EBENEZER ROJT

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hannah Arendt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hannah Arendt. Pokaż wszystkie posty

Agata Bielik-Robson zmyśla jak dziecko
albo stan oświeceniowej elity

Kiedy w 1794 r. Immanuel Kant pisze esej na ogłoszony przez "Miesięcznik Berliński" konkurs "Co to jest oświecenie?", nikt jeszcze nie wie dokładnie, czym ono jest. [...] Obecnie lektura tego eseju wręcz napawa wzruszeniem: Kant jest pełen entuzjazmu, opiewa oświecenie jako najlepszy i ostateczny pomysł w historii ludzkości, dający receptę na "wieczysty pokój". [...] Dla Kanta nie ma nic prostszego niż zalecić ludzkości, by wreszcie dorosła: tworzy metaforę dojrzewania racjonalno-duchowego całkiem naturalnie, przenosząc ją ze sfery domowej na społeczną. [...] Analogia ta organizuje kształt całego eseju: tak jak dziecko uczy się w końcu chodzić samo po tym, jak nabiło sobie kilka guzów, upadając - tak człowiek w końcu nauczy się sztuki bycia oświeconym, choć początki mogą być bolesne i trudne. I tak jak główną troską rodzica jest zadbać o usamodzielnienie się pociechy - tak elita oświeceniowa ma za zadanie wyprowadzić ludzkość ze stanu zdziecinnienia, a następnie łagodnie się usunąć, kiedy już misję swą wykona.
- tak Agata Bielik-Robson zaczyna esej Ucieczka od poczytalności [1]. Wszystko to są zmyślenia. Nadto już w pierwszym zdaniu udało się jej od razu zmieścić dwa błędy!

Po pierwsze, Kant nie pisał swojego eseju na konkurs "Miesięcznika Berlińskiego". Takiego konkursu w ogóle nie było. Była dyskusja wywołana pewnym artykułem (nazwisko jego autora i tak nic wam nie powie).

Po drugie zaś - i bez porównania ważniejsze! - Kant nie pisał go w roku 1794, lecz dziesięć lat wcześniej - w roku 1784 [2]. I nie, nie jest to w tym wypadku banalna literówka. Albowiem na następnej stronie Agata Bielik-Robson nawiązuje do tej daty, podkreślając, że już "kilka lat po manifeście Kanta Georg Wilhelm Hegel, razem ze swoim starszym przyjacielem Friedrichem Wilhelmem Schellingiem" (Bielik-Robson, s. 8; wyróżnienie moje) piszą krótki tekst, który dziś uznaje się za najstarszy program niemieckiego idealizmu [3]. A ponieważ datuje się ten program na lata 1796-1797, "kilka lat" minęło, gdy ma się na myśli rok 1794. W rzeczywistości jednak minęło tych lat kilkanaście (a Schelling był od Hegla o pięć lat młodszy).

Ale jakie to w ogóle ma znaczenie, Ebenezerze? - zapytacie. Znowu jakieś drobiazgi? Otóż nie jest bez znaczenia, czy na przykład słowa:

Za sprawą rewolucji, co najwyżej, można pozbyć się indywidualnego despotyzmu oraz tyranii żądnej zysku bądź władzy, ale nigdy nie można [dzięki niej] doprowadzić do prawdziwej reformy sposobu myślenia. Zamiast tego nowe przesądy, tak samo jak stare, będą służyć jedynie prowadzaniu bezmyślnego tłumu jak na sznurku [4].
Kant napisał pięć lat przed zburzeniem Bastylii (jak było naprawdę), czy też pięć lat po tym wydarzeniu (jak w fantazji Agaty Bielik-Robson). Zbyt wiele się działo pod koniec XVIII wieku, by można było bezkarnie mylić się nawet o drobne 10 lat [5].

Trzeba wam także wiedzieć, że w 1784 roku Kant jest dopiero na początku swojej krytycznej drogi. Ogłosił już wprawdzie pierwszą wersję Krytyki czystego rozumu [6] i Prolegomena do wszelkiej przyszłej metafizyki, ale dwie pozostałe Krytyki, Uzasadnienie metafizyki moralności, Religia w obrębie samego rozumu oraz ostateczna wersja Krytyki czystego rozumu są wciąż przed nim. W 1794 wszystkie te dzieła były już napisane, a więc i sam Kant był znacznie potężniejszą figurą. To też nie jest bez znaczenia.

Natomiast w 1784 roku dopiero się rozpędzał i w gruncie rzeczy najbardziej zależało mu na tym (i to jest właściwy temat jego eseju), by filozofowie w Prusach dalej mogli sobie swobodnie filozofować, "wolni od obcego przewodnictwa" i nie zmuszani do respektowania jakiegokolwiek autorytetu. Tymczasem przyjemne (pod tym względem) panowanie Fryderyka Wielkiego miało się już ku końcowi i krytyczny Kant w swojej bezkrytycznej apoteozie tego panowania, miejscami nawet trochę żenującej, próbuje je filozoficznie ugruntować jako trwały wzór dla każdego prawdziwie oświeconego władcy. Ponieważ (jak zapewnia):

posiadamy wyraźne ślady tego, że obecnie stworzone zostało miejsce do swobodnej pracy nad sobą, a także, że stopniowo ulegają zmniejszeniu przeszkody [na drodze] do powszechnego oświecenia czy wyjścia z zawinionej przez człowieka niedojrzałości. Pod tym względem epoka ta jest epoką oświecenia albo stuleciem Fryderyka [7].
Epoka oświecenia albo stulecie Fryderyka? Ano właśnie. I dalej pisze Kant o tym swoim ulubionym Fryderyku następująco:
Jedynie taki [władca], który, sam będąc oświeconym, który nie boi się [własnego] cienia, i jednocześnie dla zagwarantowania publicznego spokoju dysponuje doskonale zdyscyplinowanym licznym wojskiem, może powiedzieć to, na co nie może odważyć się republika: rozmyślajcie, ile tylko chcecie, i nad czym tylko chcecie, lecz bądźcie posłuszni! [8].
Kantowi owo łaskawe monarsze "rozmyślajcie, ile tylko chcecie" - zasadniczo, ma się rozumieć, skierowane do uczonych [9] - najzupełniej w tamtym czasie wystarczało. Toteż w swoim eseju nie tyle opiewał oświecenie (jak fantazjuje Agata Bielik-Robson), ile oświecony absolutyzm Fryderyka Wielkiego, a sformułowanie "wieczysty pokój" (czy też podobne) w ogóle się tam u niego nie pojawia, bo w sąsiedztwie imienia tak militarnie przedsiębiorczego władcy brzmiałoby przecież cokolwiek zgrzytliwie. O projekcie wieczystego pokoju Kant napisze dopiero za jedenaście lat, już w całkiem innej sytuacji politycznej (i wtedy też nieco inaczej oceniać będzie rządy republikańskie) [10].

Wyłącznie kolejną fantazją Agaty Bielik-Robson jest również metafora (rzekomo Kantowska), która dojrzewanie racjonalno-duchowe "całkiem naturalnie" przenosi "ze sfery domowej na społeczną". Kant w swoim eseju nie tylko nie tworzy żadnej takiej metafory ani też analogii do rozwoju dziecka, ale nawet ani razu nie używa słów 'dziecko' czy 'rodzice' [11].

U Kanta nieoświecona ludzkość nie jest bowiem podobna do dziecka, które nie ma rozumu, ale do młodego człowieka, który rozum już wprawdzie ma, ale brak mu jeszcze odwagi, by się nim posługiwać na własny rachunek. Unmündigkeit (niedojrzałość) to nie jest "stan zdziecinnienia", z którego miałaby ludzi wyprowadzać jakaś tajemnicza "oświeceniowa elita" (nb. zdziecinnieć może tylko ten, kto już wcześniej był dojrzały). Bo też Kant nie projektuje w swoim eseju żadnej takiej elity. To znowu tylko bujna fantazja Agaty Bielik-Robson [12].

Dalej także nie obeszło się bez zmyśleń [13].

To nie Robert Musil, "pijąc do Kanta" (Bielik-Robson, s. 9) wyraził przekonanie, że ludzkość jest zdolna "i do skrajnego barbarzyństwa, i do krytyki czystego rozumu". Jest to sformułowanie (nieco kulawo powtórzone) z rozmyślań Ulricha, bohatera Musilowskiego Człowieka bez właściwości, więc jeśli już, to raczej on, postać literacka, "pije do Kanta" [14].

Nie można niczego oprzeć "na słynnej sentencji Tertuliana, jednego z Ojców Kościoła: credo quia absurdum, wierzę, bo jest to absurdalne" (Bielik-Robson, s. 9), bo u Tertuliana takiej sentencji nie ma. Przypisano ją Tertulianowi (nb. na ogół nie zaliczanemu do Ojców Kościoła) bardzo późno, a w tej postaci dopiero w czasach oświecenia. Ot, taki oświeceniowy fake news. Owszem, można u Tertuliana znaleźć sformułowania jakby nieco podobnie brzmiące, ale kto go rzeczywiście czytał, ten wie, że credo quia absurdum w ogóle nie pasuje do jego - tak! - racjonalizmu [15].

Hegel nigdy nie powiedział "tym gorzej dla faktów". To tylko złośliwa plotka, kolejny fake news [16]. Dodatkowym zmyśleniem jest też wiadomość, jakoby "Hegel, wielki idealista za młodu, popadł na starość w depresję, przytłoczony przez «pesymizm intelektu», czyli nadmiar wiedzy odbierający wszelką nadzieję" (Bielik-Robson, s. 9). Było akurat odwrotnie: to w młodości Hegel przeżywał kryzys i popadł w depresję, na starość zaś usposobienie miał na ogół weselsze, jeśli pominąć zgryzoty ze zdrowiem [17].

I na koniec zmyślenie wręcz nieprawdopodobne. Muszę ten passus zacytować w całości, bo mi nie uwierzycie.

Jest taka pojedyncza figura-synekdocha, w której skupia się wielkie rozczarowanie obietnicą oświecenia, tak po stronie wychowanków, jak i wychowawców: jest nią Adolf Eichmann, opisany w słynnym raporcie Hannah Arendt z procesu w Jerozolimie jako absolutne przeciwieństwo wolnej, refleksyjnej, dojrzałej i świadomej etycznie jednostki. Eichmann do końca uważał się za człowieka niewinnego, biernie i posłusznie wypełniającego nakazy swojej wspólnoty, a tym samym "niepoczytywalnego" za popełnione zbrodnie. Wprawdzie twierdził, że jego ulubioną książką, która podnosiła go na duchu w czasie "trudnej pracy" w oświęcimskim obozie, była "Krytyka czystego rozumu" Kanta - ale ewidentnie niewiele z niej zrozumiał (fragment, który doprowadzał Eichmanna do ekstazy, poświęcony był pochwale obowiązku, reszta już komendanta nie obchodziła) (Bielik-Robson, s. 9-10).
W Krytyce czystego rozumu nie ma fragmentu poświęconego pochwale obowiązku, a Eichmann, rzecz jasna, podczytywał sobie Krytykę praktycznego rozumu i coś z niej chyba zrozumiał [18]. Mniejsza już jednak o tego Kanta (choć niektórzy za takie pomylenie obu Krytyk odsyłają studentkę filozofii do poprawki). Ale o jaką trudną pracę Eichmanna "w oświęcimskim obozie" chodzi Agacie Bielik-Robson i dlaczego tytułuje go komendantem? Czyżby wyobraziła sobie, że Eichmann był komendantem KL Auschwitz? Przecież ktoś, kto choć raz przeczytał Eichmanna w Jerozolimie, nie mógłby napisać takiego piramidalnego głupstwa. Więc może jednak nie czytała...

Jeśli zaś nawet nie czytała, mogła to sprawdzić w ciągu kilku minut. Ale nie sprawdziła i zamiast tego wolała znowu coś zmyślić. Jak dziecko [19].

[1] Agata Bielik-Robson, Ucieczka od poczytalności, "Niezbędnik Współczesny" (wydanie specjalne "Polityki") 2019, nr 1, s. 7. Dalej cytuję w nawiasach okrągłych jako Bielik-Robson z podaniem numeru strony. Redaktor tego wydania, Leszek Będkowski, nazywa we wstępie ten esej "pasjonującym (i formalnie pięknym)", a więc chyba go uważnie przeczytał.

[2] I[mmanuel] Kant, Beantwortung der Frage: Was ist Aufklärung?, "Berlinische Monatsschrift", grudzień 1784, s. 481-494. Dalej cytuję jako BM. Prócz tego równolegle jako AA podaję odpowiednie strony ze standardowego wydania Kanta: Kants Werke "Akademie-Ausgabe" Pruskiej Akademii Nauk. W tym wypadku jest to tom VIII: Abhandlungen nach 1781.

[3] Jest to kilka stroniczek bez tytułu napisanych ręką Hegla, więc współautorstwo Schellinga to tylko domniemanie. Niektórzy badacze przypuszczają, że kolejnym współautorem mógł być Friedrich Hölderlin (Hegel, Schelling i Hölderlin przyjaźnili się i mieszkali razem w Tybindze). Bezpośredniego wpływu ten program żadnego nie wywarł, bo drukiem ukazał się dopiero w 120 lat po napisaniu. Polski przekład: G[eorg] W[ilhelm] F[riedrich] Hegel, [Najstarszy program systemu niemieckiego idealizmu], [w:] Idem, Pisma wczesne z filozofii religii, przełożył Grzegorz Sowinski, Wydawnictwo Znak, Kraków 1999, s. 275-277.

[4] Immanuel Kant, Odpowiedź na pytanie; czym jest oświecenie?, przełożył Tomasz Kupś [w:] Idem, Dzieła zebrane, tom VI: Pisma po roku 1781, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2012, s. 48. Dalej cytuję jako Kant.

Dla koneserów to samo w oryginale:

"Durch eine Revolution wird vielleicht wohl ein Abfall von persönlichem Despotism und gewinnsüchtiger oder herrschsüchtiger Bedrückung, aber niemals wahre Reform der Denkungsart zu Stande kommen; sondern neue Vorurtheile werden, eben sowohl als die alten, zum Leitbande des gedankenlosen großen Haufens dienen" (BM, s. 484; AA, s. 36).

[5] Jak zgrabnie ujął to świadek epoki, który nb. zdążył jeszcze prywatnie słuchać Kanta:

"Było to w czasie, kiedy z jednej strony Uczeni niemieccy ubiegali się na wyścigi w doskonaleniu umiejętności filozoficznych; z drugiej Francuzi, obłąkani szałem gminowładztwa, chwytali się na przekorę czystemu rozumowi niedorzecznych urojeń, i za okropnemi gardłowali zbrodniami" (Józef Bychowiec, Sztuka zapobiegania chorobom. Rzecz krótka, ułożona przez lekarzy niemieckich, pomnożona wstępem, wskazaniem przesądów miejscowych względem zachowania zdrowia, pomysłami do higieny religijnej i obszerniejszym wykładem przepisów higienicznych (na okładce inny wariant podtytułu zakończony: ...z dodaniem rozprawy filozoficznej o mocy umysłu przez Kanta), nakładem autora, Wilno 1843, s. 209).

[6] Pisząc swój esej o tym, czym jest oświecenie, Kant po części odwoływał się (niejawnie) do wcześniejszych rozważań z Krytyki czystego rozumu. Kto chciałby się o tym przekonać, niech przeczyta rozdział drugi pierwszego działu Metodologii transcendentalnej zatytułowany "Dyscyplina czystego rozumu ze względu na jego użycie polemiczne", zaczynający się słowami:

"Rozum musi we wszystkich swych przedsięwzięciach sam poddać siebie krytyce i nie może przez żaden zakaz uczynić uszczerbku jej wolności, nie szkodząc sobie samemu i nie ściągając na siebie szkodliwych podejrzeń. Z uwagi na pożytek nie ma tu nic tak ważnego, nic tak świętego, co by się mogło uchylić od tego badania dokonującego kontroli i przeglądu, a nie znającego żadnych względów na autorytet osoby. Na tej wolności opiera się nawet istnienie rozumu, który nie ma dostojności dyktatorskiej, lecz którego wyrok nie jest nigdy niczym innym jak tylko zgodą wolnych obywateli, z których każdy musi móc bez skrępowania wypowiedzieć swe wątpliwości, a nawet swoje veto" (Immanuel Kant, Krytyka czystego rozumu, tom II, z oryginału niemieckiego przełożył oraz opatrzył wstępem i przypisami Roman Ingarden, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1986, s. 479-480; w pierwszym wydaniu Krytyki czystego rozumu są to strony 738-739).

[7] Kant, s. 51-52. Wyróżnienie 'Fryderyka' za pierwodrukiem.

Dla koneserów to samo w oryginale:

"Allein, daß jetzt ihnen doch das Feld geöffnet wird, sich dahin frei zu bearbeiten, und die Hindernisse der allgemeinen Aufklärung, oder des Ausganges aus ihrer selbst verschuldeten Unmündigkeit, allmählig weniger werden, davon haben wir doch deutliche Anzeigen. In diesem Betracht ist dieses Zeitalter das Zeitalter der Aufklärung, oder das Jahrhundert Friedrichs" (BM, s. 491; AA, s. 40).

[8] Kant, s. 52-53.

Dla koneserów to samo w oryginale:

"Aber auch nur derjenige, der, selbst aufgeklärt, sich nicht vor Schatten fürchtet, zugleich aber ein wohldisciplinirtes zahlreiches Heer zum Bürgen der öffentlichen Ruhe zur Hand hat, - kann das sagen, was ein Freistaat nicht wagen darf: räsonnirt so viel ihr wollt, und worüber ihr wollt; nur gehorcht!" (BM, s. 493; AA, s. 41).

Wazeliniarstwa pod adresem Fryderyka jest tam zresztą znacznie więcej:

"Tylko jedyny na świecie władca mówi: zastanawiajcie się, ile tylko chcecie [...] sam jest oświecony i zasługuje na to, ażeby wdzięczni współcześni mu, jak i potomni czcili go właśnie jako tego, który pierwszy, przynajmniej w dziedzinie panowania, uwolnił rodzaj ludzki od niedojrzałości [...] jak dotąd żaden monarcha nie przewyższył tego, którego my czcimy (Kant, s. 48, 52).

[9] W innym miejscu Kant (tym razem usposobiony państwowotwórczo) zauważa, że:

"Dla wielu spraw, które wpływają na interesy społeczności, jest niezbędny pewien mechanizm, utrzymujący niektórych członków społeczeństwa w biernym posłuszeństwie tak, aby dzięki zaprowadzonej w ten sposób sztucznej jednomyślności rząd był w stanie realizować publiczne cele lub chociaż chronić je przed zaprzepaszczeniem. Oczywiście, w takim przypadku zastanawianie się nie jest dozwolone, tu raczej trzeba być posłusznym" (Kant, s. 51-52; wyróżnienia moje).

[10] W 1784 roku Kant głosi apologię rządów Fryderyka Wielkiego zapewniających wolność myśli niezbędną do powszechnego oświecenia. Natomiast w roku 1798, zaraz po śmierci króla Fryderyka Wilhelma II (któremu Religia w obrębie samego rozumu jakoś nie przypadła do smaku), Kant wydaje Spór fakultetów, gdzie, owszem, dalej uznaje za dobry znak, że:

"ludowi pozostawiona została wolność wiary; jednakże pochwała ta jest tylko pochwałą rządu. Sam w sobie taki publiczny stan religii nie jest jednak dobry, jeżeli zasada na której się opiera nie prowadzi do powszechności i jedności istotnych zasad wiary, jak tego wymaga pojęcie religii" (Immanuel Kant, Spór fakultetów, przełożył Mirosław Żelazny, [w:] Idem, Dzieła zebrane, tom V: Religia w obrębie samego rozumu, Spór fakultetów, Metafizyka moralności, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2011, s. 233).

Zaraz jednak okazuje się, że jest owo oświecone pojęcie religii bardzo wymagające, więc aby również Żydzi mogli stać się narodem "oświeconym, cnotliwym i zdolnym do przestrzegania wszystkich praw stanu obywatelskiego", bynajmniej nie wystarczy, by myśleli sobie, ile tylko chcą i byli posłuszni. Konieczna jest także "eutanazja judaizmu" (die Euthanasie des Judenthums). Na czym miałaby ona polegać, poczytajcie już sobie sami. Kwestię tę szczególnie polecam uwadze Agaty Bielik-Robson, która kiedyś wyfantazjowała na poczekaniu nowy wspaniały judaizm ["Agata Bielik-Robson rozmawia z Tadeuszem Bartosiem. Część II: A. B.-R. wymyśla nowy wspaniały judaizm"], więc może teraz spróbowałaby go jakoś pogodzić z wyfantazjowanym przez siebie Kantem.

[11] Owszem, pojawia się w eseju Kanta chodzik dla dzieci (Gängelwagen), ale na tyle nieważny, że w polskim przekładzie całkiem zniknął. Akcent pada bowiem nie na "dziecięcość" pasażera takiego chodzika (z której w naturalny sposób się wyrasta), ale na jego tchórzliwość. Nie istnieje zaś żadne naturalne przejście od tchórzostwa do odwagi, gdy idzie o myślenie. Nie nauczy tej odwagi posługiwania się własnym rozumem również żadna oświeceniowa elita ani autorytet, bo skończyć by się to musiało każdorazowo tak, jak w tej znanej scenie z Żywotu Briana, gdy Brian (mesjasz mimo woli) tłumaczy zebranym pod jego domem ludziom, że wszyscy oni są osobnymi jednostkami (individuals), a tłum odpowiada mu chórem: tak, wszyscy jesteśmy osobnymi jednostkami!

[12] Owszem, Kant marginalnie wspomina, że "nawet pośród mianowanych opiekunów wielkiego tłumu zawsze znajdzie się kilku myślących samodzielnie, którzy po zrzuceniu jarzma niedojrzałości będą wokół siebie upowszechniać ducha rozumowej oceny własnej wartości i powołania każdego człowieka do samodzielnego myślenia" (Odpowiedź, s. 48). Niemniej nie jest to żadna elita obdarzona misją pedagogiczną. W najlepszym razie pewna szczęśliwa okoliczność, warunek niewystarczający i nawet niekonieczny. Warunkiem koniecznym jest bowiem (zdaniem Kanta) wyłącznie wolność. "Dla oświecenia nie potrzeba niczego oprócz wolności" (Kant, s. 48). "Zu dieser Aufklärung aber wird nichts erfordert als Freiheit [...]" (BM, s. 484; AA, s. 36).

W innym miejscu Kant pisze jasno: "Mimo to jest jednak możliwe, ażeby publiczność sama się oświeciła (sich selbst aufkläre)" (Kant, s. 48; wyróżnienie moje), czyli liczy na samoemancypację (choć nieco reglamentowaną przez władzę państwową). Ale Agacie Bielik-Robson nic nie przeszkodzi w snuciu najniedorzeczniejszych fantazji: "Cały esej [Kanta] jest więc utrzymany w tonie pedagogicznym" (Bielik-Robson, s. 7).

[13] Drobne bałamuctwa i niechlujstwa odnotowuję już tylko w przypisie, żeby was nie zanudzić.

Słynny (i nie tak znowu obszerny) esej Francisa Fukuyamy Koniec historii nie został u nas przetłumaczony "niemal natychmiast, czyli tuż po 1989 r." (Bielik-Robson, s. 8), ale dopiero po dwóch latach, czyli w średnim tempie, a przekład ukazał się w dość ezoterycznej publikacji. Natomiast rozszerzona wersja książkowa poczekała na wydanie cztery lata.

"Gdyby pozbawić człowieka opieki i ochrony matczynych instytucji - Kościoła, narodu, ojczyzny (ecclesia, natia, patria) [...]" (Bielik-Robson, s. 8). Taka wyliczanka brzmi zgrabnie, ale zamiast natia powinno być natio.

Bestia w wierszu Yeatsa Drugie przyjście, która pełznie w stronę Betlejem, by się narodzić (Slouches towards Bethlehem to be born), to Antychryst poprzedzający drugie przyjście Chrystusa, nie zaś "nowy zdeprawowany człowiek-sierota" (Bielik-Robson, s. 8). Podobnie wcześniejszy obraz anarchii (Mere anarchy is loosed upon the world) nawiązuje do słów św. Pawła z Drugiego listu do Tesaloniczan: "Bo działa już tajemnica bezprawia" (mysterion tes anomias). U Yeatsa są to jednak znaki końca cyklu. The Second Coming cytuję za wydaniem: William Butler Yeats, Michael Robartes and the Dancer, The Cuala Press, Dundrum 1920, s. 19-20.

[14] "Istota ludzka jest bowiem tak samo zdolna do ludożerstwa, jak do krytyki czystego rozumu [...]" (Robert Musil, Człowiek bez właściwości, tom II, przełożyli Krzysztof Radziwiłł, Kazimierz Truchanowski i Janina Zeltzer, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1971, s. 38 (rozdział 83: "Zawsze dzieje się na obraz i podobieństwo tego, co się działo, albo dlaczego nie zmyśla się historii?"). Ulrich powtarza potem tę myśl niemal tymi samymi słowami w rozmowie z Tuzzim (s. 109; rozdział 91 "Spekulowanie na zniżkę i zwyżkę na giełdzie ducha").

Dla koneserów to samo w oryginale:

"Denn das menschliche Wesen ist ebenso leicht der Menschenfresserei fähig wie der Kritik der reinen Vernunft [...]" (Robert Musil, Der Mann ohne Eigenschaften 1. Erstes und Zweites Buch, redakcja Adolf Frisé, Rowohlt Taschenbuch 1990, s. 361; rozmowa z Tuzzim s. 414).

[15] Jeden z najlepszych znawców Tertuliana, Eric Osborn, tak pisze o jego racjonalizmie:

"Reason is founded in God who is ever rational, and provides grounds for Tertullian's every argument (including his paradoxes) and for his constant attacks upon his opponents [...]. Ratio is his favourite word. [...] It is equally necessary to show that Tertullian was not a fideist. Not only did he never say, 'credo quia absurdum', but he never meant anything like it and never abandoned the claims of Athens upon Jerusalem" (Eric Osborn, Tertullian. First Theologian of the West, Cambridge University Press 1997, s. 4, 27-28).

Kto chciałby wiedzieć, jak oświeceniowy fake news stał się przesądem niedouczonych filozofów, niech zajrzy do: Peter Harrison, "I Believe Because it is Absurd". The Enlightenment Invention of Tertullian's Credo, "Church History", czerwiec 2017, tom 86, nr 2.

Nb. najprawdopodobniej z tego artykułu korzystał wikipedysta, który współredagował w angielskiej Wikipedii hasło "Credo quia absurdum" i błędnie przypisał Osbornowi słowa "the classic formula credo quia absurdum (even when corrected to quia ineptum) does not represent the thought of Tertullian" [cytat opatrzony przypisem 7]. U Osborna ich nie ma. W rzeczywistości jest to przekład zdania z artykułu Vianneya Décarie, które brzmi: "La formule classique : credo quia absurdum (même corrigée en quia ineptum) ne représente pas la pensée de Tertullien" (Vianney Décarie, Le paradoxe de Tertullien, "Vigiliae Christianae", marzec 1961, tom 15, nr 1, s. 30; w oryginale kursywa podkreśla, że jest to jedna z konkluzji tego artykułu).

[16] Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta w DODATKACH: "Hegel, planety i powiedzenie «Tym gorzej dla faktów»".

[17] Niewesołą sytuację młodego Hegla w Jenie jego biograf opisuje tak:

"But as time went on, Hegel's circle of friends shrank as everybody picked up and left for other universities. Hegel came to be more and more isolated, and his wine orders shrank in both volume and quality. Faced with the collapse of everything around him, with inflation rapidly eating away at what little was left of his inheritance, and with the fact that he did not have a salaried position or any real prospect of one, Hegel seems to have gradually and quite understandably begun to sink into a kind of slow, mounting depression. He was coming to the end of his ambitions to be a philosopher or literary figure of any sort, and it was not clear what else was open to him" (Terry Pinkard, Hegel. A Biography, Cambridge University Press 2000, s. 116-117).

Bez perspektyw, pijący samotnie coraz tańsze wino i pogrążający się z wolna w depresji. Natomiast w ćwierć wieku później, w czerwcu 1829, żona Hegla pisała do jego siostry: "10 years younger and 20 years more merry and high-spirited as back then in Nuremberg". Wprawdzie troszkę koloryzowała (Hegel miał już wtedy spore kłopoty gastryczne), niemniej biograf ujmuje jego ówczesną kondycję tak: "Hegel was at the height of his fame and powers, and he was relishing it" (Pinkard, s. 617-618). Może więc nie było aż śpiewająco, ale na pewno nie może być mowy o tym, jakoby "popadł na starość w depresję". Nie może też być mowy o jakimś przytłoczeniu przez "pesymizm intelektu". W 1831 roku, ostatnim roku swojego życia, Hegel z wielką ochotą zabrał się do pracy nad nowym rozszerzonym wydaniem Nauki logiki i przedmowę do niego ukończył na siedem dni przed śmiercią.

[18] "Pierwszy przebłysk mglistej świadomości Eichmanna, że cała sprawa była czymś więcej niż tylko kwestią wypełnienia przez żołnierza rozkazów, których intencja i istota są ewidentnie zbrodnicze - pojawił się podczas śledztwa, kiedy to nagle oświadczył on z wielkim naciskiem, że przez całe życie trzymał się Kantowskich pouczeń moralnych, zwłaszcza zaś Kantowskiej definicji obowiązku. Była to na pozór deklaracja skandaliczna, a także niezrozumiała, gdyż filozofia moralna Kanta tak ściśle wiąże się z ludzką władzą sądzenia, wykluczającą ślepe posłuszeństwo. Oficer prowadzący śledztwo nie nalegał na szczegółowe wyjaśnienie, ale sędzia Raveh - czy to powodowany ciekawością, czy też oburzeniem, że Eichmann ośmielił się przywołać nazwisko Kanta w związku z popełnionymi przez siebie zbrodniami - postanowił zapytać o to oskarżonego. Ku powszechnemu zaskoczeniu Eichmann przytoczył prawie bezbłędnie definicję imperatywu kategorycznego: «Wspominając Kanta, miałem na myśli to, że zasada kierująca moją wolą musi być zawsze taka, żeby mogła stać się zasadą prawa powszechnego» [...]. W toku dalszych wyjaśnień powiedział, że czytał Krytykę praktycznego rozumu. Dodał jeszcze, że od momentu, kiedy otrzymał polecenie wprowadzenia w życie Ostatecznego Rozwiązania, przestał żyć wedle zasad Kanta; że zdawał sobie z tego sprawę, a pocieszał się myślą, iż nie jest już «panem własnych czynów» i nie może «niczego zmienić»" [...] Bez względu na rolę, jaką Kant mógł odegrać w tworzeniu się mentalności «maluczkich», nie ulega najmniejszej wątpliwości, że pod jednym względem Eichmann istotnie postępował według pouczeń Kanta: prawo jest prawem, i nie może być żadnych wyjątków. [...] Owo nieprzejednanie, z jakim podchodził do wykonywania swoich zbrodniczych obowiązków, obciążało go w oczach sędziów bardziej niż cokolwiek innego, dającego się zrozumieć. Ale w jego własnych oczach właśnie nieprzejednanie usprawiedliwiało go, gdyż stłumiło wszelkie resztki głosu sumienia, jakie mogły się w nim jeszcze odzywać. Żadnych wyjątków - oto dowód, że zawsze postępował wbrew własnym «skłonnościom», płynącym z pobudek uczuciowych bądź interesownych i zawsze wykonywał swój «obowiązek»" (Hannah Arendt, Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła, przełożył Adam Szostkiewicz, Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK, Kraków 1987, s. 174, 176).

Jak widać, Arendt stara się ze wszystkich sił wybronić znającego się na oświeceniu Kanta przed znającym się na Ostatecznym Rozwiązaniu Eichmannem, ale przypominam (przypis 9), że także zdaniem Kanta w oświeconym państwie bywają sytuacje, gdy "zastanawianie się nie jest dozwolone" i "raczej trzeba być posłusznym".

I jeszcze na koniec takie zdanie Kanta z cytowanego już wyżej Sporu fakultetów:

"Słodko jest rozważać możliwości zmiany ustroju państwa tak, by odpowiadał on wymogom rozumu (zwłaszcza w kwestii prawa), jest jednak bezczelnością sugerować [taką zmianę] narodowi, a już rzeczą karygodną podjudzać go, by obalił ustrój obecnie istniejący" (s. 266, przypis a).

[19] Nb. pisanie głupstw o Eichmannie nie jest chyba kompromitujące w oczach dzisiejszej elity. Swego czasu Aleksander Minkowski, pisarz i konfident SB, nazwał Adolfa Eichmanna Rudolfem i nikt w całej wielkiej "Gazecie Wyborczej" tego nie zauważył i nie poprawił, przynajmniej w wydaniu internetowym (strona zarchiwizowana pięć lat później).

Hannah Arendt
albo bełkot żydowskiej renegatki
WYPISY

W sporze o to, co wolno, a czego nie wolno mówić o żydowskich ofiarach niemieckiego ludobójstwa, nie może naturalnie nigdy zabraknąć Hannah Arendt i jej Eichmanna w Jerozolimie [1]. Bo - nie oszukujmy się - utrzeć Żydom nosa cytatami ze sławnej żydowskiej autorki to dla wielu gojów sam cymes, kugel i makagigi w jednym.

Dobór tych cytatów bywa jednak często ułomny. Malowniczy kolaboranci w rodzaju Chaima Rumkowskiego, króla łódzkiego getta, czy Szamy Grajera z Lublina niespecjalnie Arendt interesowali. Tacy trafiają się zawsze i wszędzie. Znacznie ważniejszym problemem była dla niej powszechna moralna katastrofa [2], która między innymi doprowadziła do tego, że nawet zwykli prześladowani Żydzi "zaakceptowali normy Ostatecznego Rozwiązania" (Eichmann, s. 170). W wypisach dołączonych do tej notki znajdzie się kilka zdań i na ten temat [3].

Jak wiadomo, Eichmann w Jerozolimie nie został dobrze przyjęty przez środowiska żydowskie. Arendt zapłaciła wysoką cenę głównie za swoje uwagi o roli Judenratów w przeprowadzeniu Zagłady. Prasa usposobiona antysemicko sprowadziła je do absurdalnej tezy, jakoby Żydzi sami siebie wymordowali, co brzmiało niczym Gogolowska fraza o podoficerskiej wdowie, która "sama siebie wychłostała" [4]. Natomiast bałwochwalcy etnicznej solidarności i zawodowi tropiciele antysemityzmu z Ligi Przeciwko Zniesławieniu (Anti-Defamation League, ADL) rozpętali regularną kampanię nienawiści.

Właśnie usłyszałam - pisała Arendt 16 września 1963 do swojej przyjaciółki (i znanej pisarki) Mary McCarthy - że Liga Przeciwko Zniesławieniu wysłała okólnik do wszystkich rabinów, by w Nowy Rok [żydowski Nowy Rok, Rosz Haszana, który w 1963 wypadał 19 września] wygłaszali kazania przeciwko mnie [5].
Do etnicznej solidarności odwoływał się w liście do Arendt nawet Gershom Scholem. Tyle że z kabalistyczną subtelnością określał tę solidarność nieco finezyjniej:
W tradycji żydowskiej istnieje pojęcie - trudne do zdefiniowania, a przecież dostatecznie konkretne - Ahabath Israel - "miłość do narodu żydowskiego". U Ciebie, droga Hannah, [...] odnajduję znikome jej ślady (Eichmann, s. 387) [6].
Zarzucał jej też niedopuszczalną w wypadku córki "naszego narodu" - Żydówki piszącej o żydowskiej tragedii - zgryźliwość, szyderstwo, nonszalancję, demagogiczną przesadę etc. etc. Ale poza tym właściwie nie miał nic do powiedzenia i chociaż na wstępie oświadczał: "obawiam się, że Twoja książka nie jest wolna od błędów i zniekształceń", znalazł tylko jeden drobiazg.

Arendt odpowiedziała Scholemowi na ten narodowo-uczuciowy szantaż passusem, który w porządnych izraelskich szkołach (i nie tylko izraelskich) powinien być lekturą obowiązkową:

Masz zupełną rację - nie kieruje mną wcale "miłość" tego rodzaju, z dwóch powodów: nigdy w życiu nie darzyłam "miłością" żadnego narodu czy zbiorowości - ani narodu niemieckiego, ani francuskiego, ani amerykańskiego, ani klasy robotniczej, ani niczego w tym rodzaju. W istocie kocham "tylko" mych przyjaciół, a jedynym rodzajem miłości, jaki znam i w jaki wierzę, jest miłość do osób. Po drugie, owa "miłość do Żydów" wydawałaby mi się, ponieważ sama jestem Żydówką, czymś dość podejrzanym. Nie potrafię kochać samej siebie, ani niczego, co stanowi integralną część mej własnej osoby. Żeby to wyjaśnić, pozwól, że Ci opowiem o rozmowie, jaką odbyłam w Izraelu z czołową osobistością tamtejszego życia politycznego, broniącą - zgubnego moim zdaniem w skutkach - braku rozdziału religii i państwa w Izraelu. Słowa wypowiedziane przez tę osobistość - których nie pamiętam już z całą dokładnością - brzmiały mniej więcej tak: "Rozumie pani, że jako osoba o poglądach socjalistycznych, nie wierzę oczywiście w Boga, tylko w naród żydowski". Wypowiedź ta mną wstrząsnęła, a ponieważ szok był zbyt wielki, nie zareagowałam od razu. Mogłam jednak odpowiedzieć wtedy: wielkość narodu żydowskiego objawiała się w tym, że niegdyś wierzył on w Boga i to w ten sposób, że jego ufność i miłość do Boga górowały nad jego strachem. A teraz ten naród wierzy tylko w siebie? Co dobrego może z tego wyniknąć? (Eichmann, s. 393) [7].
Nie znaczy to, rzecz jasna, że Arendt czasem nie przesadzała w osądach. Na przykład twierdząc - i zdania te należą do najczęściej cytowanych - że naród żydowski znacznie lepiej poradziłby sobie bez swoich przywódców, którzy "niemal bez wyjątku" (almost without exception) byli jedynie spolegliwymi kolaborantami:
Wszędzie, gdzie żyli Żydzi, istnieli uznani przywódcy żydowscy, i to właśnie oni, niemal bez wyjątku, współdziałali w ten czy inny sposób, z takiej czy innej przyczyny, z nazistami. Cała prawda przedstawia się tak, że gdyby naród żydowski był istotnie nie zorganizowany i pozbawiony przywództwa, zapanowałby chaos, a na Żydów spadłby ogrom nieszczęść, ale liczba ofiar z pewnością nie sięgnęłaby od 4,5 do 6 milionów ludzi (Eichmann, s. 160) [8].
Jej oponenci robili zresztą podobnie. Jacob Robinson wyliczył, że tam, gdzie Judenraty odgrywały jakąkolwiek rolę w nazistowskich planach eksterminacji, zamordowano jedynie 403 tysiące Żydów, a więc mniej niż dziesięć procent [9]. Był to oczywisty fałsz, bo tylko z warszawskiego i łódzkiego getta wywieziono do obozów zagłady znacznie więcej osób.

Przede wszystkim starano się jednak zdyskredytować samą Arendt. Jako filozofująca kobieta już wcześniej nie miała łatwo. Teraz okazało się, że nie tylko nie kocha narodu żydowskiego, ale że w młodości romansowała z żonatym antysemitą o nazwisku Heidegger. Ponieważ zaś dla tradycyjnych Żydów - a takich było wtedy jeszcze całkiem sporo - nie ma gorszego Żyda niż Żyd ochrzczony, rozpuszczano plotki, że się właśnie nawraca na katolicyzm [10].

Do tego dochodziły zwyczajne, prywatne szykany. Ich symbolicznym ujęciem może być scena z biograficznego filmu Hannah Arendt, w której portier wręcza Hannah karteczkę od "miłego, starszego pana z 10 piętra" ze słowami: "Niech cię piekło pochłonie, nazistowska kurwo" [11].

Wszystko to teraz wraca, gdy kilka cytatów z Eichmanna w Jerozolimie znów znalazło się w obiegu.

Książka Hannah Arendt jest absolutnie nieprawdziwa. Powoływanie się na kobietę, która była filozofem i nie zrobiła żadnych badań historycznych, jest kompletnym nieporozumieniem.
- mówi w wywiadzie profesor Paweł Śpiewak, szef Żydowskiego Instytutu Historycznego, któremu skądinąd nie przeszkadzają machlojki z mnożeniem Żydów zabitych przez Polaków [12]. Nb. Śpiewak został przedstawiony jako historyk, podczas gdy naprawdę jest socjologiem i też nigdy żadnych badań historycznych nie zrobił. Natomiast "absolutna nieprawdziwość" książki Arendt to dość ryzykowna teza, gdyż Arendt opierała się głównie na tym, co ustalono podczas procesu Eichmanna. Kto zatem podważa te generalne ustalenia, a nie tylko jakieś faktograficzne detale, ten jednocześnie podważa rzetelność samego procesu.

Przyszła także karteczka od miłego, starszego pana z 10 piętra, a konkretnie od izraelskiego dziennikarza, Eli Barbura:

Już tak dalece Was ponosi, że podpieracie się chamskim antyizraelskim bełkotem renegatki żydowskiej, która pieprzyła się ze zdeklarowanym hitlerowcem, a potem była beniaminkiem światowej komuny i jej lewackich popłuczyn; jaja jak berety [13].
Ach, ta jędrna i barwna polszczyzna polskich Żydów! Dzięki temu nie musiałem się zbyt długo zastanawiać nad tytułem tej notki.


___________________

Wedle oświadczenia Eichmanna, czynnikiem, który odegrał największą rolę w uspokojeniu jego sumienia, był po prostu fakt, że nie spotkał on nikogo, absolutnie nikogo, kto byłby przeciwko Ostatecznemu Rozwiązaniu. [...] Nie oczekiwał on naturalnie od Żydów, że będą podzielali powszechny entuzjazm z powodu własnej zagłady, oczekiwał jednak czegoś więcej niż uległości - oczekiwał mianowicie - a jego oczekiwania spełniły się w stopniu nadzwyczajnym - współdziałania. Była to "naturalnie podstawa" (of course the very cornerstone) wszelkiej jego działalności, podobnie jak działo się to w okresie wiedeńskim. Gdyby nie pomoc Żydów w pracy administracyjnej i działaniach policji - jak wspomniałam, wyłapanie wszystkich Żydów berlińskich było wyłącznym dziełem policji żydowskiej - zapanowałby kompletny chaos bądź też doszłoby do poważnego obciążenia niemieckiej siły roboczej (Eichmann, s. 150).

Dla Żydów rola, jaką przywódcy żydowscy odegrali w unicestwieniu własnego narodu, stanowi niewątpliwie najczarniejszy rozdział całej tej ponurej historii. [...] W kwestii współdziałania nie było żadnych różnic pomiędzy wysoce zasymilowanymi społecznościami Żydów środkowo- i zachodnioeuropejskich a mówiącymi po żydowsku masami na Wschodzie. Zarówno w Amsterdamie, jak w Warszawie, w Berlinie tak samo jak w Budapeszcie można było mieć pewność, że funkcjonariusze żydowscy sporządzą wykazy imienne wraz z informacjami o majątku, zagwarantują uzyskanie od deportowanych pieniędzy na pokrycie kosztów ich deportacji i eksterminacji, będą aktualizować rejestr opróżnionych mieszkań, zapewnią pomoc własnej policji w chwytaniu i ładowaniu Żydów do pociągów, na koniec zaś - w ostatnim geście dobrej woli - przekażą nietknięte aktywa gminy żydowskiej do ostatecznej konfiskaty. [...] Na podstawie inspirowanych, ale nie dyktowanych przez nazistów manifestów, które funkcjonariusze ci ogłaszali, możemy się przekonać - jeszcze dzisiaj - jak wielką rozkosz sprawiała im nowo pozyskana władza: "Centralna Rada Żydowska otrzymała prawo wyłącznego dysponowania wszelkimi dobrami duchowymi i materialnymi Żydów - a także wszelką żydowską siłą roboczą" - czytamy w pierwszym obwieszczeniu rady budapeszteńskiej (Eichmann, s. 151-152).

Dobrze znany fakt, że w rzeczywistości zadanie uśmiercania w ośrodkach zagłady spoczywało zwykle w rękach ekip złożonych z Żydów, został w stu procentach potwierdzony przez świadków oskarżenia - włącznie z tym, że członkowie owych brygad obsługiwali komory gazowe i krematoria, wyrywali złote zęby i obcinali zwłokom włosy z głowy, kopali groby, następnie zaś zasypywali je ziemią, aby usunąć ślady masowych mordów, a żydowscy specjaliści zbudowali komory gazowe w Terezinie, gdzie żydowska "autonomia" posunięta była tak daleko, że nawet kat był Żydem. Ale to wszystko było tylko potworne, nie stanowiło jednak problemu moralnego. [...] Problem moralny zawierał się w tym, na ile prawdziwy był opis Eichmanna dotyczący współdziałania Żydów, nawet w warunkach stworzonych przez Ostateczne Rozwiązanie: "Sformowanie Rady Żydowskiej [w Terezinie] oraz podział zadań do wykonania pozostawiono dyskrecji Rady, z wyjątkiem wyznaczenia prezesa, czyli ustalenia, kto ma być prezesem, co oczywiście zależało od nas. Jednakże wyznaczenie prezesa nie miało formy decyzji arbitralnej. Działaczy, z którymi utrzymywaliśmy stały kontakt, trzeba było traktować z wielką ceremonią. Nie wydawało się im rozkazów po prostu dlatego, że jeśli najważniejszym z nich powiedziałoby się, co mają robić w formie »musisz«, wcale nie ułatwiłoby to pracy. Jeżeli dana osoba nie lubi tego, co robi, całe przedsięwzięcie na tym ucierpi. [...] Staraliśmy się, jak mogli, żeby uczynić wszystko możliwie znośnym". Nie ulega wątpliwości, że się starali - rzecz w tym, jak mogło im się to udać (Eichmann, s. 157-159).

Zatrzymałam się nad tym rozdziałem całej historii, którego proces jerozolimski [czyli proces Eichmanna] nie zdołał przedstawić opinii światowej w jego rzeczywistych wymiarach, ponieważ rozdział ten pozwala w najbardziej uderzający sposób wniknąć w istotę moralnej katastrofy wywołanej przez nazistów w szacownych społeczeństwach Europy - nie tylko w Niemczech, ale prawie we wszystkich krajach, nie tylko u prześladowców, lecz także u ofiar (Eichmann, s. 161).

Żydzi niemieccy od samego początku zaakceptowali [...] bez protestu [kategorie, na jakie Żydów podzielili naziści]. Owa akceptacja uprzywilejowania pewnych kategorii ludzi - Żydów niemieckich w odróżnieniu od Żydów polskich, kombatantów i Żydów z odznaczeniami w odróżnieniu od zwykłych Żydów, rodzin, których przodkowie urodzili się w Niemczech w odróżnieniu od obywateli niedawno naturalizowanych itd. - stanowiła początek moralnego upadku cieszącej się poważaniem społeczności żydowskiej (Eichmann, s. 169).

Katastrofalne pod względem moralnym w owej akceptacji uprzywilejowanych kategorii ludzi było to, że każdy, kto domagał się, aby w jego przypadku uczynić "wyjątek", pośrednio uznawał samą zasadę [14]. Najwyraźniej jednak nigdy nie dotarło to do świadomości owych "porządnych ludzi" - zarówno Żydów, jak i nie-Żydów, którzy zajmowali się tymi wszystkimi "szczególnymi przypadkami", zasługującymi ewentualnie na uprzywilejowane potraktowanie. Rozmiary, w jakich nawet prześladowani Żydzi zaakceptowali normy Ostatecznego Rozwiązania nigdzie może nie rzucają się bardziej w oczy niż w tak zwanym Raporcie Kastnera [...]. Nawet po zakończeniu wojny Kastner szczycił się tym, że udało mu się uratować "wybitnych Żydów" - kategorię tę naziści wprowadzili oficjalnie w roku 1942 - jak gdyby i on był zdania, iż rozumiało się samo przez się, że sławny Żyd miał większe prawo do życia niż przeciętny. [...] O ile jednak żydowscy i nieżydowscy obrońcy koncepcji "szczególnych przypadków" mogli nie uświadamiać sobie swego mimowolnego współudziału w zbrodni, owo pośrednie uznanie zasady zapowiadającej śmierć dla wszystkich przypadków nie będących "szczególnymi" musiało być rzeczą zupełnie oczywistą dla ludzi, którzy trudnili się mordowaniem (Eichmann, s. 170).

[Dla Eichmanna zaś] sprawy wyglądały tak a nie inaczej - w kraju obowiązywało takie a nie inne prawo, oparte na rozkazie führera; wszystko co robił, odpowiadało - na tyle, na ile potrafił to ocenić - zachowaniu szanującego prawo obywatela. Wypełniał swoje obowiązki, jak wielokrotnie powtarzał podczas śledztwa i na sali sądowej; był posłuszny nie tylko rozkazom, lecz także prawu (Eichmann, s. 173).

[1] Hannah Arendt, Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła, przełożył Adam Szostkiewicz, Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK, Kraków 1987. Dalej cytuję jako Eichmann.

[2] Wypada przy tym pamiętać, że powszechność tej katastrofy "wywołanej przez nazistów w szacownych społeczeństwach Europy" (Eichmann, s. 161) nie ominęła również - bo i dlaczegóż by? - społeczeństwa polskiego. Kto zatem czyta z nabożeństwem Arendt, niechże czyta też i takie przytaczane przez nią świadectwa:

"Opowiedział także o tym, jak niektórzy z nich «powędrowali z obozów dla wysiedleńców do ojczyzny» po to tylko, by znaleźć się znowu w innym obozie, gdyż «ojczyzną» było na przykład polskie miasteczko, gdzie spośród 6 tysięcy zamieszkujących je przedtem Żydów ocalało piętnastu, a z tej piętnastki ocalonych czterech zamordowali zaraz po ich powrocie Polacy" (Eichmann, s. 289).

Nb. polski wydawca zaopatrzył to zdanie w taki oto zręczny przypis: "Tego typu informacje muszą być uważane za tendencyjne, co sama autorka zaznacza poniżej (przyp. wyd.)". Otóż nie zaznacza. Pisze wprawdzie o "posmaku propagandy" w tych zeznaniach, ale dotyczy to wątku "słusznej" emigracji ocalałych Żydów do Palestyny.

[3] Dołączam je zaś również dlatego, że goje czasem są niechlujni i cytaty z Eichmanna kopiują z amatorskich skanów krążących w Internecie. Poznać to choćby po charakterystycznym błędzie: "Ghaima Rumkowskiego" zamiast oczywiście "Chaima Rumkowskiego" (Eichmann, s. 152). Por. na przykład tutaj albo tutaj.

[4] W Rewizorze wygłasza je Horodniczy, oświadczając Chlestakowowi: "A wdowa po podoficerze kłamie, że ją kazałem wychłostać! Łże! Sama siebie wychłostała!" (Mikołaj Gogol, Wybór pism, Książka i Wiedza, Warszawa 1954, s. 304; akt V, scena XV, przekład Juliana Tuwima).

Ma też Horodniczy jako dobry chrześcijanin ("A ja w wierze przynajmniej nieugięty jestem i co niedziela bywam w domu Bożym") swój sposób na czyste sumienie, więc skoro o kwestiach moralnych mowa, jeszcze i ten cytat nie zawadzi:

"Jakiż to trudny i zawiły, ośmielę się zameldować, obowiązek - być ojcem miasta. Ile zachodów wymaga sama czystość, remont... najtęższa głowa nie dałaby sobie rady. Ale u nas na szczęście wszystko idzie pomyślnie. Inny starałby się oczywiście o własne korzyści... Ale - czy pan uwierzy! - nawet kiedy człowiek spać się kładzie, myśli tylko o jednym: «Boże, jak to zrobić, aby władza dostrzegła moją gorliwość i była zadowolona!...» Czy wynagrodzi za to, czy nie, to już jej dobra wola, ale tak, czy inaczej - ja będę miał przynajmniej czyste sumienie! Gdy w mieście jest porządek, ulice zamiecione, aresztanci mają wszystko, osób w stanie nietrzeźwym mało - to czegoż mi więcej trzeba? Przysięgam, nie pragnę żadnych zaszczytów... Oczywiście, perspektywa kusząca... ale w obliczu cnoty wszystko jest marnością" (Tamże, s. 286; akt III, scena V).

[5] Between Friends. The Correspondence of Hannah Arendt and Mary McCarthy, redakcja Carol Brightman, Harcourt Brace, Nowy Jork 1995, s. 145-146: "You probably know that PR ["Partisan Review"] also turned against me in a rather vicious manner [...] and generally, one can say that the mob - intellectual or otherwise - has been successfully mobilized. I just heard that the Anti-Defamation League has sent out a circular letter to all rabbis to preach against me. Well, I suppose this would not disturb me unduly if everything else were all right. But worried as I am, I can no longer trust myself to keep my head and not to explode. What a risky business to tell the truth on a factual level without theoretical and scholarly embroidery. This side of it, I do enjoy; it taught me a few lessons about truth and politics".

[6] Hannah Arendt, dobiegająca wtedy sześćdziesiątki, prawdopodobnie w ogóle nigdy o Ahabath Israel nie słyszała, bo odpowiadając na list pyta Scholema:

"Nawiasem mówiąc, byłabym bardzo wdzięczna, gdybyś mógł mnie poinformować, odkąd pojęcie to odgrywa rolę w judaizmie, kiedy zastosowano je po raz pierwszy w języku hebrajskim i w hebrajskiej literaturze etc." (Eichmann, s. 393).

Tymczasem Ahabath Israel (אהבת ישראל) to po prostu jedno z przykazań, micwot, obowiązujących od wieków każdego religijnego Żyda (w często używanym układzie z Sefer ha-Chinuch jest to wprawdzie dopiero micwa 243, ale ta kolejność nie ma żadnego związku z jej rangą). Pytanie Arendt pokazuje wymownie, jak dalece była ona odległa od "tradycji żydowskiej", o której pisał Scholem, co niewątpliwie nie ułatwiało znalezienia wspólnego języka.

Najpopularniejsza polska publikacja o żydowskich przykazaniach również używa układu z Sefer ha-Chinuch (613 przykazań judaizmu oraz Siedem przykazań rabinicznych i Siedem przykazań dla potomków Noacha [tj. Noego], opracowanie Ewa Gordon, wydanie poprawione i rozszerzone ze słowem wstępnym Michaela Schudricha, Naczelnego Rabina Polski, Wydawnictwo Austeria, Kraków 2011). Kto by jednak do niej zajrzał i chciał coś poczytać o nakazie miłości Izraela, ten niczego tam nie znajdzie. Micwa pod numerem 243 nazywa się bowiem "Przykazanie kochania bliźniego jak siebie samego" (s. 105), a zwięzły komentarz całkowicie omija ważną kwestię, kto konkretnie jest tym bliźnim. Wręcz zdawać by się mogło, że chodzi po prostu o każdego człowieka i tylko bardziej wnikliwy czytelnik zastanowi się, czemu w takim razie miałaby służyć micwa 431 osobno nakazująca kochanie ludzi, którzy się nawrócili na judaizm. A o bałwochwalcach, czyli w zasadzie wszystkich nie-żydach, już lepiej nie mówić. W tym wypadku micwą jest "Zakaz litowania się nad bałwochwalcami", a komentarz do tej micwy wyjaśnia: "Bałwochwalców nie wolno też ratować" (s. 174; micwa 426). Warto by pamiętali o tym na przykład bałwochwalcy czczący fałszywego mesjasza Jezusa, choć, rzecz jasna, czasem i do nich wolno wyciągnąć rękę, jeśli mogłoby się to przyczynić do większej pomyślności umiłowanego Izraela.

Nb. nakaz miłości Izraela, tj. nakaz kochania wszystkich Żydów, tradycja żydowska wyprowadza z 18 wersetu 19 rozdziału trzeciej księgi Tory (u chrześcijan nazywa się ona Kapłańska, Leviticus, u żydów - Wajikra. W przekładzie Tory Pardes Lauder brzmi on:

"Nie będziesz mścił się i nie będziesz żywił urazy do synów twojego ludu, będziesz [troszcząc się] kochał bliźniego, tak jak [kochasz] siebie. Ja jestem Bóg".

W rabinackim komentarzu można jednak przeczytać, że nie ma obowiązku przesadzania z tą miłością:

"Dokładnie tę samą miłość, co do siebie samego, są w stanie wobec swych bliźnich czuć jedynie ludzie najszlachetniejsi. Tora nie wymaga jednak aż takiej postawy; jeśli bowiem ktoś znajdzie się w niebezpieczeństwie, to jego własne życie ma pierwszeństwo przed życiem innych".

Teraz więc już wiecie, jakiego użyć argumentu, gdyby przypadkiem do waszych drzwi zapukał pobożny Żyd, którego akurat goni jakiś neonazista czy muzułmański fanatyk.

[7] W filmie Margarethe von Trotta Hannah Arendt (2013) echem tych słów jest rozmowa Arendt (Barbara Sukowa) z umierającym Kurtem Blumenfeldem (Michael Degen) w okolicach 85 minuty. Nb. prawdziwy Blumenfeld zmarł nim Arendt je napisała.

"Czołowa osobistość tamtejszego życia politycznego", która z taką oczywistością wierzyła w naród żydowski, to Golda Meir, późniejsza premier Izraela. Arendt na prośbę Scholema usunęła jej nazwisko przy pierwszej publikacji swojego listu, czego polski wydawca nie zaznaczył. W cytowanym przeze mnie wydaniu jest też błąd w dacie listu Arendt: powinno być "24 lipca 1963" a nie "24 lutego 1963" (s. 391).

Nb. Golda Meir kilka lat później zdumiewała także Stefana Kisielewskiego, ale z całkiem innego powodu:

"W kronice filmowej widziałem Goldę Meir przyjmującą defiladę wojskową. Przed ogromnie groźnymi armatami i pistoletami przechodzi stara gruba ciocia Ruchla z przedwojennej ulicy Smoczej, a za nią małosemicki wymoczek z okiem zasłoniętym czarnym plastrem [tj. Mosze Dajan, minister obrony Izraela]. Zdumiewające!" (Stefan Kisielewski, Dzienniki, Iskry, Warszawa 1997, s. 243).

[8] Nb. mocne "z pewnością" to już inwencja polskiego tłumacza. Oryginał ma w tym miejscu: "[...] the total number of victims would hardly have been between four and a half and six million people" (cytuję za wydaniem, z którego korzystał polski tłumacz: Hannah Arendt, Eichmann in Jerusalem. A Report on the Banality of Evil, wydanie poprawione i rozszerzone, The Viking Press, Nowy Jork 1964, s. 125).

[9] Zob. Jacob Robinson, And the Crooked Shall Be Made Straight. The Eichmann Trial, the Jewish Catastrophe, and Hannnah Arendt's Narrative, MacMillan Company, Nowy Jork 1965, rozdział "Jewish Behavior in the Face of Disaster". Recenzja Louisa Harapa w "Science & Society", tom. 30, nr 4 (lato 1966) powtarza zwięźle to wyliczenie na s. 369-370. W rachunkach tych przyjmowano wówczas za Raulem Hilbergiem (The Destruction of the European Jews), że łączna liczba ofiar Zagłady wynosi 5 100 000. Arendt odpowiedziała na książkę Robinsona artykułem "The Formidable Dr. Robinson". A Reply by Hannah Arendt (przedruk w: Hannah Arendt, Jewish Writings, redakcja Jerome Kahn i Ron H. Feldman, Schocken Books, Nowy Jork 2007, s. 496-511).

[10] Zob. Jewish Writings, s. 478: "The many canards now being spread in Jewish circles - that I am on the point of converting to Catholicism [...], or that I am now a member of the American Council for Judaism, or that I am a «self-hating antisemite,» and so on - are well-known devices in such political campaigns".

[11] Scena w okolicach 90 minuty. Oryginalny napis jest dwujęzyczny: DAMN YOU TO HELL / DU NAZIHURE.

[12] Paweł Śpiewak: Książka Arendt jest nieprawdziwa, se.pl, 19 lutego 2018 (strona zarchiwizowana; wyróżnienie w cytacie moje). O tym, że "z rąk Polaków zginęło w czasie wojny 120 tys. Żydów" Paweł Śpiewak mówił w rozmowie z Robertem Mazurkiem (Żyd przestaje się kojarzyć, "Rzeczpospolita", 26-27 listopada 2011). Kto chciałby wiedzieć, jak tę liczbę zmajstrowano, niech przeczyta w OSOBACH: "Krzysztof Persak cytuje Christophera R. Browninga albo biedni Niemcy patrzą na krwiożerczych Polaków".

[13] Wpis na Twitterze z 17 lutego 2018, który w postaci zarchiwizowanej można znaleźć tutaj.

Nie muszę chyba dodawać, że miły Eli Barbur łże, i to łże głupio. Kiedy Arendt "pieprzyła się" z Heideggerem, nie był on jeszcze "zdeklarowanym hitlerowcem" (nb. potem też nie aż tak zdeklarowanym, jak zdeklarowanym stalinowcem był tatuś Eli Barbura). A już nazywanie Arendt "beniaminkiem światowej komuny" to szczyt absurdu. Owszem, w Korzeniach totalitaryzmu może nazbyt łagodnie pisała (w dodanej w roku 1966 przedmowie do III części), że w rosyjskich obozach "więźniowie umierali raczej wskutek zaniedbania niż tortur", ale to stanowczo za mało, by w oczach "światowej komuny" awansować na "beniaminka" (zob. Hannah Arendt, Korzenie totalitaryzmu, tom I, przełożyli Mariola Szawiel i Daniel Grinberg, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1989, s. 239).

[14] Moralna katastrofa dotykała również tych, którzy nie zostali zakwalifikowani do żadnej uprzywilejowanej grupy. Jak wyglądało to w wypadku zwykłych ludzi, wymykających się śmierci niejako "po znajomości", pokazuje choćby takie wspomnienie kogoś, kto był wtedy dzieckiem:

"Gdzieś na obrzeżach pamięci pojawia się anonimowa kobieta, która w tym mieszkaniu przebywała krótko. Utrwaliła się za sprawą jednej tylko opowieści, a może nawet - jednego zdania. Opowiadała o selekcji, w której przeprowadzaniu pomagał Niemcom pewien Żyd, jej znajomy jeszcze sprzed wojny. Westchnęła z głębokim przekonaniem: «cóż za porządny człowiek», bo spowodował, że ją tym razem pozostawiono w spokoju; gdy Niemiec wskazał na nią, on mu zasugerował, by wybrał jakąś inną.

Zastanawiają mnie mechanizmy pamięci, które sprawiły, że taka właśnie wypowiedź w niej się przechowała i w jakimś sensie zakonserwowała na zawsze, a tyle innych zdań i wydarzeń wyparowało i w żaden sposób nie można ich odtworzyć. Nie potrafię zjawiska tego wytłumaczyć, nie zdawałem sobie przecież sprawy, jak straszne jest to, co ta kobieta powiedziała. Refleksja moralna niespełna ośmioletniego dziecka nie może wymowy tego rodzaju deklaracji ogarnąć i ocenić, nie może ono myśleć o tym, jak rzeczywistość, w której się żyje, wpływa na kształtowanie kryteriów w ocenach postaw i zachowań ludzi, jak zmusza do myślenia kategoriami, które wówczas, gdy rzeczy toczą się bardziej pomyślnie, z pewnością by się nie pojawiły. Faktem jednak pozostaje, że tę kwestię właśnie zapamiętałem, choć nie musiała mnie przecież zainteresować. Tym bardziej że owego żydowskiego kolaboranta nigdy nie widziałem i nie znałem jego nazwiska, nie wiedziałem też, kim była ta «jakaś inna»" (Michał Głowiński, Czarne sezony, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018, s. 43-44).