EBENEZER ROJT

Stanisław Lem o tyranii kapitana Nemo
albo powaga liczb
(wraz z aneksem o zasługach
inżyniera Eustachego Białoborskiego)

Prawie pół wieku temu, w roku 1973, Stanisław Lem zadał pytanie, czy kapitan Nemo był wyzyskiwaczem. Chodziło o to, że gdy
dodać do siebie wymiary pomieszczeń "Nautilusa", łódź ta, po odjęciu przestrzeni, zajętej przez maszynownię oraz osobiste kajuty kapitana Nemo (salon, sypialnia, biblioteka), pozostawia do dyspozycji całej załodze klitkę wielkości 16 stóp na 22. Można ustalić, iż załoga liczyła co najmniej 24 ludzi. Jeśli tedy umieścić ją nawet na potrójnie spiętrzonych kojach, pozostanie jej, na przestrzeń życiową, 10 x 16 stóp, obszar, na którym nieszczęśni podwładni kapitana Nemo musieli gnieść się stojąc - w toku wieloletnich podmorskich wojaży! Tak nędzny metraż musiał sprawiać im dolegliwości, których pan kapitan był na pewno świadom, bo to się działo pod jego bokiem - za progiem rozległych salonów i bibliotek, do których, nota bene (tekst jest tu jednoznaczny), nigdy żaden marynarz nie miał wstępu! [1].
Według Lema, kapitan Nemo, upozowany przez Verne'a na szlachetnego mściciela i troskliwego dowódcę, w świetle tych twardych liczb okazywał się "satrapą i dręczycielem swej załogi", której przypadł los sardynek w puszce. Jednocześnie Lem dodawał, że intencje autora nie mają tu nic do rzeczy. Verne ani chciał, ani nie chciał sugerować, że Nemo to naprawdę obłudny okrutnik. Po prostu pogubił się nieco w swej bajce, nieopatrznie szafując liczbami. Gdyby ograniczył się do ogólnikowych uwag, że "Nautilus" jest "kolosalny", a pokoje kapitana Nemo "przestronne", problem w ogóle by się nie pojawił. W późniejszej polemice Lem podkreślał, że:
[...] Verne nie musiał nam pchać w oczy dokładnych wymiarów "Nautilusa" i jego salonów, skoro to jednak zrobił, wypadało pamiętać i o kubryku [2].
Ale sprawa nie przedstawia się tak prosto, jak przyjął Lem (który - nawiasem mówiąc - dał się nabrać na cudzy żart) [3]. Przede wszystkim liczby u Verne'a wcale nie są jednoznaczne. Po pierwsze, nic nie zmusza do przyjęcia, "iż załoga liczyła co najmniej 24 ludzi". Mogło ich być dwudziestu, a nawet mniej [4]. Po drugie, nic nie stoi na przeszkodzie, by przedstawić sobie pomieszczenie dla załogi jako piętrowe. Wiadomo, że położony na tym samym poziomie salon ma pięć metrów wysokości [5]. Otrzymujemy zatem dla 20 ludzi dwa pomieszczenia o wysokości 2,5 metra oraz o powierzchni 30 metrów kwadratowych każde (już po odliczeniu miejsca na schodki). Daje to w rezultacie komfort znacznie większy niż we współczesnych okrętach podwodnych, gdzie dla 10 ludzi standardem jest pomieszczenie o podobnej wysokości i mniej niż 10 metrach kwadratowych powierzchni. Każdy marynarz ma tam do dyspozycji - i to na "potrójnie spiętrzonych kojach" - jakieś półtora metra kwadratowego prywatnej przestrzeni [6].

Pozostaje jeszcze kwestia dysproporcji między luksusami kapitana (to te rozległe "salony i biblioteki") i przyzwoitym - jak się okazuje - ale jednak nie zbytkownym, standardem życia załogi. Również i w tym wypadku Lem zdecydowanie przesadził. Wbrew jego zapewnieniom ("tekst jest tu jednoznaczny"), nigdzie w książce nie powiada się, że do "salonów i bibliotek" nie miał nigdy wstępu żaden marynarz. Przeciwnie, można w niej znaleźć wzmianki o panującym na "Nautilusie" egalitaryzmie [7]. Nie wynika z tego, że w opisach Verne'a wszystko się pięknie zgadza [8], niemniej akurat przed zarzutami Lema dość łatwo go wybronić.

Ostatecznie bowiem zarzuty te i tak stają się z gruntu bezprzedmiotowe, gdy tylko czytelnik uprzytomni sobie, że narratorem u Verne'a jest jeden z bohaterów opowiadanej historii, dość prostoduszny profesor Aronnax. To nie Verne pcha nam w oczy dokładne wymiary "Nautilusa", ale wymiary te pcha w oczy profesorowi Aronnaxowi, i to z podejrzaną ostentacją, sam kapitan Nemo, który skądinąd ma swoje powody, by przed nikim nie odkrywać się całkowicie. Zresztą w toku późniejszych wypadków okazuje się, że na "Nautilusie" w istocie zachodzą jakieś sprawy sekretne: znika załoga, przepada gdzieś kapitan Nemo etc. Zatem kto wie, czy jego podwodny okręt nie jest znacznie dłuższy niż to przyjmuje na wiarę narrator i czy nie kryje w swym wnętrzu wielu dodatkowych pomieszczeń [9].

Lem mógłby mieć rację tylko wtedy, gdyby Verne wprowadził w Dwudziestu tysiącach mil klasycznego wszechwiedzącego i wiarygodnego narratora, za którego autor odpowiada - niczym notariusz - całym swoim majątkiem zaufania u czytelników. Bohaterowie powieści mogą być kłamliwi, omylni, zwiedzeni, związani tajemnicą milczenia etc. etc., ale dla wszechwiedzącego narratora nie ma zmiłuj, gdy pomyli się w rachunkach. Na przykład w powieści Yiyun Li Włóczędzy narrator przedstawia na wstępie taki oto szczegółowy opis topografii pewnego chińskiego miasta o nazwie Błotnista Rzeka:

Błotnista Rzeka była jednak jak na swoje rozmiary ludna i w znacznej mierze samowystarczalna. Założono ją przed dwudziestoma laty w ramach uprzemysławiania terenów wiejskich, a dziś jej liczne, choć niewielkie fabryczki zapewniały mieszkańcom pracę i niezbędne zaopatrzenie. Wytyczono symetryczny plan zabudowy, toteż całe miasto (z wyjątkiem placu, przy którym stało kilka gmachów wysokości trzech lub czterech pięter, a także głównej ulicy z domem towarowym, kinem, dwoma targowiskami i wieloma sklepikami) podzielono na dwadzieścia wielkich kwartałów, a każdy z nich dzielił się z kolei na dziewięć mniejszych, mieszczących po cztery rzędy parterowych segmentów, które liczyły po osiem domów. Każdy taki domek zbudowany był na planie kwadratu o boku czterech i pół metra, składał się zaś z sypialni i pokoju frontowego oraz podwóreczka przed wejściem, ogrodzonego drewnianym płotem, a u zamożniejszych rodzin - ceglanym murem, wyższym niż przeciętny mężczyzna.
[...]
W takich to ponumerowanych segmentach mieszkało osiemdziesiąt tysięcy ludzi [...] [10].
Z pomnożenia podanych liczb (20 x 9 x 4 x 8) wynika, że w Błotnistej Rzece znajdowało się 5760 domków. Na jeden domek przypada zatem niemal 14 mieszkańców (80000 : 5760). Ponieważ każdy domek ma powierzchnię 20 metrów kwadratowych, i to łącznie z podwóreczkiem przed wejściem, ostatecznie otrzymujemy jakieś półtora metra kwadratowego przestrzeni życiowej na jednego Chińczyka [11].

Półtora metra kwadratowego na jednego mieszkańca w rewolucyjnych Chinach z końca lat siedemdziesiątych to nie jest liczba aż tak fantastyczna, by trzeba ją było koniecznie z góry odrzucić. W sowieckich i rosyjskich więzieniach osiągano i osiąga się nieporównanie bardziej wyśrubowane wyniki: od 0,3 metra kwadratowego na osobę niegdyś, do luksusowego metra kwadratowego dzisiaj [12]. Ale w całej powieści nie pojawia się później ani jedna rodzina, nawet z warstw najuboższych i prześladowanych przez system, która przynajmniej zbliżałaby się liczebnością do tej wyżej skalkulowanej średniej: 14 mieszkańców na jeden domek. Czyli na pewno chodzi tu o błąd [13].

A co do kapitana Nemo, to tak czy owak był on plugawym zbrodniarzem. Palił mianowicie cygara w pomieszczeniu publicznym i bezwstydnie zachęcał do tego procederu innych [14].

[Aneks. Nieoczekiwana zmiana miejsc]

Pisząc wiele lat temu tę notkę o perypetiach Stanisława Lema z Juliuszem Verne’em, na śmierć zapomniałem o inżynierze Eustachym Białoborskim, choć przecież aż się prosiło, by nawiązać do jego dawnego sporu z Lemem, skoro szło wtedy między innymi także o znaczenie liczb w powieściach. Stąd niniejszy aneks.

Wprawdzie tamten spór to w życiu Lema zaledwie epizod, lecz może istotniejszy niż się na ogół sądzi. Jeśli wierzyć przepracowanym dziennikarzom, był inżynier Białoborski smutnym matołkiem, który nie potrafił odróżnić tego, co u Lema ważne, od drugorzędnych detali, a nawet kimś w rodzaju dzisiejszego trolla internetowego. Tyle że to kolejne bałamuctwo, do jakich prowadzi "myślenie schematami" [15].

W rzeczywistości - tego się już jednak od przepracowanych dziennikarzy nie dowiecie - bardzo to była niebanalna postać. Starszy od Lema o pokolenie, zdążył jeszcze przed I wojną publicznie zademonstrować (i opatentować) swój system filmu dźwiękowego. Na kilkanaście lat przed Śpiewakiem jazzbandu! Podobno też jego pomysł "stał się inspiracją dla kolejnych techników pracujących nad udźwiękowieniem filmu" [16].

Owszem, nie sposób uznać Białoborskiego za błyskotliwego stylistę. Ale i jemu czasem trafił się wcale zgrabny kalambur:

[P]ragnę zwrócić uwagę Czytelników na świeże absurdy naukowe, zawarte w noweli pt. "Topolny i Czwartek" w niedawno wyszłej książce pt. "Sezam i inne opowiadania". Sezam to miejsce legendarnych skarbów z "Tysiąca i Jednej Nocy". Brylanty sezamu lemowego są, można by powiedzieć "pierwszej mąciwody", jeżeli użyjemy stylu nowel Lema [17].
Natomiast ton jego polemik był po inżyniersku rzeczowy. Żadne tam humanistyczne grymaszenia "nie podoba mi się" etc. Przeciwnie, z nieubłaganą metodycznością Białoborski udowadniał, akapit po akapicie, że Lem nie ma pojęcia o fizyce nawet na poziomie elementarnym. Że miesza mu się swobodny spadek z rzutem albo że pisze bzdury o grawitacji [18]. Najczęściej zaś po prostu brał rozmaite liczby z utworów Lema, rachował i pokazywał, co z nich zgodnie z prawami fizyki wynika. A wynikały zabawne nonsensy. Na przykład, że Kosmokrator, rakieta z Astronautów, mógłby osiągnąć prędkość najwyżej czterech metrów na sekundę. "To znaczy prędkość, z jaką mały Jasio jeździ na hulajnodze [...]" (Białoborski Problemy, s. 502).

Lem nie dałby rady równie rzeczowo odpowiedzieć na te zarzuty, nawet gdyby były chybione (a nie były), bo z rachowaniem i liczbami zawsze miał kłopoty [19]. Dlatego usiłował wszystko zbyć retoryką i dowcipem, ale po prawdzie jego odpowiedź była tak żenująca, że - co rzadko się zdarza - redakcja "Problemów" nie wytrzymała i dopisała do niej swój druzgocący komentarz:

Zamieszczając powyższą dowcipną wypowiedź S. Lema redakcja pragnie zaznaczyć, że nie uważa za słuszny jego stosunek do krytyki nieścisłości naukowych zawartych w "Astronautach". Przede wszystkim, powoływanie się na błędy innych autorów powieści fantastycznych nie jest usprawiedliwieniem błędów własnych. Po wtóre, należy oceniać ważkość owych błędów z uwzględnieniem stanu nauki w czasie, gdy dana książka powstawała: co za czasów np. Verne'a specjalnie nie raziło, dziś mogłoby być niedopuszczalne. Po trzecie - ważną cechą dobrego pisarza powieści fantastycznych jest m.in. pewien takt naukowy, który pozwala mu odróżniać fantazję naukową od jawnej sprzeczności z podstawowymi prawami przyrody, krótko mówiąc - od naukowego nonsensu [20].
Skąd tam ten Verne? Otóż Lem w swojej odpowiedzi zaproponował Białoborskiemu, by na podobnej zasadzie poddał "surowej krytyce" również słynne powieści fantastyczno-naukowe z przeszłości. Między innymi powieści Verne'a W 98 godzin z Ziemi na Księżyc oraz 80 000 mil podmorskiej żeglugi (tytuły powtarzam wiernie za Lemem) [21].

I patrzcie państwo cóż za nieoczekiwana zmiana miejsc!

Dwadzieścia lat później to właśnie Lem bierze się za Verne'a metodą inżyniera Białoborskiego i dowodzi, że w Dwudziestu tysiącach mil podmorskiej żeglugi coś niedobrego dzieje się z liczbami, skoro prowadzą one do oczywistych i niezamierzonych nonsensów (szlachetny kapitan Nemo okazuje się okrutnym tyranem). Czyżby jego dawny polemista jednak przekonał go, że co jak co, ale odautorskie liczby muszą się zgadzać również w powieściach?

Nawet jeśli tak było, Lem zlustrował Verne'a bez porównania mniej wnikliwie, niż to z nim samym zrobił niegdyś Białoborski.

Po pierwsze, nabrał się na cudzy żart i niefrasobliwie zawierzył liczbom przytaczanym przez żartownisia. Po drugie, nie zauważył, że są to liczby podawane czytelnikowi nie przez autora, lecz przez jednego z bohaterów powieści, w dodatku nieco naiwnego. Toteż, po trzecie, Verne'a łatwo przed tymi dętymi zarzutami obronić. O tym zresztą traktowała moja notka, więc nie będę w aneksie tego raz jeszcze rozwijał.

Niemniej uzasadnienie całej tej wielkiej lustracyjnej eskapady Lema przeciwko Verne'owi to czysta białoborszczyzna:

Verne nie musiał nam pchać w oczy dokładnych wymiarów "Nautilusa" i jego salonów, skoro to jednak zrobił, wypadało pamiętać i o kubryku (Lem, Rozprawy i szkice; dokładny adres w przypisie 2).
Co w przekładzie na realia polemiki sprzed dwudziestu lat wyglądałoby tak: Lem nie musiał nam pchać w oczy dokładnej masy "Kosmokratora" i jego paliwa, skoro to jednak zrobił, wypadało pamiętać i o prawach fizyki.

Nb. Białoborski rozpoznał też wtedy mimochodem (lecz trafnie) prawdziwe powołanie Lema jako pisarza:

Czy nie lepiej byłoby dla Lema - pytał w zakończeniu artykułu o Sezamie - ograniczyć swą fantazję twórczą do więcej ogólnych tematów, niż uporczywie czepiać się ścisłej wiedzy? Bezpieczniej chyba i rozsądniej jest prowadzić dyskusje społeczne i polityczne z Indiotami [....] zamiast kazać polskim uczonym pod egidą Polskiej Akademii Nauk - rozwiązywać absurdalne zagadnienia absurdalnymi metodami (Białoborski Dziennik Polski).
Zatem kto wie, czy to nie uprzykrzony inżynier ostatecznie pchnął niezbyt ścisłego autora Astronautów ku tym rejonom literatury, w których Lem czuł się najlepiej: groteski, bajki, przypowieści filozoficznej... Pomyślcie więc o nim czasem z wdzięcznością czytając Cyberiadę, Solaris albo cokolwiek innego z Lemowskich "więcej ogólnych tematów" [22].

[1] Stanisław Lem, Czy kapitan Nemo był wyzyskiwaczem?, "Teksty" 1973, nr 5, s. 196. Poprawiłem oczywistą literówkę.

[2] Stanisław Lem, Rozprawy i szkice, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1975, s. 84.

[3] Lem oparł się w swych wywodach na artykule H[erberta] W[ilmartha] Starra zatytułowanym A Submersible Subterfuge or Proof Impositive i zamieszczonym w zbiorowej pracy Leaves from the Copper Beeches wydanej w roku 1959 przez Livingston Publishing Company (ale łatwiej dostępnym jako dodatek do powieści Philipa José Farmera The Other Log of Phileas Fogg). Jednak trochę lekkomyślnie z miejsca uznał przedstawioną tam analizę za rzetelną ("Starr udowodnił"; "Analiza Starra, niezaprzeczalnie poprawna"). Dlatego nie skonfrontował podanych przez Starra informacji z książką Verne'a.

Nie wspomniał też ani słowem o zasadniczym celu, jaki Starr sobie wyznaczył. A chodziło ni mniej, ni więcej o "dowód", że kapitan Nemo to ta sama osoba, która pojawia się później w opowiadaniach o Sherlocku Holmesie Arthura Conan Doyle'a jako demoniczny Napoleon zbrodni, profesor Moriarty. Nie sposób uwierzyć, by Lem nie poznał się na takim dowcipie. W dodatku dowcipie wymagającym, jak nietrudno się domyślić, dość swobodnego podejścia do faktów. Najprawdopodobniej więc artykułu Starra w ogóle nie czytał i zaznajomił się pobieżnie z jego treścią z drugiej ręki, na co dodatkowo mógłby wskazywać błąd bibliograficzny (Lem pisze ...the Copper Beach zamiast ...the Copper Beeches).

Nb. książka Leaves from the Copper Beeches została wydana z inicjatywy The Sons of the Copper Beeches Scion Society of the Baker Street Irregulars, stowarzyszenia miłośników Sherlocka Holmesa (zob. Matthew E. Bunson, Encyclopedia Sherlockiana. An A-to-Z Guide to the World of the Great Detective, Macmillan, Nowy Jork 1994, s. 20-21, hasło "Baker Street Irregulars", na s. 21 wzmianka o "The Sons of the Copper Beeches"). Nazwa stowarzyszenia oraz tytuł książki nawiązuje do opowiadania The Copper Beeches, godnego uwagi także ze względu na wypowiedzianą w nim przez Holmesa złotą myśl: "Zbrodnia jest pospolita. Logika jest rzadka" (Arthur Conan Doyle, Zniknięcie młodego lorda. Opowiadania, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1987, s. 149-150).

Jeśli zaś idzie o rachunki z A Submersible Subterfuge - całe to sumienne dodawanie wymiarów pomieszczeń "Nautilusa" - to jest to humbug i zasłona dymna pozorująca odkrywanie Bóg wie jakich tajemnic. Aby dowiedzieć się, ile mierzyły pomieszczenia załogi wedle wiedzy narratora (a rolę tę pełni jeden z bohaterów książki, profesor Aronnax), nie trzeba wykonywać właściwie żadnych obliczeń, bo to zostało otwarcie oznajmione: "Za kuchnią następowało pięciometrowej długości pomieszczenie dla załogi" (Juliusz Verne, Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi, t. I, przełożył Bolesław Kielski, Wydawnictwo "Nasza Księgarnia", Warszawa 1954, s. 111; dalej cytuję jako Dwadzieścia tysięcy mil z podaniem numeru tomu i strony; Jules Verne, Vingt mille lieues sous les mers, J. Hetzel et Cie, Paryż 1871, s. 87: "A la cuisine succédait le poste de l'équipage, long de cinq mètres"; dalej cytuję jako Vingt mille). Tyle Aronnax wie, reszta to domysły, bo w pomieszczeniu załogi narrator nigdy nie był. Pięć metrów odpowiada 16 stopom z wyliczenia Starra. 22 stopy dłuższego boku otrzymujemy, przyjmując (Dwadzieścia tysięcy mil, I, s. 115; Vingt mille, s. 90), że "Nautilus" ma szerokość ośmiu metrów i trzeba wykroić z nich jeszcze miejsce na korytarzyk.

Nb. Verne używa niemal wyłącznie systemu metrycznego (poza kilkoma miejscami, gdzie narrator przytacza dane ze źródeł angielskich). Stopy do wyliczeń Starra przeszły więc z amerykańskich przekładów, niestety marnych (wedle stanu na rok 1959). Dość powiedzieć, że pierwszy pełny przekład Dwudziestu tysięcy mil pióra Waltera Jamesa Millera ukazał się dopiero w roku 1965!

[4] Narrator (profesor Aronnax) nigdy nie dowiaduje się, ilu ludzi liczy załoga "Nautilusa". Kapitan Nemo nie udziela takich informacji. Zresztą, Aronnax i tak nie mógłby ich zweryfikować. W trakcie całej historii trzej goście-więźniowie kapitana Nemo (Aronnax, jego służący Conseil oraz harpunnik Ned Land) parokrotnie rozważają, ilu też ludzi może mieć kapitan Nemo, gdyż kalkulują szanse swej ucieczki. Skazani są jednak na domysły w przedziale od 10 do 100 (Dwadzieścia tysięcy mil, I, s. 129) lub w przedziale od 10 do 60 (Dwadzieścia tysięcy mil, II, s. 126-128). W tym ostatnim wypadku zgadzają się, że do obsługi statku wystarczyłoby 10 ludzi (ale to też tylko domysł). Jednorazowo Aronnax widzi najwięcej około dwudziestu ludzi z załogi ("na platformę wyszło ze dwudziestu marynarzy", Dwadzieścia tysięcy mil, I, s. 165; "une vingtaine de matelots du Nautilus [...] étaient montés sur la plate-forme", Vingt mille, s. 133). Niemniej znowu jest to wyłącznie liczba szacunkowa.

W malutkiej kabince obok hali maszyn znajduje się "tuzin skafandrów" (Dwadzieścia tysięcy mil, I, s. 147) do podmorskich przechadzek. Ich liczba nie powinna chyba znacznie różnić się od liczby załogi, ale nie wiadomo, czy jest to jedyne pomieszczenie ze skafandrami. Na podmorski pogrzeb zmarłego tragicznie marynarza idzie "jeszcze ze dwunastu ludzi z załogi" (Dwadzieścia tysięcy mil, I, s. 237). Nb. zdarzenie to potwierdza, że skafandrów jest więcej niż tuzin, bo w pogrzebie uczestniczy również kapitan Nemo i trójka bohaterów, i pośrednio potwierdza obecność jakiegoś innego pomieszczenia ze skafandrami (chyba że profesor Aronnax poprzednio źle oszacował ilość skafandrów lub też kilku członków załogi miało już skafandry na sobie, o czym Aronnax nie wiedział).

Do walki z kałamarnicami szykuje się "około dziesięciu ludzi uzbrojonych w topory" (Dwadzieścia tysięcy mil, II, s. 203; "une dizaine d'hommes, armés de haches d'abordage", Vingt mille, s. 395).

W trakcie przygotowań do rozprawy z wrogim pancernikiem, kapitana otaczało "z piętnastu marynarzy" (Dwadzieścia tysięcy mil, II, s. 232; "une quinzaine de marins", Vingt mille, s. 420), a innym razem na pomost wychodzi porucznik "w towarzystwie kilkunastu marynarzy" (Dwadzieścia tysięcy mil, II, s. 235; "plusieurs marins l'accompagnaient", Vingt mille, s. 422).

Nawet najbardziej dramatyczna sytuacja, z kategorii "wszystkie ręce na pokład", gdy "Nautilus" miażdżony jest napierającym lodem, który trzeba szybko rąbać, nie potwierdza, że załoga musiała liczyć "co najmniej 24 ludzi". Wiadomo tylko, że pierwsza zmiana rębaczy liczyła "dwunastu ludzi z załogi, wśród nich i Neda" oraz kapitana Nemo, i że po dwóch godzinach zastąpiła ich "nowa partia robotników, do których przyłączyłem się i ja wraz z Coinseilem" (Dwadzieścia tysięcy mil, II, s. 175). Nie jest całkiem jasne, czy pierwszy tuzin został w całości zastąpiony drugim tuzinem, ale jeśli nawet tak było, to mamy 24 ludzi łącznie z kapitanem Nemo oraz narratorem i jego dwoma towarzyszami. Daje to 20 ludzi załogi.

[5] "Był to obszerny czworobok z zaokrąglonymi kątami, długi na dziesięć metrów, szeroki na sześć, a wysoki na pięć" (Dwadzieścia tysięcy mil, I, s. 100); "C'était un vaste quadrilatère, à pans coupés, long de dix mètres, large de six, haut de cinq" (Vingt mille, s. 77).

Nb. miał ten obszerny salon nieco mniejszą powierzchnię niż dywan w daczy Stalina w Kuncewie "o wymiarach 6 na 12 metrów (nawiasem mówiąc, powierzchnia dywanu była równa średniej przestrzeni mieszkalnej dla 16 sowieckich mieszkańców miast w 1953 r. - 4,5 metra kwadratowego na osobę)" (Oleg Khlevniuk, Stalin. Nowa biografia, przełożyła Dorota Bal, Znak Horyzont, Kraków 2016, rozdział "Siedziby władzy Stalina"; korzystałem z wersji elektronicznej przygotowanej przez Woblink).

[6] Zob. informację na stronie marynarki Stanów Zjednoczonych: "On U.S. Navy submarines, living quarters are called «berthing areas» that provide no more than 15 square feet of space per man for sleep and personal belongings". Takie same dane podaje Andra Serlin Abramson: Submarines Up Close, Sterling Publishing, Nowy Jork 2007.

[7] Już na samym początku kapitan Nemo oświadcza narratorowi, profesorowi Aronnaxowi, że ma on na "Nautilusie", podobnie jak dwaj pozostali więźniowie, "zupełną swobodę chodzenia, poruszania się, oglądania, przypatrywania się wszystkiemu, co się tu dzieje - wyjąwszy kilka rzadkich okoliczności - swobodę, jaką zresztą cieszymy się tu wszyscy, to jest moi towarzysze i ja!" (Dwadzieścia tysięcy mil, I, s. 90, kursywa moja; "la liberté enfin dont nous jouissons nous-mêmes, mes compagnons et moi", Vingt mille, s. 69). Przy jedzeniu zaś powiada: "Od dawna już wyrzekłem się ziemskich potraw, a przecież nie czuję się gorzej. Moja załoga odżywia się tak samo, a wszyscy są silni i zdrowi" (Dwadzieścia tysięcy mil, I, s. 94, kursywa moja; "Mon équipage, qui est vigoureux, ne se nourrit pas autrement que moi", Vingt mille, s. 71).

Oczywiście, wypada pamiętać, że są to jedynie deklaracje samego kapitana, niemniej nic w treści książki im nie przeczy. Nemo pracuje na równi z swoimi ludźmi, rąbie lód, walczy z kałamarnicą etc. Owszem, Aronnax bodaj nigdy nie spotyka w salonie i bibliotece żadnego marynarza. Jednak z drugiej strony, rzadko spotyka tam także kapitana Nemo, który nieraz przepada gdzieś (gdzie?) na "całe tygodnie" ("Ileż to razy mijały całe tygodnie, w czasie których bywał w ogóle niewidzialny", Dwadzieścia tysięcy mil, II, s. 83; "Des semaines entières s'étaient souvent écoulées sans que je l'eusse rencontré", Vingt mille, s. 282).

[8] Salon kapitana Nemo jest wprawdzie spory, ma kubaturę 300 metrów sześciennych (zob. przypis 5), ale jak upchnąć w nim te wszystkie skarby, których pobieżne wyliczenie zajmuje narratorowi kilka stron? Wisi tam na ścianach "blisko trzydzieści" (s. 100) wspaniałych obrazów, a do tego jeszcze gobeliny i zbroje. Pod ścianami stoją "zmniejszone kopie najpiękniejszych marmurów i brązów" (s. 100). Dalej rzadkie zbiory przyrodnicze, liczne gabloty z okazami, m.in. cała kolekcja przedstawicieli świata szkarłupni (s. 102), ogromna kolekcja muszli. "Osobno, w specjalnych szafkach, wiły się sznury przepięknych pereł" (s. 103). A trzeba jeszcze pamiętać, że jedną ścianę zajmują organy, na środku zaś stoi fontanna wykonana z olbrzymiej konchy.

Nic dziwnego, że już pierwsi ilustratorzy Dwudziestu tysięcy mil mieli kłopot z salonem. Na rysunku Édouarda Riou (Vingt mille, s. 80, w wydaniu polskim niestety pominięty; nb. w wydaniu tym błędnie przypisano wszystkie ilustracje Alphonsowi de Neuville) obrazów na ścianach jest ledwie kilkanaście, do tego trzy małe gablotki i ani śladu "najpiękniejszych marmurów i brązów". W znanej adaptacji filmowej Richarda Fleischera (20,000 Leagues Under the Sea, 1954) wielki salon kapitana Nemo to już tylko zagracony salonik: kilka gablotek, kilka niewielkich obrazków, organy... Bez rzeźb, bez zbroi i bez fontanny.

[9] W rozdziale "Kilka cyfr" Nemo mówi Aronnaxowi, że "Nautilus" liczy "dokładnie 70 metrów" (Dwadzieścia tysięcy mil, I, s. 115; "est exactement de soixante-dix mètres", Vingt mille, s. 90). Ale na samym początku książki narrator podaje, że dwa okręty ścigające "Nautilusa" (uważanego zrazu za olbrzymie morskie zwierzę) oszacowały jego minimalną długość na 350 stóp, a więc przeszło 106 metrów! Półtora raza więcej! ("Łączna obserwacja pozwoliła rzekomo na określenie minimalnej długości zwierzęcia na trzysta pięćdziesiąt stóp angielskich", Dwadzieścia tysięcy mil, I, s. 11); "Dans cette observation simultanée, on crut pouvoir évaluer la longueur minimum du mammifère à plus de trois cent cinquante pieds anglais", Vingt mille, s. 3).

Nb. w filmie Fleischera marynarz, który przeżył spotkanie z "potworem", mówi, że miał on długość kabla ("A cable's length long from beak to tail"), co daje nawet ponad 200 metrów! Ale nie jest to zbyt wiarygodny świadek.

[10] Yiyun Li, Włóczędzy, przełożył Michał Kłobukowski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010, s. 16-17.

[11] Nie jest to błąd tłumacza. Zob. Yiyun Li, The Vagrants, Random House, Nowy Jork 2009, s. 9-10: "Yet for a town of its size, Muddy River was heavily populated and largely self-sufficient. The twenty-year-old city, a development planned to industrialize the rural area, relied on its many small factories to provide jobs and commodities for the residents. The housing was equally planned out, and apart from a few buildings of four or five stories around the city square, and a main street with a department store, a cinema, two marketplaces, and many small shops, the rest of the town was partitioned into twenty big blocks that in turn were divided into nine smaller blocks, each of which consisted of four rows of eight connected, one-storied houses. Every house, a square of fifteen feet on its sides, consisted of a bedroom and a front room, with a small front yard circled by a wooden fence or, for better-off families, a brick wall taller than a man's height.
[...]
It was in these numbered blocks that eighty thousand people lived".

[12] Trzy przykłady:

Franciszek Gonczyński, Raj proletariacki, "Gryf", Londyn 1950, s. 48: "W celę o powierzchni 10 i pół metra kwadratowego wtłoczono 34 więźniów. Panuje okropny zaduch, śpimy w kalesonach, wklinowani jeden w drugiego. Obracanie się na drugi bok odbywa się na komendę, lecz mimo to każdej nocy 4 więźniów siedzi na stole, bo na podłodze celi nie ma miejsca" (więzienie to lwowski Zamarstynów).

Aleksander Weissberg-Cybulski, Wielka Czystka, przełożył Adam Ciołkosz, wstęp Gustaw Herling-Grudziński, Instytut Literacki, Paryż 1967, s. 261: "Przebywałem później w więzieniu na Chołodnej Gorze w przerażających warunkach, w celi o powierzchni 8 metrów kwadratowych i zaludnieniu 26-29 osób, ale nawet tę morderczą kwaterę określali więźniowie jako swój «dom»".

"Rzeczpospolita", 5 marca 2009: "Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu skazał Rosję za warunki panujące w jej więzieniach, a w szczególności za zamknięcie 38 więźniów w celi o powierzchni 36 m kw., gdzie mogli spać tylko na zmianę".

[13] Co naturalnie nie wyklucza, że błąd ten powstał całkowicie mechanicznie. Być może podczas redakcji w jednym z angielskich liczebników zgubiła się końcówka. Na przykład prosta zamiana four na fourteen zwiększa liczbę domków do 20160. Na jeden domek przypada wtedy średnio mniej niż czterech mieszkańców i chyba właśnie taka liczba najlepiej pasowałaby do przedstawianego świata.

[14] "Ta sala to nie tylko biblioteka - rzekł kapitan Nemo - to także palarnia. - Palarnia? - zdumiałem się. - Więc można tu palić? - Oczywiście. [...] Proszę się poczęstować tym cygarem; jeśli pan jest znawcą, będzie panu smakowało, choć nie pochodzi z Hawany" (Dwadzieścia tysięcy mil, I, s. 99). Cygara to również "dar morza". Kapitanowi Nemo służy do ich wyrobu "pewien gatunek alg, bogaty w nikotynę".

Nb. z biblioteką też jest problem. Kto lubi bawić się liczbami, niech spróbuje porachować, jak upchnąć w niej szafy zdolne pomieścić dwanaście tysięcy tomów. Pamiętając przy tym, że szafy na książki stoją wyłącznie pod ścianami (na środku biblioteki znajduje się stół), trzeba odjąć trochę powierzchni ścian na dwa wejścia, szafy przechodzą u dołu w szerokie sofy, a ich wysokość raczej nie powinna znacznie przekraczać wzrostu dorosłego mężczyzny, bo w opisie nie wspomina się o żadnych drabinkach. Nie jest też pewne, czy kapitan Nemo zaakceptowałby ustawianie na półce książek w dwóch rzędach. Nadto biblioteka musi być istotnie mniejsza od salonu (przypis 5), który w porównaniu z nią robi wrażenie ogromnego.

[15] Określenie Małgorzaty Szpakowskiej. Nb. według Szpakowskiej przepracowany dziennikarz również ma skłonność (którą wypominał Białoborskiemu) do zajmowania się nie tym, co u Lema ważne ("przecież Stanisław Lem godny jest uwagi nie dlatego, że gubił kluczyki do samochodu"). Głównie jednak rażą ją schematyczne interpretacje, za pomocą których nagina on fakty do swoich fantazji. "Idzie mi zatem - powtórzę - nie tyle o błędy, ile o myślenie schematami, o komentarze polityczne rodem z dzisiejszego poradnika agitatora". A jest tam jeszcze "naciąganie ówczesnych postaw do dzisiejszych kryteriów moralności politycznej" oraz "kawiarniana synteza" (Małgorzata Szpakowska, Samochody, Holokaust i PRL, przegladpolityczny.pl; poprawiłem oczywiste literówki).

[16] Sławomir Łotysz, hasło "Białoborski Eustachy", gigancinauki.pl. W internetowym "Słowniku historycznym polskiej modernizacji", przygotowywanym przez zespół "pod kierunkiem prof. dr hab. Pawła Graty", w haśle "Białoborski Eustachy" pojawia się nawet mniej ostrożne sformułowanie: "Odkrycie Białoborskiego należy do najważniejszych osiągnięć technicznych w dziedzinie fotograficznego zapisu dźwięku, które wpłynęło na gwałtowny rozwój kina kilkanaście lat później".

Z kolei w artykule Polak wynalazcą filmu dźwiękowego, podpisanym W. N. i ogłoszonym w piątym numerze "Problemów" z roku 1949, można obejrzeć reprodukcję patentu wydanego Białoborskiemu we Francji w 1912 roku. Jak twierdzi autor artykułu:

"Zasada tego wynalazku jest dokładnie taka sama, jak w aparaturze dziś stosowanej, a polega, jak to jeszcze raz podkreślić należy, na dwóch istotnych operacjach, a mianowicie:

1) na fotografowaniu głosu na filmie, 2) na reprodukcji głosu z fotografii przy pomocy komórki światłoczułej i urządzenia głośnikowego" (s. 334; poprawiłem oczywistą literówkę).

[17] Eustachy Białoborski, Sezam absurdów, "Dziennik Polski", 17-18 października 1954, s. 4. Dalej cytuję jako Białoborski Dziennik Polski bez podania strony, bo jest tylko jedna.

[18] "Pisząc artykuł o powszechnie w całym Wszechświecie obowiązujących prawach, Czwartek [bohater noweli Lema] formułuje wiekopomne zdanie:

«Kamień rzucony spada swobodnie w polu ciążenia Ziemi czy jakiejkolwiek innej planety ze stałym przyspieszeniem».

Kamień «rzucony» nie może spadać «swobodnie». [...] A przyspieszenie grawitacyjne - nie jest «stałe», bo zależy odwrotnie od kwadratów odległości środków mas poruszających się ku sobie.

Ale to - drobiazg, dla Lema" (Białoborski Dziennik Polski).

"Autor «Astronautów» jest również na bakier z fizyką i astronomią, gdy twierdzi (str. 66), że «w przestrzeni próżnej nie ma siły ciążenia. Dlatego wszystkie przedmioty stają się nieważkie». Już dwa lata temu rakieta dwustopniowa dotarła do sfery próżni (400 kilometrów) i o dziwo, sromotnie spadła na Ziemię. Wedle cytowanego twierdzenia Lema winna była już tam pozostać, skoro «w próżni nie ma siły ciążenia»" (Eustachy Białoborski, Powieść fantastyczno-naukowa?, "Problemy" 1953, nr 7, s. 503; dalej cytuję jako Białoborski Problemy).

[19] Sprawa na ogół pomijana jako wstydliwa, ale otwarcie pisze o tym Agnieszka Gajewska w biografii Lema:

"Z listów do Jerzego Wróblewskiego wynika, iż Lem zdawał sobie sprawę, że jego możliwości konceptualne nie mają tak szerokiego zasięgu, jakiego oczekiwał sam od siebie. Przeszkodę stanowiła, podobnie jak w gimnazjum, matematyka, z którą w czytanych książkach nie potrafił sobie poradzić. Gdy zaczynał pisać Summę, żalił się: «[...] Te AWTOMATY, które od Ciebie dostałem, tylko w jakichś 30-40% odcyfrowałem, resztę zakryła skorupa nieprzenikliwej dla mnie Mathematyki»" (Agnieszka Gajewska, Stanisław Lem. Wypędzony z Wysokiego Zamku. Biografia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021, s. 375).

Wiadomo też od dawna, że Lem miał kłopoty nawet z czymś tak banalnie prostym jak system dwójkowy.

"[...] leżał tam, owinięty w przezroczysty plastyk, płaski przedmiot podobny do małej papierośnicy. Z jednej strony miał szereg okienek, widniała w nich cyfra 1100 1000. Na dole były dwa malutkie guziczki, jedynka i zero. Patrzałem, zaskoczony, aż nagle zrozumiałem, że suma 5000 zakontowana jest systemem dwójkowym" (Stanisław Lem, Powrót z gwiazd, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1981, s. 61).

Ale 5000 w systemie dwójkowym to 1 0011 1000 1000, więc mechaniczny błąd wydaje się niemożliwy. Zatem najprawdopodobniej Lem miał o systemie dwójkowym takie samo pojęcie jak Jan Kott. Kto chciałby wiedzieć, jakie pojęcie miał Jan Kott, niech przeczyta w OSOBACH: "Jan Kott o notacji Leona Chwistka albo tajemnice systemu dwójkowego".

Nb. w nowszych wydaniach Powrotu ten dwójkowy nonsens został poprawiony i nawet "cyfra" też jest już prawidłowo "liczbą".

[20] Dodatek podpisany "Red." do: Stanisław Lem, W sprawie "Astronautów", "Problemy" 1953, nr. 10, s. 708; wyróżnienia za oryginałem).

Nb. jeszcze bardziej żenująca, bo zakończona ideologicznym szantażem, była o rok późniejsza odpowiedź Lema na krytykę Sezamu. Zaczynała się ona zresztą od dość taniego wykrętu:

"Krytykę, prowadzoną z taką pedanterią, należałoby przyjąć i odpowiedzieć na nią [...] w sposób równie sumienny. Jednakże zwalnia mnie od tego napastliwy ton wystąpień ob. Białoborskiego, nie mający nic wspólnego z rzeczowością i specyfiką dyskusji literackiej. [...] W takiej sytuacji nie będę więc odpowiadał na artykuł ob. Białoborskiego, a tylko nakreślę parę uwag na marginesie jego wypowiedzi" (Stanisław Lem, Powieść fantastyczna a nauka, "Dziennik Polski", 17-18 października 1954, s. 4; poprawiłem oczywisty błąd zecera).

A końcowa "uwaga na marginesie" brzmiała tak:

"W «Wynalazku inż. Garina» Tołstoj przedstawia społeczne losy odkrycia naukowego w warunkach walki klas. To jest centralna sprawa utworu. W opowiadaniu «Topolny i Czwartek» chciałem skonfrontować z sobą dwie postawy naukowe: dogmatyczną, wiodącą na manowce, i dialektyczną, więc twórczą i płodną. Przedstawiony tam problem «syntezy stellaru» ma być tylko kamieniem probierczym obu tych postaw".

Czyli: ja tu naśladuję radzieckiego pisarza Tołstoja (oczywiście Aleksego), a wy, obywatelu Białoborski, napastliwie zwracacie uwagę na nieistotne techniczne szczególiki. Czyżbyście mieli coś przeciwko ukazywaniu, do czego prowadzi walka klas? A może nie podoba wam się konfrontowanie naukowego dogmatyzmu z postępową postawą dialektyczną?

Takich grubą nicią szytych sugestii już oczywiście żadna redakcja w tamtym czasie skomentować nie mogła. Lem więc niewątpliwie w ciągu roku okrzepł jako polemista i zręcznie dopasował się do ducha epoki.

Aczkolwiek już dwa lata wcześniej potrafił pryncypialnie zadeklamować: "Człowiek myślący naukowo dziś nie może mieć wątpliwości w wyborze metody, która pozwala przewidywać przyszłość. Jest nią materializm historyczny". Z czego zaraz potem wynikało, że podstawowym zadaniem pisarza fantastyczno-naukowego nie jest tworzenie fikcyjnych utopii albo światów możliwych, ale że powinien on, "posuwając się śladami myśli wielkich ludzi" (to znaczy Marksa i Lenina), potwierdzać "wiarę w słuszność naszej sprawy, w nieodwracalność procesów historycznych, w zwycięstwo komunizmu" (Stanisław Lem, O współczesnych zadaniach i metodzie pisarstwa fantastyczno-naukowego, "Nowa Kultura" 1952, nr 39, s. 3 i 7).

[21] "Imieniem szerokich rzesz czytelniczych wyrażam nadzieję, że p. Białoborski opublikuje w najbliższym czasie szereg dalszych prac, w których podda surowej krytyce dane naukowe, zawarte w licznych powieściach fantastyczno-naukowych, cieszących się od lat wielką poczytnością najzupełniej niezasłużenie, gdyż ich autorzy przez ignorancję bądź też niedbalstwo wprowadzają w błąd czytelnika" (Stanisław Lem, W sprawie "Astronautów", "Problemy" 1953, nr 10, s. 708). Dalej Lem wymieniał właśnie powieści Verne'a, Wellsa i Żuławskiego, których jednak rozsądnie okrasił trójcą autorów radzieckich: "Jefremowa, Ochotnikowa i Adamowa".

Nb. gdyby Białoborski rzeczywiście był takim małostkowym skrupulantem, jakim go malują przepracowani dziennikarze, z pewnością wypomniałby gdzieś Lemowi, że nawet dobrze nie pamięta tytułów książek Verne'a, które przywołuje, bo godzin naprawdę jest 97 (i dwadzieścia minut), a mil oczywiście dwadzieścia tysięcy. Ale, o ile wiem, nie wypomniał.

[Dopisek] Stała Czytelniczka "Kompromitacji" zwróciła mi uwagę, że dwadzieścia tysięcy mil to oczywistość jedynie w wypadku polskich tytułów książki Verne'a. W oryginale mowa jest o vingt mille lieues, czyli dwudziestu tysiącach lig. Jednak polska Wikipedia myli się w haśle "Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi", spekulując, że Verne miał na myśli ligę równą trzem milom, "zatem tytuł francuski de facto mówi o trzykrotnie dłuższym dystansie niż jego polska wersja".

Otóż nie. Wątpliwości rozstrzyga tekst powieści: "Aussi, notre vitesse fut-elle de vingt-cinq milles à l’heure, soit douze lieues de quatre kilomètres" (Jules Verne, Vingt mille lieues sous les mers, J. Hetzel et Cie, Paryż 1871, s. 268; Tak więc nasza prędkość wynosiła dwadzieścia pięć mil na godzinę, czyli dwanaście lig po cztery kilometry).

Przekład Bolesława Kielskiego pomija to przeliczenie. Natomiast pierwszy polski przekład (anonimowy) ma w tym miejscu mylące: "To też pędziliśmy z szybkością dwudziestu pięciu mil morskich na godzinę, czyli dwunastu mil czterowiorstowych", bo trudno się z tego domyślić, że w tytule idzie właśnie o te "mile czterowiorstowe", we wznowieniach przerabiane potem na "czterokilometrowe" (Juliusz Verne, Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiéj żeglugi około świata, część druga, nakładem Gazety Polskiéj, Warszawa 1871, s. 105). Z ligami nie radzi sobie również autorka nowego przekładu, Elżbieta Kulicka, więc u niej też są same mile, tylko na odwrót: "Poruszaliśmy się z prędkością dwunastu mil, czyli dwudziestu pięciu mil morskich na godzinę" (Jules Verne, Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi, Prószyński i S-ka, Warszawa 2001, s. 307).

Skoro zatem w oryginale dwudziestu pięciu milom odpowiada dwanaście lig po cztery kilometry każda, prawidłowy tytuł w milach musiałby być cokolwiek osobliwy: 41 666 mil (i dwie trzecie) podmorskiej żeglugi. Na szczęście przynajmniej kilometrów jest równo osiemdziesiąt tysięcy i być może Lem tak to sobie kiedyś przeliczył i stąd wzięła się jego omyłka. Wolę takie wyjaśnienie niż sugestię, że podświadomie uznał za obowiązującą liczbę z ówczesnego radzieckiego przekładu (80 000 километров под водой). Nb. w przekładzie ogłoszonym w roku 1956 tytuł już wiernie powtarza oryginał: Двадцать тысяч лье под водой.

[22] Rzecz jasna nie twierdzę, że to inżynierowi Białoborskiemu zawdzięczamy Cyberiadę. Niemniej można rozsądnie założyć, że polemiki z nim jednak dały Lemowi do myślenia. W każdym razie jest faktem, że odtąd w jego książkach beletrystycznych nie tylko fantastyczność, lecz także naukowość staje się "więcej ogólna". Może nie zawsze bezbłędna, ale już bez podtykania czegokolwiek, co można by porachować. A ponieważ takie pilnowanie się mogło być nieco męczące, nic dziwnego, że Lem coraz częściej wolał sobie poszaleć w bajkach i groteskach. Sam też bywał surowym krytykiem własnych utworów. Czytelnicy Fantastyki i futurologii z pewnością pamiętają zamieszczoną tam zwięzłą refutację koncepcji betryzacji z Powrotu z gwiazd (podrozdział "Klasyfikatory strukturalne science fiction" z rozdziału III tomu I).

Nb. nieubłaganym białoborszczykiem próbował zostać Richard Dawkins w jednym z przypisów do Samolubnego genu, ale ostatecznie poległ. Jemu z kolei nie do końca zgadzała się liczba 200 w pewnej powieści fantastyczno-naukowej Freda Hoyle’a i Johna Elliota.

"Na stronie 23 niezwykle odrażający (jak większość bohaterów Freda Hoyle’a) naukowiec mówi o odebranym przekazie radiowym: «Dotarcie do nas zajęło mu dwieście lat świetlnych» ("It's taken two hundred light-years to reach us"). [...] Jednak na tej samej stronie bohater powiada również: «Głos ten przybywa do nas z odległości tysiąca milionów milionów mil» ("This is a voice from a thousand million, million miles away"). To zaś jest znacznie większą odległością, gdyż równa się około 10 milionom lat świetlnych ("about 10 million light-years") [...]. Liczby «200» występujące na stronach 84, 85 i 86 mojej książki możesz więc, czytelniku, zastąpić dowolną liczbą z przedziału od 200 do 10 000 000 w zależności od upodobań - zaiste dość spory margines błędu. Doradzam czytelnikom, by podczas lektury pism profesora Hoyle’a na temat darwinizmu i jego historii przyjęli podobnie duży margines błędu" (Richard Dawkins, Samolubny gen, przełożył Marek Skoneczny, Prószyński i S-ka, Warszawa 1996, przypis do strony 84 na stronie 376; wyróżnienie moje, wstawki angielskie podaję za drugim zmienionym wydaniem, które było podstawą polskiego przekładu: Richard Dawkins, The Selfish Gene. New Edition, Oxford University Press, Oksford - Nowy Jork 1989, s. 277).

Najważniejsze w tym przypisie jest oczywiście ostatnie zdanie. Dawkins najwyraźniej chciał dać efektownego prztyczka profesorowi Hoyle'owi, skoro ten niezbyt czołobitnie - zdaniem Dawkinsa - wyrażał się o Darwinie i darwinizmie. Zadzieranie z wybitnym astronomem to jednak nie najlepsza strategia, gdy idzie o przeliczanie miar astronomicznych. Tysiąc milionów milionów mil w żadnym wypadku nie równa się "około 10 milionom lat świetlnych", jak napisał Dawkins, lecz właśnie około dwustu latom świetlnym - jak podał Hoyle. Pięćdziesiąt tysięcy razy mniej! Zaiste, dość spory margines błędu w wypadku dwóch nieskomplikowanych rachunków (pomnożyć i podzielić), więc i gafa Dawkinsa dość spora (co zresztą zauważył i skomentował w przypisie Marek Skoneczny, autor polskiego przekładu; chwalebna spostrzegawczość!).

W dodatku ta smutna historia ma jeszcze smutniejszą pointę. Otóż ktoś musiał Dawkinsa powiadomić o jego blamażu z rachunkami, bo w kolejnej zmienionej edycji The Selfish Gene (30th anniversary edition z roku 2006) przypis ten został przeredagowany. Ale cichcem, jakby wcześniej nie było tam nic wstydliwego i bez przeprosin za sugestię, jakoby to Hoyle nie umiał liczyć. Natomiast wycieczka pod adresem Hoyle'a została jeszcze rozbudowana. Dawkins najpierw trochę mu pokadził ("Hoyle [...] is an eminent astronomer"; "superb scientific insight"), po czym podtrzymał swój zarzut ("misrepresenting of Darwinism"), na koniec zaś pryncypialnie zaznaczył:

"Wydawcy powinni skorygować mylne przeświadczenie, że naukowe osiągnięcia w jednej dziedzinie zapewniają także autorytet w innej" ("Publishers should correct the misapprehension that a scholar's distinction in one field implies authority in another", s. 278).

Jest to uwaga bezsprzecznie słuszna, ale nieco zaskakująca u biologa, który wielokrotnie aspirował do bycia autorytetem w takich dziedzinach, jak filozofia, religioznawstwo, teologia czy historia (ze szczególnym uwzględnieniem historii religii) albo socjologia (jeśli idzie o społeczny wymiar religii). A wcześniej próbował w tym samym miejscu pouczać o astronomii astronoma. Ta smutna pointa historii błahej omyłki więcej mówi o umysłowości i osobowości samolubnego Dawkinsa niż jego obie intelektualne autobiografie.

Stanowczo nie każdy może być jak inżynier Eustachy Białoborski!