EBENEZER ROJT

Jana Długosza "rzeczy słabo uzasadnione, wątłe i niepewne"
albo Mongołowie puszczają gazy, a historycy piszą, co chcą

W roku Pańskim 1415 w sobotę po oktawie Bożego Ciała dało się widzieć w Polszcze zaćmienie słońca tak znaczne, "że ptaki przerażone nagłą ciemnością osiadły na ziemi, a gwiazdy świeciły jak w nocy", co wprawiło króla Władysława i jego ludzi "najpierw w podziw i zdumienie, a w końcu w zabobonny niepokój". Nieco później w sławnym mieście Konstancji spalono heretyka Jana Husa, "człowieka niskiego pochodzenia i stanu", a prochy jego wrzucono do jeziora Bodeńskiego, "żeby ich nie porwali Czesi" [1]. Jeszcze później zaś, pierwszego grudnia tego samego 1415 roku, urodził się Jan Długosz, który potem opisze te wydarzenia w swoich Rocznikach.

Należał naturalnie do tamtej epoki. W epilogu Roczników ("Epilogus auctoris") nie dziękuje życzliwemu wydawcy, wnikliwym kolegom recenzentom, troskliwemu redaktorowi, starannej korektorce oraz wyrozumiałej rodzinie, lecz

Świętej i wiekuistej Trójcy, [...] Przeczystej Pannie Maryi, wszystkim Aniołom, Patryarchom, Prorokom, Apostołom, Męczennikom, Wyznawcom, Dziewicom uwielbionym, [...] i wszystkim Świętym, za których pomocą i orędownictwem, jak pobożnie wierzę, księgi te pisałem i dyktowałem [2].
Ma się rozumieć, za pomocą i orędownictwem tak zacnego towarzystwa nie zamierzał Długosz pisać byle czego:
ja, nienawidzący błyskotliwej głupoty bajek [...] w dużej mierze odciąłem i odrzuciłem (precidi repudiavique) [to, czego] ani dawnością, ani powagą nie da się [...] należycie obronić od oczywistego zmyślenia u znawców historii i dziejów (Roczniki, ks. 1 i 2, s. 75-76).
I równocześnie podkreślał jak wielkie trudności musiał pokonywać w dochodzeniu do prawdy:
Innych rzeczy, chociaż wydają się prawdziwe lub prawdopodobne, nie śmiem potwierdzać (non tamen ea sic affirmare ausim) [3], [...] dlatego, że rzadkie albo prawie żadne nie istniały wtedy w Polsce zapiski [...]. Tego zaś, co doczekało staranniejszej opieki naszych czasów pozostało tak mało i tak zawiłe, pokaleczone, że z tego nie mogliśmy wyprowadzić jasno wspomnienia o przeszłości. Czymś arcytrudnym i bardzo żmudnym wydaje się przeto zgłębienie prawdy historycznej, skoro piszący nie może być świadkiem wszystkich zdarzeń, które w opowiadaniu innych przychylność lub nienawiść przekręca często lub niszczy, a opowiadający zamiast ustalić prawdę jeszcze ją zaciemnia (Roczniki, ks. 1 i 2, s. 76).
Wtedy skarżył się na niedostatek i ułomność swoich źródeł, dziś sam jest źródłem.

Jako źródło do mentalności swoich czasów czy też jako dostarczyciel ciekawostek, bez wątpienia bajecznych, nie stwarza Długosz większych problemów. Aczkolwiek czasem trudno rozstrzygnąć w co sam tak do końca wierzył, bo chyba czerpał dodatkową pisarską przyjemność z możliwości zabawienia czytelnika jakimiś cudownościami [4]. Że na polach w diecezji poznańskiej "rodzą się w łonie ziemi garnki, same z siebie, wyłącznie sztuką przyrody, bez jakiegokolwiek dopomagania ludzkiego, wszelkiego rodzaju i różnych kształtów" (Roczniki, ks. 1 i 2, s. 178). Albo że w roku Pańskim 1270 w ziemi krakowskiej:

pewna kobieta, szlachcianka, Małgorzata, [...] wydała na świat na raz trzydzieścioro sześcioro żywych dzieci, które jednak zmarły tego samego dnia. [...] [A w mieście Kaliszu] urodził się ciołek, mający zęby psa i dwie psie głowy, z których jedna większa znajdowała się na swoim miejscu, a druga mniejsza w miejscu ogona. Miał on siedem cielęcych nóg i skórę cielęcą (Roczniki, ks. 7 i 8, s. 211).
Z drugiej strony, ponieważ bywa też Długosz źródłem jedynym, próbuje się czasem w jego opowieściach, jakie by bajeczne nie były, znaleźć "racjonalne jądro". Jak choćby w wypadku tych garnków, co się same w ziemi rodzą, do których dodano we współczesnej redakcji przypis: "Chodzi tu o wykopaliska przedhistoryczne".

Tyle że z garnkami sprawa jest prosta. Gorzej, gdy trzeba na przykład rozszyfrować wojenne podstępy Mongołów.

Z Mongołami, zwanymi wtedy Tatarami (Tartari), przodkowie nasi zaznajomili się bliżej w roku Pańskim 1241, kiedy to,

Bóg, rozdawca dobrotliwy miłosierdzia i łaski, rozgniewany sprosnym Polaków nierządem, bezbożnemi i sromotnemi czyny, któremi przeciw Majestatowi jego zawinili, zbudził i uzbroił na nich Tatarów, naród dziki i barbarzyński (Dzieła, tom II, 1868, s. 254; jest to sam początek księgi 7).
Barbarzyńcy oczywiście powinni być dzicy, szpetni i okrutni, niemniej Długosz, pisząc z oddalenia niemal półtrzecia wieków, zostawił portret Mongołów całkiem wyważony, choć, owszem, wspomniał też o ich słynnym upodobaniu do krwi końskiej [5]. Za to współcześni kronikarze prześcigali się w horrorach. Mateuszowi z Paryża nie wystarczyło, że odmalował Tatarów jako dzikie bestie, w czym szedł może za klasycznym opisem Hunów ("dwunożnych zwierząt") u Ammiana Marcellina [6]. Musiał jeszcze napomknąć o ich upodobaniu do ludzkiego mięsa:
Są oni bowiem nieludzcy i zezwierzęceni, raczej potworami należy ich zwać niźli ludźmi, krwi pragną i piją ją, mięso psów i ludzi rozrywają i pożerają [7].
Długosz - chwała mu za to! - żadnych bajek o ludożerstwie Mongołów nie powtarza [8]. Natomiast całkiem zdroworozsądkowo podkreśla, że "dla obcych z razu układni, ale potém chytrzy, podstępni i kłamliwi" (vafri, calidi et mendaces). Stąd też nie dziwią ich fortele, dobre rozpoznanie, wywiad, używanie szpiegów etc.

Ale jest w jego opisie bitwy pod Legnicą scena, która do dziś porusza wyobraźnię amatorów, a nawet wielu zawodowych historyków:

Była w wojsku tatarskim wśród innych chorągwi jedna olbrzymia, na której widniał wymalowany taki znak: X. Na szczycie zaś drzewca tej chorągwi była podobizna wstrętnej, czarnej głowy z podbródkiem okrytym zarostem. Kiedy Tatarzy cofnęli się o jedno staje i skłaniali się do ucieczki, chorąży tego sztandaru zaczął, jak mógł najsilniej, potrząsać głową, która sterczała wysoko na drzewcu. Buchnęła z niej natychmiast i rozeszła się nad całym wojskiem polskim para, dym i mgła o tak cuchnącym odorze (vapor, fumus et nebula tam fetidissime exalavit), że z powodu okropnego i nieznośnego smrodu walczący Polacy niemal omdleni i ledwie żywi osłabli i stali się niezdolni do walki (Roczniki, ks. 7 i 8, s. 24).
Ponieważ to także ten wypadek, gdy bez Długosza nasze wiadomości o wydarzeniu (czyli o bitwie legnickiej) sprowadzają się do kilku ogólników, aż chce się jego barwną relację - mimo jej znane usterki [9] - jakoś dodatkowo umocnić i zracjonalizować.

Toteż w XX wieku, na zasadzie skojarzeń jak najbardziej współczesnych, mgła o cuchnącym odorze zamieniła się w obraz ataku gazowego [10]. Ten oczywisty nonsens jest tak odporny na krytykę, że trafił nawet do podręczników dla dziatwy szkolnej [11].

Rozmaite modyfikacje - że to nie gaz, lecz zasłona dymna albo bomby trujące, grecki ogień, proch etc. - niczego w istocie nie zmieniają, skoro w dalszym ciągu wyjaśnienia wymagają kwestie podstawowe. Co to za nadludzki chorąży nieczuły na gaz czy też oślepiające właściwości dymu? Dlaczego wojsko mongolskie natychmiast wraca w strefę działania rzekomego gazu? Czemu w opisie brak huków i błysków po eksplozjach czegoś w rodzaju chińskich "bomb gazowych" czy też po użyciu greckiego ognia albo prochu?

Oczywiście, można się uprzeć przy każdym z tych pomysłów, stawiając niczym nie popartą hipotezę, że tak właśnie było naprawdę. Ale wtedy z kolei trzeba przyznać, że Długoszowa relacja niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, a przecież właśnie wartość tej relacji chciało się uratować [12].

Co charakterystyczne, z reguły pomija się wyjaśnienie podane przez samego Długosza: że mgła o cuchnącym odorze była efektem działania czarów [13]. A jest to wyjaśnienie jak najbardziej racjonalne! Jeśli bowiem założymy (jak zakładał Długosz), że czary istnieją i że Mongołowie użyli ich pod Legnicą - to czemu nie, tak właśnie mogły te czary wyglądać. Natomiast jeśli nowocześnie założymy, że pod Legnicą Mongołowie użyli gazów, to na pewno nie mogło to tak wyglądać. Trzeba by tu na własną rękę wymyślić od podstaw coś zupełnie innego.

Albo w ostateczności - jeśli już nie chce się niczego dopisywać Długoszowi - ograniczyć się do skromnej hipotezy, że być może relacjonuje on w ten sposób znany manewr mongolski, pozorowaną ucieczkę ("skłaniali się do ucieczki") [14], a chorąży od olbrzymiej (więc dobrze widocznej) chorągwi daje sygnał, by tego manewru zaniechać, bo przeciwnicy już i tak pogubili się w walce. Ewentualna korekta dotyczyłaby więc jedynie kolejności wydarzeń: cofnięcie się Mongołów - zamieszanie w polskich szeregach - sygnał dymny.

By jednak w ogóle mówić o jakichś "wydarzeniach", trzeba by wprzódy udowodnić, że opowieść Długosza nie jest amplifikacją; opisem psychomachii, w której ścierają się pogańscy czarownicy i chrześcijańscy grzesznicy wraz z budującym udziałem męczenników [15]. Ale że opiera się ona na wiarygodnym źródle, najlepiej korzystającym z relacji naocznego świadka.

Źródła takiego wprawdzie nie ma, ale mogło być, bo jak poucza biskup warmiński "wszystko to być może". A skoro nie ma, to widocznie zaginęło. Poszukiwano śladów tego źródła, mniemanego rocznika-kroniki dominikańskiej, przez kilkadziesiąt lat. Dorobiło się ono nawet własnego akronimu (RKD) - całkiem jak PKO czy ZUS - co jakby wstępnie utwierdzało je w istnieniu. Aliści z poszukiwaczami zaginionej kroniki ostatecznie stało się trochę tak, jak z Kubusiem Puchatkiem, gdy pewnego razu spodziewał się zastać Prosiaczka w domu - ale im bardziej zaglądał do środka, "tym bardziej tam Prosiaczka nie było" [16].

Że istniały jakieś źródła Długosza dziś zaginione, można powiedzieć w zasadzie w ciemno, bez analiz. Ale co można powiedzieć konkretnego o źródle, po którym został tylko ślad wyobrażony? Jak zweryfikować wiarygodność źródła, którego nie ma? W wyobraźni? Tyle że wtedy można właściwie pisać, co się chce [17].

Jest paradoksem naszych krytycznych czasów, że aby uratować wiarygodność legnickiej relacji Długosza, historycy bezkrytycznie popełniali chyba wszystkie możliwe grzechy. Hipotezy zaledwie sformułowane przedstawiano jako udowodnione, w dowodzeniu nie stroniono od petitio principii, popełniano paralogizmy, a niemal nagminnie mylono poszlakę z dowodem. Na przykład w oparciu o prawdziwą przesłankę istnienia w państwie mongolskim wielu chrześcijan obrządku nestoriańskiego, uznano za fakt dowiedziony, że nestorianie brali udział w bitwie pod Legnicą. Ba, że ta chorągiew olbrzymia, na której widniał znak X, to była właśnie chorągiew nestoriańska! [18].

Sam Długosz nie miał o swojej robocie tak dobrego mniemania jak jego ratownicy.

Wyznaję zaś, jak to z góry wypowiedziałem, że nie wszystko com napisał w tém dziele jest pewném i niewzruszoném: są w niem rzeczy słabo uzasadnione, wątłe i niepewne (sed caduca, sed fragilia, sed tenera); są z cudzego wzięte podania, z własnych lub cudzych czerpane domysłów, ostrym uwikłane cierniem, i albo w obcych wyczytane zapiskach i księgach, albo z ustnej podsłuchane wieści. Dawało się drugdy [= niekiedy] wiarę temu, co podano za prawdę. Błagam wszystkich, którym się dostało w dziale więcej nauki i biegłości w wysłowieniu, aby poprawili moje błędy i sprostowali usterki. Jeżeli zaś znajdą w tém dziele co niestwornego i mniej nadobnie opowiedzianego, lub jeśli całe dzieło wyda im się pod tym względem nieudatne i nieogładzone; niechaj szukają rzeczy, a przebaczą szorstkości języka. W takim bowiem ogromie i rozmaitości przedmiotów, trzebaby nadludzką mieć doskonałość, aby wszystko i z prawdą zgodnie i należycie a powabnie wyłuszczyć. Nie pisałem wreszcie Ewangelii ani nauki wiary jak Apostołowie święci, ale dla ćwiczenia umysłowego kreśliłem dzieje ludzkie niestateczne i zmienne, za których pewność nie wszędy mogę śmiało ręczyć, aby sumienia swego czémkolwiek nie pokalać (Dzieła, tom V, 1870, s. 660-661).

Tyle dysput o metodologii, tyle tabelek z punktami za wspaniałe publikacje, a ilu znacie współczesnych historyków, którzy zamiast iść w zaparte w obronie swych fantazji, zdobyliby się na podobne wyznanie.
[1] Jan Długosz, Roczniki czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego, księga 11: 1413-1430, przełożyła Julia Mrukówna, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2009, s. 56, 59-60. Dalej cytuję wydanie z roku 2009 skrótowo jako Roczniki. Kilka drobnych wstawek łacińskich podaję za powojennym wydaniem Annales.

[2] Tym razem cytuję Długosza w starym i przyjemnym przekładzie Karola Mecherzyńskiego: Jan Długosz, Dzieła wszystkie, tom V: Dzieje polskie, księga XII, Kraków 1870, s. 661. Dalej ten przekład cytuję jako Dzieła z dodaniem numeru tomu i roku wydania.

[3] Długosz uważał, że Kadłubek to "swego czasu pisarz doskonały", ale nie śmiał potwierdzać wielu jego fantazji. Toteż u niego polscy władcy z rodu Lecha (Lestek I i Lestek III u Kadłubka) nie walczą już z Aleksandrem Wielkim ani z Juliuszem Cezarem. A ich kraina nie przypomina wielkiego mocarstwa, lecz raczej wieś spokojną i wesołą, której mieszkańcy sypiają na gołej ziemi w chatach krytych słomą. Nie znają złota i srebra, "ni korzeni, ni wina, ni jakichkolwiek innych rozkoszy rodu ludzkiego", gdyż "pozostają one u tego narodu, przyzwyczajonego do skromnego i prostaczego życia, raczej w pogardzie niż w cenie" (Roczniki, ks. 1 i 2, s. 177).

[4] Pomijam oczywiste dla średniowiecznej mentalności cudowności religijne. Choć niekiedy i one wykraczają znacznie poza zwykłe miary. Na przykład dzięki zasługom Kingi, żony Bolesława Wstydliwego, już po jej śmierci "osiemdziesięciu umarłych odzyskało życie, sześćdziesięciu ślepych wzrok, piętnastu więźniów uzyskało wolność, nadto siedemset osób: mężczyzn i kobiet zostało uzdrowionych z różnych chorób tak, że dziwić się należy, iż ówcześni prałaci i książęta polscy nie postarali się o kanonizację tak świętej i tak czcigodnej księżny, która winna być zaliczona w poczet męczenniczek z powodu blasku dziewictwa, które przez wiele lat zachowała w związku małżeńskim" (Roczniki, ks. 7 i 8, s. 345). Więcej cudów niż w Ewangeliach! Na ówczesnych polskich prałatach jednak najwyraźniej nie robiło to wrażenia i Długosz nie bez racji skarżył się na ich gnuśność: Kingę beatyfikowano dopiero przeszło dwieście lat po jego śmierci, a kanonizowano raptem ćwierć wieku temu.

[5] "[...] żywią się końskiém mlekiem, posoką i śćierwem, surowemi pokarmami i mięsiwem, a zwłaszcza prosem z krwią końską zmieszaném" (Dzieła, tom II, 1868, s. 258). Najbardziej znana wzmianka o piciu krwi końskiej przez Tatarów znajduje się w Opisaniu świata Marko Polo: "I mówię wam, gdy zajdzie potrzeba, zdolni są jechać przez dziesięć dni, nie jedząc ani nie rozpalając ognia, lecz żywiąc się krwią swych koni. Gdyż każdy otwiera żyłę swemu koniowi i wypija krew" (Marko Polo, Opisanie świata, przełożyła Anna Ludwika Czerny, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1975, s. 138; jest to rozdział LXX). Ale też już sam autor tej opowieści zaznacza, że to, o czym opowiada, są to niegdysiejsze surowe obyczaje "prawdziwych Tatarów", a "obecnie [czyli pod koniec XIII wieku] podupadli oni bardzo" (s. 139).

W swoim opisie Mongołów-Tatarów Długosz korzystał z kroniki Tomasza ze Splitu (Tomasza Archidiakona) powstałej w latach 60. XIII wieku, a więc z dzieła bliskiego opisywanym wypadkom; szczególnie z pierwszej połowy rozdziału XXXVII "De natura Tartarorum". O piciu krwi końskiej (ale z mlekiem!) też tam jest: "Et lac concretum cum sanguine potant equino" Zob, Thomae Archidiaconi Spalatensis: Historia Salonitanorum atque Spalatinorum pontificum / Archdeacon Thomas of Split: History of the Bishops of Salona and Split, Central European University Press, Budapeszt 2006, s. 284 (tekst łaciński na stronach parzystych, przekład angielski - na nieparzystych).

Za nim też powtórzył Długosz niektóre okropieństwa (ale z umiarkowaniem), jak choćby opis obyczaju tatarskiego polegającego na tym, że pojmanych młodych chłopaczków sadzają w rzędzie, po czym wołają własne dzieci i każą im drągiem walić jeńców po głowach. Sami zaś przyglądają się temu ze śmiechem i chwalą tego, komu udało się jednym uderzeniem zmiażdżyć mózg nieszczęsnej ofiary (Historia Salonitanorum, s. 272-273).

[6] Zob. Ammianus Marcellinus, Dzieje rzymskie, przełożył Ignacy Lewandowski, t. II, Prószyński i S-ka, Warszawa 2002, s. 219: "Są [Hunowie] niesamowicie szpetni i tak pochyleni, iż można ich uważać za dwunożne zwierzęta lub jakieś kloce, które - z grubsza ociosane na kształt figur - umieszcza się na barierach mostów" (ks. XXXI, 2, 2; wyróżnienie moje). Jeszcze gorzej o fizjognomii Hunów pisał prawie dwa wieki później Jordanes: "Grozę sieją przede wszystkim swym obliczem: przerażająco śniadzi, posiadają nie twarz lecz, za przeproszeniem, bezkształtny placek, z dziurkami zamiast oczu" (Getica 127). I jeszcze: "Pod postacią ludzi żyją w dzikości zwierząt" (Getica 128). Cytuję za: Edward Zwolski, Kasjodor i Jordanes. Historia gocka czyli scytyjska Europa, Towarzystwo Naukowe KUL, Lublin 1984, s. 113). O tym, że Tatarzy są "cery brzydkiej, czarniawej" pisze także Długosz.

[7] Dla koneserów naturalnie oryginał:

"Viri enim sunt inhumani et bestiales, potius monstra dicendi quam homines, sanguinem sitientes et bibentes, carnes caninas et humanas laniantes et devorantes [...]" (Mateusz z Paryża, Chronica majora, tom IV, redakcja Henry Richards Luard, Londyn 1877, s. 76). W manuskrypcie znalazła się nawet stosowna ilustracja autorstwa samego Mateusza.

Jeśli idzie o kobiety, to Tatarzy od razu pożerają jedynie stare i brzydkie. Co zaś wyprawiają wcześniej z młodymi i ładnymi dziewicami, dam już tylko w oryginale, żeby przynajmniej mniej uczonych dziewic nie narazić na rumieniec:

"Mulieres autem vetulas et deformes antropofagis, qui vulgo reputantur, in escani quasi pro diarrio dabant; nee formosis vescebantur, sed eas clamantes et ejulantes in multitudine coituum suffocabant. Virgines quoque usque ad exanimationem opprimebant, et tandem abscisis earum papillis, quas magistratibus pro deliciis reservabant, ipsis virgineis corporibus lautius epulabantur" (s. 273; Mateusz, jak twierdzi, cytuje list Iwona z Narbony do arcybiskupa Bordeaux).

Nb. w jednym z polskich przekładów tego ustępu tłumacz uznał, że Mongołowie duszą dziewice w trakcie czynionych im niegodziwości. Wydaje się jednak, że dziewice umierają raczej z wyczerpania od nadmiaru owych niegodziwości; in multitudine coituum (Zob. Robert Urbański, Tartarorum gens brutalis. Trzynastowieczne najazdy mongolskie w literaturze polskiego średniowiecza na porównawczym tle piśmiennictwa łacińskiego antyku i wieków średnich, Wydawnictwo IBL PAN, Warszawa 2007, s. 149).

[8] Bajkowość opowieści o kanibalizmie Mongołów jest praktycznie pewna, choć w sytuacjach skrajnych mogło być z tym różnie. "Niektóre źródła wspominają o przypadkach ludożerstwa, co mogło mieć miejsce jedynie w obliczu śmierci głodowej" (Stanisław Kałużyński, Dawni Mongołowie, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1983, s. 67).

Długosz podaje, że są to ludzie "przestający na szczupłej i ladajakiej strawie" (Dzieła, tom II, 1868, s. 258). Podobno nauczeni niedostatkiem zjadali także psy i myszy, a nawet padlinę - i to zawsze do ostatniej cząstki, by nic się nie zmarnowało. Carpini w swojej relacji ujął rzecz zwięźle: "Pożywienie ich stanowi wszystko, co można zjeść" (Jan di Piano Carpini, Historia Mongołów, [w:] Spotkanie dwóch światów. Stolica Apostolska a świat mongolski w połowie XIII wieku. Relacje powstałe w związku z misją Jana di Piano Carpiniego do Mongołów, pod redakcją Jerzego Strzelczyka, Wydawnictwo ABOS, Poznań 1993, s. 128). Przyjmuje się, że Długosz nie znał Carpiniego, ale Robert Urbański w książce cytowanej w poprzednim przypisie podaje szereg zbieżności, także w sferze leksykalnej, między Historią Mongołów a relacją Długosza (s. 270-272). Może więc znał jakieś szczątkowe wypisy.

Nb. nie można wykluczyć, że pogłoskę o mongolskim ludożerstwie rozpuszczali sami Mongołowie w ramach wojny psychologicznej, by wroga najpierw "zabić ustami". W Tajnej historii Mongołów między Tajang-chanem (którego ścigają ludzie Czyngis-chana) i Dżamuką rozwija się następujący dialog:

"Tajang-chan zapytał Dźamukę:

- Kim są ci oto? Kim są ci ludzie, którzy tutaj tak pędzą jak wilk, który ścigając stado owiec przybiega za nimi aż do owczarni?

Dżamuka odpowiedział: - Mój pobratymiec Temudżyn [= Czyngis-chan] wykarmił mięsem ludzkim cztery psy i trzymał je na łańcuchu. To pewnie one nadchodzą w pościgu za naszymi patrolami. [...] Gdy nadchodzi dzień śmiertelnego boju, jedzą ludzkie mięso. W dzień mającego tu nastąpić starcia dostały na drogę ludzkiego mięsa i spuszczono je z łańcuchów. Cieszą się teraz, że są wolne, i nadchodzą ze śliną w pyskach. - Na pytanie Tajang-chana, kim są te cztery psy, Dżamuka odpowiedział: - To są Dżebe i Kubiłaj, Dżelme i Sübe'etej [sławni wodzowie Czyngis-chana]. Ci czterej.

Tajang-chan odrzekł:

- Stańmy dalej od tych podłych ludzi".

Wraz z kolejnymi pytaniami i odpowiedziami horror jeszcze rośnie i przerażony Tajang-chan cofa się ze swym wojskiem krok po kroku aż na sam szczyt góry.

"Dżamuka, po tym jak opowiedział to wszystko Tajang-chanowi, odłączył się od Najmanów i opuścił ich, a Czyngis-chanowi przekazał przez posła następującą wiadomość:

- Powiedz pobratymcowi, że wskutek moich słów Tajang-chan stracił całkowicie głowę, że przerażony wspiął się pospiesznie do góry. Zabity moimi ustami, ze strachem wlazł na górę. [...]

Tejże nocy, gdy Najmanowie wycofywali się w ucieczce i napierając na siebie wzajemnie zaczęli spadać z wysokości Naku Kun, zginęło ich tak wielu, że porozbijane od upadku ciała leżały gęsto jak opadłe suche gałęzie. Następnego dnia wpędzono Tajang-chana w położenie bez wyjścia i pojmano" (Tajna historia Mongołów. Anonimowa kronika mongolska z XIII w., przełożył z mongolskiego, wstępem i komentarzami opatrzył Stanisław Kałużyński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1970, s. 119-121; wyróżnienie moje).

I już na koniec. Średniowieczne wyobrażenia o mongolskich kanibalach zainspirowały przynajmniej jedną artystyczną kreację: orków ze świata Tolkiena.

"To my, Uruk-hai - jesteśmy orki bojowe. To my zabiliśmy wielkiego wojownika. To my wzięliśmy jeńców. My, sługi Sarumana Mądrego, Białej Ręki, która nas karmi ludzkim mięsem" (J. R. R. Tolkien, Władca pierścieni, tom II: Dwie wieże, przełożyła Maria Skibniewska, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2001, s. 55; początek rozdziału III trzeciej księgi). Mówi to Uglúk - imię dla europejskiego ucha brzmiące całkiem mongolsko.

[9] A znalazło się tych usterek w opisie najazdu tatarskiego wiele. Długosz myli nawet wodzów tatarskich (Kajdana z Kajdu), a najazdem na Polskę dowodzi według niego sam Batu-chan, który na dodatek osobiście walczy pod Legnicą i ratuje Tatarów przed klęską. "Ale nadchodzi następnie czwarty, większy od wszystkich trzech, oddział Tatarów, w którym był chan Baty. Wznawia walkę, przynosi pomoc zagrożonym i rozproszonym Tatarom i straszliwym atakiem naciera na Polaków" (Roczniki, ks. 7 i 8, s. 24).

Historyków niemieckich już od dawna szczególnie bulwersowała fałszywa informacja o udziale w bitwie legnickiej (i może śmierci - Długosz tu jest niejednoznaczny) krzyżackiego mistrza Poppona von Osterny. Co miało być skutkiem całkowicie bezkrytycznego traktowania źródeł przez Długosza. "Es war also auch in diesem Punkte Dlugoschs Behandlung der Quellen eine durchaus unkritische" (J[oseph] Girgensohn, Kritische Untersuchung über das VII. Buch der Historia Polonica des Dlugosch, Robert Peppmüller, Getynga [1872], s. 68).

[10] Bodaj pierwszy o gazach trujących u Mongołów przy okazji ich najazdu na Polskę pisał u nas Wacław Zatorski, wtedy rotmistrz dyplomowany. Aczkolwiek pisał trochę mętnie:

"Poza środkami dymotwórczymi używano gazów trujących ciekłych, przygotowywanych w ciągu 70 dni. Bliższy ich skład chemiczny pozostał nieznany. Gazem tym nasycano gałgany, które umieszczano w balonach miedzianych, niekiedy nadawano im kształty ludzkie" (Wacław Zatorski, Pierwszy najazd Mongołów na Polskę w roku 1240-41, "Przegląd Historyczno-Wojskowy" 1937, tom IX, s. 189).

Czyli nie wiadomo co, ale przygotowywane w ciągu dokładnie 70 dni. Nb. źródłem rotmistrza była krótka notatka, "jaka ukazała się w prasie sowieckiej" (przypis 12 na tej samej stronie).

Skojarzenie balonu miedzianego mającego "kształty ludzkie" ze wstrętną głową Długosza jest oczywiste, ale już przy opisie bitwy pod Legnicą Zatorski pomiarkował nieco fantazję i uznał machanie chorągwią ze wstrętną głową jedynie za "sygnał do wypuszczenia zasłony dymnej" (przypis 104 na stronie 232).

"Gazowy" kierunek fantazji Zatorskiego można zrozumieć: pisał w czasach, gdy histeria w oczekiwaniu na atak gazowy w nadchodzącej wojnie była może nawet większa niż powojenna histeria w oczekiwaniu na atak bronią jądrową. Jak zaświadcza pilny czytelnik ówczesnych gazet, Antoni Słonimski:

"Pisma warszawskie w każdym prawie numerze pomieszczają następujące ostrzeżenia:

«Obywatelu! Zginiesz straszną śmiercią, jeśli napad gazowy zastanie cię nie przygotowanym. Czy jesteś już członkiem Towarzystwa Obrony Przeciwgazowej?»" (Antoni Słonimski, Kronika tygodniowa, "Wiadomości Literackie" 1927, nr 37, s. 4).

Widzi się bowiem na ogół to, o czym akurat trąbią gazety. Podobnie Erich von Däniken, patron wszystkich historyków z fantazją, gdy świat ekscytował się podbojem kosmosu, dostrzegał w jaskiniowych malunkach albo w płaskorzeźbach Majów całkiem dokładne przedstawienia skafandrów kosmicznych.

Informację o gazach trujących Zatorski, wtedy już major dyplomowany, powtórzył w wydanej dwa lata później książce Czyngis-chan (Warszawa 1939 s. 78), ale tym razem bez przypisu, że opiera się ta informacja na notatce z prasy sowieckiej. To jednak drobiazg. W daleko większym stopniu na opisie działań mongolskich u Zatorskiego zaważyła inna moda jego czasów, a mianowicie przekonanie - częste wtedy u wielu polskich kawalerzystów - że przyszłością armii są wielkie masy kawalerii oraz zafascynowanie wiadomościami dochodzącymi z ZSRR, które to przekonanie potwierdzały.

"[...] należy podkreślić, że chyba w żadnem państwie, kawalerja nie wyszła z tych zapasów [o celowość jej istnienia] tak zwycięsko, jak właśnie w Z. S. S. R. Zupełnie jasno zdano sobie sprawę z potrzeby posiadania potężnej kawalerji w warunkach przyszłej wojny" (Wacław Zatorski, Terytorjalna kawaleria Z. S. R. R., "Przegląd Kawaleryjski" 1933, nr 4-5, s. 325).

Nic dziwnego, że pod jego piórem Mongołowie niejednokrotnie zachowują się niemal jak Armia Konna Budionnego. Nie jest to najszczęśliwszy wzór do rzutowania w przeszłość. Ale czar munduru zawodowego oficera najwidoczniej te niedostatki przysłonił. Toteż współczesny historyk wojskowości konstatuje ze smutkiem: "W dziejach polskiej historiografii najbardziej zadziwiająca jest żywotność amatorskiej wizji kampanii nakreślonej przez Zatorskiego" (Jerzy Maroń, Koczownicy i rycerze. Najazd Mongołów na Polskę w 1241 roku na tle sztuki wojennej Europy XII i XIII w., wydanie II poprawione i uzupełnione, Wydawnictwo Templum, Wodzisław Śląski 2011, s. 102).

A ma się dziś ta żywotność nawet jeszcze lepiej, bo książkę Zatorskiego wznowiło pod zmienionym tytułem Wydawnictwo Poznańskie (Wojny Czyngis-chana 1194-1242, Poznań 2015), a w pięć lat później ponownie inne wydawnictwo specjalizujące się w baśniach historycznych (Klinika Języka 2020).

Nb. Mongołowie to chyba wdzięczny temat dla rozmaitych fantastów i hochsztaplerów. To samo wydawnictwo w dwa lata później wydało książkę Gabriela Ronaya Anglik tatarskiego chana udającą rewelacyjne odkrycie historyczne (Klinika Języka 2022). Angielski recenzent tej pracy już przeszło czterdzieści lat wcześniej podsumował ją krótko: "The Tartar khan's Englishman is popular historical writing at its worst" (D[avid] O. Morgan, The Mongol Empire. A review article, "Bulletin of the School of Oriental and African Studies" luty 1981, tom 44, s. 122). I mniejsza już o fantazje, ale Ronay łże bezwstydnie, że czytał jakieś "świeżo odnalezione" średniowieczne manuskrypty (polski tłumacz przełożył zabawnie "the cumbrous medieval script" jako "ciężką średniowieczną mowę", s. 13). W rzeczywistości jedynym źródłem, z którego pochodzi wiadomość o tajemniczym Angliku, jest Chronica majora Mateusza z Paryża. dzieło od dawna znane, a przez Ronaya traktowane całkowicie bezkrytycznie. Nadto wbrew hucznym zapowiedziom posługuje się on wyłącznie angielskim przekładem z połowy XIX wieku autorstwa Johna Allena Gilesa. To z tego przekładu przepisał cały pierwszy aneks swojej książki. To samo dotyczy Flores historiarum Rogera z Wendover oraz listu Gujuk-chana do papieża Innocentego IV, który Ronay rzekomo w swojej książce po raz pierwszy przełożył na angielski - i to z perskiego ("this first ever translation into English", przypis oznaczony asteryskiem na stronie 136 wydania angielskiego z roku 1978). Tymczasem przed "pierwszym przekładem" Ronaya było już takich przekładów bardzo wiele, choćby we wstępie Manuela Komroffa do jego łatwo dostępnej antologii Contemporaries of Marco Polo (Nowy Jork 1928, s. xvii). Pełny przekład listu znajdującego się w Archiwum Watykańskim, rzeczywiście dokonany z perskiego i tureckiego, można znaleźć w apendyksie książki Igora de Rachewiltza Papal Envoys to the Great Khans (Stanford University Press 1971, s. 213-214). Bo "przekład" Ronaya nie tylko nie jest pierwszy, ale też ani nie jest pełny, ani nawet poprawny. W sumie oszustwo szyte grubą nicią, chociaż wielbicielom historycznych baśni pewnie nie będzie to przeszkadzało.

[11] O tym, że atak gazowy pod Legnicą to niedorzeczna fantazja, przekonuje od ponad trzydziestu lat Jerzy Maroń. Zarówno w publikacjach specjalistycznych (Atak gazowy pod Legnicą. Fantazja czy rzeczywistość, "Acta Universitatis Wratislaviensis. Historia" 1993, tom CIV, s. 25-30), jak i w przeznaczonej dla szerokich kręgów serii Historyczne bitwy (Legnica 1241, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 1996, o ataku gazowym s. 130, 143-144). A także w cytowanych w poprzednim przypisie Koczownikach (o ataku gazowym s. 118-124, w przypisach wymowne przykłady andronów z podręczników szkolnych).

Jest to jednak praca syzyfowa. W przeciwieństwie do cuchnącej mgły, która powaliła polskich rycerzy, rzeczowe argumenty Maronia nie robią wrażenia na jego oponentach, twardo broniących krainy fantazji. Dla Witolda Świętosławskiego relacja Długosza jest tak jednoznaczna, że nie budzi żadnych wątpliwości (Arms and armour of the nomads of the Great Steppe in the times of the Mongol expansion (12th-14th centuries), przekład Maria Abramowicz, Oficyna Naukowa MS, Łódź 1999, s. 79: "In the author's view, this account, written by a chronicler who had no knowledge of the use of gas in battle, seems so unequivocal as not to raise any doubt"). Szkoda tylko, że autor, oddający się na następnej stronie piętrowym gdybaniom, zaniedbał wyjaśnić, czemu ów gaz nie poraził w pierwszym rzędzie nieszczęsnego mongolskiego chorążego. Jeśli pragnie się, by Mongołowie w taki sposób puszczali gazy, trzeba chyba im jeszcze dofantazjować maski przeciwgazowe.

Ponieważ zaś Witold Świętosławski niedawno ponownie dał wyraz tej swojej nieugiętej wierze w gazy Mongołów - w dodatku w popularnej serii Routledge History Handbooks - bajka o ataku gazowym pod Legnicą ma chyba przed sobą jeszcze piękną przyszłość:

"Some researchers have believed that this passage in the Annales is pure fantasy on the part of Długosz, while others have found it quite acceptable that the Mongols may have used some form of poisonous gases. The sceptics have not ofered any arguments [sic!], and they have merely denied that the Mongols could have had any knowledge of chemical weapons" (Witold Świętosławski, The Mongol invasions of Poland in the thirteenth century. The current state of knowledge and perspectives for future research, [w:] The Routledge Handbook of the Mongols and Central-Eastern Europe.Political, Economic, and Cultural Relations, redakcja Alexander V. Maiorov i Roman Hautala, Routledge, Londyn - Nowy Jork 2021, s. 86, wyróżnienie moje).

Nb. Świętosławski przy tym nieuczciwie streszcza poglądy "sceptyków" (jest to sofizmat rozszerzenia zwany pospolicie stawianiem chochoła), którzy na ogół nie kwestionują możliwości istnienia rozmaitych chemicznych środków walki u Mongołów, w tym także przejętych od Chińczyków (zob. np w Koczownikach Maronia s. 18-20), a tylko (i aż!) podkreślają, że opisu Długosza nie sposób pogodzić z rzeczywistym działaniem tych środków, o czym piszę dalej.

[12] Ale ostatecznie można relację Długosza po prostu sfałszować:

"[...] Jan Długosz zwraca uwagę, że w znacznym stopniu do klęski Polaków, którzy w pewnym momencie zaczęli uzyskiwać na polu walki przewagę, doprowadziło skorelowanie zastosowania przez Mongołów elementów wojny psychologicznej z użyciem nieznanych wówczas w Europie środków walki w postaci toksycznych gazów" (Krzysztof Bojko, Polska a imperium mongolskie oraz Złota Orda w latach 1241-1502, "Perspektywy Kultury" 2020, tom 31, nr 4: Orient. Wczoraj i dziś, s. 179). Tu już wygląda, jakby to sam Długosz pisał o ataku gazowym.

[13] Zaraz po zdaniu o "cuchnącym odorze" Długosz objaśnia:

"Wiadomo, że Tatarzy od początku swego istnienia aż do chwili obecnej stosowali zawsze w wojnach i poza nimi sztukę i umiejętność przepowiadania, wróżenia, wieszczenia i czarowania i że stosowali ją także w walce prowadzonej wówczas z Polakami. I nie ma wśród barbarzyńskich narodów drugiego, który by więcej wierzył w swoje wróżby, wieszczenia i czary, gdy trzeba podjąć jakieś działanie".

Jednak uwaga o czarach przypominana bywa dziwnie rzadko. Pomija ją praca cytowana w przypisie wyżej. Pomija Zatorski. Pomija Świętosławski. Choć przecież wypadałoby wyjaśnić sens całego Długoszowego opisu. Niechby nawet wedle szkolnej regułki: "powiedz, co autor miał na myśli". Również Gerard Labuda w swej bardzo obszernej analizie urywa cytowanie tego epizodu na słowach "i stali się niezdolni do walki". O czarach ani słowa. Za to jest o stosowaniu przez Mongołów "dymów zatruwających pole walki" - ale bez wyjaśnienia, czemu dymy te nie zatruły natychmiast samego chorążego (Gerard Labuda, Zaginiona kronika z pierwszej połowy XIII wieku w Rocznikach Królestwa Polskiego Jana Długosza. Próba rekonstrukcji, UAM, Poznań 1983, s. 238, 241).

[14] Manewr ten, podobnie jak wiele innych stosowanych przez Mongołów, wymagał dobrego przeglądu sytuacji (dlatego sam wódz nie angażował się w walkę) i przede wszystkim - dyscypliny. To głównie żelazna dyscyplina - a nie gazy czy jakieś inne wynalazki - była przyczyną przewagi Mongołów nad europejskim rycerstwem, skłonnym do indywidualizmu i samowoli. Wielokrotnie i obszernie pisze o tym Jerzy Maroń w Koczownikach (książka cytowana w przypisie 10). Zresztą nawet czytelnicy Przygód dobrego wojaka Szwejka wiedzą, że nie ma nic gorszego niż wojsko bez dyscypliny:

"Nasz oberlejtnant Makovec mawiał nam nieraz: «Dyscyplina musi być, wy łby zakute, bo bez niej to byście łazili po drzewach jak te małpy, ale wojsko zrobi z was ludzi, wy trąby powietrzne!» A czy nie miał racji? Przedstawmy sobie park na przykład na Placu Karola, a na każdym drzewie taki żołnierz bez dyscypliny. Tego się zawsze najbardziej obawiałem" (Jaroslav Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej, tom I, przełożył z czeskiego Paweł Hulka-Laskowski, przedmową opatrzył Witold Nawrocki, Wydawnictwo "Śląsk", Katowice 1970, s. 42).

Nb. być może nie była to wcale pozorowana ucieczka. Hystoria Tartarorum C. de Bridia podaje w rozdziale 28, jakoby sami Tatarzy opowiadali, że gdy podczas bitwy z księciem Henrykiem "chcieli uchodzić [z pola walki] (fugere uoluissent), szyki bojowe chrześcijan rzuciły się niespodziewanie do ucieczki". Przekład za: Spotkanie dwóch światów (cytowane w przypisie 8), s. 244; wstawka łacińska w oryginalnej pisowni za wydaniem krytycznym pod redakcją Alfa Önnerforsa (De Gruyter, Berlin 1967, s. 20).

W takim wypadku tylko dodanie chorągwi ze wstrętną dymiącą głową i mongolskich czarów byłoby inwencją Długosza, próbą wyjaśnienia (i choćby częściowego usprawiedliwienia) tak wielkiej klęski. Józef Matuszewski chyba zbyt pochopnie odrzuca tę zbieżność, traktując ją jako przypadkową zbieżność narracyjnego szablonu (Idem, Relacja Długosza o najeździe tatarskim w 1241 roku. Polskie zdania legnickie, Łódzkie Towarzystwo Naukowe, Łódź, Ossolineum, Wrocław, s. 119: "A w takim razie obydwu relacjom [Długosza i C. de Bridia] wspólny byłby szablon").

Natomiast Robertowi Urbańskiemu (książka cytowana w przypisie 8) zbieżności między Annales i Hystoria Tartarorum wydają się raczej nieprzypadkowe, choć ostrożnie dodaje, "że nie powinniśmy w tej sprawie niczego przesądzać" (s. 272).

[15] Choć przecież jasno wynika to już ze wstępu do opowieści, którego fragment cytowałem wcześniej: że to sam Bóg "rozgniewany sprosnym Polaków nierządem" etc. zesłał Tatarów. Tak zresztą - jako naukę moralną - pojmował Długosz dziejopisarstwo:

"Przystoi bowiem mężom cnotliwym przywodzić sobie na pamięć czyny mądrych, ale również i nieroztropnych, aby się uczyć na dobrych przykładach naśladować dzieła dobre, a dzięki złym, aby móc uniknąć zguby [...] Ze wszystkich przeto nauk, jakie stworzono dla ukształtowania ludzkiego żadna nie wydaje mi się tak świetna i wzniosła jak ta, która nas uczy dziejów. Z niej bowiem dowiadujemy się, jak żyć uczciwie oraz jakieś owoce i szlachetną jakoś przyjemność uzyskujemy, zapalamy się do naśladownictwa i porzucamy złe dla dobrego" (Roczniki, ks. 1 i 2, s. 67, 70).

Tę Długoszową dydaktykę widać również w opisie mongolskiego najazdu. Co do Tatarów, to rzecz jasna są oni bezdyskusyjnie siłami zła: bezlitośnie mordują starców, dzieci, a nawet zakonnice. Za to po drugiej stronie bywają dokonywane i dzieła dobre, i dzieła złe. W przegranej bitwie pod Chmielnikiem część rycerzy znalazła "chwalebną śmierć w obronie wiary i ojczyzny" (gloriosam mortem pro fide, pro patria oppeciit). Ale wcześniej, pod Wielkim Turskiem, Polakom wymyka się z rąk zwycięstwo, gdyż "zaniedbując walkę, zbyt łapczywie zabiegali o łupy". Duchowni też mają swoje obowiązki. Przeor wrocławskich dominikanów, brat Czesław, "modlitwą ze łzami wzniesioną do Boga odparł oblężenie", bo wymodlił cud, który przeraził Tatarów. Ale na Węgrzech bez sensu giną w obozie wojskowym uzbrojeni biskupi. A przecież "byłoby rzeczą słuszniejszą, by trwali w świątyniach i pobożnymi modłami i prośbami we łzach polecali siebie i swój lud srogiemu Majestatowi Bożemu".

W bitwie po Legnicą książę opolski Mieczysław ucieka z pola walki właściwie bez powodu (Długosz daje do zrozumienia, że był tchórzem podszyty). Natomiast książę Henryk (Henryk II Pobożny) wprawdzie lamentuje (słynne "Gorze się nam stało"), lecz nieugięcie walczy dalej. Nie zmogła go nawet mgła o cuchnącym odorze - czyli czary tatarskie. "Kiedy jednak reszta Polaków rozproszyła się w ucieczce, Tatarzy tak kołem otoczyli księcia, że był atakowany z przodu i z tyłu". Wtedy dopiero go zabijają. Najwyraźniej z wyroku Bożego, gdyż jego matka (św. Jadwiga Śląska) jeszcze przed bitwą miała wizję jego męczeńskiej śmierci. "Wielka też liczba panów i szlachty polskiej poniosła w tej bitwie chwalebną, męczeńską śmierć za wiarę i w obronie religii chrześcijańskiej".

Nb. bitwa pod Wielkim Turskiem jest najprawdopodobniej kolejną inwencją Długosza, ale już wyjaśnienie klęski pokrywa się z tym, co podaje C. de Bridia w 27 rozdziale Hystoria Tartarorum:

"bardzo wielu [wojowników tatarskich], uległszy zamieszaniu, padło w walce na pogranicznych terenach kraju z rąk Polaków księstwa Krakowskiego i Sandomierskiego. Ale ponieważ zawiść pobudza do bardzo wielu błędów, dlatego Polacy nie dbając przy braku jedności o korzyści, które zdobyli (non fouentes vnitate mutua bonum quod ceperant), z powodu dumy i pychy nienawidząc się wzajemnie, zostali w pożałowania godny sposób przez Tatarów wycięci".

Te same strony polskiego przekładu i wstawki łacińskiej co w poprzednim przypisie. Przekład chyba nie najzręczniejszy. Chodzi zapewne o to - jak u Długosza - że łapczywi Polacy nie chcieli się między sobą dzielić łupami.

[16] Zaginioną kronikę dominikańską powołał do istnienia (wyobrażonego) Gerard Labuda, opierając się na przekazie Carla Gromanna, historyka-amatora, który w 1810 roku w swoim opisie tatarskiego napadu na Racibórz użył frazy "jak powiada pewien stary rękopis" (Gerard Labuda, Wojna z Tatarami w roku 1241, "Przegląd Historyczny" 1959, tom 50, z. 2, s. 197; fraza ta została wyróżniona rozstrzelonym drukiem). Bardzo to była niefortunna inauguracja - bo Labuda cytował wyimek z pracy Gromanna z drugiej ręki, nie mógł więc odpowiedzialnie ocenić jej wartości. Toteż po latach ten lekkomyślny wybryk został surowo skomentowany. "Jest rzeczą ewidentną [...], że [Labuda] popełnił rażący błąd w sztuce. Kapłanka nasza, Klio, w żadnym wypadku nie pozwala na to, by historyk wyrażał opinię - przy tym tak pochlebną - o pracy, której nie zna, której nigdy nie miał w ręku. Tak postępować nie wolno" (Józef Matuszewski, Spór o zaginioną kronikę, [w:] Idem, Pisma wybrane, tom IV, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2001, s. 207).

Dzieje sporu o zaginioną kronikę zwięźle i klarownie przedstawia Jerzy Maroń (Dylematy badaczy wiedzy o przeszłości. Ostrzeżenia i przestrogi, Wydawnictwo Księgarnia Akademicka, Kraków 2021, s. 43-54). Tutaj dodam tylko, że wprawdzie w końcu pewna kronika dominikańska odnalazła się w Rzymie - ale zupełnie nie ta. Dużo późniejsza i do oceny wiarygodności legnickiej opowieści Długosza kompletnie nieprzydatna. Ponieważ jednak natura historyka nie znosi próżni, teraz z kolei rozważa się istnienie zaginionej kroniki franciszkańskiej. Wprawdzie o znacznie skromniejszym znaczeniu: miałby z niej pochodzić jedynie Długoszowy opis wydarzeń wrocławskich w czasie przemarszu wojsk mongolskich. Niemniej znów zakłada się, że byłoby to źródło w bardzo dobrym gatunku, takie, "którego informatorem był naoczny świadek". Tak jakby zawsze zwykły ginąć źródła lepsze, nie zaś te marne i bałamutne (Tomasz Jasiński, Rozważania o wiarygodności przekazów źródłowych dotyczących bitwy legnickiej, [w:] Bitwa z Mongołami na Dobrym Polu w 1241 roku. Miejsce, tło, środowisko, relacje, redakcja Kazimiera Jaworska, Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa im. Witelona w Legnicy, Legnica 2011, s. 15).

A całkiem niedawno w Petersburgu odnalazł się fragment jeszcze jednej zaginionej kroniki dominikańskiej - ale znowu nie tej, którą wyobraził sobie Labuda (Tomasz Gałuszka OP, Fragment "zaginionej kroniki dominikańskiej" w zbiorach Rosyjskiej Biblioteki Narodowej w Petersburgu, "Studia Źródłoznawcze" 2021, tom LIX, s. 11-24). Jak pech, to pech.

[17] Jak to ujął dobitnie Józef Matuszewski:

"Od [...] formacji presumpcyjnych w niektórych dziełach [współczesnych historyków] aż się roi! Ta pasja czy wręcz mania uwidacznia się przede wszystkim u tych historyków, którzy sięgają do epok ubogich w źródła, albo nie posiadają ich w ogóle. Można wówczas pisać, co się chce. Zapominają przy tym o frazie, którą każdy historyk musi mieć zakodowaną w swej pamięci, która stanowi kamień węgielny jego pracy: pas de sources, pas d'histoire! Historyka nic nie upoważnia do zastępowania pustki swoimi kombinacjami. Zadaniem jego jest pisać o tym, co było, co poświadczają źródła, a nie o tym, co być mogło" (Józef Matuszewski, Zdania cudzysłowiowe Długosza, "Kwartalnik Historyczny" 1993, nr 1, s. 107; wyróżnienie moje).

Ostatnie zdanie jest przypomnieniem znanego rozróżnienia zadań historyka i poety z Poetyki Arystotelesa: "[historyk] mówi o wydarzeniach, które miały miejsce w rzeczywistości, a [...] [poeta] o takich, które mogą się wydarzyć" (1451b; przekład Henryka Podbielskiego).

[18] To znowu Wacław Zatorski. Fantazję, że chorągiew ze znakiem X była chorągwią nestoriańską z krzyżem św. Andrzeja, powtarza w obu swoich pracach (Pierwszy najazd..., przypis 104 na stronie 232 i raz jeszcze na stronie 233; Czyngis-chan, s. 233; zbieżność numerów stron przypadkowa). Nie tłumaczy jednak ani tego, co robiła na tej chorągwi owa "wstrętna głowa", ani dlaczego na chorągwi nestoriańskiej był krzyż św. Andrzeja, skoro typowy krzyż nestoriański (znaleziska w Mongolii i Chinach) wygląda zgoła inaczej i trudno go z krzyżem św. Andrzeja pomylić, ani wreszcie tego, dlaczego samemu Długoszowi (lub autorowi jego źródła - jeśli istniało) skojarzenie z krzyżem św. Andrzeja nie przyszło do głowy.

Pomylenie poszlaki z faktem przez Wacława Zatorskiego zainspirowało przynajmniej jednego badacza. Zob. Jacek K. Kubanek, Perimmane vexillum Tartarorum. Chrześcijanie w wojskach mongolskich w bitwie pod Legnicą 1241 roku, [w:] Mente et litteris. O kulturze i społeczeństwie wieków średnich, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 1984, s. 167-174; ale już w przypisie 4 na stronie 168 autor zaznacza, że nie ma pojęcia, skąd Zatorski wziął tę swoją rewelację).