EBENEZER ROJT

Agata Bielik-Robson studiuje Biblię
albo o pożytku z istnienia dobrych redaktorów

Wiele wydawnictw oszczędza na redaktorach. Autor sam pisze książkę, sam ją redaguje i sam na koniec robi jej korektę, bo tak wypada taniej. Jak się jednak za chwilę przekonacie, wynajęcie kompetentnego redaktora ma swoje zalety. Zwłaszcza w dzisiejszym czasie marnym, gdy autorom wprawdzie brakuje nieraz wykształcenia, ale nigdy nie brakuje im tupetu, by zabierać się za pisanie grubych ksiąg w celu kształcenia kogoś innego.

Zainwestowanie w redaktora opłaciło się tym razem krakowskiemu Towarzystwu Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, które podjęło decyzję o wydaniu książki Agaty Bielik-Robson, "Na pustyni" [1]. Gdyby redaktora nie było, byłby wstyd i zgrzytanie zębów, a tak nic się nie stało. I trzeba o tym głośno mówić, bo praca redaktorów dokonuje się na ogół w skrytości niczym praca fachowców od asenizacji i zwraca się na nią uwagę dopiero wtedy, gdy coś pójdzie źle.

Swoją drogą, książka Agaty Bielik-Robson to nie byle jakie wyzwanie dla redaktora. Traktuje ona bowiem o teologicznych uwikłaniach współczesnej myśli i ogromnie jest uczona. Snują się po niej Lacan z Benjaminem, spaceruje swoimi ścieżkami Heidegger, czasem wpadnie z jakąś uwagą Rosenzweig. Krótko mówiąc: gnoza, zgroza i hebrajski witalizm.

Część przedmowy autorka ogłosiła wcześniej w internetowym piśmie "artPAPIER", w czym nie ma nic zdrożnego, bo to praktyka powszechna i zrozumiała. Między innymi znalazło się tam zdanie, które objaśnia, skąd wzięła się ta pustynia w tytule, a więc zdanie, które trudno uznać za marginalne i nieważne:

Doświadczenie pustyni to główny temat trzeciej księgi Biblii Hebrajskiej, której tytuł brzmi właśnie "Na pustyni", Bemidbar (przekład łaciński zmienia tę nazwę na Leviticus, czyli Księgę Kapłańską, ponieważ, istotnie, jest to czas wytężonej działalności kapłanów, zwykle na próżno usiłujących zdyscyplinować swój lud) [2].
Gdy ktoś pisze książkę o niuansach żydowskiej i chrześcijańskiej teologii, można by oczekiwać, że co jak co, ale akurat Biblię zna na wyrywki. Może nie aż na poziomie protestanckich zagadek katechetycznych w rodzaju "Jak nazywał się teść Aarona?", ale że przynajmniej nie mylą mu się księgi Tory, których jest przecież raptem pięć.

Tymczasem Bemidbar to nie trzecia księga Biblii Hebrajskiej, jak napisała Agata Bielik-Robson, lecz księga czwarta.

Też mi wielkie mecyje! - powiecie. To już nie można się przejęzyczyć z głupim numerkiem? I o to cały ten zgiełk? Zbzikowałeś już Ebenezerze ze swoim czepialstwem do cna...

Owszem, przejęzyczyć się można, nawet dwa plus dwa czasem daje pięć, ale piszę tę notkę właśnie dlatego, że nie chodzi tu o banalne przejęzyczenie.

Po pierwsze, Agata Bielik-Robson była aż tak pewna tej "trzeciej księgi Biblii Hebrajskiej", że podając jej nazwę łacińską podała tytuł księgi Leviticus, czyli Księgi Kapłańskiej, która rzeczywiście jest trzecią księgą Biblii. Nie zachodzi tu zatem przypadek pomyłki mimowolnej - jak wtedy, gdy ktoś w istocie myśli o Ludwiku XIV, a nieposłuszna ręka zamiast XIV wystukuje na klawiaturze XVI.

Ale to jeszcze nie wszystko!

Coś bowiem musiało profesor Bielik-Robson tknąć, kiedy uprzytomniła sobie, że w chrześcijańskiej Biblii trzecia księga to właśnie Księga Kapłańska. Tu pustynia, a tam kapłani. Hmm. Co prawda kapłani też mogą się szwendać po pustyni, ale trzeba wam wiedzieć, że z całego Pięcioksięgu akurat w Księdze Kapłańskiej o pustyni mówi się najmniej; głównie w związku z rytuałem wypędzania na pustynię kozła ofiarnego. Niemożliwe, by nie wiedziała o tym Agata Bielik-Robson, a jednak zamiast sprawdzić, czy przypadkiem gdzieś tu nie zawiodła jej pamięć, do słów "przekład łaciński zmienia tę nazwę na Leviticus, czyli Księgę Kapłańską" dopisała beztrosko: "ponieważ, istotnie, jest to czas wytężonej działalności kapłanów, zwykle na próżno usiłujących zdyscyplinować swój lud".

I dopiero to ad hoc zmyślone, fantastyczne uzasadnienie, czemu hebrajskie Bemidbar rzekomo zmieniło się u chrześcijan w Księgę Kapłańską [3], czyni z przykrej, lecz w sumie wybaczalnej pomyłki, kompromitującą blagę!

Artykuł z "artPAPIERU" został zresztą wkrótce potem przedrukowany (i nieco przeredagowany) w papierowym "Czasie Kultury". Była więc szansa na poprawienie błędu. Ale nikt go nie zauważył, więc do druku znów poszło to samo:

Doświadczenie pustyni to główny temat trzeciej księgi Biblii Hebrajskiej, której tytuł brzmi właśnie "Na pustyni", Bemidbar (przekład łaciński zmienia tę nazwę na Leviticus, czyli Księgę Kapłańską, ponieważ, istotnie, jest to czas wytężonej działalności kapłanów, zwykle na próżno usiłujących zdyscyplinować swój lud) [4].
To samo znajduje się też w pierwszym roboczym składzie książki "Na pustyni" [5]. Na szczęście wtedy jednak do akcji wkroczył już czujny redaktor (prawdopodobnie Ryszard Nycz, redaktor naukowy książki) i w wersji drukowanej nastąpiła zasadnicza zmiana:
Doświadczenie pustyni to główny temat czwartej księgi Biblii Hebrajskiej, której tytuł brzmi właśnie "Na pustyni", Bemidbar (przekład łaciński zmienia tę nazwę na Numeri, czyli Księgę Liczb) [6].
Numerek został poprawiony, poprawnie też podano łaciński tytuł tej księgi. I najważniejsze: znikła fantazja, która wcześniej próbowała pogodzić "pustynię" z księgi czwartej z "kapłanami" z księgi trzeciej.

Ostatecznie więc wszystko dobrze się skończyło i teraz zdanie wygląda, jak należy.

Rzecz jednak w tym, że popuścić wodze fantazji łatwo, ale trzeba później żelaznej woli, by na powrót ściągnąć jej cugle [7].

[Aneks. Jacques Derrida zmienia płeć]

Kilkanaście lat później Agata Bielik-Robson napisała nader uczony artykuł do zbiorowej książki Tsimtsum and Modernity. Lurianic Heritage in Modern Philosophy and Theology (Walter de Gruyter, Berlin - Boston 2021). Zatytułowała go zaś z bezlitosnym wdziękiem: Derrida Denudata: Tsimtsum and the Derridean Metaphysics of Non-Presence. Jasne więc jest, że byle kto tego nie ugryzie. Ilu bowiem znacie ludzi, którzy rozumieją się zarówno na derridiańskiej gramatologii, jak i na kabale luriańskiej, a jednocześnie są amatorami wymagającego nieustannej czujności pisarstwa Agaty Bielik-Robson.

Czujność zaś jest wskazana, gdyż pisarstwo to chwilami niepokojąco przypomina halucynacje sztucznej inteligencji, która nawet jeśli coś pozlepia z jakim takim sensem, to często byle jak, z niedoróbkami i zmyśleniami.

W przypisie 52 na stronie 413 Agata Bielik-Robson cytuje księgę Zohar w przekładzie Gershoma Scholema, ale w podanym przez nią wydaniu Scholema cytowane zdania znajdują się nie na stronie 3, lecz na stronie 27. Ponadto zostały skopiowane nadzwyczaj niechlujnie. Bywa że wstawki Scholema w nawiasach kwadratowych znikają bez zaznaczenia albo - też bez zaznaczenia - zostają włączone do tekstu. Coś przeskoczyło do tekstu nawet z przypisu Scholema i to tak niefortunnie, że ktoś teraz może pomyśleć, jakoby przekładem hebrajskiego słowa Hokhmah (חכמה, w polskiej transkrypcji Chochma, w tym kontekście mądrość Boża) była fraza "the final breaking through", a kto wie, czy nawet nie samo "through".

Jednak takie banalne niechlujstwo Agacie Bielik-Robson nie wystarczyło i musiała jeszcze nazmyślać. Nie jest prawdą, że cytowane zdania to "the opening sentences from the Zohar". To jedynie początek komentarza do pierwszej parszy księgi Bereszit (Genesis). Nie jest również prawdą, że Derrida cytował te zdania w Dissemination. A to wszystko tylko w jednym niedługim przypisie!

Ale dodaję ten aneks głównie z powodu zabawnego drobiazgu, który znalazł się już w tytule artykułu: Derrida Denudata. Na pewno nie ma tam literówki, bo w całej książce tytuł ten został powtórzony w tej postaci blisko dwadzieścia razy. Na pewno też miała to być oczywista aluzja do słynnego dzieła Christiana Knorra von Rosenrotha Kabbala denudata, czyli Kabała odsłonięta, zawierającego łaciński przekład fragmentów Zoharu. Tyle że 'Kabbala' jest w łacinie rodzaju żeńskiego i oczywiście ten sam rodzaj ma słówko 'denudata'. Mechanicznie dolepione do Derridy daje w rezultacie gramatycznego potworka: Derrida odsłonięta.

Prawidłowo powinno być Derrida denudatus. Aluzja dalej byłaby czytelna i pewnie dałoby się taką poprawkę zrobić w mig nawet w ostatniej korekcie składu.

Niestety, w tym wypadku Agata Bielik-Robson nie mogła liczyć na ratunek ze strony kompetentnego redaktora. To ona sama była jednocześnie redaktorką tej książki.

[Pan Łukasz Bielecki uprzejmie powiadomił mnie, że w dzisiejszych czasach koślawa łacina Agaty Bielik-Robson to nic specjalnego. Na dowód przesłał artykuł napisany przez prawnika (!) i wydrukowany w "Studiach Prawniczych KUL" (!!), a zatytułowany Tribunal locuta - causa finita? Tym razem rodzaj żeński dolepiono do rodzaju nijakiego. Prawidłowo powinno być Tribunal locutum. Przed wojną każdy prawnik był w stanie czytać Eneidę w oryginale. Było, minęło.]

[1] Agata Bielik-Robson, "Na pustyni". Kryptoteologie późnej nowoczesności, redaktor naukowy Ryszard Nycz, UNIVERSITAS, Kraków 2008 (cop.).

[2] Agata Bielik-Robson, Myśl postsekularna, czyli teologia pod stołem, "artPAPIER", nr 113, 1 września 2008. Z adnotacją: "Tekst jest zmienionym fragmentem wprowadzenia do książki «Na pustyni. Kryptoteologie późnej nowoczesności», która ukaże się jesienią 2008 roku".

[3] Przy okazji warto może sprostować nieco bałamutną uwagę profesor Bielik-Robson, że łacińskie Leviticus to przekład, dziwnie przecież nietrafny, hebrajskiego Bemidbar. Tak naprawdę chodzi bowiem o dwie różne konwencje. Otóż łacińskie tytuły ksiąg Tory, przejęte zresztą z greckiej Septuaginty, są znaczące i odnoszą się do zawartości, natomiast hebrajski tytuł każdej księgi to (z grubsza biorąc) incipit, słowo, od którego dana księga się zaczyna. Akurat w wypadku księgi Bemidbar, zaczynającej się od słów "Na pustyni Synaj Bóg przemówił do Mojżesza...", incipit można od biedy uznać za powiązany z jej treścią. Ale już pełna przygód Księga Wyjścia to w Biblii Hebrajskiej Szemot, czyli "Imiona".

Nb. wedle tej samej konwencji powstają tytuły papieskich encyklik. I tak na przykład Humanae vitae Pawła VI zaczyna się od słów "Humanae vitae tradendae munus gravissimum...", a Fides et ratio Jana Pawła II od słów "Fides et ratio binae quasi pennae...". Jak łatwo zauważyć, w tym wypadku autorzy dbają jednak o to, by te pierwsze słowa oddawały zarazem temat całości.

[4] Agata Bielik-Robson, Myśl postsekularna, czyli teologia pod stołem, "Czas Kultury" 2009, nr 1, s. 26.

[5] Plik PDF z tym składem o rozmiarze 3 400 147 bajtów można znaleźć w Internecie, ale ponieważ został on tam umieszczony najpewniej nielegalnie, nie podaję bliższych danych. Tekst w tym pliku powtarza dokładnie wersję z "artPAPIERU".

[6] Agata Bielik-Robson, "Na pustyni"..., s. 14.

[7] Kto ciekaw, jak Agata Bielik-Robson wyfantazjowuje na poczekaniu judaizm albo biografię Spinozy, niech zajrzy do notek: "Agata Bielik-Robson rozmawia z Tadeuszem Bartosiem. Część I: A. B.-R. wymyśla biografię Spinozy" i "Agata Bielik-Robson rozmawia z Tadeuszem Bartosiem. Część II: A. B.-R. wymyśla nowy wspaniały judaizm".