EBENEZER ROJT

Witold Gombrowicz przepisuje bon mot o Nietzschem

Nawet ci, którzy nieprzesadnie cenią Gombrowicza-filozofa, czasem próbują dla osłody znaleźć u niego przynajmniej jakieś jedno zgrabne zdanie zatrącające o filozofię. Michałowi Pawłowi Markowskiemu spodobało się właśnie takie zdanie o Nietzschem, więc we wstępie do nowego przekładu Kursu filozofii w sześć godzin i kwadrans napisał:
Powiedzmy tak: kiedy czytamy teraz te zapiski, nie wiedząc nic o ich genezie, w najlepszym wypadku możemy je traktować jako glosy do Dziennika albo jako fiszki do rekonstrukcji filozoficznego światopoglądu Gombrowicza (ciekawe jest tu pokrewieństwo Gombrowicza i Marksa w demaskowaniu fałszywej świadomości). To, co dotyczy Kanta, Hegla czy Nietzschego, nie jest ciekawsze od tego, co dotyczy samego pisarza. Z wyjątkiem może charakterystyki Nietzschego: "nerwy Shelleya, żołądek Carlyle'a, dusza panienki" [1].
Ta nadzwyczaj zwięzła charakterystyka nie tylko Markowskiemu wpadła w oko.
"Nietzsche: nerwy Shelleya, żołądek Carlyle'a i dusza panienki" - oznajmia pod koniec życia Witold Dominikowi de Roux i Ricie [2].
Wprawdzie komentatorzy nie są zgodni, co kryje się za tymi słowami Gombrowicza (jedni słyszą w nich dozę "jawnej pogardy" wobec Nietzschego [3], inni odwrotnie: sugerują, że Nietzsche to w istocie jego mleczny brat [4]), jednak na tle całości Kursu bon mot o Nietzschem rzeczywiście błyszczy.

Bo reszta to w dużej mierze parada szkolnych banałów i niefrasobliwych bałamuctw. Gombrowicz mówi na przykład pod koniec czwartego wykładu, że z dzieła Schopenhauera Świat jako wola i przedstawienie najmniej przekonująca jest część "poświęcona filozofii orientalnej". Tyle że takiej części w tym dziele nie ma. A z kolei to, co opowiada w związku z Marksem o alienacji, to mętlik bez ładu i składu, w którym kolejne pojęcia pojawiają się jak wyciągane z kapelusza króliki.

Gdy pieniądz się dewaluuje, potrzebujemy ciągle więcej franków. Ponieważ wartość dodatkowa idzie do kieszeni kapitalisty - cóż, robotnicy, ludzie ubodzy, muszą oferować swą pracę za coraz niższe ceny. W ten sposób następuje dewaluacja pracy i przyrost kapitału, będącego siłą bezimienną, pozaludzką; z tego rodzi się słynna alienacja (Kurs, s. 98; wyróżnienia za oryginałem).
Naturalnie nie trzeba też brać tego wszystkiego zbyt serio. Początek wykładu Gombrowicza o Nietzschem wygląda tak:
Nietzsche, jak Kant i Schopenhauer, był Polakiem!
1844-1900
Nietzsche: nerwy Shelleya, żołądek Carlyle'a, dusza panienki (Kurs, s. 106) [5].
Pierwsze zdanie to jawny żart, porozumiewawcze mrugnięcie do czytelników Trans-Atlantyku: że skoro Kant z Królewca, Schopenhauer z Gdańska, a Nietzsche z polskim bzikiem [6], to oni już nasi - "i trzeba by wiedziano, że Naród nasz w geniuszów obfity".

Za to drugie zdanie... Za to drugie zdanie to wcale niezła myśl i można by ją z rodzenkowem sosem podać, ale z tem bida, że już Will Durant coś podobnego powiedział w jednej z Książek swoich [7].

[Nietzsche] z powodu swego wydelikacenia nie nadawał się nawet na sanitariusza. Na widok krwi robiło mu się słabo, w końcu rozchorował się i ledwie żywego odesłano go do domu. Potem zawsze miał nerwy Shelleya, żołądek Carlyle'a i duszę panienki pod zbroją wojownika [8].
No proszę: są i nerwy, i żołądek, i dusza panienki - i tylko zbroja gdzieś się Gombrowiczowi przy przepisywaniu zapodziała.

Rzecz jasna nie przeczytał tego w angielskim oryginale, bo angielskiego nie znał, ale Will Durant był w tamtych czasach jednym z najbardziej znanych popularyzatorów, więc Gombrowicz mógł bez problemu postarać się o przekład francuski lub hiszpański, łatwo dostępne i często wznawiane [9].

Nie są to złe książki, ale zawsze coś w rodzaju bryku (choćby nawet w bardzo dobrym gatunku), nie zaś filozofia z pierwszej ręki. Jest więc istotna różnica, czy ktoś bawi się w domowego wykładowcę po lekturze Schopenhauera i Nietzschego, czy po lekturze streszczeń Duranta [10].

Gombrowicz najprawdopodobniej nawet się nie zorientował, że Durant układając tę aforystyczną charakterystykę Nietzschego nawiązywał (i to ostentacyjnie - przez wzmiankę o żołądku Carlyle'a) do aforystycznych charakterystyk, jakie z upodobaniem kreślił sam Nietzsche:

Moi niemożliwi. - Seneka: czyli toreador cnoty. [...] - Dante: czyli hyena, tworząca w grobach. - Kant czyli cant jako charakter intelligibilny. - Victor Hugo: czyli latarnia na morzu bredni. - Liszt: czyli szkoła biegłości - w pościgu za kobietami. [...] - Carlyle: czyli pessymizm jako niestrawiony obiad [11].
Ale mniejsza o to, ile Gombrowiczowi naprawdę udało się przeczytać z Nietzschego. Sam nie mógłby o nim takiego aforyzmu wymyślić już choćby dlatego, że w ogóle niewiele czytał [12], więc nie znał również Shelleya i Carlyle'a.

Pozostała mu zatem jedynie zwykła w naszych czasach metoda literatów.

Fałszywa erudycja literatów to także skutek ich deprawacji przez naukę. Jakże łatwo uzbroić się w parę encyklopedii i sadzić cytatami, każdy to robi, od felietonisty do laureata Nobla! I, co prawda, zawsze tak było. Ale żyjemy w erze demaskowania - dlaczegóż nikt nie ośmiela się wydobyć na światło dzienne nędzy cytatów? [13].
Dlaczegóż nikt nie ośmiela się? Cóż, Gombrowicz najwyraźniej z nadzieją czekał na adventum Ebenezera Rojta.

A teraz zapamiętajcie sobie dobrze literaci: żyjemy w erze demaskowania! Niejednego jeszcze ogarnie bojaźń i drżenie.

[1] Witold Gombrowicz, Kurs filozofii w sześć godzin i kwadrans, przekład Ireneusz Kania, wstęp Michał Paweł Markowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006. Dalej cytuję jako Kurs. Wcześniejszy przekład autorstwa Bogdana Barana nosił tytuł Przewodnik po filozofii w sześć godzin i kwadrans. Zob. Gombrowicz filozof, wybór i opracowanie Francesco M. Cataluccio i Jerzy Illg, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 1991, s. 71-127. Dalej cytuję jako Gombrowicz filozof. Poprawiony przekład Bogdana Barana ukazał się w: Witold Gombrowicz, Publicystyka. Wywiady. Teksty różne. 1963-1969, Dzieła, t. XIV, pod redakcją Jana Błońskiego i Jerzego Jarzębskiego, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1997, s. 52-127. Dalej cytuję jako Publicystyka. Wywiady. Teksty różne. 1963-1969.

Nb. Michał Paweł Markowski znany jest z wielu zabawnych kreacji w duchu Gombrowicza. Niegdyś w obronie honoru swojej żony zamalował w papę pisarza Antoniego Liberę - po czym uciekł, zostawiając mdlejącą żonę na pastwę Libery (co w sumie dało scenę na wskroś gombrowiczowską). Innym razem stwierdził, że humaniści powinni być chronieni (to znaczy - opłacani) przez państwo między innymi dlatego, ponieważ potem z tych pieniędzy płacą podatki. "To, co robimy, nie ma znaczenia dla większości ludzi, ale ma znaczenie dla nas, więc powinno być szanowane, skoro płacimy podatki i żyjemy nie w rezerwacie, do którego nikt nie zagląda, lecz w przestrzeni publicznej i w tej przestrzeni robimy różne małe pożyteczne rzeczy, jak wychowywanie dzieci, wyrażanie solidarności z mniej szczęśliwymi, czy na przykład tłumaczenie, dlaczego historia Żydów ma znaczenie dla polskiej kultury". To z kolei było, jak się zdaje, przystępną ilustracją myśli Gombrowicza: "Im mądrzej, tym głupiej".

[2] Jean-Pierre Salgas, Witold Gombrowicz lub ateizm integralny, przełożył Jan Maria Kłoczowski, Czytelnik, Warszawa 2004, s. 249. Dominik de Roux i Rita Gombrowicz stanowili komplet słuchaczy tego kursu.

[3] Brygida Pawłowska-Jądrzyk, Teoretycy i apologeci lekkości w literaturze (na marginesie Pornografii Witolda Gombrowicza), "Sztuka i Filozofia" 2001, nr 19, s. 173, przypis 26: "Aby uniknąć nieporozumień, wypada nadmienić, iż autor Narodzin tragedii [tj. Nietzsche] z pewnością nie należał do ulubionych filozofów Gombrowicza, który wypowiadał się o nim nie bez dozy jawnej pogardy: «Nietzsche: nerwy Shelleya, żołądek Carlyle'a i dusza panienki»". Zob. też: Żaneta Nalewajk, W stronę perspektywizmu. Problematyka cielesności w prozie Brunona Schulza i Witolda Gombrowicza. Prolegomena, wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2010, s. 219: "W Przewodniku pisarz określał filozofa [tj. Nietzschego] w sposób lekceważący i wzgardliwy: «nerwy Shelleya, żołądek Carlyle'a i dusza panienki», zwracał również uwagę na paradoksalność jego koncepcji".

[4] Jacques Volle, Gombrowicz. Bourreau - martyr, Bourgois, Paryż 1972, s. 208: "De Nietzsche que l'on pouvait croire son frère de lait, Gombrowicz récuse l'idéal [...] «Les nerfs de Shelley, l'estomac de Carlyle et l'âme d'une demoiselle»".

Nb. Bronisław Łagowski twierdzi nawet , że to właśnie Nietzsche "ukształtował w dużym stopniu jego [Gombrowicza] sposób myślenia i percypowania, a także styl". Bo to i kult osobowości, i antyegalitaryzm, i antyfeminizm... No i obaj lubili Schopenhauera. Ale trzeba brać chyba pewną poprawkę na te ustalenia, bo w tym samym studium Łagowski pisze w proroczym uniesieniu:

"Filozofią interesował się Gombrowicz nie mniej niż literaturą i był jej - nie waham się powiedzieć - znawcą. Śmiało można przepowiadać, że w przyszłości będzie uważany za jednego z najbardziej interesujących filozofów polskich XX wieku".

Zob. Bronisław Łagowski, Inny Gombrowicz, [w:] Gombrowicz filozof, s. 169, 172. Proroctwo zostało ogłoszone w roku 1977 (Łagowski wydrukował wtedy ten szkic pod pseudonimem Jan Demboróg). Czy spełniło się po latach już czterdziestu z okładem, niech każdy sam sobie odpowie. Kto zaś chciałby wiedzieć, jakim znawcą filozofii był Gombrowicz, niech przeczyta w DODATKACH: "Witold Gombrowicz rysuje "drzewo filozofii" albo Boże, zmiłuj się, co za blaga!".

Na sugestiach Łagowskiego oparła się Ewa M. Thompson w książce Witold Gombrowicz (Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2002); pracy o charakterze popularnym i przygotowanej pierwotnie dla czytelnika anglojęzycznego. Zob. zwłaszcza podrozdział "Nietzscheańska rama odniesienia" rozpoczynający rozdział "Świat Gombrowicza". Przy okazji. Książka została przełożona (przez Annę Sierszulską) wyjątkowo niestarannie. Na przykład w Chronologii Biesiada u hrabiny Kotłubaj zamieniła się w Spotkanie u hrabiny Kotłubaj, a z kolei Leon Wojtys z Kosmosu zamienił się wszędzie w Leona Wojtysia (konsekwentnie, w kilkunastu miejscach).

[5] W przekładzie Bogdana Barana:

Nietzsche, jak Schopenhauer i Kant, był Polakiem! 1844-1900

Nietzsche: nerwy Shelleya, żołądek Carlyle’a i dusza panienki (Gombrowicz filozof, s. 121; Publicystyka. Wywiady. Teksty różne. 1963-1969, s. 118).

[6] Opowieści Nietzschego o tym, jakoby jego przodkowie byli polską szlachtą, to tylko jego prywatna legenda. Niemniej bzik na punkcie polskości rozwinął się u niego tak potężny, że jeszcze w obłędzie pisał list do "Dostojnych Polaków", w którym oświadczał: "Należę do was. Jestem jeszcze bardziej Polakiem niż Bogiem" (Friedrich Nietzsche, Listy, wybrał, przełożył i przedmową opatrzył Bogdan Baran, inter esse, Kraków 1994, s. 393; list z 4 stycznia 1889). Dalej cytuję jako Listy.

[7] Na wszelki wypadek przypomnę odpowiednie miejsca z Trans-Atlantyku (za wydaniem: Witold Gombrowicz, Trans-Atlantyk, [w:] Dzieła, t. III, pod redakcją Jana Błońskiego, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988).

"Tego Propaganda wymaga i trzeba by wiedziano, że Naród nasz w geniuszów obfity" (s. 22; mówi to "sam Minister Poseł").

"A to wcale niezła myśl i można by ją z rodzenkowem sosem podać, ale z tem bida, że już Madame de Lespinasse coś podobnego powiedziała w jednym z Listów swoich" (s. 38; mówi to "człek Czarno Ubrany [...] inteligencji nadzwyczaj subtelnej", czyli Jorge Luis Borges uczerniony piórem Gombrowicza).

[8] Przełożyłem swobodnie. Dla koneserów to samo w oryginale:

"Even for nursing he was too sensitively delicate; the sight of blood made him ill; he fell sick, and was sent home in ruins. Ever afterward he had the nerves of a Shelley and the stomach of a Carlyle; the soul of a girl under the armor of a warrior" (Will Durant, The Story of Philosophy, wydanie nowe i zmienione, Garden City, Nowy Jork 1933, s. 441).

Mowa jest o Nietzschem-sanitariuszu, bo Nietzsche rzeczywiście służył jako sanitariusz w czasie wojny francusko-pruskiej w 1870 roku. Nie było z nim chyba jednak aż tak źle, jak sugeruje Durant.

"Od połowy sierpnia [1870] Nietzsche pracował jako sanitariusz w Erlangen, Wörth, Sulz-bei-Weissenburg, Hagenau-Bischweiler, Luneville i Nancy. Siódmego września, będąc ponownie w Erlangen, zapadł na czerwonkę i błonicę po trzech dobach nieprzerwanego pielęgnowania rannych. O własnych siłach udał się do wojskowego lazaretu, skąd zwolniono go na rekonwalescencję do domu w Naumburgu. Pod koniec października był z powrotem w Bazylei" (R.J. Hollingdale, Nietzsche, przełożył Władysław Jeżewski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2001, s. 62).

Nb. Nietzsche wcześniej odbywał dwunastomiesięczną służbę wojskową jako "szeregowiec w jednostce jazdy pułku artylerii polowej" (Tamże, s. 45) i tuż przed ostatecznym załamaniem umysłowym zdecydowanie wolał myśleć o sobie jako o artylerzyście niż o sanitariuszu.

"Jestem teraz najszczęśliwszym człowiekiem świata [...] Wszystko jest dła mnie łatwe, wszystko mi się udaje, choć nikt jeszcze nie miał w rękach rzeczy tak wielkich. [...] Tym razem wyprowadzam, stary artylerzysta, swe ciężkie działo: obawiam się, że rozbiję dzieje ludzkości na dwie połowy" (Listy, s. 377; list do przyjaciela, Franza Overbecka, z 18 października 1888).

[9] Zob. Will Durant, Vies et doctrines des philosophes. Introduction à la philosophie, Editions Payot, Paryż 1938; Will Durant, Historia de la filosofía. Vida, doctrinas y pensamiento político de los grandes filósofos antiguos y modernos (jako czwarty tom Enciclopedia didáctica Cúspide), przełożył J[osé] Farrán Mayoral, Joaquín Gil, Buenos Aires 1942.

Zajrzałem do innego (późniejszego) przekładu hiszpańskiego, w którym tę charakterystykę Nietzschego przełożono tak:

"Aun para el cargo de enfermero era excesivamente impresionable y delicado; el espectáculo de la sangre lo indisponía; por último, cayó enfermo y tuvieron que hacerlo volver a casa totalmente desecho. Mucho tiempo después, todavía tenia los nervios de un Shelley y el estómago de un Carlyle; era el espíritu de una señorita bajo la armadura de un guerrero" (Will Durant, Historia de la filosofía. La vida y el pensamiento de los más grandes filósofos del mundo, przełożył Francisco J. Perea, Wydawnictwo Diana, Meksyk 1994, s. 451).

Nb. istnieje również polski przedwojenny przekład książki Duranta wydany w dwóch tomach, ale stamtąd Gombrowicz nie mógłby przepisać nic zgrabnego, ponieważ tłumacz popsuł oryginalny bon mot wręcz koncertowo:

"Zresztą nawet dla roli pielęgniarza okazał się Nietzsche zbyt czułym i wrażliwym; widok krwi przejmował go i przyprawiał o chorobę; złamanego wypadło odesłać do domu. Od tego czasu drgały w nim nerwy jakiegoś Shelleya, gdy ponosiła go zarazem duma Carlyle'a. Żyła w nim dusza dziewczęca pod pancerzem wojownika" (Will Durant, Życie i twórczość wielkich filozofów, tom II, przełożył z upoważnienia autora Leo Belmont, Polskie Towarzystwo Przyjaciół Książki, Warszawa - Kraków - Poznań - Lwów [1939], s. 191).

[Dopisek filologiczny] Oddany Czytelnik zwrócił mi uwagę, że Leo Belmont zepsuł przekład Duranta w mniejszym stopniu, niż by się to na pierwszy rzut oka wydawało, ponieważ niegdyś w angielszczyźnie słowo 'stomach' oznaczało również 'dumę'. Owszem, oznaczało - i prawdopodobnie dlatego Belmont, mający w roku 1939 już 74 lata, mógł uznać, że 'żołądek' w takim zestawieniu brzmi zbyt trywialnie, więc trzeba sięgnąć po to dawne znaczenie. Być może w latach 80. XIX wieku (a chyba wtedy uczył się angielskiego, może na Szekspirze?) będące jeszcze w normalnym obiegu.

Ale nie w angielszczyźnie (a tym bardziej w jej amerykańskiej odmianie) z lat trzydziestych XX wieku! Rozstrzygającym argumentem jest jednak cytowana niżej uwaga Nietzschego o Carlyle'u ("Carlyle: czyli pessymizm jako niestrawiony obiad") - do której Durant nawiązuje. Znane są dobrze także problemy żołądkowe samego Nietzschego (miewał napady wymiotów, czasami nic nie mógł jeść przez szereg dni etc.). O dumie Carlyle'a Nietzsche, o ile pamiętam, nie wspominał.

[10] Napisałem wcześniej, że pod koniec czwartego wykładu Gombrowicz blefuje, jakoby przeczytał Świat jako wolę i przedstawienie Schopenhauera. Jednak w następnym wykładzie przytacza z tej książki historię o żółwiach, wymowną, ale na dobry ład marginalną.

"Schopenhauer to w rzeczywistości nie filozofia, lecz intuicja i moralność. Był oburzony, że na jakiejś pacyficznej wyspie co roku morskie żółwie wychodzą z wody na plażę w celach prokreacyjnych, a tam przewracają je na grzbiety i rozszarpują dzikie psy z tej wyspy. Mówił: Otóż takie właśnie jest życie, to samo powtarza się systematycznie od tysięcy lat, każdej wiosny" (Kurs, s. 45).

Schopenhauer tak o tych żółwiach pisze:

"[Pewien przyrodnik] opowiada, że na Jawie zobaczył ogromne pole pokryte całkiem szkieletami i sądził, że to pole bitwy; były to jednak wyłącznie szkielety żółwi, długich na pięć stóp, szerokich na trzy i równie wysokich, które by złożyć jaja wychodzą tą drogą z morza, a na które potem napadają dzikie psy (canis rutilans), przewracają wspólnymi siłami na grzbiet, rozrywają dolną skorupę, czyli pancerz na brzuchu, i pożerają żywcem. Nieraz jednak na psy napada potem tygrys. Ta cała tragedia powtarza się tysiące razy, rok w rok. W tym celu więc rodzą się żółwie. Za jakie winy muszą cierpieć tę mękę? Po co cała ta okrutna scena? Jedyna na to odpowiedź: tak obiektywizuje się wola życia" (Arthur Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, t. II, przełożył i komentarzem opatrzył Jan Garewicz, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1995, s. 510-511; poprawiłem oczywistą literówkę).

Może zatem podejrzenia o blef były nieuzasadnione? Może jednak czytał, skoro zapamiętał taką marginalną historię? Ale trzeba trafu, że akurat tę samą historię przytacza również Durant (zob. The Story of Philosophy, s. 353-354: "[...] relates that he saw in Java a plain, as far as the eye could reach, entirely covered with skeletons, and took it for a battle-field; they were, however, merely the skeletons of large turtles", etc., etc.).

Również dzięki Durantowi poznał Gombrowicz pewne "dobre porównanie" Schopenhauera:

"Schopenhauer dał takie dobre porównanie, jak zresztą każde jego porównanie, a więc powiedział, że życie ludzkie to najpierw wspinaczka pod górę, a potem schodzenie. Ale kiedy się wspina, nie widzi się tego, co jest za wierzchołkiem, to znaczy śmierci. A kiedy dochodzi się do szczytu, dopiero się to spostrzega. Wobec tego młodość i dojrzałość to dwa niezależne stany duchowe i biologiczne" (Michel Polac, Dominique de Roux, Michel Vianey, Wywiad z Witoldem Gombrowiczem, [w:] Publicystyka. Wywiady. Teksty różne. 1963-1969, s. 458-459; tłumacz nieznany).

Porównanie znajduje się w Parergach i Paralipomenach, w części noszącej tytuł "Aforyzmy o mądrości życia":

"Pogoda i odwaga życiowa naszej młodzieży wynika częściowo stąd, że idąc pod górę, nie dostrzegamy śmierci, gdyż czeka ona na końcu stoku po drugiej stronie. Ale po przekroczeniu wierzchołka śmierć, którą dotąd znaliśmy tylko ze słyszenia, postrzegamy na własne oczy, a ponieważ równocześnie siły życiowe zaczynają słabnąć, a i odwaga życiowa maleje, zatem smutek i powaga wypierają młodzieńczą wesołość i odbijają się również na twarzy. Pókiśmy młodzi, wydaje nam się, że życie nie ma końca, cokolwiek by nam mówiono, i odpowiednio też obchodzimy się z czasem. Im bardziej się starzejemy, tym oszczędniej gospodarujemy naszym czasem. Albowiem w późniejszym wieku, przeżywając każdy dzień, doznajemy podobnego uczucia, jak skazaniec przy każdym kroku, kiedy go wiodą na śmierć" (Arthur Schopenhauer, W poszukiwaniu mądrości życia. Parerga i Paralipomena, tom I, przełożył i przypisami opatrzył Jan Garewicz, wstępem poprzedziła Hanna Buczyńska-Garewicz, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2002, s. 612).

U Duranta ustęp ten jest znacznie skrócony, a potem jeszcze skompilowany z innymi zdaniami Schopenhauera:

"The cheerfulness and vivacity of youth are partly due to the fact that when we are ascending the hill of life, death is not visible; it lies down at the bottom of the other side... Towards the close of life, every day we live gives us the same kind of sensation as the criminal experiences at every step on his way to the gallows" (The Story of Philosophy, s. 356).

Nb. cytowaną wyżej wypowiedź Gombrowicza ("Schopenhauer dał takie dobre porównanie...") jeden z gombrowiczologów komentuje następująco:

"Widać stąd, że jeden z najważniejszych wątków dojrzałego pisarstwa Gombrowicza - bezdenna przepaść między młodością a dojrzałością - wywodzi się przynajmniej w pewnym stopniu z lektury pism filozofa [tj. Schopenhauera]" (Piotr Millati, Gombrowicz wobec sztuki (Wybrane zagadnienia), słowo / obraz terytoria, Gdańsk 2002, przypis 8 na s. 307).

[11] Fryderyk Nietzsche, Zmierzch bożyszcz czyli jak filozofuje się młotem, przełożył Stanisław Wyrzykowski, nakład Jakóba Mortkowicza, Warszawa 1905-1906, s. 66; jest to początek rozdziału "Niewczesne dywagacye".

[12] Biografka Gombrowicza ujmuje to w skrócie tak: "Gdy dla Borgesa najciekawszą lekturą jest Encyclopaedia Britannica, Witold żyje szczęśliwy bez książek" (Klementyna Suchanow, Gombrowicz. Ja, geniusz, tom I, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, s. 456). Przyjaciel Gombrowicza z czasów argentyńskich, Juan Carlos Gómez (wierny Goma), wspominał: "[...] on sam nie czytał dużo i nie był erudytą". Podobnie Carlos Mastronardi: "Gombrowicz mało czytał; mówił, że sam jest źródłem [...]". Podobnie Jorge Di Paola (Dipi): "Gombrowicz nie rozczytywał się wiele w literaturze. Jakieś rzeczy po polsku, myślę, że klasyka, ale jego biblioteka była skromna i bardzo przypadkowa" (Tango Gombrowicz, zebrał, przełożył i wstępem opatrzył Rajmund Kalicki, Wydawnictwo Literackie, Kraków - Wrocław 1984, s. 358, 138).

W liście do brata Jerzego, który w 1957 roku wydrukował o nim artykuł w polskiej prasie, pisał:

"Co się tyczy mojej «olbrzymiej wiedzy», to przyznaj, iż nieco to zmitologizowałeś, może na użytek kielczan, bo Olenia [żona Jerzego Gombrowicza] świadkiem, iż we Wsoli więcej zabawiałem się tenisem czy ping-pongiem niż książkami i w ogóle nigdy do zbyt zapalczywych czytelników nie zaliczałem się" (Witold Gombrowicz, Listy do rodziny, opracował Janusz Margański, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004, s. 124).

[13] Witold Gombrowicz, Dziennik 1957-1961, [w:] Dzieła, t. VIII, pod redakcją Jana Błońskiego, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, s. 266. To naturalnie ukryty przytyk pod adresem Borgesa, choć czasem Gombrowicz dogryzał mu w podobny sposób wprost:

"Koniec końców jednak to pisarz dla literatów, fabrykant kultury pasożytującej na kulturze. Zresztą jego osławiona erudycja wydaje mi się wyolbrzymiona. Mam wrażenie, że naprawdę dobrze zna on przede wszystkim Encyklopedię brytyjską" (Publicystyka. Wywiady. Teksty różne. 1963-1969, s. 309; jest to przekład z francuskiego, więc "osławiona erudycja" to tylko inwencja tłumacza, Ireneusza Kani).