EBENEZER ROJT

Rafał Gan-Ganowicz: "Zabijałem tylko komunistów"
Jeszcze jeden zmyślony cytat

Czy zabił pan kiedyś przez pomyłkę człowieka? - pytają w filmie Łowca androidów (Blade Runner) tytułowego łowcę. Bo androidy-replikanci aż tak łudząco przypominają ludzi, że bez specjalnego testu nie sposób ich odróżnić. Ale nie, nigdy nie zabił człowieka. Zabijał tylko replikantów, których zresztą uważa za rodzaj maszyn, choć sam jest, być może, jednym z nich [1].

Rafał Gan-Ganowicz pracował w podobnym fachu. W latach 60. jako najemnik walczył w Afryce przeciwko komunistycznym rebeliantom wspieranym przez Moskwę. To ponoć wtedy zadano mu pytanie, jak to jest, kiedy zabija się człowieka, a on odpowiedział: "Nie wiem. Zabijałem tylko komunistów".

Bon mot niedługi i niezbyt wymagający intelektualnie, toteż łatwo rozpełzł się po Internecie. Pojawia się na dziesiątkach polskich stron, a także na stronach anglojęzycznych [2]. Cytuje go również Wikipedia w haśle poświęconym Gan-Ganowiczowi, ale za marnymi źródłami [3].

Natomiast nie ma po nim nawet śladu tam, gdzie - jeśli byłby autentyczny - w pierwszym rzędzie można by się go spodziewać. Nie ma go ani w książce Gan-Ganowicza Kondotierzy [4], ani w dokumentalnym filmie Pistolet do wynajęcia czyli prywatna wojna Rafała Gan-Ganowicza [5], ani we wspomnieniach ludzi, którzy go znali [6], ani nawet w telewizyjnym spektaklu Operacja Reszka, akurat nie stroniącym od nieskomplikowanej retoryki [7].

Odwrotnie, w filmie Pistolet do wynajęcia Gan-Ganowicz opisuje swoją walkę w Kongo w sposób, który z tym bon motem stoi w jawnej sprzeczności, jeśli chodzi o tembr moralny:

Ci ludzie byli tak oszołomieni narkotykami, że [...] parli naprzód na murowaną śmierć. I walka z nimi była może nawet mniej niebezpieczna niż z wyszkoloną rebelią, ale była bardzo nieprzyjemna dlatego, że człowiek miał świadomość, że strzelał do niewinnych ludzi. Do zamroczonych, niewinnych ludzi (w okolicach 32 minuty; wyróżnienie moje).
Podkreślam tę sprzeczność, bo przecież dziarskie powiedzonko o zabijaniu "tylko komunistów" żadną miarą nie przynosi chluby temu, kto je wygłasza. Wynika z niego bowiem, że komuniści to nie są ludzie źli, głupi, zamroczeni etc. etc., ale że to w ogóle nie ludzie. W takim odczłowieczaniu wroga specjalizowali się zaś - co dobrze znane - naziści, ale nie gardziła nim także propaganda tych właśnie komunistów, z którymi Gan-Ganowicz miał na pieńku [8]. Nie mogę naturalnie wykluczyć, że walcząc z potworami sam nie stał się potworem (przed czym ostrzega znany aforyzm Nietzschego). Jednak nie potwierdzają tego żadne inne jego wypowiedzi. Internetowy bon mot jest wyjątkiem.

W dodatku wyjątkiem bardzo świeżej daty. Najprawdopodobniej Gan-Ganowiczowi przypisano ten bon mot dopiero w dziesięć lat po śmierci, być może przy okazji tej okrągłej rocznicy. W każdym razie nie wcześniej niż w drugiej połowie 2012 roku [9].

I co za traf! Mniej więcej w tym samym czasie, ale nie później niż w maju, na rosyjskich stronach internetowych pojawiła się krótka anegdotka-dowcip oparta na identycznym koncepcie. Nazywa się to "Rozmowa z weteranem" i idzie tak:

- Ilu ludzi zabiliście w czasie wojny?
- Ani jednego.
- To skąd u was tyle orderów?
- Faszystów zabijałem [10].
Rosyjscy czytelnicy starszej daty bez trudu rozpoznali w tej anegdotce ducha sowieckiej wojennej propagandy, która też nie zaliczała Niemców do ludzi. To właśnie w tym duchu Ilja Erenburg (ten od Lejzorka Rojtszwańca) kończył swoją słynną odezwę Zabij!:
Wszystko wiemy. Wszystko pamiętamy. Zrozumieliśmy, że niemcy to nie ludzie. Odtąd słowo "niemiec" to dla nas najstraszliwsze przekleństwo. Odtąd słowo "niemiec" odbezpiecza karabin. Nie będziemy mówić. Nie będziemy się oburzać. Będziemy zabijać. [...] Jeśli zabiłeś jednego niemca, zabij drugiego - nie ma dla nas nic weselszego niż niemieckie trupy. Nie licz dni. Nie licz kilometrów. Licz tylko zabitych przez siebie niemców. Zabij niemca! - prosi matka staruszka. Zabij niemca! - błagają cię dzieci. Zabij niemca! - woła ziemia ojczysta. Nie spudłuj. Nie daruj. Zabij! [11].
Odezwę Erenburga przedrukowywano podczas wojny wielokrotnie, podobno również na ulotkach, które potem znajdowano przy poległych rosyjskich żołnierzach [12]. Natomiast "antropologiczny aksjomat", że Niemcy nie należą do rodzaju ludzkiego, obowiązywał także po wojnie. U nas jeszcze w 1949 roku Leon Kruczkowski ostatecznie nazwał swój nowy dramat Niemcy, bo wcześniejszy tytuł Niemcy są ludźmi wciąż brzmiał niemal jak prowokacja [13].

Rafał Gan-Ganowicz liczył sobie wtedy raptem 17 lat, więc coś z tej atmosfery mogło mu się udzielić. Niemniej za jego życia nawet zdecydowani przeciwnicy nie twierdzili, jakoby nie uważał komunistów za ludzi i jeszcze opowiadał o tym z ostentacyjną dezynwolturą [14]. A w każdym razie żadnych bon motów na ten temat nie cytowali.

Za to w roku 2013, gdy Gan-Ganowicz już od jedenastu lat nie żył, a zmyślony cytat właśnie zaczął krążyć po Internecie, pewien były oficer SB i zarazem peerelowski szpieg, Tomasz Turowski, uczuł nagle potrzebę, by odsłonić jego nieznane oblicze przed dwojgiem dziennikarzy "Gazety Wyborczej". Wprawdzie powtarzał im głównie to, co każdy mógł przeczytać w Kondotierach i na Wikipedii, czasem ubarwiając te wiadomości niezbyt wyrafinowanymi zmyśleniami, ale jako wisienkę na torcie dodał coś, czego Wikipedia wtedy jeszcze nie podawała [15]:

Wśród niektórych złotych myśli, które przekazywał potomnym, była i taka, dotycząca uczucia, które się ma, kiedy się zabija człowieka. Dziennikarze pytali go o to i jego odpowiedź zacytowali mi na spotkaniu w Magdalence [w roku 1979] moi przełożeni: "Nie znam tego uczucia, zabijałem tylko komunistów" [16].
Być może Turowski jedynie zręcznie wykorzystał to, co mu podsunął Internet. Ale równie dobrze to właśnie ktoś taki jak on - wyszkolony w wojnie psychologicznej i czujący się w rosyjskim środowisku jak ryba w wodzie [17] - mógł wpaść na pomysł, by rosyjską anegdotkę, z ducha komunistyczną, przerobić na złotą myśl polskiego antykomunisty. A nuż nabierze się na nią jakiś gorącogłowy patriota i puści ją potem dalej w obieg, by odtąd każdy oficer SB mógł bez trudu wykazywać swoją wyższość moralną nad tymi, których zwalczał.

Niestety, przynęta chwyciła.

[Dopisek po dwóch dniach albo jak robi się Wikipedię]


Ponieważ w swojej notce napisałem, że Wikipedia zacytowała rzekomy bon mot Ganowicza za marnymi źródłami, wikipedyści zaraz zabrali się do roboty (co im się chwali) i wyszukali inne źródło. W pośpiechu chyba jednak nie zdążyli się temu źródłu dokładniej przyjrzeć, bo w istocie nie rozwiązuje ono żadnego ze starych problemów, a jedynie dodaje do nich nowe.

Po tej poprawce Wikipedia w dalszym ciągu utrzymuje, że Gan-Ganowicz jednak rzeczywiście kiedyś wygłosił podobny bon mot, tyle że zamiast "zabijałem tylko komunistów" powiedział "zabijałem tylko wrogów", co później przekręcono. Causa finita? Otóż nie.

Nowe źródło to relacja Jacka Indelaka, dziennikarza i powieściopisarza [18], który był konsultantem filmu Pistolet do wynajęcia czyli prywatna wojna Rafała Gan-Ganowicza [19].

Za sprawą tego właśnie filmu miałem szczęście nie tylko dobrze poznać Rafała, ale i blisko się z nim zaprzyjaźnić. [...] Zbliżaliśmy się do siebie coraz bardziej, znikały ostatnie bariery, z których najpoważniejszą była nieufność naszego bohatera. W końcu nie było już między nami tematów tabu. Pamiętam, późna noc w Lanvallay-Tressant [pisownia oryginału; powinno być Lanvallay-Tressaint, dalej poprawiam], gdzie ekipa zamieszkała w "Chambres a la ferme" czyli w pokojach na farmie. Zadaję nagle Rafałowi pytanie: - Jak to jest, zabić człowieka?
On patrzy na mnie badawczo, odpowiada:
- Nie wiem.
- Jak to?
- Ja zabijałem tylko wrogów [20].
Jedyną zaletą relacji Indelaka jest to, że w miarę dokładnie podaje, gdzie i kiedy Gan-Ganowicz miał wygłosił swój bon mot. "Późna noc w Lanvallay-Tressaint" w czasie kręcenia Pistoletu do wynajęcia, a więc w roku 1996. Natomiast jasno wynika z niej również, że nie było wówczas w pobliżu dziennikarzy, kamer, mikrofonów ani nawet przypadkowych świadków, ponieważ słowa te padły w najzupełniej prywatnej rozmowie i tylko do jednej zaufanej osoby. Tak więc opiera się ona wyłącznie na wiarygodności i dobrej pamięci tej jednej jedynej osoby. Została bowiem spisana dopiero w dziesięć lat po nocnej rozmowie i w cztery lata po śmierci "naszego bohatera".

Zamiana "komunistów" na "wrogów" sprawia, że riposta Gan-Ganowicza wydaje się tym razem jakby mniej ostra, bo mniej podbarwiona ideologicznie, lecz tak naprawdę niczego to nie zmienia w jej wymowie moralnej [21]. I tym razem wrogowie zostali odczłowieczeni, więc nie, nie zabijał ludzi, zabijał "tylko wrogów".

Jednak dalej nie potwierdzają tej złotej myśli żadne inne wypowiedzi Gan-Ganowicza i pozostaje ona wśród nich osobliwym wyjątkiem. Dalej też nie wiadomo, jak ją pogodzić z tym, co w tym samym czasie Gan-Ganowicz mówił do kamery: "człowiek miał świadomość, że strzelał do niewinnych ludzi. Do zamroczonych, niewinnych ludzi".

Trzeba by chyba przyjąć, że Rafał Gan-Ganowicz walcząc z potworami komunizmu istotnie sam stał się potworem o rozdwojonym języku. Publicznie mówił o swoich dramatycznych przeżyciach, gdy musiał strzelać do niewinnych ludzi, a wieczorem prywatnie oświadczał, że ci, do których strzelał, wcale nie byli dla niego ludźmi, a jedynie "wrogami".

Ale rzucająca na niego nowe światło relacja Indelaka sama też jest wyjątkiem w jego obszernym wspomnieniu o zmarłym bohaterze. Albowiem również i ono - tak jak cytowana wyżej opowieść Tomasza Turowskiego - składa się w lwiej części z cytatów, streszczeń i parafraz tego, co Gan-Ganowicz wcześniej napisał w Kondotierach i opowiedział w filmie. Od kogoś, kto - jak Indelak - podobno miał szczęście go dobrze poznać, a nawet "blisko się z nim zaprzyjaźnić", można by jednak oczekiwać czegoś więcej niż powtarzania swoimi słowami rzeczy już skądinąd znanych.

Oczywiście, w cytowaniu Kondotierów nie ma nic złego. Bieda w tym, że czasem trudno się rozeznać, co tam jest cytatem, bo Indelak cytuje niechlujnie, zapomina o cudzysłowach, a nawet zdarza mu się przy tej okazji poszachrować i zlepek tego, co wyczytał w Kondotierach, przedstawia jako świeżo usłyszane "zwierzenie":

- Ja miałem spory kompleks tego, czy ja się sprawdzę, czy będę oficerem - zwierzał się. - Bo nie sztuka wywalczyć stopień oficerski, ale sztuka potem nie nawalić. A dopóki człowiek czegoś nie zrobi, to nie może być pewien siebie. Ja najwięcej bałem się tego, że się będę bał... Miałem dodatkowy problem. Problem dyscypliny... polegał wyłącznie na osobistym autorytecie, dlatego, że nie można ukarać żołnierza, bo jego koledzy przy najbliższej zasadzce mogą strzelić z tyłu w plecy.
A to już Kondotierzy:
Czułem, że tych weteranów zapomnianych wojen łączy coś, co dla mnie nie jest jeszcze dostępne. Zazdrościłem im. Ale formalnie już byłem jednym z nich. Mało. Byłem oficerem. Czy dam sobie radę? Czy zyskam ich szacunek? Czy nie stchórzę? [...] W głębi ducha czułem jednak niepokój. Jak zdam ten najtrudniejszy egzamin - egzamin dowódcy? [...] Nie miałem czym imponować tym starym wyjadaczom znanych i nieznanych wojen. Ni doświadczeniem, ni siłą fizyczną. Wiedziałem, że gdybym dyscyplinarnie wyrzucił Valcamonica lub ukarał któregoś z innych, to zginąłbym od kuli w plecy w pierwszej bitwie (Kondotierzy, s. 22, 37, 42).
Bywa też, że Gan-Ganowicz zachowuje się niczym namolny stary wiarus i opowiada Indelakowi "kongijską anegdotę" z Kondotierów, chociaż podobno wcześniej usłyszał od niego "entuzjastyczną recenzję" tej książki.
W nawiązaniu do tamtej rozmowy Rafał opowiedział kongijską anegdotę: - Jeden z moich oddziałów zdobył mały obóz w dżunglii [pisownia oryginału] i tam złapali potwornie umalowanego, uszminkowanego dzikusa w małpie skóry odzianego. Na szyi miał jakieś amulety, jakieś kły zwierząt, woreczek z krokodylej skóry, jakieś zioła... Kompletny dzikus, nagi... Wykrzykiwał dziko i strasznie się szamotał, jak kazałem mu zerwać amulet z szyi, ten woreczek. W woreczku znalazłem bardzo dziwny dokument. Był to dyplom ukończenia wydziału medycznego uniwersytetu w Pradze...
A tak to zostało opisane w Kondotierach:
Zaintrygował mnie mój dziwny jeniec. Był nagi, za wyjątkiem skórzanej przepaski na biodrach, na szyi wisiały amulety: zęby małpie, wysuszone głowy jaszczurek i jakiś woreczek z wężowej skóry. Kazałem sobie ten woreczek dać. Jeniec dostał szału. Bronił się tak, że trzech Katangijczyków z trudem dało sobie z nim radę. Zajrzałem do woreczka. Były w nim cztery złote obrączki i jakiś dokument. Oniemiałem ze zdumienia. Był to dyplom czeskiego uniwersytetu w Pradze. Wydział medyczny. Kazałem jeńcowi zmyć twarz. Fotografia się zgadzała. Mój "dzikus" skończył medycynę w Pradze... (Kondotierzy, s. 77).
Kto chce, niechże sobie teraz wierzy w te Indelakowe opowieści, ale niech też pamięta, że wiara jednak nie jest cnotą encyklopedyczną.
[1] Pytanie zadaje łowcy - Rickowi Deckardowi (Harrison Ford) współpracownica twórcy replikantów, Rachael (Sean Young), na początku ich pierwszej rozmowy (mniej więcej w 17 minucie). Niebawem, właśnie po tym dość żmudnym teście, okaże się, że i ona jest replikantem. Z Deckardem sprawa wygląda nieco inaczej. Istnieje kilka wersji filmu i nie w każdej jest oczywiste, że Deckard to również replikant. W oryginale pytanie Rachael brzmi: "Have you ever retired a human by mistake?", bo zabijanie replikantów określa się eufemistycznie słowem 'retire' ('posłać na emeryturę', 'wycofać').

[2] Najczęściej w wersji: "In 1967, Polish mercenary Rafal Ganowicz was asked what it felt like to take human life, «I wouldn't know, I've only ever killed communists»". Zob. na przykład tutaj lub tutaj (strona zarchiwizowana).

[3] "Na pytanie - «Jak to jest zabić człowieka?» odpowiadał: «Nie wiem jak to jest zabić człowieka, zabijałem tylko komunistów»". Wikipedia, hasło "Rafał Gan-Ganowicz" (strona zarchiwizowana). Źródła to dwa internetowe artykuły, które powtarzają ten bon mot już na nic się nie powołując.

[4] Korzystałem z wydania: Rafał Gan-Ganowicz, Kondotierzy, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1989. Dalej cytuję jako Kondotierzy. Z bon motów jest tam jedynie ten, który Gan-Ganowicz powtarza za Mao Zedongiem:

"Bilans? [...] W jakimś tam maleńkim stopniu jest w tym i moja zasługa. Choćby całą moją działalność sprowadzić do kłucia szpilką. «Milion ukłuć szpilką i słonia zabije» - powiedział Mao. Niech więc każdy chwyta za szpilkę i kłuje!" (Kondotierzy, s. 240).

Tym bon motem zaczyna się też film Pistolet do wynajęcia.

[5] Reżyseria i scenariusz Piotr Zarębski. Rok produkcji 1997, czyli (co ważne) jeszcze za życia Gan-Ganowicza.

[6] Zob. choćby obszerny artykuł Henryka Skwarczyńskiego, Wielkie pranie i dzika gęś. Rafał Gan-Ganowicz - antykomunistyczna legenda, rp.pl, 4 lipca 2008 (strona zarchiwizowana).

[7] Reżyseria Ewa Pytka; scenariusz Włodzimierz Kuligowski, Rok produkcji 2009. Gan-Ganowicz pojawia się w tym spektaklu bez nazwiska jako Rafał, więc nawet mocne podkoloryzowanie jakiejś jego autentycznej wypowiedzi byłoby dopuszczalne.

[8] Odczłowieczanie wroga nie jest również obce młodej polskiej lewicy. Kto chciałby się o tym dowiedzieć więcej, niech przeczyta w OSOBACH: "Michał Sutowski fałszuje Czesława Miłosza albo o zezwierzęceniu".

Jak działają takie dehumanizujące etykietki, pokazał już wiele lat temu znany eksperyment Alberta Bandury, w którym agresja badanych zdecydowanie najłatwiej ujawniała się, gdy mieli do czynienia z grupą opisaną wcześniej jako "zezwierzęcona, zdegenerowana banda" ("an animalistic, rotten bunch"), czego nb. sami nie mogli w żaden sposób zweryfikować. Zob. Albert Bandura, Bill Underwood i Michael E. Fromson, Disinhibition of Aggression through Diffusion of Responsibility and Dehumanization of Victims, "Journal of Research in Personality" 1975, tom 9, nr 4, s. 266: "Dehumanized performers were treated more than twice as punitively as those invested with human qualities and considerably more severely than the neutral group".

[9] I już wtedy u niektórych bon mot ten budził co najmniej mieszane uczucia, ale niestety nie próbowali go zweryfikować. Zob. na przykład tutaj; artykuł z 22 listopada 2012 (strona zarchiwizowana).

[10] Można tę anegdotkę w formie obrazka znaleźć tutaj albo tutaj z datą 11 maja 2012 roku. Tutaj data jest jeszcze wcześniejsza - 9 maja 2012 (strony zarchiwizowane).

A dla koneserów anegdotka w oryginale:

"Разговор с ветераном:- А сколько людей вы убили за время войны? - Ни одного. - А откуда у вас столько наград? - Фашистов убивал.

[11] Илья Эренбург, Убей!, "Красная звезда", 24 lipca 1942. Korzystałem z fotokopii dostępnej na rosyjskojęzycznej stronie poświęconej sowieckiej propagandzie (strona zarchiwizowana). Zachowałem w przekładzie pisownię 'niemiec' za oryginałem (poprawną w języku rosyjskim), ponieważ u nas też ją stosowano jeszcze długo po wojnie, nawet w dokumentach (zob. Włodzimierz Kalicki, Ostatni jeniec wielkiej wojny. Polacy i Niemcy po 1945 roku, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2002, s. 30: "«Niemiec» pisano wtedy w Polsce małą literą dość powszechnie, także w dokumentach urzędowych"). Podobnie było zresztą na przykład w Czechach: "Tuż po wojnie wyraz Niemiec pisano niemiec, by wyrazić negatywny stosunek do faszystów" (Zdeněk Hlavsa, O znakach mieszanych, przełożył Marek Witkowski, "Studia Semiotyczne" 1990, tom 16-17, s. 338).

Dla koneserów trochę większa porcja Erenburga w oryginale:

"Мы знаем все. Мы помним все. Мы поняли: немцы не люди. Отныне слово «немец» для нас самое страшное проклятье. Отныне слово «немец» разряжает ружье. Не будем говорить. Не будем возмущаться. Будем убивать. Если ты не убил за день хотя бы одного немца, твой день пропал. Если ты думаешь, что за тебя немца убьет твой сосед, ты не понял угрозы. Если ты не убьешь немца, немец убьет тебя. Он возьмет твоих и будет мучить их в своей окаянной Германии. Если ты не можешь убить немца пулей, убей немца штыком. Если на твоем участке затишье, если ты ждешь боя, убей немца до боя. Если ты оставишь немца жить, немец повесит русского человека и опозорит русскую женщину. Если ты убил одного немца, убей другого - нет для нас ничего веселее немецких трупов. Не считай дней. Не считай верст. Считай одно: убитых тобою немцев. Убей немца! - это просит старуха-мать. Убей немца! - это молит тебя дитя. Убей немца! - это кричит родная земля. Не промахнись. Не пропусти. Убей!"

[12] Zob. Helene Plüschke, Esther von Schwerin, Ursula Pless-Damm, Wypędzone. Historie Niemek ze Śląska, z Pomorza i Prus Wschodnich. Trzy szczere świadectwa kobiet bezbronnych wobec zwycięzców, wybór, tłumaczenie i opracowanie Ewa Czerwiakowska, Ośrodek Karta i Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2013 (korzystałem z wersji elektronicznej przygotowanej przez Virtualo):

"Wstrząśnięta, czytam w lokalnej gazecie relację o wydarzeniach w odbitym Nemmersdorfie. W kieszeni zabitego rosyjskiego żołnierza znaleziono bladoniebieską ulotkę Wezwanie do zabijania:

Niemcy to nie ludzie.

Od dzisiaj słowo NIEMIEC to największe przekleństwo.

[...] (etc., etc. - polski wydawca zamieścił przekład z przekładu niemieckiego)

Czytając te linijki, zadaję sobie pytanie, co też musiał przeżyć i przecierpieć ich autor. Jak można wyhodować w sobie taką nienawiść?" (Dziennik Helene Plüschke, zapis z 17 listopada 1944).

[13] Sam autor tłumaczył tę zmianę następująco:

"Publikując wiosną bieżącego roku w «Odrodzeniu» pierwszy akt mojej sztuki o Niemcach posłużyłem się jeszcze pierwotną wersją tytułu: «Niemcy są ludźmi». Dopiero po napisaniu całości dramatu uświadomiłem sobie, że to sformułowanie nie wyraża już dostatecznie ściśle zawartości treściowej utworu. [...] Formuła «Niemcy są ludźmi» określała raczej punkt wyjścia, stanowisko, z którego podjąłem temat - i w tym sensie miała pewne ostrze polemiczne. Polemiczne w stosunku do ujmowania w dotychczasowej naszej literaturze powojennej spraw i ludzi niemieckich tylko wyłącznie od strony doznaniowej, urazowej, emocjonalnej. [...]Określiłem ten rodzaj widzenia Niemców jako «zoologiczny» i fatalistyczny, w konsekwencjach więc uniemożliwiający stawianie jakichkolwiek ideologicznych i praktyczno-politycznych koncepcji rozwiązania «problemu niemieckiego» w sposób korzystny dla pokoju świata i życia narodów sąsiadujących z Niemcami" (Leon Kruczkowski, Komentarz "socjologiczny", "Kuźnica", nr 46, 20 listopada 1949).

Spore znaczenie miały z pewnością okoliczności historyczne: we wrześniu 1949 powstaje Republika Federalna Niemiec, a już w październiku tego roku - Niemiecka Republika Demokratyczna. Być może jednak o wycofaniu z tytułu owego "ostrza polemicznego" zadecydowało przede wszystkim to, że wzorzec propagandowy akurat w tym wypadku całkowicie zbiegał się z odczuciami zwykłych ludzi; szczególnie tych, którym cudem udało się uciec spod niemieckiego noża.

"To były moje pierwsze wakacje nad morzem. Pojechałem z Ojcem do Międzyzdrojów. Mieszkaliśmy w skromnym pensjonacie. W pokoju, który zapewne miał pełnić funkcję saloniku, mocno zresztą podupadłym, jak cały ten dom, piętrzyły się - niczym w poczekalni u dentysty - numery starych czasopism. [...] W pewnym momencie dotarłem do podniszczonej - od razu było widać, że sprzed wielu miesięcy - płachty tygodnika «Odrodzenie». [...] I na pierwszej stronie ujrzałem wielkimi literami wydrukowane zdanie: «Niemcy są ludźmi». Zorientowałem się, że jest to fragment dramatu autora o nazwisku Leon Kruczkowski. [...] Jednakże nie zainteresował mnie tygodnik, nie zainteresował dramat ani jego autor; zdumiało mnie zdanie «Niemcy są ludźmi». Zdumiało i oburzyło, nie wiedziałem zresztą, że jest to zmodernizowany cytat z Konrada Wallenroda. Zdumiało i oburzyło w stopniu najwyższym, bo kwestionowało moje najgłębsze przekonania, odbierałem je jako zdanie wewnętrznie sprzeczne, tak jakby ktoś zakomunikował: «bestie są ludźmi». Kilka lat po Zagładzie nie mogłem pojąć, że taka formuła w ogóle przeszła komuś przez pióro" (Michał Głowiński, Czarne sezony, Open, Warszawa 1998, s. 165; autor w lecie 1949 roku nie miał jeszcze skończonych 15 lat).

Niemcami straszono potem jeszcze długo. Wprawdzie po powstaniu NRD oficjalnie odróżniano Niemców socjalistycznych od zachodnioniemieckich rewizjonistów i rewanżystów, ale czasem robiono to niezbyt starannie. Wspominany przez Głowińskiego cytat z Konrada Wallenroda to naturalnie słowa: "Już dosyć zemsty, i Niemcy są ludzie" (Adam Mickiewicz, Konrad Wallenrod. Powieść historyczna z dziejów litewskich i pruskich, drukiem Karola Kraya, Petersburg 1828, s.76). Jak widać, nawet nawiązanie do Mickiewicza, najbardziej postępowego z wieszczów, okazało się w tym wypadku niewystarczające.

[14] To raczej lewicowi krytycy odnosili się do niego z ostentacyjnym lekceważeniem. Jeden z nich nawet pisał o nim per "pośledni przedstawiciel tego gatunku ludzkiej fauny, Gan-Ganowicz". Zob. Jacek Zychowicz, Paranoiczne wizje idola prawicy, "Dziś", maj 1998, s. 9.

[15] Z historii strony "Rafał Gan-Ganowicz" wynika, że bon mot o zabijaniu "tylko komunistów" dodano do Wikipedii dopiero w marcu 2017 roku.

[16] Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski, Kret w Watykanie. Prawda Turowskiego, Agora, Warszawa 2013, s. 187-188. Ponieważ w Magdalence Turowski spotkał się z przełożonymi w roku 1979, trzeba by przyjąć, że wtedy ta złota myśl Gan-Ganowicza była dość powszechnie znana ("Dziennikarze pytali go..."), potem na przeszło trzydzieści lat popadła w kompletne zapomnienie, a jeszcze później jakoś tak znowu wypłynęła na wierzch, choć zupełnie nie wiadomo skąd. Nie jest to więc zbyt wyrafinowane kłamstwo.

A to przykład innego zmyślenia, również niechlujnego. Opowiada Turowski:

"Gan-Ganowicz trafia do Francji, do ośrodka szkoleniowego. To szkoła oficerska prowadzona między innymi przez NATO. Przechodzi kurs spadochroniarski, minerski, sabotażowy, krótko mówiąc, otrzymuje pełne wykształcenie oficera, operatora w terenie, znającego teren, na którym perspektywicznie miałby lądować. Dostaje po tym szkoleniu stopień podporucznika, ale potem następują pierwsze rosyjskie próby nuklearne i zapał do rozpoczęcia kolejnej wojny stygnie. W związku z czym te szkolone oddziały rozformowano, a ci ludzie muszą znaleźć zatrudnienie. Najłatwiej w tej dziedzinie, którą znają najlepiej, w której ich szkolono. Więc pan Rafał Gan-Ganowicz zostaje najemnikiem" (s. 187).

Według Turowskiego, wojskową karierę na Zachodzie popsuły Gan-Ganowiczowi "pierwsze rosyjskie próby nuklearne" i właśnie wtedy został z konieczności najemnikiem. Ale w tym wywodzie kompletnie nie zgadza się chronologia. Pierwsza rosyjska próba nuklearna została przeprowadzona na rok przed ucieczką Gan-Ganowicza z Polski. Najemnikiem zaś został dopiero w latach 60., gdy Rosjanie mieli już od dawna również bomby wodorowe, a nawet zdążyli zdetonować największą z nich.

[17] Turowski skończył rusycystykę, co potem naturalnie zostało wykorzystane w jego działalności szpiegowskiej. Pozytywnie zweryfikowany, pracował po 1989 jako oficer wywiadu III RP i jako dyplomata. W 2010 roku, pod koniec kariery, był kierownikiem wydziału politycznego w Ambasadzie RP w Moskwie.

[18] Notka na stronie łódzkiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich podaje, że Jacek Indelak jest między innymi autorem książek Rzeczy dziwne, siły tajemne (1991) i Moce tajemne, rzeczy niepojęte (1998) (strona zarchiwizowana). W tej ostatniej książce twierdzi się na przykład, jakoby uczeni amerykańscy dowiedli, że tajemne moce kryją się nawet w zwyczajnych fotografiach. Wystarczy bowiem oświetlać samą fotografię rośliny, by prawdziwej roślinie umieszczonej w ciemnym pomieszczeniu dostarczyć w ten sposób światła potrzebnego jej do fotosyntezy.

[19] Potwierdza to strona filmpolski.pl (strona zarchiwizowana). Nb. strona ta podaje tytuł filmu w wersji bez przecinka przed 'czyli' i taką samą pisownię stosuje Jacek Indelak.

[20] Jacek Indelak, Prywatna wojna Rafała Gan-Ganowicza, abcnet.com, 10 grudnia 2006 (strona zarchiwizowana; obecnie w tej domenie znajduje się witryna o zupełnie innym charakterze).

[21] Mimo to wersja Indelaka nigdy nie zdobyła popularności. 15 maja 2018 wyszukiwarka Google podawała dla niej zaledwie ok. 20 wyników, natomiast dla wersji "zabijałem tylko komunistów" ponad trzynaście tysięcy! W jaki sposób i za czyją sprawą niszowa wersja Indelaka zmieniła się w tę efektowniejszą wersję z komunistami, dalej nie wiadomo. Jeśli jednak to właśnie Jacek Indelak pierwszy puścił w obieg bon mot Gan-Ganowicza, Tomasz Turowski z pewnością skłamał, twierdząc, jakoby usłyszał coś podobnego z ust swoich przełożonych już w roku 1979.