EBENEZER ROJT

Blaskomiotny
Komu Łysiak odbił tę kochankę?

[Marian Butrym] - Pańskie neologizmy, jak chociażby to ulubione blaskomiotny, drażnią stylistów w Pańskich książkach. Bawi Pana produkowanie nowych wyrazów?

[Waldemar Łysiak] - Nie, to przychodzi samo, a potem człowiek się przywiązuje jak do kochanki i już używa. Jest takich słów zaledwie kilka, nie bawi mnie neologizowanie... [1].
Opinię, że blaskomiotny to ulubiony neologizm Łysiaka, potwierdzają również językoznawcy [2]. I rzeczywiście - w książce, z której pochodzi powyższy cytat, określenie to pojawia się wielokrotnie. Mogą więc być blaskomiotne słowa (s. 26), blaskomiotna opowieść (s. 113), blaskomiotna legenda i blaskomiotne legendy (s. 204, 206), blaskomiotne laurki (s. 256), blaskomiotne kamienie i lustra (s. 347) oraz blaskomiotne komplementy (s. 358).

W Lepszym są blaskomiotne epitafia [3], w Stuleciu kłamców blaskomiotny ołtarz i blaskomiotne hasła [4], w debiutanckiej Kolebce - pancerz z łuski blaskomiotnej [5]. Blaskomiotne pancerze są też na początku Empirowego pasjansa, w ustępie, który Łysiak po latach z niewielkimi zmianami wstawił do Kielicha. Dla miłośników literackich żartów obie wersje podaję w aneksie.

A zatem Łysiak nie kłamał: przywiązał się do słowa blaskomiotny jak do kochanki. Rzecz jednak w tym, że to wcale nie jego wynalazek! Komu więc tę kochankę odbił?

Był kiedyś niezmiernie popularny eseista, Stanisław Wasylewski, dziś niesłusznie trochę zapomniany, zepchnięty do drugiego szeregu. Zmarł przed prawie sześćdziesięciu laty, w roku 1953, a sześć lat później ukazały się jego wspomnienia, zatytułowane zresztą Czterdzieści lat powodzenia. W ich pierwszej części tak oto opisuje on jedno z najwcześniejszych wspomnień swojego życia - dzień, gdy zaprowadzono go na jarmark pod Wzgórzem Św. Jura we Lwowie:

Mam lat może trzy, może idzie mi na czwarty [a więc jest rok 1888 lub 1889, bo Wasylewski urodził się w roku 1885]. Babka Starklowa wiedzie mnie za rękę. W okręgu cudów spełnionych jesteśmy. [...] Przekupień z kobiałki dobywa purpurowego kogucika. Prześliczny kogucik. Wkłada go do ust. Cudo, istne cudo! Kogucik zmienił się w gwizdawkę. Gwiżdże. Przekupień wyjął gwizdawkę z ust i - ta coś tyż! - schrupał. Za chwilę ja sam zostaję czarodziejem, gwizdam, oglądam i polizuję. Słodkie. Ale żal mi schrupać. Cud słodkiego gwizdania jest milszy.
[...]
Nic więcej nie pamiętam z jarmarku pod świętym Jurem. Obfite niezawodnie doznania tej eskapady przygłuszyły przykrości i przyjemności po powrocie do domu babcinego. Przykrości wcale bolesne. Starszy o jakieś trzy lata dryblas, zwany "wujciem Tadziem", w czasie zabawy w konie czy konny tramwaj nabił mi guzów porządnych, na które lekarstwem stała się przedziwna woń pasty do podłóg, którą froter Wawrzyniec natarł rano salon i gabinet dziadka. Ale nade wszystko, nade wszystko krążek złoty, blaskomiotny!... Farba akwarelowa podarowana mi przez ciocię Munię, dziewczynkę już dorosłą, o pięć wiosen co najmniej starszą.
       Trzy najmilsze osiągnięcia z wycieczki na jarmark pod Św. Jurem: słodko-purpurowa gwizdawka, upojna woń pasty do podłóg i złoty krążek śnią mi się czasem, gdy zaledwie przecknąć zdołam z majaków sennych [6].
O ile wiem, Wasylewski nigdzie więcej określenia blaskomiotny nie użył. Może wpadł na nie dopiero u schyłku życia. A może nie wydało mu się warte natrętnego wprowadzania do polszczyzny, skoro już mają w niej dom tak podobne przymiotniki jak blaskosiejny czy blaskorodny. I to od dość dawna. Według Słownika warszawskiego pierwszy z nich można znaleźć u Zygmunta Krasińskiego, natomiast wyrażenia blaskorodne zbroje użył już Sebastian Petrycy, lekarz, pisarz i tłumacz [7]. Działo się to w roku 1606 lub 1607, w moskiewskim więzieniu [8].



ANEKS

Empirowy pasjans

Wówczas pojawiają się zjawy. Przebiegają równinę jeźdźcy z dalekiej krainy, położonej za siódmym morzem i za ośnieżonymi lasami. Zbrukane w boju płaszcze fruwają za nimi rozpostarte z ramion jak sztandary i odsłaniają pancerze blaskomiotne jak zwierciadła pokazane słońcu. Zbrojni w lance i ciężkie rapiery galopują w niewielkich grupach, wzbijając tumany pyłu drzemiącego wśród traw, i nikną równie niespodziewanie, na modłę widm. Zastępują ich rozbójnicy w skórzanych kaftanach skrytych pod opończami, półnagie kobiety w obłąkanym tańcu, dostojnicy w turbanach kapiących od złota, tajemniczy myśliwi, szpiedzy o oczach bazyliszków i wygnane dzieci.
Wszyscy oni pędzą do jakiegoś celu skrytego za zamgloną smugą gór i nikną, gdy gwiazdy wchodzą w posiadanie nieba. Są jak strzały puszczone w bezkres przez mocarnego łucznika, poddane prawu przyspieszenia, które wciąż się odradza, jakby związane z cięciwą, która pcha bez końca. Są jedynym pulsem i biżuterią pustkowia, pod którego niebem omdlewają spłoszone przez nich zwierzęta. Mają coś z bohaterów filmów Bergmana, coś ze Źródła i z Siódmej pieczęci, pionowe twarze, posępne rysy, ściągnięte brwi, szkliste oczy, niespokojne sumienia i umęczone dusze, jakby każdy z nich cierpiał na chorobę, którą Wilhelm Reich określa mianem "udręki emocjonalnej" [9].

Kielich

Przebiegają tę wielką misę wśród gór jeźdźcy z dalekiej krainy, położonej za siódmym horyzontem i za ośnieżonymi lasami północnego bieguna. Zbrukane płaszcze furkoczą im u ramion, odsłaniając pancerze blaskomiotne niby zwierciadła pokazane słońcu. Zbrojni w lance i długie rapiery - galopują niewielkimi grupami, wzbijając tumany pyłu drzemiącego pośród traw, i nikną równie niespodziewanie, na modłę upiorów. Zastępują ich rozbójnicy w skórzanych kaftanach skrytych pod opończami, półnagie kobiety w obłąkanym tańcu, dostojnicy w turbanach kapiących od złota, tajemniczy myśliwi, szpiedzy o oczach bazyliszków i wygnane dzieci. Wszyscy oni pędzą do jakiegoś celu skrytego za zamgloną smugą gór, i rozpływają się wzorem widm, kiedy gwiazdy wychodzą na niebo. Są niczym strzały puszczone w bezkres przez mocarnego łucznika, poddane prawu przyspieszenia, które wciąż się odradza, gdyż jest stymulowane czarodziejską cięciwą, pchającą bez ustanku. Mają coś z bohaterów filmów Bergmana, coś ze "Źródła" i z "Siódmej pieczęci": pionowe twarze, posępne rysy, ściągnięte brwi, szkliste oczy, niespokojne sumienia i umęczone dusze, jakby każdy cierpiał na chorobę, którą Wilhelm Reich określa mianem "udręki emocjonalnej".
Zjawisko "déjà vu", gdy się już czytało lub pisało ten sam akapit, bądź fotografowało ten sam widok [10].
[1] Z wywiadu Godzina z "Szakalem" z roku 1980 przedrukowanego w: Waldemar Łysiak, Łysiak na łamach, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1988, s. 347.

[2] Zob. Stanisław Mikołajczak, Neologizmy słowotwórcze w publicystyce Waldemara Łysiaka, "Poznańskie Studia Polonistyczne. Seria Językoznawcza", 1996, t. 3, s. 42: "To jest ulubione słowo W. Łysiaka wyszydzające różne przejawy autoreklamy władców socjalistycznych i ich propagandę sukcesu - używa go od lat siedemdziesiątych". Jeśli idzie o wyszydzanie "władców socjalistycznych i ich propagandę sukcesu", Stanisław Mikołajczyk podaje przykład z artykułu Łysiaka opublikowanego w "Kulturze" w listopadzie 1980 roku. Dla porządku wypada przypomnieć, że był to czas, kiedy propagandę sukcesu wyszydzano już niemal w każdym artykule: zupełnie otwarcie i bez neologizmów.

[3] Waldemar Łysiak, Lepszy. Dla zmarłego kochanka epitafium taneczne czyli poemat prozą o karmaniolach, czerwonych walcach, "fokstrotach" i polonezach różowych, Wydawnictwo OFFICINA, Warszawa 1990, s. 56.

[4] Waldemar Łysiak, Stulecie kłamców, Ex Libris - Galeria Polskiej Książki, Wydawnictwo Andrzej Frukacz, Chicago-Warszawa 2000; odpowiednio: s. 61 i 165.

[5] Waldemar Łysiak, Kolebka, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1987, s. 67.

[6] Stanisław Wasylewski, Czterdzieści lat powodzenia. Przebieg mojego życia, przygotowali do druku i opatrzyli przypisami oraz notami biograficznymi Edward Kiernicki i Franciszek Pajączkowski, Ossolineum, Wrocław 1959, s. 47-48; wyróżnienie moje.

[7] Słownik języka polskiego, ułożony pod redakcją Jana Karłowicza, Adama Kryńskiego i Władysława Niedźwiedzkiego, tom I, Warszawa 1900, s. 163.

[8] Petrycy w 1606 roku pojechał do Moskwy na ślub Maryny Mniszchówny z Dymitrem Samozwańcem. Miał sporo szczęścia, bo w majowej rzezi ocalił życie i tylko trafił do więzienia, gdzie przesiedział przeszło rok zajmując się tłumaczeniem Horacego, czyli w warunkach całkiem cywilizowanych. Przekład ten ukazał się w roku 1609 w Krakowie nakładem drukarni Bazylego Skalskiego pod dramatycznym tytułem (tu i dalej dla łatwości czytania nie trzymam się ściśle oryginalnej pisowni): Horatius Flaccus w trudach więzienia Moskiewskiego. Na utulenie żalów przez doct. Sebasti Petricego medyka, nie tak namyślnie, iak w niewoley tęskliwie w Lyrickich pieśniach zawarty. Na ten czas gdy boiarowie Dimitra Cara Pana swego przysięgą posłuszeństwa ubespieczonego, przez cicho zprzysięgłą zdradę haniebnie zamordowali: Carowey Iey M. Koronatią y państwo poprzysięgłe znieważyli: wiele PP. Polaków na wesele wezwanych, nad wszelką słuszność, w tym zamieszku, iednych pozabiiali, drugich y samych Ich M. PP. Posłów do trzech niemal lat w więzieniu zatrzymali.

Samo tłumaczenie to dość często swobodne przeróbki, uwspółcześnione wariacje na temat "z Horacego". Na przykład odę XXIV z Ksiąg Pierwszych, poświęconą żałobie po zmarłym przyjacielu, zadedykował Petrycy Mikołajowi Komorowskiemu, staroście oświęcimskiemu, a potem pisał (podaję wersy 5-8 za pierwodrukiem, którego stronice nie są numerowane):

"Jużci tak, KOMOROWSKI, polskich ludzi siła

Moskiewska moc zdradliwie wiecznem snem uśpiła:

Z których niemały Oyczyzna mieć miała

Pożytek, gdyby zwróconych witała".
Natomiast zwrot blaskorodne zbroje został użyty w 25 wersie przekładu I ody z Ksiąg Wtórych. Cytuję wersy 23-26:

"Już teraz słychać dumy na surmach płaczliwe;

Już bębny gromem groźne, y trąby krzykliwe;

Już blaskorodnym zbroiom ustępuią ślady

Końskie, boiąc się zprzodku zapalczywey zwady".

[9] Waldemar Łysiak, Empirowy pasjans, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1977, s. 9.

[10] Waldemar Łysiak, Kielich, Wydawnictwo Nobilis, Warszawa 2002, s. 400-401.