EBENEZER ROJT

Władysław Tatarkiewicz dokonuje
symbolicznego mordu na Żydach
albo o winie obojętności

Określenie "mienie pożydowskie" występuje w języku potocznym i urzędowym do dzisiaj - pisze Monika Sznajderman - mówi się także, o ironio dziejów, o mieniu porzuconym lub opuszczonym. Jednak późniejsze trwanie słowa "pożydowskie", choć odrażające, jest w jakiś sposób wytłumaczalne, podczas gdy wówczas, na początku lat czterdziestych, zdawało się antycypować Zagładę i podsuwać trop, który pozwala nam myśleć, że dla swoich polskich sąsiadów Żydzi już wówczas przestali istnieć - dokonano na nich symbolicznego mordu, jeszcze zanim zdążyli zamordować ich naziści. Świadczą o tym również tak zaskakujące źródła, jak wojenne dzienniki polskiej inteligencji. Często zdarza się bowiem, że - jak we wspomnieniach wybitnego filozofa Władysława Tatarkiewicza - o Żydach nie ma w nich ani słowa, Żydzi w nich nie istnieją. Znikają jeszcze przed swoją fizyczną zagładą, a ich los spotyka się z całkowitą obojętnością świadków - nie tylko przypadkowych przechodniów, ale także wieloletnich sąsiadów. Nie tylko prostych mieszkańców prowincjonalnych miasteczek, ale także intelektualistów.

Czy obojętność może być niewinna? [1].

Władysław Tatarkiewicz wprawdzie nie cieszy się ostatnio szczególną estymą, niektórzy radzi by go nawet wyrzucić do śmieci [2], niemniej pisanie, że jest on przykładem polskiego inteligenta, który dokonał symbolicznego mordu na Żydach, to już jawna oznaka teraźniejszego rozwydrzenia. Jeśli można tak chlapnąć o Tatarkiewiczu, to chyba już można wszystko o każdym, gdy tylko rzecz zatrąca o stosunki polsko-żydowskie. Oczywiście pod warunkiem, że tym każdym jest ktoś ze strony polskiej.

Owszem, bywało, że również wcześniej pisano o kimś "po nazwisku" niestworzone brednie, ale dotyczyło to na ogół polityków. Czyli ludzi, którzy sami kłamią zawodowo, więc puszczanie w obieg zmyślonych anegdot o politykach nie jest uważane za ciężki grzech [3].

Monice Sznajderman chyba jednak nie chodziło o anegdotkę, lecz raczej o logiczny wniosek z wcześniejszej postawionej ogólnej tezy:

Czy obojętność może zabić? Albo słowo - czy zabija równie skutecznie jak kamień, siekiera albo orczyk, jak ogień podłożony w stodole? Dla wielu, jeśli nie dla większości Polaków ich żydowscy sąsiedzi przez stulecia istnieli wyłącznie jako punkt odniesienia dla ich własnych, polskich poglądów i uczuć: w wyjątkowych i najlepszych wypadkach jako cenna część ich osobistego świata, najczęściej zaś jako mroczny obiekt zazdrości i nienawiści, jako grzeszna projekcja wstrętu i pożądania, jako ekonomiczny problem i polityczna sprawa do załatwienia, jako, mówiąc krótko, emanacja nieprzezwyciężalnej obcości, a nie jako prawdziwe ludzkie istnienia z krwi i kości (Fałszerze, s. 228).
Można oczywiście ubolewać, że tak to ze strony polskiej wyglądało. Ale przecież w co najmniej tym samym stopniu dla wielu, jeśli nie dla większości Żydów ich polscy sąsiedzi przez stulecia istnieli wyłącznie jako punkt odniesienia dla ich własnych, żydowskich poglądów i uczuć. Jako, mówiąc krótko, emanacja nieprzezwyciężalnej obcości. W wypadku religijnych Żydów obcości znacznie bardziej nieprzezwyciężalnej, poczynając od jedzenia ("nie będę jadł z wami" - mówi Shylock u Szekspira) aż po inne nieczyste sprawy gojów [4]. Chociaż mogli też polskich sąsiadów czasem nawet błogosławić. Ale pamiętacie chyba, jakie błogosławieństwo dla cara ma rabin na początku Skrzypka na dachu. Boże, błogosław cara z dala od nas!

W dyplomacji istnieje coś takiego, jak zasada wzajemności, która w przybliżeniu zobowiązuje do identycznego traktowania obywateli obu stron. Dlatego teraz zostawię na kwadrans Władysława Tatarkiewicza, by opowieść Moniki Sznajderman o wrogości i obojętności Polaków nieco zrównoważyć kilkoma migawkami o wrogości i obojętności Żydów, dzięki czemu stosunki polsko-żydowskie staną się może trochę bardziej dyplomatyczne.

Rozbiory, rozpaczliwa insurekcja, utrata niepodległości etc. - te polskie traumy były dla zdecydowanej większości mieszkających w Polsce Żydów absolutnie obojętne. Jeśli zaś któryś nie pozostał obojętny, jak Berek Joselewicz, to jako niebywały raróg ma teraz swoje ulice w kilkudziesięciu polskich miastach [5].

A dalej? Znacie chyba Pana Tadeusza, historię szlachecką z roku 1811 i 1812, nasz ulubiony poemat narodowy polski, w którym - wedle często cytowanego sądu Norwida - "jedyną poważną i serio figurą jest kto?... Żyd (Jankiel)" [6]. Znacie? No to posłuchajcie.

Jankiel, w rzeczy samej, jest figurą serio, ale - o czym w szkole jakoś się z delikatności nie wspomina - ten krzepiący wzór Żyda-patrioty ("Miał także sławę dobrego Polaka", IV, 264 [7]) to nade wszystko figura fantastyczna. W najlepszym razie marzenie Mickiewicza - i to takie, które znacznie więcej skrywa, niż odsłania.

[J]akim sposobem - pytał już przeszło sto lat temu Szymon Askenazy - dochował się Jankiel wśród kahałów litewskich, pełniących służbę wywiadowczą dla sztabu Kutuzowa? [8].

Postać istotnie niezwykła - potwierdzał Henryk Mościcki - gdyż Żydzi podczas wojny r. 1812-go manifestacyjnie zaznaczali swoje sympatye dla Rosyi i tłumny brali udział w rosyjskiej akcyi szpiegowskiej [9].

Także Chaim Löw, choć z jednej strony uważał, że Askenazy przesadził, to z drugiej przyznawał:
Wobec wymowy dokumentów stoimy jednak przed stwierdzonym faktem historycznym, że poza sporadycznemi wypadkami żydzi uprawiali szpiegostwo na rzecz Rosji. Fakt pozostaje faktem, i przeczy temu obrazowi, jaki nam przekazał Mickiewicz. Czyżby więc w tym wypadku instynkt zmylił wieszcza, czy z sympatji do jakiegoś arendarza zapomniał o wrodzonym jego okolicom lęku przed jarmułkami, o którym objektywnie wspomina, i posłyszawszy o jednym czy dwóch patrjotach polskich, zrobił swego Jankiela emisarjuszem narodowym, nie ustępującym w patrjotyzmie ks. Robakowi? [10].
Ten obiektywnie wspomniany wrodzony lęk przed donosicielami w jarmułkach pojawia się już w pierwszej księdze [11]. Jest to więc jakby zarysowanie tła następujących potem wypadków; tła tak oczywistego, że nie ma potrzeby więcej o nim mówić.

Ale jarmułki głupstwo, bo prawdziwy horror - którego jednak wypadki w Panu Tadeuszu już nie obejmują - miał rozpętać się później, w czasie odwrotu Wielkiej Armii (wraz z liczącym przeszło trzydzieści tysięcy ludzi polskim korpusem).

Aleksander hrabia Fredro, który przeszedł całą kampanię napoleońską, tak to potem opisywał w Trzy po trzy:

W 812 [tak u Fredry!] w Litwie, a potem i w Księstwie Żydzi stali się naszymi głównymi nieprzyjacielami. [...] W Wilnie pastwili się bez litości na półzmarzłych jeńcach wojennych, obdarłszy wyrzucali na śnieg, a zdrowszych, silniejszych mordowali po domach dla jakiego haftowanego munduru lub lichego futra albo w nadziei znalezienia cząstki bajecznych skarbów moskiewskich [12].
Pamięć o tych sprawkach żydowskich trwała w Wilnie i w okolicach także wśród młodszych. 17 listopada 1818 Jan Czeczot, sekretarz Towarzystwa Filomatów, odczytał na posiedzeniu Dumę nad mogiłami Francuzów, roku 1813 za Wilnem przy drodze, do Nowogródka prowadzącej, pogrzebionych, w której największą nikczemnością okazuje się spółka z hałastrą:
Którą Filistyn gnębił i Egipcyany,
Z tą zgrają podłą, zdradną, bez cnoty, sumienia,
Potwornemi wyrodki ludzkiego plemnienia [13].
I tak potem toczą się przez cały burzliwy XIX wiek dwie osobne historie. Weźmy choćby Nowosilcowa, u Mickiewicza postać zła niemal emblematyczną. Dla Polaków był okrutnikiem, senatorem-dzieciojadem [14], a dla Żydów - "zesłanym przez Opatrzność aniołem" [15].

Żydowskich szpiegów i donosicieli, tej prefiguracji dwudziestowiecznych szmalcowników, nie brakowało potem i w powstaniu listopadowym [16], i w powstaniu styczniowym.

W dniu wczorajszym oddział Kozaków pod komendą uradnika naprowadzony przez 20 Żydów z miasta Łukowa, wieczorem wpadł do wsi Jastrzębie Pluty i zaczął kolejno karać mieszkańców biciem, tak mężczyzn jak i kobiety, a szczególnie tych, których pomienieni Żydzi wskazywali [17].
Za gorliwość łaskawie ich wynagradzano, także z popolskiego mienia. Jeśli więc komuś nie brak tej chucpy, która dziś pozwala tytułować książki "Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali", to ma tu gotowy materiał na książkę "Jak Żydzi Rosjanom Polaków mordować pomagali". A na końcu mógłby jeszcze zauważyć, że w następnym stuleciu nie stanie się nic nowego, a dojdzie jedynie do zamiany ról, bo - jak to mawia młodzież - "karma wraca".

Ależ Ebenezerze! Co też ty opowiadasz, co za porównanie! To niedobrze tak mówić! Przecież Zagłada to całkiem inna skala. Cóż, dla ludzi, którym nie brak chucpy, to chyba żadna przeszkoda. Ale oczywiście zgadzam się - skala jest nieporównywalna. Tyle że o tej różnicy nie zadecydowała jakaś większa porcja zabójczej obojętności. To już wyłącznie zasługa Niemców, którzy mordując Żydów nieporównanie wyprzedzili w organizacji i rozmachu Rosjan mordujących Polaków. Nie odbierajmy im tego.

A teraz jeszcze wrócę na chwilę do Władysława Tatarkiewicza i jego symbolicznego mordu na Żydach, bo jakiś czas temu na stronie Wydawnictwa Czarne, które wydało książkę Moniki Sznajderman, ukazała się następująca, godna uwagi informacja:

Wydawnictwo Czarne Sp. z o.o. z siedzibą w Wołowcu oraz Monika Sznajderman-Pasierska informują, że w związku z ugodą zawartą w sprawie o ochronę dóbr osobistych z powództwa dr hab. Jana Jakuba Tatarkiewicza, wnuka Prof. Władysława Tatarkiewicza, z przyszłych wydań książki pt. "Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna" autorstwa Moniki Sznajderman (wyd. "Wydawnictwo Czarne" Sp. z o.o.), usunięta zostanie niezgodna z prawdą sugestia, iż we wspomnieniach Prof. Władysława Tatarkiewicza nie ma ani słowa o Żydach, że Żydzi w nich nie istnieją, co jest przejawem obojętności wobec ich losu oraz "symbolicznego mordu, jeszcze zanim zdążyli zamordować ich naziści.". Obecny nakład książki zostanie wycofany z obrotu. Ugoda przewiduje przekazanie kwoty pieniężnej na cel społeczny [18].
Jest to zarazem dobra i zła wiadomość.

Dobra, bo chociaż książka dawno temu poszła w świat, to jednak wnuk ostatecznie oczyścił dziadka z paskudnego pomówienia [19].

Zła, bo niedopuszczalne okazały się wyłącznie słowa "jak we wspomnieniach wybitnego filozofa Władysława Tatarkiewicza". Gdyby Monika Sznajderman nie posunęła się o tych siedem słów za daleko, gdyby rozważnie ograniczyła się tylko do ogólników o "polskiej inteligencji" albo wstawiła nazwisko kogoś, kto nie zostawił po sobie wnuków, wszystko byłoby dalej w jak najlepszym porządku.

Łącznie z tą czysto polską obojętnością, wskutek której podobno w relacjach polsko-żydowskich obojętność dotykała wyłącznie Żydów. I naturalnie łącznie z tym polskim symbolicznym mordem, bo jak na razie w tej sprawie tylko profesor Władysław Tatarkiewicz został wyrokiem sądu uniewinniony.

Choć może i to zdarzenie zostanie ostatecznie zakwalifikowane przez kogoś, komu chucpy nie brak, jako kolejny przykład czysto polskiej obsesji niewinności.

[1] Monika Sznajderman, Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, s. 231. Książka to nie byle jaka. W 2017 roku znalazła się w finale Nagrody Literackiej "Nike", a już wcześniej na czwartej stronie okładki niezdawkowo skomplementowali ją Henryk Grynberg i profesor Barbara Engelking, Dalej cytuję jako Fałszerze.

[2] "Co za głupstwa! Same bzdury! Do śmieci z tym!". Tak zwięźle podsumowuje Historię filozofii Tatarkiewicza Piotr Nowak (Hodowanie troglodytów. Uwagi o szkolnictwie wyższym i kulturze umysłowej człowieka współczesnego, Fundacja Augusta hr. Cieszkowskiego, Warszawa 2014, s. 152). Z czego zdaje się wynikać, że hodowla troglodytów zaczęła się znacznie wcześniej, niż autor sądzi. Być może jednak tylko nie potrafi sobie wyobrazić, czym był wyprany z emocji styl Tatarkiewicza, krynica chłodnej wody, w gorących czasach, gdy radosne pochody przeciągały z prawa na lewo (albo odwrotnie) i akurat emocji żadną miarą nie brakowało.

Nb. nie miałbym nic przeciwko równie surowej ocenie epigonów Tatarkiewicza. Takich nudziarzy rzeczywiście jest już nazbyt wielu. Ale epigoni to nie muchy i nie przyciągają ich śmieci albo coś gorszego; odwrotnie, ich mnogość bywa niezłą miarą wielkości. A garść rzewnych głupstw można bez trudu wydłubać i z Platona.

[3] Ale już grzechem jest udawać, że anegdota nie jest tylko anegdotą. Alan Dershowitz, jeden z najbardziej wpływowych przedstawicieli żydowskiej diaspory w Ameryce, właśnie w ten sposób opowiada, co Ignacy Paderewski myślał o rodakach:

"Ignacy Paderewski, polski premier po I wojnie światowej, omawiał problemy swojego kraju z prezydentem Wilsonem. «Jeśli nasze żądania nie zostaną spełnione przy stole konferencyjnym, powiedział Paderewski, przewiduję poważne kłopoty w moim kraju. Ludzie będą tak wściekli, że wielu z nich urządzi pogrom Żydom». «A co się stanie, jeśli wasze żądania zostaną spełnione?» zapytał prezydent Wilson. «No cóż, ludzie będą wtedy tak szczęśliwi, że upiją się i urządzą pogrom Żydom»".

Przełożyłem bardzo swobodnie, więc dla koneserów oryginał:

"Ignacy Paderewski, Poland's post-World War I prime minister was discussing his country's problems with President Woodrow Wilson. «If our demands are not met at the conference table,» he said, «I can foresee serious trouble in my country. Why, my people will be so irritated that many of them will get drunk and go out and massacre the Jews.» «And what will happen if your demands are granted?» asked President Wilson. «Why, my people will be so happy that they will get drunk and go out and massacre the Jews.»" (Alan M. Dershowitz, The Vanishing American Jew. In Search of Jewish Identity for the Next Century, Little, Brown and Company 1997, s. 78-79).

Dla Polaka anegdotyczność tej story może i jest oczywista, ale w Ameryce o sprawach polskich trzeba pisać bez niedomówień. Jak bardzo te sprawy są tam obojętne - także samemu Dershowitzowi i to nawet wtedy, gdy chodzi o polskich Żydów - świadczy to, że tuż przed historyjką o Paderewskim pisze on, co o tradycyjnym polskim antysemityzmie myśli "Adam Michnick, the Jewish Solidarity leader in Poland" (s. 78). Michnick! I nie była to żadna przygodna literówka, bo w wydanej wcześniej książce Chutzpah (Little, Brown and Company 1991) "Michnick" pojawia się bodaj siedem razy, a jest tam jeszcze parokrotnie "Bronislaw Geremeck". Opowieści o żydowskiej solidarności są więc chyba mocno przesadzone, bo chociaż Dershowitz pod koniec lat 80. osobiście poznał zarówno Michnicka jak i Geremecka, nawet nie chciało mu się zanotować ich nazwisk.

Nb. książka Chutzpah nie traktuje bynajmniej o tym, że brzydko i niefrasobliwie jest być chucpiarzem, bo przecież Żyd-chucpiarz to sama radość dla antysemitów. Przeciwnie, pierwsze zdanie tej książki brzmi: "American Jews need more chutzpach". Najwidoczniej bez antysemitów tożsamość żydowska więdnie i marnieje.

Wracając zaś do historyjki o Paderewskim. Czasem bywa ona wprawdzie uczciwie przedstawiana jako "cyniczny dowcip" , jednak jest to dalej dowcip odrobinę ryzykowny. Co najlepiej widać, gdy w ramach eksperymentu spróbuje się ten dowcip odwrócić.

Binjamin Netanjahu, premier Izraela, omawiał problemy swojego kraju z prezydentem Bidenem. "Jeśli nasze postępowanie w Strefie Gazy nie zostanie w pełni zaakceptowane przez społeczność międzynarodową, powiedział Netanjahu, przewiduję poważne kłopoty w moim kraju. Żołnierze będą tak wściekli, że skończy się to masakrą palestyńskich cywilów". "A co się stanie, jeśli wasze postępowanie zostanie zaakceptowane?", zapytał prezydent Biden. "No cóż, żołnierze się ucieszą, że odtąd będą już mogli urządzać masakry palestyńskich cywilów bez żadnych przeszkód".

[4] "Z rynku wychodziła też ulica, prowadząca do kościoła. Ta ulica nazywała się po żydowsku «Tymegas», co w wolnym przekładzie znaczy ulica «Nieczysta». Nieczysta, bo prowadziła do kościoła. Kościół po żydowsku też się nazywał Tyme. [...] Nie bardzo mogę się rozwodzić na temat stosunków «sąsiedzkich» między Żydami a Polakami. Trzymaliśmy się od siebie z daleka" (Józef Śmietański, Chmielnik, jakim go pamiętam, "Kwartalnik Historii Żydów" 2011, nr 3, s. 349, 352).

No dobrze, tak to zapamiętał biedny żydowski chłopak. A jak było przed wojną wśród inteligencji?

"Ktoś, kto nie miał pieniędzy, mógł [podczas wojny] czasami liczyć na pomoc znajomych Polaków. Takie możliwości mieli jednak wyłącznie zasymilowani inteligenci żydowscy. Wymowne jest świadectwo profesora Mariana Małowista, którego uratowali polscy przyjaciele z Uniwersytetu i koledzy nauczyciele ze szkoły im. Kreczmara. Większość Żydów nie miała jednak znajomych Polaków. Na poparcie tej opinii warto zacytować prof. Małowista: «Kiedy już byłem nauczycielem, zrobiłem w porozumieniu z kolegą aryjczykiem ankietę wśród naszych uczniów. Żydów pytaliśmy: jakich znasz Polaków, jakie znasz polskie ulice? Polaków pytaliśmy analogicznie. Okazało się, że moje uczennice Żydówki nie znają żadnego Polaka poza dozorcą, że właściwie nic o tym społeczeństwie nie wiedzą. Zupełnie identycznie wypadło po stronie polskiej». Według Małowista było to zjawisko absolutnie powszechne. Wszak nawet na tak elitarnych seminariach uniwersyteckich jak prowadzone przez profesorów Handelsmana i Czarnowskiego Żydzi i nie-Żydzi nie utrzymywali ze sobą żadnych stosunków towarzyskich. Na promocję doktorską Małowista także nie przyszedł żaden aryjczyk" (Andrzej Żbikowski, Posłowie, [w:] Samuel Willenberg, Bunt w Treblince, Biblioteka "Więzi", Warszawa 2004, s. 183).

[5] "Rewolucja kościuszkowska, wzbudzając w żydach nadzieje równouprawnienia, porwała i jego. On to jedyny z żydów umieścił swój podpis w księdze akcesów do powstania" (Jan Zbigniew Pachoński, biogram Berka Joselewicza w Polskim Słowniku Biograficznym, tom I, s. 446; wyróżnienie moje).

Nb. nie zawsze pamięta się, że już w dwa lata po upadku tej rewolucji Joselewicz zaproponował "sformowanie 6-8-tysięcznego korpusu żydowskiego", ale tym razem... austriackiemu zaborcy. Może więc nie tyle porywał go duch patriotycznej nieobojętności, ile radość z wyrwania się z kolein nudnego żydowskiego losu, dzięki czemu miał okazję posmakować przygód wojaczki. A że fantazji mu nie brakowało, świadczy już choćby pomysł tego wielotysięcznego żydowskiego korpusu. Austriacy z propozycji nie skorzystali, bo chyba uznali go za wariata lub hochsztaplera.

Jeśli zaś idzie o te ulice w kilkudziesięciu polskich miastach, to nie jest to żadna retoryczna przesada, lecz fakt. Czy w oczach Żydów jakikolwiek Polak - Karski? Sendlerowa? - zasłużył na aż tak nieprzytomne ufetowanie? Pisze się u nas do znudzenia o tradycyjnym polskim antysemityzmie i jego ponurych fantazmatach, natomiast pomija się entuzjastyczne wybuchy filosemityzmu również - jak z Berkiem - na fantazmatach oparte. Innym przykładem takiego życzeniowego fantazmatu jest legenda o "Żydzie z krzyżem" w czasie manifestacji 1861 roku - nabrał się na nią nawet Norwid. Michał Landy rzeczywiście został wtedy zabity, ale nie ma żadnego świadectwa, że wcześniej podjął krzyż z rąk zabitego też nie bardzo wiadomo kogo.

[6] W przypisie dam całe to Norwidowe podsumowanie Pana Tadeusza, bo jakoś nieładnie wycinać z niego tylko kilka słów:

"Pan Tadeusz: ulubiony i i słynny poemat narodowy polski, w którym jedyną poważną i serio figurą jest kto?... Żyd (Jankiel). Zresztą: awanturniki, facecjoniści, gawędziarze, pasibrzuchy, którzy jedzą, piją, grzyby zbierają i czekają, aż Francuzi przyjdą zrobić im ojczyznę... Kobiet w tym arcytworze narodowym dwie: jedna - metresa petersburska, druga - panienka pensjonarka, i wyrostek bez profilu wyrobionego. Tła mistrzowskie, pejzaże wyższe od Ruysdaela. Oto Pan Tadeusz! Poemat pejzażysty i satyryka" (Cyprian Norwid, Pisma wszystkie, tom 9: Listy. 1862-1872, zebrał, tekst ustalił, wstępem i uwagami krytycznymi opatrzył Juliusz Wiktor Gomulicki, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1971, s. 272; list do Wojciecha Cybulskiego ze stycznia 1867; wyróżnienia za tym wydaniem).

Nb. Norwid wcześniej już dwukrotnie tak Pana Tadeusza podsumowywał w swojej korespondencji, łącznie z tą frazą o Żydzie jako jedynej tam figurze serio. Najpierw w liście do Karola Ruprechta z kwietnia 1866, a potem w liście do Józefa Ignacego Kraszewskiego z maja 1866.

[7] Tu i dalej cytuję Pana Tadeusza za wydaniem w Dziełach wszystkich (Ossolineum 1969, w opracowaniu Konrada Górskiego), podając numer księgi oraz wersetu.

Nb. na boku pozostawiam intrygującą kwestię, w jakim stopniu Jankiel jest również figurą "pre-leninowską", to znaczy kimś, kto skrycie kieruje innymi dla ich dobra (tak, jak je sam rozumie) - niczym zawodowy rewolucjonista u Lenina. W Panu Tadeuszu rzadko pojawia się na proscenium, natomiast daleko częściej działa za kulisami. Całkiem przecież możliwe, że to właśnie on sprowadził Moskali, gdy uznał, że jego podopieczni jednak przekroczyli miarę.

Kto z wiosek batalijon Moskalów sprowadził?
Kto tak prędko sąsiedztwo z zaścianków zgromadził?
Asesor-li, czy Jankiel? różnie słychać o tém,
Lecz nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas ni potém (IX, 72-75).

Można wręcz odnieść wrażenie, że żydostwo Jankiela było Mickiewiczowi potrzebne głównie do podkreślenia, że jest to ktoś z innego świata i rozumujący inaczej niż te pozostałe awanturniki i pasibrzuchy. (U Lenina zawodowy rewolucjonista również przychodzi niejako z zewnątrz, by wnieść rewolucyjną świadomość do klasy robotniczej, wprawdzie dziarskiej, lecz o nieprzesadnie szerokich horyzontach.) Tym bardziej, że wbrew często wyrażanym mniemaniom, Mickiewicz miał dość mgliste wyobrażenie o żydowskich obyczajach. Mylił się nawet w sprawach elementarnych i na przykład w księdze IV, tuż przed wprowadzeniem postaci Jankiela, wspomina o "gałkach",

Które Żydzi modląc się na łbach zawieszają,
I które po swojemu, "cyces" nazywają (IV, 203-204).

Tymczasem cyces to frędzle tałesu, chusty modlitewnej, a "gałki" na łbach to tefilin, niewielkie pudełeczka z fragmentami Tory, które pobożny Żyd przywiązuje na czole i na ramieniu przystępując do modlitwy.

[8] Szymon Askenazy, Na marginesie Kordyana, "Kwartalnik Historyczny" 1902, tom XVI, nr 4, s. 584.

[9] Henryk Mościcki, Na marginesie "Pana Tadeusza", "Tygodnik Ilustrowany 1920, nr 49, s. 905. Tak samo Janusz Iwaszkiewicz:

"Gubernator litewski pisał 13 kwietnia, że większość szlachty wileńskiej jest wrogo usposobiona względem rządu, a i reszta jest chwiejna i niepewna. Gubernatorowie stwierdzali jednomyślnie, że tylko ludność żydowska okazuje przywiązanie do Rosyi, że w obawie najścia nieprzyjaciół gminy żydowskie zarządziły post i modły o powodzenie oręża rosyjskiego" (Janusz Iwaszkiewicz, Litwa w roku 1812, Gebethner i Wolff, Warszawa 1912, s. 59-60).

Potwierdza wszystkie te opinie również współczesny historyk cytując krążące po drugiej stronie wieści, że "przy każdym niemal generale moskiewskim są Żydzi na usługach, szczególniej utrzymywani dla szpiegowania [...] Żydzi z powrotu Moskali niezwykle ukontentowani" (Dariusz Nawrot, Litwa i Napoleon w 1812 roku, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2008, przypis 31 na s. 635).

[10] Chaim Löw [po wojnie Leon Przemski], Rodowód Jankiela (W stulecie "Pana Tadeusza"), "Miesięcznik Żydowski" 1934, nr 5, s. 387. Löw próbuje potem udowodnić, że jednak Jankiel nie jest bez reszty fantazją i mógł mieć jakiś realny pierwowzór, ale na końcu zgadza się, że Mickiewicz "trochę oczywiście przesadził i dlatego Jankiel wyszedł tak wyidealizowany" (s. 401).

Nb. nawet ten wyidealizowany Jankiel dzielił potem polskich Żydów. Wilhelm Feldman cytował (ze smutkiem) jedną z broszur rodzącego się ruchu syjonistycznego, w której programowym hasłem było:

"Żydzi wszystkich krajów solidaryzujcie się! Precz z wygodną maskaradą asymilacyjną! Precz ze służalczym muzykantem Janklem (z Pana Tadeusza) i jego wielbicielami!" (Wilhelm Feldman, Asymilatorzy, syoniści i Polacy. Z powodu przełomu w stosunkach żydowskich w Galicyi, nakładem księgarni St. Barańskiego, Kraków 1893, s. 16, pisownia oryginału).

[11] A ja obiektywnie to wspomnienie tutaj przypomnę:

Przecież nieraz nowina, niby kamień z nieba
Spadała w Litwę; nieraz dziad żebrzący chleba,
Bez ręki lub bez nogi, przyjąwszy jałmużnę,
Stanął i oczy wkoło obracał ostróżne.
Gdy nie widział we dworze rosyjskich żołnierzy,
Ani jarmułek, ani czerwonych kołnierzy,
Wtenczas kim był, wyznawał; był legijonistą,
Przynosił kości stare na ziemię ojczystą (I, 906-913).

"Czerwone kołnierze" to - jak objaśnia Stanisław Pigoń w dziewiątym wydaniu Pana Tadeusza w Bibliotece Narodowej - "w gwarze studenckiej: oficerowie rosyjscy, czynownicy policyjni, od koloru kołnierzy mundurowych".

[12] Aleksander Fredro, Trzy po trzy, [w:] Pisma wszystkie, tom XIII, część pierwsza: Proza, Państwowy Instytut Wydawniczy 1968, s. 178. Drugie zdanie, zanotowane w brulionie, za: Aleksander Fredro, Pisma wszystkie, tom XIII, część druga: Komentarz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1969, s. 138.

[13] Poezya Filomatów, tom I, wydał Jan Czubek, Nakładem Polskiej Akademji Umiejętności, Kraków 1922, s. 14. A dalej jest jeszcze mocniej:

Niechby całe przepadło niegodziwe plemię,
Co szpeci wielkie dzieło, co zaraża ziemię,
Trzoda niecna, co Boga wodzem swoim mieni,
Rozproszona, błąka się po świata przestrzeni.
Tułacze!... my im dali, niebaczni, schronienie,
A oni zbawców naszych szlą w podziemne cienie! (s. 15).

Ponieważ Czeczot czytał tę Dumę w przytomności swego przyjaciela od dzieciństwa, Adama Mickiewicza, już tylko to jedno wydarzenie rozbija legendę o rzekomych żydowskich korzeniach Adama. Gdyby nawet były to wyłącznie złośliwe plotki, Czeczot z pewnością nie pozwoliłby sobie na taki nietakt. Z czego prosty wniosek, że w tamtym czasie nawet plotek nie było, choć z pewnością nie dałoby się ich uciszyć w lokalnej społeczności postawionej wobec tak niebywałego wydarzenia, jak małżeństwo szlachcica z panną z wychrzczonych Żydów.

Nb. Mickiewicz w kilka tygodni później odczytał na kolejnym posiedzeniu swoje uwagi nad Dumą Czeczota. "Obraz śmierci okropnej wojowników francuskich i męczarnie oczekujące zbójców [czyli także niegodziwych Żydów] podobają się mocno" - podkreślił (Adam Mickiewicz, Dzieła, tom V: Pisma prozą. Część pierwsza, Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1955, s. 145).

[14] Jeszcze w czystopisie trzeciej części Dziadów scena VIII "Pan Senator" nosiła nagłówek "Le senateur croquemitain" (poprawnie: Le sénateur croquemitaine), a Croquemitaine to postać bajeczna z francuskiego folkloru. Czasem dzieci tylko straszył, czasem porywał, a czasem nawet zjadał. "I waszą młodzież zjeść" - mówi Bestużew w scenie balu. Pisali o tym motywie Dziadów między innymi Wacław Kubacki w Arcydramacie Mickiewicza i Zofia Stefanowska w Próbie zdrowego rozumu.

[15] W 1815 roku delegacja Żydów z Królestwa składa na ręce Nowosilcowa memoriał "pełen wyrazów wdzięczności i uznania za okazywaną protekcję (nazywała w nim Nowosilcowa «zesłanym przez Opatrzność aniołem, szczęśliwie przez Boga wybranem narzędziem do zakończenia wreszcie ucisku i klęsk»)" (Ignacy Schiper, Żydzi Królestwa Polskiego w dobie powstania listopadowego, Instytut Nauk Judaistycznych w Warszawie, Warszawa 1932, s. 64). Aniołem - bo spowodował (ma się rozumieć, za sowitą łapówkę) wstrzymanie dekretu odsuwającego Żydów od wyrobu i wyszynku trunków. Ba, Nowosilcow, ten zjadacz polskich dzieci, Żydów bronił nawet przed oskarżeniami o mord rytualny! (s. 65-66).

O tym, jak Nowosilcow umiejętnie i bezwzględnie "grube wycisnął kwoty z Żydów Królestwa Polskiego [...] wydoił gruntownie Żydów miasta Warszawy [...] ulżył porządnie kiesy Żydom litewskim" etc., wspomina Szymon Askenazy (Pierwszy "syonista" polski, [w:] Idem, Dwa stulecia XVIII i XIX. Badania i przyczynki. II, Gebethner i Wolff, Warszawa 1910, s. 436).

[16] "Podobno najgorzej mieli się zachowywać żydzi z płockiego: mieli oni naprowadzać nieprzyjaciela na stanowiska polskie i wskazywać po miastach ludzi, związanych z powstańcami. Doprowadziło to do szeregu aktów odwetu ze strony polskiej. Świadczy o tem następujące pismo, jakie dowodzący armją rosyjską Dybicz wysłał 17. marca 1831 do cara: «Nie mamy żadnych wiadomości - pisał Dybicz - od czasu puszczenia Wisły i odtąd, gdy Polacy rozstrzelali paru Żydów, których wyprawiliśmy do Warszawy»" (Schiper w książce cytowanej wyżej, s. 137; niekonsekwentna pisownia żydzi/Żydów za oryginałem).

Nb. czasem, niestety, Polacy rozstrzelali o paru Żydów za dużo, bo zło bywa przerażająco skuteczne, więc w każdej epoce szmalcownicy aż dwoją się i troją w oczach. A później także w szacunkach dokonywanych przez historyków.

[17] Jest to raport wójta gminy Jastrzębie do władz powstańczych z 15 czerwca 1864. Cytuję za: Henryk Mierzwiński, Ludność żydowska południowego Podlasia wobec powstania styczniowego, "Annales Universitatis Mariae Curie-Skłodowska. Sectio F, Historia" 1993, tom 48, s. 133.

[18] Powiadomił mnie o niej jeszcze w zeszłym roku Czytelnik "Kompromitacji", który życzy sobie występować tu jako student z Warszawy.

[19] Nb. to właśnie ten wnuk, Jan Jakub Tatarkiewicz, przekazał kilka lat wcześniej redaktorom pierwszego tomu Dzienników Władysława Tatarkiewicza biograficzną informację, chyba dalej mało obecną w obiegu, więc ją tu powtórzę:

"Z informacji przekazanych nam przez wnuka Władysława Tatarkiewicza - Jana Jakuba, wynika, że jego dziadek był pochodzenia żydowskiego. Rodzina Tatarkiewiczów wywodziła się z tzw. frankistów - Żydów ochrzczonych w połowie XVIII wieku" (Władysław Tatarkiewicz, Dzienniki, tom I: Lata 1944-1960, z rękopisów odczytali i przepisali, wstępem i biografią filozofa poprzedzili Radosław Kuliniak, Dorota Leszczyna, Mariusz Pandura i Łukasz Ratajczak, Wydawnictwo Marek Derewiecki, Kęty 2019, przypis 2 na stronie 19).

Nie wiem, czy również sąd poznał tę informację i czy mogła ona mieć wpływ (i w jakim stopniu) na ostateczny wyrok. W każdym razie, gdybyście z podobną sprawą szli do sądu, chyba nie zaszkodzi najprzód zlustrować sobie genealogię. A nuż znajdziecie coś, o co - mimo wzajemnej obojętności obu narodów - wcale nie aż tak trudno w polskim tyglu. Wprawdzie brzydko się to kojarzy z pewnymi ustawami, ale cóż począć - takie mamy antyrasistowskie czasy.