EBENEZER ROJT

Waldemar Łysiak grzebie w kloace
albo gazetowy dostęp do internetu

Dół kloaczny Waldemara Łysiaka [1] wygląda jak przypadkowa kolekcja wycinków z gazet, polepionych - raz bardziej, raz mniej składnie - niezbyt odkrywczymi komentarzami (że upada moralność, edukacja, sztuka etc., etc.). Na przykład w rozdziale "Upadek sztuki" autorskie komentarze to ledwie czwarta część całego rozdziału.

Są to w dodatku cytaty od Sasa do Lasa i skrajnie różnej jakości. Obok, naturalnie, Napoleona (Dół, s. 25, 278) - Marcin Wolski, przedstawiony jako "czołowy współczesny polski myśliciel" (Dół, s. 19). Obok Nicolása Gómeza Dávili (Dół, s. 10, 230, 298) - Jan Bodakowski, "krytyk" (Dół, s. 232). Obok Woltera - Brigitte Bardot (Dół, s. 242; oba cytaty to motto rozdziału "Głupota człowieka"). Obok Jana Pawła II (Dół, s. 35) - celebrytka Natalia Siwiec (Dół, s. 166).

Z tym, że wypowiedź pani Natalii ("To święta prawda, pani Natalio" - zwraca się do niej Łysiak) została ufetowana wyborem na motto do rozdziału "Pupa", natomiast Jan Paweł II musi się zadowolić jedynie wspólnym zdjęciem z Łysiakiem (Dół, s. 34), a na stronie 214 za karę zmienia się w Karola Wojtyłę, bo pocałował Koran.

Łysiak cytuje obficie, ale tylko wyjątkowo podaje tytuł tego, co cytuje, a źródła i strony nie podaje nigdy. Być może w nadziei, że dzięki temu nikt tych jego popisów nie skontroluje. Już kiedyś bowiem okazało się po takiej kontroli, że cytaty, które miały skompromitować Czesława Miłosza, zostały albo ordynarnie zmanipulowane, albo zmyślone. I żeby było jeszcze zabawniej, część z nich Łysiak przepisał od kogoś, kto Miłoszowi miał za złe głównie to, że zamiast wiernie wspierać stalinowski rząd, uciekł na Zachód [2].

Ta kolekcja wycinków budzi niejakie zdziwienie jeszcze z przynajmniej dwóch powodów.

Waldemar Łysiak wiele peroruje o sztuce, o smaku artystycznym etc., ale cytowanie obok siebie Woltera i Bardotki - i to nie dla żartu, lecz z całkowitą powagą - to jak powieszenie obok przyzwoitego Fałata akwarelki wujka Stefana, który właśnie zapisał się na kurs niedzielnego malarstwa. Wychodzi na to, że sztuka cytowania też dziś upada.

Miłośnicy Łysiaka znają również dobrze jego kabotyńską pozę na człowieka XIX stulecia, przejawiającą się głównie w demonstracyjnej awersji do komputerów oraz internetu.

[J]est Łysiak jedynym publikującym Polakiem (a pewnie również jedynym publikującym Europejczykiem), który nie ma (nigdy nie miał!) komputera, telefonu komórkowego, tabletu, laptopa, kart kredytowych i podobnych akcesoriów, pono niezbędnych do życia w wieku XXI. Autor urzekająco pięknej, eseistycznej monografii Romantyzmu ("Pan Rebeliant: ROMANTYZM", 2018) twierdzi uporczywie. że żyje w wieku XIX ("- Ja żyję w XIX stuleciu, i proszę mi nie przeszkadzać"). Kiedy ci, którzy to słyszą, wytykają mu, że przecież od dawna jeździ samochodem - przypomina, że już na początku XIX wieku Cugnot skonstruował samochód (parowy) dla Napoleona, więc on ma prawo mówić "siedząc za kółkiem", iż żyje sobie w tamtym stuleciu [3].
I jeszcze podobna uwaga samego Łysiaka z Dołu kloacznego:
Nie ma już dziś demokracji (ani wszelkiej innej "cji") bez komputeryzacji, czyli bez internetu. Ilu jest takich, co jak ja sprzeciwiają się temu (nie posiadam i nigdy nie posiadałem komputera, laptopa, smartfona, itp.), "uchylając się przed nowymi możliwościami, którymi wszyscy się upajają"? Ta moja konsekwentna bezkomputerowość/bezinternetowość jest premedytacyjną, jawną formą kontrsieciowego wyalienowania, mającą chronić moją wolność osobistą przed wszelaką cyberingerencją, cyberinwigilacją, itp. (Dół, s. 304-305).
Tymczasem Dół kloaczny wygląda właśnie jak typowy dół internetowych śmieci i bałamuctw. Być może dlatego, że dziennikarze dziś bez żenady przepisują wszystko jak leci z internetu, a Łysiak to potem czyta w gazetach i dołącza do swojej kolekcji wycinków - tyle że wtedy cała ta zabawa w bezinternetową wieżę wyalienowanego samotnika na nic.

Nie mam pretensji, że cytując pewien wierszyk Janusza Szpotańskiego (Dół, s. 168) nie potrafi rozpoznać, że jest to satyra na reizm Tadeusza Kotarbińskiego, skoro zainteresowało go w tym wierszyku wyłącznie słowo "dupa".

Nie mam też pretensji, że cytując Marka Oramusa nie zorientował się, że Oramusowi Montaigne pomylił się z Kartezjuszem (Dół, s. 247).

Nie mam nawet pretensji, że bardzo nowocześnie zmienił płeć pani Harper Lee i pisze o jej książce "sławna antyrasistowska powieść Harpera Lee pt. «Zabić drozda»" (Dół, s. 74).

A tym bardziej nie mam pretensji o takie głupstwo, jak napisanie, że Slavoj Žižek to "czeski lewicowy filozof" (Dół, s. 305), no bo co by się w końcu wielkiego stało, gdyby jakiś Słoweniec napisał, że Waldemar Łysiak to ukraiński prawicowy pisarz.

Ale już wstyd cytować internetową fałszywkę, jakoby Stanisław Lem powiedział kiedyś: "Póki nie skorzystałem z internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest aż tylu idiotów" (Dół, s. 252). Także ten cytat z Woltera ("Jedynym sposobem, żeby pomieścić w głowie matematyczną koncepcję nieskończoności, jest wyobrażenie sobie rozmiarów głupoty ludzkiej", s. 242) to prawie na pewno fałszywka, której pełno w anglojęzycznym internecie, ale Francuzi jakoś tego cytatu nie znają.

Natomiast człowiek jako tako wykształcony nie powinien pisać:

Naukową (pseudonaukową) podbudowę tej nowej konkwiście dała lewacka Szkoła Frankfurcka (Marcuse, Adorno, Habermas, Horkheimer, Wiesengrund), nie brakowało też międzynarodowych akademickich sław (od Chomsky'ego, do Žižka), które tę dżumę współczesnego świata wsparły, ku uciesze ulicznych, jak również gazetowych awanturników (Cohn-Bendit, Michnik, i spółka) (Dół, s. 28-29).
A to dlatego, że w Szkole Frankfurckiej żadnego Wiesengrunda nigdy nie było. To znaczy był - bo tak właśnie naprawdę miał na nazwisko Adorno, więc ta imitująca erudycję wyliczanka Łysiaka brzmi równie zabawnie, jak zdanie, że rewolucję październikową zrobili Lenin, Trocki i Uljanow.

Wykształcony człowiek nie powinien również zmyślać (bo to niegodne ludzi wykształconych), że

wśród literatów dla promocji pedofilii zasłużyli się głównie dwaj Amerykanie, pisarz Vladimir Nabokov powieścią "Lolita" (1955) i dramaturg Tennessee Williams scenariuszem "Baby Doll" (1956) (Dół, s. 131).
Jeśli ktoś uważa Lolitę za "promocję pedofilii" to świadczy to jedynie o tym, że nigdy jej nie czytał. Jak zwięźle ujął tę kwestię sam Nabokov: "[...] Lolita jest tragedią. [...] Tragizm i obsceniczność wykluczają się wzajemnie" [4]. Natomiast Baby Doll nie mogłaby promować pedofilii z bardzo zasadniczego powodu - bohaterka tej opowieści ma 19 lat, a właściwie 20 bez dwóch dni, co jest wyraźnie powiedziane na samym początku [5].

A już na pewno żaden człowiek brzydzący się krętactwem nie powinien udawać, że czytał prace naukowe, których nie czytał, by potem bezwstydnie fantazjować o ich zawartości.

W pierwszej dekadzie XXI stulecia troje [naprawdę trzech, bo to wszystko mężczyźni] kanadyjskich profesorów z University of British Columbia - Joseph Henrich, Steven J. Heine, Ara Norenzayan - udowodniło rozprawą opartą na wielu źródłach i sprawdzianach, że politpoprawni kuglarze mający tytuły akademickie notorycznie serwują lipę scjentyczną i sondażową, robiąc badania "pod tezę". Choćby sondaże dotyczące zupełnie niereprezentatywnych próbek populacji, a przedstawiane jako sondowanie opinii wszystkich, losowo wybieranych warstw społeczeństwa (klasycznym przykładem takich trików był sondaż, w którym wśród przepytywanych Amerykanów aż 67%, zaś wśród cudzoziemców aż 80%, stanowili studenci pierwszego roku psychologii na uniwersytetach, mieszkańcy campusów) (Dół, s. 56-57).
W rzeczywistości nie ma w tej rozprawie ani słowa o "politpoprawnych kuglarzach". Autorów politpoprawność w ogóle nie interesowała. Przeciwnie, to raczej oni sami mogli wydać się niektórym zbyt "poprawni", bo główna idea ich pracy sprowadza się do postulatu, żeby psychologowie nie wypowiadali się na temat natury ludzkiej na podstawie badań przeprowadzanych niemal wyłącznie w bogatych zachodnich demokracjach [6]. Innymi słowy, był to apel o więcej multi-kulti w psychologii. O to, by psychologia przestała być wreszcie psychologią białego człowieka!

Ale nawet u Waldemara Łysiaka trafiają się również całkiem przytomne uwagi. Na przykład spostrzeżenie, że ludzie uchodzący współcześnie za autorytety - zwłaszcza ci, których pokazuje się w telewizji [7] - często nie mają pojęcia, o czym mówią, więc ich "jawne pomyłki i oczywiste bzdury" stają się potem "źródłem zjadliwej bądź pełnej politowania satysfakcji erudytów oraz znawców" (Dół, s. 250). Chodzi jednak także o coś więcej.

Czy tu chodzi o to, że jest frajdą przyłapać na łganiu łub krętaczeniu faceta grającego prawdomówcę bez skazy i zmazy? [8].
Tak, właśnie o to. Choć po prawdzie łatwa to frajda, więc i satysfakcja marna.

[1] Waldemar Łysiak, Dół kloaczny, Wydawnictwo Nobilis, Warszawa 2021. Dalej cytuję jako Dół.

[2] Kto chciałby wiedzieć, jak wyglądała ta manipulacja, kim był ten późny wielbiciel stalinowskich rządów i gdzie Łysiak pisał o nim, że jest to sprawiedliwy w Sodomie, któremu on z szacunkiem czapką zamiata u stóp, niech przeczyta w OSOBACH: "Waldemar Łysiak uświnia Czesława Miłosza albo więcej kłamców w Rzeczypospolitej".

[3] Sławomir Gralka, Biografia Mistrza, Wydawnictwo Nobilis, Warszawa 2021, s. 12. Kabotyńska nie jest decyzja, by nie używać komputera, to można zrozumieć, ale dorabiane do tej decyzji bombastyczne (i absurdalne) uzasadnienie. Całkowicie wystarczyłoby szczere wyznanie bezradności: "Pewnie umiałbym włączyć go do kontaktu, ale dalej już nie wiedziałbym co zrobić, by go uruchomić" (Waldemar Łysiak, Waldemar Łysiak na łamach 2 oraz wywiad-rzeka, Wydawnictwo PLJ, Warszawa 1993, s. 152).

Przy okazji: Cugnot niczego dla Napoleona na początku XIX wieku nie skonstruował, był już wtedy staruszkiem. Jego pojazd powstał kilkadziesiąt lat wcześniej. Jeśli zaś uznać pojazd Cugnota za prototyp samochodu, to czemu nie uznać za prototyp komputera (co zresztą się robi) maszyny analitycznej Babbage'a? Toteż na tej samej zasadzie każdy komputerowiec może o sobie powiedzieć, że jest człowiekiem XIX stulecia. A co z lataniem samolotami? To też XIX wiek? "Atlantyk pokonałem Jumbo-jetem Boeing 747 linii PANAM" - tak zaczyna się pierwszy rozdział Asfaltowego saloonu. Łysiak wspominał też parokrotnie w wywiadach, że korzysta z telewizora i odtwarzacza wideo.

[4] Vladimir Nabokov, Selected Letters 1940-1977, redakcja Dmitri Nabokov i Matthew J. Bruccoli, Harcourt Brace Jovanovich, San Diego - Nowy Jork - Londyn 1989, s. 184; list do Morrisa Bishopa z 6 marca 1956. Dla koneserów większy kawałek w oryginale i z zachowaniem autorskiej pisowni:

"I know that LOLITA is my best book so far. I calmly lean on my conviction that it is a serious work of art, and that no court could prove it to be «lewd and libertine». All categories grade, of course, into one another: a comedy of manners written by a fine poet may have its «lewd» side; but «LOLITA» is a tragedy. «Pornography» is not an image plucked out of context; pornography is an attitude and an intention. The tragic and the obscene exclude each other".

[5] Nb. aktorka, która w filmie Kazana (Baby Doll, 1956) nakręconym według scenariusza Williamsa zagrała główną bohaterkę, miała tych lat już 25 i choć chwilami trochę się mizdrzyła, to za dziecko mógłby ją wziąć jedynie pedofil z bardzo poważną wadą wzroku.

[6] Joseph Henrich, Steven J. Heine, Ara Norenzayan, The weirdest people in the world?, "Behavioral and Brain Sciences" 2010, nr 2-3, s. 61: "Overall, these empirical patterns suggests that we need to be less cavalier in addressing questions of human nature on the basis of data drawn from this particularly thin, and rather unusual, slice of humanity" (wyróżnienie za oryginałem).

Bogate zachodnie demokracje to inaczej społeczeństwa WEIRD (Western, Educated, Industrialized, Rich, and Democratic), czyli zachodnie, wyedukowane, uprzemysłowione, bogate i demokratyczne, a "weird" to po angielsku "dziwny". Stąd ironiczny tytuł pracy: Najdziwniejsi ludzie na świecie?

[7] Łysiaka zaczęto pokazywać w telewizji jeszcze w czasach PRL-u, z czego zresztą jest do dziś dumny. W biografii-hagiografii Gralki (cytowanej w przypisie 3) można na stronie 93 podziwiać zdjęcie, które Łysiak zrobił telewizorowi, by mieć dla potomności dowód, że wystąpił w Tele-Echu Ireny Dziedzic (czyli TW "Marleny", ale oczywiście tym razem Irenie Dziedzic się upiekło).

[8] Tak pytał Łysiak w: Waldemar Łysiak, Waldemar Łysiak na łamach 5 oraz wywiad-rzeka. Old-fashion man, Wydawnictwo Andrzej Frukacz, "Ex Libris" Galeria Polskiej Ksiạżki, Warszawa 1997, s. 218.