EBENEZER ROJT

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Gajewska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Gajewska. Pokaż wszystkie posty

Życie Stanisława Lema. Dyskrecje i niedyskrecje

O naukowym duchu przenikającym biografię Stanisława Lema autorstwa Agnieszki Gajewskiej [1], mówi coś przypis na stronie 586. Jest tam wcześniej cytat z listu Lema do Heleny Eilstein, w którym Lem pisze, że bezwarunkowy zakaz aborcji to wedle niego "etyka wredy nawet w destylacie, a co dopiero in mala mundi vita". I właśnie do tego in mala mundi vita dała Gajewska następujące objaśnienie:
In mala mundi vita (łac.) - w złym (zgubnym, szkodliwym) życiu świata; za pomoc w przekładzie tego fragmentu dziękuję prof. Piotrowi Urbańskiemu i ks. Markowi Gubernatowi.
Dwóch konsultantów, by przełożyć kilka łacińskich słów! W sumie znośnie. Ale jeśli już objaśnia się taki drobiazg, wypadałoby dodać, że są to słowa z początku średniowiecznego wiersza o nędzy ludzkiego żywota ("Heu, heu mala mundi vita") [2] i chyba lepiej byłoby przełożyć je jako "w tym marnym życiu" [3]. Zwłaszcza w kontekście całego zdania oraz nawiedzających Lema depresji, kiedy ogarniał go wstręt do życia [4].

Natomiast o granicach tego ducha mówi coś kolejny przypis - dziwne wyznanie naukowej bezradności.

Lem pod koniec życia w felietonie dla "Tygodnika Powszechnego" napisał:

Wrócę jeszcze do moich lektur świątecznych: znalazł się wśród nich trzeci tom historii powojennej filozofii w Polsce, gdzie jest też hymn na moją cześć jako filozofa [5].
Gajewska powtarza tę wiadomość ("W trzecim tomie historii powojennej filozofii w Polsce Lem znalazł swoje nazwisko"), po czym rozbrajająco tłumaczy się w przypisie:
Nie udało się ustalić, którą konkretnie publikację miał na myśli pisarz (Gajewska, s. 608).
Tymczasem miał na myśli - cóż za niespodzianka! - trzeci tom Polskiej filozofii powojennej i zamieszczony tam szkic Pawła Okołowskiego Stanisław Lem [6]. Publikację nie aż tak ezoteryczną, by jej egzemplarza nie było w bibliotece Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, macierzystej uczelni autorki. Tyle że Gajewska niezbyt pewnie się czuje, gdy chodzi o filozofię, innych prac Okołowskiego o Lemie też chyba nie czytała, toteż kwestię filozoficznych poglądów Lema woli wymijać za pomocą gładkich ogólników:
Do ostatnich chwil śledził rozwój technologiczny i ostrzegał przed politycznymi oraz komercyjnymi nadużyciami, nie tracił jednak z oczu potencjału nowych odkryć i ich znaczenia dla polepszania jakości życia. Zamiłowanie do nauk o życiu i podziw dla Darwina współgrały u niego z marksistowskim materializmem (Gajewska, s. 244) [7].
O ciągnącej się przez dziesięciolecia polemice Lema z Leszkiem Kołakowskim, która zaczęła się recenzją Kołakowskiego z Summy technologiae, ma do powiedzenia tylko tyle, że kiedy "Leszek Kołakowski krytycznie odniósł się do kilku pomysłów zamieszczonych w Summie, [Lem] pamiętał mu to aż do śmierci" (Gajewska, s. 340) [8]. Nad opisywanie zawartości głowy Lema Gajewska bowiem zdecydowanie przedkłada opisywanie jego charakteru: że bywał pamiętliwy, drażliwy i - nade wszystko - apodyktyczny [9]. Ale przy czym się tak upierał, o tym już się w tej książce na ogół dyskretnie milczy.

Nie jest to więc biografia Lema moich marzeń. Ponieważ jednak zasługi Agnieszki Gajewskiej dla lemologii są nie do przecenienia, nie będę grymasił.

Otóż Lem przez kilkadziesiąt lat skutecznie mitologizował swój życiorys i na przykład o tym, że jest z pochodzenia Żydem albo w ogóle nie wspominał, albo - w ostateczności - zmyślał, że wprawdzie jego przodkowie byli Żydami, ale on już o judaizmie nie miał żadnego pojęcia [10]. I dopiero Agnieszka Gajewska zrobiła to, co każdy poważny lemolog dawno zrobić był powinien: sprawdziła dokumenty [11].

Okazało się wtedy, że rodzice Lema brali ślub w synagodze, ojciec Lema aktywnie uczestniczył w życiu żydowskiego Lwowa, a sam Lem uczył się religii u znanego rabina, który na świadectwie maturalnym ocenił jego pojęcie o judaizmie na piątkę [12]. Najprawdopodobniej miał też Lem tradycyjną bar micwę i liznął nieco hebrajskiego [13].

W poprzedniej książce Gajewskiej o Lemie, Zagłada i gwiazdy [14], jeszcze niczego o bar micwie i hebrajskim nie było. Natomiast pisząc wtedy o narodzinach Lema, zadowoliła się Gajewska jedynie enigmatycznym zdaniem:

Duchowym mentorem dziecka został Benjamin Lehm, najprawdopodobniej brat nieżyjącego dziadka (Zagłada i gwiazdy, s. 140).
Komentując to zdanie cztery lata temu w innej notce, pytałem:
A któż to taki ten "duchowy mentor dziecka" w tradycji judaistycznej? Czy nie chodzi tu o sandeka (סנדק), osobę, która trzyma dziecko płci męskiej w czasie ceremonii obrzezania, brit mila? Zazwyczaj jest to dziadek, a tutaj być może w zastępstwie zmarłego dziadka rolę tę pełnił jego brat, Benjamin Lehm. Czy można założyć, że pełnił ją fikcyjnie - jedynie do zapisania w papierach? Bo to trochę tak, jakby katolik dał się zapisać jako ojciec chrzestny, chociaż żadnego chrztu naprawdę nie było.

Nie jest to tylko próżna ciekawostka, bo wtedy sytuacja Stanisława Lema pod niemiecką okupacją wyglądałaby znacznie bardziej dramatycznie niż sytuacja kogoś, kto twierdzi, że, owszem, wprawdzie jacyś jego "przodkowie" byli Żydami, ale on sam już tak daleko zaszedł w asymilacji, że ani nic go z judaizmem nie łączyło, ani nawet nie miał o nim zielonego pojęcia. Ktoś taki mógł jeszcze czasem liczyć na mocne fałszywe dokumenty. Natomiast dla Żyda ze znakiem przymierza na ciele żadne dokumenty nie były wystarczająco mocne, skoro tę ich fałszywość mógł bez problemu zdemaskować byle policjant [15].

Na szczęście później Agnieszka Gajewska doczytała jeszcze to i owo oraz uznała, że może sobie pozwolić w tej sprawie na niedyskrecję. Dzięki temu z kolei ja mogłem się z satysfakcją przekonać, że moja intuicja była trafna. Teraz już nawet wiadomo, jak nazywał się mohel, który obrzezał malutkiego Stasia Lema:
Osiem dni później, 20 września, przy udziale mohela R.T. Bodka w domu odbyła się uroczystość obrzezania. W jej trakcie noworodka trzymał na rękach sandak Benjamin Lehm, obecni byli też rodzice (Gajewska, s. 75).
Jednak o żydowskich obyczajach mogłaby Gajewska jeszcze trochę doczytać, bo na razie ma o nich nieco mgliste wyobrażenie, wskutek czego o ślubie rodziców Lema pisze między innymi:
Potem odbyły się wieczory kawalerski i panieński. W dniu ślubu para pościła i spowiadała się (Gajewska, s. 54).
Z postem oblubieńców w dniu ślubu to prawda. Natomiast te "wieczory kawalerski i panieński" to najpewniej kabalat panim, przyjęcie dla gości weselnych, podczas którego w osobnych pomieszczeniach panna młoda (kala) przyjmuje kobiety, a pan młody (chatan) - mężczyzn. Mylące jest też sformułowanie, że para młoda "spowiadała się", bo Al chet, publiczna modlitwa połączona z wyznaniem grzechów (ale nie osobistych, a rytualnie wyliczanych według alfabetu), nie ma nic wspólnego z przedślubną katolicką spowiedzią. Takiej spowiedzi judaizm w ogóle nie zna.

Z drugiej strony Gajewska czasem przesadza w wyszukiwaniu u Lema nawiązań do żydostwa. Gdy Lem używa w artykule zwrotu "pod chajrem", komentuje to tak:

Jednocześnie zwrotem "pod chajrem" nawiązywał do tradycji żydowskiej i języka jidysz, w którym oznacza on: pod groźbą klątwy, ekskomuniki, czyli pod groźbą wykluczenia ze społeczności żydowskiej (Gajewska, s. 259).
"Pod chajrem" to rzeczywiście z jidysz, ale w gwarze lwowskiej tak się zadomowiło, że używali pospolicie tego zwrotu również goje [16]. I lwowski batiar zdziwiłby się niepomiernie, gdyby mu powiedziano, że zaklinając się w ten sposób "nawiązuje do tradycji żydowskiej". Jeśli więc Lem tym "chajrem" cokolwiek dawał znać, to najwyżej to, że on też chłopak ze Lwowa.

Miałem podczas czytania tej biografii jeszcze jedną małą satysfakcję. Agnieszka Gajewska wprawdzie o antystalinowskiej grotesce Lema Korzenie nie wspomina (bo to zresztą rzecz sama w sobie błaha), ale zdecydowanie potwierdza moje przekonanie, że Lem nie mógłby szydzić z upozowanego na satrapę Stalina już w pierwszej połowie lat 50., skoro w 1956 roku wstrząsnęło nim ujawnienie, że Stalin naprawdę był takim właśnie, wypisz wymaluj, otoczonym kultem satrapą [17].

Późniejsze listy Lema z czasów, gdy zaczęła się odwilż, wskazują, że dopiero po wystąpieniu Chruszczowa w sprawie nadużyć władzy Stalina odszedł on od swoich przekonań o postępie komunistycznym [...] Sam określił więc wcześniejszy okres swego życia jako "czerwony". Lektura dokumentów ujawnionych przez Chruszczowa była dla niego wstrząsem i oznaczała przejście na stronę krytyków (Gajewska, s. 256, 274; wyróżnienie moje).
Nie znaczy to jednak, że po Gajewskiej nie ma już nic do zrobienia, jeśli idzie o prostowanie biograficznych zmyśleń Lema.

Trzy przykłady.

W rozmowie ze Stanisławem Beresiem na początku lat 80. tak oto wyjaśniał, kreując się przy tym nieco na ofiarę systemu, dlaczego nie pojechał na pewną konferencję:

Potem była historia z konferencją poświęconą cywilizacjom kosmicznym w Biurakanie w 1971 roku, na której miałem być jedynym Europejczykiem pośród Amerykanów i Rosjan. Nie pojechałem, gdyż zaproszenie powędrowało pod jakieś sukno. Organizatorzy bardzo naciskali, a nawet zwrócili się wprost do prezydium Polskiej Akademii Nauk… i w przeddzień otwarcia zjazdu rozdzwoniły się telefony, że muszę koniecznie pojechać. Już był zamówiony nocny pociąg do Warszawy i samolot na Krym, ale nie pojechałem, choć miałem ogromną ochotę, bo zgotowano mi rolę "walizki". Gdyby się to odbyło w normalnym terminie, wówczas nic by nie stało na przeszkodzie. Były więc w kraju próby sugerowania, że Lema nie ma [18].
A tak pisał o tym na gorąco 19 lipca 1971 w liście do Władysława Kapuścińskiego:
Dostałem wczoraj zaproszenie Ak[ademii] Nauk na międzynar[odową] konf[erencję] do spraw cyw[ilizacji] kosmicznych w Biurakanie, Armenia, na 5 IX. byłbym jedynym zaproszonym z Polski, a tam kwiat nauki światowej - Feynmany, Sagany, Dyson itp. - i w ogóle byłbym jedynym nieprofesorem. Zaproszenie podpisał Szkłowski. Tylko hak: proszą, żeby mnie posłało Prez[ydium] Polskiej AN. Jakże ja z tym do AN pójdę? Już raczej zmilczę, a Rosjanom poślę dyplomatyczną odmowę. (Wyobraża Pan sobie, jak by się poobrażali nasi specjaliści?) Nadto,"załatwiłem odmownie" zapro[szenie] do Indii i do Budapesztu... [19].
Są to dwie różne opowieści. W pierwszej zaproszenie wędruje "pod jakieś sukno", dopiero w przeddzień konferencji rozdzwaniają się telefony, więc Lem nie jedzie, choć ma na to wielką ochotę. W drugiej zaproszenie trafia do Lema na półtora miesiąca przed datą konferencji (a więc "w normalnym terminie"), a Lem nie jedzie, bo najwyraźniej pojechać nie chce ("raczej zmilczę"). I jeszcze uzasadnia to tym, że gdyby pojechał, poobrażaliby się "nasi specjaliści" - co w ustach kogoś, u kogo delikatność nie była przesadnie pielęgnowaną cnotą, nie brzmi zbyt wiarygodnie.

Agnieszka Gajewska o Biurakanie i projekcie SETI w ogóle nie wspomina; w przeciwieństwie do Lema, który wspominał chętnie. Ale nie wspomina może dlatego, że wtedy wypadałoby przedstawić również poglądy Lema, a tego właśnie stara się unikać [20].

Natomiast bierze krytycznie pod lupę - i słusznie! - dwie inne powtarzane przez Lema opowieści: że specjalnie nie skończył medycyny, by nie zostać lekarzem wojskowym [21] i że wkrótce potem przypadkiem spotkał prezesa Czytelnika, który przypadkiem zaproponował mu napisanie książki, co skończyło się powstaniem Astronautów i dało początek pięknej karierze [22].

Absolwenci szkół medycznych otrzymywali masowo powołania do służby w Ludowym Wojsku Polskim, jednak - i o tym zapewne Lem też wiedział - brak złożenia wszystkich egzaminów dyplomowych nie gwarantował bezpieczeństwa, ponieważ i takim studentom wysyłano wezwania i doszkalano ich w ramach organizacji wojskowej. [...] By uchronić się przed powołaniem do służby wojskowej, Lem potrzebował legitymacji Związku Literatów Polskich. Wbrew temu, co opowiadał Stanisławowi Beresiowi, jego spotkanie z Janem Pańskim, ówczesnym dyrektorem Spółdzielni Wydawniczej "Czytelnik" w Zakopanem, nie mogło być przypadkiem (Gajewska, s. 229).
I znów chwała Gajewskiej, że obejrzała kartę egzaminacyjną Lema i sprawdziła, wedle jakich zasad brano wtedy w kamasze młodych medyków. Niemniej dalej pozostaje zagadką, jak naprawdę doszło do spotkania z Pańskim. Mniejsza już o to, że Pański, typowy nomenklaturowy aparatczyk, miał na imię Jerzy. Ważniejsze, że miał także brata-antykomunistę w Ameryce, musiał więc być aparatczykiem szczególnie czujnym, bo nawet słaby hak mógłby zachwiać jego karierą. Toteż prawdopodobieństwo, że ot tak zaproponował napisanie książki jakiemuś nieznanemu młodemu człowiekowi, jest bliskie zeru.

Żeby zaaranżować z nim spotkanie, potrzebna była mocna protekcja kogoś, komu Pański ufał. Jeszcze mocniejsza protekcja była potrzebna, by Lema wybronić przed powołaniem do wojska, bo sama legitymacja Związku Literatów Polskich, zresztą otrzymana dużo później, nie działała w takim wypadku jak niezawodny glejt. Co innego, gdy jej posiadacz został uznany za osobę niezbędną w walce na froncie ideologicznym.

Sam Lem, opowiadając o swojej sytuacji w tamtych latach, ograniczył się wyłącznie do niejasnych napomknień. Że jego ojciec (formalnie funkcjonariusz UB - ale o tym Lem nigdy się nawet nie zająknął), próbował mu pomóc w wydaniu Szpitala przemienienia "przez swoje stare lwowskie znajomości". Że Jerzy Putrament - a jemu akurat Pański mógłby zaufać - podobno namawiał go do wstąpienia do partii, i to namawiał jakby prywatnie, bo "w jakiejś małej restauracyjce" (Tako rzecze Lem, s. 54 i 52). To kolejne dziwne spotkanie, bo przecież Putrament, wtedy jeden z najważniejszych oficerów frontu ideologicznego, z byle kim się po restauracyjkach nie szwendał. Chyba że to właśnie on podczas inspekcji u młodych literatów w Krakowie odkrył w Lemie zadatki na żołnierza tego frontu i gotów był przyjąć go - po stosownym podszlifowaniu - do służby.

Jednak w tym wypadku Gajewska nie tylko bezkrytycznie wierzy Lemowi, ale jeszcze przerabia jego opowieść restauracyjną na świadectwo bohaterskiego oporu. "Trzeba było mieć wiele samozaparcia, aby przeciwstawić się tak wpływowemu redaktorowi" (Gajewska, s. 251). Tyle że o żadnym przeciwstawieniu się nic nie wiadomo ("ja się w ogóle nie odzywałem" - mówił Lem Beresiowi). Nie wydaje się też, by Putrament chciał Lema z marszu zapisać do partii; już raczej obiecywał mu to jako nagrodę, bo - wbrew utartym mniemaniom - w czasach stalinowskich wcale nie tak łatwo było wstąpić do partii (nawet Tadeuszowi Krońskiemu się to nie udało). Znacznie łatwiej było z niej wylecieć: w ciągu pięciu lat po zjednoczeniu wyleciało tak prawie pół miliona osób! I co to za przeciwstawienie się, skoro wkrótce potem Lem drukuje obrzydliwie socrealistyczny Kocioł ("Twórczość" 1950, nr 9), a relacja z Putramentem kończy się - według słów samego Lema - tym, że

namówiono mnie do pisania felietonów dla "Nowej Kultury" [...] [gdzie] Putrament wprowadzał do moich tekstów twórcze zmiany w rodzaju: "Jak słusznie powiedział Malenkow..." (Tako rzecze Lem, s. 58).
Miała też swój dalszy ciąg relacja Lema z Pańskim. Gdy w następnym roku (1951) Pańskiego rzucono na odcinek teatru (został dyrektorem Centralnego Zarządu Teatrów), to właśnie on zainspirował powstanie Jachtu "Paradise", potwornego antyimperialistycznego gniota, który Lem błyskawicznie wysmażył razem z Romanem Hussarskim [23]. A w kolejnym roku (1952) przy okazji wystawiania tego gniota w Szczecinie, tak pisał do kierownika literackiego tamtejszego teatru:
Pański jest moim dosyć dobrym osobistym znajomym i dlatego trudno mi go o cokolwiek prosić, bo raczej nie odmówi [24].
Po latach Lem wolał się do takich dobrych osobistych znajomych nie przyznawać, a swoje ówczesne perypetie przedstawiał tak, jakby był wtedy "nikim", antyszambrującym młodym pisarzem bez żadnego wsparcia, wolnym elektronem, który z musu otarł się o socrealizm, bo bardzo chciał, by wydano mu Szpital przemienienia, więc pod presją dopisał jeszcze dwie kolejne części (co złożyło się razem na cykl Czas nieutracony).

Powstanie tego utworu również obrosło zmyśleniami. Lem głównie skarżył się na związane z tym niedole: nieustanne podróże do Warszawy "na nie kończące się konferencje", po których wracał z zaleceniami kolejnych poprawek. Z czego pośrednio wynikało, że traktowano go wtedy jako twórcę niepoprawnego, żadnego tam socrealistę, a Beresiowi nawet zełgał niefrasobliwie, że "książka ukazała się dopiero dzięki Październikowi" [25]. Bereś zaś ani tego nie skomentował, ani nie skorygował później w przypisie, choć przecież musiał dobrze wiedzieć, że Czas nieutracony został wydany na rok przed Październikiem, a drugie wydanie oddano do składania jeszcze w lipcu 1956.

Tymczasem te wieloletnie pertraktacje z wydawcą żadną miarą nie dowodzą nieprawomyślności Lema w czasach stalinizmu. Przeciwnie, mozolne podszlifowywanie świadczy raczej o sporych nadziejach, jakie z nim wiązali jego protektorzy! Z pisarzem niepewnym ideologicznie żadne wydawnictwo nie robiłoby sobie tyle zachodu. Takiego załatwiano odmownie od ręki. Natomiast Czas nieutracony był, jak się zdaje, szykowany na hagiografię nowego ustroju, a hagiografia, wiadomo, musi być bez skazy i całkowicie zgodna z aktualną linią. Lem miał jedynie pecha, że działo się to w czasach, gdy linia ta kilkakrotnie się zmieniała. W końcu jednak się udało, toteż recenzenci nie mieli potem żadnego problemu z uchwyceniem głównej idei tej książki:

Dana przez Lema odpowiedź na pytanie o światopogląd polityczny jest jednoznaczna: Czas nieutracony to akces inteligenta polskiego do komunizmu [26].
Książka Agnieszki Gajewskiej nie daje podobnie jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, dlaczego później u samego Lema nie doszło - mimo przeżycia politycznego wstrząsu - do przełomu światopoglądowego. Podstawowy skład jego zapatrywań pozostaje bowiem po roku 1956 mniej więcej ten sam, a wyparowuje z tej mikstury głównie optymizm. Na tym zresztą polega problem z Lemem.

Lem, który coś tam nabroił w czasach stalinowskich, ale potem otrzeźwiał i zmądrzał, nie jest trudny do zaakceptowania. Stosunkowo łatwo też jego perypetie usprawiedliwiać: młodością, głupotą, żarliwą wiarą, wojenną traumą, naiwnością, biedą etc., etc. - jak kto sobie życzy. Czy nawet pewną dozą konformizmu, wprawdzie mało chwalebnego, lecz w czasach terroru jakoś tam wybaczalnego. A najlepiej wszystkim po trochu.

Natomiast znacznie trudniej zaakceptować Lema, u którego nawet odejście od "przekonań o postępie komunistycznym" jakby się ślimaczy i rozmywa. Artykuł z 1967 roku z okazji 50. rocznicy rewolucji październikowej można potraktować jako przykry serwitut wymuszony napiętą sytuacją polityczną [27], ale co począć choćby z losami Czasu nieutraconego.

Że Lem zgodził się wydać "akces inteligenta polskiego do komunizmu" w roku 1955, to oczywiste. Że zgodził się niemal natychmiast na drugie wydanie (ukazało się na początku roku 1957), to też jeszcze zrozumiałe. Ale dlaczego zgodził się na wznowienie tej koszmarnej agitki w roku 1965? Już zamożny, sławny i szeroko czytany, co powinno skłaniać do większej odpowiedzialności. Tym bardziej że są tam takie paskudztwa, które aż przykro cytować. Komu i dlaczego chciał dać znać, że ten akces nadal uważa za obowiązujący?

Z powodu grzeszku znacznie mniejszego kalibru Lem uznał kiedyś, że Czesław Miłosz to "Bardzo Utalentowana Świnia" [28]. Aż strach pomyśleć, jakich słów trzeba by użyć, gdyby jego samego zmierzyć tą miarą.

[1] Agnieszka Gajewska, Stanisław Lem. Wypędzony z Wysokiego Zamku. Biografia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021. Dalej cytuję jako Gajewska.

[2] Najstarszy paryski rękopis tego wiersza pochodzi z dwunastego wieku, a jego autorstwo bywało przypisywane (bezzasadnie) Bernardowi z Clairvaux, może dlatego, że on też wiele pisał o marności życia. Z tego rękopisu ogłosił go Edélestand du Méril w Poésies populaires latines du moyen age (Franck, Paryż 1847, s. 108-121) i dał mu stosowny tytuł: Des misères de la vie humaine. Liczy w całości niemal sto zwrotek, bo rozliczne są nędze ludzkiego żywota, więc przytoczę tylko pierwszą:

Heu, heu mala mundi vita,
quare me delectas ita?
Cum non possis mecum stare,
quid me cogis te amare?

Słowa 'mala' nie ma w rękopisie paryskim, ale jest w późniejszym rękopisie z czternastego wieku, może dla zachowania ośmiu sylab w każdym wersie. Dodałem je za: Hermann Adalbert Daniel, Thesaurus hymnologicus sive hymnorum canticorum sequentiarum collectio amplissima, tom IV, Lipsk 1855, s. 194.

Tę pierwszą zwrotkę cytuje Jan Ptaśnik w Kulturze wieków średnich (Instytut Wydawniczy "Bibljoteka Polska", Warszawa 1925). Po łacinie w przypisie 6 na stronie 279, natomiast w tekście głównym na stronie 143 w takim swobodnym przekładzie:

Ach ty marne podłe życie,
Czemu cieszysz mię w swym bycie?
Jeśli ze mną stać nie zdołasz,
Czemu do kochania wołasz?

Nb. obie te zwrotki, łacińską i polską, przepisał od Ptaśnika Wacław Sieroszewski w powieści Pan Twardost Twardowski czarnoksiężnik polski (tom I, Instytut Wydawniczy "Bibljoteka Polska", Warszawa 1930, s. 227-228). Ale u literatów takie pożyczki bez zaznaczenia to rzecz zwyczajna, więc nie ma o czym mówić.

[3] Wulgata jako pro mundi vita przekłada greckie hyper tes tou kosmou zoes (Ewangelia Jana 6,51). Jezus powiada tam, że jego ciało jest chlebem na coś więcej niż życie w tym świecie, bo kto zje z tego chleba, żyć będzie na wieki (zesei eis ton aiona). Można by więc idąc za tą tradycją przełożyć ten zwrot jako "w marnym doczesnym życiu", ale ponieważ Lem nie dzielił życia na doczesne i wieczne, a swój list pisał do zdeklarowanej ateistki, samo "marne życie" wydaje mi się stosowniejsze.

Uwagi tej nie kieruję do Agnieszki Gajewskiej, która rzeczywiście powinna konsultować ze specjalistami wszystko, co wydaje się jej łaciną. Gdy zaniedbała to zrobić w wypadku przypisu na stronie 96, wyszło jej, że tempi passati to też łacina.

[4] O depresjach Lema Gajewska pisze wielokrotnie, nawet jeden z rozdziałów zatytułowała "Depresja i polityka". Zdaje się też już na wstępie przychylać do diagnozy Lema, że jego wstręt do życia był w istocie objawem choroby.

"W liście do Heleny Eilstein Lem twierdził, że cierpi na cyklotymię, czyli chorobę charakteryzującą się zaburzeniami nastroju. W chwilach wzmożonej stymulacji chorego cechuje nadaktywność, euforia i gadatliwość, a także ograniczona potrzeba snu. Po tych okresach następują dni wypełnione smutkiem, zmęczeniem i niechęcią do siebie samego. Chorobę tę można odziedziczyć, jednak bywa ona także skutkiem traumatycznych przeżyć z młodości i długotrwałego stresu. Na pewno choroba, a przynajmniej jej objawy, które Lem u siebie zdiagnozował, sprzyjała izolacji, ale też realizowaniu twórczej pasji. Z upływem lat coraz częściej skarżył się przyjaciołom na dojmujący wstręt do życia" (Gajewska, s. 11-12).

Cytaty z listów Lema, w których skarży się na wstręt do życia (taedium vitae) na stronach 353-354 i 496.

[5] Stanisław Lem, Lektury świąteczne, tygodnikpowszechny.pl, 8 stycznia 2006. Felieton Lema cytuję za tym samym internetowym źródłem, na które powołuje się Gajewska (przypis 30 na stronie 686).

[6] Paweł Okołowski, Stanisław Lem, [w:] Polska filozofia powojenna, Tom III, redakcja Witold Mackiewicz, Agencja Wydawnicza Witmark, Warszawa 2005, s. 179-204. Szkic godny polecenia, bo to szkoła Bogusława Wolniewicza z tym wszystkim, co w niej najlepsze: jasnością i zwięzłością.

[7] W tym wypadku jeszcze nie jest najgorzej: treści wprawdzie tyle, co kot napłakał, ale mniej więcej wiadomo, o co chodzi. A nie zawsze wiadomo.

"Przyległość koncepcji matematycznych i fizycznych do znanej Lemowi teorii ewolucji ułatwiała mu zrozumienie skomplikowanych układów, jakie działają w maszynach umiejących się komunikować. Dodatkowo taka wizja wiązała się z określonym światopoglądem, w którym więzi społeczne powstają poprzez wymianę informacji podlegających entropii" (Gajewska, s. 362).

Maszyny umiejące się komunikować to pewnie tylko przenośnia; jak wtedy, gdy mówi się o samolocie, że umie latać. Ale o co chodzi z tą przyległością koncepcji matematycznych do teorii ewolucji i - najważniejsze - co to za określony światopogląd, "w którym więzi społeczne powstają poprzez wymianę informacji podlegających entropii". Brzmi to bardzo mądrze, ale w istocie nie ma tam chyba nic więcej poza trywialnym spostrzeżeniem, że ludzie tworzą więzi społeczne posługując się językiem.

[8] Pointa recenzji Kołakowskiego była niemal entuzjastyczna ("uważam jego książkę za znakomitą"), ale zaczynała się ta recenzja - zwłaszcza jeśli pamiętać o drażliwości Lema - wielce niefortunnie.

"Chłopiec, który grzebie w ziemi dziecinną łopatką, może być łatwo przeświadczony, że jeśli z dostatecznym uporem i dostatecznie długo będzie się trudził, przebije w końcu kulę ziemską i dostanie się z Polski na dno Pacyfiku. Przypuszczenie jego ma za sobą dwie istotne racje: pierwszą jest spostrzeżenie, że w miarę kopania dołek robi się coraz głębszy, następną jest wygląd globusa, na którym może ustalić, gdzie się znajduje «drugi koniec świata». [...] Nie da się przekonać szydercom, którym zawsze odpowie: «przecież zrobiłem już początek, widzieliście na własne oczy!»" (Leszek Kołakowski, Informacja i utopia, [w:] Idem, Pochwała niekonsekwencji. Pisma rozproszone z lat 1955-1968, tom 3, przedmowa, wybór, opracowanie Zbigniew Mentzel, Wydawnictwo Puls, Londyn 1989, s. 42; pierwodruk w "Twórczości" 1964 nr 11).

Lem naturalnie wziął tego chłopczyka z łopatką do siebie ("Ongiś naśmiewał się ze mnie Kołakowski") i rzeczywiście zapamiętał to Kołakowskiemu aż do śmierci, czyniąc tu i ówdzie pod jego adresem rozmaite uszczypliwości. Zwłaszcza sympatię do chrześcijaństwa późnego Kołakowskiego przedstawiał tak, jakby to dyskwalifikowało go jako partnera do poważnej dyskusji ("ma własną wykładnię chrześcijaństwa, która mnie nie interesuje"). A z kolei wczesnemu Kołakowskiemu miał za złe jego pryncypialny (więc i pryncypialnie antychrześcijański) marksizm.

"Chodziło mu przede wszystkim o wczesne artykuły, w których ten atakował Ajdukiewicza, Kotarbińskiego i Ossowskich: «I nawet nie uderzył w pierś, by rzec mea culpa, bo za dumny na to i bo się Tacy Filozofowie nie mylą»” (Gajewska, s. 250-251; Gajewska cytuje list do Heleny Eilstein z 18 kwietnia 1991).

Niezbyt to elegancki przytyk w prywatnym liście, zwłaszcza jeśli pamiętać, że Lem również wypisywał rozmaite mało chwalebne rzeczy, za które potem bił się w piersi znacznie mniej zamaszyście niż Kołakowski albo wcale.

"W listach też nie dokonywał rozrachunków, być może po części dlatego, że uwiedzenie poetyką socrealistyczną i wizją świata, gdzie technika pozwala zwalczyć głód i biedę, to nie to samo co zaangażowanie w działalność partyjną i donoszenie na kolegów i koleżanki. Lem rzadko przyznawał się do błędów i rzadko przepraszał nawet przyjaciół za swoje niestosowne zachowanie" (Gajewska, s. 562-563).

Skargę Lema, że Kołakowski się naśmiewał, cytuję za: Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018, s. 75. Dalej cytuję to wydanie jako Tako rzecze Lem.

Podobnie zresztą skarżył się Tomaszowi Fiałkowskiemu:

"Kiedy napisałem Summę technologiczną, nie było odzewu ani ze strony autorów czy krytyków science fiction, ani ze strony autorytetów naukowych, z jednym wyjątkiem Kołakowskiego, który mnie wyśmiał" (Świat na krawędzi. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000, s. 204).

O tym, że nie interesuje go rozmowa z Kołakowskim, mówił Lem Stanisławowi Beresiowi:

"On przecież lekceważy wszystko, co pachnie naturalizmem, czyli nauką. Przebywa w świecie Spinozy, rozmaitych mistyków i ma własną wykładnię chrześcijaństwa, która mnie nie interesuje ani w jego, ani w niczyim innym wydaniu" (Stanisław Bereś, Historia literatury polskiej w rozmowach. XX-XXI wiek, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2002, s. 111)

[9] "Najbliższe otoczenie pisarza będzie przez kolejne lata obserwowało z obawą coraz częstsze napady złości i jego wzrastającą apodyktyczność" (Gajewska, s. 570). Gajewska cytuje wcześniej Dziennik Jana Józefa Szczepańskiego, którego peszy "absolutna pewność [Lema] własnej racji we wszystkim" oraz uwagę Kołakowskiego z rozmowy ze Zbigniewem Mentzelem: "Lem nie darował mi paru uszczypliwych uwag o jego książce. To był jeden z dwóch wybitnych pisarzy naszych wyjątkowo wprost przewrażliwionych na swoim punkcie". A dalej jest jeszcze kolejny cytat z Dziennika Szczepańskiego: "Basia [żona Lema] powiedziała mi w zaufaniu, że stał się ostatnio chorobliwie apodyktyczny - co zresztą obserwuję od jakiegoś czasu" (Gajewska, s. 600).

Jak to jednak w tej książce często bywa, niedyskrecje przeplatają się z dyskrecjami. Tak więc czytelnik dowie się, że w pierwszej połowie lat 90. "Lemowie byli skłóceni z synem i nie utrzymywali z nim kontaktu", a Lem również później "pokazuje mu fochy", ale o co poszło - już nie wiadomo (Gajewska, s. 600-601).

[10] Stanisław Lem, Przypadek i ład, z niemieckiego oryginału zatytułowanego Mein Leben i napisanego w 1983 roku przełożył Tomasz Lem:

"Moi przodkowie byli Żydami, jednak ja nie miałem pojęcia o judaizmie ani, niestety, o żydowskiej kulturze". W oryginale: "Meine Vorfahren waren Juden. Ich wußte vom mosaischen Glauben nichts, und auch von der jüdischen Kultur leider gar nichts [...]".

W długiej rozmowie ze Stanisławem Beresiem, która złożyła się na książkę Tako rzecze Lem, posunął się nawet do swego rodzaju prowokacji:

"Punktem kulminacyjnym rozmowy o antysemityzmie jest zdanie: «Żydów u nas prawie już nie ma, choć są tacy, którzy twierdzą, że wszyscy jesteśmy Żydami. Może więc my obaj też?» (TRL, 415 [Gajewska cytuje Tako rzecze... Lem za wydaniem z roku 2002; w późniejszych wydaniach wielokropek z tytułu zniknął]). Czy prowokował w ten sposób Beresia? Oczekiwał od niego zaprzeczeń? Sprawdzał jego reakcję? Badał, czy się domyśla? Dalszy ciąg rozmowy nie pomaga odpowiedzieć na te pytania. Lem wypierał się w niej bliskich związków z tradycją żydowską i twierdził, że o swoim żydowskim pochodzeniu dowiedział się dopiero od Niemców podczas okupacji" (Gajewska, s. 408).

Nb. w autobiograficznym Wysokim Zamku słowa 'Żyd", 'żydowski', 'synagoga' etc. nie pojawiają się ani razu, nawet w opisie tła, i z pewnością nie zadecydowała o tym peerelowska cenzura. Natomiast obrazy kościołów lwowskich oglądane przez narratora w starych albumach są dla niego "swojskie" (Stanisław Lem, Wysoki Zamek, [w:] Stanisław Lem, Dzieła, tom XIV, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2009, s. 52). I dopiero gdy wie się o żydostwie Lema, daje do myślenia zakończenie tego zdania: "swojskie, ale chyba tak raczej, jak zaułki mieszkania są bardziej swojskie dla myszy aniżeli dla prawowitych jego rezydentów".

I jeszcze Henryk Grynberg o spotkaniu z Lemem w 1992 roku:

"Lem [...] bez przerwy mówił i nie dopuszczał mnie do głosu, jakby się bał, że powiem (palnę) coś żydowskiego lub zadam jakieś niedyskretne pytanie, zwłaszcza że dwie starsze panie, które podawały herbatę, wyglądały na święte katoliczki" (Henryk Grynberg, Pamiętnik, Świat Książki, Warszawa 2011, s. 409).

Dla niektórych żydostwo Lema było bowiem sprawą oczywistą.

[11] Pisałem o tym już kilka razy, więc z konieczności trochę się powtarzam, ale przecież, po pierwsze, nie każdy musi znać moje poprzednie notki (na przykład notkę "Agnieszka Gajewska czyta Stanisława Lema albo ktoś tu chyba jednak zwartusiał"). Po drugie zaś nie jest prawdą, że Ebenezer Rojt potrafi jedynie wściekle czepiać się drobiazgów w poczciwych ludzkich zmyśleniach. Przeciwnie, nic go tak nie raduje, jak rzetelna robota.

[12] Niewykluczone, że trzeba tę ocenę traktować z pewną rezerwą, jak zresztą na ogół czyni się z ocenami z religii. Józef Hen uważa wręcz, że:

"ta piątka z religii o niczym nie świadczy [...]; wszyscy dostawaliśmy z religii piątki, bo dla policji Żyd, który zaniedbywał ten przedmiot, wzbudzał podejrzenie, że jest komunistą, i miał trudności z dostaniem się na studia" (Ja, deprawator, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2018, s. 83).

Jeśli jednak wziąć poprawkę na charakter młodego Lema, można rozsądnie założyć, że skoro już chodził na lekcje religii, to jednak czegoś się na nich nauczył.

Nb. Hen daje w swojej książce do zrozumienia, że sporo wie o Lemie, bo "Lem przede mną nic nie udawał", ale wcześniej pisze, że Lemowi "rodzinę wymordowano, on jeden z niej ocalał" (s. 12; wyróżnienie moje). Czyli bardziej zmyśla niż wie. Akurat to zmyślenie to drobiazg - znacznie gorsze są fantazje polityczne Hena. W książce wydanej w roku 2018, a pisanej już dobrze po zajęciu Krymu przez Rosję, można między innymi przeczytać, że Putin jest nastawiony na dialog (s. 51), że jeśli ktoś oskarża Putina o chęć rozwalenia Unii Europejskiej, to najpewniej jest maniakiem (s. 86), że Putin na pewno nie zrobi wojny, bo eksportuje gaz (s. 145), że strach przed Putinem świadczy "o pewnej obsesji" (s. 171), że Polsce na pewno "nie grozi żaden Putin" (s. 229). Nawet antyputinowsko nastawione rosyjskie emigracyjne politolożki są dla Hena "dość dziwaczne" (s. 302), a na słowa o tym, że "Rosja szykuje się do agresji", można się tylko roześmiać (s. 354). Być może Lem trafnie przewidział zbyt wiele rzeczy, więc Natura dla równowagi stworzyła także Hena.

[13] "Nic nie wskazuje na to, by rodzice Stanisława porzucili uczestnictwo w życiu synagogi; wydaje się wręcz, że właśnie zaangażowanie w sprawy religijne mogło w latach trzydziestych stanowić polityczne wyzwanie rzucone w stronę antysemickich wystąpień. [...] Z językiem hebrajskim Lem musiał zapoznać się zarówno w synagodze, jak i na lekcjach religii mojżeszowej, prowadzonych przez ważną dla lwowskiej socjety postać, rabina Dawida Kahane". "Najprawdopodobniej we wrześniu 1934 roku wziął udział w bar micwie" (Gajewska, s. 86, 84).

Gdy się już wie, że Stanisław Lem jednak miał o judaizmie pojęcie, inaczej czyta się na przykład takie jego zdanie z listu do Rafaiła Nudelmana:

"Mnie się bardzo w Izraelu nie podoba tendencja TEOKRATYCZNA, bo ona oznacza nietolerancyjność, w judaizmie GORSZĄ niż w chrześcijaństwie" (Gajewska, s. 506).

Nb. gdy Lem czytał niedługo przed śmiercią wspomniany w przypisie szóstym szkic Okołowskiego, mógł mieć poczucie, że udało mu się wszystkich nabrać na swoje biograficzne bałamuctwa. Okołowski bowiem nie tylko powtarza za Lemem: "Jego przodkami byli zasymilowani Żydzi", ale pisze o matce Lema - tej samej, która stała pod chupą razem z Samuelem - "Matka, Sabina z Wollnerów (ur. 1892), katoliczka pochodząca z ubogiej rodziny z Przemyśla" (s. 181).

[14] Agnieszka Gajewska, Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2016. Książka w postaci elektronicznej dostępna jest za darmo i najzupełniej legalnie w Repozytorium UAM.

[15] Kto tej notki ciekaw, niech przeczyta w OSOBACH: "Wojciech Orliński znowu o Stanisławie Lemie albo zmyśleń ciąg dalszy".

[16] Kto nie wierzy, niech zajrzy do książki Zofii Kurzowej: Polszczyzna Lwowa i kresów południowo-wschodnich do 1939 roku, PWN, Warszawa 1983, s. 217.

[17] Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta w NOTATKACH: "Kiedy powstało Korzenie. Mały przypis do ewolucji światopoglądowej Stanisława Lema wraz z wypisami z Dziennika Jana Józefa Szczepańskiego" oraz "Kiedy powstało Korzenie. Aneks albo o pamięci".

Nb. Agnieszce Gajewskiej chyba obiła się o uszy hipoteza (nonsensowna), że świadectwem istnienia Korzenia w styczniu 1953 roku jest pewna notatka z Dziennika Jana Józefa Szczepańskiego. I może dlatego notatkę tę opowiedziała tak:

"Pod koniec stycznia 1953 roku Lem i Szczepański spędzili trochę czasu w Przegorzałach [...] Lem czytał tam sztukę kukiełkową, kpiącą z władz, którą napisał razem z Husarskim, a Szczepański uznał, że jest dobra i dowcipna" (Gajewska, s. 255; wyróżnienie moje).

Ale w oryginalnej notatce Szczepańskiego nie ma nawet najmniejszej aluzji, że była to sztuka "kpiąca z władz":

"W ubiegłą niedzielę byłem z Lemem w Przegorzałach u Hussarskich. Jeździliśmy skikjoringiem, a potem Lem czytał sztukę kukiełkową, którą razem z H.[ussarskim] napisali. Bardzo dowcipna i dobra" (Jan Józef Szczepański, Dziennik, tom I: 1945-1956, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 339-340).

Lem prawdopodobnie czytał wtedy napisaną razem z Hussarskim groteskę Ellinor, o której tak opowiadał Beresiowi:

"- Później [czyli po Jachcie "Paradise"] dał pan sobie spokój zarówno z dramaturgią, jak i ze współpracą z Hussarskim?

- A skądże, napisałem potem wspólnie z nim dramat Ellinor.

- To historyczne imię? Chyba jakiejś władczyni francuskiej?

- To jest imię królowej, która zdradza męża, więc mąż każe ją ściąć, i w ostatniej scenie mówi nad trupem: «Małżonko miła, twoje li to pod obcas wlazło mi jelito»? (śmiechy) Bawiliśmy się w ten sposób" (Tako rzecze Lem, s. 61).

Lem jak najbardziej mógł przedstawić to dziełko słuchaczom jako sztukę kukiełkową.

Nb. Roman Hussarski naprawdę nazywał się Husarski (jak u Gajewskiej), ale ponieważ Lem chyba zawsze stosował i akceptował pisownię z podwójnym 's' (na przykład w rozmowach z Beresiem), zachowuję tę konwencję.

[18] Tym razem rozmowy Lema z Beresiem cytuję za: Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Cyfrant, Kraków 2013; cytat z końca rozdziału "Księga skarg i wniosków". Jest to wydanie elektroniczne, w którym - jak informuje wydawca - "dokonano kolejnych korekt" w stosunku do poprzednich wydań tradycyjnych (1987, 2002). Cytuję zaś to wydanie, ponieważ w kolejnym wydaniu papierowym (cytowanym w przypisie 8, strony 243-244) akapit ten został przeredagowany, a z pierwszego zdania zniknęły słowa "w Biurakanie w 1971 roku". Ale naturalnie dalej chodzi właśnie o tę konferencję.

Nb. nie jest prawdą, że Lem miał być na tej konferencji "jedynym Europejczykiem pośród Amerykanów i Rosjan". Byli tam także brytyjski biolog Francis Crick, węgierski astrofizyk György Marx i Rudolf Pešek z Czechosłowacji, jeden z najaktywniejszych uczestników projektu SETI.

Wypadałoby także w końcu sprostować ten "samolot na Krym" (w innym miejscu Lem mówi o "radziecko-amerykańskiej konferencji w Biurakanie na Krymie"; s. 321 wydania z roku 2018), bo choć kolejne wydania tych rozmów są za każdym razem zredagowane trochę inaczej, redaktor dotąd nie zainteresował się, gdzie właściwie leży ten Biurakan. W rzeczywistości Biurakan (poprawniej Bjurakan, ale pozostaję przy pisowni Lema) to wieś w Armenii, odległa od Krymu mniej więcej tyle, co Warszawa od Zurychu. A wybrano ją na miejsce konferencji, bo mają tam obserwatorium astronomiczne z największym na Kaukazie teleskopem. Najwidoczniej Lemowi pomylił się po latach Kaukaz z Krymem.

[19] Stanisław Lem, Listy albo opór materii, wybór i opracowanie Jerzy Jarzębski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002, s. 92.

Nie jest jasne, czemu Lem do Biurakanu nie chciał pojechać. Wiadomo, że z radzieckimi uczonymi dyskutował chętnie i do końca życia wspominał z rozrzewnieniem, jak wspaniale go w ZSRR przyjmowano. Były to jednak dyskusje bardzo luźne i po części prywatne. Być może rola jedynego nieprofesora na konferencji naukowej wydała mu się za trudna do udźwignięcia, zwłaszcza że nie mógł liczyć na przedustawną sympatię tych różnych amerykańskich Feynmanów i Saganów, którzy wtedy (w przeciwieństwie do Rosjan) jego twórczości nie znali. A gdyby jeszcze któremuś z Amerykanów przyszło do głowy napisać na tablicy jakiś mniej banalny wzór albo podrążyć astronomiczną wiedzę Lema, kompromitacja wisiałaby w powietrzu, "matematyka zawsze bowiem była moją piętą achillesową" (Wysoki Zamek, strona 68 wydania cytowanego w przypisie 10).

"Z listów do Jerzego Wróblewskiego wynika, iż Lem zdawał sobie sprawę, że jego możliwości konceptualne nie mają tak szerokiego zasięgu, jakiego oczekiwał sam od siebie. Przeszkodę stanowiła, podobnie jak w gimnazjum, matematyka, z którą w czytanych książkach nie potrafił sobie poradzić. Gdy zaczynał pisać Summę, żalił się: «[...] Te AWTOMATY, które od Ciebie dostałem, tylko w jakichś 30-40% odcyfrowałem, resztę zakryła skorupa nieprzenikliwej dla mnie Mathematyki»" (Gajewska, s. 375; przepraszam za ten "zasięg możliwości konceptualnych", ale przecież uprzedzałem, że jest to biografia naukowa).

Ponieważ jednak zaproszenie do Biurakanu bardzo mu pochlebiało, Lem ostatecznie przygotował niewielki referat dołączony później do pokonferencyjnej książki. Niestety, asekuracyjny i zdroworozsądkowy: że do sprawy kontaktu z innymi cywilizacjami trzeba podejść elastycznie, wypracować wielość strategii, pamiętać, że nasze dane są tymczasowe i przyszłe odkrycia je zmienią etc., etc. Wszystko to prawda, ale przecież nikt tym oczywistościom nie przeczył, a organizatorzy chyba oczekiwali od wizjonera-fantasty czegoś bardziej szalonego. "Jak łatwo się domyślić - przyznawał smętnie po latach sam wizjoner - głos mój nie miał żadnego echa" (Rozważania sylwiczne XXXV, "Odra" 1995, nr 6, s. 92).

Po śmierci Lema Stanisław Bereś mocno na wyrost napisał, że brał on udział "w opracowywaniu koncepcji międzynarodowego programu naukowego SETI (Search for Extraterrestrial Intelligence), mającego na celu poszukiwanie form inteligentnego życia poza Ziemią" (Stanisław Bereś, Ita dixit Lem, "Postscriptum 2006, nr 1, s. 9). To niestety jedynie mitologia ku pokrzepieniu (polskich) serc. Toteż w historii programu SETI doprowadzonej do początku lat 90. nazwisko Lema nie pojawia się ani razu. A jest tam na "L" między innymi Lukrecjusz, Percival Lowell, który wierzył w kanały na Marsie, a nawet wariat Timothy Leary (Frank Drake, Davy Sobel, Czy jest tam kto? Nauka w poszukiwaniu cywilizacji pozaziemskich, przełożyli Elżbieta Bielicz i Marceli Krogulec, Prószyński i S-ka, Warszawa 1995; w "Dodatku A" na stronach 306-307 spis ludzi SETI, także uczestników konferencji w Biurakanie; wariactwo Leary'ego potwierdza świadectwo Drake'a na stronach 148-152).

Referat Lema jest dziś stosunkowo łatwo dostępny w: Проблема СЕТI. Связь с внеземными цивилизациями, redakcja Samuel Aronowicz Kaplan [Самуил Аронович Каплан], Издательство «Мир», Moskwa 1975. Rozprawka Lema nosi tytuł По поводу проблемы внеземных цивилизаций (s. 329-335). Nb. wbrew pojawiającym się czasem informacjom nie jest to rosyjski przekład szkicu Nauka ziemska i cywilizacje kosmiczne, opublikowanego najpierw w "Problemach" (1970, nr 11), a potem w książce Rozprawy i szkice (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1975).

[20] Jedno okrągłe zdanie na ten temat pojawia się, gdy Gajewska relacjonuje warszawskie spotkanie Lema z kosmonautą Jegorowem w roku 1965:

"Wierzyli wtedy [Lem i Jegorow] zarówno w istnienie innych cywilizacji w kosmosie, jak i w możliwość nawiązania z nimi kontaktu, choć w tej materii spodziewali się sporych trudności" (Gajewska, s. 350). Ale dlaczego wierzyli i jakich trudności się spodziewali, tego już się nie dowiecie.

Nb. Gajewska nie wspomina nie tylko o Biurakanie, ale również - co już zauważono przede mną - o wielu innych znanych sprawach. Jeśli nawet robi tak dlatego, ponieważ uznała, że są to sprawy nazbyt znane lub nazbyt mętne, wypadałoby swoje stanowisko przynajmniej zaznaczyć. Coś bowiem mówi o młodym Lemie jego list do Ludowego Komisariatu Przemysłu Obronnego ZSRR (jeśli to autentyk), a o starym - proces z długoletnim przyjacielem i agentem, Franzem Rottensteinerem, którego nazwisko pojawia się w książce Gajewskiej jeden jedyny raz i to w nawiasie, jako objaśnienie do listu Lema.

Garść napomknień Lema o konferencji w Biurakanie można znaleźć nawet w wydanym kilka lat temu wyborze jego felietonów (Stanisław Lem, Planeta Lema. Felietony ponadczasowe, wybór Wojciech Zemek, posłowie Jerzy Jarzębski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 133, 136, 150, 173-174, 239, 456). Nb. Lem napisał tam przy tej okazji, że prawo Titiusa-Bodego "polega na tym, że najpierw mamy środkową grupę małych planet, a potem planety olbrzymy" (s. 135). Ktoś to kiedyś sprostuje?

[21] "W 1949 roku miałem już absolutorium studiów medycznych, ale ponieważ wszystkich moich kolegów brano do czynnej służby wojskowej, i to nie na rok albo dwa, ale tak, że na zawsze już zostawali w wojsku, postanowiłem nie zdawać ostatniej grupy egzaminów" (Tako rzecze Lem, s. 52).

[22] "W 1950 roku w Domu Literatów w Zakopanem spotkałem się z pewnym grubym panem, z którym poszliśmy na spacer do Czarnego Stawu. Był to Jerzy Pański - prezes Spółdzielni Wydawniczej «Czytelnik». W trakcie naszych górskich rozmów poruszaliśmy temat braku polskiej fantastyki. Zdradziłem się wtedy, że lubowałem się - już jako chłopiec - w powieściach Grabińskiego, Umińskiego, Verne'a i Wellsa. Tyle razy tę historię powtarzałem, że być może stworzyłem sobie jakąś jej sztampową kliszę, ale jest coś na rzeczy w tym, iż on zapytał, czy gdybym dostał umowę wydawniczą, podjąłbym się wykonania takiej pracy. A ja, nie wiedząc nawet dobrze, z kim mam do czynienia, bo był dla mnie po prostu jakimś grubym panem, który podobnie jak ja kręci się po «Astorii», odpowiedziałem, że tak. Po jakimś czasie, ku swojemu zdziwieniu, otrzymałem rzeczywiście umowę. Nie wiedząc jeszcze, co to będzie, napisałem tytuł Astronauci… i w stosunkowo krótkim czasie napisałem książkę. I to był mój debiut" (Tako rzecze Lem, s. 54-55; wyróżnienie moje; w wydaniu elektronicznym z 2013 zamiast "otrzymałem rzeczywiście umowę" było "otrzymałem pocztą umowę").

[23] "- No, na przykład z Hussarskim napisał pan Jacht «Paradise».
- Pan czytał tę potworność?
- No pewnie! To mój kultowy dramat. Najbardziej lubię scenę, w której amerykańska seksbomba karmi rekiny pomarańczami.
- Był wtedy konkurs na sztukę teatralną i za pośrednictwem wspomnianego tu Pańskiego z «Czytelnika», który - jak się później okazało - był nasłany z Moskwy, zostałem zaproszony do współuczestnictwa. Wtedy wymyśliłem tę straszliwą brednię, która była zupełnie luźnym projektem, i nie mając ani siły, ani ochoty, ani umiejętności do napisania tego samemu, namówiłem do współpracy Romka Hussarskiego" (Tako rzecze Lem, "rozdział "Czas nieutracony"; tym razem cytuję za wydaniem elektronicznym z roku 2013, bo w kolejnym wydaniu papierowym z 2018 roku (strona 52) zniknęła amerykańska seksbomba, rekiny i pomarańcze. W oryginale wypowiedzi Beresia są wyróżnione kursywą, którą pomijam.

[24] List Lema z 29 grudnia 1952 do Waleriana Lachnitta, kierownika literackiego Państwowych Teatrów Dramatycznych w Szczecinie. Cytuję za: Konrad Wojtyła, Lem paradise. Szczecińska historia w nieznanych listach opisana, "Pogranicza" 2008, nr 6, s. 71.

Nb. w Szczecinie milionera Morrisa grał Aleksander Fogiel (m.in. Maćko w Krzyżakach), a młodego filmowca Boba - Ryszard Pietruski (m.in. kapitan statku w Rejsie). Czyli aktorzy, którzy nie skończyli jako halabardnicy. Ale wtedy ich gra jakoś wyjątkowo nie przypadła Lemowi do gustu:

"co się atoli tyczy samego przedstawienia, no to, Kochany Kolego, przecież pamiętamy obaj [...] owo raczej nieprzyjemne zgrywanie się Milionera, owo klepanie Boba przez onegoż po głowie (raczej walenie a la Bim Bom w cyrku)" (List do Waleriana Lachnitta z 2 grudnia 1952).

Lem nie bierze tu pod uwagę, że być może Fogiel i Pietruski, kierowani aktorskim instynktem, uznali jego sztukę za coś w istocie niezbyt odległego od cyrku.

[25] "I tu zaczęły się bardzo mało zabawne lata [1950-1954]. Był to bowiem okres, kiedy co kilka tygodni, nocnym pociągiem, najtańszą klasą siedzącą, jeździłem do Warszawy, na nie kończące się konferencje do «Książki i Wiedzy», gdzie maglowano mój Szpital Przemienienia. Pani Wilczkowa wciąż paliła papierosy i tłumaczyła mi, że jest on chybiony ideologicznie i wsteczny, stąd trzeba mu zbudować «przeciwwagę dla kompozycyjnego zrównoważenia». I tak wyduszano ze mnie dalsze części. [...] Oczywiście to wszystko nic nie dało, bo książka ukazała się dopiero dzięki Październikowi" (Tako rzecze Lem, s. 50-51).

Pewne wrażenie robią także te nocne pociągi "najtańszą klasą siedzącą". Wiadomo jednak (z artykułu cytowanego w poprzednim przypisie), że Lem nie musiał w tamtych latach aż tak oszczędzać na przejazdach i na przykład w roku 1952 na premierę Jachtu "Paradise" poleciał do Szczecina samolotem.

Nb. w tych mało zabawnych latach również Jerzy Andrzejewski musiał wprowadzać poprawki do Popiołu i diamentu, a Tadeusz Konwicki do Władzy. Porawiano bowiem wyłącznie te książki, na których władzy zależało. Książki naprawdę chybione ideologicznie i wsteczne bez skrupułów kasowano.

[26] Jerzy Kwiatkowski, Wielkość i upadek "Czasu nieutraconego", "Twórczość" 1957, nr 8, s. 151. W dalszych rozważaniach Kwiatkowski nieco zniuansował tę twardą formułę, wskazując na związki Lema z tradycją Żeromskiego, jego naiwne społecznikostwo etc. Miała to więc podobno być najsympatyczniejsza odmiana socrealizmu, "maksymalnie humanistyczna" (s. 152), taki socrealizm "z ludzką twarzą" (niektórzy na podobne sztuczki reagowali alergicznie: potwór powinien mieć twarz potwora - mówił Zbigniew Herbert).

Wcześniej to słuszne przesłanie autora zauważył z zadowoleniem również cenzor, Kazimierz Kudroń:

"Na przykładzie Stefana [Trzynieckiego, głównego bohatera powieści i po części porte-parole Lema] autor ukazał człowieka przechodzącego ideologiczną ewolucję, której tom ostatni jest trzecim z kolei etapem. Stefan po wewnętrznej walce staje wyraźnie po naszej stronie, z zaufaniem idzie do partii ze wszystkimi bolączkami, zajmuje partyjne stanowisko, chociaż sam nie jest partyjny [...]. Najlepszym osiągnięciem III tomu jest bez wątpienia ukazanie sylwetki Stefana jako bohatera, który z potomka eksdziedzica stał się nowym człowiekiem kochającym siebie i drugich, człowieka, który nie mieści się jeszcze w ramach ideologii marksistowskiej, ale w tomie następnym sam poprosiłby o przyjęcie do partii. W tym tomie to byłoby przedwczesne" (recenzję zachowaną w Archiwum Akt Nowych cytuję za: Kamila Budrowska, Literatura i pisarze wobec cenzury PRL. 1948-1958, Wydawnictwo Uniwersytetu w Białymstoku, Białystok 2009, s. 165).

Z kolei Stanisław Bereś cytuje recenzję zamieszczoną w jednym z partyjnych dzienników, w której imprimatur kończy się pryncypialnym stwierdzeniem, że książka Lema "ze względu na ocenę zjawisk, na stosunek autora do sił postępu, na ukazanie roli klasy robotniczej w procesie przygotowania i organizowania nowej rzeczywistości, kwalifikuje się jako literatura partyjna" (Stanisław Bereś, Gra z doktryną. Proza Stanisława Lema w latach 1946-1956, [w:] Idem, Szuflada z Atlantydy, Dolnośląskie Wydawnictwo Edukacyjne, Wrocław 2002, s. 133; wyróżnienie moje). Była to - jak się zapewne domyślacie - najwyższa możliwa pochwała.

Nb. Bereś próbował w swoim szkicu udowodnić, że Czas nieutracony wcale nie jest aż tak wzorcowo socrealistyczny, na jaki wygląda, ponieważ udało mu się znaleźć na tych prawie siedmiuset stronach dwie wypowiedzi krytyczne (a nawet "szydercze") pod adresem budowniczych socjalizmu (s. 136). Zaraz jednak sam się zmitygował i dodał, że "złośliwości te zostają wypowiedziane przez klasowego wroga", więc w najlepszym (dla Lema) wypadku można uznać, że w powieści nie znajdują one wystarczająco "energicznego odporu ideologicznego" (co jednak dyskusyjne).

Jeszcze bardziej naciągana jest opinia Beresia, jakoby sposób przedstawiania pracy aparatu bezpieczeństwa przez Lema był przejawem (i to "wyrazistym") jego nieortodoksji w realizacji socjalistycznego modelu. Dowodem na to miałoby być między innymi to, że jeden z wysoko postawionych ubeków okazuje się ostatecznie podłym aferzystą. Ale Czas nieutracony ukazał się przecież już po ucieczce Józefa Światły w grudniu 1953, więc podkreślanie, że wróg może czaić się wszędzie i że to właśnie on odpowiada za pewne niedoskonałości aparatu bezpieczeństwa, było wtedy jak najbardziej ortodoksyjne (i bardzo wygodne).

Zresztą już dużo wcześniej demaskowanie wrogów w organach bezpieczeństwa stało się regułą w samym Związku Sowieckim i nawet kolejni szefowie tych organów (Jagoda, Jeżow, Beria) okazywali się z czasem wrogami ludu. W dokumencie kończącym Wielki Terror z lat 1937-1938 znalazło się wręcz expressis verbis sformułowanie, że:

"niedopuszczalne braki w pracy organów NKWD i Prokuratury były możliwe tylko dlatego, że wrogowie ludu, [...] przedostali się do organów NKWD i Prokuratury" (Rozstrzelać Polaków. Ludobójstwo Polaków w Związku Sowieckim w latach 1937-1938. Dokumenty z Centrali, opracował Tomasz Sommer, 3S Media, Warszawa 2010, s. 204).

Lem naturalnie nie mógł znać tego dokumentu, ale by wiedzieć, że ujawnienie złego ubeka żadną miarą nie jest nieprawomyślne, z pewnością wystarczyły mu niedawne komunikaty po wyroku na Berię i grono jego podwładnych.

[27] Kto chciałby świętować rocznicę rewolucji październikowej razem z Lemem, niech przeczyta w DODATKACH: "Stanisław Lem czci rewolucję październikową albo Wells, Lenin i wstydliwy trybut". Jeszcze na początku 1969 roku, w czasie dość smętnym, Lem pisał, że, owszem, nie wszystko mu się w ojczyźnie podoba (na przykład "charakter narodowy"). Ale jednocześnie otwarcie deklarował (choć nie musiał): "Podoba mi się tylko generalny kierunek ruchu" (Stanisław Lem, Rozmyślania na ćwierćwiecze, [w:] Stanisław Lem, Rozprawy i szkice, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1975, s. 307-308).

Nb. żadna biografia Lema nie będzie pełna, szczególnie jeśli idzie o kwestie jego ewolucji światopoglądowej, bez uwzględnienia ponad stu wywiadów ogłoszonych wyłącznie po rosyjsku w latach 1961-2005; rozproszonych i często trudno dostępnych (zob. Виктор Язневич, Владимир Борисов, Библиография бесед со Станиславом Лемом, опубликованных на русском языке, w: Станислав Лем, Так говорил... Лем, ACT, "Харвест", Moskwa - Mińsk 2006, s. 752-762). Chyba jednak nikt nie pali się do ich przełożenia i wydania, skoro nawet stulecie urodzin Lema okazało się zbyt wątłym pretekstem.

Ale może przesadzam, bo Agnieszce Gajewskiej nie przydał się do niczego nawet rozumowany przegląd rosyjskojęzycznych publikacji Lema: Wiktor Jaźniewicz, Rosyjskojęzyczne publikacje Stanisława Lema, "Przegląd Filozoficzno-Literacki" 2009, nr 1, s. 213-234. W tym samym numerze przekład trzech takich publikacji.

[28] W liście z 22 stycznia 1985 do Ireny Smorąg, redaktorki Wydawnictwa Literackiego. Cytowałem już te słowa Lema w NOTATKACH: "Nic śmiesznego. Lem skomentowany". Nie wypsnęły mu się one w jakiejś ulotnej chwili niefrasobliwości. Tego samego dnia w liście do Ewy Lipskiej Lem powtórzył swój surowy osąd Miłosza. "Wiedeń skuty lodami, śniegami, a ja w chwilach wolnych czytałem Historię literatury polskiej Miłosza, po niemiecku, bo angielskiej wersji nie miałem, a polskiej chyba nie ma. Donoszę więc pospiesznie, że ten nasz wielki Poeta jest kubek w kubek jak Mickiewicz, tzn. TEŻ świnia z talentem; p. Adam niszczył Julka Słowackiego, a p. Czesław poszedł dalej, bo tak dokładnie pozbawił J.J. Szczepańskiego istnienia, że go nawet w indeksie nie ma" (Stanisław Lem, Ewa Lipska, Tomasz Lem, Boli tylko, gdy się śmieję... Listy i rozmowy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018, s. 72).

Nb. Miłosz spodziewał się podobnych zarzutów jeszcze zanim pierwsze wydanie Historii wyszło z drukarni: "To jest niby błahy szczegół, ale Polacy są pchlarze i na pewno będą się czepiać. Nie mówiąc o wszystkich pominiętych, których mnóstwo. Z pominięć tłumaczę się w przedmowie - tym, że gdybym chciał wszystkich uwzględnić, musiałbym napisać kronikę towarzyską Związku Literatów" (Jerzy Giedroyc, Czesław Miłosz, Listy 1964-1972, opracował Marek Kornat, Czytelnik, Warszawa 2011, s. 245; list z 12 czerwca 1969).

I rzeczywiście: kilka miesięcy później pisze, że czepiają się go z różnych stron. Jedni za to, że nie ma Tyrmanda, inni - że nie ma Wańkowicza (s. 291; list z listopada 1969).

Agnieszka Gajewska czyta Stanisława Lema
albo ktoś tu chyba jednak zwartusiał

Zagłada i gwiazdy to być może najważniejsza książka, jaką w ostatnich latach o Lemie ogłoszono [1]. Gajewska zrobiła to, czego wcześniej nikomu się zrobić nie chciało: zamiast bez końca powtarzać biograficzne anegdoty zmyślone przez samego Lema, pogrzebała w archiwach i wydobyła z nich najrozmaitsze dokumenty. Często zaskakujące.

Słuchając Lema łatwo było na przykład dojść do wniosku, że wychowano go w tradycji katolickiej, może nie nazbyt gorącej, ale też w rodzinie do tego stopnia zasymilowanej, że o judaizmie - jak twierdził - nie miał pojęcia [2]. Tymczasem okazało się, że Lem nie został ochrzczony, a w szkole chodził na zajęcia z religii mojżeszowej i na maturze otrzymał z tego przedmiotu ocenę bardzo dobrą (Gajewska, s. 78 i przypis 71). Natomiast jego ojciec, Samuel Lehm, przez całe dwudziestolecie międzywojenne należał do lwowskiej gminy żydowskiej i płacił składki na jej rzecz (Gajewska, s. 141). Zatem również w oczach innych Żydów była to po prostu rodzina żydowska [3].

Z tej perspektywy inaczej też wygląda ewolucja światopoglądowa Lema. Dotąd milcząco zakładano, że polegała ona zapewne na odchodzeniu od katolicyzmu (po którym pozostało ewentualnie coś w rodzaju życzliwego wspomnienia). Teraz już wiadomo, że odejście Lema od religii musiało w pierwszym rzędzie polegać na porzuceniu judaizmu. Judaizm zaś wyparował z biografii Lema tak dokładnie, że w rozważaniach o jego filozofii tego wątku w ogóle nie brano pod uwagę [4].

Niestety, Agnieszka Gajewska bywa czasem troszkę roztrzepana i myli różne biograficzne drobiazgi. Szkoda, bo teraz tym bardziej nie będzie się chciało nikomu po raz drugi tych drobiazgów sprawdzać, gdy można bez problemu odpisać wszystko od Gajewskiej. Sam sprawdziłem tylko dwa najłatwiej dostępne dokumenty i w obu wypadkach coś tam szwankuje.

Wbrew temu, co pisze Gajewska na stronie 137, babka Stanisława Lema ze strony ojca, Sara Lehm, nie była "z domu Bick", lecz Wein. W przypisie do tej błędnej informacji Gajewska podaje (niemal) prawidłowo, że Sara była córką "Abrahama Weina i Fajgi Bick", a więc urodziła się jako Sara Wein. Zamęt wziął się zapewne stąd, że w księdze metrykalnej, w której odnotowano narodziny jej syna, Samuela Lehma, skorygowano jednocześnie nazwisko jej matki, Feigi, z Byk na Bick. Czyli najpierw wpisano, że matką dziecka, tj. Samuela, tj. przyszłego ojca Stanisława Lema, jest Sara Wein "córka Abrahama Wein i Fajgi Byk", a potem dopisano uwagę, że zamiast "Fajgi Byk" powinno być "Feigi Bick" (nie zaś "Fajgi Bick", jak podała Gajewska, bo w poprawce tej chodzi właśnie o ujednolicenie pisowni) [5].

Na tej samej stronie w przypisie 120 Gajewska prawidłowo podaje, że siostra Samuela Lehma (czyli ciotka Stanisława Lema), Basche Lehm (później zwana Bertą), wyszła za mąż za Izaka Mendla Heschelesa "14 lutego 1897 roku w wieku 25 lat". Ale wyżej wyciąga z tego błędny wniosek, że w takim razie urodziła się ona w roku 1872. Proste odejmowanie (1897 - 25) jest w tym wypadku zawodne. A wystarczyło zerknąć na margines cytowanej księgi metrykalnej, by przepisać prawidłową datę urodzenia Berty: 25 grudnia 1871. Stąd w rubryce podającej wiek narzeczonej te 25 lat i 1 miesiąc [6].

A skoro już o Bercie mowa, to warto również sprostować błąd, którego nie ma u Gajewskiej, ale który pleni się ostatnio coraz szerzej. Otóż cztery lata po ślubie Berta Hescheles urodziła chłopczyka, który już dobrze po trzydziestce przyjął chrzest w kościele ewangelicko-reformowanym, zmienił urzędowo nazwisko z Hescheles na Hemar i pod tym nazwiskiem został "Polakiem ochotniczym" w polskiej literaturze [7]. Natomiast nie jest prawdą, że synem Berty Hescheles i bratem Mariana Hemara był urodzony w 1886 roku Henryk Ignacy Hescheles, znany lwowski dziennikarz i działacz syjonistyczny [8].

Mniejsza jednak o te biograficzne drobiazgi. Gorzej, że Agnieszka Gajewska z podobnym roztrzepaniem czyta samego Lema i wtedy dzieją się już rzeczy naprawdę dziwne. Jak to działa, pokażę na przykładzie jej interpretacji Podróży jedenastej z Dzienników gwiazdowych, tej ze słynnym radiogramem: KARKULOWSIAŁ ZWARTUSIAŁ / RATUWSIANKU BOŻYWSIO [9].

I nie, nie wyciągnąłem złośliwie jakiegoś najgorszego kawałka, by szukać dziury w całym, ale kierowałem się tym, co sama autorka powiedziała w audycji radiowej:

Podróż jedenasta, po prostu zakończyłam pisanie mojej książki, bo już po tej opowieści o zabijaniu dzieci, kiedy sobie wyobraziłam jak... czego świadkiem być może był Lem, trudno mi było już wrócić do pisania. Napisać językiem Paska i Sienkiewicza historię o masowym morderstwie dzieci, wydaje mi się, że trzeba naprawdę bardzo dużej odwagi i wyobraźni, która oddaje atmosferę i aurę tego, co wydarzyło się w połowie XX wieku na... w tej części Europy [10].
Jest to więc w jej zamyśle jakby koda całej opowieści.

Podróż jedenasta - przypomnę - opowiada o tajnej misji Ijona Tichego na planecie Karelirii, gdzie podobno osiadł ten zwartusiany Karkulowsiał z Bożywsia, czyli zwariowany Kalkulator pokładowy ze statku kosmicznego Bożydar, i "rozmnożył się na niej, płodząc wielką ilość robotów, nad którymi sprawował władzę absolutną" (Lem, s. 53). Roboty stworzyły również własną kulturę opartą w znacznej mierze na "nierozumnej nienawiści do wszystkiego, co ludzkie" (Lem, s. 53), dlatego misja wymaga kamuflażu - przebrania się za robota. Ponieważ zaś liczne wcześniejsze misje ("dwa tysiące siedmiuset osiemdziesięciu sześciu agentów"; Lem, s. 54) skończyły się fiaskiem, Tichy stara się dogłębnie poznać obyczaje robotów, by uniknąć zdemaskowania, i opis tych obyczajów zajmuje znaczną część jego relacji.

Dwie rzeczy rzucają mu się w oczy: roboty mówią osobliwym archaicznym językiem i znajdują wielkie upodobanie w przemocy, torturach i rozmaitym dręczycielstwie, co tłumaczy się tym, że Bożydar

wiózł na swoim pokładzie szereg pojemników rtęciowej pamięci syntetycznej [...]. Zawierały one dwa rodzaje wiadomości: z zakresu psychopatologii oraz leksykologii archaicznej. Należy sądzić, iż Kalkulator, rozrastając się, pochłonął owe pojemniki (Lem, s. 56).
Toteż Tichy w trakcie swych przygód otrzymuje między innymi propozycję, by dla rozrywki "poigrać" z lepniaczym (tj. ludzkim) dziecięciem:
Tym razem nie mogłem już uciekać. Schodziłem po schodach w takim huku, jakby ktoś na drzazgi rąbał żelazny pień. W bawialnym wrzało. Gospodarz mój, rozebrany do żelaznego korpusa, dziwacznie ukształconym tasakiem ciął wielką kukłę, która leżała na stole.

- Pięknie proszę, gościu! Możesz sobie waćpan gwoli uciesze pooporządzać te kadłubki - rzekł, na mój widok przestając rąbać, i wskazał drugą, leżącą na podłodze, mniejszą nieco lalę. Kiedy się do niej zbliżyłem, usiadła, otwarła oczy i zaczęła słabym głosem powtarzać:

- Panie - jam dziecię niewinne - poniechaj mię - panie - jam dziecię niewinne - poniechaj.

Gospodarz wręczył mi topór, podobny do halabardy, ale na krótszym stylisku.

- Nuże, zacny gościu, precz troski, precz smutki - tnij od ucha, a śmiało!

- Kiedy - nie lubię dzieci... - odparłem słabo (Lem, s. 68).

To właśnie w tym miejscu Podróży Lem odważył się - jak twierdzi Agnieszka Gajewska - "napisać językiem Paska i Sienkiewicza historię o masowym morderstwie dzieci" [11]. Co więcej, sugeruje, że Lem mógł być rzeczywiście podczas wojny świadkiem czegoś podobnego, a mimo to zdecydował się przerobić to potworne doświadczenie na groteskę.

Żeby jednak tę domniemaną psychologiczną dewiację Lema jakoś uprawdopodobnić, dorzuca jeszcze garść dziwacznych skojarzeń, mających powiązać świat groteski z wojennymi realiami. Kareliria, nazwa planety, kojarzy się jej (nie wiedzieć dlaczego) "z Kakanią, czyli funkcjonującym w literaturze określeniem c.k. monarchii" (Gajewska, s. 198, przypis 87), choć to bardziej połączenie 'kary' i 'delirii' [12]. Z kolei "lale" przywodzą jej na myśl "nazistowskie słowo Figuren" (Gajewska, s. 199-200) - tak Niemcy czasem nazywali swoje ofiary [13]. 'Gomorrheum' to oczywiście Gomora, ale Gomorę Gajewska natychmiast kojarzy z Sodomą, Sodoma zaś

przywołuje skojarzenie z nielicznymi ocalonymi mieszkańcami miasta i żoną Lota, odwracającą się mimo boskiego zakazu, która uświadomiwszy sobie ogrom zadanego cierpienia, zmieniła się w słup soli (Gajewska, s. 199).
Tyle że przy odrobinie fantazji można w ten sposób niemal wszystko skojarzyć z arbitralnie założoną tezą - jakoby w Podróży jedenastej tak naprawdę chodziło o Zagładę [14]. Znacznie bardziej przytomne skojarzenia miała peerelowska cenzorka, która dopatrywała się w Podróży jedenastej aluzji do systemu komunistycznego terroru [15]. I nie bez racji, bo na przykład przygotowania do procesu Tichego, w trakcie których jego urzędowy obrońca zachowuje się jak prokurator, to dość oczywista aluzja do pokazowych procesów [16]. Niemcy Żydom niczego podobnego nie urządzali. Nie mieli też zamiaru ich przerabiać - jak dzieje się w wypadku Tichego - na wiernych (choć zastraszonych) poddanych.

Mimo to Gajewska dalej podbija holokaustowego bębenka i całą tę feerię swobodnych skojarzeń zamyka kuriozalną pointą:

Podróż jedenastą Tichego można rozpatrywać jako ilustrację jednego z najpopularniejszych cytatów z Medalionów Zofii Nałkowskiej: "ludzie ludziom zgotowali ten los", choć w opowiadaniu Lema udają przed sobą wzajemnie, że wcale nie są już ludźmi. Prowokacje Tichego prowadzą do ujawnienia, że robotami zadającymi okrutną śmierć dzieciom są skorumpowani lękiem ziemscy wysłannicy, pedantycznie wypełniający rozkazy Kalkulatora, który okazuje się być stetryczałym staruszkiem, z urzędniczą skrupulatnością realizującym rozkazy wydane przez bliżej nieokreśloną władzę zwierzchnią (Gajewska, s. 200-201; wyróżnienie moje).
Rzecz jednak w tym, że w Podróży jedenastej nikt okrutnej śmierci dzieciom nie zadaje. Dzieci do rąbania, a także cielaki, są z plastiku, sztuczne. Ich rąbanie to jak rozbebeszanie lalek z wbudowaną pozytywką. Nikt tam też nikomu nie zgotował losu, który dałoby się bez żenady porównać z wojennym losem Żydów. Gorliwa lojalność i konieczność chodzenia w blaszanym przebraniu to dolegliwości kojarzące się raczej z losem tajnego współpracownika policji politycznej.

Wszystko zaś ostatecznie okazuje się mistyfikacją - i to podwójną. Po pierwsze, rzekoma planeta Kalkulatora to najprawdopodobniej od samego początku inicjatywa tajnej policji, która jakoby tym sposobem testuje swoich agentów, ale głównie wyłudza dodatkowe fundusze. Po drugie, skoro w ogóle nie było nigdy ani Kalkulatora, ani żadnych robotów, to cały ten teatr odgrywali między sobą (po części nieświadomie, po części świadomie [17]) wyłącznie przebrani ludzie.

I tu pojawia się kwestia zasadnicza.

Nieuważne czytanie i naciągane na siłę interpretacje to w dzisiejszej humanistyce nic nadzwyczajnego. Ale akurat w tym wypadku wypadałoby zachować najwyższą staranność. Jeśli bowiem Podróż jedenastą, opowiadanie o mistyfikacji, miałoby się odczytywać jako reminiscencję Zagłady, właściwie nie widać powodu, dlaczego komuś obdarzonemu podobną łatwością skojarzeń, nie mogłoby teraz przyjść do głowy, że najwidoczniej sama Zagłada również była jedną wielką mistyfikacją.

A to już byłaby klęska nie tylko filologiczna.

[1] Agnieszka Gajewska, Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2016. Dalej cytuję jako Gajewska. Książka w postaci elektronicznej dostępna jest w Repozytorium UAM.

[2] Stanisław Lem, Przypadek i ład, z niemieckiego oryginału zatytułowanego Mein Leben i napisanego w 1983 roku przełożył Tomasz Lem. Cytuję za stroną solaris.lem.pl: "Moi przodkowie byli Żydami, jednak ja nie miałem pojęcia o judaizmie ani, niestety, o żydowskiej kulturze". W oryginale: "Meine Vorfahren waren Juden. Ich wußte vom mosaischen Glauben nichts, und auch von der jüdischen Kultur leider gar nichts [...]".

[3] I nie chodzi tu bynajmniej o żydowskość letnią, podtrzymywaną siłą inercji. Samuel Lem wspierał również Towarzystwo Rygorozantów pomagające młodzieży żydowskiej studiującej we Lwowie (Gajewska, s. 141). Prowadziło ono m.in. stołówkę ("stołownię"), z której w roku akademickim 1928/1929 korzystało dziennie 250 osób, a obiad kosztował 80 groszy. Gdyby Stanisław Lem został w 1939 roku studentem Politechniki Lwowskiej, mógłby i on jeść te obiadki.

Nb. była to, jak się zdaje, instytucja całkowicie niezależna od gminy żydowskiej. Nigdzie nie ma mowy o koszerności posiłków, nadzorze rabinackim, a w spisie inwentarza stołowni nie wyróżnia się osobnego wyposażenia "mlecznego" i "mięsnego". Niezależność ta wynika także pośrednio z następującego passusu ze Sprawozdania władz Towarzystwa:

"Jak każdego roku tak i tego w czerwcu grupy «akademików» napadły na nasz Dom niszcząc parkan, urządzenie kuchni, stołowni i wiele jeszcze innych części urządzenia sieni i bramy. Szkody wyrządzone były dość duże i groziło, że Wydział na jakiś czas zamknie stołownię. Natychmiastowa pomoc społeczeństwa, tak ze Lwowa jak i z prowincji pomogła nam powrócić do normalnej pracy. Zwróciliśmy się z gorącem apelem do społeczeństwa, które nam przyszło z pomocą, a między innemi i Gmina Żyd. miasta Katowice, która nam posłała 500 zł, co jest o tyle ciekawe, że nasza domorosła Gmina Żyd. mimo apelu okazała się głuchą. Gmina miasta Lwowa (Magistrat) przyznała i wypłaciła nam 1.400 zł i wiele jeszcze innych instytucji, a nawet bardzo małe gminy żydowskie uważały za swój obowiązek nam pomóc, tylko Gmina Żyd. we Lwowie o tem wiedzieć nie chciała, mimo, że groziło, że stołownia stanie na kilka dni i 250 ludzi zostanie pozbawionych ciepłej strawy".

Jak widać, sprawy narodowościowe były we Lwowie dość powikłane, bo jedni goje ("akademicy") żydowską stołownię demolowali, a inni goje (Magistrat) zrzucali się potem na jej remont.

Zob. Sprawozdanie Roczne Wydziału Towarzystwa Rygorozantów (Żydowski Dom Akademicki) we Lwowie za rok akademicki 1928/1929, Lwów 1929, s. 9, 19. Na stronie 24 w spisie członków wspierających jest z ulicy Brajerowskiej "Dr. Lehm S.".

[4] W książce Pawła Okołowskiego Materia i wartości. Neolukrecjanizm Stanisława Lema (Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2010), podobno filozoficznej, ale zdecydowanie zbyt często osuwającej się w krzykliwą publicystykę, nie ma na ten temat nic. Można w niej za to przeczytać, że matka Lema to "katoliczka pochodząca z ubogiej rodziny z Przemyśla" (s. 21), Lem został pochowany "w obrządku katolickim" (s. 32), "Lem był niewierzący (agnostyk), chociaż związany duchowo z katolicyzmem" (s. 42) i w ogóle katolicyzmu jest tam sporo, a nawet podkreśla się, że Lemowi zdarzyło się napisać o Kościele katolickim "czcigodny", co go zasadniczo różni "od Kotarbińskiego, tym bardziej od Russella, a zwłaszcza od zakapturzonych, antychrześcijańskich libertynów współczesności" (s. 180).

Okołowski bierze też za dobrą monetę biograficzne zmyślenia Lema:

"Na przykład Stanisław Obirek, wspominając o Lema poczuciu tragizmu, gołosłownie powiada: «dużą rolę odgrywała tu jego żydowskość». Nie ma najmniejszych podstaw, żeby tak sądzić. Lem, jak sam mówi, uświadomił sobie własne, odległe korzenie dopiero podczas II wojny światowej i bez żadnych dla siebie konsekwencji" (s. 153, wyróżnienie moje).

Na dobry ład, po książce Gajewskiej Okołowski powinien swoją książkę właściwie napisać na nowo.

[5] Zob. Księga metrykalna urodzeń gminy wyznania mojżeszowego Lwów z 1879 r., nr 533, pozycja 1048 na stronie 206, Archiwum Główne Akt Dawnych. Nb. Sara w tym dokumencie występuje pierwotnie jako "wolna", ponieważ jej religijne małżeństwo z Hermanem vel Herszem Lehmem, dziadkiem Stanisława Lema (po którym dostał na drugie Herman), najwyraźniej formalnie się nie liczyło. Dopiero o jedenaście lat późniejszy dopisek informuje, że 5 stycznia 1890 roku Hersz i Sara zawarli małżeństwo legalne. Formalnie więc Samuel Lehm był dzieckiem nieślubnym (jak i reszta jego licznego rodzeństwa).

[6] Księgi metrykalne gmin wyznania mojżeszowego z terenów tzw. zabużańskich, 1789-1943, zespół nr 300, księga nr 1806 [Księga Zaślubin izraelickiego okręgu metrykalnego Lwów na rok 1897], strona 25, Archiwum Główne Akt Dawnych.

[7] Tak właśnie o sobie pisał:

"Ja w ogóle nie jestem

Polakiem od króla Piasta,

Z krwi lechickiej, z przypadku

I z metrykalnych przyczyn.

Moja ambicja, że jestem

Polakiem ochotniczym" (Trzy powody, [w:] Marian Hemar, Dom jest daleko. Polska wciąż jest blisko. Wybór wierszy i piosenek, wybór i układ Andrzej Krzysztof Kunert, Świat Książki, Warszawa 2000, s. 200).

[8] Takie bałamuctwa trafiły do Wikipedii, a nawet na stronę Żydowskiego Instytutu Historycznego. Z tyloma Heschelesami nie dał sobie rady również Wojciech Orliński, który w książce Lem. Życie nie z tej ziemi (Wydawnictwo Czarne i Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017) pisze o Henryku Heschelesie tak, jakby należał on do familii Lemów (Lehmów) i z jego umiarkowanego syjonizmu wnioskuje o słabszym spolonizowaniu jego rzekomej matki, tj. Berty Hescheles (s. 44; też s. 62). Przy okazji w indeksie nazwisk rozmnożyły się i Berty: obok Berty Hescheles jest tam bowiem także Berta Hemar (s. 434).

[9] Stanisław Lem, Dzienniki gwiazdowe, rysunki autora, Czytelnik, Warszawa 1971. Dalej cytuję jako Lem.

[10] Audycja Barbary Schabowskiej, Co prześladowało Stanisława Lema?, rozmawiają Agnieszka Gajewska i Piotr Gociek, Polskie Radio, program II, cykl "Spotkania po zmroku", 8 sierpnia 2016. Wypowiedź w okolicach 23 minuty.

[11] Nie było to radiowe przejęzyczenie. W swojej książce Gajewska komentuje ten fragment niemal identycznie: "Chyba nie istnieje w polskiej literaturze podobny fragment, wykorzystujący stylizację archaiczną i językiem Paska oraz Sienkiewicza opowiadający o Zagładzie (Gajewska, s. 199).

[12] W Podróży znaczenie nazwy 'Kareliria' wykłada się jeszcze inaczej:

"W toku dalszych obserwacji, przeprowadzonych przez załogę «Deukrona», okazało się, iż Kalkulator «Bożydara», wznieciwszy rokosz, postanowił osiąść na planecie Procyona, a całą zawartość statku zagrabił, aby się na niej wygodnie zainstalować. W związku z czym założone zostały w naszym wydziale odpowiednie akta pod nazwą KARELIRIA, co się wykłada: «Kalkulatora Reliktów Rewindykacja»" (Lem, s. 53).

Co miałyby mieć wspólnego z Zagładą czasy "c.k. monarchii" (których Lem, rzecz jasna, nie pamiętał), trudno odgadnąć. Ten ciąg skojarzeń Gajewskiej pozostaje dla mnie niepojęty.

[13] "[...] terminem Figuren ('figury, figuranci, kukły') nazywano zwłoki ofiar komór gazowych i akcji, natomiast w powieściach Lema niemieccy dowódcy mówią w ten sposób o żywych ludziach, których postrzegają jako już martwe ciała, przedmioty" (Gajewska, s. 87).

[14] Nb. niektóre skojarzenia Gajewskiej są już nieporozumieniem na poziomie językowym. Na przykład 'chudoba' to w tym wypadku nie żaden "skromny dobytek na wynos" (Gajewska, s. 198 i 199), ale zwierzę do porąbania, oferowane także na wynos, o czym świadczy "menu", które potem czyta Tichy (Lem, s. 66).

[15] Gajewska wiadomość tę podaje bez żadnego komentarza jedynie w przypisie (Gajewska, s. 198, przypis 86).

[16] Lem pisał Podróż jedenastą, gdy już za sprawą "rehabilitacji ofiar stalinizmu" dostępna stała się wiedza o przebiegu procesów moskiewskich, w trakcie których oskarżonych obrzucano obelgami i z góry uznawano za winnych różnorakich przestępstw. Katalog tych przestępstw był dość stały: kontrrewolucyjność, zdrada, szpiegostwo, spisek w celu zamordowania Stalina etc. Podobnie Tichy zostaje oskarżony o lepniaczość, chuć zaprzedania, śpiegarstwo i o "świętokradczo zalęgły plan podniesienia ręki na Jego Induktywność".

[17] Nieświadomie, bo żaden przebrany za robota agent nie wie, że wszystkie inne roboty też są przebranymi agentami. To odkrywa dopiero Tichy na samym końcu. Ale także świadomie, bo rąbania oraz inne dręczycielskie igraszki ("ćwiartowanie, łamanie kołem, palenie, szatkowanie"; Lem, s. 68) odbywają się wyłącznie na niby, są jak pokaz teatralny, który polega jedynie na demolowaniu rekwizytów.

Owszem, wtrącony do więzienia Tichy zjada z głodu swój pasek oraz buty, a więc przez kilka dni rzeczywiście cierpi. Niemniej nic nie wskazuje na to, że choćby jeden z tych dwóch tysięcy siedmiuset osiemdziesięciu sześciu wysłanych na Karelirię agentów postradał życie lub był przez innego agenta torturowany. Jak się zdaje, każdy po zdemaskowaniu otrzymywał dość szybko (tak jak Tichy) propozycję przejścia na służbę Kalkulatora i odtąd dalej udawał robota. Udawał jeszcze gorliwiej, ale gorliwość ta była ograniczona właśnie do tych ostentacyjnych teatralnych demonstracji, mających poświadczać prawdziwie robocie upodobania i nienawiść do lepniaków.

Nie można zatem traktować Podróży jedenastej jako czegoś w rodzaju kosmicznej wersji słynnego eksperymentu Stanleya Milgrama. W tamtym eksperymencie uczestnicy byli przekonani, że naprawdę zadają innym ludziom ból. Na Karelirii każdy tylko udaje, że ma wielką chęć porąbać cielę albo lepniacze dziecko, ale wie, że to, co robi, robi na niby - bo naprawdę rąbie wyłącznie atrapy. Nie wie jedynie, że wszyscy wokół udają dokładnie tak samo jak on (chociaż wie, że i oni rąbią wyłącznie atrapy).

Nb. jest w tym opowiadaniu trochę niekonsekwencji, czy może raczej mylnych tropów, podrzucanych, by zaskakująca pointa wybrzmiała donośniej. Tichy na początku swej misji mija ogromne ("Ciągnęło się chyba na milę"; Lem, s. 63) cmentarzysko starych automatów. Wskazywałoby to, że jednak kiedyś istniał jakiś prawdziwy Kalkulator i jego prawdziwe roboty; tyle że z czasem - jak dedukuje Tichy - rdzewiały i szły na złom.

"Szatan, szatan elektryczny - ten Kalkulator! Co za piekło wylęgło się w jego rozżarzonych drutach! Planeta była podmokła, reumatyczna, dla robotów - w najwyższym stopniu niezdrowa, musiały masowo rdzewieć, może brakło też z biegiem lat coraz bardziej - części zamiennych, poczęły szwankować, jeden po drugim szły na rozległe cmentarzysko podmiejskie, gdzie tylko wiatr chrzęścił im podzwonne arkuszami kruszejącej blachy. Wówczas, widząc, jak topnieją jego szeregi, widząc panowanie swe zagrożonym, Kalkulator dokonał genialnej wolty. Z wrogów, nasyłanych na własną zgubę szpicli, jął czynić własne wojsko, własnych ajentów, własny lud!" (Lem, s. 77-78).

Jest to wprawdzie całkiem przekonujące rozwiązanie zagadki, ale mylne! Ostatecznie Tichy dowie się, że "żadnego Kalkulatora nie ma" i że "wszystko było sfingowane". "Nasz szef [tajnej policji] - on to zorganizował" po to, "żeby badać przydatność naszych ludzi; a najważniejsze były kredyty...". I że ani jeden agent "nie zgodził się ponieść śmierci za sprawę" (Lem, s. 81-82). Zresztą tylko przy tym drugim rozwiązaniu, bez zbuntowanego Kalkulatora w roli elektrycznego szatana, ma sens pointa opowiadania:

"Tak zakończyła się ta jedna z najniezwyklejszych moich przygód i podróży. Mimo wszystkie trudy i męki, o jakie mię przyprawiła, rad byłem takiemu obrotowi rzeczy, gdyż przywrócona mi została, nadszarpnięta przez malwersantów kosmicznych, wiara w przyrodzoną zacność mózgów elektronowych. Jak to jednak miło pomyśleć, że tylko człowiek może być draniem" (Lem, s. 83; wyróżnienia moje).

Wojciech Orliński znowu o Stanisławie Lemie
albo zmyśleń ciąg dalszy

Już na stronie osiemnastej przeczuwałem, że i tym razem nie będzie dobrze, gdy Orliński bezpretensjonalnie porównał matkę Lema do bóstwa chtonicznego:
Jak bóstwo chtoniczne w antycznych mitologiach, nie odgrywa roli fabularnej w mitologicznej narracji, bo przecież zawsze jest milcząco obecna w tle [1].
Kiedy zaś na stronie 119 okazało się, że w Szpitalu przemienienia stawiane są pytania filozoficzne, "takie jak «czy etycznie jest poświęcić jednostkę ludzką dla ocenienia wielu ludzi?»", wiedziałem już na pewno, że tego nie przeczytał porządnie żaden redaktor ani nawet korektor, tylko najwyżej jakaś sztuczna, pożal się Boże, inteligencja, dla której "ocenienie wielu ludzi" jest w takim kontekście równie sensowne jak "ocalenie wielu ludzi". W tym wypadku nie winię Orlińskiego za lapsus, bo to ludzka rzecz, ale za naiwną wiarę, że dzisiaj jakiś redaktor zbawi go ode złego, jeśli sam się nie postara [2].

Podtytuł tej biografii, Życie nie z tej ziemi, został wymyślony wyłącznie jako chwyt marketingowy. Jeśli pominąć lata wojny, Lem prowadził życie całkiem zwyczajne: żadnych burzliwych romansów ani modnych dewiacji, żadnego więzienia, żadnych dramatów [3]. To jego książki były nie z tej ziemi - i dlatego Cyberiada będzie czytana także wtedy, gdy do Sławy i chwały, Miazgi czy Małej apokalipsy będą zaglądać (już zaglądają?) głównie ludzie czytający zawodowo.

Sam zresztą tak o tym pisał:

Poproszony o napisanie autobiografii Einstein nie rozwodził się nad swym życiem, lecz nad najukochańszym potomstwem: teoriami, dziećmi zrodzonymi przez jego umysł. Nie jestem wprawdzie Einsteinem, ale pod tym względem przypominam go: uważam bowiem, że najważniejsze w mej biografii są zmagania intelektualne, a reszta ma raczej charakter anegdotyczny [4].
Anegdoty, owszem, w tej książce są - choćby ta, jak Lem miotał się po pokoju z profesorem Janem Błońskim na grzbiecie (Orliński, s. 190). Natomiast ich dyskusje i spory zrelacjonowane zostały nader pobieżnie. Wiadomo jedynie, że Błoński sypał "błyskotliwymi powiedzonkami", toteż nawet o towarzyskich zmaganiach intelektualnych Lema czytelnik niewiele się dowie. Na plus trzeba jednak Orlińskiemu policzyć to, że przynajmniej tej wątłej anegdotyczności nie ukrywa i na ogół wyraźnie zaznacza, co tam jest tylko jego domysłem i hipotezą.

Najwięcej nowych i ważnych faktów z życia Lema przynoszą dwa pierwsze rozdziały: o jego dzieciństwie w polskim Lwowie i o młodości we Lwowie pod trzema okupacjami (sowiecką, niemiecką i znowu sowiecką). Ale też Orliński powtarza tam wcześniejsze ustalenia Agnieszki Gajewskiej, przy tym powtarza niezbyt wnikliwie, a czasem trochę bałamutnie [5]. Z kolei rusztowaniem pozostałych rozdziałów są w znacznej mierze okoliczności powstawania kolejnych książek Lema. Toteż gdy Lem ostatecznie rezygnuje z beletrystyki i Orliński nie ma już czego streszczać własnymi słowami, cała rzecz się, rach-ciach, zaraz kończy i ostatnie 20 lat życia Lema mieści się na mniej więcej 20 stronach.

Naturalnie nie mam Orlińskiemu za złe, że lubi swojego bohatera, ale czasem jest to miłość bezkrytyczna. Wypadałoby na przykład jakoś skomentować bzdurę, że za Gierka cenzura była nieporównanie ostrzejsza niż za Gomułki [6]. Albo tę o mamutach wytłuczonych przez naszych przodków sto tysięcy lat temu, w "górnym czwartorzędzie" [7].

Jeszcze gorzej się dzieje, gdy Orliński za nic nie chce przyznać, że Lem czasem kłamał opowiadając o swoim życiu, i wyczynia najdziwniejsze łamańce, by go z góry przed takim zarzutem wybronić. Oto Lem z jakiegoś powodu kłamie, że wyjechał ze Lwowa jednym z ostatnich transportów, co daje rok 1946. A Orliński na to:

Proszę zwrócić uwagę na językową maestrię, z jaką Lem umie i nie skłamać, i prawdy nie powiedzieć. "Jeden z ostatnich transportów" - co to właściwie znaczy? Wszystko jest "jednym z ostatnich". To jest jedna z ostatnich stron tej książki, a ty ją czytasz, czytelniku, w jednym z ostatnich dni swojego życia. Oczywiście, przed tobą jeszcze wiele dni i wiele stron. Ale z czysto logicznego punktu widzenia - przecież nie skłamałem (Orliński, s. 98).
Otóż nie. Wprawdzie w potocznym języku "jeden z ostatnich" to określenie nieostre, podobnie jak "łysy", ale z tego ani nie wynika, że wszystko jest "jednym z ostatnich", ani że każdego - łącznie z Anną Csillag - można nazwać łysym. Orliński zachowuje się tu trochę jak Pędzelkiewicz ze Sposobu na Alcybiadesa, który "z uporem twierdził, że liczba siedem jest liczbą ostatnią". Zresztą dobrze o tym wie i na następnej stronie już bez tych łamańców pisze zwyczajnie jak było:
Lemowie przenieśli się bowiem do Krakowa latem 1945 roku. Powiedziałbym nawet, że jechali jednym z pierwszych transportów (Orliński, s. 99).
Lem mijał się z prawdą również wtedy, gdy pisał o swoich związkach z żydostwem.
W tym okresie w sposób bardzo bezpośredni i "praktyczny" dowiedziałem się, że nie jestem "Aryjczykiem". Moi przodkowie byli Żydami, jednak ja nie miałem pojęcia o judaizmie ani, niestety, o żydowskiej kulturze. Właściwie dopiero nazistowskiemu ustawodawstwu zawdzięczam świadomość, że w moich żyłach płynie żydowska krew (Przypadek i ład).
Tymczasem Agnieszka Gajewska ustaliła, że Lem chodził w szkole na zajęcia z religii mojżeszowej i na maturze otrzymał z tego przedmiotu ocenę bardzo dobrą (Gajewska, s. 76, 78). Orliński zaś tylko marginalnie wspomina o nauce religii, ale oczywistego kłamstwa Lema już sobie nie przypomina [8].

Zresztą ani Gajewska, ani Orliński nie są w sprawach żydowskich zbyt wnikliwi. Gajewska odnotowuje wprawdzie, że rodzice Lema brali ślub w synagodze (Gajewska, s. 139), co nie jest samo przez się oczywiste, bo na przykład u takich Kronenbergów od dawna odbywało się to w obrządku protestanckim. Ale już pisząc o narodzinach Lema w żaden sposób nie komentuje tajemniczego zdania:

Duchowym mentorem dziecka został Benjamin Lehm, najprawdopodobniej brat nieżyjącego dziadka [9].
A któż to taki ten "duchowy mentor dziecka" w tradycji judaistycznej? Czy nie chodzi tu o sandeka (סנדק‬), osobę, która trzyma dziecko płci męskiej w czasie ceremonii obrzezania, brit mila? Zazwyczaj jest to dziadek, a tutaj być może w zastępstwie zmarłego dziadka rolę tę pełnił jego brat, Benjamin Lehm. Czy można założyć, że pełnił ją fikcyjnie - jedynie do zapisania w papierach? Bo to trochę tak, jakby katolik dał się zapisać jako ojciec chrzestny, chociaż żadnego chrztu naprawdę nie było.

Nie jest to tylko próżna ciekawostka, bo wtedy sytuacja Stanisława Lema pod niemiecką okupacją wyglądałaby znacznie bardziej dramatycznie niż sytuacja kogoś, kto twierdzi, że, owszem, wprawdzie jacyś jego "przodkowie" byli Żydami, ale on sam już tak daleko zaszedł w asymilacji, że ani nic go z judaizmem nie łączyło, ani nawet nie miał o nim zielonego pojęcia. Ktoś taki mógł jeszcze czasem liczyć na mocne fałszywe dokumenty. Natomiast dla Żyda ze znakiem przymierza na ciele żadne dokumenty nie były wystarczająco mocne, skoro tę ich fałszywość mógł bez problemu zdemaskować byle policjant [10].

Niestety, Orlińskiego już w tych dwóch pierwszych rozdziałach, chyba najciekawszych i najważniejszych w całej książce, poniosła ambicja i nie poprzestał na przepisywaniu ustaleń Gajewskiej, ale próbował także dodać coś od siebie. No i wyszło jak w tym bon mocie o rozprawie, w której są rzeczy dobre i nowe. Tyle że dobre nie są nowe, a nowe nie są dobre.

Oto próbka bałamuctw i zmyśleń wyjętych wyłącznie z tych dwóch rozdziałów [11].

Nie jest prawdą, że w latach sześćdziesiątych XX wieku Lem nie mógł nawet wspomnieć o Hemarze, bo "cenzura i tak by to usunęła z książki (albo książka w ogóle by się nie ukazała)" (Orliński, s. 17). Kto nie wierzy, niech zajrzy na przykład do wydanej w 1964 roku przez Wydawnictwo Literackie Historii osobistej i powszechnej Jana Górskiego [12].

Nie było pogromu, gdy w maju 1919 roku do Lwowa "wkroczyła armia Hallera [...] zdominowana przez endeków" (Orliński, s. 29-30). Pogrom był w listopadzie 1918, ale wtedy z kolei nie było we Lwowie endeckiej armii Hallera [13].

"Sławny pisarz William S. Burroughs II" nie był synem wynalazcy i konstruktora arytmometrów, Williama S. Burroughsa I, tylko wnukiem (Orliński, s. 45-46).

Gdy Lem opowiada, że jego koleżanka ze studiów w sowieckim Lwowie "żydłaczyła nie do pojęcia", to nie znaczy to, że - jak objaśnia Orliński - "posługiwała się praktycznie martwym dzisiaj językiem - żydowską gwarą języka polskiego, z której ocalały już tylko pojedyncze zwroty w szmoncesach" (Orliński, s. 55). Żydłaczyć to mówić po polsku w specyficzny dla Żydów sposób, nie zaś mówić "żydowską gwarą języka polskiego", bo czegoś takiego w ogóle nie było. Podobnie jak angielszczyzna Polaków mówiących ze słowiańskim akcentem i robiących charakterystyczne błędy nie jest polską gwarą języka angielskiego.

Niemcy nie utrwalili pogromu we Lwowie 1941 "na niezliczonych zdjęciach i filmach", na których rzekomo widać, jak "krew i mózgi zachlapały mury więzienia do wysokości pierwszego piętra" (Orliński, s. 63-64). W przypisie 27 na stronie 419 Orliński dodatkowo zmyśla, że "przegląd tych materiałów zaprezentował Michaël Prazan we wstrząsającym filmie dokumentalnym Einsatzgruppen. The Death Brigades, Francja 2009". Naprawdę w filmie Prazana z pogromów 1941 roku są tylko zdjęcia z pogromu pod Kownem, a komentujący je historyk Jürgen Matthäus podkreśla, że jest to dokumentacja wyjątkowa ("this is one of the rare instances of documentary material"). Prawdopodobnie dlatego, że autentyczny pogrom bywa nieprzewidywalny, natomiast Niemcy zdecydowanie woleli "dokumenty inscenizowane", ściśle trzymające się propagandowych założeń [14].

W innym miejscu Orliński najzupełniej serio powtarza ludowe legendy o tym, jakoby Żydów pod Lwowem rozstrzeliwano

na tak dużą skalę, że okoliczni mieszkańcy widzieli, jak z góry wypływały strumienie krwi, łączące się potem w rzeczkę, która płynęła przez wieś Kleparów i wpadała do rzeki Pełtwi (Orliński, s. 76).
Lem chybaby nie zdzierżył czytając te dzikie fantazje, bo jako lwowiak wiedział, jaką długość musiałaby mieć taka "rzeczka krwi" płynąca z Kortumowej Góry przez Kleparów aż do Pełtwi, a z kolei jako lekarz wiedział, jak niewiele krwi ma w sobie człowiek.

Napisałem wyżej, że Orliński czasem bezgranicznie wierzy Lemowi i boi się go poprawić, ale czasem znów bywa odwrotnie - bez sensu go koryguje.

Lem usłyszał o wspomnieniach żydowskiego policjanta, Caleka Perechodnika, i w rozmowie ze Stanisławem Beresiem skomentował je tak: "Właśnie wtedy jakiś «pieriewoźnik» całą swoją rodzinę pomagał pakować do Treblinki [...] Potem pytał ludzi: «czy ja jestem mordercą?»". Według Orlińskiego, Lem "zadaje pytanie, którego Perechodnik w rzeczywistości w ogóle w swoim rękopisie nie stawia" (Orliński, s. 83-84). A jednak stawia - i trudno tego nie zauważyć nawet podczas pobieżnej lektury, bo scena jest wyjątkowo dramatyczna. Z czego jasno wynika, że Orliński do Spowiedzi Perechodnika nawet nie zajrzał [15].

Gdy Orliński pisze, że akcja Człowieka z Marsa toczy się w Nowym Jorku, dodaje w nawiasie dla popisu:

(oczywiście takim z wyobraźni Lema - w którym na przykład Piąta Aleja jest ulicą dwukierunkową i jeżdżą nią trolejbusy) (Orliński, s. 90).
Ale, po pierwsze, wcale nie jest tak całkiem oczywiste, że opisywana w Człowieku dwukierunkowa ulica to na pewno Piąta Aleja; w powieści mówi się jedynie, że bohater "miał «New York Timesa» na rogu Fifth Avenue", więc wcześniejszy opis niekoniecznie jej dotyczy. Po drugie zaś, i ważniejsze, w czasach, gdy Lem pisał Człowieka z Marsa Fifth Avenue naprawdę była dwukierunkowa. Przestała być dopiero w 1966 roku.

Najbardziej bezwstydne zmyślenie zostawiłem na koniec.

Orliński chciał tym zmyśleniem ulepszyć odczytanie zaproponowane przez Gajewską, która zwróciła uwagę, że bohater Powrotu z gwiazd, Hal Bregg, ma tyle samo lat, ile miał Lem, gdy pisał tę powieść (Gajewska, s. 151). Najpierw jednak oznajmił z emfazą: "uwielbiam Powrót z gwiazd!" (Orliński, s. 209). Potem zaś zaprezentował taką kombinację:

Wiele go [Lema] łączy z Halem Breggiem i Krisem Kelvinem. Bregg jest jego rówieśnikiem, w powieści mowa, że ma czterdzieści lat (biologicznych).
[...]
Hal Bregg był w podróży przez dwadzieścia dwa biologiczne lata, czyli w chwili wylotu miał lat osiemnaście. Tyle samo co Lem, gdy przestała istnieć planeta Lwów (Orliński, s. 211) [16].
Naprawdę Bregg był w podróży 10 lat, a w chwili wylotu miał lat 30.
Ostatni raz byłem tu... nie przestrasz się! [...] - Sto dwadzieścia siedem lat temu. Miałem wtedy trzydzieści lat. Ekspedycja... byłem pilotem wyprawy do Fomalhaut. To jest dwadzieścia trzy lata świetlne. Lecieliśmy, w jedną i drugą stronę, sto dwadzieścia siedem lat czasu Ziemi i dziesięć lat czasu pokładowego. [...] - To… ile ty naprawdę masz lat? [...] - Co to znaczy - naprawdę? Biologicznych czterdzieści, a według ziemskich zegarów - sto pięćdziesiąt siedem...
Potem jeszcze lekarz mówi Breggowi, że jest w świetnej kondycji ("Ma pan organizm trzydziestokilkuletniego mężczyzny") i może sobie z tych dziesięciu lat czasu pokładowego odliczyć rok hibernacji ("Nie czterdzieści lat, tylko trzydzieści dziewięć"), ale osiemnastolatek lecący w kosmos to w świecie tej powieści kompletny absurd:
Przed trzydziestką nie da się lecieć. Trzeba mieć za sobą dwa wydziały, plus cztery lata treningu, łącznie dwanaście lat [17].
Tyle o tym, jak Wojciech Orliński potrafi ślepo uwielbiać.

W rozdziale "Głos Pana" pisze, że lata 60. to był złoty okres w polskiej kulturze, a tu tymczasem - dziwi się - Lem i jego wybitni koledzy wciąż narzekają i bardzo są wobec siebie nawzajem krytyczni oraz samokrytyczni.

Cytatów o tym, jak ci literaci przerzucali się złośliwymi uwagami na temat własnej twórczości, mógłbym przytoczyć jeszcze sporo, ale ciekawsze wydaje mi się to, że adresaci przeważnie się z tym zgadzali (Orliński, s. 246).
Nie przyszło mu do głowy, że właśnie dlatego był to złoty okres, bo krytykowali, przyjmowali krytykę i pracowali nad sobą. Teraz zaś wszyscy są z byle czego niezwykle zadowoleni i wskutek tego mamy to, co mamy. Również taką biografię Stanisława Lema.
[1] Wojciech Orliński, Lem. Życie nie z tej ziemi, Wydawnictwo Czarne i Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017. Dalej cytuję jako Orliński.

Bóstwa chtoniczne to u Greków także Hades, Dionizos, Demeter czy Persefona, a więc osobistości, o których raczej nie sposób powiedzieć, że nie odgrywają żadnej roli w mitologicznej narracji. Chodzi mi jednak nie tyle o to faktograficzne omsknięcie, ile o nawyk wstawiania tu i ówdzie całkowicie zbędnych niby-erudycyjnych popisów, które nigdy nie były mocną stroną autora. W poprzedniej książce o Lemie równie kulawo objaśniał m.in. na jakiej taśmie Andriej Tarkowski kręcił Solaris i skąd się wzięło słowo 'solipsyzm'. Pisałem o tym w OSOBACH: "Wojciech Orliński o Stanisławie Lemie albo uroki fantastyki".

[2] "Chciałem wreszcie podziękować Wydawnictwu Czarne, przede wszystkim Monice Sznajderman, za jej anielską cierpliwość. Redaktor Wojciech Górnaś i korektorki Katarzyna Rycko oraz Kamila Zimnicka-Warchoł uratowali mnie przed pomyłkami, których imię jest legion" (s. 415).

Być może jednak jestem niesprawiedliwy i nie chodzi tu o żadną naiwność, lecz o zwykłą porcję towarzyskiej hipokryzji, niezbędnej do przetrwania w wydawniczo-dziennikarskiej dżungli.

[3] Od pewnego momentu było to zresztą życie jak na PRL finansowo dostatnie i beztroskie (co się, rzecz jasna, Lemowi słusznie należało), ale też z tego powodu trudno się na przykład przejąć jego perypetiami z kupnem prawdziwego włoskiego fiata 1800 za 190 tysięcy złotych (Orliński, s. 271-272). Fiat ten stał gdzieś w garażach Urzędu Rady Ministrów, był zasmolony i - co się rychło, lecz już po kupnie okazało - pełen wad fabrycznych. Dzieje się to w roku 1965, a ledwie dwa lata wcześniej cenzor poleca Agnieszce Osieckiej, by bohaterom swojej Piosenki o okularnikach podniosła stopę życiową. Osiecka podnosi i w Opolu Kazimiera Utrata zamiast "potem żyją w jakimś mieście / za te polskie tysiąc dwieście" śpiewa "potem wiążą koniec z końcem / za te polskie dwa tysiące". Ale nawet po tej podwyżce fiat 1800 to dla okularników, czyli ówczesnych młodych polskich inteligentów, równowartość ich ośmioletniego rodzinnego budżetu.

Nb. sama Osiecka też nie musiała wtedy wiązać końca z końcem za dwa tysiące: "Za piosenkę Okularnicy kupiłam sobie na raty motorówkę" (Agnieszka Osiecka, Lubię farbować wróble, z rozmów stworzyła Violetta Ozminkowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 2016; korzystałem z wydania elektronicznego).

[4] Stanisław Lem, Przypadek i ład, z niemieckiego oryginału zatytułowanego Mein Leben i napisanego w 1983 roku przełożył Tomasz Lem. Cytuję za stroną solaris.lem.pl. Przekład czyta się dobrze, ale ktoś mógłby wreszcie poprawić w pierwszym przypisie "Michael Butor" na "Michel Butor" i "Borghesa" na "Borgesa".

[5] Agnieszka Gajewska, Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2016. Dalej cytuję jako Gajewska. Książka w postaci elektronicznej dostępna jest za darmo i najzupełniej legalnie w Repozytorium UAM.

Bałamutne jest na przykład nieco egzaltowane dowodzenie, że dla ojca Lema, Samuela, "wybór imienia dla pierworodnego syna [...] to była deklaracja polskości" (Orliński, s. 18-19), bez wspomnienia, że Stanisław Lem na drugie miał Herman - po swoim dziadku, Hermanie Lehmie. Samuel Lem najwyraźniej chciał, by jego syn żył w Polsce, między Polakami i sam był Polakiem, ale by jednocześnie pamiętał o swych korzeniach. Orliński z pewnością czytał o tym u Gajewskiej na stronie 139, gdzie tych Hermanów jest tylu, że nawet Marian Hemar na chwilę zamienił się w przypisie 126 w Mariana Hermana.

Nb. powojenne koleje losów Samuela Lema czekają jeszcze na wnikliwsze opracowanie. Teraz w najlepszym wypadku plącze się on na obrzeżach życiorysu swego syna jako stary lekarz przyciśnięty biedą i zmuszony do pracy ponad siły. Wiadomo jednak, że w latach 1945-1954 był (przynajmniej formalnie) funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa.

I jeszcze jeden drobiazg. Brat Sabiny Lem, tej chtonicznej matki Stanisława Lema, czyli jego wuj, naprawdę miał na imię Gecel, nie zaś Marek, jak to kilkakrotnie za Gajewską powtarza Orliński. Z tym, że Gajewska ustaliła to później, już po wydaniu swojej książki, a niezależnie od niej zrobił to także Wiktor Jaźniewicz.

[6] "Komentując w 1977 roku w liście do Kandla [swojego amerykańskiego tłumacza] pierwszy numer nielegalnego pisma literackiego «Zapis», do którego pod własnymi nazwiskami renomowani autorzy oddawali teksty odrzucone przez cenzurę (w pierwszym numerze byli to między innymi Andrzejewski, Brandys, Ficowski i Nowakowski), Lem zauważył, że «95% tych tekstów mogłoby się ukazać za Gomułki», «TAK się zawęziła przestrzeń swobodnej wypowiedzi!»" (Orliński, s. 322).

Nie jest to prawda, nawet jeśli pominąć retoryczną przesadę tych procentów oraz przyjąć, że prawdziwe "za Gomułki" kończy się w 1967 roku, a potem to już było "za Moczara". Być może Orliński wie o tym, ale jest mu trochę niezręcznie pisać, że w gruncie rzeczy Lem tak bałamutnie usprawiedliwia się, dlaczego go w tym "Zapisie" nie ma. Zaraz po zdaniu "TAK się zawęziła przestrzeń swobodnej wypowiedzi!" jest tam bowiem jeszcze znaczący nawias, który Orliński pominął: "(Zresztą teksty te na ogół bardzo niedobre, dużo gwałtu, pornografii, bo to są na ogół utwory skonfiskowane przez cenzurę uprzednio, i gdyby władza miała w głowie olej, zaraz by urządziła telewizyjną dyskusję z CYTOWANIEM tych tekstów, czego ta władza, jako kretyńska, nie uczyni)" (Stanisław Lem, Sława i fortuna. Listy do Michaela Kandla 1972-1987, Wydawnictwo Cyfrant, Kraków 2016).

Tak więc Lema w "Zapisie" nie ma, bo to ani żaden wielki antykomunizm (skoro "95% tych tekstów mogłoby się ukazać za Gomułki"), ani żadna wielka literatura (przeciwnie, "na ogół bardzo niedobre, dużo gwałtu, pornografii"). Zatem rzecz w sumie nie warta zachodu (czy może raczej paszportu na Zachód).

Nb. Adam Zagajewski tak wspominał nico wcześniejsze okoliczności zbierania podpisów pod Listem 59, który był protestem przeciwko zmianom w konstytucji PRL.

"Do Krakowa przyjechała z tym listem aktorka Halina Mikołajska. Odnalazła mnie, pokazała mi list, a ja go uważnie przeczytałem i uznałem, że jest słuszny - opowiada Adam Zagajewski. Byłem pod ogromnym urokiem Adama Michnika i jednym z moich motywów było to, żeby go nie zawieść. Wiedziałem, że to będzie początek nowego życia w PRL, trochę trudniejszego. Później poszliśmy do Juliana Kornhausera. I on podpisał natychmiast, a następnie do Wisławy Szymborskiej. Zaprosiła Stanisława Lema i oczywiście Kornela Filipowicza, z którym była związana. I w czasie tej kolacji Mikołajska pokazała ten list. Szymborska z Filipowiczem podpisali, Lem przeczytał i nie podpisał" (Jerzy Morawski, Dlaczego polska opozycja musiała bronić konstytucji PRL, "Polityka" 2015, nr 38, s. 55).

[7] Orliński cytuje początek felietonu Lema z 2005 roku:

"Na klasyczne pytanie «unde malum», «skąd zło», mam taką odpowiedź: to się zaczęło jakieś sto do stu dwudziestu tysięcy lat temu, w górnym czwartorzędzie, kiedy nasi przodkowie wytłukli wszystkie mamuty i całą masę innych wielkich ssaków" (Orliński, s. 191).

"Jakieś sto do stu dwudziestu tysięcy lat temu" zaczął się górny plejstocen, a mamuty wyginęły jakieś dziesięć tysięcy lat temu i prawie na pewno nie za sprawą ludzi. Nie było to u Lema chwilowe zaćmienie. O tych stu dwudziestu tysiącach lat mówił również Markowi Oramusowi w 1996 roku (Marek Oramus, Bogowie Lema, Wydawnictwo Kurpisz, Przeźmierowo 2006, s. 106: "Dopuścił się [praczłowiek] strasznych rzezi 120 tysięcy lat temu, zwłaszcza mamutów").

Nb. ta żartobliwa hipoteza, że to, co ludzkie (czyli zło, niestety), jest w przyrodzie istotną nowością, bardzo przypomina pointę wcześniejszej o sto lat bajki napisanej przez ojca Lema, Samuela, a ogłoszonej w "Kurjerze Lwowskim" z 23 lutego 1907 roku na stronie 10 pod tytułem "Protest małp". Małpy w tej bajce debatują nad tym, jak zniszczyć w zarodku "wymysł oszczerczy Darwina", że człowiek od nich pochodzi. Podczas gdy naprawdę, i to właśnie ta pointa, "zaświadczyć jesteśmy gotowe, / Że człowiek jest nie od małpy - ale bydle nowe".

[8] W rozmowach z Tomaszem Fiałkowskim była to już całkiem porządna konfabulacja. Lem nie robił żadnych uników. Przeciwnie. Najpierw, mówiąc o ukraińskich uczniach w klasie, podkreślił: "W gimnazjum jednak ta odmienność zaznaczała się dopiero na lekcjach religii - wtedy widać było, kto, będąc grekokatolikiem, wychodzi z klasy". Tak, jakby to on był wśród tych, którzy zostawali. A potem, wymieniając swoich nauczycieli ("Dwóch dobrych łacinników, Auerbach i Rappaport"; "profesor fizyki, Lewicki"; "Maria Lewicka, polonistka" etc. etc.), zakończył tę wyliczankę tak:

"Profesor Starzewski, komendant hufca harcerskiego. Nauczyciel gimnastyki, oficer rezerwy Kajetan Janowicz. Mieliśmy też wśród grona pedagogicznego rozmaitych artystów - jeden się nazywał Knobloch, od tak zwanych robót ręcznych. Oczywiście katecheta. Czy jeszcze ktoś? Nie pamiętam" (Świat na krawędzi. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000, s. 27-28; wyróżnienie moje).

[9] Gajewska, s. 140. Z przypisu 129 wynika, że informacja ta pochodzi ze świadectwa urodzenia wystawionego 15 października 1939 roku.

[10] Z tej perspektywy inaczej czyta się na przykład taką opowieść Lema z rozmowy ze Stanisławem Beresiem:

"Napisałem go [Człowieka z Marsa] pod koniec okupacji, gdy uciekłem już z tych idiotycznych garaży. Miałem wszystkiego dość, ręce zżarte smarami i mydłem piaskowym, chodziłem ciągle usmarowany jak kominiarz. Na dodatek mieliśmy stale jakieś nocne remonty. Posiadałem wprawdzie nocną przepustkę, ale baliśmy się wychodzić, bo wiadomo było, że ukraińska policja może Polaka rozwalić na ulicy. Co z przepustki trupowi? Całymi nocami siedzieliśmy więc w tym cholernym garażu. Ta historia z Żydem była też dla mnie rodzajem okazji, żeby rzucić te pracę".

Lem w tej opowieści jest Polakiem i to on pomaga przez krótki czas ukrywać się pewnemu znajomemu Żydowi. Ale jednocześnie bardzo boi się, że ukraińska policja mogłaby go "rozwalić na ulicy", co jednak w wypadku Polaków nie było wtedy rutynową procedurą.

To skądinąd nie jedyne miejsce w rozmowach z Beresiem, w którym Lem opowiada o sobie tak, jakby kwestia żydowskiego pochodzenia go nie dotyczyła.

"Miałem kilku znajomych Żydów, więc chodziłem do getta, by ich namawiać do ucieczki, ale prawdę powiedziawszy, szanse na ocalenie były mikroskopijnie małe. Nie mieli się gdzie schować".

A za moment jeszcze dodaje, drwiąc z antysemickich rojeń:

"Teraz zresztą, przeważnie wśród młodego pokolenia, antysemitami są ludzie, którzy w życiu żadnego Żyda na oczy nie widzieli. W związku z tym nie przejawiają może tak ludożerczych postaw jak pokolenie ich ojców. Poza tym Żydów u nas prawie już nie ma. Choć są tacy, którzy twierdzą, że wszyscy jesteśmy Żydami. Może więc my obaj też?" (wyróżnienie moje).

Cytuję za: Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Cyfrant, Kraków 2013 (pierwszy cytat z rozdziału "Czas nieutracony", dwa następne z rozdziału "Lube czasy"). Jest to wydanie elektroniczne, w którym - jak informuje wydawca - "dokonano kolejnych korekt" w stosunku do poprzednich wydań tradycyjnych (1987, 2002). Niemniej już na samym początku Lem zamiast "wielu szczegółów nie potrafię już odtworzyć i ewokować z pamięci" (jak było w wydaniu z roku 1987 na stronie 7), mówi: "nie potrafię [...] ewakuować z pamięci" (wyróżnienie moje). W kolejnym wydaniu tradycyjnym (Kraków 2018) rozmowa ta została inaczej zredagowana, a cytaty znajdują się na stronach 29 i 415, natomiast na stronie 9 Lem dalej nie potrafi szczegółów ewakuować z pamięci.

Nb. Orliński ma dość bajkowe wyobrażenie o sytuacji Żydów podczas niemieckiej okupacji. Stawia między innymi hipotezę, że Stanisław Lem mógł mieć pretensje do ojca za to, że ten nie skorzystał z zaproszenia (też hipotetycznego) swojego przyjaciela i nie przeniósł się z całą rodziną do Krakowa już w 1941 roku.

"Gdyby Lemowie przenieśli się do Krakowa wcześniej, nie musieliby opłacać różnych lwowskich właścicieli konspiracyjnych mieszkań [...]. Być może udałoby im się ocalić więcej pieniędzy. W obcym mieście nie musieliby się też ukrywać - mogliby ze swoimi fałszywymi aryjskimi papierami spokojnie spacerować po Plantach, bez obawy, że rozpozna ich przypadkowy szmalcownik" (Orliński, s. 104).

Orliński zdaje się zakładać, że szmalcownicy donosili wyłącznie na tych Żydów, których osobiście znali i zupełnie nie bierze pod uwagę, że ani Stanisław Lem, ani jego rodzice nie mieli tzw. "dobrego wyglądu". Być może nie rozpoznałby w nich Żydów niemiecki żołnierz wychowany na karykaturach ze "Stürmera", ale dla większości przedwojennych Polaków nie byłby to żaden problem.

Nadto Kraków nie był dla Żydów bezpiecznym miejscem. Roiło się tam nie tylko od okazjonalnych szmalcowników, ale także od konfidentów Gestapo.

"Na liście zestawionej przez krakowski kontrwywiad [AK] z września 1944 r. znalazło się 686 agentów. Później rozszyfrowano jeszcze kolejnych - łącznie 803" (Andrzej Chwalba, Dzieje Krakowa. Kraków w latach 1939-1945, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002, s. 287).

[11] Gdybym chciał w ten sposób potraktować całą tę książkę, zanudziłbym was na śmierć. Dlatego tutaj jeszcze tylko kilka drobiazgów, które same natrętnie rzuciły mi się w oczy (a jeśli komuś się wydaje, że jestem jednak przesadnie drobiazgowy, niech może zerknie najprzód na tę erratę).

"Rok 1956 w polskiej literaturze zwykle kojarzymy z Hłaską, Bursą, Stachurą, Herbertem czy Białoszewskim" (Orliński, s. 158). Stachura w tym zestawieniu to nieporozumienie. Wprawdzie w 1956 roku zadebiutował w prasie jako poeta, ale wiersze przeszły kompletnie bez echa i pierwszą książkę wydał dopiero sześć lat później.

Podobnie nieporozumieniem jest umieszczenie Jastruna w wyliczance: "intelektualiści poprzedniego pokolenia, którzy pozycję i autorytet zbudowali jeszcze przed wojną - Dąbrowska, Estreicher, Słonimski, Jastrun, Wańkowicz, Andrzejewski" (Orliński, s. 326). Pozycja Jastruna była przed wojną porównywalna z pozycją na przykład Mieczysława Brauna. Nie słyszeliście o kimś takim? Ano właśnie.

Nie ma podstaw sugestia, że w styczniu 1961 cenzura zatrzymała Lemowi Podróż trzynastą Ijona Tichego (tę o swobodnym rzeźbieniu), ponieważ była tam mowa o znikaniu pod wodą, a właśnie wtedy znikały "kolejne nazwiska wybitnych twórców [...] - Hłasko, Kott, Kołakowski, Słonimski, Ważyk, Wańkowicz". Znikło jedynie - ale dużo wcześniej - nazwisko Hłaski.

Gdyby pod koniec lat 50. Astronautów nie odebrano Zespołowi Filmowemu "Kadr", to i tak "Wajda we współpracy z Allanem Starskim" (Orliński, s. 147) niczego by wtedy nie nakręcił, bo Starski zaczął pracować przy filmach dopiero w połowie lat 70., a w roku 1960 - gdy na ekrany wchodziła polsko-enerdowska Milcząca gwiazda - miał 17 lat.

Aczkolwiek już wtedy znał się na filmach. Jeśli wierzyć Tadeuszowi Konwickiemu, zażegnał waśń między nim i swoim ojcem, Ludwikiem Starskim, któremu okropnie nie spodobał się film Konwickiego Ostatni dzień lata. "Aż jednego dnia podchodzi do mnie pan Ludwik, podaje mi rękę i rzecze: - Wycofuję się, proszę pana, i przepraszam. Allanek mi wytłumaczył, że to dobry film" (Tadeusz Konwicki, Pamflet na siebie, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1995, s. 61-62).

W dopisku na okładce Astronautów "«powieść fantastyczno-naukowa» (z dywizem)" nie warto doszukiwać się pierwszej w Polsce kalki amerykańskiego określenia "science fiction" (Orliński, s. 123). Już w 1877 roku ukazał się w Warszawie polski przekład Dzieci kapitana Granta Verne'a z podtytułem "podróż fantastyczno-naukowa". Też z dywizem.

Nb. w tym samym 1951 roku ukazała się w Polsce książka Władmimira Niemcowa Rekord wysokości z bardzo podobnym podtytułem "powieść naukowo-fantastyczna" (znów z dywizem). Podtytuł ten powtórzono za wydanym dwa lata wcześniej rosyjskim oryginałem Рекорд высоты. Научно-фантастическая повесть (zresztą identyczny podtytuł miało kilka innych powieści Niemcowa). Zatem jeśli już mówić o kalce, to kalkowano w tym wypadku raczej Wschód niż Zachód.

Według Orlińskiego MacGuffin to "coś, co pozornie jest bardzo ważne dla akcji, ale tak naprawdę nie wiadomo, co to jest, i nie ma to znaczenia dla fabuły (bo i tak najważniejsze to patrzeć, jak Cary Grant ucieka przed ostrzeliwującym go samolotem)" (Orliński, s. 206). Ale jeśli przyjąć tę definicję, to Północ, północny zachód z uciekającym Carym Grantem nie jest najszczęśliwszym przykładem, bo akurat w tym filmie takiego MacGuffina nie ma. Widownia prawie od początku wie, że tajemniczy George Kaplan, którego szuka Grant, w ogóle nie istnieje, a znowu o istnieniu mikrofilmu, który chcą wywieźć szpiedzy, dowiaduje się dopiero na kilkanaście minut przed końcem filmu.

Swoją drogą MacGuffin to pojęcie do tego stopnia intuicyjne i płynne, że z jego zrozumieniem miał problem nawet taki zawodowiec, jak David Selznick. Zob. John Russell Taylor, Hitch. The Life And Times of Alfred Hitchcock, Da Capo Press 1996, s. 200-201: "The argument over this bit of MacGuffin has curiously followed Hitch through the years, providing him with a perfect instance of how the MacGuffin works and how even very sophisticated film men often fail to understand it".

Wreszcie nie można w tej książce zawierzyć nawet najprostszym informacjom, nawet przypisom. Na przykład list Lema do Sławomira Mrożka z "18.01.1963" (jak podaje przypis 9 na stronie 425) to w rzeczywistości list z 29 października 1964, nie chodzi więc o przypadkową literówkę, lecz o zwyczajny bałagan. I jeszcze na dokładkę cytat z tego listu też został zlepiony niechlujnie, bo nie zaznaczono w nim dwóch cięć.

[12] Jan Górski, Historia powszechna i osobista. Szkice publicystyczne, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1964, s. 69-70. Nazwisko Hemara pojawia się też we wspomnieniach Kazimierza Krukowskiego (Moja Warszawka, Filmowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1957, s. 80). Czyli bez przesadnej wylewności jednak można było o Hemarze napomknąć.

Nb. Hemar - jak podaje Stanisław Nicieja - korespondował po wojnie z Samuelem Lemem, swoim wujem, który opisał mu okoliczności, w jakich została aresztowana jego siostra i zarazem matka Hemara, Berta Hescheles.

[13] Niech się Orliński pocieszy, że również obecnemu dyrektorowi Żydowskiego Instytutu Historycznego hallerczycy zlepili się z lwowskim pogromem (zob. Paweł Śpiewak, Żydokomuna, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2012, s. 23), bo zapewne korzystał z takich samych tandetnych źródeł, jak na przykład to.

[14] Pisze też o tym Gajewska:

"Po wkroczeniu Niemców do Lwowa 2 lipca 1941 roku Żydów - jako rzekomych sprawców zbrodni komunistycznej w Brygidkach - spędzono do więzienia, skąd mieli wynosić zwłoki zamordowanych przez wycofującą się Armię Czerwoną więźniów, wśród których byli także Żydzi. Pogrom odbył się przy czynnym udziale Polaków i Ukraińców, którzy wskazywali Niemcom, kto jest Żydem. Z piwnic więzienia przez okienka wyciągano trupy i kładziono je na trawie, po czym lwowianie podchodzili do nich i identyfikowali ciała, szukając swoich bliskich. Stanisław Lem pracował w piwnicy, a fetor rozkładających się zwłok sprawiał, że Niemcy unikali schodzenia na dół. Na wewnętrznym placu więzienia przy wyciąganiu zwłok Żydów bito niemiłosiernie. W trakcie katowania ofiar przyjechała niemiecka ekipa propagandowa z kamerą, która filmowała trupy i ludzi pracujących przy wyciąganiu ciał. Wtedy bicie na jakiś czas ustało" (Gajewska, s. 111).

Nb. po czerwcu 1941 generalnie zmieniają się zasady propagandy niemieckiej, jeśli idzie o dokumentowanie tego, co działo się na Wschodzie:

"Skończyły się czasy edukacji etnograficznej przeprowadzanej przy użyciu fotografii przedstawiających «okazy» polskich Żydów. Tamci byli jeszcze Żydami żyjącymi. Począwszy od lata 1941 roku na Wschodzie nastał czas śmierci, a nazistowscy dowódcy prawidłowo oceniali ryzyko, z jakim wiązało się wysyłanie do Niemiec zdjęć dokumentujących eksterminację. Ryzyko, że ci obojętni, zadowoleni albo entuzjastycznie nastawieni obywatele zaczną się litować, buntować, a nawet dostrzegać w Żydach istoty ludzkie. Nie chodziło już o pokazywanie, lecz o ukrywanie. Zostaje zatem wydany zakaz fotografowania «egzekucji», jak nazywa się je w niektórych oficjalnych dokumentach, niezależnie od tego, czy chodzi o Żydów, czy też wrogów w ogóle, wojskowych i cywilów, których Rzesza ma zlikwidować w walce" (Nadine Fresco, Śmierć Żydów. Fotografie, przełożyła Magdalena Kamińska-Maurugeon, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011, s. 56-57).

[15] Calek Perechodnik, Spowiedź. Dzieje rodziny żydowskiej podczas okupacji hitlerowskiej w Polsce, opracowanie, posłowie i przypisy David Engel, Ośrodek KARTA, Warszawa 2004, s. 71 (kursywa za oryginałem):

"Już jestem w domu rodziców, otwieram klapę, ukazuje się ciotka. Z rezygnacją podaję jej chleb, kubek wody i cicho mówię: "Cały Otwock wywieziono, Anka z Aluśką może już nie żyją. Rachelę też zabrali" [Anka i Aluśka to żona i dwuletnia córeczka Perechodnika, Rachela to jego siostra].

Czerna patrzy na mnie jak urzeczona, przyniosłem jej takim obojętnym tonem wyrok śmierci dla niej, dla jej synka, a jednocześnie oznajmiłem o śmierci najbliższych nam osób. Patrzy na mnie, ale wie, że nie wolno jej teraz nic mówić ani się pytać. Może przykro jej, że ona się dzięki mnie na razie uratowała, a moja żona nie?

Klapa opada, już jej nie ma, stoję nadal, nie mogę poruszyć się z miejsca ani oderwać oczu od klapy.

Widzę Ankę, stojącą w piwnicy, tylko głowa i ramiona wystają, słyszę głos, obcy głos, który mówi: "Anko, Kronenberg kazał Ci się stawić na plac, Tobie nic nie grozi, będziesz zwolniona".

Czy to mój głos? Czy ja jestem katem, mordercą? Czy też Kronenberg? A może we dwójkę jesteśmy tylko marionetkami przeznaczenia, złego losu Izraela?"

Nb. wbrew temu, co pisze Orliński, Perechodnik nie zginął "kilka miesięcy" po tym, jak jego rodzinę wywieziono do Treblinki (Orliński, s. 83), ale dwa lata później.

[16] Wcześniej Orliński ogłosił tę fantazję w swojej recenzji z książki Gajewskiej (Wojciech Orliński, Tajemnice Stanisława Lema. Co o przeszłości genialnego pisarza mówią jego książki?, wyborcza.pl, 11 lipca 2016):

"Głównym bohaterem «Powrotu z gwiazd» jest Hal Bregg, astronauta, który ma biologicznie 39 lat, a Ziemię opuścił, gdy miał ich 18. Jest to odpowiednio wiek Lema piszącego tę powieść i Lema obserwującego upadek polskiego Lwowa".

Miał więc potem jeszcze rok, by zajrzeć do tej uwielbianej powieści i wszystko sprawdzić. Ale nie zajrzał.

Nb. Gajewska też bez żenady naciąga daty, żeby dopasować je do autobiograficznych odczytań. Raz pisze (s. 151), że Lem kończy Powrót z gwiazd w roku 1960, bo wtedy Lem ma 39 lat - jak Bregg (jeśli uwzględnić rok korekty z powodu hibernacji). To znów, że "powieść powstała w okolicach roku 1958" (s. 153), bo wtedy z kolei "przeszła przez Polskę największa fala emigracji mniejszości żydowskiej", a Lem z emigracji zrezygnował - jak Bregg, który nie chce już lecieć w kosmos.

[17] Zob. Stanisław Lem, Powrót z gwiazd, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1981, s. 33-35, 72. Naturalnie można podważać powieściowe dane. Nie za bardzo zgadza się fizyka i astronomia tej wyprawy. Fomalhaut (konstelacja Ryby Południowej) to 25 lat świetlnych w jedną stronę. Z kolei Arktur, wokół którego bohater podobno krążył przez 6 dni (s. 76), leży w gwiazdozbiorze Wolarza w odległości 37 lat świetlnych etc. etc. Ale jeśli to wszystko jest tylko takim Lemowym MacGuffinem, to wszelkie paralele z pozapowieściową rzeczywistością zostają natychmiast unieważnione.