EBENEZER ROJT

Andrzej Dragan odkleja się od reszty świata
albo pokusa racjonalizacji

"Fizyka odkleiła mnie od reszty świata" - wyznaje Andrzej Dragan, fizyk-celebryta, w swoim Kwantechizmie [1], a potem jeszcze sugeruje, że "naszym [fizyków] znakiem rozpoznawczym jest zespół Aspergera" (Kwantechizm, s. 33).

Ale to tylko taka kokieteria. Szybko okazuje się, że Andrzej to równy chłop, a nie żaden asperger. Pisze: "wszamać", "lajfstajl", "o co tu biega", że grawitacja ciągnie nas "ku glebie", zna radiowy slang TIR-owców, w młodości zaś kradł ludziom karty telefoniczne tak skutecznie, że Telekomunikacja musiała przerobić wyloty "we wszystkich automatach telefonicznych w Polsce" (Kwantechizm, s. 73, 76, 78, 88, 139).

Z tym że to pewnie też tylko taka celebrycka kokieteria.

W sumie jednak wybaczalna. Książka popularnonaukowa, mająca na oku również bardzo młodego czytelnika, powinna być przecież żywo napisana, więc jeśli nawet tu i ówdzie z tą żywością trochę przeszarżowano, nie warto o to kruszyć kopii.

Gorzej, że z równą niefrasobliwością podaje się w tej książce najprzeróżniejsze wiadomości - nierzadko z dziedzin dalekich od kompetencji autora - co już mocno trąci kompulsywnym besserwisserstwem. Rzeczywiście, podobno częstym w wypadku zespołu Aspergera. Może na upartego uszłoby to w swobodnej opowiastce roztrzepanego humanisty, ale od fizyka oczekuję znacznie większej odpowiedzialności za słowo.

Tymczasem Andrzej Dragan byle co, nawet krążące w Internecie anegdotki i memy, podaje tak, jakby to były fakty.

Nie jest prawdą, że:

"New York Times", relacjonując wizytę Nikity Chruszczowa na amerykańskiej farmie, opublikował jego zdjęcie wśród tamtejszych świń, podpisując je: towarzysz Chruszczow - trzeci od lewej (Kwantechizm, s. 196).
To tylko bardzo stary radziecki dowcip.

Nie jest prawdą, że:

Całkiem niedawno średniowieczni scholastycy zastanawiali się, ile diabłów zmieści się na główce od szpilki albo na czym stoi żółw podtrzymujący Ziemię (Kwantechizm, s. 166).
To z kolei tylko bardzo stary antyreligijny mem (nb. propagowany między innymi przez tych, z których kpiły bardzo stare radzieckie dowcipy).

Nie jest prawdą, że:

Wszystkim oprócz Mormonów znane są spektakularne efekty uboczne nauki - takie jak obserwowalny gołym okiem postęp techniczny (Kwantechizm, s. 83).
Draganowi najpewniej mormoni poplątali się z amiszami. Jako stary komputerowiec powinien jednak pamiętać, że Novell powstał w mormońskim Utah.

Nie jest również prawdą, że:

starożytni Grecy nie byli w ogóle świadomi zachodzącego postępu - tak bardzo był on powolny (Kwantechizm, s. 83).
Przeczy temu choćby świadectwo Platona:
Przez niezliczone setki wieków nie znali więc widocznie tych rzeczy ludzie żyjący podówczas, a tysiąc albo dwa razy tyle upłynęło lat, odkąd odkrył jedno Dedal, co innego Orfeusz, a co innego jeszcze Palamedes, odkąd odkryć w dziedzinie muzyki dokonał Marsjasz i Olimpos, Amfion wynalazł lirę, i całe mnóstwo wynalazków, które zawdzięczamy innym, wczoraj dopiero, żeby tak powiedzieć, powstało i przedwczoraj (Prawa, księga III, 677d; przekład Marii Maykowskiej).
Nie jest nawet prawdą, że Niels Bohr - w końcu kolega-fizyk - powiedział:
Przewidywanie jest bardzo trudne, a szczególnie przewidywanie przyszłości (Kwantechizm, s. 153).
Ten anonimowy bon mot po raz pierwszy przypisano Bohrowi dopiero wiele lat po jego śmierci. Ponieważ najprawdopodobniej został wymyślony w Danii, ktoś uznał, że musiał to zrobić jakiś sławny Duńczyk. Jednak przewidywanie przeszłości też nie zawsze się udaje.

Że Andrzejowi Draganowi nie chce się sprawdzać drobiazgów, to jeszcze pół biedy. Ale wstyd, gdy fizyk wygłasza również nie do końca przemyślane uwagi.

Trzy przykłady.

Większość ludzi bardziej [niż fizyka] ujmuje co prawda religia, która według mnie tylko tę godność odbiera (bo jak słusznie powiedział antropolog Ludwig Feuerbach, każdy dogmat to nic innego jak zakaz myślenia) bądź filozofia. Jednak, o ile w pracy fizyka teoretyka potrzebny jest długopis, papier i kosz na śmieci, to w przypadku filozofów ten ostatni okazuje się całkiem zbędny (Kwantechizm, s. 84; wyróżnienie za oryginałem).
Feuerbach rzeczywiście tak powiedział [2], ale umieścił to twierdzenie w książce niewątpliwie filozoficznej, albowiem - cóż za niespodzianka! - był w pierwszym rzędzie filozofem, czyli był (jak głosi następne zdanie) producentem twierdzeń niepoddawanych surowemu testowi kosza na śmieci. Rozbrajający paradoks! Ale może Dragan ma aż tak szerokie poczucie humoru, że żartując z filozofów, żartuje równocześnie z samego siebie powołującego się na filozofa.

Albo takie rozumowanie:

średnie liczby heteroseksualnych partnerów przeciętnej samicy i przeciętnego samca w populacji nagiej małpy [czyli populacji ludzi] muszą być matematycznie równe. Liczby te muszą być dokładnie takie same, bo liczba samic w populacji jest w przybliżeniu równa liczbie samców. A średnia liczba partnerów to całkowita liczba wszystkich relacji nawiązanych w obrębie całej populacji, podzielona przez liczbę osobników danej płci. Tymczasem każde badanie oparte na anonimowych kwestionariuszach niezbicie "dowodzi" "naukowo", że liczba heteroseksualnych partnerów u samic jest zdecydowanie mniejsza niż u samców... O czym to świadczy? (Kwantechizm, s. 251; wyróżnienie za oryginałem).
Na końcowe pytanie Dragan nie odpowiada, więc najwidoczniej uznał odpowiedź za trywialną. Jednak w rzeczywistości na podstawie danych, które podał, nie sposób ustalić, co zaburzyło wynik. Może być tak, że kobiety pod wpływem kulturowej presji zaniżają liczbę partnerów, ale może być też tak, że to właśnie mężczyźni z podobnych powodów tę liczbę zawyżają. Może naturalnie zachodzić równocześnie i jedno, i drugie. Ale może być nawet tak, że obie płcie nie kłamią, a jedynie próbka wzięta do badań nie odzwierciedla struktury społecznej, w której istnieje niewielka grupa kobiet mających zawodowo tysiące partnerów. Co nb. mocno uprawdopodabnia ów podejrzany dla Dragana wynik badań, że przeciętna samica (ale "przeciętna" już po odrzuceniu tej niewielkiej skrajnej grupy) ma mniej partnerów niż przeciętny samiec.

Lecz i to bynajmniej nie wyczerpuje wszystkich możliwości! Próbka może bowiem być dobra, natomiast oszukuje niewiasta uliczna, która na wszelki wypadek nawet w anonimowej ankiecie woli zataić swoją profesję. Albo też wcale nie oszukuje, a jedynie pod pojęciem "partnera seksualnego" rozumie wyłącznie tych mężczyzn, których sama sobie wybrała, bo reszta to dla niej tylko "klienci". Etc etc etc. A więc o czym to właściwie świadczy, panie Dragan? [3].

I jeszcze przykład zdania absolutnie niewywrotnego, więc chyba filozoficznego (w sensie Dragana), bo koszoodpornego:

Zachowania wzajemnie altruistyczne, wszelka moralność oraz stanowione prawa są społecznie opłacalne i nie ma potrzeby odwoływania się w ich wyjaśnianiu do motywacji religijnych (Kwantechizm, s. 257).
Gdyby ktoś teraz zapytał, czy na przykład społecznie opłacalne jest utrzymywanie ludzi z poważnymi wadami genetycznymi, głęboko upośledzonych, starców z Alzheimerem etc., wystarczy odpowiednio przeinterpretować pojęcie "społecznej opłacalności", by uzasadnić dowolną decyzję w tej sprawie. Natomiast sama ta interpretacja i tak będzie musiała ostatecznie odwołać się do motywacji religijnych lub parareligijnych, podsuwanych przez jakąś świecką ideologię.

Mógłbym tak ciągnąć długo, bo Andrzej Dragan niemal o wszystkim ma coś powierzchownego do powiedzenia. Że ktoś tam potrafi czytać z szybkością stu stron na minutę [4]. Że religia świetnie trafia w ludzkie oczekiwania, a nauka - nie [5]. Że ponieważ istnieje dużo planet, to życie w Kosmosie "musi być [...] pospolite" i można także wyobrazić sobie jego ewolucję "w przestrzeniach internetu" (Kwantechizm, s. 260). Zdaje się, że nawet wierzy, jakoby ewolucja postępowała od form prymitywnych do coraz doskonalszych i chyba nie jest to tylko taki niefrasobliwy façon de parler [6] [6a].

Wprawdzie część tych fantazji pochodzi z rozdziału zatytułowanego "Nie znam się, to się wypowiem", ale mam wrażenie, że bezpretensjonalny styl Richarda Feynmana wiele traci ze swego uroku, gdy jego naśladowca nie jest Richardem Feynmanem.

Widać to zwłaszcza wtedy, gdy pojawiają się kwestie związane z religią. Feynman, zdeklarowany ateista, nigdy nie ukrywał swoich poglądów, ale stać go było również na uprzejmy komplement i powstrzymanie się od łatwego sowizdrzalstwa.

Uważam encyklikę Jana XXIII [Pacem in terris z roku 1963], którą przeczytałem, za jedno z największych wydarzeń naszych czasów i wielki krok w przyszłość. Nie potrafiłbym znaleźć lepszego sposobu wyrażenia moich poglądów na sprawy moralne, na obowiązki i odpowiedzialność ludzkości, na stosunki pomiędzy ludźmi, niż jest to zrobione w tej encyklice. Nie podzielam pewnych motywacji, stojących za niektórymi ideami, wyprowadzonymi od Boga. Osobiście nie uważam, by niektóre z tych idei były w wyraźny sposób naturalną konsekwencją idei głoszonych przez wcześniejszych papieży. Z tym się nie zgadzam, ale nie będę tego wyśmiewał ani nie będę się spierał [7].
Natomiast Dragan swoją ostentacyjną niechęć do religii [8] nieustannie racjonalizuje - w dodatku czasem za pomocą dość fantastycznych wyobrażeń.
Teza Galileusza była zaprzeczeniem kultywowanych od ponad tysiąca lat praw sformułowanych przez Arystotelesa. Obrazoburczy pogląd Galileusza z pewnością nie przysporzył mu sympatii ówczesnych dygnitarzy. Zresztą dostojnicy chrześcijańscy wkrótce skazali Galileusza na spalenie żywcem na stosie za głoszenie i popieranie tez stawianych przez Kopernika. Jakieś 25 lat temu jeden z papieży przypomniał sobie o sprawie i uznał za stosowne przyznać, że skazanie Galileusza na karę śmierci (którą tuż przed egzekucją zamieniono na dożywotni areszt z zakazem prowadzenia badań naukowych) było "subiektywnym błędem" (Kwantechizm, s. 257).
Od Arystotelesa do Galileusza minęło niemal dokładnie dwa tysiące lat - ale to drobiazg. Gdy się już jednak zdecydowało wspomnieć o procesie Galileusza, wypadałoby znać podstawowe fakty przynajmniej na poziomie Wikipedii. Nikt Galileusza nie skazał "na spalenie żywcem na stosie" ani w ogóle na karę śmierci. Tym samym nie zainscenizowano żadnej egzekucji, nie zamieniono kary etc. Areszt zaś - o czym rzadko się pamięta - to nie były lochy Watykanu, lecz luksusowa willa, w której Galileusz przyjmował gości "w apartamencie wybitym aksamitem i niezwykle bogato urządzonym" [9]. I naturalnie w dalszym ciągu prowadził tam badania naukowe (librację Księżyca odkrył w roku 1637 - a więc cztery lata po wyroku). Ach, i jeszcze raz na tydzień Galileusz za karę odmawiał psalmy.

Rzecz jasna ani myślę usprawiedliwiać obyczaj, by kogokolwiek za jakiekolwiek twierdzenia naukowe, nawet - jak w wypadku Galileusza - marnie dowodzone, ciągnąć przed sąd. Tyle że Galileusz nie miał łatwego charakteru i chyba w każdej epoce dorobiłby się wrogów i kłopotów. Dziś może nikt by go nie sądził, ale wątpię, czy utrzymałby się na uczelni człowiek, który w swojej książce daje do zrozumienia, że rektor tej uczelni jest durniem. A właśnie coś podobnego Galileusz sprokurował w odniesieniu do papieża [10].

Jeśli zaś idzie o racjonalizację - której przykładem może być choćby ten bałamutny wtręt o stosie dla Galileusza i której nie należy mylić z racjonalnością - to trudno nie zgodzić się z autorem, że jest to "w istocie narzędzie [...] mające wspomóc naszą pewność siebie" (Kwantechizm, s. 42).

Nic więc dziwnego, że akurat pewności siebie Andrzejowi Draganowi żadną miarą nie brakuje.

[1] Andrzej Dragan, Kwantechizm czyli klatka na ludzi, Fabuła Fraza, Warszawa 2019, s. 22. Dalej cytuję jako Kwantechizm.

Nb. określenie "fizyk-celebryta" nie jest moją tanią złośliwością. Dragan sam właśnie w takim stylu opowiada o swoich wyczynach:

"Parę lat temu napisałem ze swoim doktorantem oraz znajomym profesorem z Wielkiej Brytanii artykuł na temat idealnych zegarów. [...] Skrót artykułu ukazał się nagle w kilkuset gazetach, ja zaś przez tydzień byłem na tę okoliczność przepytywany przez dziennikarzy dzwoniących do mnie «na żywo» z najdziwniejszych miejsc na świecie" (Kwantechizm, s. 230).

"Nakręciłem [...] w domu minutowy film i wrzuciłem go do sieci. Zrobił się z tego wiral obejrzany parę milionów razy, a ja znów wylądowałem na tę okoliczność w różnych śniadaniowych telewizjach" (Kwantechizm, s. 172).

No to teraz odpowiedzcie sobie sami: ilu fizyków widzieliście "w różnych śniadaniowych telewizjach"?

Choć z drugiej strony, gdy ktoś w wieku czterdziestu lat opowiada o sobie: "po pięciu latach dostałem nagrodę Polskiego Towarzystwa Fizycznego za najlepszą pracę magisterską w Polsce, a na egzaminie magisterskim trzy oceny celujące" (s. 76), to chyba już przeczuwa, że nigdy nie będzie fizykiem z pierwszego szeregu i jedyne, co mu pozostaje, to zawadiackie celebryctwo. Ja w każdym razie nie przypominam sobie, by Einstein albo Planck chwalili się kiedykolwiek piątkami na studiach.

[2] L[udwig] Feuerbach, Pierre Bayle nach seinen für die Geschichte der Philosophie und der Menschheit interessantesten Momenten, Brügel, Ansbach 1838, s. 113: "Das Dogma ist nichts anderes als ein ausdrückliches Verbot zu denken".

[3] Wbrew wyobrażeniom Dragana, zaczerpniętym chyba z prasy ilustrowanej, żadne poważne badanie nie "dowodzi" ani niezbicie, ani "naukowo", że średnia "liczba heteroseksualnych partnerów u samic jest zdecydowanie mniejsza niż u samców". Przeciwnie: badania te zazwyczaj koncentrują się właśnie na analizie przyczyn tego od dawna znanego zjawiska, że wyliczone na podstawie ankietowych deklaracji średnie liczby partnerów są różne w wypadku mężczyzn i kobiet. Że zaś liczby te powinny być równe, autorzy czasem powtarzają aż do znudzenia, by nikt ich nie posądził o nieznajomość elementarza statystyki.

"In spite of the unassailable logic that every new coital partner a man has is also a new partner for the woman concerned, men typically claim more sexual partners than women. [...] These figures need some explanation, as each new partner for a man must, necessarily, mean a new partner for a woman. [...] actual average of heterosexual partners [...] must necessarily be identical in the two sexes" (Dorothy Einon, Are Men More Promiscuous Than Women?, "Ethology and Sociobiology" 1994, tom 15, s. 131-132).

Nb. Einon analizuje i odrzuca hipotezę, że dane zaburza istnienie niewielkiej grupy prostytutek i skłania się ku założeniu, że najprawdopodobniej obie płcie po prostu łżą:

"Given that men are exaggerating their experience or women their virtue, we may as well assume that no one tells the truth and that the real figure is somewhere in the middle.

A big discrepancy in the theoretical and observed mean of a very large sample is most unlikely to be produced by a very small number of outliers. This will be as true for coital frequencies as it is for coital partners. When it comes to an activity that a man must do with a woman, it is inevitably the case that average activity levels for men and women cannot differ. The mathematics are unassailable" (s. 142).

[4] "I stąd rekord świata w szybkości czytania wynoszący dwadzieścia pięć tysięcy słów, czyli prawie sto stron książki na minutę" (Kwantechizm, s. 18; wyróżnienie za oryginałem).

Nie wiadomo, skąd Dragan wziął tę wiadomość, ale - i to dopiero jest kompromitujące - nie wiadomo nawet, co to zdanie w ogóle znaczy. Coś podobno "czytano". Ale co, skoro nie wiadomo, na jakiej zasadzie został przygotowany tekst do zawodów, jak bardzo był "gęsty informacyjnie" i jak to mierzono. Nie wiadomo także jakiej był wielkości. Czy rzeczywiście czytano sto stron czy też na przykład ktoś "przeczytał" w sekundę jedną stronę z czterystu słowami. Nie wiadomo nawet, w jakim ten tekst był języku.

Nie wiadomo również, co uznano za weryfikację udanego "przeczytania". Jakiej używano w tym celu procedury i jak oceniano zrozumienie, nie zaś samo tylko powtórzenie "przeczytanej" treści (podobno niektórzy sawanci potrafią bezbłędnie powtórzyć treść przekartkowanej książki). Właściwie nie wiadomo nic poza garścią sensacyjnych liczb. Dragan pisze w innym miejscu, że fizykom trudno jest wcisnąć kit (Kwantechizm, s. 33). Ale tak tandetnego kitu nie dałby sobie przecież wcisnąć nawet filozof.

Nb. naturalne zadatki na rekordzistę w szybkim czytaniu ma u nas chyba Paweł Dunin-Wąsowicz, jeśli sądzić z jego własnej nie tak dawnej deklaracji: "W ogóle zwykle czytam szybko i bez zrozumienia" (Dzika biblioteka, Iskry, Warszawa 2017; korzystałem z wersji elektronicznej przygotowanej przez Publio; koniec rozdziału "Pożyczone nieoddane"). Szczere wyznanie! Natomiast Dragan wiele opowiada o swoich ćwiczeniach jak najszybszego "żarcia tekstu", ale o zrozumieniu tego, co tym sposobem zeżarł, dyskretnie milczy. Być może uważa je za nienaganne, skoro jest z zawodu fizykiem.

[5] "W przeciwieństwie do religii, która świetnie trafia swoimi tezami w oczekiwania wiernych i jest z nimi zadziwiająco zgodna, niemal wszystkim odkryciom naukowym towarzyszyło masowe rozczarowanie" (Kwantechizm, s. 18; wyróżnienia za oryginałem).

Zdaniu temu przeczy chociażby recepcja encykliki Humanae vitae, która po przeszło pięćdziesięciu latach wciąż jakoś nie może trafić w oczekiwania wiernych. Chyba trudno byłoby znaleźć w dwudziestym wieku odkrycie naukowe przebijające się równie długo i z podobnymi oporami.

[6] "Etap, na którym naga małpa znajduje się obecnie, jest również pewnym tymczasowym, względnie prymitywnym stadium rozwoju. Za jakiś czas zostaniemy ewolucyjnie zastąpieni istotami, które dzielić od nas będzie przepaść o wiele większa, niż obecnie dzieli nas od mrówek" (Kwantechizm, s. 244; wyróżnienie za oryginałem).

Ta parareligijna fantazja filozofującego fizyka naprawdę nie ma nic wspólnego z prawdziwą teorią ewolucji, zgodnie z którą:

"[...] ewolucja nigdzie nie zdąża, nie ma żadnego kierunku. Jest wynikiem gry przypadkowych zmian genetycznych, ograniczeń nakładanych przez zaszłości ewolucyjne w postaci utrwalonych dziedzicznie planów budowy i funkcji oraz selekcyjnego działania biologicznego i martwego środowiska życia" (Władysław J. H. Kunicki-Goldfinger, Znikąd donikąd, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2003, s. 180).

Innymi słowy, ewolucja nie daje żadnej gwarancji, że gatunek ludzki stanie się w przyszłości w jakimkolwiek sensie "doskonalszy" czy "mądrzejszy". Równie dobrze może stać się "głupszy". Być może ten proces już się nawet zaczął.

[6a] [Dopisek] Dragan zna się też wybornie na kurach. Jednak według Czytelnika, który życzy sobie występować tu jako Biolog, poniższy akapit o wzroku kur z rozdziału trzeciego, zatytułowanego "Dlaczego kury ruszają głowami?", jest wyjątkowo bałamutny:

"Kura, podobnie jak większość ptaków, prawie niczego nie widzi. To znaczy widzi głównie to, co się rusza. A jak coś się nie rusza, to kurze zdaje się, że tego nie ma. [...] Kury znalazły jednak sprytny sposób, by poradzić sobie z dolegliwą budową swoich oczu. Znają one bowiem zasadę względności Galileusza i wiedzą, że jest bez znaczenia, czy rusza się robak, na którego chcą sobie popatrzeć, czy też względem robaka rusza się ich własna głowa. Ruch jest bowiem wyłącznie względny. Dlatego właśnie kury, gołębie, jak i wiele innych gatunków ptaków machają głowami przy każdym kroku. Dzięki temu cały świat zaczyna się względem nich ruszać i można sobie na niego popatrzeć. Nie żartuję!".

Mniejsza już o kolejne niefrasobliwe stwierdzenie Dragana, że kura "prawie niczego nie widzi", gdyż w ostateczności można założyć, że owo "prawie" jest w tym wypadku wyjątkowo pojemne. Aczkolwiek warto pamiętać, że pod pewnymi względami kura widzi lepiej niż człowiek: widzi ultrafiolet, a jej pole widzenia to 330 stopni. Natomiast rzekome machanie kur głowami "przy każdym kroku" ma sens akurat odwrotny: jest to w istocie stabilizacja głowy! Dzięki temu świat wokół idącej kury się NIE rusza i może ona dostrzec na tym nieruchomym tle ruszającego się robaczka lub skradającego się drapieżnika. Również w wypadku szybkich ruchów głowy stojącej kury ważny jest nie tyle sam ruch, co krótkie chwile jego zatrzymania. Kura wówczas wykonuje jakby dwie fotografie pod różnym kątem, które połączone w jej mózgu tworzą obraz przestrzenny i pozwalają kurze ocenić odległość.

Fakt, że wsteczny ruch głowy u idącej kury to iluzja obserwatora, gdyż w rzeczywistości kura w tej fazie ruchu "podciąga" tułów do nieruchomej głowy, ustalili już 90 lat temu Knight Dunlap i O. H. Mowrer (Head movements and eye functions of birds, "Journal of Comparative Psychology" 1930, 11, s. 99-113; na s. 108-113 trzy plansze zdjęć z osobnymi opisami). Kto jednak chciałby się przekonać, że wciąż nie wszystko jest tu tak do końca jasne (jak to zresztą zwykle bywa w nauce), niech przeczyta niewielki przeglądowy artykuł Reinholda Neckera Head-bobbing of walking birds ("Journal of Comparative Psychology" 2007, 193, s. 1177-1183).

[7] Richard P. Feynman, Sens tego wszystkiego. Rozważania o życiu, religii, polityce i nauce, przełożył Stanisław Bajtlik, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 97.

Dla koneserów to samo w oryginale:

"I therefore consider the Encyclical of Pope John XXIII, which I have read, to be one of the most remarkable occurrences of our time and a great step to the future. I can find no better expression of my beliefs of morality, of the duties and responsibilities of mankind, people to other people, than is in that encyclical. I do not agree with some of the machinery which supports some of the ideas, that they spring from God, perhaps, I don't personally believe, or that some of these ideas are the natural consequence of ideas of earlier popes, in a natural and perfectly sensible way. I don't agree, and I will not ridicule it, and I won't argue it" (Richard P. Feynman, The Meaning of It All. Thoughts of a Citizen Scientist, Perseus Books, Reading 1998, s. 122).

[8] Niechęć tym osobliwszą, że jednocześnie Dragan dostrzega (choć może mimowolnie) pewne podobieństwa między religią a dzisiejszą fizyką. Porównajcie zresztą sami.

To o religii:

"Problem z owymi treściami [religijnymi] jest jednak taki, że nie znajdują one jakiegokolwiek uzasadnienia, jest to wyłącznie widzimisię osób wierzących (Kwantechizm, s. 258; wyróżnienie moje).

A to już o kolegach-fizykach:

"Kilku moich kolegów z piętra zajmuje się na przykład tworzeniem i rozwijaniem jednej z odmian kwantowej grawitacji, tak zwaną grawitacją pętlową. Inna droga, którą podąża liczne pogłowie fizyków, wiedzie poprzez tak zwaną teorię strun. Ponieważ nie ma doświadczalnych przesłanek przemawiających za którąkolwiek z tych teorii, a jeśli już, to są to raczej przesłanki wykluczające, to decyzja o zajmowaniu się rozwijaniem tych teorii jest w dużej mierze kwestią gustu. Jedni lubią drinki z palemką, a inni malować paznokcie" (Kwantechizm, s. 218; ostatnie wyróżnienie moje).

[9] Są to słowa jednego z francuskich gości Galileusza. Podaję je za: Arthur Koestler, Lunatycy. Historia zmiennych poglądów człowieka na wszechświat, wstęp Herbert Butterfield, przełożył Tomasz Bieroń, Zysk i S-ka, Poznań 2002, s. 490. Dalej cytuję jako Lunatycy.

[10] Potem się z tego nieco obłudnie wykręcał i dementował taką interpretację: "nigdy nie przeszło mi przez myśl, aby popełnić coś tak świętokradczego i naigrawać się z Jego Świątobliwości, jak wmówili mu moi złośliwi wrogowie" (Lunatycy, s. 482). Ale jak tu nie wierzyć w wiadomość tak dobitnie zdementowaną...

Koestler pisze wręcz o "uporczywych prowokacjach Galileusza" (Lunatycy, przypis 41 na s. 582) oraz podaje liczne przykłady jego nieuczciwych chwytów polemicznych. "Jak się przekonaliśmy, naukowcy często zachowywali się maniakalnie i obsesyjnie, jak również mieli skłonność do oszukiwania w szczegółach, lecz maskarada, którą zaprezentował Galileusz [w Dialogu o dwu najważniejszych układach świata], jest w annałach nauki czymś wyjątkowo rzadkim" (Lunatycy, s. 477).