dziadów - Literaci i władza - Kampania marcowa, Wydawnictwo Wodnika, Warszawa 1995, s. 19). Zob. także Jerzy Eisler, Polski rok 1968, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2006, s. 85-86, 263, 281-282, 313, 331, 345, 502. Natomiast o "bananowym życiu" śpiewał jeszcze w 1980 roku zespół VOX ("Bananowy jest po prostu żywot mój", Bananowy song, słowa Marek Skolarski).

Nie należy jednak sądzić, że moda na przymiotniki utworzone od nazw owoców egzotycznych zaczęła się wraz z PRL-em. Już Prus w kronice z 20 maja 1882 roku pisał: "Kopalnie te przedstawiają bardzo dobry interes - «ananasowy» - jak mówi się w Warszawie" (Bolesław Prus, Kroniki, tom 5, opracował Zygmunt Szweykowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1955, s. 323). Natomiast w Lalce pewien adwokat nasłany przez baronową Krzeszowską zachwala Wokulskiemu swoją ofertę słowami: "Kokosowy interes. Nieprawdaż?..." (Bolesław Prus, Lalka, tom trzeci, nakład Gebethnera i Wolffa, Warszawa 1890, s. 25).

[3] Obieranie pomarańczy swoim dzieciom - to wizja szczęścia najpaskudniejszego z bohaterów Złego, Filipa Merynosa, prezesa spółdzielni "Woreczek" (zob. Leopold Tyrmand, Zły, Czytelnik, Warszawa 1966, s. 217). Natomiast bohaterowie pozytywni są pomarańczami jedynie częstowani. I tak, Martę Majewską, sekretarkę, najpierw częstuje palestyńskimi pomarańczami Franciszek Życzliwy, badylarz (s. 111), a potem Jerzy Meteor, hochsztapler (s. 529). Z kolei Olimpia Szuwar, kobieta dorodna przed czterdziestką, a zarazem wdowa z talentem do mętnych interesów, obiera pomarańczę doktorowi Witoldowi Halskiemu, w którym się podkochuje (s. 121); przynosi pomarańcze również wtedy, gdy odwiedza Halskiego (s. 330, 556).

Zresztą, pomarańcze dla łajdaków zawsze się znajdą. Marek Edelman opowiada, że nawet w warszawskim getcie byli tacy, co zajadali się pomarańczami. "Myśmy uznali, że to poniżej godności: że jeść pomarańcze, kiedy tu żydowskie dzieci umierają z głodu, to skurwysyństwo. Więc paru zabiliśmy [...]" (zob. Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, Marek Edelman. Życie. Po prostu, Świat Książki, Warszawa 2008, s. 97).

Natomiast po przełomie 1956 roku pomarańcze stały się już dostępne również dla zwykłych obywateli. Były jednak dalej dobrem na tyle rzadkim, że ich spożywanie traktowano jako "zaszczyt".

"W lutym 1958 r. miałem zaszczyt po raz pierwszy w życiu jeść pomarańcze. Trochę znów najadłem się wstydu. Nie wiedziałem dotąd, jak one wyglądają, a co dopiero, jak się je je.

Zbliżała się Wielkanoc [...] Radość była w domu z mojego przyjazdu. Każdy dostał jakiś prezent. Ponadto przywiozłem wiele słodyczy i pieniędzy. [...] Zdziwili się jednak, kiedy poczęstowałem wszystkich w domu pomarańczami i cytrynami. Ja je już uważałem za duży przysmak. W rodzinie wszyscy, z wyjątkiem tatusia, nie chcieli jeść. «Wolimy kartofle» - śmiejąc się mówił brat" (Tu jest mój dom. Pamiętniki z Ziem Zachodnich i Północnych, seria "Młode pokolenie wsi Polski Ludowej. Pamiętniki i studia", t. II, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1965, s. 526; pamiętnik zatytułowany "Felczer z olsztyńskiego"; autor pamiętnika urodził się w "1938 roku w Zabielu w rodzinie chłopa", s. 493).

Nb. prawie 140 lat wcześniej również trudno było dostać na wsi pomarańcze. Pułkownik Franciszek Salezy Gawroński tak wspominał swoją kurację w rodzinnym Nienaszowie (dziś powiat jasielski w województwie podkarpackim), gdy w 1821 roku zachorował na żółtaczkę:

"Brałem kąpiele i pigułki przepisane, ale to choroba nader byla nudna, bo to niechęć, odraza od wszystkiego, ani apetytu, ani snu nie miałem, osłabienie wielkie ciała i umysłu. [...] Kazano mi jeść pomarańcze, które trudne były na wsi do dostania".

W końcu jednak był je "dostał w Jaśle podostatkiem", i to w takiej obfitości, że część ich mógł posłać generałowej Męcińskiej z Dukli i - jak dodaje - "nader ją sobie tem ująłem" (Franciszek Salezy Gawroński, Pamiętnik r. 1830/31 i Kronika pamiętnikowa (1787-1831), wydał Jan Czubek, nakładem Akademii Umiejętności, Kraków 1916, s. 436-437).

[4] Zygmunt Mycielski, Dziennik 1960-1969, Iskry, Warszawa 2001, s. 226-227: "Przyjechałem tu wczoraj z Nadią Boulanger samochodem (bardzo podłym), w deszczu, chlapie i świństwie. Żenujące i wzruszające są te jej przyjazdy. Na dworcu w Warszawie Sikorski, Grażyna, Turski, Rudzińscy, kwiatki, 9 walizek, bałagan, bo każdy ją ciągnie gdzie indziej. Pani R. przynosi jej w prezencie jedną cytrynę. Rzeczywiście, nie ma tu teraz cytryn. Nadia nie rozumie, myśli, że pani R. zwariowała - «il faut prendre ça», mówi mi po cichu, więc łapię tę cytrynę i chowam do kieszeni. Okropny, ciemny, brudny pokój w «Bristolu» z wydeptanym dywanem i stolikiem, na którego szklanym blacie ktoś wymalował czerwone i czarne odrapane spirale. Łazienka niemalże obesrana, w każdym razie obdrapana. Pani Zacharzewska wtyka Nadii kopertę, w której jest coś 1000 zł na wydatki, od Związku Kompozytorów czy BWKZ. Mówię jej, żeby wzięła; wzięła bez trudności".

Nb. Nadia Boulanger nigdy nie wyszła za mąż, więc formalnie powinienem napisać "mademoiselle Boulanger", ale w marcu 1964 miała już 76 lat i chyba nikt tak do niej się nie zwracał.

[5] Anna Kowalska, Dzienniki 1927-1969, opracował Paweł Kądziela, Iskry, Warszawa 2008, s. 410: "Z Ministerstwa Kultury jakaś pani Klaskowska nalegała, aby Maryjka przyszła na obiad wydany przez Ministerstwo Kultury dla Jasia. Odpowiedziałam zimno, że od pół roku pani Dąbrowska leży w lecznicy i może minister przysłałby pomarańcze. Odpowiedziała: "Oczywiście". O tych pomarańczach zresztą myślałam od dawna. Maryjka żyje tylko kefirem".

Nb. skoro w połowie lat sześćdziesiątych pomarańcze najwybitniejszym polskim pisarzom musiał ofiarowywać minister, to oczywiste, że nie starczało ich dla pisarzy początkujących. 3 marca 1964 roku Edward Stachura tak pisał z Warszawy do swojego przyjaciela Janusza Żernickiego:

"Drogi Januszu [...] dziękujemy bardzo za cytryny i pomarańcze. Tu u nas marzyć nie można, żeby kupić. Jak się coś takiego pokaże, to za godzinę już wszystko rozchwycone. A pomarańcz w tym roku i w ubiegłym nawet nigdzie nie widziałem [...]" (Edward Stachura, Listy do pisarzy, opracował Dariusz Pachocki, Iskry, Warszawa 2006, s. 36).

[5a] Ale nie tego najwcześniejszego. Jeszcze na początku lat 70. śpiewana przez Marka Grechutę piosenka "Pomarańcze i mandarynki" (wg "Snu złotowłosej dziewczynki" Tuwima) emanowała nastrojem zbytkownego dekadentyzmu: tuberoza, narkoza, hebanowa lśniąca szkatułka i jako refren właśnie te pomarańcze i mandarynki.

[6] Przelicznik ten biorę od Marka Hłaski, który pod koniec lat 50. pisał do Agnieszki Osieckiej z Paryża: "Natomiast tanie są pomarańcze; to strasznie śmieszne - a przynajmniej tak z początku - że kilo pomarańcz kosztuje tyle samo co paczka tych wstrętnych Gauloises" (Listy Marka Hłaski, wstęp, wybór, przypisy i opracowanie listów Temida Stankiewicz-Podhorecka, Ypsylon, Warszawa 1994, s. 158). W pierwszej połowie lat 70. kilogram pomarańczy (40 zł) kosztował mniej więcej tyle, ile 3 paczki najdroższych "Carmenów" (12 zł) albo 11 paczek najtańszych papierosów.

[7] Scena w ok. 95 minucie filmu. Płyn w karafce nie musi być sokiem pomarańczowym, ale na taki wygląda.

[8] Robert Stiller opowiada w jednej ze swych książek następującą anegdotę o Władysławie Szpilmanie, bohaterze filmu Pianista: "Zapamiętałem też jego perorę, którą mi wygłosił nocą podczas długiego spaceru: «Panu się nie podoba? A czy ja na przykład piję wodę? Nie. Ja biorę pomarańczę, biorę cytrynę, wyciskam do szklanki, dopiero piję. Czy to niedobry ustrój?» Te owoce były wówczas rzadkością, z trudem osiągalną inaczej niżeli w sklepie za żółtymi firankami" (zob. Robert Reuven Stiller, Żydowskie abecadło twórców literatury polskiej, czyli od A do Żet z prawa na lewo, Wydawnictwo vis-à-vis/Etiuda, Kraków 2011, s. 141). Trzeba jednak pamiętać, że Stiller jest delatorem i kłamczuszkiem (więcej na ten temat w DODATKACH: "Donos jako forma uczestnictwa w życiu literackim. Przypadek Roberta Stillera").

[8a] Po 13 grudnia 1981 z wieloma rzeczami działo się już aż tak bardzo niedobrze, że nawet ci, którzy tu jeszcze niedawno mieszkali, tracili orientację. Gdy Krzysztof Pomian (na emigracji od wczesnych lat siedemdziesiątych) w swojej książce o zbieraczach i zbieractwie chciał dać sugestywny przykład obrazujący, że ludzie potrafią zbierać dosłownie wszystko, napisał, jak to w pewnym polskim mieście pewna pani gromadzi papierki służące do zawijania pomarańczy, cytryn i grejpfrutów. Tymczasem to, co dla niego i jego francuskich czytelników było w latach osiemdziesiątych tylko niegodnym uwagi śmieciem (incapables de provoquer le moindre intérêt), tutaj roztaczało czarowne wspomnienia minionych chwil cytrusowego szczęścia, pielęgnowało pamięć wiernej miłości do trzech pomarańczy. Zob. Krzysztof Pomian, Collectionneurs, amateurs et curieux. Paris, Venise: XVIe-XVIIIe siècle, Gallimard, Paryż 1987, s. 15: "[...] dans une ville polonaise, une dame amasse des petit papiers qui servent à emballer les oranges, les citrons et les pamplemousses".

[9] Kazimierz Kutz twierdzi co prawda, jakoby w trakcie kręcenia filmu Upał (a więc w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych) organizował przyjęcie z kubańskimi pomarańczami, ale jego wspomnienia pełne są zmyśleń i przeinaczeń. Anegdotkom i ploteczkom to nie szkodzi. Gorzej, że Kutz nawet nie pamięta, co sam kilkanaście lat wcześniej reżyserował. Na przykład wydaje mu się, że reżyserował jakieś nieistniejące i niemożliwe Sceny Hollywoodu Ödöna von Horvátha z Januszem Gajosem w roli głównej. Naprawdę były to Opowieści Hollywoodu (Tales from Hollywood) Christophera Hamptona; sztuka oparta na pomyśle, że von Horváth, który w rzeczywistości zginął w 1938 roku, dalej żyje jako niemiecki emigrant w Stanach. Zob. Kazimierz Kutz, Klapsy i ścinki. Mój alfabet filmowy i nie tylko, Znak, Kraków 1999, s. 290: "Aby sprawić im [Jeremiemu Przyborze i Jerzemu Wasowskiemu] większą radość, wpadłem na pomysł ekskluzywnej imprezy. W swoim apartamencie (wtedy reżyserzy pomieszkiwali w wielopokojowych apartamentach hotelowych, z wielkim łożem małżeńskim w sypialni!) wydałem kubańskie przyjęcie dla Starszych Panów i naszych dziewcząt. Prosiłem je, aby przyszły po kąpieli, ubrały się odświętnie, ale bez biustonoszy. Dlaczego bez biustonoszy - dziś już nie pamiętam. Przyjęcie kubańskie wzięło się stąd, że menu składało się wyłącznie z kubańskiego likieru i kubańskich pomarańczy". O rzekomych Scenach Hollywoodu von Horvátha można przeczytać w haśle "Janusz Gajos" na stronie 86.

[10] Marek Nowakowski, Karnawał i post, Iskry, Warszawa 1990, s. 195: "Redaktor J. o sobie i swojej sytuacji. Nagle. Spotkaliśmy się w ogonku po kubańskie pomarańcze". Potem następuje, zrozumiała w tym kontekście, rozmowa narratora z redaktorem J. o tym, czy można ratować "substancję narodu" za cenę osobistego zeszmacenia i o tym, co wtedy właściwie się ratuje.