EBENEZER ROJT

Wojciech Orliński znowu o Stanisławie Lemie
albo zmyśleń ciąg dalszy

Przeczuwałem, że i tym razem nie będzie dobrze, już na stronie 18, gdy Orliński bezpretensjonalnie porównał matkę Lema do bóstwa chtonicznego:
Jak bóstwo chtoniczne w antycznych mitologiach, nie odgrywa roli fabularnej w mitologicznej narracji, bo przecież zawsze jest milcząco obecna w tle [1].
Kiedy zaś na stronie 119 okazało się, że w Szpitalu przemienienia stawiane są pytania filozoficzne, "takie jak «czy etycznie jest poświęcić jednostkę ludzką dla ocenienia wielu ludzi?»", wiedziałem już na pewno, że tego nie przeczytał porządnie żaden redaktor ani nawet korektor, tylko najwyżej jakaś sztuczna, pożal się Boże, inteligencja, dla której "ocenienie wielu ludzi" jest w takim kontekście równie sensowne jak "ocalenie wielu ludzi". W tym wypadku nie winię Orlińskiego za lapsus, bo to ludzka rzecz, ale za naiwną wiarę, że dzisiaj jakiś redaktor zbawi go ode złego, jeśli sam się nie postara [2].

Podtytuł tej biografii, Życie nie z tej ziemi, został wymyślony wyłącznie jako chwyt marketingowy. Jeśli pominąć lata wojny, Lem prowadził życie całkiem zwyczajne: żadnych burzliwych romansów ani modnych dewiacji, żadnego więzienia, żadnych dramatów [3]. To jego książki były nie z tej ziemi - i dlatego Cyberiada będzie czytana także wtedy, gdy do Sławy i chwały, Miazgi czy Małej apokalipsy będą zaglądać (już zaglądają?) głównie ludzie czytający zawodowo.

Sam zresztą tak o tym pisał:

Poproszony o napisanie autobiografii Einstein nie rozwodził się nad swym życiem, lecz nad najukochańszym potomstwem: teoriami, dziećmi zrodzonymi przez jego umysł. Nie jestem wprawdzie Einsteinem, ale pod tym względem przypominam go: uważam bowiem, że najważniejsze w mej biografii są zmagania intelektualne, a reszta ma raczej charakter anegdotyczny [4].
Anegdoty, owszem, w tej książce są - choćby ta, jak Lem miotał się po pokoju z profesorem Janem Błońskim na grzbiecie (Orliński, s. 190). Natomiast ich dyskusje i spory zrelacjonowane zostały nader pobieżnie. Wiadomo jedynie, że Błoński sypał "błyskotliwymi powiedzonkami", toteż nawet o towarzyskich zmaganiach intelektualnych Lema czytelnik niewiele się dowie. Na plus trzeba jednak Orlińskiemu policzyć to, że przynajmniej tej wątłej anegdotyczności nie ukrywa i na ogół wyraźnie zaznacza, co tam jest tylko jego domysłem i hipotezą.

Najwięcej nowych i ważnych faktów z życia Lema przynoszą dwa pierwsze rozdziały: o jego dzieciństwie w polskim Lwowie i o młodości we Lwowie pod trzema okupacjami (sowiecką, niemiecką i znowu sowiecką). Ale też Orliński powtarza tam wcześniejsze ustalenia Agnieszki Gajewskiej, przy tym powtarza niezbyt wnikliwie, a czasem trochę bałamutnie [5]. Z kolei rusztowaniem pozostałych rozdziałów są w znacznej mierze okoliczności powstawania kolejnych książek Lema. Toteż gdy Lem ostatecznie rezygnuje z beletrystyki i Orliński nie ma już czego streszczać własnymi słowami, cała rzecz się, rach-ciach, zaraz kończy i ostatnie 20 lat życia Lema mieści się na mniej więcej 20 stronach.

Naturalnie nie mam Orlińskiemu za złe, że lubi swojego bohatera, ale czasem jest to miłość bezkrytyczna. Wypadałoby na przykład jakoś skomentować bzdurę, że za Gierka cenzura była nieporównanie ostrzejsza niż za Gomułki [6]. Albo tę o mamutach wytłuczonych przez naszych przodków sto tysięcy lat temu, w "górnym czwartorzędzie" [7].

Jeszcze gorzej się dzieje, gdy Orliński za nic nie chce przyznać, że Lem nieraz po prostu kłamał opowiadając o swoim życiu i wyczynia najdziwniejsze łamańce, by go z góry przed takim zarzutem wybronić. Oto Lem z jakiegoś powodu kłamie, że wyjechał ze Lwowa jednym z ostatnich transportów, co daje rok 1946. A Orliński na to:

Proszę zwrócić uwagę na językową maestrię, z jaką Lem umie i nie skłamać, i prawdy nie powiedzieć. "Jeden z ostatnich transportów" - co to właściwie znaczy? Wszystko jest "jednym z ostatnich". To jest jedna z ostatnich stron tej książki, a ty ją czytasz, czytelniku, w jednym z ostatnich dni swojego życia. Oczywiście, przed tobą jeszcze wiele dni i wiele stron. Ale z czysto logicznego punktu widzenia - przecież nie skłamałem (Orliński, s. 98).
Otóż nie. Wprawdzie w potocznym języku "jeden z ostatnich" to określenie nieostre, podobnie jak "łysy", ale z tego ani nie wynika, że wszystko jest "jednym z ostatnich", ani że każdego - łącznie z Anną Csillag - można nazwać łysym. Orliński zachowuje się tu trochę jak Pędzelkiewicz ze Sposobu na Alcybiadesa, który "z uporem twierdził, że liczba siedem jest liczbą ostatnią". Zresztą dobrze o tym wie i na następnej stronie już bez tych łamańców pisze zwyczajnie, jak było:
Lemowie przenieśli się bowiem do Krakowa latem 1945 roku. Powiedziałbym nawet, że jechali jednym z pierwszych transportów (Orliński, s. 99).
Lem mijał się z prawdą również wtedy, gdy pisał o swoich związkach z żydostwem.
W tym okresie w sposób bardzo bezpośredni i "praktyczny" dowiedziałem się, że nie jestem "Aryjczykiem". Moi przodkowie byli Żydami, jednak ja nie miałem pojęcia o judaizmie ani, niestety, o żydowskiej kulturze. Właściwie dopiero nazistowskiemu ustawodawstwu zawdzięczam świadomość, że w moich żyłach płynie żydowska krew (Przypadek i ład).
Tymczasem Agnieszka Gajewska ustaliła, że Lem chodził w szkole na zajęcia z religii mojżeszowej i na maturze otrzymał ocenę bardzo dobrą (Gajewska, s. 76, 78). Orliński zaś tylko marginalnie wspomina o tej nauce religii, ale oczywistego kłamstwa Lema już sobie nie przypomina.

Zresztą ani Gajewska, ani Orliński nie są w sprawach żydowskich zbyt wnikliwi. Gajewska odnotowuje wprawdzie, że rodzice Lema brali ślub w synagodze (Gajewska, s. 139), co nie jest samo przez się oczywiste, bo na przykład u takich Kronenbergów od dawna odbywało się to w obrządku protestanckim. Ale już pisząc o narodzinach Lema w żaden sposób nie komentuje tajemniczego zdania:

Duchowym mentorem dziecka został Benjamin Lehm, najprawdopodobniej brat nieżyjącego dziadka [8].
A któż to taki ten "duchowy mentor dziecka" w tradycji judaistycznej? Czy nie chodzi tu o sandeka (סנדק‬), osobę, która trzyma dziecko płci męskiej w czasie ceremonii obrzezania, brit mila? Zazwyczaj jest to dziadek, a tutaj być może w zastępstwie zmarłego dziadka rolę tę pełnił jego brat, Benjamin Lehm. Czy można założyć, że pełnił ją fikcyjnie - jedynie do zapisania w papierach? Bo to trochę tak, jakby katolik dał się zapisać jako ojciec chrzestny, chociaż żadnego chrztu naprawdę nie było.

Nie jest to tylko próżna ciekawostka, bo wtedy sytuacja Stanisława Lema pod niemiecką okupacją wyglądałaby znacznie bardziej dramatycznie niż sytuacja kogoś, kto twierdzi, że, owszem, wprawdzie jacyś jego "przodkowie" byli Żydami, ale on sam już tak daleko zaszedł w asymilacji, że ani nic go z judaizmem nie łączyło, ani nawet nie miał o nim zielonego pojęcia. Ktoś taki mógł jeszcze czasem liczyć na mocne fałszywe dokumenty. Natomiast dla Żyda ze znakiem przymierza na ciele żadne dokumenty nie były wystarczająco mocne, skoro tę ich fałszywość mógł bez problemu zdemaskować byle policjant [9].

Niestety, Orlińskiego już w tych dwóch pierwszych rozdziałach, chyba najciekawszych i najważniejszych w całej książce, poniosła ambicja i nie poprzestał na przepisywaniu ustaleń Gajewskiej, ale próbował także dodać coś od siebie. No i wyszło jak w tym starym bon mocie o rozprawie, w której są rzeczy dobre i nowe. Tyle że dobre nie są nowe, a nowe nie są dobre.

Oto próbka bałamuctw i zmyśleń wyjętych wyłącznie z tych dwóch rozdziałów [10].

Nie jest prawdą, że w latach sześćdziesiątych XX wieku Lem nie mógł nawet wspomnieć o Hemarze, bo "cenzura i tak by to usunęła z książki (albo książka w ogóle by się nie ukazała)" (Orliński, s. 17). Kto nie wierzy, niech zajrzy na przykład do wydanej w 1964 roku przez Wydawnictwo Literackie Historii osobistej i powszechnej Jana Górskiego [11].

Nie było pogromu, gdy w maju 1919 roku do Lwowa "wkroczyła armia Hallera [...] zdominowana przez endeków" (Orliński, s. 29-30). Pogrom był w listopadzie 1918, ale wtedy z kolei nie było we Lwowie endeckiej armii Hallera [12].

"Sławny pisarz William S. Burroughs II" nie był synem wynalazcy i konstruktora maszyn do pisania, Williama S. Burroughsa I, tylko wnukiem (Orliński, s. 45-46).

Gdy Lem opowiada, że jego koleżanka ze studiów w sowieckim Lwowie "żydłaczyła nie do pojęcia", to nie znaczy to, że - jak objaśnia Orliński - "posługiwała się praktycznie martwym dzisiaj językiem - żydowską gwarą języka polskiego, z której ocalały już tylko pojedyncze zwroty w szmoncesach" (Orliński, s. 55). Żydłaczyć to mówić po polsku w specyficzny dla Żydów sposób, nie zaś mówić "żydowską gwarą języka polskiego", bo czegoś takiego w ogóle nie było. Podobnie jak angielszczyzna Polaków mówiących ze słowiańskim akcentem i robiących charakterystyczne błędy nie jest polską gwarą języka angielskiego.

Niemcy nie utrwalili pogromu we Lwowie 1941 "na niezliczonych zdjęciach i filmach", na których rzekomo widać, jak "krew i mózgi zachlapały mury więzienia do wysokości pierwszego piętra" (Orliński, s. 63-64). W przypisie 27 na stronie 419 Orliński dodatkowo zmyśla, że "przegląd tych materiałów zaprezentował Michaël Prazan we wstrząsającym filmie dokumentalnym Einsatzgruppen. The Death Brigades, Francja 2009". Naprawdę w filmie Prazana z pogromów 1941 roku są tylko zdjęcia z pogromu pod Kownem, a komentujący je historyk Jürgen Matthäus podkreśla, że jest to dokumentacja wyjątkowa ("this is one of the rare instances of documentary material"). Prawdopodobnie dlatego, że autentyczny pogrom bywa nieprzewidywalny, natomiast Niemcy zdecydowanie woleli "dokumenty inscenizowane", ściśle trzymające się propagandowych założeń [13].

W innym miejscu Orliński najzupełniej serio powtarza ludowe legendy o tym, jakoby Żydów pod Lwowem rozstrzeliwano

na tak dużą skalę, że okoliczni mieszkańcy widzieli, jak z góry wypływały strumienie krwi, łączące się potem w rzeczkę, która płynęła przez wieś Kleparów i wpadała do rzeki Pełtwi (Orliński, s. 76).
Lem chyba by nie zdzierżył czytając te dzikie fantazje, bo jako lwowiak wiedział, jaką długość musiałaby mieć taka "rzeczka krwi" płynąca z Kortumowej Góry przez Kleparów aż do Pełtwi, a z kolei jako lekarz wiedział, jak niewiele krwi ma w sobie człowiek.

Napisałem wyżej, że Orliński czasem bezgranicznie wierzy Lemowi i boi się go poprawić, ale czasem znów bywa odwrotnie - bez sensu go koryguje.

Lem usłyszał o wspomnieniach żydowskiego policjanta, Caleka Perechodnika, i w rozmowie ze Stanisławem Beresiem skomentował je tak: "Właśnie wtedy jakiś «pieriewoźnik» całą swoją rodzinę pomagał pakować do Treblinki [...] Potem pytał ludzi: «czy ja jestem mordercą?»". Według Orlińskiego, Lem "zadaje pytanie, którego Perechodnik w rzeczywistości w ogóle w swoim rękopisie nie stawia" (Orliński, s. 83-84). A jednak stawia - i trudno tego nie zauważyć nawet podczas pobieżnej lektury, bo scena jest wyjątkowo dramatyczna. Z czego jasno wynika, że Orliński do Spowiedzi Perechodnika nawet nie zajrzał [14].

Gdy Orliński pisze, że akcja Człowieka z Marsa toczy się w Nowym Jorku, dodaje w nawiasie dla popisu:

(oczywiście takim z wyobraźni Lema - w którym na przykład Piąta Aleja jest ulicą dwukierunkową i jeżdżą nią trolejbusy) (Orliński, s. 90).
Ale, po pierwsze, wcale nie jest tak całkiem pewne, że opisywana w Człowieku dwukierunkowa ulica to na pewno Piąta Aleja; w powieści jest mowa jedynie, że bohater "miał «New York Timesa» na rogu Fifth Avenue", więc wcześniejszy opis niekoniecznie jej dotyczy. Po drugie zaś, i ważniejsze, w czasach, gdy Lem pisał Człowieka z Marsa Fifth Avenue naprawdę była dwukierunkowa. Przestała być dopiero w 1966 roku.

Najbardziej bezwstydne zmyślenie zostawiłem na koniec.

Orliński chciał tym zmyśleniem ulepszyć odczytanie zaproponowane przez Gajewską, która zwróciła uwagę, że bohater Powrotu z gwiazd, Hal Bregg, ma tyle samo lat, ile miał Lem, gdy pisał tę powieść (Gajewska, s. 151). Najpierw jednak oznajmił z emfazą: "uwielbiam Powrót z gwiazd!" (Orliński, s. 209). Potem zaś zaprezentował taką kombinację:

Wiele go [Lema] łączy z Halem Breggiem i Krisem Kelvinem. Bregg jest jego rówieśnikiem, w powieści mowa, że ma czterdzieści lat (biologicznych).
[...]
Hal Bregg był w podróży przez dwadzieścia dwa biologiczne lata, czyli w chwili wylotu miał lat osiemnaście. Tyle samo co Lem, gdy przestała istnieć planeta Lwów (Orliński, s. 211) [15].
Naprawdę Bregg był w podróży 10 lat, a w chwili wylotu miał lat 30.
Ostatni raz byłem tu… nie przestrasz się! [...] - Sto dwadzieścia siedem lat temu. Miałem trzydzieści lat. Ekspedycja… byłem pilotem wyprawa do Fomalhaut. To jest dwadzieścia trzy lata świetlne. Lecieliśmy, w jedną i drugą stronę, sto dwadzieścia siedem lat czasu Ziemi i dziesięć lat czasu pokładowego. [...] - To… ile ty naprawdę masz lat? [...] - Co to znaczy - naprawdę? Biologicznych czterdzieści, a według ziemskich zegarów - sto pięćdziesiąt siedem…
Wprawdzie potem lekarz mówi Breggowi, że jest w świetnej kondycji ("Ma pan organizm trzydziestokilkuletniego mężczyzny") i może sobie z tych dziesięciu lat czasu pokładowego odliczyć rok hibernacji ("Nie czterdzieści lat, tylko trzydzieści dziewięć"), ale osiemnastolatek lecący w kosmos to w świecie tej powieści kompletny absurd:
Przed trzydziestką nie da się lecieć. Trzeba mieć za sobą dwa wydziały, plus cztery lata treningu, łącznie dwanaście lat [16].
Tyle o tym, jak Wojciech Orliński potrafi uwielbiać.

W rozdziale "Głos Pana" pisze, że lata 60. to był złoty okres w polskiej kulturze, a tu tymczasem - dziwi się - Lem i jego wybitni koledzy wciąż narzekają i bardzo są wobec siebie nawzajem krytyczni oraz samokrytyczni.

Cytatów o tym, jak ci literaci przerzucali się złośliwymi uwagami na temat własnej twórczości, mógłbym przytoczyć jeszcze sporo, ale ciekawsze wydaje mi się to, że adresaci przeważnie się z tym zgadzali (Orliński, s. 246).
Nie przyszło mu do głowy, że właśnie dlatego był to złoty okres, bo krytykowali, przyjmowali krytykę i pracowali nad sobą. Teraz zaś wszyscy są z byle czego niezwykle zadowoleni i wskutek tego mamy to, co mamy. Również taką biografię Stanisława Lema.
[1] Wojciech Orliński, Lem. Życie nie z tej ziemi, Wydawnictwo Czarne i Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017. Dalej cytuję jako Orliński.

Bóstwa chtoniczne to u Greków także Hades, Dionizos, Demeter i Persefona, czyli osobistości, o których raczej nie sposób powiedzieć, że nie odgrywają żadnej roli w mitologicznej narracji. Ale niepotrzebne niby-erudycyjne popisy nigdy nie były mocną stroną autora. W poprzedniej książce o Lemie równie kulawo objaśniał m.in. na jakiej taśmie Andriej Tarkowski kręcił Solaris i skąd się wzięło słowo 'solipsyzm'. Pisałem o tym w OSOBACH: "Wojciech Orliński o Stanisławie Lemie albo uroki fantastyki".

[2] "Chciałem wreszcie podziękować Wydawnictwu Czarne, przede wszystkim Monice Sznajderman, za jej anielską cierpliwość. Redaktor Wojciech Górnaś i korektorki Katarzyna Rycko oraz Kamila Zimnicka-Warchoł uratowali mnie przed pomyłkami, których imię jest legion" (s. 415).

Być może jednak jestem niesprawiedliwy i nie chodzi tu o żadną naiwność, lecz o zwykłą porcję towarzyskiej hipokryzji, niezbędnej do przetrwania w wydawniczo-dziennikarskiej dżungli.

[3] Od pewnego momentu było to zresztą życie jak na PRL finansowo dostatnie i beztroskie (co się, rzecz jasna, Lemowi słusznie należało), ale też z tego powodu trudno się na przykład przejąć jego perypetiami z kupnem prawdziwego włoskiego fiata 1800 za 190 tysięcy złotych (Orliński, s. 271-272). Fiat ten stał gdzieś w garażach Urzędu Rady Ministrów, był zasmolony i - co się rychło, lecz już po kupnie okazało - pełen wad fabrycznych. Dzieje się to w roku 1965, a ledwie dwa lata wcześniej cenzor poleca Agnieszce Osieckiej, by bohaterom swojej piosenki "Okularnicy" podniosła stopę życiową. Osiecka podnosi i w Opolu Kazimiera Utrata zamiast "potem żyją w jakimś mieście / za te polskie tysiąc dwieście" śpiewa "potem wiążą koniec z końcem / za te polskie dwa tysiące". Ale nawet po tej podwyżce fiat 1800 to dla okularników, czyli ówczesnych młodych polskich inteligentów, równowartość ich ośmioletniego rodzinnego budżetu.

[4] Stanisław Lem, Przypadek i ład, z niemieckiego oryginału zatytułowanego Mein Leben i napisanego w 1983 roku przełożył Tomasz Lem. Cytuję za stroną solaris.lem.pl. Przekład czyta się dobrze, ale ktoś mógłby wreszcie poprawić w pierwszym przypisie "Michael Butor" na "Michel Butor" i "Borghesa" na "Borgesa".

[5] Agnieszka Gajewska, Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2016. Dalej cytuję jako Gajewska. Książka w postaci elektronicznej dostępna jest za darmo i najzupełniej legalnie w Repozytorium UAM.

Bałamutne jest na przykład nieco egzaltowane dowodzenie, że dla ojca Lema, Samuela, "wybór imienia dla pierworodnego syna [...] to była deklaracja polskości" (Orliński, s. 18-19), bez wspomnienia, że Stanisław Lem na drugie miał Herman - po swoim dziadku, Hermanie Lehmie. Samuel Lem najwyraźniej chciał, by jego syn żył w Polsce, między Polakami i sam był Polakiem, ale by jednocześnie pamiętał o swych korzeniach. Orliński z pewnością czytał o tym u Gajewskiej na stronie 139, gdzie tych Hermanów jest tyle, że nawet Marian Hemar na chwilę zamienił się w przypisie 126 w Mariana Hermana.

Nb. powojenne koleje losów Samuela Lema czekają jeszcze na wnikliwsze opracowanie. Teraz w najlepszym wypadku plącze się on na obrzeżach życiorysu swego syna jako stary lekarz przyciśnięty biedą i zmuszony do pracy ponad siły. Wiadomo jednak, że w latach 1945-1954 był (przynajmniej formalnie) funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa.

I jeszcze jeden drobiazg. Brat Sabiny Lem, tej chtonicznej matki Stanisława Lema, czyli jego wuj, naprawdę miał na imię Gecel, nie zaś Marek, jak to kilkakrotnie za Gajewską powtarza Orliński. Z tym, że Gajewska ustaliła to później, już po wydaniu swojej książki, a niezależnie od niej zrobił to także Wiktor Jaźniewicz.

[6] "Komentując w 1977 roku w liście do Kandla [swojego amerykańskiego tłumacza] pierwszy numer nielegalnego pisma literackiego «Zapis», do którego pod własnymi nazwiskami renomowani autorzy oddawali teksty odrzucone przez cenzurę (w pierwszym numerze byli to między innymi Andrzejewski, Brandys, Ficowski i Nowakowski), Lem zauważył, że «95% tych tekstów mogłoby się ukazać za Gomułki», «TAK się zawęziła przestrzeń swobodnej wypowiedzi!»" (Orliński, s. 322).

Nie jest to prawda, nawet jeśli pominąć retoryczną przesadę tych procentów oraz przyjąć, że prawdziwe "za Gomułki" kończy się w 1967 roku, a potem to już było "za Moczara". Być może Orliński wie o tym, ale jest mu trochę niezręcznie pisać, że w gruncie rzeczy Lem tak bałamutnie usprawiedliwia się, dlaczego go w tym "Zapisie" nie ma. Zaraz po zdaniu "TAK się zawęziła przestrzeń swobodnej wypowiedzi!" jest tam bowiem jeszcze znaczący nawias, który Orliński pominął: "(Zresztą teksty te na ogół bardzo niedobre, dużo gwałtu, pornografii, bo to są na ogół utwory skonfiskowane przez cenzurę uprzednio, i gdyby władza miała w głowie olej, zaraz by urządziła telewizyjną dyskusję z CYTOWANIEM tych tekstów, czego ta władza, jako kretyńska, nie uczyni)" (Stanisław Lem, Sława i fortuna. Listy do Michaela Kandla 1972-1987, Wydawnictwo Cyfrant, Kraków 2016).

Tak więc Lema w "Zapisie" nie ma, bo to ani żaden wielki antykomunizm (skoro "95% tych tekstów mogłoby się ukazać za Gomułki"), ani żadna wielka literatura (przeciwnie, "na ogół bardzo niedobre, dużo gwałtu, pornografii"). Zatem rzecz w sumie nie warta zachodu (czy może raczej paszportu na Zachód).

[7] Orliński cytuje początek felietonu Lema z 2005 roku:

"Na klasyczne pytanie «unde malum», «skąd zło», mam taką odpowiedź: to się zaczęło jakieś sto do stu dwudziestu tysięcy lat temu, w górnym czwartorzędzie, kiedy nasi przodkowie wytłukli wszystkie mamuty i całą masę innych wielkich ssaków" (Orliński, s. 191).

"Jakieś sto do stu dwudziestu tysięcy lat temu" zaczął się górny plejstocen, a mamuty wyginęły jakieś dziesięć do dwunastu tysięcy lat temu.

Nb. ta żartobliwa hipoteza, że to, co ludzkie (czyli zło, niestety), jest w przyrodzie istotną nowością, bardzo przypomina pointę wcześniejszej o sto lat bajki napisanej przez ojca Lema, Samuela, a ogłoszonej w "Kurjerze Lwowskim" z 23 lutego 1907 roku na stronie 10 pod tytułem "Protest małp". Małpy w tej bajce debatują nad tym, jak zniszczyć w zarodku "wymysł oszczerczy Darwina", że człowiek od nich pochodzi. Podczas gdy naprawdę, i to właśnie ta pointa, "zaświadczyć jesteśmy gotowe, / Że człowiek jest nie od małpy - ale bydle nowe".

[8] Gajewska, s. 140. Z przypisu 129 wynika, że informacja ta pochodzi ze świadectwa urodzenia wystawionego 15 października 1939 roku.

[9] Z tej perspektywy inaczej czyta się na przykład taką opowieść Lema z rozmowy ze Stanisławem Beresiem:

"Napisałem go [Człowieka z Marsa] pod koniec okupacji, gdy uciekłem już z tych idiotycznych garaży. Miałem wszystkiego dość, ręce zżarte smarami i mydłem piaskowym, chodziłem ciągle usmarowany jak kominiarz. Na dodatek mieliśmy stale jakieś nocne remonty. Posiadałem wprawdzie nocną przepustkę, ale baliśmy się wychodzić, bo wiadomo było, że ukraińska policja może Polaka rozwalić na ulicy. Co z przepustki trupowi? Całymi nocami siedzieliśmy więc w tym cholernym garażu. Ta historia z Żydem była też dla mnie rodzajem okazji, żeby rzucić te pracę".

Lem w tej opowieści jest Polakiem i to on pomaga przez krótki czas ukrywać się pewnemu znajomemu Żydowi. Ale jednocześnie bardzo boi się, że ukraińska policja mogłaby go "rozwalić na ulicy", co jednak w wypadku Polaków nie było wtedy rutynową procedurą.

Cytuję za: Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Cyfrant, Kraków 2013. Jest to wydanie elektroniczne, w którym - jak informuje wydawca - "dokonano kolejnych korekt" w stosunku do poprzednich wydań tradycyjnych (1987, 2002).

Nb. Orliński ma dość bajkowe wyobrażenie o sytuacji Żydów podczas niemieckiej okupacji. Stawia m.in. hipotezę, że Stanisław Lem mógł mieć pretensje do ojca za to, że ten nie skorzystał z zaproszenia (też hipotetycznego) swojego przyjaciela i nie przeniósł się z całą rodziną do Krakowa już w 1941 roku.

"Gdyby Lemowie przenieśli się do Krakowa wcześniej, nie musieliby opłacać różnych lwowskich właścicieli konspiracyjnych mieszkań [...]. Być może udałoby im się ocalić więcej pieniędzy. W obcym mieście nie musieliby się też ukrywać - mogliby ze swoimi fałszywymi aryjskimi papierami spokojnie spacerować po Plantach, bez obawy, że rozpozna ich przypadkowy szmalcownik" (Orliński, s. 104).

Orliński zdaje się zakładać, że szmalcownicy donosili wyłącznie na tych Żydów, których osobiście znali i zupełnie nie bierze pod uwagę, że ani Stanisław Lem, ani jego rodzice nie mieli tzw. "dobrego wyglądu". Być może nie rozpoznałby w nich Żydów niemiecki żołnierz wychowany na karykaturach ze "Stürmera", ale dla większości przedwojennych Polaków nie byłby to żaden problem.

[10] Gdybym chciał w ten sposób potraktować całą tę książkę, zanudziłbym was na śmierć. Dlatego tutaj jeszcze tylko kilka drobiazgów, które same natrętnie rzuciły mi się w oczy (a jeśli komuś się wydaje, że jestem jednak już przesadnie drobiazgowy, niech może zerknie najprzód na tę erratę).

"Rok 1956 w polskiej literaturze zwykle kojarzymy z Hłaską, Bursą, Stachurą, Herbertem czy Białoszewskim" (Orliński, s. 158). Stachura w tym zestawieniu to pomyłka. Wprawdzie w 1956 roku zadebiutował w prasie jako poeta, ale wiersze przeszły kompletnie bez echa i pierwszą książkę wydał dopiero sześć lat później.

Podobnie pomyłką jest umieszczenie Jastruna w wyliczance: "intelektualiści poprzedniego pokolenia, którzy pozycję i autorytet zbudowali jeszcze przed wojną - Dąbrowska, Estreicher, Słonimski, Jastrun, Wańkowicz, Andrzejewski" (Orliński, s. 326). Pozycja Jastruna była przed wojną porównywalna z pozycją na przykład Mieczysława Brauna. Nie słyszeliście o kimś takim? Ano właśnie.

Gdyby pod koniec lat 50. Astronautów nie odebrano Zespołowi Filmowemu "Kadr", to i tak "Wajda we współpracy z Allanem Starskim" (Orliński, s. 147) niczego by wtedy nie nakręcił, bo Starski zaczął pracować przy filmach dopiero w połowie lat 70., a w roku 1960 - gdy na ekrany wchodziła polsko-enerdowska Milcząca gwiazda - miał 17 lat.

W dopisku na okładce Astronautów "«powieść fantastyczno-naukowa» (z dywizem)" nie warto doszukiwać się pierwszej w Polsce kalki amerykańskiego określenia "science fiction" (Orliński, s. 123). Już w 1877 roku ukazał się w Warszawie polski przekład Dzieci kapitana Granta Verne'a z podtytułem "podróż fantastyczno-naukowa". Też z dywizem.

Nb. w tym samym 1951 roku ukazała się w Polsce książka Władmimira Niemcowa Rekord wysokości z bardzo podobnym podtytułem "powieść naukowo-fantastyczna" (znów z dywizem). Podtytuł ten powtórzono za wydanym dwa lata wcześniej rosyjskim oryginałem Рекорд высоты. Научно-фантастическая повесть (zresztą identyczny podtytuł miało kilka innych powieści Niemcowa). Zatem jeśli już mówić o kalce, to kalkowano w tym wypadku raczej Wschód niż Zachód.

Według Orlińskiego MacGuffin to "coś, co pozornie jest bardzo ważne dla akcji, ale tak naprawdę nie wiadomo, co to jest, i nie ma to znaczenia dla fabuły (bo i tak najważniejsze to patrzeć, jak Cary Grant ucieka przed ostrzeliwującym go samolotem)" (Orliński, s. 206). Ale jeśli przyjąć tę definicję, to Północ, północny zachód z uciekającym Carym Grantem nie jest najszczęśliwszym przykładem, bo akurat w tym filmie takiego MacGuffina nie ma. Widownia prawie od początku wie, że tajemniczy George Kaplan, którego szuka Grant, w ogóle nie istnieje, a znowu o istnieniu mikrofilmu, który chcą wywieźć szpiedzy, dowiaduje się dopiero na kilkanaście minut przed końcem filmu.

Swoją drogą MacGuffin to pojęcie do tego stopnia intuicyjne i płynne, że z jego zrozumieniem miał problem nawet taki zawodowiec, jak David Selznick. Zob. John Russell Taylor, Hitch. The Life And Times of Alfred Hitchcock, Da Capo Press 1996, s. 200-201: "The argument over this bit of MacGuffin has curiously followed Hitch through the years, providing him with a perfect instance of how the MacGuffin works and how even very sophisticated film men often fail to understand it".

I jeszcze na koniec o tym, że wyznania Orlińskiego mają niekiedy moc samospełniającej się przepowiedni. Gdy na stronie 263 pisze "W moim pokoleniu modne było przecież sabotowanie szkolnej nauki języka rosyjskiego", to już sam los zadba o to, by z kolei na stronie 346 napisał: "nieprzypadkowo w ojczyźnie tego ustroju powstało powiedzonko "Biez wodki nie razbierioszsia". Powinno być: nie razbieriosz, без водки не разберёшь.

[11] Jan Górski, Historia powszechna i osobista. Szkice publicystyczne, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1964, s. 69-70. Nazwisko Hemara pojawia się też we wspomnieniach Kazimierza Krukowskiego (Moja Warszawka, Filmowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1957, s. 80). Czyli bez przesadnej wylewności jednak można było o Hemarze napomknąć.

Nb. Hemar - jak podaje Stanisław Nicieja - korespondował po wojnie z Samuelem Lemem, swoim wujem, który opisał mu okoliczności, w jakich została aresztowana jego siostra i zarazem matka Hemara, Berta Hescheles.

[12] Niech się Orliński pocieszy, że również obecnemu dyrektorowi Żydowskiego Instytutu Historycznego hallerczycy zlepili się z lwowskim pogromem (zob. Paweł Śpiewak, Żydokomuna, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2012, s. 23), bo zapewne korzystał z takich tandetnych źródeł, jak na przykład to.

[13] Pisze też o tym Gajewska:

"Po wkroczeniu Niemców do Lwowa 2 lipca 1941 roku Żydów - jako rzekomych sprawców zbrodni komunistycznej w Brygidkach - spędzono do więzienia, skąd mieli wynosić zwłoki zamordowanych przez wycofującą się Armię Czerwoną więźniów, wśród których byli także Żydzi. Pogrom odbył się przy czynnym udziale Polaków i Ukraińców, którzy wskazywali Niemcom, kto jest Żydem. Z piwnic więzienia przez okienka wyciągano trupy i kładziono je na trawie, po czym lwowianie podchodzili do nich i identyfikowali ciała, szukając swoich bliskich. Stanisław Lem pracował w piwnicy, a fetor rozkładających się zwłok sprawiał, że Niemcy unikali schodzenia na dół. Na wewnętrznym placu więzienia przy wyciąganiu zwłok Żydów bito niemiłosiernie. W trakcie katowania ofiar przyjechała niemiecka ekipa propagandowa z kamerą, która filmowała trupy i ludzi pracujących przy wyciąganiu ciał. Wtedy bicie na jakiś czas ustało" (Gajewska, s. 111).

Nb. po czerwcu 1941 generalnie zmieniają się zasady propagandy niemieckiej, jeśli idzie o dokumentowania tego, co działo się na Wschodzie:

"Skończyły się czasy edukacji etnograficznej przeprowa­dzanej przy użyciu fotografii przedstawiających «okazy» pol­skich Żydów. Tamci byli jeszcze Żydami żyjącymi. Począwszy od lata 1941 roku na Wschodzie nastał czas śmierci, a nazi­stowscy dowódcy prawidłowo oceniali ryzyko, z jakim wiązało się wysyłanie do Niemiec zdjęć dokumentujących ekstermi­nację. Ryzyko, że ci obojętni, zadowoleni albo entuzjastycznie nastawieni obywatele zaczną się litować, buntować, a nawet dostrzegać w Żydach istoty ludzkie. Nie chodziło już o pokazy­wanie, lecz o ukrywanie. Zostaje zatem wydany zakaz fotogra­fowania «egzekucji», jak nazywa się je w niektórych oficjalnych dokumentach, niezależnie od tego, czy chodzi o Żydów, czy też wrogów w ogóle, wojskowych i cywilów, których Rzesza ma zlikwidować w walce" (Nadine Fresco, Śmierć Żydów. Fotografie, przełożyła Magdalena Kamińska-Maurugeon, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011, s. 56-57).

[14] Calek Perechodnik, Spowiedź. Dzieje rodziny żydowskiej podczas okupacji hitlerowskiej w Polsce, opracowanie, posłowie i przypisy David Engel, Ośrodek KARTA, Warszawa 2004, s. 71:

"Już jestem w domu rodziców, otwieram klapę, ukazuje się ciotka. Z rezygnacją podaję jej chleb, kubek wody i cicho mówię: "Cały Otwock wywieziono, Anka z Aluśką może już nie żyją. Rachelę też zabrali" [Anka i Aluśka to żona i dwuletnia córeczka Perechodnika, Rachela to jego siostra].

Czerna patrzy na mnie jak urzeczona, przyniosłem jej takim obojętnym tonem wyrok śmierci dla niej, dla jej synka, a jednocześnie oznajmiłem o śmierci najbliższych nam osób. Patrzy na mnie, ale wie, że nie wolno jej teraz nic mówić ani się pytać. Może przykro jej, że ona się dzięki mnie na razie uratowała, a moja żona nie?

Klapa opada, już jej nie ma, stoję nadal, nie mogę poruszyć się z miejsca ani oderwać oczu od klapy.

Widzę Ankę, stojącą w piwnicy, tylko głowa i ramiona wystają, słyszę głos, obcy głos, który mówi: "Anko, Kronenberg kazał Ci się stawić na plac, Tobie nic nie grozi, będziesz zwolniona".

Czy to mój głos? Czy ja jestem katem, mordercą? Czy też Kronenberg? A może we dwójkę jesteśmy tylko marionetkami przeznaczenia, złego losu Izraela?"

Nb. wbrew temu, co pisze Orliński, Perechodnik nie zginął "kilka miesięcy" po tym, jak jego rodzinę wywieziono do Treblinki (Orliński, s. 83), ale dwa lata później.

[15] Wcześniej Orliński ogłosił tę fantazję w swojej recenzji z książki Gajewskiej (Wojciech Orliński, Tajemnice Stanisława Lema. Co o przeszłości genialnego pisarza mówią jego książki?, wyborcza.pl, 11 lipca 2016):

"Głównym bohaterem «Powrotu z gwiazd» jest Hal Bregg, astronauta, który ma biologicznie 39 lat, a Ziemię opuścił, gdy miał ich 18. Jest to odpowiednio wiek Lema piszącego tę powieść i Lema obserwującego upadek polskiego Lwowa".

Miał więc potem jeszcze rok, by zajrzeć do tej uwielbianej powieści i wszystko sprawdzić. Ale nie zajrzał.

Nb. Gajewska też bez żenady naciąga daty, żeby dopasować je do autobiograficznych odczytań. Raz pisze (s. 151), że Lem kończy Powrót z gwiazd w roku 1960, bo wtedy Lem ma 39 lat - jak Bregg (jeśli uwzględnić rok korekty z powodu hibernacji). To znów, że "powieść powstała w okolicach roku 1958" (s. 153), bo wtedy z kolei "przeszła przez Polskę największa fala emigracji mniejszości żydowskiej", a Lem z emigracji zrezygnował - jak Bregg, który nie chce już lecieć w kosmos.

[16] Zob. Stanisław Lem, Powrót z gwiazd, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1981, s. 33-35, 72. Naturalnie można podważać powieściowe dane. Nie za bardzo zgadza się fizyka i astronomia tej wyprawy. Fomalhaut (konstelacja Ryby Południowej) to 25 lat świetlnych w jedną stronę. Z kolei Arktur, wokół którego bohater podobno krążył przez 6 dni (s. 76), leży w gwiazdozbiorze Wolarza w odległości 37 lat świetlnych etc. etc. Ale jeśli to wszystko jest tylko takim Lemowym MacGuffinem, to wszelkie paralele z pozapowieściową rzeczywistością zostają natychmiast unieważnione.