EBENEZER ROJT

Agnieszka Kublik i Wojciech Czuchnowski
wysłuchują Tomasza Turowskiego
albo pogawędka ze szpiegiem

Co robi na wstępie wyszkolony agent, gdy rozmawia z dziennikarzami? Sprawdza, czy go sprawdzą.

Ojciec - mówi agent - [...] miał na mnie poważny wpływ. To była bardzo silna osobowość, przed wojną należał do grupy literackiej Kwadryga, mieszkał w akademiku razem z Gałczyńskim, wystarczy przeczytać książkę Sabiny Sebyłowej "Okładka z Pegazem", tam opisuje ona tę historię [1].

Agent nazywa się Turowski, Tomasz Turowski. Najpierw był oficerem wywiadu PRL i jako jezuicki kleryk szpiegował w Watykanie. Potem został oficerem wywiadu III RP i jednocześnie pracował w dyplomacji. Między innymi jako ambasador na Kubie, a w 2010 roku jako kierownik wydziału politycznego w Ambasadzie RP w Moskwie. Podobno to właśnie on posłużył za pierwowzór tego wszędobylskiego i nieco demonicznego dyplomaty, którego w filmie Smoleńsk gra Jerzy Zelnik.

Zaproszenie do sprawdzenia podaje swoim rozmówcom niemal na tacy: "wystarczy przeczytać książkę". Do tego nazwisko autorki, tytuł. Brakuje chyba tylko adresu najbliższej biblioteki.

I co? I nic. Nawet nie zajrzeli. Gdyby zresztą ktoś z tego tandemu dobrych dziennikarzy z "Gazety Wyborczej" po humanistycznych studiach, na przykład Wojciech Czuchnowski, miał chociaż blade pojęcie o Gałczyńskim [2], mógłby również bez zaglądania do książki Sebyłowej nabrać podejrzeń. Skąd ten akademik, skoro Gałczyński mieszkał z rodzicami w Warszawie i w Warszawie studiował?

W rzeczywistości ojciec agenta, Stanisław Turowski, mieszkał w akademiku razem z innym poetą, Władysławem Sebyłą, zamordowanym 16 lat później w Charkowie [3]. Natomiast Sabiny Sebyłowej w ogóle nie interesował ani jego akademik, ani inne życiowe perypetie. W Okładce z Pegazem wspomina o Stanisławie Turowskim tylko jeden jedyny raz, gdy wylicza drobniejszych twórców, którzy według niej nie zaliczają się do właściwego składu Kwadrygi [4]. Wystarczy więc przejrzeć indeks nazwisk w jej książce, żeby się przekonać, że z tą historią o Kwadrydze i Gałczyńskim to bujda.

Mało prawdopodobne, by samemu Tomaszowi Turowskiemu tak się to wszystko niechcący poplątało. Po pierwsze, Turowski uczył się technik zapamiętywania, bo co to za szpieg, któremu wszystko się plącze [5]. Po drugie, chodzi o jego ojca, a widać, że do poruszenia w rozmowie wątku rodzinnego wcześniej się przygotował. Wreszcie po trzecie, poezja i poeci to nie są dla niego tematy obce. Turowski sam pisał wiersze, a pod koniec lat 60. razem z teściem obecnego prezydenta, Julianem Kornhauserem, zakładał grupę poetycką Teraz [6].

Nic więc dziwnego, że oficer wywiadu, który przekonał się, że trafił na dziennikarzy leniwych i niekompetentnych, odtąd kpi sobie z nich w żywe oczy i zmyśla byle co [7].

Uczyłem się alfabetu Morse'a, doszedłem do pięciuset znaków na minutę (Kret, s. 28).
Ale pięćset znaków na minutę to byłby nowy wspaniały rekord świata! Coś jak "doszedłem do dziewięciu sekund w biegu na sto metrów" [8]. Turowski musiał też mieć dużo radości, gdy dobrzy dziennikarze przepytywali go, jak wyglądało od kuchni szpiegowskie fotografowanie dokumentów [9].

Natomiast jego opowieść o pierwszych kontaktach z SB to już legendowanie wyjątkowo niechlujne i niezborne.

Otóż zaraz po maturze Tomasz Turowski wstępuje do Związku Młodzieży Socjalistycznej, a potem jedzie do Krakowa studiować filologię rosyjską. Tam robi w tej młodzieżowej partyjnej przybudówce błyskawiczną karierę i prawie z marszu zostaje "wiceprzewodniczącym zarządu uczelnianego na Uniwersytecie Jagiellońskim" (Kret, s. 17). Jakim cudem? - wypadałoby zapytać. Bo przecież wiceprzewodniczącym na jednym z najważniejszych uniwersytetów w Polsce nie zostawało się wtedy dlatego, że było się popularnym wśród studentów. Ale nie zapytali.

Tymczasem nadchodzi marzec 1968 i wtedy Turowski podobno zaczyna mieć "kłopoty". "Najpierw zadzwonili do mnie z placu Wolności w Krakowie, z siedziby Służby Bezpieczeństwa, żebym się tam zgłosił" (Kret, s. 19). Ale on, jako ten dziewiętnastoletni już niemal-szef ZMS-u, ani myśli pójść, tylko śmiało prosi ich "do siebie". Esbecy zaś - wyobraźcie sobie! - posłusznie stawiają się na spotkanie, mówią do chłopaka per "towarzyszu", lecz nie są "usatysfakcjonowani" jego odpowiedziami [10].

"Byłem wtedy - wyznaje - w okresie zamętu duchowego. [...] walił się mój system wartości" (Kret, s. 21). I właśnie jakoś tak w tym zamęcie znalazł się pod koniec 1969 roku "na wieczorze autorskim Stanisława Wałacha, partyzanta Armii Ludowej z Zagłębia". Turowski najpierw twierdzi, że przyszedł na ten wieczór, bo przeczytał jego książkę, a zaraz potem, że wcale nie wiedział, kim jest Wałach.

Nie wiedziałem, kim jest, nie miał na czole napisane: "Jestem krakowski Moczar i jestem szefem SB". On zaprasza na plac Wolności. Mówi, że jest zastępcą komendanta wojewódzkiego MO do spraw Służby Bezpieczeństwa (Kret, s. 23; wyróżnienie moje).
Owszem, Wałach na czole napisane nie miał, ale w swoich książkach pisał o tym najzupełniej otwarcie, a właśnie w 1969 roku wydał swoje bezpieczniackie wspomnienia Był w Polsce czas... Zatem to ostentacyjne "nie wiedziałem" znowu wygląda tak, jakby wyszkolony agent chciał sprawdzić, co z tym zrobią jego rozmówcy [11].

No i jakoś tak niedługo potem system wartości mu się raptownie odbudował i został szpiegiem. Podkreśla, że nie przysięgał bronić socjalizmu [12], ale jednak wkrótce wstąpił do PZPR. "Ideowo byłem przekonany" - mówi (Kret, s. 40). Nie miał też żadnych wątpliwości moralnych, bo przecież wykonywał swoje zadania "jako przedstawiciel legalnego państwa" (Kret, s. 202), a ponadto wywiad to niemal liga gentlemanów i działa zawsze "w sferze etyki i moralności" [13].

Co innego ludzie, których rozpracowywał, na przykład taki Rafał Gan-Ganowicz:

Wśród niektórych złotych myśli, które przekazywał potomnym, była i taka, dotycząca uczucia, które się ma, kiedy się zabija człowieka. Dziennikarze pytali go o to i jego odpowiedź zacytowali mi na spotkaniu w Magdalence [w roku 1979] moi przełożeni: "Nie znam tego uczucia, zabijałem tylko komunistów" (Kret, s. 187-188).
Tyle że Gan-Ganowicz nigdy tego nie powiedział. Zmyślenie to pojawiło się dopiero cztery lata po jego śmierci (zresztą pierwotnie w nieco innej wersji) i opiera się na relacji jednego człowieka, mało wiarygodnego, który rozmawiał z Gan-Ganowiczem bez świadków [14]. Tak więc Turowski tym bardziej nie mógł usłyszeć tej "złotej myśli" od przełożonych w 1979 roku w Magdalence.

Z kolei Ryszardowi Kuklińskiemu nie tylko ma za złe, że Amerykanom "przekazywał również tzw. cele atomowe" (Kret, s. 159), ale jeszcze uzasadnia to w pozbawiony elementarnej logiki sposób:

Otóż te cele atomowe zaznaczył pan Kukliński również na mapie Polski. Oczywiście teraz istnieje broń precyzyjna, która przy małych ładunkach nuklearnych powoduje niewielkie straty uboczne. Ale wtedy takiej precyzji nie było. A więc każde uderzenie w jeden z tych celów atomowych spowodowałoby olbrzymie zniszczenia i śmierć tysięcy ludzi dookoła. To byli współziomkowie pana pułkownika Kuklińskiego. I tego, jako oficer, nie mogę mu darować (Kret, s. 160).
Choć przecież jest oczywiste, że gdyby Kukliński tych celów nie przekazał, to w kryzysowej sytuacji, gdyby Rosjanie zdecydowali się na rajd na Zachód, zniszczenia byłyby wielokrotnie większe, bo Amerykanie musieliby uderzać w ciemno, a więc znacznie gęściej. W końcu szpiegów najmuje się między innymi i po to, by optymalnie gospodarować własnymi zasobami.

I jeszcze na koniec baśń o potędze polskiej myśli technicznej, która wprawdzie pod koniec lat 70. miewała trudności ze sznurkiem do snopowiązałek i papierem toaletowym, ale swojego szpiega potrafiła wyposażyć w "miniskaner zakamuflowany w brewiarzu" (Kret, s. 145), z własnym zasilaniem i z wewnętrzną pamięcią pozwalającą zapisać skany kilkudziesięciu stron.

Jak się odsunęło suwak, to była normalna książka, co więcej - ta książka zawierała rzeczywiście tekst brewiarzowy. Natomiast żeby włączyć skaner, wystarczyło rozłożyć książkę na odpowiedniej stronie, bo cała elektronika znajdowała się w jej grzbiecie. Przesuwało się ją nad dokumentem, który miał zostać elektronicznie zapamiętany, po czym zamykało i otwierało inną stronę, aby powrócić do nierzucającego się w oczy brewiarza. To przesunięcie skanera nad tekstem trwało chwilę, tak jak we współczesnych skanerach ręcznych. Dziś nikogo to nie dziwi, ale trzydzieści parę lat temu był to rewolucyjny wytwór naszej myśli technicznej (Kret, s. 147).
Szkoda tylko, że po tym polskim cudzie techniki z roku 1980 nie sposób nigdzie znaleźć żadnego śladu.

Dlaczego jednak dwoje dziennikarzy "Gazety Wyborczej" męczy się - niedbale i jakby z musu - z tym zawodowym Münchhausenem? Być może pewną wskazówką jest ostatni rozdział książki zatytułowany "Co widziałem 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku", w którym Turowski występuje jako gołąbek polsko-rosyjskiego pojednania, swobodnie przechodząc od suchego języka prelegenta z Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej:

A dialog młodzieży oparty na wspólnocie wartości może się stać w przyszłości fundamentem poprawy relacji polsko-rosyjskich (Kret, s. 286)
do himalajów patosu:
I pamiętając o tej tragicznej katastrofie, ciągle wierzę w to, co mówiłem w radiu moskiewskim, że w naszej judeochrześcijańskiej, wspólnej dla Polski i Rosji kulturze i wierze wszystkie wielkie rzeczy zawsze rodziły się z ofiary krwi, i dlatego jestem przekonany, że krew ofiar tragedii smoleńskiej nie pójdzie na marne, że zakiełkują z niej pierwsze pędy zrozumienia między naszymi narodami, dzięki wzajemnemu współczuciu i wspólnemu przeżywaniu (Kret, s. 307-308).
Wszystko też w tej jego relacji jest "autentyczne". "Rosjanie byli autentycznie wstrząśnięci i pierwsze reakcje ukazywały głębokie współczucie" (Kret, s. 302). "Widziałem z ich strony autentyczne przejęcie się sytuacją" (Kret, s. 307). Ba, nawet łzy Putina były wtedy autentyczne:
Pamiętam tylko ten moment, kiedy przyjechał premier Putin na spotkanie z premierem Tuskiem. I Putin, człowiek skrajnie opanowany, autentycznie miał łzy w oczach. Pierwszy raz coś takiego widziałem (Kret, s. 304).
Autentyczne łzy Putina? Cóż, działo się to w czasach, gdy nawet Adam Michnik próbował raz po raz jakiegoś nowego otwarcia i pojednania z Rosją. I to z wcale nie mniejszym patosem:
Katastrofa w Smoleńsku sprawiła, że coś w naszych sercach polskich i rosyjskich pękło. W sercach przywódców i zwykłych ludzi. Było to jak otwarcie gigantycznej tamy, spiętrzającej niewypowiedziane dotąd słowa i gesty (Adam Michnik, Coś drgnęło w naszych sercach [+wersja rosyjska], wyborcza.pl, 16 kwietnia 2010).
Natomiast półtora roku później w wywiadzie dla rosyjskiej państwowej agencji informacyjnej RIA Novosti Michnik, prócz niebywałego wyznania, że po upadku komunizmu bał się antyrosyjskich pogromów w Polsce, pozwolił sobie nawet na dyskretny komplement:
Być może Putin w swoim życiu zrobił wiele rzeczy nie najlepszych, ale nie jest winien smoleńskiej katastrofy! I zachował się po tej katastrofie tak, jak należy [15].
Toteż autentyczne łzy Putina bardzo dobrze się z tym należytym zachowaniem rymowały, podobnie jak "pierwsze pędy zrozumienia" z niewypowiedzianymi dotąd słowami i gestami. Najwidoczniej dla takiej pointy nie szkoda było oddać kilkuset stron esbeckiemu kłamczuchowi na jego prywatne baśnie.

Ale co za pech! Kret w Watykanie miał premierę w październiku 2013, a już zaraz w listopadzie zaczął się Euromajdan, po kilku miesiącach był Krym, wojna hybrydowa na Ukrainie... wszystkie wcześniejsze kalkulacje wzięły w łeb i odtąd "Gazeta Wyborcza" woli o tej swojej przygodzie z Tomaszem Turowskim nie pamiętać.

Również dlatego wam tu o niej przypomniałem.

[1] Tomasz Turowski, Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski, Kret w Watykanie. Prawda Turowskiego, Agora, Warszawa 2013, s. 8-9. Jest to sam początek wywiadu, drugi akapit pierwszej wypowiedzi Turowskiego. Dalej cytuję jako Kret. Pytania w oryginale wytłuszczone oznaczam kursywą.

[2] Ale akurat Gałczyński to dla Czuchnowskiego poeta mniej znany. W artykule "Trzęsą się portki pętakom" (wyborcza.pl, 1 listopada 2017), którego tytuł został wzięty właśnie z Gałczyńskiego, z jego Ballady o trzęsących się portkach, Czuchnowski nazywa zakończenie tego wiersza "znanym aforyzmem" ("Jak w znanym aforyźmie [sic!]: «Gdy wieje wiatr historii, ludziom jak pięknym ptakom rosną skrzydła, natomiast trzęsą się portki pętakom»").

Skoro więc Czuchnowski nawet nie wie, skąd bierze swoje tytuły, to pewnie nie wie także, że Ballada to owoc romansu Gałczyńskiego ze stalinizmem (pierwodruk w "Szpilkach", 1953, nr 9 z 1 marca) i jej treść nie odbiega ani na jotę od obowiązującej wtedy ideologii. Jest to mianowicie satyra na strachliwego drobnomieszczanina, który miał żywot "bardzo lichy", bo spodnie na nim trzęsły się "jak nie przymierzając osika". Do tego, jak na drobnomieszczanina przystało, "chodził w szlafroczku", a jego "babcia czy ciocia" radziła mu: "a wąsy sobie wyskub. / I tak wyglądasz jak biskup" (cytuję za: Antologia Satyry Polskiej 1944-1955, redakcja Antoni Marianowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1955, s. 57-59).

Nb. niepojętą niefrasobliwość w przywoływaniu akurat tej frazy Gałczyńskiego zauważono w końcu nawet w samej "Gazecie Wyborczej":

"Powiem brutalnie: czyż gołym okiem nie widać tego, że «Ballada...» to ordynarna komunistyczna agitka?!!! Spójrzcie na datę powstania «utworu» i jego historyczny kontekst!!! I ta satyra (poprzedzająca puentę) trochę jakby z ducha «Strasznych mieszczan» (jednak rok 1932!), ale bardziej chyba z «Trybuny Ludu»" (Jerzy Matwiejczuk, Gałczyński wiecznie żywy. Rechot historii, "Gazeta Wyborcza", 27 grudnia 2019, s. 15).

[Dopisek] Ale staremu Danielowi Passentowi najwidoczniej przypomina się dziarska młodość, więc dalej beztrosko (i niechlujnie) cytuje tę "ordynarną agitkę", gdy chce dać do zrozumienia, że ktoś, kogo nie lubi, jest tchórzliwym pętakiem: "«Kiedy wieje wiatr historii, pętakom trzesą się portki», pisał Gałczyński" (Daniel Passent, Trzęsą się portki, "Polityka", 2021, nr 41, s. 88).

[3] W liście wydrukowanym w 1977 roku w "Stolicy" w dziale "Poczta warszawska" Stanisław Turowski pisze o tym tak: "[...] jak pamiętam, Władek Sebyła mieszkał ze mną razem w jednej izbie-sali w koszarach Blocha (ówczesny dom akademicki) w roku 1924" ("Stolica", 1977, nr 51-52, s. 31).

Charków to oczywiście część zbrodni katyńskiej, dlatego Miłosz miał prawo do drobnej nieścisłości, gdy w Traktacie poetyckim pisał: "Czy za to strzelą w tył głowy Sebyle / I pochowają go w smoleńskim lesie?" (Czesław Miłosz, Wiersze, t. II, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 21).

[4] "Reszta, poeci i prozaicy, jak: Jan Sobczak, Stanisław Turowski, Tadeusz Roman Zambrzycki, Marian Markowski (nie wiadomo dlaczego zwany «Trumną»), Eugeniusz Cękalski, Tadeusz Gładych - to raczej przyprzążki do «Kwadrygi»" (Sabina Sebyłowa, Okładka z Pegazem, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1960, s. 22).

[5] "Pan się uczył zapamiętywania? Oczywiście, w ramach ćwiczeń psychologicznych" (Kret, s. 40). Wcześniej Turowski daje do zrozumienia, że błyskawiczne i dokładne zapamiętanie pięciu stron instrukcji szpiegowskiej to dla niego bułka z masłem.

Nb. szpiegowskiej klasy Tomasza Turowskiego nie potwierdza jego kolega z wywiadu, podpułkownik Edward Kotowski (ale wiadomo, jacy bywają zawistni koledzy):

"W zasadzie to on się całe lata tylko przygotowywał i legendował, a efektów nie miał. I jasno to wyłazi z jego gadek.W Departamencie I było sporo takich gawędziarzy. Zrobiono z niego niepotrzebnie kogoś, kim nie był, i on w to uwierzył i teraz dorabia do tego legendę. Może teraz, gdyby zawalił się jego mit, pewnie chciałby być nawet tym «czarnym» charakterem, jakim go zrobiono, ale nawet i tego nie jest w stanie udźwignąć. Wbrew stwarzanym pozorom to taki sobie mięczak, który bajerował centralę i sobie wygodnie żył na chlebie zakonu. Pewnie centrali obiecywał osiągnięcie wielu sukcesów, ale prawie nic mu nie wyszło. W gruncie rzeczy był tylko klerykiem, a mieni się jezuitą, gdy mu wygodnie, a gdy to niewygodne, pisze, że nim nie był, bo nigdy nie był wyświęcony. Ot, pozer! I to wszystko. Ogólniki i komunały, podlane sosem z lektur szpiegowskich powieści oraz ze sztuczek warsztatu szpiegowskiego. I to raczej bardziej z lektur aniżeli z praktyki. Jaki tam z niego wielki szpieg? Amator prawie i to źle prowadzony!" (Cezary Gmyz, Rojenia mistrza kłamstwa, "Do Rzeczy", 2013, nr 37, s. 39).

Niemniej z tą skłonnością do dorabiania legend to chyba jednak prawda i pozostała ona Tomaszowi Turowskiemu do dziś.

"Pamiętam jak za 2 tys. USD uzyskałem protokoły posiedzenia jednej z komisji KC KPZR, których tematem była ocena sytuacji wewnętrznej w Polsce, a biorąc pod uwagę wartość polityczną tych informacji, cena była śmiesznie niska" (Tomasz Turowski, Po drugiej stronie medalu (operacje wywiadu PRL na terenie ZSRR), trybuna.info, 23 października 2020).

Podobnych baśni wprawdzie zweryfikować nie sposób, ale Turowski dodatkowo na końcu artykułu przedstawił się z próżności tak: "Współautor bestsellera «Kret w Watykanie», który doczekał się kilku zagranicznych tłumaczeń". Otóż "bestseller" miał jak dotąd tylko jedno wydanie, a o jego tłumaczeniach nic nie wie ani Biblioteka Narodowa, ani WorldCat.

[6] Ewa Głębicka wymienia Tomasza Turowskiego wśród tych, którzy założyli grupę Teraz w październiku 1968: "Członkowie: (grupa założycielska) Józef Baran, Wit Jaworski, Adam Kawa, Adam Komorowski, Julian Kornhauser, Jerzy Kronhold, Wiesław Paweł Krzeszowski, Andrzej Nowak, Jerzy Piątkowski, Roman Pytel, Stanisław Stabro, Tomasz Turowski, Zdzisław Wawrzyniak (do 1969), Adam Zagajewski" (Ewa Głębicka. Leksykon. Grupy literackie w Polsce 1945-1989, Wiedza Powszechna, Warszawa 2000, wydanie drugie poszerzone, s. 337, w oryginale kursywa).

Kolejność w tym wyliczeniu jest alfabetyczna, więc nie można z niej wnioskować o hierarchii w grupie. Turowski jednak z pewnością nie należał do ostatnich: "W 1-2 numerze "Studenta" z 1969 roku pojawia się kolumna wierszy grupy Teraz: Tomasz Turowski, Jerzy Kronhold, Wit Jaworski, Józef Baran, Jerzy M. Piątkowski, Adam Zagajewski, Julian Kornhauser, Stanisław Stabro" (Literatura współczesna (1956-2006), redakcja Anna Skoczek, Wydawnictwo SMS, Bochnia-Kraków 2006, s. 44).

[7] We wstępie do książki Kublik i Czuchnowski zrazu odsuwają podejrzenia o łatwowierność: "Decyzja o podjęciu rozmowy z Tomaszem Turowskim nie była dla nas łatwa. [...] Chociaż nasz rozmówca przekonywał, że chce powiedzieć wszystko, zdawaliśmy sobie sprawę, że będzie to jedynie część prawdy. Jego wersja. Ta, którą chce opowiedzieć". Ale zaraz potem tak uzasadniają swoją decyzję: "Przeważyła jednak ciekawość, chęć dowiedzenia się, jakie są motywacje człowieka wychowanego w rodzinie o patriotycznych tradycjach, który decyduje się służyć komunistycznemu państwu" (Kret, s. 6; wyróżnienie moje). Ale co to za ciekawość, która rozmaite mętne rewelacje łyka w głuchym milczeniu.

Nb. dziennikarze "Gazety Wyborczej" nie są jednak jakoś szczególnie łatwowierni i nie tylko im nasi elokwentni szpiedzy wciskają byle co.

Włodzimierz Sokołowski (znany bardziej jako Vincent V. Severski):

"W zasadzie nie ma takiego słowa w języku polskim «zawerbowany». Ale my go używamy, to jest neologizm" (Vincent V. Severski - pisarz, dandys, twardziej, szpieg [WYWIAD], rozmawiał Jakub Stachowiak, logo24.pl, 8 kwietnia 2014).

Ale słowo "zawerbować" zna już Linde: "ZAWERBOWAĆ [...] werbuiąc zaciągnąć do woyska" (Samuel Bogumił Linde, Słownik języka polskiego, tom VI: U-Z, Warszawa 1814, s. 809). Konstanty Górski, Historya piechoty polskiej, Kraków 1893, s. 145: "I dlatego każdy regiment ma donosić raportami o progresie werbunku, z szczegółowem wyrażeniem: nazwiska, miejsca, w którem i przez kogo rekrut zawerbowany [...]".

Z kolei tajemniczy rozmówca Pawła Reszki i Michała Majewskiego pofolgował sobie na całego:

"Tu opowiem wam historię, która przeszła do legendy wywiadów. W czasie II wojny światowej Brytyjczycy mieli bardzo dobrego agenta w Niemczech. Był to szanowany lekarz stamtąd, który dostarczał bardzo dobre informacje Anglikom. Któregoś razu ten spokojny, niebudzący podejrzeń Niemców medyk zdobył cenną wiadomość. Dowiedział się, w której miejscowości wojska Rzeszy będą przełamywać natarcie aliantów. To było ogromnie ważne, bo wywiad niemiecki od dawna prowadził grę, podawał fałszywe miejsca tego przełamania, żeby wywieść w pole przeciwnika. Problem był jeden. Lekarz nie miał jak przekazać tej wiadomości Anglikom. Spotkanie z oficerem umówione było już po dacie kontrofensywy niemieckiej. Główkował i wymyślił. Wziął książkę telefoniczną i odnalazł faceta o nazwisku takim samym jak nazwa miejscowości, w której Niemcy zamierzali kontratakować. Pojechał do tego gościa i zabił go z zimną krwią. Następnego dnia gazety w Niemczech krzyczały tytułami, że stateczny, świetny lekarz bez powodu zamordował nieznajomego mężczyznę. Dzienniki oczywiście dotarły do Anglików, którzy zrobili szybką analizę. Od razu zrozumieli wiadomość od swego agenta. No i czy to było etyczne? Zabił niewinnego człowieka, ale uratował setki żołnierzy" (Paweł Reszka, Michał Majewski, Szpiedzy nie znają świąt, wiadomosci.dziennik.pl, 24 grudnia 2007).

Ale cała ta historia, która rzekomo "przeszła do legendy wywiadów", to w rzeczywistości literacka fantazja. Szpieg-tupeciarz streścił Reszce i Majewskiemu główny wątek opowiadania Ogród o rozwidlających się ścieżkach Borgesa (trochę bałamucąc w szczegółach).

[8] Zakładam, że Turowskiemu chodziło o szybkość odbioru szpiegowskiego komunikatu nadanego alfabetem Morse'a, nie zaś o znacznie wolniejszą szybkość nadawania. W obu wypadkach szybkość mierzona jest w słowach na minutę (wpm - words per minute), przy czym przyjmuje się, że standardowe słowo (zwykle PARIS lub CODEX) liczy 5 znaków. Wykwalifikowany operator potrafi odebrać ok. 40 słów na minutę, tj. 200 znaków, natomiast rekord od prawie osiemdziesięciu lat wynosi 75 słów, czyli mniej niż czterysta znaków na minutę. Zob. Lewis Coe, The Telegraph. A History of Morse's Invention and Its Predecessors in the United States, McFarland & Company, Jefferson - Londyn 2003, dodatek "Code Speed Records", s. 168: "Twentieth-century readio telegraphers, using the Continental Morse code, have set some long-standing speed records. Ted R. McElroy, on July 2, 1939, in a contest in Asheville, North Carolina, received an incredible 75.2 words per minute. Harry A. Turner, U. S. Signal Corps, at Camp Crowder, Missouri, November 9, 1942, transmitted 175 symbols per minute (35 wpm) using a hand key".

Oczywiście interesują mnie tutaj wyłącznie wyniki uzyskane bez żadnego dodatkowego wspomagania na sprzęcie z połowy lat 70., bo na przykład dziś można bez problemu przekroczyć w odbiorze barierę 100 słów na minutę używając specjalistycznych programów komputerowych. Jeśli zaś Turowski użył terminu 'znak' w jakimś innym, niestandardowym znaczeniu, wypadałoby go o to dopytać.

[9] "Dużo pan sfotografował tych dokumentów? [...] Ile rolek? [...] Jakim aparatem pan to robił? [...] Miała opcję do takich makrofotografii? [...] I co dalej? Reflektor na stole? [...] Przekładał pan stronę po stronie, przykładał czymś, żeby się trzymała? [...] Ile czasu zajmowało panu fotografowanie dokumentu strona po stronie? [...] Dalej się zastanawiamy..." etc., etc. (Kret, s. 165-166). Wygląda to na istną erupcję dociekliwości, ale to, co Turowski mówi tam o kamuflowaniu w postaci mikrokropki warstwy światłoczułej zdjętej z filmu, na którym wcześniej za pomocą lustrzanki sfotografował pełnowymiarowe dokumenty, to znów tylko bezkrytycznie przyjęte bałamuctwa (Kret, s. 163 i wcześniej s. 28). Zob. dla porównania: William White, The Microdot. Then and Now, "International Journal of Intelligence and CounterIntelligence" 1989, nr 2, zwłaszcza opis techniki na stronach 266-267. Artykuł White'a ma dziś już tylko wartość historyczną, ale Turowski mówi o technikach szpiegowskich z lat 70., czyli właśnie o sprawach historycznych.

Nb. historia wykorzystywania fotografii do miniaturyzowania ukrytych dokumentów jest dłuższa, niżby się mogło wydawać. White podaje na stronie 252, że pierwsza wzmianka o mikrokropce to rok 1857. Natomiast Eustachy Januszkiewicz, księgarz i wydawca, między innymi Mickiewicza i Słowackiego (pamiętacie może ten wiersz z refrenem "Mój Eustachy", to właśnie do niego), kilkanaście lat później wspominał, w jaki sposób przekazywano wiadomości do oblężonego Paryża w czasie wojny francusko-pruskiej:

"Emisaryusze starający się przenieść wiadomość z Tours do Paryża, kryli je fotografowane mikroskopicznie w guzikach, w sprzączkach, w monecie miedzianej wewnątrz wydrążonéj, a co najdowcipniejsza, w sztucznie wstawianych zębach złotem pokrytych" (Eustachy Januszkiewicz, Wspomnienia z czasu oblężenia Paryża, "Przegląd Polski", rok V, zeszyt XI, maj 1871, przypis na stronie 249).

[10] Na czym tak naprawdę polegały te marcowe "kłopoty" Turowskiego, Bóg i SB raczy wiedzieć, bo jego rozmówcom znowu się nie chciało zapytać. A Turowski? Raz mówi "dostałem sygnał" (Kret, s. 19), że lepiej będzie, jeśli odejdzie z uczelni, to znów, że jakiś doktor się na niego uwziął, a dwie strony dalej: "Miałem wilczy bilet, nigdzie nie mogłem studiować" (Kret, s. 21).

Nb. w wywiadzie, jaki przeprowadziła z nim mniej więcej w tym samym czasie Ewa Koszowska, Turowski nieco koryguje ten dramatyczny ton i mówi tylko, że miał status "studenta z prawie wilczym biletem" i że został z uczelni "wypchnięty" (wyróżnienie moje). Zob. Tomasz Turowski o Smoleńsku: trzy osoby dawały bezwarunkowe odruchy życia, wiadomosci.wp.pl, 14 października 2013.

Ostatecznie Turowski studia skończył bez problemu na WSP w Krakowie, a na UJ zdążył jeszcze należeć do pomarcowej komisji weryfikacyjnej i podobno osobiście wybronił przed wyrzuceniem dwie żydowskie koleżanki, w tym nawet jedną taką, która przyszła "na posiedzenie komisji z gwiazdą Dawida" (Kret, s. 20). Doprawdy, osobliwy to przypadek, gdy ktoś z "kłopotami" i wyrzucany/wypychany sam skutecznie broni innych przed wyrzuceniem.

Cezary Gmyz sugeruje ("Nie ma na to żadnych twardych dowodów, [...] mam tylko relacje ustne"), że Turowski już zaraz po marcu "przez pewien czas był tajnym współpracownikiem SB, ale działał tak skutecznie, że wspomniany Jakowiec [jego domniemany pierwszy oficer prowadzący] zwrócił uwagę na chłopaka i postanowił go zarekomendować jako przyszłego oficera wywiadu" (Cezary Gmyz, Zawód: dziennikarz śledczy, rozmawia Piotr Gociek, Fronda PL, Warszawa 2013, s. 236; dalej cytuję jako Gmyz). Wyjaśniałoby to obecność Turowskiego w pomarcowej komisji, natomiast przeniesienie na inną uczelnię mogło być formą ochrony cennego donosiciela, zbyt znanego w starym środowisku i przez to łatwiej narażonego na spalenie. Takie przenosiny zdarzały mu się zresztą i później: "[...] żeby za bardzo ktoś się mi nie poprzyglądał i nie zaczął zadawać sobie pytań [...]" (Kret, s. 36).

[11] Ale nic nie zrobili. Natomiast w rozmowie z Ewą Koszowską Turowski nie próbował udawać pierwszej naiwnej i opowiedział o tym wydarzeniu zupełnie inaczej:

"Wtedy w 69 r. wybrałem się na wieczór autorski Stanisława Wałacha w klubie studenckim Stary Żaczek, gdzie omawiał swoją książkę o działalności partyzanckiej. Podszedłem wtedy do niego (wiedziałem, że był zastępcą szefa SB w Krakowie) i wdałem się z nim w rozmowę" (Tomasz Turowski o Smoleńsku...; wyróżnienie moje).

Czyli w wersji dla Kublik i Czuchnowskiego nie wiedział, a w wersji dla Koszowskiej wiedział. Bo tak to jest, gdy się rozmawia z oficerem wywiadu.

"Tu wspomnę o pewnych cechach charakterologicznych, którymi musi dysponować oficer wywiadu, a szczególnie - oficer pionu «N». Jedną z nich jest tzw. aktorstwo życiowe. Sprowadza się ono do tego, aby w każdym środowisku, a także sytuacji zareagować tak, jak tego dane środowisko w określonej sytuacji od ciebie oczekuje" (Tomasz Turowski, Po drugiej stronie medalu...; wyróżnienie moje).

[12] "Przysięgał pan bronić socjalizmu? Nie, proszę sobie wyobrazić, że socjalistyczne elementy w tej przysiędze nie istniały. Były elementy dotyczące lojalności i służby państwu polskiemu" (Kret, s. 32).

Cezary Gmyz twierdzi, że to kłamstwo: "[Oficerowie wywiadu] pracowali w peerelowskim MSW i byli esbekami. Mieli służbowe legitymacje esbeckie, składali dokładnie taką samą przysięgę jak inni esbecy, w której wprost występowała nazwa «Służba Bezpieczeństwa» - tam były takie całe formułki, że przysięgają - jako oficerowie SB - bronić socjalizmu i tak dalej. Taką rotę przysięgi składał również Tomasz Turowski" (Gmyz, s. 233).

[13] "Ale kiedy miał pan te wątpliwości moralne? Ani teraz, ani wtedy. [...] Wywiad nie jest amoralny, w wywiadzie działa się zawsze w sferze etyki i moralności. Mogę powiedzieć, że ja starałem się już na tamtym etapie, żeby moja działalność była bardziej etyczna, to znaczy, żeby - w miarę możliwości - nie szkodzić po drodze konkretnym ludziom" (Kret, s. 152).

Nb. Turowski ma poniekąd rację twierdząc, że tajne służby nie są amoralne. Nie mogą być, gdyż w warunkach całkowitej amoralności nie ma miejsca na dyscyplinę. Dlatego wszystkie służby, również te uważane za emanacje systemów nieludzkich, łącznie z nazistowskim i stalinowskim, działały "w sferze etyki i moralności". Zresztą na pewno słyszeliście te różne moralne maksymy: "Naszym honorem jest wierność" albo "Moralne jest to, co służy budowie komunizmu" etc., etc.

[14] "Zadaję nagle Rafałowi pytanie: - Jak to jest, zabić człowieka? On patrzy na mnie badawczo, odpowiada: - Nie wiem. - Jak to? - Ja zabijałem tylko wrogów" (Jacek Indelak, Prywatna wojna Rafała Gan-Ganowicza, abcnet.com, 10 grudnia 2006). Kto chciałby wiedzieć więcej o wiarygodności relacji Jacka Indelaka oraz o tym, co Gan-Ganowicz naprawdę myślał o zabijaniu, niech przeczyta w NOTATKACH I WYPISACH: "Rafał Gan-Ganowicz: «Zabijałem tylko komunistów». Jeszcze jeden zmyślony cytat".

Nb. sam Turowski również najchętniej powołuje się na spotkania czy rozmowy z osobami, które już nie żyją, więc nie mogą niczemu zaprzeczyć: "[...] spotykałem się z Wisławą Szymborską [...]" (Kret, s. 21); "[...] miałem kontakty z prowadzącym akceptację kandydatów [do watykańskiej ochrony] prałatem Monduzzim z otoczenia Papieża" (Kret, s. 314); "[...] wtedy jeszcze ze mną pracował świętej pamięci Staszek Musiał [...]" (Kret, s. 154); "[...] z Andrzejem Przewoźnikiem, też moim bardzo dobrym świętej pamięci znajomym..." (Kret, s. 291); "Jak mi to referował... świętej pamięci pan ambasador Jerzy Bahr [...]" (to już z programu Polsatu "Prawy do Lewego. Lewy do Prawego" z 11 kwietnia 2018 roku).

[15] Адам Михник: "Нужна польско-российская коалиция против идиотов" (Adam Michnik: potrzebna polsko-rosyjska koalicja przeciwko idiotom), ria.ru, 22 września 2011. Dla koneserów to samo w oryginale:

"Путин, может быть, много сделал в своей жизни не самых лучших вещей, но в смоленской катастрофе он не виноват! И вел себя после этой катастрофы очень достойно".

Nb. było to potwierdzenie uwagi prowadzącego wywiad, że w sprawie smoleńskiej "Gazeta Wyborcza" jedzie z Putinem na jednym wózku ("«Газета выборча» оказалась в одной лодке с Путиным").