EBENEZER ROJT

Krzysztof Karoń demaskuje marksizm
albo upadek etosu pracy
[Aneks. Korespondencja z Krzysztofem Karoniem]

Zdawać by się mogło, że marksistów nic bardziej nie rajcuje niż praca. Jeśli lud - to lud pracujący. Na winietkach agitacyjnych gazetek - dymiące kominy. Na sztandarach - sierp i młot. Nic dziwnego, w końcu cała teoria wartości Karola Marksa, fundament jego Kapitału, oparta jest właśnie na pracy.

Tak w każdym razie wszystkim się zdawało przez przeszło 150 lat i dopiero Krzysztof Karoń przejrzał tę maskirowkę.

ANTYKULTURA to nurt ideologiczny, którego celem jest pozbawienie ludzi etosu pracy, tożsamości i więzi społecznych i cofnięcie ludzkości do poziomu przedkulturowej wspólnoty pierwotnej. Jej podstawę stanowi marksizm - ideologia sformułowana w XIX wieku przez Karola Marksa i Fryderyka Engelsa, która w wyniku kolejnych rewizji przybrała współczesną formę teorii krytycznej i ideologii gender [1].
W ten właśnie sposób, krótko i węzłowato, sam Karoń ujmuje sedno swojej demaskatorskiej Historii antykultury: prawdziwym celem marksizmu jest pozbawienie ludzi etosu pracy i cofnięcie ich do poziomu wspólnoty pierwotnej [2]. I nic z tego, że marksiści również po dojściu do władzy udawali, że jest odwrotnie. Zamiast o wspólnocie pierwotnej mówili o elektryfikacji i fascynowali się spustem surówki, a etos pracy mieli tak pryncypialny, że nawet słowa świętego Pawła z Drugiego Listu do Tesaloniczan "Kto nie chce pracować, niech też nie je!", wstawili do sowieckiej Konstytucji z 1918 roku [2a] [3].

Nic im to nie pomogło. Karoń ich przejrzał.

Tak po prawdzie to przejrzał głównie Wikipedię, w dodatku dość pobieżnie, a jego książka to jeden wielki humbug.

Z wierzchu aż roi się tam od tuzinów nazwisk, tytułów i dat - wprost oczy bolą od tej olśniewającej erudycji! Ale wystarczy poskrobać, by przekonać się, że choć autor śmiało śmiga od paleolitu przez średniowiecze wprost do Unii Europejskiej, to jest z tą jego mniemaną erudycją niezbyt wspaniale. Weźmy choćby takie zdanie o Klaudiuszu Ptolemeuszu i jego Almageście:

"Almagest" został przetłumaczony na język arabski w IX wieku, a na łacinę z greckiego ok. 1160 r. przez archidiakona Katanii Henricusa Aristippusa, a z arabskiego przez Gerarda z Cremony (1114-1187) (Karoń, s. 382).
Wprawdzie nie bardzo wiadomo, jak się to ma do marksizmu, pracy i wspólnoty pierwotnej, ale wygląda imponująco, prawda? Zwłaszcza ten archidiakon Katanii Henricus Aristippus. Ktoś, kto zna takiego Aristippusa, od razu może sobie dopisać 10 punktów do prestiżu i odtąd każdy uwierzy mu na słowo. Co prawda wiadomość o Aristippusie jest w tej książce doskonale zbędna (tak jak setki innych podobnych wiadomości), ale od biedy mogłaby ujść, gdyby jeszcze była prawdziwa.

Otóż nie jest. Henricus Aristippus, owszem, sporo tłumaczył, ale akurat Almagestu nie przełożył. Przywiózł jedynie na Zachód grecki tekst Almagestu, który został mu przekazany podczas jego dyplomatycznej misji do Konstantynopola jako prezent od cesarza Manuela I Komnena dla króla Sycylii Wilhelma I Złego. Pisze o tym anonimowy tłumacz Almagestu na łacinę we wstępie do swojego przekładu [4].

Można się też od Krzysztofa Karonia dowiedzieć, że:

[...] jedną z najbardziej symptomatycznych reform Dioklecjana było przeniesienie w 286 roku do Mediolanu stolicy cesarstwa. Dioklecjan uczynił to, by uniezależnić cesarski dwór od bieżącego wpływu rzymskiego senatu, ale przede wszystkim dlatego, że Mediolan bliższy był rejonom, skąd w coraz większym stopniu cesarstwu zagrażały ataki sąsiednich plemion germańskich. Mediolan pozostał siedzibą cesarską do 402 roku, gdy miasto zostało zagrożone przez barbarzyńców, a stolica przeniesiona przez cesarza Honoriusza do Rawenny (Karoń, s. 176).
Trudno to uznać za efekt chwilowego zaćmienia, bo ten nonsens o Mediolanie jako stolicy cesarstwa można przeczytać również na stronach 177 i 212. Karoń najwyraźniej nie ma pojęcia, jak w czasach tetrarchii zorganizowane było cesarstwo i nie odróżnia rezydencji cesarskich (którymi obok Mediolanu bywały także Antiochia, Nikomedia, Sirmium, Tesalonika i Trewir) od symbolicznego centrum cesarstwa, którym także za Dioklecjana pozostawał Rzym [5].

W zasadzie dwa powyższe przykłady dałem niepotrzebnie, bo wszystko o kompetencjach Karonia mówi to jedno niewielkie wtrącenie:

Lincz neoplatońskiej filozofki Hypatii (zresztą przyjaciółki Orygenesa) dokonany przez chrześcijański tłum w 415 roku miał raczej podłoże osobisto-polityczne i został potępiony przez oficjalny Kościół jako "wielka hańba" (Karoń, s. 246) [6].
Hypatia jako przyjaciółka Orygenesa? Można niechcący zrobić literówkę w dacie, niechcący przekręcić nazwisko, to zdarza się każdemu, ale nie można niechcący połączyć przyjaźnią dwóch osób, które dzielą prawie dwa stulecia. Czy uznalibyście, że ma elementarną wiedzę o historii polskiej literatury ktoś, kto oświadcza wam, że Maria Pawlikowska-Jasnorzewska była przyjaciółką biskupa Krasickiego?

To chyba nie przypadek, że chociaż w książce Karonia jest bardzo wiele nazwisk i tytułów, to jednocześnie bardzo niewiele cytatów i zero przypisów. Jakby autor bał się, że ktoś mógłby zajrzeć w to samo miejsce, co on, i sprawdzić, co tam rzeczywiście zostało napisane. W rezultacie lwia część Historii antykultury to ogólnikowe streszczenia i omówienia, często kuriozalne, jak choćby ta uwaga o teorii względności:

Wbrew mylącym interpretacjom nazwy teoria względności nie mówi, że prawa rządzące różnymi poziomami złożoności są «względne», ale że są one różne, opisują rzeczywistość na różnych poziomach jej złożoności i że nie można ich przenosić na inne poziomy (Karoń, s. 19).
Nie sposób ustalić, skąd Karoń wziął to głupstwo: ufnie przepisał od kogoś, czy sam wymyślił. Czasem jednak trafi się w jego książce jakiś niewielki cytacik i wtedy zaczyna wiać grozą:
W epoce Oświecenia, dla której antyk był wzorem racjonalności, David Hume pisał: "Wątpię, czy Murzyni są naturalnymi przodkami białych. Żaden z nich nie tworzył narodu o wystarczającej kompleksowości. Nie mieli fabryk, sztuki, nauki" [...] (Karoń, s. 377).
Jest to początek jednego z przypisów Hume'a do jego eseju O charakterach narodowych (Of National Characters) i w przyzwoitym przekładzie powinien wyglądać mniej więcej tak:
Jestem skłonny podejrzewać, że Murzyni z natury stoją niżej od białych. Niemal nigdy nie było cywilizowanego narodu o tej karnacji [...]. Nie mają żadnej pomysłowej wytwórczości, żadnych sztuk, żadnych nauk [7].
Hume pisał klarownie, ale jeżeli komuś angielskie complexion, 'karnacja', myli się z complexity, 'złożonością', to nic dziwnego, że wychodzi mu potem bełkot o narodzie "o wystarczającej kompleksowości". Aż strach pomyśleć, co w takim razie Krzysztof Karoń wyczytał w angielskiej Wikipedii.

W znanym liście Freuda do matki homoseksualisty wyczytał na przykład, że w niektórych przypadkach u homoseksualistów można "rozwinąć zainfekowane zarodki skłonności heteroseksualnych". Nie zmyślam. "Zainfekowane zarodki". Tak tam jest napisane na stronie 471. Czyżby zatem Freud wierzył w jakieś wirusy homoseksualizmu? Oczywiście - nie! To tylko kolejny kulawy przekład, co jednak nie przeszkadza Karoniowi z wielkim tupetem poprawiać innych tłumaczy Freuda.

Użyte w tytule książki Freuda słowo "Unbehagen" może oznaczać "poczucie obcości/ niedopasowania/ dyskomfortu". [...] Przetłumaczenie książki Freuda na język polski pt. "Kultura jako źródło cierpień" jest ordynarnym fałszerstwem i świadomą manipulacją, nie mającą nic wspólnego ani z treścią książki ani z intencjami autora. Ponieważ 99% polskich inteligentów, w tym również marksistów, którzy o tej książce słyszeli, książki tej nie czytało, w ich wyobrażeniu o poglądach Freuda na kulturę utrwalił się całkowicie fałszywy stereotyp, jakoby - zdaniem Freuda - "kultura była źródłem cierpień" i stereotyp ten podtrzymywany był przez marksistowskich interpretatorów psychoanalizy (Karoń, s. 390).
Rzeczywiście, niemieckie 'Unbehagen' to określenie łagodniejsze niż 'cierpienie'. Raczej dyskomfort, jaki czujemy wiercąc się w niewygodnym fotelu, ale jeszcze nie ból, gdy sprężyna tego fotela wbija się nam w dolną część pleców. Gdyby jednak Karoń naprawdę przeczytał Das Unbehagen in der Kultur, wiedziałby, że Freud opisując dolegliwości, które sprawia ludziom kultura, wielokrotnie używa również słów 'Leiden', 'Leid' - bez wątpienia oznaczających cierpienie. Cytat będzie spory, oddający Freudowską narrację, bo postawiony przez Karonia zarzut ordynarnego fałszerstwa i świadomej manipulacji to poważna sprawa i nie wypada go odpierać cytowaniem jednego zdania.
Odpowiedź na to pytanie [dlaczego ludziom tak trudno osiągnąć szczęście] daliśmy już wówczas, gdy wskazaliśmy na trzy źródła naszych cierpień (unser Leiden); potęgę natury, kruchość naszego ciała i niedoskonałość struktur organizacyjnych, które regulują wzajemne stosunki ludzi w rodzinie, państwie i społeczeństwie. Jeśli chodzi o dwa pierwsze źródła, to nie możemy długo zastanawiać się nad naszym sądem - jesteśmy zmuszeni po prostu uznać te źródła cierpienia (dieser Leidensquellen) i stwierdzić ich nieuchronność. [...] W innym stosunku pozostajemy do trzeciego, społecznego źródła cierpienia (sozialen Leidensquelle). [...] W istocie, kiedy pomyślimy, jak bardzo zawodzi nas ta forma ochrony przed cierpieniem (dieses Stück der Leidverhütung), powstaje w nas podejrzenie, że także tutaj właściwą przyczyną takiego stanu rzeczy jest jakaś część nieprzezwyciężonej natury, a mianowicie, nasza własna istota psychiczna.

Przy próbie rozważenia takiej możliwości spotykamy się z pewnym tak zdumiewającym twierdzeniem, że nie możemy się przy nim nie zatrzymać. Głosi ono mianowicie, że wielka część winy, jeśli chodzi o naszą nędzę (Elend), spada na tzw. kulturę; bylibyśmy o wiele szczęśliwsi, gdybyśmy się jej wyrzekli i wrócili do stanu prymitywnego [8].
Ale Krzysztof Karoń nie przeczytał nie tylko Freuda. Nie przeczytał również Isaiaha Berlina. Co jednak nie przeszkadza mu chwacko z nim polemizować. Według Karonia, wolność pozytywna, "czyli prawo do działania zgodnie z własną wolą", o której Berlin pisał w eseju Dwie koncepcje wolności, "jest w realnym życiu również całkowitą fikcją" i żeby "wyjaśnić charakter manipulacji dokonanej przez Berlina", uzupełnia i "poprawia" jego koncepcję takimi oto zdroworozsądkowymi spostrzeżeniami:
Chodzi o to, że do każdego działania zgodnego z własną wolą człowiek potrzebuje dóbr materialnych i niematerialnych, bez których to działanie jest niemożliwe. [...] Można mieć prawo do podróżowania, ale żeby podróżować, trzeba mieć samochód lub samolot albo bilet na przejazd lub przelot i na ich zakup trzeba mieć środki (Karoń, s. 82).
Ponieważ jednak Berlina nie czytał i zna go tylko z kiepskich streszczeń, nie wie, że wyważa otwarte drzwi, ponieważ Berlin na początku swojego eseju mówi to samo i to niemal tymi samymi słowami:
Słusznie zwraca się uwagę, że jeśli ktoś jest zbyt biedny, aby móc sobie pozwolić na coś, czego prawo nie zabrania (bochenek chleba, podróż dookoła świata, odwołanie się do sądu) jego wolność w stosunku do tych pragnień jest ograniczona tak samo jak wówczas, gdy spotyka się z prawnym zakazem [9].
Ale Krzysztof Karoń nie przeczytał nie tylko Freuda i Berlina. Nie przeczytał również samego Karola Marksa! Co jednak nie przeszkadza mu parokrotnie powoływać się na jego młodzieńcze "Manuskrypty Paryskie" (zazwyczaj wydawane jako Rękopisy ekonomiczno-filozoficzne z 1844 r.), a potem opowiadać o ich zawartości banialuki [10].
W "Manuskryptach" jest przedstawione rozwiązanie problemu alienacji. Marks twierdzi, że jeśli w całych swych dziejach ludzkość przeszła drogę od szczęśliwej wspólnoty pierwotnej do kapitalizmu, to jedyną metodą odzyskania stanu tej pierwotnej szczęśliwości jest przejście tej samej drogi w odwrotnym kierunku - od kapitalizmu do wspólnoty pierwotnej (Karoń, s. 343).
W rzeczywistości Marks pisze coś dokładnie odwrotnego. Co więcej, expressis verbis odrzuca taki prymitywny komunizm, który opiera się na negacji "całego świata kultury i cywilizacji" i chce jedynie równo dzielić ubóstwo (że każde użycie słowa 'komunizm' jest u Marksa dokonywane ze czcią, może się wydawać jedynie komuś, kto zna go wyłącznie z Wikipedii):
Komunizm ten, negując wszędzie osobowość człowieka, jest właśnie tylko konsekwentnym wyrazem własności prywatnej, będącej tą negacją. Powszechna i konstytuująca się we władzę zazdrość jest tą zamaskowaną formą, którą przyjmuje żądza posiadania i w której, tylko w pewien odmienny sposób, znajduje satysfakcję. Idea każdej własności prywatnej jako takiej obraca się przynajmniej przeciw większej własności prywatnej jako zazdrość i dążenie do zrównania - co stanowi nawet istotę konkurencji. Prymitywny komunista jest jedynie dokonaniem tej zazdrości i tego zrównania, a punktem wyjścia jest tu urojone minimum. Ma on określony, ograniczony miernik. Że takie zniesienie własności prywatnej nie jest bynajmniej rzeczywistym przyswojeniem, tego dowodzi właśnie abstrakcyjna negacja całego świata kultury i cywilizacji, powrót do nienaturalnej prostoty ubogiego i nie mającego potrzeb człowieka, który nie tylko nie przerósł własności prywatnej, lecz nawet do niej nie dorósł [11].
Tymczasem samemu Marksowi chodzi o komunizm zupełnie inny:
Komunizm jako pozytywne zniesienie własności prywatnej - tej samoalienacji człowieka - i dlatego też jako rzeczywiste przyswojenie ludzkiej istoty przez człowieka i dla człowieka; dlatego też jako pełny powrót człowieka do samego siebie jako do człowieka społecznego, to znaczy ludzkiego, powrót dokonany świadomie i w oparciu o całe bogactwo dotychczasowego rozwoju (Rękopisy, s. 577; wyróżnienia za oryginałem).
"W oparciu o całe bogactwo dotychczasowego rozwoju" [12]. Skąd więc ten bzik z doszukiwaniem się u Marksa chęci powrotu do wspólnoty pierwotnej? Mam wrażenie, że pewne inspiracje są tu dość oczywiste, ale Karoń woli je ukrywać, bo trudno byłoby mu pogodzić je z apologią Kościoła rzymskokatolickiego jako głównego przeciwnika antykultury [13].

Czego na pewno ukryć mu się nie udało, to bylejakości i niechlujstwa swojego przedsięwzięcia. Trzeba nie mieć wstydu, by brać pieniądze za roboczą wersję książki składającej się w znacznej mierze ze zlepku wiadomości, które Wikipedia udostępnia za darmo, w większości merytorycznie zbędnych, a po części - jak pokazałem - powierzchownych i bałamutnych, na dokładkę zaś jeszcze gęsto upstrzonych drobnymi błędami, literówkami i gramatycznymi potknięciami (ale tymi drobiazgami już nie zawracałem wam głowy [14]).

Gdyby jednak ktoś akurat potrzebował efektownego dowodu na upadek etosu pracy w naszych czasach, Historia antykultury będzie jak znalazł.

[Aneks. Korespondencja z Krzysztofem Karoniem]

Ponieważ Krzysztof Karoń parokrotnie zapowiedział upublicznienie sprawy, sam zaś ani słowem nie wyraził sprzeciwu po mojej dwukrotnej zapowiedzi, że w takim razie korespondencję z nim dołączę jako aneks do notki o jego książce, podaję tutaj tę wymianę listów bez żadnych skrótów, poprawek i komentarzy.

Krzysztof Karoń do Ebenezera Rojta (30 marca 2019)

Wprawdzie Pański (Państwa) tekst dotyczący mojej książki pt. "Historia antykultury" pełen jest personalnych złośliwości i całkowicie pomija jej główny temat, ale zawiera on kilka uwag szczegółowych zasługujących na odpowiedź (z pożytkiem dla jej czytelników). Gotów jestem do udzielenia takiej odpowiedzi w publicznej dyskusji z udziałem Panem lub przedstawiciela Waszej grupy, najlepiej w jednej z udzielającej mi czasami gościny telewizji internetowych, do których zwrócę się z propozycją zorganizowania takiego spotkania.

Proszę o odpowiedź na email zwrotny.

pozdrowienia

Krzysztof Karoń


Ebenezer Rojt do Krzysztofa Karonia (30 marca 2019)
Szanowny Panie,

jestem osobą prywatną i nie reprezentuję żadnej grupy, a moja strona dotyczy spraw elementarnych: rzetelności, odpowiedzialności za słowo, powstrzymywania się od zmyśleń etc. Spraw dziś powszechnie zaniedbywanych, co wystawia złe świadectwo etycznej kondycji współczesnych intelektualistów. Może zatem potraktować ją Pan jako moralitet z przypisami.

Już choćby z tego względu nie mógłbym wziąć udziału w przedsięwzięciu, które do zalewu beztroskiej paplaniny dodaje kolejny strumyczek.

Nadto nie prowadzę sporów ideowych i nie bardzo widzę, o co mielibyśmy się spierać. Czy o to, że gdy podsuwa się młodzieży bryk z historii, wypadałoby mieć podstawowe pojęcie o chronologii i nie zaprzyjaźniać Hypatii z Orygenesem? Czy może o to, że zanim wyrazi się dowolną opinię na temat Marksa, wypadałoby go najpierw samemu przeczytać?

Jeśli natomiast dostrzegł Pan na mojej stronie jakikolwiek błąd, będę wdzięczny za jego poprawienie. I naturalnie zaznaczę, komu zawdzięczam tę poprawkę.

Gdyby zaś z mojej odmowy chciał Pan uczynić argument na użytek publiczny, proszę nie zapomnieć o przytoczeniu w całości tego krótkiego listu.

Pozdrawiam Pana

Ebenezer Rojt


Krzysztof Karoń do Ebenezera Rojta (30 marca 2019)
Dziękuję za odpowiedź, która jednak mnie nie satysfakcjonuje. Książka została opublikowana w wersji roboczej własnie po to, żeby można było wytknąć i skorygować błędy, w tym mniej i bardziej istotne. Błędna informacja o Hypatii nie ma żadnego wpływu na sens książki, a sugestia, że nie czytałem Marksa nie jest niczym uzasadniona, natomiast odwraca ona uwagę od głównej myśli książki, której nie raczył Pan nawet zakwestionować, chociaż przedstawił ja Pan w tonie ironicznym. O ile więc czas mi na to pozwoli i wobec braku możliwości innego ustosunkowania się do próby deprecjonowania mojej książki, postaram się przedstawić tę sprawę publicznie, z przytoczeniem Pańskiego (Państwa) listu i niniejszej odpowiedzi.

pozdrowienia

Krzysztof Karoń


Ebenezer Rojt do Krzysztofa Karonia (31 marca 2019)
Szanowny Panie,

wyjaśnienie, że Pańska książka "została opublikowana w wersji roboczej właśnie po to, żeby można było wytknąć i skorygować błędy", miałoby jeszcze od biedy sens, gdyby rozdawał ją Pan za darmo. Natomiast sprzedawanie takiego półproduktu jest jak sprzedawanie niedopieczonego chleba z zakalcem. Ktoś bardziej pryncypialny mógłby to uznać za próbę wyłudzenia czy nawet formę kradzieży z użyciem dobra pozornego.

Zgadzam się z Pańską uwagą, że "informacja o Hypatii nie ma żadnego wpływu na sens książki". Ale ta uwaga tylko potwierdza moje wcześniejsze przypuszczenia, że z premedytacją zapełnił Pan znaczną część "Historii antykultury" informacjami, które merytorycznie są w niej całkowicie zbędne. Skoro teraz sam Pan to przyznaje, mogę mieć jedynie tę satysfakcję, że przypuszczałem trafnie.

To, że nie czytał Pan Marksa, nie jest żadną moją "sugestią", ale stwierdzeniem faktu. Gdyby Pan przeczytał, nawet pobieżnie, nie mógłby Pan napisać nonsensu, jakoby w "Rękopisach" Marks twierdził, że "jedyną metodą odzyskania stanu tej pierwotnej szczęśliwości jest przejście tej samej drogi w odwrotnym kierunku - od kapitalizmu do wspólnoty pierwotnej". Tego tam nie ma. Są natomiast uwagi, w których Marks zdecydowanie odcina się od takiego - jak to określa - "prymitywnego i bezmyślnego komunizmu".

To, co Pan nazywa "główną myślą" swojej książki, odnosi się do pewnego sporu ideologicznego. Natomiast moja strona - jak już wyjaśniłem Panu w poprzednim liście - operuje na poziomie znacznie bardziej podstawowym niż poziom sporów ideowych. Nie jest więc tak, że akurat w wypadku Pańskiej książki "nie raczyłem" się tym zająć.

Mówiąc bardziej obrazowo: ja nie wchodzę w spór pasażerów kłócących się, czy samochód powinien teraz skręcić w prawo, czy w lewo. Ja tylko sprawdzam jakość map, które są w tym sporze wyciągane jako argument. Jeśli ktoś mówi, że w lewo nie można, bo tam (według jego mapy) za drzewem stoi Marks ze wspólnotą pierwotną, to ja sprawdzam, czy tam ten dziki Marks jest, czy go nie ma. Być może w lewo rzeczywiście nie można, ale na pewno nie może o tym rozstrzygać mapa, na której zaznaczono rzeczy, które nie istnieją.

Gdyby podczas publicznego przedstawiania sprawy chciał Pan swoje wystąpienie jeszcze bardziej urozmaicić, proszę może przytoczyć także i ten mój list. Zakładam, że Pan również nie miałby nic przeciwko temu, gdybym naszą korespondencję dołączył jako rodzaj aneksu do notki o Pańskiej książce.

Pozdrawiam Pana (Państwa)

Ebenezer Rojt


Krzysztof Karoń do Ebenezera Rojta (31 marca 2019)
Zawieszam tę dyskusję do czasu, gdy zdecyduje się Pan wystąpić w niej osobiście. Wtedy wskażę Panu to, czego nie doczytał Pan w Manuskryptach.

pozdrowienia

kk


Ebenezer Rojt do Krzysztofa Karonia (31 marca 2019)
Szanowny Panie,

przez cały czas dyskutuję z Panem jak najbardziej osobiście, tych odpowiedzi nie pisze żaden automat, więc nie widzę przeszkód, by natychmiast wskazał mi Pan (wraz z porządnym adresem bibliograficznym), gdzie Marks w "Rękopisach" zachwala powrót do prymitywnej wspólnoty pierwotnej.

Gdyby Pan znalazł jakikolwiek błąd, również może go Pan wskazać, ponieważ nie uważam się za człowieka nieomylnego i wszelkie rzeczowe sprostowania przyjmuję natychmiast, niczego nie zawieszając i nie odkładając.

Potem może Pan to naturalnie wszystko dodatkowo upublicznić w takiej formie, jaka Panu odpowiada. Pomijając inne powody, i tak nie mógłbym wystąpić w roli objazdowego prelegenta ze względu na stan zdrowia. Proszę jednak tych moich zewnętrznych ograniczeń nie nadużywać w trakcie referowania naszego sporu. Ja sam ograniczę się do przedstawienia naszej korespondencji in extenso, bez jakiegokolwiek dodatkowego komentarza.

Pozdrawiam Pana

Ebenezer Rojt


Krzysztof Karoń do Ebenezera Rojta (31 marca 2019)
Skrytykował Pan książkę publicznie, a więc odpowiedź musi być również publiczna (chociaż nie wiem, czy skórka warta wyprawki), a sugestia, że proponuję Panu rolę "objazdowego prelegenta" jest słaba. Prześlę ją Panu, gdy znajdę czas, by się tym zająć.

pozdrowienia

kk


Ebenezer Rojt do Krzysztofa Karonia (31 marca 2019)
Szanowny Panie,

to Pan zainicjował tę korespondencję i decyzja dalej należy do Pana. Jeśli po ewentualnej pozytywnej ocenie "skórki" jednak znajdzie Pan czas na odpowiedź, proszę nie wątpić, że dołączę ją do mojej notki.

Proszę mi też podpowiedzieć, jak powinienem był nazwać propozycję wspólnej pogawędki w filmiku na YouTube, by nie czuł się Pan urażony. Choć na dobry ład to właśnie ja mógłbym się tak poczuć po Pańskiej propozycji. Jak Pan dobrze wie, w tego typu widowiskach meritum sporu z natury rzeczy staje się czymś trzeciorzędnym, a bardziej przekonująco wypada ten, kto ma miły tembr głosu, wyćwiczoną mimikę i sprawniej macha rękami. Czytał Pan przecież McLuhana (tak w każdym razie zdaje się wynikać z Pańskiej książki, strona 516).

Pozdrawiam

Ebenezer Rojt


Krzysztof Karoń do Ebenezera Rojta (31 marca 2019)
Pański tekst składa się z dwóch części. Jedna to zarzuty szczegółowe, do których można odnieść się merytorycznie i za które - nawet nie zgadzając się z nimi - mógłbym być tylko wdzięczny, gdyby nie część druga, czyli oparta na insynuacjach próba ironiczno-obelżywego dezawuowania mnie i mojej książki. Ma Pan do tego prawo, bo to jest prawo rynku, a raczej medialnego szamba, na którym łatwo jest anonimowo posługiwać się insynuacjami w rodzaju czytał czy nie czytał. Na takie insynuacje nie można odpowiedzieć merytorycznie.

Dla mnie ta historia jest okazją do wyjaśnienia fałszywej informacji o całej książce, jaką Pan serwuje swoim czytelnikom, bo osobiście nie czuję się urażony. Gdybym stosował Pańską stylistykę mógłbym odpowiedzieć, że nie mogę mieć pretensji do gołębia za to, że narobił mi na głowę. A ponieważ zachował się Pan tak, jak się Pan zachował, uważam, że powinien się Pan ujawnić. Każdy powinien firmować własną twarzą to, co mówi na temat innych. Oczywiście nie mogę Pana do niczego zmusić, ale informacja o tym powinna dotrzeć do Pańskich czytelników. I dotrze.

pozdrowienia

kk


Ebenezer Rojt do Krzysztofa Karonia (1 kwietnia 2019)
Szanowny Panie,

gołosłownie twierdzi Pan, że w mojej notce prócz części merytorycznej jest rzekomo jakaś część druga, "czyli oparta na insynuacjach próba ironiczno-obelżywego dezawuowania" Pana i Pańskiej książki, ale nie podaje Pan żadnych cytatów. Tak więc nawet nie wiem, do czego miałbym się ustosunkować. Sam Pan za to łączy mnie z "medialnym szambem". I w zasadzie w tym miejscu, po takim Pana wybryku, powinienem przerwać czytanie Pańskiego listu.

Nigdzie nie "insynuowałem", że Pan nie czytał "Rękopisów" Marksa. Ja to udowodniłem, cytując próbkę nonsensów, jakie Pan o tych "Rękopisach" powypisywał. Jak najbardziej może Pan na to odpowiedzieć merytorycznie poprzez wskazanie, że Marks rzeczywiście nawoływał tam do powrotu do dawnej wspólnoty pierwotnej. Podając stosowny cytat, wydanie i stronę. Ale tego Pan zrobić nie jest w stanie, bo tego tam nie ma.

Być może gdzieś pozwoliłem sobie na ironię (ale nie na łączenie Pana z szambem), jeśli idzie o jakość Pana książki. Nie była to jednak niestosowna reakcja, skoro Pan sam we wcześniejszym liście przyznał, że sprzedaje Pan produkt, w którym dopiero Pana czytelnicy mają "wytknąć i skorygować błędy". Po raz kolejny mogę więc mieć jedynie tę satysfakcję, że trafnie odczytałem Pański model biznesowy.

Natomiast z Pana groźnych zapowiedzi "ujawnienia" mnie wnoszę, że mimo moich obrazowych wyjaśnień zupełnie nie zrozumiał Pan, na czym polega idea mojej strony. Tak w każdym razie próbuję sobie usilnie tłumaczyć Pańską reakcję, ponieważ zastępowanie argumentów "ujawnianiem" czyjejś twarzy to na ogół hobby policji politycznej.

Wyjaśniam zatem po raz trzeci.

Moja strona dotyczy spraw podstawowych i weryfikowalnych. Przy odrobinie wysiłku każdy jej czytelnik może sam sprawdzić, jak to było z tą przyjaźnią Hypatii z Orygenesem i co napisał Marks w "Rękopisach". Albo czy przekład słów Hume'a "nation of that complexion" jako "naród o wystarczającej kompleksowości" to naprawdę kompromitujący bełkot czy może jednak piękna postmodernistyczna metafora. Nikt nie musi (a nawet nie powinien) wierzyć mi na słowo, a pewną pomocą do takiej kontroli są przypisy, czasem dość obfite. Toteż osoba autora jest w tym wszystkim zupełnie nieistotna, bo nie ona jest tu gwarantem prawdy.

Tak samo nie jest istotne, kto powie kasjerce, że się pomyliła w liczeniu: profesor matematyki czy uczeń trzeciej klasy. Ważna jest weryfikacja. Ponowne staranne przeliczenie. Jeśli się okaże, że kasjerka jednak się nie pomyliła, to nawet największy autorytet profesora matematyki nic na to nie poradzi. Jeśli się pomyliła, nie może zbyć tego słowami, że nie będzie jej pouczał jakiś przemądrzały brzdąc.

Mam nadzieję, że na koniec wreszcie Pan tę prostą kwestię zrozumiał. Na tym bowiem kończy się nasza korespondencja. Kolejne listy od Pana już czytane nie będą. Raz bowiem jakoś zniosłem i to "szambo" i to oryginalne porównanie do "gołębia", który Panu narobił na głowę, ale nie widzę powodów, by dalej wystawiać się na sztychy Pańskiej rozbrykanej elokwencji. Tym bardziej, że dotąd poza garścią ogólników i paroma samokrytycznymi zdaniami, które potwierdziły moje przypuszczenia, nie przedstawił Pan żadnego kontrargumentu. Nawet jednego. Może zatem przynajmniej w "ujawnianiu" mnie błyśnie Pan profesjonalizmem.

Ja, rzecz jasna, zgodnie z regułami takiej zabawy niczego nie potwierdzę ani niczemu nie zaprzeczę. Podpowiem Panu tylko, że bystrzejsi czytelnicy odgadli to już wiele wiele lat temu, po zaledwie kilku miesiącach działania tej strony, więc nie jest to trudna sztuka. Tym bardziej, że rozmaite podpowiedzi rozsiałem naprawdę gęsto. Na laury Sherlocka Holmesa proszę więc raczej nie liczyć.

Ebenezer Rojt

[1] Cytuję za witryną Krzysztofa Karonia anonsującą jego książkę.

[2] Krzysztof Karoń, Historia antykultury. Podstawy wiedzy społecznej. Wersja robocza, nakładem autora, Warszawa 2018. Dalej cytuję w nawiasach okrągłych jako Karoń wraz z numerem strony.

Nb. na początku książki zostało to ujęte jeszcze mocniej:

"Bardzo nie lubię nie rozumieć, a ponieważ sztuka jest zawsze wyrazem ideologii, przyczyn dręczącego mnie problemu zacząłem szukać w ideologicznych źródłach sztuki współczesnej i poszukiwania te doprowadziły mnie do marksizmu, ideologii, której celem jest nieograniczona władza, a środkiem likwidacja kultury i cofnięcie ludzkości do poziomu przedkulturowego, do poziomu zwierząt" (Karoń, s. 11; wyróżnienie moje).

[2a] Niektórzy dość prostodusznie twierdzą, że tak naprawdę marksiści nie mogli mieć żadnego etosu pracy, skoro ich nieudolne zarządzanie gospodarką często gęsto kończyło się terrorem i obozami pracy. Argument ten ma dokładnie tyle sensu, co twierdzenie, że tak naprawdę chrześcijanie nie mogli mieć żadnej doktryny miłości bliźniego, skoro aprobowali inkwizycję, palenie czarownic i często gęsto nawet między sobą prowadzili krwawe wojny.

[3] A konkretnie do jej 18 artykułu pomieszczonego w rozdziale piątym: "Rosyjska Socjalistyczna Federacyjna Republika Sowiecka uznaje pracę za obowiązek wszystkich obywateli Republiki i głosi hasło: «Kto nie jest pracownikiem, ten nie je!»". W oryginale: Российская Социалистическая Федеративная Советская Республика признает труд обязанностью всех граждан Республики и провозглашает лозунг: «Не трудящийся, да не ест!»". Naturalnie hasło to nie wzięło się tam znikąd. O zasadzie "Kto nie pracuje, nie powinien jeść" ("Кто не работает, тот не должен есть") pisał już wcześniej Lenin w jednej z najgłośniejszych swoich książek - Państwo a rewolucja. Wydań jest wiele, szukajcie w trzecim podrozdziale ("Pierwsza faza społeczeństwa komunistycznego") rozdziału piątego ("Ekonomiczne podstawy obumierania państwa").

Nb. dość często twierdzi się - ale mylnie! - że to właśnie z tej książki pochodzi znane powiedzenie o kucharce, która będzie rządzić państwem. Lenin tego w ogóle nie napisał. Aż takim idiotą nie był. Przeciwnie, twierdził, że bolszewicy nie są utopistami, by wierzyć, że każda kucharka będzie mogła rządzić państwem. O tym, że to się jednak da zrealizować, pisał natomiast Majakowski w poemacie Włodzimierz Iljicz Lenin: "Мы и кухарку / каждую / выучим / управлять государством!". Ale on był poetą i jemu wolno.

[4] Zob. Sybil Douglas Wingate, The Mediaeval Latin Versions of the Aristotelian Scientific Corpus, with Special Reference to the Biological Works, The Courier Press, Londyn 1931, s. 32: "The anonymous author of the version of the Almagest (c. 1160) describes in his preface how he travelled to Sicily to obtain from Aristippus the copy of this work which the latter had brought back from Byzantium as a gift from the Emperor to King William of Sicily". Także hasło "Aristippus, Henry (d. 1162)" autorstwa Johna B. Dillona w: Key Figures in Medieval Europe. An Encyclopedia, redakcja Richard Kenneth Emmerson, Routledge, Nowy Jork - Londyn 2006, s. 45-46. O przekladach Almagestu w łacińskim średniowieczu zob. także Wstęp (s. 16-19) w: Olaf Pedersen, A Survey of the Almagest, nowe wydanie z uwagami i komentarzem Alexandra Jonesa, Springer 2011.

[5] Jest to wiedza elementarna. Zob. chociażby hasło "art and architecture, Roman and post-Roman" autorstwa Gregora Kalasa w: The Oxford Dictionary of Late Antiquity, tom I: A-I, redakcja Oliver Nicholson, Oxford University Press 2018, s. 156: "As a part of their system of collegial rule, the Tetrarchs established individual bases at imperial residences located close to the frontiers, to make it easier for them to counter potential enemies. A typical Tetrarchic capital benefited from fortified walls with the main gate connected directly with the main colonnaded street leading toward the palace and other nearby monuments. Tetrarchs developed these principles in the cities of Antioch, Milan, Nicomedia, Sirmium, Thessalonica, and Trier".

[6] Wbrew temu, co pisze Karoń, lincz Hypatii nie został potępiony przez "oficjalny Kościół". W każdym razie nic nie wiadomo o takim dokumencie. Biskupa Aleksandrii, Cyryla - jak się zdaje, przynajmniej moralnie odpowiedzialnego za tę śmierć - nie dotknęła żadna poważna kara. Odebrano mu jedynie zwierzchnictwo nad uczestniczącymi w mordzie parabolanami (bractwem służącym również jako coś w rodzaju patriarszej gwardii), a i to tylko na dwa lata. Podobno Cyryl przekupił urzędników cesarskich badających sprawę (tak w każdym razie twierdził sto lat później Damascjusz, neoplatonik, więc ideowy przeciwnik Cyryla), ale w Kościele nikt nawet nie myślał złożyć go z urzędu. Przeciwnie, rządził potem w Aleksandrii jeszcze przez prawie 30 lat, a po śmierci uznano go za świętego. Zob. Edward J. Watts, Hypatia. The Life and Legend of an Ancient Philosopher, Oxford University Press 2017, s. 117 oraz przypisy 48 i 49 na s. 183.

[7] Przekład mój z wydania: David Hume, Essays Moral, Political, and Literary, redakcja Eugene F. Miller, Liberty Fund, Indianapolis 1987. W tym wydaniu jest to początek 10 przypisu na stronie 208: "I am apt to suspect the negroes to be naturally inferior to the whites. There scarcely ever was a civilized nation of that complexion [...]. No ingenious manufactures amongst them, no arts, no sciences".

Istnieją dwa polskie przekłady, ale oba wydały mi się w tym kontekście zbyt literackie. Teresa Tatarkiewiczowa przełożyła słowa Hume'a tak:

"Skłonny byłbym podejrzewać, że Murzyni istotnie z natury stoją na niższym poziomie od białych. Zdaje się, że nigdy nie istniał naród kulturalny o tym kolorze skóry [...]. Murzyni nie znają też ani przemysłu, ani sztuki, ani nauki" (Dawid Hume, Eseje z dziedziny moralności i literatury, w opracowaniu i ze wstępem Władysława Tatarkiewicza, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1955, przypis 7 na stronach 171-172).

A to nowy przekład Łukasza Pawłowskiego:

"Skłonny jestem sądzić, że Murzyni z natury stoją na niższym poziomie rozwoju niż biali. W historii brak właściwie przykładów cywilizowanych narodów utworzonych przez ludy o tym kolorze skóry [...]. Nie ma wśród nich pomysłowych przedsiębiorców, nie ma sztuk, nie ma nauk" (David Hume, Eseje z dziedziny moralności, polityki i literatury, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2013, przypis 6 na stronie 156).

Nb. w tej wersji, ostatecznej, Hume złagodził swój sąd o Murzynach oraz innych niebiałych rasach. W pierwszym wydaniu początek tego ustępu bowiem brzmiał:

"I am apt to suspect the negroes, and in general all the other species of men (for there are four or five different kinds) to be naturally inferior to the whites. There never was a civilized nation of any other complexion than white [...]" (w edycji Millera wariant ten znajduje się na stronie 629). Kto chciałby wiedzieć więcej o przygodach tego przypisu u Hume'a, niech przeczyta: Aaron Garrett, Hume's Revised Racism Revisited, "Hume Studies" 2000, tom XXVI, nr 1, s. 171-177.

[8] Zygmunt Freud, Kultura jako źródło cierpień, tłumaczył Jerzy Prokopiuk, Wydawnictwo KR, Warszawa 1992, s. 75-76. Jest to początek trzeciej części, więc jeśli ktoś ma pod ręką inne wydanie, łatwo ten ustęp odnajdzie. Dla koneserów to samo w oryginale:

Wir haben die Antwort bereits gegeben, indem wir auf die drei Quellen hinwiesen, aus denen unser Leiden kommt: die Übermacht der Natur, die Hinfälligkeit unseres eigenen Körpers und die Unzulänglichkeit der Einrichtungen, welche die Beziehungen der Menschen zueinander in Familie, Staat und Gesellschaft regeln. In betreff der beiden ersten kann unser Urteil nicht lange schwanken; es zwingt uns zur Anerkennung dieser Leidensquellen und zur Ergebung ins Unvermeidliche. [...] Anders verhalten wir uns zur dritten, zur sozialen Leidensquelle. [...] Allerdings, wenn wir bedenken, wie schlecht uns gerade dieses Stück der Leidverhütung gelungen ist, erwacht der Verdacht, es könnte auch hier ein Stück der unbesiegbaren Natur dahinterstecken, diesmal unserer eigenen psychischen Beschaffenheit.

Auf dem Wege, uns mit dieser Möglichkeit zu beschäftigen, treffen wir auf eine Behauptung, die so erstaunlich ist, daß wir bei ihr verweilen wollen. Sie lautet, einen großen Teil der Schuld an unserem Elend trage unsere sogenannte Kultur; wir wären viel glücklicher, wenn wir sie aufgeben und in primitive Verhältnisse zurückfinden würden (Sigmund Freud, Das Unbehagen in der Kultur, [w:] Gesammelte Werke, tom 14: Werke aus den Jahren 1925-1931, Imago Publishing, Londyn 1955, s. 444-445).

Nb. według Freuda owo "zdumiewające twierdzenie", że to kultura jest winna wielkiej części naszej nędzy, pojawiło się w dziejach nie bez wpływów chrześcijańskich.

"Tego rodzaju wrogi kulturze czynnik musiał już mieć swój udział w zwycięstwie chrześcijaństwa nad religiami pogańskimi. Wiązał się on bardzo silnie z dokonaną przez naukę chrześcijańską dewaluacją życia ziemskiego" (Kultura, s. 76).

Krzysztof Karoń powinien chyba rozważniej dobierać sobie sojuszników.

[9] Isaiah Berlin, Dwie koncepcje wolności, przełożył Daniel Grinberg, [w:] Idem, Cztery eseje o wolności, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2000, s. 188.

Dla koneserów to samo w oryginale:

"It is argued, very plausibly, that if a man is too poor to afford something on which there is no legal ban - a loaf of bread, a journey round the world, recourse to the law courts - he is as little free to have it as he would be if it were forbidden him by law" (Isaiah Berlin, Liberty. Incorporating Four Essays on Liberty, redakcja Henry Hardy, Oxford University Press 2002, s. 169-170).

[10] Rękopisy te zostały opublikowane dopiero w kilkadziesiąt lat po śmierci Marksa, więc sam autor chyba nie miał o nich zbyt wielkiego mniemania. Niemniej warto je znać, bo w dwudziestowiecznym marksizmie odegrały sporą rolę jako zaczyn najrozmaitszych dyskusji. Karoniowi najwyraźniej coś się w związku z tym obiło o uszy, bo według niego "do druku przygotowywał je młody, olśniony nimi Herbert Marcuse" (s. 343; to samo na stronie 392). Tymczasem Marcuse nie miał nic wspólnego z wydaniem Rękopisów, a był jedynie jednym z pierwszych, którzy docenili ich znaczenie.

[11] Karol Marks, Rękopisy ekonomiczno-filozoficzne z 1844 r., przełożyli Konstanty Jażdżewski i Tadeusz Zabłudowski, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 1, Książka i Wiedza, Warszawa 1976, s. 575-576; wyróżnienia za oryginałem. Dalej cytuję jako Rękopisy.

[12] Nb. Marks w Rękopisach też już zauważył - jak wyżej Karoń i Berlin - że trudno podróżować nie mając pieniędzy:

"Kiedy nie mam pieniędzy na podróżowanie, nie mam potrzeby, tzn. nie mam rzeczywistej i urzeczywistniającej się potrzeby podróżowania. Kiedy mam powołanie do studiów, ale brak mi pieniędzy, nie mam powołania do studiów, tzn. nie mam powołania efektywnego, prawdziwego" (Rękopisy, s. 613; wyróżnienia za oryginałem).

[13] To symptomatyczne, że chociaż w książce Karonia jest bardzo wiele nazwisk, i to tak ezoterycznych, jak ten Aristippus od Almagestu albo Giuseppe degli Aromatari czy Dell Hymes (słyszeliście o nich?), ani razu (!) nie pojawia się w niej nazwisko Ayn Rand, chociaż zajmowała się ona podobną problematyką i wyciągała podobne wnioski. Porównajcie zresztą sami. Tak o Herbercie Marcusem i jego pomysłach pisze Karoń:

"W 1964 r. Marcuse napisał pesymistyczną książkę dla masowego, młodzieżowego odbiorcy pt. «Człowiek jednowymiarowy». [...] Książka kończyła się wezwaniem do Wielkiej Odmowy - odmowy nauki i pracy, odmowy jakiejkolwiek współpracy z niewolniczym systemem kapitalistycznym, do totalnego bojkotu społeczeństwa i jego zasad. [...] Przesłanie było jasne - niech system gnije, ty skup się na sobie, buduj własny świat nowej duchowości i narkotycznych transów" (Karoń, s. 410).

A to już Ayn Rand z książki pod znamiennym tytułem Powrót człowieka pierwotnego:

"Kiedy każdy filar kapitalizmu został już podcięty, [...] otwarto drogę dla filozofa, który zerwał zasłonę układności i legalizmu, ujawniając to, co kryło się w podtekście: dla Herberta Marcusego, zdeklarowanego wroga rozumu i wolności, propagującego dyktaturę, mistyczny «wgląd», cofnięcie się do stanu dzikości, powszechne zniewolenie i rządy brutalnej siły. [...] Najbardziej oskarżycielskim argumentem przeciwko teorii całej tej hipisowsko-aktywistyczno-marcuseańskiej hordy jest widok szklących się od narkotyków oczu jej członków" (Ayn Rand, Powrót człowieka pierwotnego. Rewolucja antyprzemysłowa, redakcja, wprowadzenie i dodatkowe artykuły Peter Schwartz, przekład Zygmunt M. Czarnecki, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2003, s. 124, 126).

[14] Nie zawracałem wam głowy, bo są to przeraźliwe nudy typu: Jądro ciemności Conrada to nie "zbiór opowiadań" (Karoń, s. 64), ale jedno opowiadanie; nie "Grateful Death" (Karoń, s. 414), ale Grateful Dead; nie "książka słynnego rumuńskiego filozofa Mircea Eliade" (Karoń, s. 422), ale książka Mircei Eliadego etc., etc., etc. Poza tym sporządzenie takiej erraty za darmo mogłoby ostatecznie zrujnować etos pracy Krzysztofa Karonia.

Nb. z tym etosem pracy jest znacznie gorzej, niż wtedy sądziłem. Kto chciałby wiedzieć, w jaki sposób Karoń oszukuje swoich czytelników, niech przeczyta w OSOBACH: "Krzysztof Karoń manipuluje danymi z archiwum Forda albo ci wspaniali Polacy ze swoim katolickim etosem".