EBENEZER ROJT

Zbigniew Herbert w niewyplewionym ogrodzie
albo niechlujstwo barbarzyńców

Podstawę naszej edycji - pisze wydawca ostatniego jak dotąd polskiego wydania Barbarzyńcy w ogrodzie Zbigniewa Herberta - stanowią rękopisy, maszynopisy, sporządzony przez Herberta wykaz 77 błędów odnalezionych przez niego w wydaniu pierwszym książki (Czytelnik, 1962), a przede wszystkim egzemplarz wydania drugiego (Czytelnik, 1964), z ręcznie naniesionymi przez autora 144. poprawkami i zmianami. Herbert sporządził je dla redaktora niemieckiej edycji książki (Suhrkamp, 1965, 1969, wyd. 3.: 1995 - bez poprawek autora). Egzemplarz ten posłużył jako podstawa kolejnego, de facto 4. wydania polskiego, które ukazało [się] w Paryżu, w wydawnictwie Kontakt w roku 1988. Redagował je Jacek Bierezin. Autorem okładki był Jan Lebenstein. Pojawiło się tu słowo Od autora. Jacek Bierezin zadbał, by zmiany i poprawki Herberta zostały skrupulatnie naniesione. Do edycji zakradły się jednak liczne błędy, zwłaszcza w pisowni nazw własnych oraz zwrotów obcojęzycznych. Powstały także zmiany, pochodzące prawdopodobnie w części od wydawcy, a w części od autora, nie zawsze uzasadnione (tylko w edycji Kontaktu ręka lewa Chrystusa w przeredagowanym tu opisie Zmartwychwstania Piera della Francesca określona została jako prawa, i odwrotnie). Nie zostały też uwzględnione poprawki autora do wydania pierwszego.

Ostatnie wydanie książki, przy którym współpracował Herbert, to edycja Wydawnictwa Dolnośląskiego, pod redakcją Jana Stolarczyka, 1995, jako wydanie piąte, określone przez wydawcę mianem "wydania przejrzanego i poprawionego". Było ono podstawą niniejszej edycji.

Nasze interwencje redakcyjne dotyczyły uwspółcześnienia interpunkcji, uściślenia pisowni nazw własnych i zwrotów obcojęzycznych. Porównaliśmy kolejne wydania książki drukiem. Wprowadziliśmy wszystkie zmiany i poprawki naniesione przez Herberta do wydań pierwszego i drugiego. Staraliśmy się przywrócić rytm frazy Herberta, odmianę nazwisk obcych uzgodniając [sic!] z maszynopisem i rękopisami [1].

Barbarzyńca w ogrodzie najwyraźniej miał pecha - od początku każde wydanie usiane było błędami. Nikomu to jednak specjalnie nie przeszkadzało i ta przyjemnie napisana książeczka z miejsca została uznana za arcydzieło; w dodatku przez ludzi tak różnych, jak Gustaw Herling-Grudziński, Jarosław Iwaszkiewicz czy Krzysztof Teodor Toeplitz [2].

Błędy zaś wzięły się po części stąd, że autor wypisywał informacje z wielu różnych książek i robił to bardzo swobodnie i nieco lekkomyślnie (co po latach zaowocowało oskarżeniem o plagiat) [3].

W tym miejscu raz jeszcze przypomnę, jak sam Herbert przedstawiał swój zamysł:

Sądziłem, że należy przekazać pewien zasób wiadomości o odległych cywilizacjach, a że nie jestem fachowcem, ale amatorem, zrezygnowałem ze wszystkich uroków erudycji: bibliografii, przypisów, indeksów. Zamierzałem bowiem napisać książkę do czytania, a nie do naukowych studiów (Barbarzyńca, s. 4; wyróżnienie moje).
I rzeczywiście: książkę czyta się płynnie, lecz dla redaktora taki zamysł to udręka. Nie wiadomo, co ewentualnie sprawdzić, co z czym skolacjonować etc. etc., i ostatecznie niemal we wszystkim trzeba zawierzyć autorowi. Jeśli coś cytuje (ale na ogół też nie bardzo wiadomo co), to trzeba założyć, że przepisał porządnie. Tylko że Herbert porządny nie był.

A tu wydawca twierdzi, jakoby w końcu udało się uściślić, porównać i wprowadzić.

Wcale nie miałem zamiaru sprawdzać tej dumnej deklaracji, ale gdy czytałem Barbarzyńcę do notki o Herbertowskim plagiacie, nieco uważniej niż zwykle, zastanowił mnie ten akapit z eseju Il Duomo:

Muzy nie milczały, chociaż nie były to bynajmniej czasy pokoju. Miasto [Orvieto] było jednym z gniazd herezji, a jednocześnie przez ironię historii, dzięki silnym murom, ulubionym schroniskiem papieży. Gwelfowska rodzina Monaldeschich wiodła się za łby z rodziną Monaldeschich, zwolenników cesarzy. Ci ostatni zostali wygnani z miasta, gdy rzeźbiarze pracowali nad ilustracją genezy. Oba rody według wiarygodnego świadka, autora Boskiej Komedii, cierpią w czyśćcu pospołu z rodzinami Romea i Julii. Walki o wpływy w mieście trwały długo i Orvieto było okupowane także przez Viscontich, słowem, dzieliło los innych miast Italii - "dolore ostello", "zajazdu cierpienia", jak mówił Dante (Barbarzyńca, s. 54-55).
"Gwelfowska rodzina Monaldeschich wiodła się za łby z rodziną Monaldeschich, zwolenników cesarzy"? Hmm... Niby nie jest to niemożliwe, by wielki ród tak się podzielił na dwoje, ale wolałem poświęcić trzy minuty na zajrzenie do Boskiej komedii... Pewnie już zgadliście. To nie żadne polityczne rozdwojenie Monaldeschich, ale banalne omsknięcie oka przy przepisywaniu, być może dopiero w maszynopisie.

Odpowiednia tercyna (Purgatorio, pieśń VI, wersy 106-108) brzmi jak następuje:

Vieni a veder Montecchi e Cappelletti,
Monaldi e Filippeschi, uom sanza cura:
color già tristi, e questi con sospetti [4].
Cytuję włoski oryginał nie dla próżnej chwały, tylko dlatego, że w najczęściej wznawianym przekładzie Edwarda Porębowicza i w najnowszym przekładzie Agnieszki Kuciak nie zmieściły się wszystkie nazwiska i ród Filippeschich zniknął [5]. A to właśnie oni byli tą rodziną "zwolenników cesarzy", czyli gibelinów.

Przy okazji wypada zauważyć, że Herbert ze zgoła niebarbarzyńską delikatnością zacytował jedynie łagodniejszą część opinii Dantego o tym, jak wtedy wyglądała sytuacja w Italii ("dolore ostello"; zajazd cierpienia). W oryginale "ostello" rymuje się bowiem z "bordello":

Ahi serva Italia, di dolore ostello,
nave sanza nocchiere in gran tempesta,
non donna di provincie, ma bordello! (wersy 76-78).
W przekładzie Agnieszki Kuciak:
Biedna Italio, gościsz bólu wiele,
łódź bez sternika pośród wielkiej burzy,
nie panią ludów jesteś, lecz burdelem! (Kuciak, s. 62).
No dobrze, czytamy sobie Boską komedię, jesteśmy coraz bardziej kulturalni, ale wróćmy do redaktorskich przygód z Barbarzyńcą w ogrodzie. Czyżby przez pół wieku nikomu nie chciało się zajrzeć do Dantego? Nikogo ci podwojeni Monaldeschi nie zaniepokoili? Znowu to czekanie na adventum Ebenezera Rojta?

Kilka kolejnych stron postanowiłem więc wziąć pod lupę - tak jak to każdy dobry redaktor zrobić (był) powinien. Może przyda się to komuś do porządnego wydania pism Zbigniewa Herberta na stulecie jego urodzin w roku 2024.

Na stronie 56 Herbert cytuje umowę, którą rada miejska Orvieto zawarła z Łukaszem Signorellim na wymalowanie fresków w kaplicy di San Brizio:

Umowa spisana po łacinie jest pełna nieco niezgrabnej, ale pięknej, gospodarskiej troski o dobrą robotę. Mowa jest tam, że "omnes colores mittendos per ipsum magistrum Lucam, mittere bonos, perfectos et pulchros" (sam mistrz ma nakładać barwy, dobre, doskonałe i piękne) i że malarz Łukasz zobowiązuje się "facere figuras meliores aut pares, similes et conformes aliis figuris existentibus nunc in dicta capella nove" (zrobić figury lepsze albo takie same, podobne do innych figur istniejących teraz w tej kaplicy). W końcu ustanawia się komisję odbioru, która ma ocenić efekty artystyczne mistrza.
Niechże przyszły redaktor sprawdzi tę łacinę choćby z nową transkrypcją oryginałów dostępną tutaj i tutaj. Według tej transkrypcji pisano wtedy pulcros, nie zaś pulchros, a w in dicta capella nove jest literówka - powinno być nova [6].

Nb. na stronie 56 jest "z Łukaszem Signorellim", ale na stronie 59 jest, że Dante znalazł godnego interpretatora "w Łukaszu Signorelli". Niechże przyszły redaktor zdecyduje, czy to niekonsekwencja, czy tylko literówka.

Herbert tak pisze o Łukaszu Signorellim na stronie 57:

[Signorelli] opowiada językiem surowym i mrocznym, godnym Dantego. Dlatego pewnie ten wielki malarz wydaje się angielskiemu historykowi sztuki, o gustach bynajmniej nie staropanieńskich, "viril but somewhat harsh and unsympathetic" (męski, lecz szorstki i niemal odpychający).
O jakiego angielskiego historyka sztuki chodzi, Herbert nie zdradza. Niechże jednak przyszły redaktor da przypis, że to cytat z książki Erica Newtona European Painting and Sculpture [7] i poprawi kolejną literówkę ("viril" zamiast "virile").

A to już opis samego fresku:

Po prawej stronie, wystąpiwszy pół kroku naprzód, jakby na proscenium, stoi narrator, mistrz Łukasz. Kapelusz mocno wciśnięty na głowę, luźny płaszcz i czarne pończochy na muskularnych nogach. Twarz mocna, jakby z chłopskich portretów Bruegla, oczy twardo utkwione w rzeczywistości, tak że można uwierzyć temu, co mówi Vasari, iż szedł za trumną syna bez jednej łzy. Tuż koło niego Fra Angelico w sutannie, zapatrzony w siebie (Barbarzyńca, s. 57).
Początek to typowy Herbertowski błąd - pomylenie stron obrazu [8]. Łukasz Signorelii i Fra Angelico naprawdę stoją po lewej stronie. Nie wiadomo, skąd Herbert wziął te muskularne nogi, bo ich w zasadzie nie widać i dlaczego twarz miałaby być "jakby z chłopskich portretów Breugla", ale każdemu wolno mieć dziwne skojarzenia. Z kolei strój Fra Angelico nie bardzo wygląda na sutannę, lecz raczej na płaszcz narzucony na biały dominikański habit, którego skraj widać u dołu. Natomiast z Vasarim to już bezwstydne zmyślenie.
Opowiadają - pisze Vasari w swoich Żywotach najsławniejszych malarzy o Signorellim - że gdy w Kortonie zabito mu ukochanego syna, chłopca o pięknym wyglądzie i zdolnościach, w tym wielkim nieszczęściu kazał go rozebrać i bez jednej łzy w oku, z całą siłą ducha sportretował go, aby dzięki tej pracy móc, kiedykolwiek zechce, zobaczyć to, co dała mu natura, a co odebrał mu zły los [9].
Zatem według Vasariego Łukasz Signorelli bynajmniej nie był chłopskim pogrzebowym twardzielem. Był artystą.

Wszystko to, co tu podaję, to są naturalnie drobiazgi. Prócz może tych Monaldeschich podwojonych przy szybkim przepisywaniu, od których zaczęła się moja przygoda z tą notką.

Andrzej Franaszek twierdzi, że Herbert nie lubił pisać na maszynie i w ogóle nie lubił przepisywania.

Nigdy [...] nie zdecydował się na pisanie na komputerze, nawet maszyna do pisania była, jak się zdaje, już czymś nieco obcym, nie stanowiącym przedłużenia ręki, najczęściej zresztą zlecał przepisywanie kochankom, przyjaciołom, żonie (Herbert. Biografia, I, s. 739-740).
Żona, owszem, ale kochanka, rozmarzona i myślami już przy czułym tête-à-tête, to nie jest dobra kandydatka na uważną maszynistkę. A skutki nieuporządkowanego życia erotycznego mogą czasem - jak widać - wyjść na jaw jeszcze po wielu, wielu latach.
[1] Zbigniew Herbert, Barbarzyńca w ogrodzie, redaktor Barbara Toruńczyk, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2004, s. 221. Dalej cytuję jako Barbarzyńca.

[2] Zob. Andrzej Franaszek, Herbert. Biografia, tom 1: Niepokój, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 761-763. Dalej cytuję jako Herbert. Biografia z podaniem numeru tomu i strony.

[3] Kto chciałby wiedzieć więcej o tym oskarżeniu, niech przeczyta w DODATKACH: "Plagiator Zbigniew Herbert albo zmora powszechnego niechlujstwa".

[4] Dante Alighieri, La Divina Commedia. Purgatorio, redakcja Natalino Sapegno, La Nuova Italia, Florencja 1990, s. 67. W obszernym komentarzu do wersu 106 wyjaśnia się, że Montecchi i Cappelletti to jednak nie ci Montecchi i Capuletti z Romea i Julii, choćby nawet fantastycznie przetworzeni, ale nazwy dwóch partii lombardzkich, procesarskiej i antycesarskiej, gibelinów i gwelfów (jak Filippeschi i Monaldeschi). Pisze też o tym Guy P. Raffa w The Complete Danteworlds. A Reader's Guide to the Divine Comedy (The University of Chicago Press, Chicago - Londyn 2009, s. 147).

Wynika z tego, że życie partyjne wygrywało wtedy z życiem uczuciowym. Tak więc mylił się Herbert, sądząc, że Dante wsadził do czyśćca rodziny Romea i Julii. Nb. u Szekspira bohaterowie nazywają się nieco inaczej: Romeo Montague i Juliet Capulet. Tak między nami - trzynastolatka, czyli sprawa podpadałaby dzisiaj pod paragraf.

[5] W przekładzie Porębowicza idzie to tak:

"Patrz na Monteki, patrz na Kapulety,
Patrz na Orwieckich panów, gnuśny człecze,
Ci już zdławieni, tym grożą sztylety" (Dante Alighieri, Boska komedia, przełożył Edward Porębowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1965, s. 199).

Agnieszka Kuciak zaś przynajmniej zmieściła spolszczonych Monaldeschich:

"Patrz na Monteki, patrz na Kapelety,
na jednym wózku z nimi Monald jedzie:
ci już w żałobie, tym grożą sztylety!" (Dante Alighieri, Czyściec. Boskiej komedii część druga, przełożyła Agnieszka Kuciak, Klub Książki Katolickiej, Biblioteka Telgte Wydawnictwo, Poznań 2003, s. 63). Dalej cytuję jako Kuciak.

[6] Wypadałoby też sprawdzić inne obcojęzyczne wtręty. Na stronie 64 jest pospolity błąd: "a polis włoskie było państwem". Ale w grece polis to nie jest to polis, lecz ta polis, więc powinno być "a polis włoska była państwem". Błąd ten nie przeszkadzałby mi w gazetowej publicystyce (nb. także niektórzy językoznawcy mają bardziej liberalne podejście do grecyzmów), ale u Herberta razi. Podobnie jak rażą nawet drobne przeinaczenia w erudycyjnym popisie z łacińskimi cytatami, w istocie zbędnymi.

[7] Eric Newton, European Painting and Sculpture, Penguin Books 1956, s. 244. Przepisuję całą bedekerową notkę o Signorellim:

"Signorelli (Luca Signorelli). ? 1441-1523. Also a pupil of Piero [della Francesca], but shows no trace of his influence. Temperamentally a Florentine, with a fanatical obsession with the human figure in action derived from Pollaiuolo and passed on to Michelangelo. Virile but somewhat harsh and unsympathetic".

[8] Tak w każdym razie uważa Barbara Toruńczyk (a ja się z nią zgadzam). Zob. jej komentarz w: Głosy Herberta, zebrała i w tom ułożyła Barbara Toruńczyk, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2008, s. 222: "W pierwodruku w «ZL» [«Zeszytach Literackich»] zachowano mylny opis obrazu Zaprzysiężenie pokoju w Münster, gdzie prawa jego strona opisywana jest jako lewa - błąd charakterystyczny dla Herberta". W tym wypadku błąd ten jednak wypadałoby poprawić, skoro poprawia się go w innych miejscach (i to bez zaznaczenia). Na przykład jeszcze w wydaniu Barbarzyńcy w ogrodzie z roku 1973 jest w opisie "Zmartwychwstania" Piera della Francesca (błędnie):

"W lewej ręce trzyma krzepko proporzec. Prawą uchwycił całun jak senatorską togę. [...] Prawą nogę wsparł na krawędzi grobowca, tak jak przygniata się szyję pokonanego w pojedynku" (Zbigniew Herbert, Barbarzyńca w ogrodzie, Czytelnik, Warszawa 1973, s. 292; wyróżnienia moje).

Natomiast w cytowanym w tej notce wydaniu jest już prawidłowo:

"W prawej ręce trzyma krzepko proporzec. Lewą uchwycił całun jak senatorską togę. [...] Lewą nogę wsparł na krawędzi grobowca, tak jak przygniata się szyję pokonanego w pojedynku" (Barbarzyńca, s. 187; wyróżnienia moje).

[9] Giorgio Vasari, Żywoty najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów, wybrał, przetłumaczył, wstępem i objaśnieniami opatrzył Karol Estreicher, wydanie drugie (z załączoną jednowierszową erratą: "Cena zł 700,-"; było 500), Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1980, s. 298.