EBENEZER ROJT

Nic śmiesznego. Lem skomentowany

Będą z tą książką problemy w katalogach, bo i autor nie ten i tytuł mylący [1]. Naprawdę powinna się ona nazywać: Stanisław Lem, Listy do najrozmaitszych adresatów z lat 1951-1990, wybrał i komentarzem opatrzył etc., etc. Komentarz jest wprawdzie obszerny, zajmuje nieco ponad jedną piątą tej prawie pięćsetstronicowej książki, niemniej samego Lema jest tam bez porównania więcej. To dobra wiadomość i zarazem wystarczające uzasadnienie decyzji wydawniczej, bo Lem był pisarzem takiej miary, że z jego życia warto ocalić dla potomności wszystko, z kwitami z pralni włącznie, więc co dopiero listy.

Warte ocalenia to jednak nie to samo co zajmujące w lekturze. Pismo Lema w sprawie nabycia (między innymi) dwóch kół zębatych oraz łańcucha rozrządu silnika do Fiata 1800 B (L, s. 308) ucieszy być może historyka motoryzacji, a i to raczej szczególarza od Fiatów, natomiast zwykli czytelnicy tylko prześlizną się po tym wzrokiem, o ile z miejsca nie zaczną książki kartkować w poszukiwaniu czegoś bardziej strawnego. Zwłaszcza że zaraz po kołach zębatych następuje równie pasjonujące pismo dotyczące uszczelki półośki tylnego mostu (L, s. 309), a potem jeszcze zachęca się nas, byśmy razem z Lemem kupowali "krzyżak wału pędnego kardana" (L, s. 322) oraz dwie listwy ozdobne boczne (L, s. 323) albo też poawanturowali się o brakującą parę kluczyków i oryginalną śrubę od wycieraczki (L, s. 284-286, 303-307) [2].

A źle byłoby, gdyby znużony tymi uszczelkami czytelnik ominął inne pismo motoryzacyjne z roku 1965, w którym Lem - już nieśmiertelny jako autor Solaris i złożonej do druku Cyberiady - prosi uniżenie "o przydział samochodu importowanego marki WARTBURG". Po czym upokarza się przed Wydziałem Handlu Rady Narodowej Krakowa wyliczając swoje ordery (Krzyż Oficerski Odrodzenia Polski, Złoty Krzyż Zasługi) i kłamiąc, że samochód jest mu koniecznie potrzebny do wożenia delegacji z bratnich krajów socjalistycznych. I jeszcze na dobitkę pisze to wszystko ohydnym urzędowym stylem, by, Boże uchowaj, nie urazić gustu adresata ("nie dysponują [...] własnymi środkami transportu", "w m-cu grudniu"!).

W ciągu całego roku odwiedzają mię przedstawiciele zagranicznych redakcji [...] Większość ich pochodzi z ZSRR i NRD. Ponieważ z reguły nie dysponują w naszym mieście własnymi środkami transportu, zmuszony jestem wszystkie takie osoby i delegacje przewozić własnym autem. Tak np. w m-cu grudniu 1964 była u mnie trzyosobowa delegacja wytwórni z NRD DEFA, zwracał się do mnie Makarenko, korespondent warszawski pisma "Prawda", oraz korespondent redakcji pisma "Ogoniok" i "Mrugozor" (L, s. 292).
Szkoda, że przeważnie nie wiadomo, jak na te pisma reagowały nagabywane urzędy, nie skleja się to więc w żadną historię pt. "Niewiarygodne przygody Stanisława Lema z urzędem takim to a takim". Nawet wtedy, gdy była na tę przygodę dodatkowa szansa, bo petent przeszarżował z uzasadnieniem. Ale referent z Wydziału Handlu najprawdopodobniej odnotował tylko ordery i nawet nie zauważył, że Lem nieopatrznie sugeruje, jakoby warszawskiego korespondenta "Prawdy" nie było stać na taksówki.

Bez porównania ciekawsze są listy Lema do przyjaciół, Jerzego Wróblewskiego i Aleksandra Ścibora-Rylskiego. Wprawdzie też podane bez odpowiedzi, ale pisane ludzkim językiem i - co najważniejsze! - pokazujące poglądy Lema, nie zaś rutynowe peerelowskie podchody, by kupić wreszcie ten nieszczęsny krzyżak wału albo od razu cały nowy samochód. Dla tych, którzy chcieliby śledzić ewolucję jego światopoglądu, rzecz nieoceniona.

I tak na przykład list do Jerzego Wróblewskiego z 30 marca 1956 zdecydowanie potwierdza, że antystalinowska groteska Lema Korzenie musiała powstać po tej dacie [3]. W przeciwnym wypadku Lem nie mógłby aż do tego stopnia ekscytować się rewelacjami Chruszczowa z tajnego referatu O kulcie jednostki, skoro jego własny Stalin z Korzenia, otoczony kultem satrapa, to w gruncie rzeczy to samo, tyle że przerobione na tonację buffo [4]. Nie ma też nigdzie w tym liście śladu jakiegoś tryumfalistycznego "a nie mówiłem" albo "no i wyszło na moje", ale jest zdumienie i zgroza.

Byłyby też pewnie te przyjacielskie listy jeszcze ciekawsze, gdyby zamieszczono je in extenso. Ponieważ jednak Lem bywał złośliwy wobec kolegów-pisarzy, i to po nazwisku, Komentator zdecydował inaczej:

To są tematy delikatne dla każdego pisarza, dlatego opracowując ten wybór, sam niestety muszę podjąć się roli cenzora w dobrej wierze. Może za sto lat ktoś kiedyś opublikuje to wszystko bez żadnych cięć (K, s. 129-130).
Ten nagły przypływ nieubłaganej delikatności u Komentatora można by nawet uznać za chwalebny, ale czasem cięcia pojawiają się w takich miejscach, w których obecność niefrasobliwych ploteczek jest mało prawdopodobna. Już raczej można podejrzewać, że Lem wtrącił tam coś, co Komentatorowi nie pasowało do jego obrazu Lema [5]. Cóż, jeśli tak było, to kiedyś i tak to wyjdzie na jaw i wtedy zamiast chwały będzie wstyd.

Na szczęście niektóre bezkompromisowe sądy Lema ocalały, ale ponieważ z kolei wydawnictwo postanowiło ciąć koszty i książka pozbawiona jest indeksu nazwisk, posiadacze tradycyjnej papierowej wersji będą musieli obrócić wiele stron, by przypomnieć sobie, z jakiej okazji Lem napisał o Miłoszu, że jest to zawistny Litwin i "Bardzo Utalentowana Świnia" (L, s. 259). Albo gdzie wspomniał o Herbercie Marcusem, że "mącił jednak w głowach skurwiel stary, to fakt" (L, s. 455).

Co do komentarza, to bywa on niepotrzebny a jeszcze częściej bałamutny.

Wypadałoby chyba założyć, że akurat czytelnicy Lema potrafią korzystać z Wikipedii i w razie czego sprawdzą sobie sami, kto to był Stanisław Różewicz (K, s. 59) albo Hanns Martin Schleyer (K, s. 453). Zamiast tego lepiej byłoby przypomnieć im, że prezes Czytelnika, "Ob. J. Stefczyk", któremu Lem wyżalał się na swój los zwodzonego przez wydawnictwo pisarza (L, s. 151-154), bardziej znany jest jako Władysław Kopaliński. Nie zaszkodziłoby też czasem Lema poprawić. Książka Radczenki Modielirowanije funkcyj mozga, do przeczytania której Lem gorąco zachęca Wróblewskiego (L, s. 320-321), w rzeczywistości nazywa się nieco inaczej [6].

Przez bałamuctwa rozumiem zaś nie jakieś głupie literówki czy pomniejsze niechlujstwa (MHD rozwinięte jako Ministerstwo Handlu Detalicznego; K, s. 63), lecz komentarze, w których Komentator najbezwstydniej zmyśla. Że Komentator raz pisze o XX Zjeździe KPZR (zajrzał do polskiej Wikipedii), a kilka linijek niżej o XVII Kongresie KPZR (zajrzał do angielskiej Wikipedii), to drobiazg nie wart uwagi (K, s. 359). Ale wiadomość na następnej stronie, że Sergo Ordżonikidze, to "jeden z założycieli partii" (K, s. 360), jest już przykładem takiego właśnie bezwstydnego zmyślenia (bo najwidoczniej Komentatorowi nie chciało się zajrzeć nigdzie) [7].

Ponieważ jednak w tej notce chodzi o Lema, wybryki Komentatora, które mają nikły związek z Lemem albo zgoła żaden (bo i takie bywają te komentarze), przesuwam do przypisu [8].

Co innego, gdy Komentator fantazjuje, jakoby Lem już w 1953 roku (list do Jerzego Wróblewskiego) "skrytykował marksizm za to samo" (K, s. 348), za co skrytykował marksizm Karl Popper w Nędzy historycyzmu. Ponieważ jednak Komentator książkę tę nazywa Nędzą historyzmu (historycyzm i historyzm to dwa różne pojęcia), nie jest wykluczone, że Poppera w ogóle nie czytał [9]. W rzeczywistości Lem jeszcze w roku 1956 (list do Aleksandra Ścibora-Rylskiego) uważał myśli Marksa za świetnie zaprojektowane, choć już nieco archaiczne (L, s. 373). Ale 'świetnie zaprojektowane' to w istocie anty-Popper, gdyż krytyka Poppera sprowadza się właśnie do diagnozy, że sam fundament Marksowskiego projektu (historycyzm) był do niczego.

Komentator fałszuje również postawę Lema w burzliwym roku 1956 przeciwstawiając mu rzekomo bardziej kompromisowego Jerzego Andrzejewskiego:

"Nieszczęsna powieść" z kolei to Ciemności kryją ziemię - alegoria totalitaryzmu, pokazanego jako czasy Torquemady. Ukazała się w 1957. I w tej powieści, i w tych felietonach Andrzejewski zdaje się stać na stanowisku "inkwizycja tak, wypaczenia nie", które drażniło Lema (K, s. 354).
Tymczasem to właśnie Lem nawołuje wtedy swoich radykalizujących się kolegów do ostrożności i zrywa współpracę z "Nową Kulturą", uważając jej linię "za w najwyższym stopniu szkodliwą" (L, s. 369). Po części zaważyły tu może jego cechy charakteru (Ścibor-Rylski uznał go za "Trwożliwą Idiotę" [10]), po części zaś jego "cybernetyczna teoria", zgodnie z którą tamten system był niestabilny, nieustannie oscylujący między luzowaniem śruby i jej przykręcaniem, odwilżą i przymrozkiem [11]. Z tego też powodu Lem ostrzegał kolegów przed wymuszaniem nadmiernego luzowania, gdyż później musiałoby za tym pójść tym mocniejsze przykręcenie, podczas gdy racjonalnie byłoby amplitudy tej sinusoidy raczej spłaszczać.
Drgawki trwać będą może, jak sądzę, jeszcze i 50 lat, ale w końcu ludzkość przezwycięży ten PARALUSZ WŁADZY, tę FRANCĘ DYGOTLIWĄ rządzenia, i zatriumfuje Socjalizm (L, s. 367; list do Jerzego Wróblewskiego z 13 kwietnia 1956).
Toteż stanowisko "inkwizycja tak, wypaczenia nie" (albo inaczej: "socjalizm tak, franca dygotliwa nie") Lema drażnić nie mogło. Poza tym gdyby Komentator naprawdę przeczytał Ciemności Andrzejewskiego, wiedziałby, że rzecz ma się akurat odwrotnie: Andrzejewski na końcu tej powieści pisze o konieczności zniesienia inkwizycji expressis verbis [12].

Przy tych grubych fałszerstwach reszta to już tylko drugorzędne przykrości uczynione Lemowi i jego czytelnikom.

Czasem może i w dobrej wierze, jak wtedy, gdy Komentator blaguje, jakoby Lem w "pospiesznie napisanym liście jesienią 1955" (K, s. 28), dotyczącym projektu sfilmowania jego Astronautów, sformułował ideę komputera jako narzędzia łączności z późniejszej o siedem lat pracy Paula Barana On Distributed Communication Networks. Naturalnie niczego takiego w liście Lema nie ma: jest banalne zdanie, że parametry lotu lecącej rakiety oblicza i koryguje Mózg Elektronowy [13]. Nie ma mowy ani o tym, że Mózg ten służy do łączności z rakietą, ani tym bardziej o tym, że komunikuje się z innymi połączonymi w sieć Mózgami. Miała to być pewnie w intencji Komentatora pochwała geniuszu Lema, ale takie robienie z Lema Barana bardziej przypomina niegdysiejsze ironiczne pochwały Janusza Głowackiego, który porównywał powieść Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego do Ulissesa Joyce'a.

Natomiast wielu drobnych zmyśleń ad hoc można byłoby uniknąć, gdyby Komentator czytał Lema trochę wolniej i uważniej.

Lem pisze 23 grudnia 1953 do redaktora Iskier, że wysyła mu między innymi opowiadania o Ijonie Tichym, a Komentator natychmiast komentuje to z emfazą:

Zatem Ijon Tichy narodził się 23 grudnia 1953, w wigilię Wigilii. A przynajmniej wtedy właśnie po raz pierwszy mógł o jego pierwszych przygodach przeczytać ktoś poza Lemem (K, s. 150).
Pomijam już tak prawdopodobnego czytelnika, jak żona oraz fakt, że 23 grudnia list został napisany i (może) nadany, doręczony zaś i przeczytany na pewno znacznie później. Ale przecież Lem w tym samym liście informuje, że jedna z Podróży Tichego została wcześniej złożona do druku w "Życiu Literackim". Ukazała się zresztą jeszcze w grudniu, co przy ówczesnej praktyce redakcyjnej oznaczało, że ktoś (a najpewniej kolektyw) czytał ją dobre kilka tygodni wcześniej [14].

Książka, o której traktuje list Lema z 10 czerwca 1968, to nie kolejne wydanie Summy technologiae, jak twierdzi Komentator ("W 1968 roku pisanie o Leszku Kołakowskim [...] było już zakazane. [...] Lem musiał więc wprowadzić poprawki do kolejnego wydania Summy"; K, s. 194). Chodzi o przygotowywaną do pierwszego wydania Filozofię przypadku, na co wskazuje jednoznacznie choćby uwaga Lema o "rozdziałku «metapornografia»" (L, s. 194), którego w Summie nie ma i nigdy nie było, natomiast był jeszcze w drugim wydaniu Filozofii przypadku (potem zniknął wraz z całym rozdziałem) [15]. I nie w Summie, ale właśnie w Filozofii przypadku Leszek Kołakowski cytowany jest (co zasugerował w liście Lem) za pomocą peryfrazy "Jak powiada autor szkicu «O epistemologii strip-tease'u»" [16].

Nie jest też żadną rewelacją ("Wydrukowali!" - wykrzykuje Komentator na stronie 298) informacja, że w "Sinn und Form" ukazał się artykuł Lema o Mannie. Lem sam o tym pisze właśnie w Filozofii przypadku na początku rozdziału "Szczypta praktyki" [17].

List Lema z 20 grudnia 1980 roku (L, 470-472) nie został skierowany "Do Redakcji «Trybuny Ludu»" (K, s. 470), lecz jest to wypowiedź Lema dotycząca jego przygód z "Trybuną Ludu", przygotowana na grudniowy nadzwyczajny zjazd Związku Literatów Polskich (prezesem ZLP został wówczas wybrany przyjaciel Lema, Jan Józef Szczepański). Świadczy o tym jasno ostatnie zdanie:

Ponieważ jednak wyraźna sytuacja jest zawsze lepsza od zamazywanej frazesami, chcę z trybuny Zjazdu ZLP podziękować redakcji "Trybuny Ludu" za wytrzeźwienie mnie z żywionych iluzji (L, s. 472; wyróżnienie moje).

I jeszcze na koniec śmieszny nonsens redakcyjny. Lem zaczyna list słowami "Szanowna Pani", a Komentator z miejsca komentuje to tak: "Adresatem listu prawdopodobnie jest kierownik literacki «Planu», Ryszard Kosiński" (K, s. 90).

Prawda, że śmieszne? Chociaż chyba nie bardzo. Właściwie nic śmiesznego. Ale przecież uprzedzałem.

[1] Wojciech Orliński, Lem w PRL-u czyli nieco prawdy w zwiększonej objętości na podstawie korespondencji Stanisława Lema, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021. Dalej w nawiasach okrągłych podaję strony z tego wydania. Poprzedzam je literą L, gdy cytowany jest Lem, a literą K, gdy cytowany jest Komentator.

[2] Awantury samochodowe to rzecz jasna daleko nie wszystko. Lem awanturuje się też o umowy filmowe, głupiego redaktora w wydawnictwie MON, głuchy telefon, bałagan na poczcie, przerwy w dostawie prądu, sześć puszek chałwy (której nie chciano mu sprzedać) i wiele innych spraw. Robi to jednak z reguły rozwlekle i niezbyt frapująco, a czasem zwyczajnie ględzi drętwym językiem podań, który, widać, uznał za zrozumialszy dla osób urzędowych: "Ze względu na powyższe..." (L, s. 407), "...sprowadzające się do zepsucia się środków żywnościowych" (L, s. 411), "nadam właściwy bieg" (L, s. 430) etc. I tylko wyjątkowo pozwala sobie na ironię, jak wtedy, gdy w sprawie brakujących kluczyków tłumaczy dyrektorowi Motozbytu, że jego przedsiębiorstwo nie różni się od dziecięcej zabawy w sklep, bo tylko udaje, że coś sprzedaje. Motozbyt chyba się niespecjalnie tą morderczą ironią przejął, bo brakujące kluczyki dosłał (jak wynika z pisma reprodukowanego na stronie 307) dopiero po prawie trzech miesiącach.

Nb. słowa Tomasza Lema (z Awantur na tle powszechnego ciążenia), że jego ojcu zdarzały się przez całe życie "napady niebywałej wprost naiwności", znajdują tu wielokrotnie swoje potwierdzenie. Lem na przykład roił sobie, że Motozbyt mógłby mu zwrócić "500 złotych za olej Shella «X 100 Multigrade»" (L, s. 295) kupiony "bez żadnego rachunku" (L, s. 304). W tej sytuacji za sukces Lema można uznać to, że po czymś takim teraz z kolei Motozbyt nie nawymyślał mu od dzieci, a jedynie zgasił jego nadzieje uprzejmym (choć nieco kulawym) zdaniem: "Odnośnie zwrotu kosztów musimy stwierdzić z przykrością, że mimo naszych szczerych chęci nie możemy uznać bez ich udokumentowania" (pismo na stronie 307).

Z drugiej strony, Lem po latach trzeźwo oceniał czytelniczą atrakcyjność swojej walki z Motozbytem. Ironiczne pismo o Motozbycie jako dziecięcej zabawie w sklep jest jedynym jej śladem w ogłoszonym za jego życia wyborze korespondencji (Stanisław Lem, Listy albo opór materii, wybór i opracowanie Jerzy Jarzębski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002, s. 12-13).

[3] O tym, że Korzenie powstało najwcześniej w roku 1956 pisałem obszernie w NOTATKACH: "Kiedy powstało Korzenie. Mały przypis do ewolucji światopoglądowej Stanisława Lema wraz z wypisami z Dziennika Jana Józefa Szczepańskiego" i "Kiedy powstało Korzenie. Aneks albo o pamięci".

[4] "(Trąby, czynele, pałki i fanfary. Robi się socjalistyczniej. Pachnie komunizmem. Drzwi się nadludzko otwierają, nieludzko wchodzi Stalin. Nadludzko dobry, nieludzko życzliwy, genialnie uśmiechnięty).
[...]
Awdotia: Dzięki żeś mi męża usztywnił ideowo i do linii przyklepał. Błagam was, TowStalinie, róbcie dalej ten komunizm. Dychać bez niego nie mogę. O rób.
Wszyscy: O rób z nami co chcesz, bo to tak przyjemnie.
Tegonieradze: Aby do komunizmu.
Psichow: Ino do komuny.
Wszyscy: Tak toczno tak jest.
Psichow: (drżąco szeptem): A co będziemy robić wtedy? Jak już będzie komunizm?
Stalin (głosem nieludzko życzliwym): Będziemy bardzo, bardzo harować. Tylko nie róbcie korzenia. Ja wam to mówię (bęben, puzon, wychodzi)" (Stanisław Lem, Korzenie. Drrama wieloaktowe, [w:] Stanisław Lem, Dzieła, tom XVI: Sknocony kryminał, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2009, s. 139-140).

[5] W liście do Jerzego Wróblewskiego z 29 grudnia 1953 (nb. Lem używa w nim zwrotu "my marksiści") cenzorskie cięcie następuje po zdaniach "Jeżeli prawa wydawane są w nieświadomości praw rozwojowych, to mamy egzemplum typowe dla kapitalizmu. A jeżeli prawa wydawane są zgodnie z prawami rozwojowymi, bo prawodawcy poznali obiektywne prawa i do nich się stosują?" (L, s. 349). W związku z tym nie wiadomo, czy Lem powątpiewa (i jak bardzo) w tę oficjalną tezę, że prawodawcy, czyli ostatecznie Partia, znają obiektywne prawa rozwojowe, czy też traktuje tę tezę jako generalnie słuszną i najwyżej życzyłby sobie, by wiedza o tych obiektywnych prawach rozwojowych była bogatsza i bardziej szczegółowa (list zaczyna się od pytania "Dlaczego «berło cywilizacji» przechodziło w ciągu wieków z rąk jednych narodów do rąk innych"; L, s. 347).

W liście do Aleksandra Ścibora-Rylskiego z 8 grudnia 1956 coś zostało wycięte po zdaniu: "W tej sytuacji stawianie na program «narzucania dyskusji», po pierwsze, prowadzi do głoszenia elementarnych oczywistości, intelektualnie ŻADNYCH, niepotrzebnych przez swą płaską oczywistość" (L, s. 373). Ponieważ Lem w gorącej końcówce roku 1956 bardzo stara się mitygować swoich rozdyskutowanych przyjaciół, wygląda to tak, jakby wypsnęło mu się w tym miejscu coś już nazbyt przypominającego słynne "dość wiecowania" Gomułki z jego październikowego przemówienia na Placu Defilad.

Z kolei w liście z 3 czerwca 1966, być może adresowanym do reżysera Aleksandra Forda, cięcie w środku długaśnego zdania jest jeszcze dziwaczniejsze: "Zapewne wymaga ona od widza niejakiego wysiłku intelektualnego, zapewne zbudowanie całkowicie tradycyjnego melodramatu «przeszłościowego», ale w sztafażu «technologicznej przyszłości», mogłoby uczynić ten film nie tylko mniej ambitnym pod względem formalnym. ale zarazem, i niejako rekompensująco, mogłoby ten film uczynić bardziej powszechnie czytelnym, mogłoby stworzyć z niego utwór bardzo, mówiąc po [...] że kwestionowaną sekwencję można uczynić bardziej klarowną, przeciwko czemu wcale nie protestujemy" (L, s. 82).

[6] Аркадий Николаевич Радченко, Моделирование основных механизмов мозга, Наука, Leningrad 1968. Wbrew temu, co pisze Lem, Radczenko nie był profesorem.

[7] Socjaldemokratyczna Partia Robotnicza Rosji powstała w 1898 roku, gdy Ordżonikidze ma dwanaście lat. Z kolei w 1903 roku, gdy wskutek decyzji Lenina z SPRR wyodrębniła się frakcja bolszewików, ma tych lat raptem siedemnaście. Owszem, konferencja w Pradze w roku 1912, na której młody Ordżonikidze został wybrany do KC, była ważnym wydarzeniem, ale niczego wtedy nie zakładano i nigdy nie traktowano tego wydarzenia jako daty powstania partii, bo pomniejszałoby to znaczenie ruchu bolszewickiego i Lenina jako jego dalekowzrocznego założyciela. Dlatego 50 rocznicę powstania KPZR obchodzono w roku 1953.

[8] Komentator objaśnia, że pochwalony przez Lema film Witolda Lesiewicza Miejsce dla jednego, to "coś w rodzaju thrillera", w którym "dygnitarz ginie w podejrzanym wypadku samochodowym" (K, s. 80). Gdyby Komentator film obejrzał, wiedziałby, że to nie żaden thriller, a dygnitarz (wicedyrektor kombinatu) wcale w wypadku nie ginie. Małym pocieszeniem może być fakt, że Wikipedia od kilkunastu lat uparcie myli ten film z wcześniejszym Nieznanym Lesiewicza.

Komentator objaśnia, czym był uprzykrzony dla Lema ZAT (Zespołowy Aparat Telefoniczny) oraz informuje, że właśnie taki telefon można zobaczyć w starym amerykańskim filmie Telefon towarzyski (Pillow Talk, 1959). Po czym dodaje: "Osobiście Oscara w kategorii filmów o Zespołowych Aparatach Telefonicznych przyznałbym jednak komedii romantycznej Jana Batorego Lekarstwo na miłość (1965), w której Kalina Jędrusik dzieli łącze z szajką Wieńczysława Glińskiego, którą rozpracowuje Andrzej Łapicki" (K, s. 407-408). Gdyby Komentator film obejrzał, wiedziałby, że Kalina Jędrusik z nikim w tym filmie nie dzieli łącza, a jej perypetie spowodowane są inną zmorą tamtych czasów: falą pomyłek telefonicznych. Dodzwaniają się bowiem do niej pomyłkowo także osoby całkiem przypadkowe, które nie dzwonią ani na jej numer, ani na numer szajki, a i sama szajka ma potem problem z namierzeniem aparatu Kaliny, gdyż błędy w połączeniu zdarzają się nieregularnie. Doprawdy, trzeba nie byle jakiego tupetu, by tak dawać Oscara w ciemno.

Komentator objaśnia, że pisma Hermana Kahna, głośnego niegdyś futurologa, "zestarzały się znacznie gorzej od pism Lema" i zaraz potem zmyśla, że Kahn w 1976 roku w książce The Next 200 Years "przepowiadał rychłą kolonizację Układu Słonecznego (jeszcze za życia ówczesnych czytelników!)" (K, s. 437). Gdyby Komentator przeczytał tę książkę, wiedziałby, że przepowiednia Kahna była jednak znacznie skromniejsza: na lata 1996-2025 (czyli za życia ówczesnych czytelników) przepowiadał zaledwie "First serious move to colonize space". Układ Słoneczny ("everywhere in the solar system") to perspektywa "after 2176" (Herman Kahn, William Brown, Leon Martel, with the assistance of the Staff of the Hudson Institute, The Next 200 Years. A Scenario for America and the World, William Morrow, Nowy Jork 1976, s. 6).

Wbrew temu, co twierdzi Komentator, słowa "Houston, mamy problem" to nie jest "chyba najsłynniejszy cytat w historii astronautyki" (K, s. 415). Tak mówi jedynie Tom Hanks w filmie Apollo 13. W rzeczywistości brzmiało to jednak trochę inaczej, więc można te słowa uznać najwyżej za najsłynniejszy cytat w popkulturowej wersji historii astronautyki. Nie zostały one też wypowiedziane 13 kwietnia, bo lot nie odbywał się według czasu wschodniego (EST), lecz według czasu uniwersalnego (UTC), zgodnie z którym już od trzech godzin był wtedy 14 kwietnia. To tylko popkultura podkreśla taką zbieżność trzynastek, bo wygląda to efektowniej.

[9] Komentator ujmuje to tak: "Lem nie wymienia w tym liście Karla Rajmunda Poppera, który później należał do jego ulubionych filozofów. Być może nie zna jeszcze jego twórczości, a zwłaszcza Nędzy historyzmu, w której Popper krytykował marksizm za to samo" (K, s. 348). Niezrozumiałe jest to "być może" w komentarzu do listu z 1953 roku. Owszem, Lem teoretycznie mógł przed rokiem 1953 poznać wczesną wersję Nędzy historycyzmu drukowaną w prasie ("Economica", nr 42, 43 i 46; c. 60 stron), ale książka ukazała się dopiero cztery lata później!

[10] Tak w każdym razie wynika z listu samego Lema do Ścibora-Rylskiego z 11 grudnia 1956: "jak widzę, Duszo, z łatwością żeś zrobił ze mnie Trwożliwą Idiotę, która zajmuje się intelektualnym grzebaniem Dziury, tj. Schowka dla Polaków na Resztę Życia". I przyznaje: "Być może zawiniłem istotnie" (L, s. 376). Mimo to w dalszej części listu znowu tłumaczy, jak bardzo nieroztropne było zamieszczenie w "Nowej Kulturze" krytyki odezwy pisarzy radzieckich (popierających krwawe stłumienie antyradzieckiego powstania na Węgrzech) i nawołuje do POHAMOWANIA (L, s. 377; pisownia Lema).

[11] Jan Józef Szczepański zanotował w dzienniku, że Lem już w marcu 1956 przepowiadał "przyhamowanie odwilży" (Dziennik, tom I: 1945-1956, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 607). Czyli grubo przed wypadkami poznańskimi w czerwcu tego roku i październikową węgierską rewolucją. Zatem ówczesna trwożliwość Lema była czymś pierwotnym, nie zaś skutkiem racjonalizacji ciągu historycznych wydarzeń. Ktoś mógłby zauważyć, że ostatecznie to Lem miał rację i jego przepowiednia się spełniła, choć z ponad rocznym opóźnieniem. Ale tak właśnie spełniają się mgliste przepowiednie trwożliwych pesymistów.

Nb. takich mglistych pesymistów musiało być wówczas w Polsce zatrzęsienie i stąd w Indyku Sławomira Mrożka krowa, która mówi, że nie jest dobrze, a zapytana, co nie jest dobrze, odpowiada: "A tak, w ogóle to nie jest dobrze".

[12] "Pismo o zniesieniu Świętej Inkwizycji trzeba będzie rozesłać jeszcze dzisiaj. Będzie ono miało ważność dekretu. Poza tym musimy jak najszybciej opracować tezy, które by teoretycznie uzasadniły naszą decyzję. Jeżeli chcemy, aby kłamstwo nie zatruwało więcej ludzkich umysłów, musimy sami przestać kłamać. Trzeba powiedzieć pełną prawdę, choćby była ona trudna i bolesna. Nie możemy, mój synu, ulegać złudzeniom, iż tylko i wyłącznie w metodach sprawowania naszej władzy popełniliśmy błędy, a nawet przekroczyliśmy i podeptaliśmy wszelkie prawa ludzkie. Nie usuniemy gwałtu i przemocy, jeśli również nie usuniemy podstawowych zasad, które gwałt i przemoc zrodziły. Musimy zatem pójść do ludzi i otwarcie im powiedzieć, że zła jest wiara, która tak straszliwe spustoszenia mogła wyrządzić. Zła i fałszywa jest ta wiara i trzeba uczynić wszystko, aby nędza usunięta została nie powierzchownie, lecz wyrwana i zniszczona u samych swych korzeni. Nie będzie Królestwa Bożego na ziemi" (Jerzy Andrzejewski, Ciemności kryją ziemię, [w:] Idem, Trzy opowieści, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1980, s. 134-135; wszystko to mówi Torquemada).

Lem może nie wierzył w socjalizm jako Królestwo Boże na ziemi, ale daleki był od postulatów wyrywania go "u samych swych korzeni", a nawet uważał, że trzeba roztropnie wstrzymywać się od mówienia pełnej prawdy, póki działa "franca dygotliwa rządzenia".

Nb. gdy Lem pisze wtedy o socjalizmie, to nie jest to, jak ktoś mógłby życzliwie założyć, jakiś inny, przyjemniejszy socjalizm: na przykład "pepeesowski" czy "socjaldemokratyczny". Jest to dalej ten sam marksistowsko-leninowski socjalizm pojmowany jako szczebel prowadzący do komunizmu, a więc socjalizm zachowujący ustrojową ciągłość z tym, co budowano w Polsce przed 1956 rokiem.

"Metodologicznie poprawne traktowanie problemu polegałoby ot na czym: większość państw socjalistycznych daje wolną rękę eksperymentowania na polskim i jugosłowiańskim pólkach doświadczalnych, pomagając, a nie przeszkadzając, gdyż oczywiste jest, że ew. sukces byłby sukcesem komunizmu jako koncepcji przebudowy świata - w ogóle" (L, s. 372; list do Aleksandra Ścibora-Rylskiego z 8 grudnia 1956; to właśnie po tym liście Ścibor-Rylski z łatwością zrobił z Lema "Trwożliwą Idiotę").

[13] "Jedynym łącznikiem Ziemi z rakietą jest Instytut Matematyczny, w którym działa wielki Mózg Elektronowy, nieustannie obliczający dane korygujące lot rakiety" (L, s. 27).

[14] Lem pisze w liście, że jest to Podróż dwudziesta druga (L, s. 150), ale naprawdę była to Podróż dwudziesta trzecia (która później stała się Podróżą dwudziestą czwartą), wydrukowana w 52 numerze "Życia Literackiego" z 1953 roku (z datą 27 grudnia 1953 - 3 stycznia 1954).

[15] W tym drugim wydaniu (Wydawnictwo Literackie 1975) znajduje się on w drugim tomie jako drugi rozdziałek podrozdziału "Bariera semiotyczna literatury" z trzynastego rozdziału "Wycieczka w semiologię".

[16] Stanisław Lem, Filozofia przypadku, tom II, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1975, s. 220. Tyle że Kołakowski nie napisał szkicu O epistemologii strip-tease'u, lecz zabawny esej Epistemologia strip-tease'u zaczynający się wiekopomnym zdaniem:

"Że to, co nas pociąga ku widowisku strip-tease'u, nie wymaga wyjaśnień, wyobrażają sobie jeno dusze niewinne, maskujące się czapą papierową cynizmu; dusze te roją sobie, że roztoczą przed światem mądrość i wiedzę o życiu, kiedy potrafią wszystkie motywacje ludzkie nazwać trzema czy czterema słowami służącymi do oznaczania chciwości, żądzy władzy tudzież przedsiębiorczości genitalnej (Leszek Kołakowski, Epistemologia strip-tease'u, [w:] Idem, Pochwała niekonsekwencji. Pisma rozproszone z lat 1955-1968, tom III, przedmowa, wybór, opracowanie Zbigniew Mentzel, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1989, s. 14).

Narozrabiało w tym wypadku Wydawnictwo Literackie, gdyż u Lema w liście było prawidłowo:

"Z Kołakowskiego pozostał 1 mały cytacik z Epistemologii strip-tease'u, i to jest wszystko. Gdyby i to koniecznie wypaść musiało, proszę zamiast nazwiska wpleść w tekst: «Jak powiedział autor Epistemologii strip-tease'u...» - i tu cytat" (L, s. 194).

Ale powiem wam rzecz jeszcze smutniejszą. Otóż w elektronicznym wydaniu Filozofii przypadku, chyba ostatnim (Warszawa 2012), jest do tego enigmatycznego miejsca przypis, z którego wynika, że ten cytowany przez Lema autor to nie żaden Kołakowski, lecz Roland Barthes. Czego nie zmogła do końca cenzura za Gomułki, temu ostatecznie dało radę wydawnictwo Agora, ale kto za to personalnie odpowiada, nie mam pojęcia.

[17] "Może wypada też dodać marginesowo, że fragmenty rzeczy o Mannie stanowią - opracowaną od nowa - wersję artykułu, który ukazał się w druku po niemiecku (w numerze pisma «Sinn und Form», poświęconym - jubileuszowo - pamięci tego pisarza) [...]" (Stanisław Lem, Filozofia przypadku, tom II, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1975, s. 279).