EBENEZER ROJT

Superman z komory gazowej
Obozowa mistyfikacja w "Gazecie Wyborczej"

Dopiero od Babci się dowiaduję, że trzy razy zamykali go w komorze gazowej i trzy razy opuszczał ją żywy. Próbowali go zabić, ale nie zdołali. Jak kogoś nie z tej ziemi.
Tak napisał o swoim dziadku Aleksander Dubiela, laureat II nagrody w konkursie ogłoszonym przez "Gazetę Wyborczą" [1]. Kim był ten człowiek nie z tej ziemi, o którym nikt dotąd nie słyszał? Skąd się wziął?

Urodził się podobno w lutym 1931 roku. Dubiela jednak nie zdradza, jak się nazywał. Nie podaje nawet jego imienia. Nie podaje również żadnych innych imion i nazwisk. O jego rodzicach (czyli pradziadkach Dubieli) dowiadujemy się, że mieszkali wtedy w Krokowej, dokąd przeprowadzili się z Krakowa. Ona była piękną malarką "po Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie" [2], a on, o czternaście lat od niej starszy, kapitanem żeglugi wielkiej. Najpierw pływał w rejsach transatlantyckich na SS "Polonii" [3], a od 1935 roku w rejsach krajowych na SS "Jadwidze".

Z wszystkich tych rejsów, a także "w domu, przy sekretarzyku" i przy każdej okazji, "urodzin, imienin, chrztu, pierwszej komunii świętej, Bożego Narodzenia, Wielkanocy", pisał do swojego syna obszerne listy, których "przez lata uzbierało się [...] tyle, że można by ułożyć z nich pamiętnik". Stąd wiadomo, że w 1931 roku z rejsu do Ameryki przywiózł żonie w prezencie "komplet pędzli z sobolowego włosia", a nowo narodzonemu synowi konia na biegunach i "blaszany bączek w czerwone spirale". Niesamowita sprawa, bo ciekaw jestem, ilu z was wie, jak wyglądał pierwszy bączek waszego dziadka.

Pisanie listów podczas długich transatlantyckich rejsów to nic osobliwego, ale krajowa SS "Jadwiga" kursowała głównie między Gdynią a Helem, więc wysyłanie listu z takiej przybrzeżnej wycieczki już nieco trąci dziwactwem [4]. Osobliwy jest także ich styl. Jakby ostentacyjnie "przedwojenny", choć stylizator nie ustrzegł się zarazem paru kiksów.

"Teraz jedynie li kilka na szybko skreślonych słów..." - tak zaczyna się pierwsze cytowane zdanie. Autor tych listów nigdy nie używa formy "życzę Ci", ale zawsze "życzę Tobie" (trzy razy). Pisze "kilka historyj" i "na samem początku". Ale pisze także "o czym", a nie "o czem" i "ostatnimi działaniami", a nie "ostatniemi". W zwrocie "silnym jak wszystkie diabli" lepiej wyglądałaby pisownia "djabli". Człowiek chodzący do szkół przed pierwszą wojną napisałby też raczej "codzień" niż "co dzień" i chyba nie użyłby gazetowego zwrotu "wróci do normalności".

Oczywiście, ludzie robią błędy, nie stosują konsekwentnie reguł pisowni etc., ale trochę za dużo tego pomieszania, jak na trzy niezbyt wielkie wyimki ze starannych (tak chyba można założyć) listów do dziecka.

Jeśli zaś chodzi o prezenty dla syna, to kapitan żeglugi wielkiej miał do nich doprawdy nadzwyczaj szczęśliwą rękę. Mniejsza o bączka "w czerwone spirale". Otóż w 1938 roku z ostatniego rejsu transatlantyckiego (widocznie jakoś udało mu się wyrwać na ten rejs z krajowej SS "Jadwigi") kapitan przywiózł synowi amerykański komiks - i to nie byle jaki. Po śmierci dziadka wnuk znalazł ten zeszyt w jego szafce:

Pierwszy numer "Action Comics" z czerwca 1938 roku. Na okładce muskularny facet w niebieskim uniformie, w czerwonych majtkach, pelerynie i żółtym emblemacie na klatce piersiowej z wielką literą "S" rzuca zielonym samochodem o skałę i rozbija auto. Pierwszy komiks z Supermanem.
Pradziadek nie przyjrzał się jednak uważnie prezentowi. Wbrew temu, co napisał w liście do syna, pierwszy komiks z Supermanem to nie jest "kilka historyj zebranych w jednej broszurce", bo liczy on raptem 12 stron. Rzecz jasna, Superman uwija się jak w ukropie tu i tam, by wyplenić zło, ale cała akcja i tak urywa się w dramatycznym momencie na zwyczajowym "to be continued". Musiał się więc tam głośny ryk nieść po Krokowej, gdy syn kapitana usłyszał, że niestety chyba już nie dowie się, co było dalej.

Za to Dubiela przynajmniej okładkę obejrzał dokładnie i tak wylicza wszystkie kolory, jakby to miał być dowód, że naprawdę trzymał w ręce oryginalny "Action Comics" z czerwca 1938 roku. Ale przecież tę okładkę znają również osoby niespecjalnie interesujące się komiksami. Zwłaszcza od czasu, gdy jeden z nielicznych zachowanych egzemplarzy pierwszego numeru został sprzedany za przeszło trzy miliony dolarów. Zdjęcia z rysunkiem muskularnego faceta, który rzuca zielonym samochodem, obiegły wtedy świat, a wielu ludzi, nie tylko w Ameryce, postanowiło wreszcie zrobić porządek w starych papierach na strychu. Prawda, był to egzemplarz w wyjątkowo dobrym stanie, ale nawet te gorsze to jak znaleźć w szafce po dziadku kilkaset tysięcy dolarów.

Mały cud z szafką blednie jednak w obliczu wielkiego cudu, który wydarzył się, gdy w 1944 roku dziadka wraz z rodzicami "wzięli do KL Auschwitz-Birkenau".

Wywieziono ich do Oświęcimia. Babcia opowiada, że najsłabsza była teściowa [to ta piękna malarka]. Wątła, delikatna, szybko się poddała. Niedługo po niej odszedł teść [to ten kapitan żeglugi wielkiej], bo chociaż był z niego kawał chłopa, przestało mu zależeć. Śmierć matki przygniotła Dziadka, ale dopiero kiedy umarł ojciec, Dziadek całkowicie się poddał. Myślał, że będzie następny. Upadł przy pracy dwa razy i wysłali go do łaźni, żeby się umył i odpoczął. Razem z nim zamknęli w komorze kilkadziesiąt osób. Wszyscy z ręcznikami, mydłem. Wszyscy nadzy. Po kwadransie drzwi się otworzyły i wszystkich wypuszczono. Dziadek usłyszał, że nie ma wody i że muszą zaczekać z kąpielą. Później się dowiedział, że rura, którą wpuszczano gaz, zatkała się i wlot trzeba było przeczyścić. Na kolejną kąpiel czekali godzinę. Znów tłok, znów trzask zamka. Później szamotanina, wrzask, płacz. Ktoś Dziadka popchnął. Dziadek przewrócił się na podłogę. Kilka osób poleciało na niego. Leżał z twarzą przy odpływie, może pół godziny, zanim drzwi się otworzyły. Nie ruszał się, kiedy go wynosili. Babcia mówi, że nie pamiętał, jak trafił do baraku. Może nie pamiętał, a może nie chciał mówić, bo drugą śmierć przeżył najbardziej. I kiedy brali go do łaźni, by umarł po raz trzeci, wiedział już, że trzeba było upaść od razu na początku, żeby przetrwać.
Wszystko to bajka. Z więźniami przebywającymi już jakiś czas w obozie, ponumerowanymi i pracującymi, nikt nie urządzał maskarady z "łaźnią", ani nie wręczał im ręczników i mydeł. Nie miałoby to najmniejszego sensu, bo oni już i tak wiedzieli, gdzie idą [5]. Gazowanie w Oświęcimiu nie polegało też na wpuszczaniu gazu rurą - jak do kuchenki gazowej, która czasem może się zatkać. Trujący cyjanowodór uwalniał się z wsypywanego granulatu. Zostało to dokładnie opisane od strony technicznej, istnieją też relacje obsługi komór gazowych [6].

Również tylko bajką jest opowieść o tym, jak to trzynastoletni chłopiec ratuje się od zagazowania (i to dwukrotnie) leżąc "twarzą przy odpływie", a potem jeszcze (kolejnym cudem) jak gdyby nigdy nic trafia na powrót do baraku. I nie zmienia tego nawet wprowadzenie na zasadzie Germanus ex machina tradycyjnego już motywu "dobrego Niemca",

który po trzeciej wizycie w komorze gazowej ukrył go, pomógł przedostać się do baraku. Dzięki temu Niemcowi już więcej nie wzięli Dziadka do łaźni.
Wizyta w komorze gazowej? Czy ktoś tu czasem sobie nie kpi?

Podobno istnieje obozowe zdjęcie tego młodego Supermana, ale "Gazeta Wyborcza" dała zamiast niego jedynie ilustrację stylizowaną na komiks. Zresztą i tak bliższą realiom, bo według Aleksandra Dubieli jego dziadek na tym zdjęciu stoi boso w śniegu:

Zamiast kostiumu [Supermana] piżama w paski. Rozdarcie na ramieniu odsłania obozowy numer, niewyraźny, rozmyty. Obie ręce przerzucone przez ogrodzenie z drutu kolczastego. Nie wiem, brudne od krwi czy od ziemi, są tak chude, że widać, jak drut tworzy zgrubienie na przedramieniu.
Dubiela odróżnia w tym opisie takie anatomiczne niuanse, jak ramię i przedramię. Tylko że numer tatuowano właśnie nie na ramieniu, lecz na lewym przedramieniu, zazwyczaj bliżej łokcia i trudno sobie wyobrazić takie szczególne rozdarcie, by ten numer można było przez nie dostrzec, nawet "niewyraźny, rozmyty". W tym celu trzeba po prostu podwinąć rękaw i jeszcze odpowiednio ustawić rękę [7].

I znów: obozowy pasiak jako "piżama w paski". Czy ktoś tu czasem sobie nie kpi?

Regulamin konkursu pod nazwą "Akademia Opowieści" nie precyzuje, że muszą to być koniecznie opowieści prawdziwe, dające się choćby częściowo zweryfikować. Formalnie (punkt 4 regulaminu) jest to konkurs na opowiadanie na temat "Najważniejszy człowiek w moim życiu". Formalnie zatem Aleksander Dubiela jest w porządku.

Jak się jednak zdaje, czytelnicy "Gazety Wyborczej" wierzą, że otrzymują autentyczne opowieści o rzeczywistych ludziach. Jakby prywatne minireportaże. Tymczasem ani redakcja "Gazety Wyborczej", ani kapituła konkursu nie uczyniła przy dziełku Aleksandra Dubieli najmniejszej sugestii, że może to być na przykład oniryczna opowieść o wymarzonym dziadku, który nigdy nie istniał. Superbohaterze zostawiającym wnukowi komiks wart kilkaset tysięcy dolarów.

W wypadku opowieści obozowej sprawa ma jednak także szerszy wymiar moralny.

Negowanie zasad działania komór gazowych opowiadaniem bajek o zatkanych rurach i o tym, że można było przeżyć gazowanie leżąc "twarzą przy odpływie", prowadzi w gruncie rzeczy do podobnych skutków, co negowanie istnienia tych komór. Toteż każdy, kto rozpowszechnia takie nieodpowiedzialne bajki, działa tak, jakby rozpowszechniał "kłamstwo oświęcimskie". I gdyby chociaż pomysł na tę bajkę był oryginalny! Ale już ćwierć wieku temu rekordzista (?) deklarował, że jako jedenastolatek był z wizytą w komorze gazowej sześć razy. I też przeżył [8].

Być może cała ta historia jest tylko mistyfikacją zmajstrowaną przez kogoś, kto chciał wystrychnąć na dudka "Gazetę Wyborczą" i - jak widać - nieźle mu się to udało.

Nie można jednak wykluczyć, że to stara metoda pisarska Jerzego Kosińskiego znalazła kolejnego naśladowcę.

[1] Aleksander Dubiela, Mój Dziadek Superman, wyborcza.pl, 19 czerwca 2017 (strona zarchiwizowana). Redakcja zaznaczyła, że "Aleksander Dubiela to pseudonim, autor chce pozostać anonimowy". Ale w informacji z gali Festiwalu Małych Opowieści podano, że druga nagroda "trafiła do Bartłomieja Dany z Łodzi". Szybka kwerenda pokazuje, że istotnie, mieszka w Łodzi pewien Bartłomiej Dana, były dziennikarz "Gazety Wyborczej", który pisywał michałki o żyrafie Judycie albo udanej inseminacji lwów azjatyckich. Ale może to jedynie przypadkowa zbieżność imienia i nazwiska.

[2] Jest to oczywisty anachronizm. Prababka Aleksandra Dubieli nie mogła studiować w latach 20. na "Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki", bo szkole nadano to imię dopiero w roku 1979.

[3] Etatowym dowódcą SS "Polonii" w pierwszej połowie lat 30. został kapitan Mamert Stankiewicz, bohater znanej książki Karola Olgierda Borchardta Znaczy Kapitan. Nb. z tymi jej rejsami transatlantyckimi nie było wówczas tak świetnie, bo w 1931 roku ograniczono w USA napływ emigrantów i "Polonia" pływała także w rejsy wycieczkowe dookoła Wielkiej Brytanii albo po fiordach Norwegii. Natomiast od 1933 roku kursowała regularnie na linii palestyńskiej (Konstanca - Hajfa), wożąc głównie osiedlających się w Palestynie Żydów. A gdy rejs przypadał w szabat, sprzedawano ją przedstawicielom gminy żydowskiej za 10 groszy. Kto chciałby wiedzieć, dlaczego, niech zajrzy w książce Borchardta do rozdziału "Awantury arabskie".

[4] Ale, owszem, było to jak najbardziej możliwe. SS "Jadwiga" miała nawet swoją skrzynkę okrętową i wysyłane z pokładu kartki (atrakcja dla turystów) stemplowała kwadratowym stemplem: SKRZYNKA/ P.P. ŻEGLUGA POLSKA / OKRĘTOWA / S.S. "JADWIGA". Dziś taki stempel to z kolei spora atrakcja dla filatelistów.

Nb. ta Jadwiga to nie po królowej, ale po córce Józefa Piłsudskiego. A to dzięki Eugeniuszowi Kwiatkowskiemu, który chcąc lepiej usposobić Marszałka do rozbudowy Gdyni, zorganizował wspólny chrzest trzech statków: "Jadwigi", "Wandy" (to córki Piłsudskiego) i "Hanki" (to córka Kwiatkowskiego). Piłsudski naturalnie musiał na tę uroczystość przyjechać, gdzie go też obfotografowano, zabrano w rejs "Jadwigą" i odtąd podobno fundusze na Gdynię popłynęły znacznie obfitszą strugą.

[5] Gideon Greif i Andreas Kilian w oparciu o świadectwa ocalałych więźniów z Sonderkommanda twierdzą nawet, że w ogóle żadnego wręczania mydeł i ręczników nigdy nie było, lecz są to tylko plotki i rozbudowane fantazje. Zob. Gideon Greif, Andreas Kilian, Significance, Responsibility, Challenge. Interviewing the Sonderkommando Survivors, "International Journal on the Audio-Visual Testimony", czerwiec 2003, nr 9, s. 79: "Over decades this image was determined by the outside perspective of other prisoners and supplemented by rumours and elaborate phantasies - like the idea that soap and towels were handed out to the victims, or that the toxic gas was released from the showerheads".

[6] Na przykład łatwo dostępna relacja jednego z ocalałych członków Sonderkommanda. Zob. Shlomo Venezia, Sonderkommando. W piekle komór gazowych, przełożyła Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2014. Opis przebiegu gazowania znajduje się w rozdziale III. Oczywiście, jak zawsze w wypadku wspomnień, a już szczególnie takich, które snują kilkadziesiąt lat po wspominanych wypadkach starzy ludzie, obowiązuje zasada ograniczonego zaufania.

[7] Na ilustracji numer został umieszczony znacznie poprawniej niż na wyimaginowanym zdjęciu po dziadku, a rysownik, Grzesiek Wróblewski, nawet nie usiłował kombinować z jakimiś rozdarciami. Natomiast ewidentnym zmyśleniem jest widoczna tam liczba: 1123200. W Auschwitz nie było numerów siedmiocyfrowych, a główna seria męska kończyła się na numerze 202499, niemal o milion niższym.

[8] Informację o tym rekordziście można najłatwiej znaleźć na stronach historycznych "rewizjonistów", na przykład tutaj (strona zarchiwizowana), bo to dla nich spora gratka. Niczym wygrana na loterii albo znalezienie w szafce po dziadku pierwszego numeru "Action Comics". To jednak nie oni tę bajkę zmyślili. Tutaj (strona zarchiwizowana) potwierdzono, że taka bajka rzeczywiście została puszczona w obieg przez żydowskiego "świadka". Jest to strona Nizkor Project prowadzona przez kanadyjski oddział B'nai Brith.