EBENEZER ROJT

Żydzi, pederaści i Janusz Głowacki

To mi znów przypomniało - pisze Janusz Głowacki w swoich wspomnieniach Z głowy - że pierwszym rosyjskim pisarzem, jakiego poznałem osobiście w barku hotelu Bristol, był nominowany do Nagrody Leninowskiej Gieorgij Gulia. Z miejsca się przyznał, że go bardzo interesuje literatura polska, a w niej problem, kto jest Żydem, a kto tylko pedałem.
- Brandys - powiedział - to na przykład jewrej.
- Nie - dezinformowałem - on homoseksualist.
Zdziwił się, ale pytał dalej: - A Andrzejewski eto homoseksualist?
- Nie, on jewrej - kłamałem dalej. Nominowany pisarz popatrzył na mnie podejrzliwie, ale po następnej secie nabrał zaufania, posmutniał i poprosił, żebym mu pomógł kupić prezerwatywy.
- Dla mienia i dla towariszczej, bo prezerwatywy u nas w Moskwie są jak opony ciężarówek.
Wtedy sobie pomyślałem, że to może jednak jest i pisarz [1].
W podobnej poetyce, z ironią i nonszalanckim wdziękiem, usiłowała opowiedzieć o samym Głowackim Elżbieta Baniewicz w książce Dżanus. Wyszło jej tak:
Janusz Głowacki drażnił i drażni nadal. Gdyby chociaż był kurduplem z palcami pożółkłymi od papierosów, co świadczy najlepiej o mękach duszy, można byłoby mu odpuścić. A tu nie dość, że wysoki i przystojny, to jeszcze utalentowany. I szczęście mu sprzyja. Każdemu uczciwemu patriocie musi się to wydać podejrzane. Jakim cudem warszawski playboy mógł zostać cenionym pisarzem w Ameryce i na świecie. Któż mu to załatwił? Departament stanu? Wpływowe kobiety? Żydzi? Masoni? Pederaści? A może cykliści albo inni wegetarianie? [2]
Książka o Głowackim jest duża i gruba, bo autorka przepisała sporą część Z głowy i opowiedziała własnymi słowami (często z pointami włącznie) pozostałe dzieła zebrane Janusza Głowackiego [3]. Nie poskąpiła też wielu obszernych cytatów z wielu dawno zapomnianych gazetowych recenzji. A na dokładkę próbowała jeszcze nadać swojemu Dżanusowi pewien intelektualny sznyt, co parę razy skończyło się wirówką nonsensu.

Jej erudycyjna uwaga o Kierkegaardzie świadczy, że nie przeczytała uważnie nawet posłowia tłumaczki do polskiego przekładu O pojęciu ironii, skądinąd też nieco bałamutnego [4]. Jeśli zaś idzie o zmysł ironii, to znajduje się w tej książce całostronicowe zdjęcie Janusza Głowackiego, któremu w "Źródłach ilustracji" na stronie 371 dano jak najpoważniej taki oto adres: "«Przyjaciel» 1973, nr 1, fot. L. Lancini". Tymczasem żadne pismo "Przyjaciel" nigdy nie istniało, a rzecz jest primaaprilisową parodią popularnej wtedy "Przyjaciółki".

Potrafi też Elżbieta Baniewicz bezpretensjonalnie nazwać teatr "przybytkiem Melpomeny (Dżanus, s. 58), a de Tocqueville to dla niej "dziewiętnastowieczny podróżnik" (Dżanus, s. 215).

Natomiast przypisanie Krzysztofowi Zanussiemu filmu Bez znieczulenia w połączeniu z cytatem, tym razem rzeczywiście z filmu Zanussiego, ale za to bezsensownie przywołanym, to już doprawdy wstyd [5].

Jednym z lejtmotywów tej książki jest osobliwe przekonanie pani Baniewicz, że Janusz Głowacki - tak, ten wypieszczony Janusz Głowacki! - przez rodaków swych bywa ceniony mało i niechętnie. Albowiem "sukces budzi u nas bezinteresowną zawiść, a co najmniej powątpiewanie" (Dżanus, s. 200). Toteż w ojczyźnie rozumieją Głowackiego płytko, a na obczyźnie - głęboko. Tu nierzadko recenzje ma słabe, a tam często - świetne. I to u nie byle jakich znawców. Na przykład według samego Arthura Millera sztuka Fortynbras się upił to tekst "przewrotnie inteligentny". A z kolei według Josepha Pappa autor zgłębia w tej sztuce "lodowate otchłanie kondycji ludzkiej", a jednocześnie "zachowuje wiarę i ufność w to, że odnajdzie blaski słońca na rumowisku". Wprawdzie z tymi "lodowatymi otchłaniami" i "blaskami słońca na rumowisku" pojechał Papp nieco po grafomańsku, ale to amerykańska grafomania, a im wolno.

Wypowiedzi Millera i Pappa dowodzą, że ironia za oceanem, przeciwnie niż u nas, jest w cenie. Pozostaje domeną inteligenckich elit, które czytają "New Yorkera", oglądają filmy Woody'ego Allena i znajdują w nich wysublimowane żarty i bon moty. Dla tych kręgów sztuka polskiego autora okazała się i zrozumiała, i aktualna, i dobrze napisana (Dżanus, s. 160).
Ponieważ jednak tak się jakoś składa, że zarówno Arthur Miller, jak i Joseph Papp (Papirofsky), to potomkowie polskich Żydów, ironiczna Elżbieta Baniewicz postanowiła na wszelki wypadek zawczasu wydrwić ewentualne podejrzenia polskiego "uczciwego patrioty". I stąd właśnie ta wdzięczna fraza, którą już wyżej cytowałem: "Jakim cudem warszawski playboy mógł zostać cenionym pisarzem w Ameryce i na świecie. Któż mu to załatwił? [...] Żydzi? Masoni? Pederaści?"

Ale chociaż jest w tej grubej książce kilka stron o rodzinie Janusza Głowackiego i trochę zdjęć z rodzinnego albumu, nie ma tam ani słowa o babci pisarza ze strony matki. Można, owszem, dowiedzieć się, że babcia ze strony ojca, Berta, pochodziła z arystokratycznego rodu węgierskiego Lechoczky de Kiraly. Że bratem matki (czyli wujem Głowackiego) był znany aktor Kazimierz Rudzki. Że ojciec matki (czyli dziadek Głowackiego), Bronisław, przed wojną prowadził w Warszawie dwa sklepy "z instrumentami muzycznymi, gramofonami i płytami". Są nawet dokładne adresy tych sklepów oraz informacja, że firma miała przedstawicielstwo "wytwórni płytowej Columbia na Polskę" [6]. I tylko o żonie dziadka Bronisława nie ma nic. Jakby nie istniała.

Polski Słownik Biograficzny, raczej mało ezoteryczne źródło, podaje w haśle o Kazimierzu Rudzkim, że był on "synem Bronisława, właściciela sklepu z artykułami muzycznymi i wydawcy (rozstrzelanego przez Niemców 23 I 1940 na Palmirach), i Anny ze Szklawerów (zmarłej w niemieckim obozie koncentracyjnym 1942 lub 1943 r.)" [7].

Czy to, że ktoś jest przez innych Żydów postrzegany jako halachiczny Żyd, może mieć znaczenie? Andrzej Tadeusz Kijowski podaje ze swego życia następującą anegdotę:

Marzyłem wtedy, by zostać w Paryżu, dostać się na Uniwersytet, zgłębiać teatrologię, z której już miałem doktorat. Moim oparciem w tym mieście była od zawsze, jeszcze przed wojną zamieszkała na paryskich Bagnach (le Marais), Olga Scherer-Virsky.
Olga była cztery lata starszą przyjaciółką mego ojca jeszcze z krakowskich czasów szkolnych. [...] Związana długo z malarzem Janem Lebensteinem, była duszą polskiej emigracji [...] Teraz, w 1984 roku [...] pracowała jako profesor na Uniwersytecie Saint-Denis. Wyznałem jej, że marzę o poznaniu pracującego na tej uczelni guru francuskiej teatrologii André Veinsteina. Olga natychmiast zaaranżowała mi spotkanie [...] Kiedy jednak już wchodzić miałem do gabinetu profesora, ujęła mnie jakoś tak serdecznie i powiedziała dość dobitnie:
- Tylko pamiętaj, Jędrek, jak będziesz rozmawiał z profesorem, nie zapomnij powiedzieć, że jesteś moim kuzynem.
Zgłupiałem. Miałem równo trzydzieści lat i w ogóle nie rozumiałem, o co Oldze chodzi. Veinstein, Lebenstein, Wildstein czy Scherer - a mnie nawet do głowy nie przyszło, że poza polską, francuską czy zawodową może ich łączyć jakaś więź silniejsza. Uciekinier z polskiej utopii mimo przeżycia Marca '68, nadal nie wiedziałem, że istnieje coś takiego jak Gmina. A przecież według mej wiedzy nie byliśmy rodziną. Przyjaźń to jedno - kłamstwo to rzecz druga.
Rozmowa z profesorem była miła i pouczająca. Nie znalazłem jednak w niej miejsca na wtrącenie wątpliwych informacji rodzinnych, którymi profesor, jak sądziłem, mało by był zainteresowany. Próbowałem go przekonać moją teorią teatru, aby dał mi szansę kształcenia się u jego boku. No cóż, usłyszałem kilka komplementów, parę ważnych rad, i z nimi przyszło powrócić do Polski [8].
Janusz Głowacki też miał w Nowym Jorku przełomowe spotkanie - właśnie z Arthurem Millerem, tym, co to potem w jego następnej sztuce dostrzegł przewrotną inteligencję. Ale na razie Głowacki dopiero zaczyna:
A tu chwali mnie autor Śmierci komiwojażera, na której płakali zgodnie i wyrzuceni z pracy, i ci, co wyrzucają. Autor Czarownic z Salem, sztuki o polowaniach na czarownice zawsze i wszędzie.
[...]
Tyle że Arthur, kiedy skończył chwalić, to zaraz dodał, że on sam ma trudności z wystawianiem sztuk w Nowym Jorku. Ale że jak próbować, to od góry, czyli właśnie od Joego Pappa. Dodał, że normalnie wysyłać sztuki w ogóle nie warto, bo tam przychodzi dziesięć każdego dnia z całego świata i czytają je studenci po dziesięć dolarów za sztukę. Kiedy zobaczą obce nazwisko, to raczej zarobią tę dychę bez czytania. Więc on sam do Pappa zadzwoni. Ponieważ Joe jest zawsze na dziesięciu telefonach, więc on i zadzwoni, i jeszcze napisze. No i zobaczymy obaj, co to pomoże (Z głowy, s. 97-98) [9].
Jak widać, pomogło.

Elżbieta Baniewicz na pewno chciała dobrze. Chciała trochę poironizować jak Kierkegaard, trochę pośmiać się z tych "uczciwych patriotów", co to wszędzie Żyda wynajdą. Ale wyszło, jak wyszło, i kto wie, czy teraz patrioci przypadkiem nie dojdą do wniosku, że Janusz Głowacki to może nie tylko jewrej, ale i homoseksualist.

[1] Janusz Głowacki, Z głowy, Świat Książki, wydanie II poprawione i rozszerzone, Warszawa 2004, s. 50. Dalej cytuję jako Z głowy. Kto chciałby wiedzieć, jak tę anegdotkę czyta Adam Michnik, może to zobaczyć w filmie Depresja mon amour (2008) mniej więcej w 18 minucie. Nb. Gieorgij Gulia, u nas znany głównie jako autor powieści Echnaton władca Egiptu, nie był nominowany do Nagrody Leninowskiej, ale był laureatem Nagrody Stalinowskiej trzeciego stopnia w 1949 roku.

[2] Elżbieta Baniewicz, Dżanus. Dramatyczne przypadki Janusza Głowackiego, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016, s. 12-13. Dalej cytuję jako Dżanus. Wprawdzie niewymyślnej frazy o Żydach i pederastach używa w wywiadach również Głowacki (na przykład tu, tu i tu, ale autoironia rządzi się odrębnymi prawami. Natomiast tytuł to oczywiste nawiązanie do jego Good night, Dżerzi. Nieco naciągane, bo - jak można posłuchać w filmie Depresja mon amour - amerykańscy znajomi nie mówią o Głowackim 'Dżanus', ale zwyczajnie - 'Janusz', i to z aż zaskakująco dobrą wymową.

O książce Good night, Dżerzi pisałem krótko w OSOBACH: "Janusz Głowacki o Jerzym Kosińskim albo jeden centymetr i osiemdziesiąt dziewięć milimetrów".

[3] Być może to też miał być ukłon w stronę Janusza Głowackiego, który jest mistrzem recyclingu i sam od siebie przepisuje bez wahania. Baniewicz cytuje na przykład takie jego zdanie opisujące atmosferę w dawnym SPATiF-ie, czyli w warszawskiej knajpie Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu:

"Dyskutowano tu Schopenhauera, cenę dolarów, szanse uzyskania niepodległości i okradzenia bogatego Szweda przy barze" (Janusz Głowacki, Ścieki, skrzeki, karaluchy. Utwory prawie wszystkie, Polska Oficyna Wydawnicza "BGW", Warszawa 1996, s. 6). Dalej cytuję jako Ścieki.

Natomiast w książce Z głowy brzmi ono już tak:

"W SPATiF-ie dyskutowało się Heideggera i aktualny kurs dolara, szanse odzyskania niepodległości i napicia nierozcieńczonego jarzębiaku, zrobienia dobrego filmu i okradzenia bogatego Szweda przy barze" (Z głowy, s. 121).

Banalnego Schopenhauera zastąpił bardziej wyrafinowany Heidegger, a do odzyskania (nie "uzyskania") niepodległości doszedł - żeby nie było zbyt patetycznie - nierozcieńczony jarzębiak. Ta ewolucja stylistyczna przeczy zarazem wysuwanej tu i ówdzie tezie, jakoby naczelną cechą pisarstwa Janusza Głowackiego było uparte dążenie do zwięzłości.

Nb. Baniewicz cytuje tę krótszą wersję z dwiema zmianami: "Omawiano" zamiast "Dyskutowano" i "okradzenie" zamiast "okradzenia", toteż do jej cytowań podchodziłbym z ostrożnością (zob. Dżanus, s. 33 i przypis 10 na s. 356 odsyłający do Ścieków).

[4] "Duński myśliciel doby romantyzmu, Søren Kierkegaard, napisał w 1837 roku niezwykłą rozprawę doktorską O pojęciu ironii z nieustającym odniesieniem do Sokratesa, która przez cztery lata nie mogła się doczekać recenzji na uniwersytecie w Kopenhadze. Jej ostatnia teza: «Tak jak filozofia zaczyna się od wątpienia, tak życie istoty godnej miana człowieka zaczyna się od ironii», jak i cała rozprawa, nie wydawały się możliwe do przyjęcia" (Dżanus, s. 15).

Mniejsza już o tę "rozprawę doktorską". Na karcie tytułowej widnieje adnotacja: "Udgivet for Magistergraden", ale rzecz jasna nie była to także dzisiejsza praca magisterska. Natomiast oczywistą nieprawdą jest jakoby przez cztery lata nie mogła się ona doczekać recenzji i nie wydawała się możliwa do przyjęcia. Było akurat odwrotnie: wszystko poszło nadspodziewanie gładko. W czerwcu 1841 roku, prawdopodobnie niedługo po ukończeniu rozprawy (którą w 1837 zaczął zaledwie obmyślać), Kierkegaard zwrócił się do króla o pozwolenie przedstawienia jej w języku duńskim, choć zwyczajowo obowiązywała łacina. Takie pozwolenie otrzymał pod koniec lipca, z tym zastrzeżeniem, że do pracy zostaną dołączone po łacinie jej główne tezy i również po łacinie odbędzie się ich obrona. Druk dysertacji został ukończony w połowie września, a już 29 września doszło do obrony. Trwała siedem i pół godziny w dwóch turach, od 10 do 14 i od 16 do 19.30, i zakończyła się pełnym sukcesem. Obaj oponenci z urzędu rozpływali się potem w superlatywach. Zachęcano także Kierkegaarda, by przełożył swą rozprawę na niemiecki i starał się o pozycję na uniwersytecie.

Drogę Kierkegaarda do obrony dysertacji przedstawia dokładnie Joakim Garff (Søren Kierkegaard. A Biography, przekład Bruce H. Kirmmse, Princeton University Press, New Jersey 2007, s. 192-199). Zwięźlej o tym samym piszą w "Historycznym wstępie" do swojego przekładu Howard V. Hong i Edna H. Hong w: Søren Kierkegaard, The Concept of Irony, with Continual Reference to Socrates, redakcja, przekład, wstęp i przypisy Howard V. Hong i Edna H. Hong, Princeton University Press, New Jersey 1992, s. x-xii. Tamże na stronie piątej reprodukcja oryginalnych łacińskich tez, których bronił Kierkegaard. Ostatnia, oznaczona numerem XV, brzmi: "Ut a dubitatione philosophia sic ab ironia vita digna, quae humana vocetur, incipit". Wcześniej, na stronie czwartej, reprodukcja karty z ogłoszeniem terminu obrony. Zecer tak się spieszył ze składem, że przestawił rzymską dziesiątkę (X) przed pięćdziesiątkę (L), co w efekcie zamiast roku 1841 (MDCCCXLI) dało rok 1861 (MDCCCLXI).

Elżbieta Baniewicz w przypisie do swojej uwagi o Kierkegaardzie podaje następujący adres bibliograficzny: "Søren Kierkegaard, O pojęciu ironii, przeł. i posłowie Alina Djakowska, Warszawa 1999" (Dżanus, s. 355). Tyle że Alina Djakowska nie pisze w posłowiu ani o czteroletniej karencji rozprawy Kierkegaarda, ani o tym, że nie wydawała się ona możliwa do przyjęcia, aczkolwiek nieco przesadnie odmalowuje trudności, które piętrzyły się przed autorem. Prawdą jest jedynie, że grymaszono nad niecodzienną formą i językiem rozprawy, ale kto czytał Kierkegaarda, ten wie, że również dziś, w czasach (podobno) większej swobody, takich grymaśników dałoby się znaleźć bez trudu.

[5] "Niedługo po wojnie okazało się, że Polska została odgrodzona żelazną kurtyną, czyli praktycznie z Europy wykluczona. Komu nie podobało się podporządkowanie jej wpływom wschodniego mocarstwa, musiał trzymać fason i się nie poddawać, czyli budować hierarchie nowe i dość specyficzne. Ponieważ miejsce na szczytach oficjalnego życia (partyjnego) było dla większości myślących obywateli nie do przyjęcia, pachniało zdradą ideałów demokracji i skretynieniem, góra przeniosła się na dół. Zgodnie z tym, co mówił bohater filmu Krzysztofa Zanussiego Bez znieczulenia: po japońsku jama to góra, po polsku - dziura. Prawdziwe życie zeszło jeśli nie do podziemia, choć i tam także, to na pewno wytworzyło alternatywne miejsca i własne hierarchie" (Dżanus, s. 32).

Bez znieczulenia to film Andrzeja Wajdy. O tym, co znaczy jama po japońsku i po polsku, mówi bohater Barw ochronnych. Pomyłka wzięła się zapewne stąd, że w obu filmach grał Zbigniew Zapasiewicz. Samą pomyłkę można by jeszcze darować, gdyby nie to, że cytat pojawia się wyłącznie na zasadzie absurdalnego skojarzenia. W filmie słowa o górze i dziurze nie mają absolutnie żadnych konotacji politycznych, nie są aluzją do nowych hierarchii ani do życia, które "zeszło do podziemia" etc., etc. To jedynie docent Jakub Szelestowski (grany właśnie przez Zapasiewicza) drwi w ten sposób, zresztą słusznie, z referatu pewnego studenta (scena w okolicy 39 minuty).

[6] O rodzinie Janusza Głowackiego można przeczytać na stronach 35-39. O Kazimierzu Rudzkim na stronach 37-38. O Bronisławie Rudzkim i jego firmie na stronie 38. O węgierskiej babce Bercie Lechoczky de Kiraly na stronie 39. Głowacki podawał jej nazwisko także w formie Lechoczky de Kilary Lechota (Z głowy, s. 45), a w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" (zob. niżej przypis 7) jako Lehoczky de Kiraly Lechota. Natomiast na stronie 288 drugiego tomu dzieła Notitiae politico-geographico-statisticae inclyti Regni Hungariae wydanego w Budzie w roku 1829 pisownia jest jeszcze trochę inna: Lehoczky de Király-Lehota. Kwalifikowanego hungarystę ze specjalizacją w genealogii uprasza się o konsultację.

[7] PSB, tom 33: Rudowski Jan - Rząśnicki Adolf, Ossolineum, Wrocław 1991-1992, s. 49. Nazwisko Szklawer (albo Szklower, Szkłower, potem czasem Szkłowski) wskazuje na pochodzenie z (dziś) białoruskiego Szkłowa, niegdyś bardzo ważnego dla Żydów miasta, bo tam właśnie zaczął się ruch haskali, czyli wyjścia z getta i asymilacji (zob. Encyclopaedia Judaica, Second Edition, tom 18: San-Sol, Thomson Gale and Keter Publishing House 2007, hasło "Shklov", s. 493: "It was in Shklov that Haskalah first actively emerged [...]").

Sam Janusz Głowacki o tej babci wspomina bardzo dyskretnie, ale naturalnie nie udaje, że jej nigdy nie było.

"Pisał pan, że dziadkowie zginęli w straszliwym bałaganie.

- Dziadka ze strony mamy Niemcy wzięli z łapanki. Z nikim nie chciał się bić, szedł sobie ulicą i zabrali go jako zakładnika, zawieźli na Pawiak, a potem rozstrzelali w Palmirach, i tyle. Babcia zginęła w jakimś obozie. Pewnie to było nieuniknione, jak się zna historię Polski" (Głowacki: Bóg zesłał uchodźców, żeby nam poprawić samopoczucie. Zawsze myśmy błagali, to teraz możemy nie wpuszczać. Z Januszem Głowackim rozmawia Donata Subbotko, wyborcza.pl, 31 marca 2017 (strona zarchiwizowana).

[8] Andrzej Tadeusz Kijowski, Opis obyczajów w XV-leciu międzysojuszniczym, tom I: Odsłanianie dramatu, Wydawnictwo AnTraKt, Warszawa 2010, s. 73-74.

[9] Janusz Głowacki mówi o tym spotkaniu również w filmie Depresja mon amour, mniej więcej w 7 minucie: "Gdyby nie to, że szczęśliwy los skierował mnie do Arthura Millera, który przeczytał tę moją sztukę Kopciuch i wysłał ją do Josepha Pappa, czy ja bym w ogóle się tutaj przebił". Z kolei mniej więcej w 45 minucie można posłuchać jego krótkiej przyjacielskiej pogawędki z Millerem.

Amerykańskim czytelnikom, znacznie bystrzejszym (jak to już ustaliła Elżbieta Baniewicz) od polskich, Głowacki opowiedział o tym swoim życiowym zwrocie nieco inaczej. W tej wersji nie ma już Arthura Millera, a do wielkiego Josepha Pappa - tego, co to "jest zawsze na dziesięciu telefonach" - dzwoni osobiście dramaturg o nazwisku, które dla studentów czytających sztuki oznacza łatwą dychę bez czytania.

"Z 48 kopii Kopciucha siedem wróciło z identycznie brzmiącymi listami. Teatry gorąco dziękowały mi za wyjątkową szansę, jaką było dla nich zapoznanie się z moją sztuką, wyrażały żal, że nie mogą jej wystawić, i pewność, że inne teatry to zrobią. [...] W tej sytuacji [...] zadzwoniłem do producenta, że się zgadzam [zmniejszyć obsadę z 14 do 7 osób] i wesoło zabrałem się do zabijania Kopciucha, kiedy z pewnym opóźnieniem cud się jednak zdarzył.

Jeden z najsławniejszych producentów nowojorskich - Joe Papp - odpowiedział na mój telefon i zgodził się sztukę bez żadnych cięć wystawić" (Ścieki, s. 713; wyróżnienie moje).

Po angielsku ukazało się to 15 lutego 1987 roku w "The New York Times" pod tytułem Polish Odyssey: Warsaw to Off Brodway (strona zarchiwizowana):

"Out of 48 copies of «Cinders,» seven came back with identical sounding letters: the theaters thanked me warmly for the rare pleasure of getting acquainted with my play and expressed their sorrow at not being able to produce it and their belief that any other theater surely would. [...] In this situation [...] I called the producer to tell him that I accepted his proposal and happily started to murder my play when my prayer, a little belatedly, showed effects. Joe Papp answered my phone call. He had read the play and agreed to produce it without cuts" (wyróżnienie moje).

Nb. polska wersja tego artykułu (autorski przekład?) jest dość niechlujna. W wersji angielskiej powiada się, że na pieniądz w Polsce należy zgodnie z marksistowską dialektyką patrzeć jako na zjawisko sprzeczne (a contradictory phenomenon), natomiast w wersji polskiej pojawia się dziwaczne zalecenie, by na pieniądz patrzeć "jako na zjawisko niejednorodne" (Ścieki, s. 712).

Z powodu tego niechlujstwa w jednym miejscu została nawet zepsuta pointa całkiem zgrabnej anegdoty:

"Pierwsza powieść, jaką napisałem w Polsce, dotyczyła tzw. czerwonej burżuazji. Bohaterami były nietykalne dzieci dygnitarzy partyjnych, które w głodującym kraju wożono do szkoły czarnymi limuzynami, a na wakacje wysyłano do Monte Carlo. Przeczytawszy książkę cenzor powiedział: «Wszystko to prawda, wszyscy o tym wiedzą. Ale pisanie o rzeczach powszechnie znanych z artystycznego punktu widzenia mija się z celem. Dlatego zatrzymuję pana książkę nie z powodów artystycznych, tylko politycznych»" (Ścieki, s. 714).

Powinno być oczywiście odwrotnie: "Dlatego zatrzymuję pana książkę nie z powodów politycznych, tylko artystycznych". W wersji angielskiej: "That is why I am stopping your book, not because of political, but because of artistic reasons".