EBENEZER ROJT

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Orliński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Orliński. Pokaż wszystkie posty

O ślimakach, Marksie i szkole lwowsko-warszawskiej
albo nosorożec Orliński znów pędzi na oślep

Skąd ten nosorożec, wyjaśni się na końcu. Najpierw zaś wyjaśnię, czemu znowu Orliński. Otóż nic osobistego. Cztery lata temu Wojciech Orliński żegnał się z mediami, obiecując, że weźmie się wreszcie za uczciwą pracę nauczyciela, więc i ja również pożegnałem się z jego dziennikarskimi fantazjami [1]. Choć może z odrobiną żalu - bo czasem zmyślał zabawnie.

Okazało się jednak, że nałóg zwyciężył i Orliński wciąż regularnie udziela się w kilku pismach, które mam zwyczaj przeglądać. Dorywcze chałtury byłyby może jeszcze wybaczalne, bo nauczycielom chyba się dziś nie przelewa, ale regularne przykładanie ręki do upadku "Polityki" - i to zaraz obok rubryki Kuby Wojewódzkiego - to już nie byle co [2].

Zacznę od ślimaka, który według Orlińskiego pędzi siedem razy szybciej niż Rosjanie na Ukrainie.

Prędkość przeciętnego ślimaka to 0,05 km na godzinę, czyli ok. 400 km na rok. Rosjanie rozwijają maksymalną szybkość rzędu 60 km rocznie, czyli jakąś jedną siódmą ślimaka (Wojciech Orliński, Jedna siódma ślimaka, "Polityka" 2025, nr 17-18, s. 161).
Na pozór wszystko się zgadza: 0,05 km razy 8760 godzin w roku to rzeczywiście nieco ponad 400 kilometrów. Bieda w tym, że Orliński źle postawił przecinek. Przeciętny winniczek nie rozwija prędkości 50 metrów na godzinę, ale ślimaczy się dziesięć razy wolniej - jakieś 5 metrów na godzinę.

Ależ Ebenezerze! I to ma być to twoje "nic osobistego"? Trzeba chyba kogoś bardzo nie lubić, żeby mu wyciągać takie pokątne głupstwa.

Ba, gdybyż to było pokątne głupstwo! Ale Wojciech Orliński dał tę jedną siódmą ślimaka jako tytuł swojego felietonu, więc widocznie był z tego pomysłu na ślimaczo-wojenne porównanie ogromnie zadowolony i żadną miarą nie uznał go za głupstwo. A mimo to niechlujstwo zwyciężyło!

Teraz o Marksie.

Jakiś czas temu pojawił się po prawej stronie sceny politycznej filut, który dowodził, że głównym celem Karola Marksa było "cofnięcie ludzkości do poziomu przedkulturowej wspólnoty pierwotnej" [3]. Skądinąd był ów filut człowiekiem mogącym, choćby z racji wieku, pamiętać z dawnych lat drętwe formułki o zaspokajaniu wciąż rosnących potrzeb społeczeństwa czy rytualne (i dumne) zapewnienia każdorazowego pierwszego sekretarza o tym, jak rośnie wytop stali i plony z hektara. A jednak jakoś mu się to zgodziło z niedorzeczną bajką, jakoby Marks (a więc chyba także jego ideowi spadkobiercy) marzył o powrocie do prehistorycznej dziczy.

Wojciech Orliński też coś niecoś z tamtych czasów pamięta, a mimo to zszedł ze swojej lewej strony na poziom tego obdarzonego fantazją filuta i napisał:

Adam Smith i Karol Marks różnili się w wielu kwestiach, ale obaj opisywali świat, w którym nie ma wzrostu. [...] Żaden z tych wybitnych ekonomistów nie myślał o wzroście (Wojciech Orliński, Fetysz PKB. Czy da się rosnąć bez końca?, "Książki. Magazyn do Czytania" 2024, nr 4, s. 25).
Karol Marks opisywał świat, w którym nie ma wzrostu? Przecież nawet nietrudny w lekturze Manifest to głównie apologia niespotykanego dotąd w historii wzrostu:
Ale rynki wciąż się rozszerzały, wciąż wzrastało zapotrzebowanie (Aber immer wuchsen die Märkte, immer stieg der Bedarf). Manufaktura również już nie wystarczała. Wówczas para i maszyny zrewolucjonizowały produkcję przemysłową. Miejsce manufaktury zajął nowoczesny wielki przemysł, miejsce przemysłowego stanu średniego zajęli przemysłowcy-milionerzy, dowódcy całych armii przemysłowych, nowocześni burżua.

Wielki przemysł stworzył rynek światowy, przygotowany przez odkrycie Ameryki. Rynek światowy wywołał niebywały rozwój (unermeßliche Entwicklung) handlu, żeglugi, środków komunikacji lądowej. Rozwój ten wpłynął z kolei na rozrost przemysłu (Ausdehnung der Industrie), a w tym samym stopniu, w jakim rozwijał się przemysł, handel, żegluga, koleje żelazne, w tym samym stopniu rozwijała się burżuazja, mnożyła swoje kapitały (vermehrte sie ihre Kapitalien), wypierała na dalszy plan wszystkie klasy pozostałe po średniowieczu [4].

Rozszerzanie, wzrost, niebywały rozwój, rozrost, mnożenie... To właśnie z obserwacji tego wciąż potęgującego się wzrostu wyrosło marzenie o utopijnym ustroju, w którym każdemu będzie można dawać według potrzeb.

I nie był to bynajmniej jakiś przemijający młodzieńczy entuzjazm. Także w spuściźnie, którą Fryderyk Engels wydał po śmierci Marksa jako III tom Kapitału, powtarza się ta sama melodia:

Toteż granice, w których może się jedynie odbywać zachowanie i pomnażanie wartości kapitałowej, opierające się na wywłaszczaniu i zubożaniu szerokich mas producentów - granice te popadają wciąż w sprzeczność z metodami produkcji, które kapitał musi stosować gwoli osiągnięcia swego celu, a które zmierzają do nieograniczonego powiększania produkcji, produkcji jako celu samego w sobie, do bezwarunkowego rozwoju społecznych sił produkcyjnych pracy. Ów środek - bezwarunkowy rozwój sił wytwórczych społeczeństwa - wchodzi w nieustanny konflikt z ograniczonym celem, pomnażaniem wartości istniejącego kapitału. Jeżeli więc kapitalistyczny sposób produkcji jest historycznym środkiem rozwoju materialnej siły produkcyjnej i stworzenia odpowiadającego tej sile rynku światowego, to stanowi zarazem stałą sprzeczność między tym historycznym jego zadaniem a właściwymi mu społecznymi stosunkami produkcji [5].
Przekładając to na nieco strawniejszy język: kapitalizm prowadzi co prawda do niespotykanego w historii wzrostu produkcji, ale zarazem stwarza wewnętrzne hamulce tego wzrostu (to te "społeczne stosunki produkcji"). Rewolucję robi się właśnie po to, by te hamulce usunąć, dzięki czemu nastąpi (przynajmniej w teorii) wzrost już niemal cudowny, oparty na całkowitej automatyzacji; właśnie taki, który umożliwia dawanie "według potrzeb".
Włączony jednak do procesu produkcji kapitału środek pracy - pisał Marks w przygotowawczych szkicach do Kapitału - przechodzi różne metamorfozy, z których ostatnią jest maszyna albo raczej automatyczny system maszyn (system maszyn automatyczny jest tylko najbardziej skończoną, najbardziej adekwatną formą systemu maszyn i tylko on dopiero przekształca maszyny w system), napędzany przez automat, który sam wytwarza własny ruch. Automat ten składa się z licznych organów, mechanicznych i intelektualnych (mechanischen und intellektuellen Organen), tak że sami robotnicy stanowią tu tylko jego świadome członki [6].
I wtedy dopiero zacznie się zabawa! Zwróćcie szczególnie uwagę na te intelektualne organy automatu. Wprawdzie jest to jeszcze abstrakcyjna wizja, i to bardziej wizja połączenia człowieka z maszyną, ale co szkodzi zadumać się nad tymi wczesnymi marzeniami o komunistycznej AI, która zaradzi naszym bolączkom na tym łez padole. W każdym razie gdzie u Marksa nie popatrzeć, tam tylko wzrost i wzrost oraz nadzieja, że będzie jeszcze więcej wzrostu (jednak tym razem kierowanego już przez społeczny "zespolony rozum").

Teraz o szkole lwowsko-warszawskiej.

Znowu błahostka i pewnie darowałbym ten podwójny kiks w pożytecznym zreferowaniu książki Jana Woleńskiego o Alfredzie Tarskim, gdyby Orliński nie zakończył swego referatu egzaltowaną deklaracją:

I tak oto znów okazuje się, że wszystkie drogi prowadzą do szkoły lwowsko-warszawskiej, której Tarski był wybitnym przedstawicielem. Co pilniejsi czytelnicy magazynu "Książki" mogą zauważyć, że mam na jej punkcie obsesję, ale co poradzić.

To naprawdę było najważniejsze polskie intelektualne osiągnięcie w XX wieku. I ciągle o nim za mało rozmawiamy (Wojciech Orliński, Najmądrzejszy Polak, "Książki. Magazyn do Czytania" 2025, nr 2, s. 63).

Z dwoma ostatnimi zdaniami z miejsca się zgadzam (choć w nieco poszerzonej wersji, gdy ze szkołą lwowsko-warszawską łączy się jeszcze polską szkołę matematyczną). I nawet zgadzam się z radością, gdyż współczesna lewica za logiką nie przepada, a za patrona chętniej bierze sobie Stanisława Brzozowskiego, który o ojcu szkoły lwowsko-warszawskiej, Kazimierzu Twardowskim, oraz o jego uczniach wyrażał się dość pogardliwie ("Chłopięta ze szkoły Twardowskiego nazbyt są przeświadczone, że wiedza bywa solidną tylko u nich" [7]). Byłby zatem Orliński chwalebnym wyjątkiem gdyby nie to, że w swoim referacie dwukrotnie myli dwóch innych wybitnych przedstawicieli szkoły lwowsko-warszawskiej, a mianowicie Stanisława Leśniewskiego, promotora doktoratu Tarskiego, z Janem Łukasiewiczem [8]. Gdy ma się "obsesję", takich rzeczy jednak robić nie wypada.

Jeśli zaś idzie o nosorożca, to wziął się on z pomysłu samego Orlińskiego, by kolejny felieton dla "Polityki" zacząć tak:

Sztuka "Nosorożec" Eugène'a Ionesco, klasyka teatru absurdu, wydaje mi się dziś bardzo na czasie. Popadła jakby w zapomnienie, zacznę więc od krótkiego streszczenia. Oto w jakimś cichym, małym francuskim miasteczku pojawiają się nosorożce. Zachowują się z charakterystyczną dla tych zwierząt niezgrabną brutalnością: demolują rynek, wypłaszają przechodniów, niszczą mienie (Wojciech Orliński, Jak u Ionesco, "Polityka" 2025, nr 22, s. 90; ponieważ felieton zajmuje tylko jedną stronę, odtąd cytuję już bez żadnych odnośników).
I tak to streszczenie potem leci przez pół felietonu. Że głównymi bohaterami są dwaj przyjaciele Jean i Bérenger: pierwszy raczej przemądrzały, drugi raczej zagubiony. Że nosorożce to w istocie ludzie, którzy się w nie zamienili. Nie wiadomo, jakim cudem, ale to przecież teatr absurdu. No i najważniejsze: wciąż przemieniają się kolejni. W rezultacie nosorożców przybywa, a ludzi ubywa.

Tyle że Orliński Nosorożca w ogóle nie czytał i fantazjuje w oparciu o streszczenie z angielskiej Wikipedii. "Po wygłoszeniu brawurowego monologu o wyższości nosorożców Jean sam się przekształca". Nie, Jean przed przekształceniem nie wygłasza żadnego "brawurowego monologu". Nie wygłasza w ogóle żadnego monologu. Jedyny monolog w tej sztuce wygłasza na samym końcu Bérenger [9].

Myli się Orlińskiemu również chronologia: odgłosy nosorożców słychać w radiu i w telefonie nie przed ostatnią dyskusją Jeana i Bérengera, lecz grubo później. Gdy z ludzi zostają na scenie już tylko Bérenger i Daisy, w której Bérenger się kocha, zrazu skrycie (ale która na końcu też go zostawia).

Cały Nosorożec zaś to w interpretacji Orlińskiego przypowieść o narastaniu faszyzmu, a w każdym razie agresywnej prawicy:

Czuję się teraz, jakbyśmy byli w finale pierwszego aktu tej sztuki. W Polsce z narastającą brutalnością panoszą się prawicowi politycy.
Nie jest to interpretacja całkiem nietrafna, ale bardzo zubażająca metaforyczne przesłanie Nosorożca, które sam Ionesco odnosił do wszelkich ruchów stadnych, w tym także lewicowych. Dlatego niektóre zdania z tej napisanej pod koniec lat 50. sztuki brzmią całkiem świeżo i znajomo. Botard, parodia postępowego intelektualisty, na początku drugiego aktu parę razy bez sensu wtrąca w dyskusję potępienie rasizmu. A na uwagę, że nie chodzi tu wcale o rasizm, odpowiada: "Nie wolno pomijać żadnej okazji, żeby go potępić" (Nosorożec, s. 170).

Na podobnej zasadzie również Wojciech Orliński nie pominął w swoim felietonie okazji, by bez sensu, ale za to pryncypialnie potępić transfobię.

Czuję się bezradny jak Bérenger. Dyskutowanie z nosorożcami nie ma sensu. Ryczą na przykład o niebywale podobno istotnym problemie, jaką [tak w oryginale!] są osoby trans w sporcie - rzekomo masowo deklarujące kobiecą płeć tylko po to, żeby wygrywać w zawodach. Zazwyczaj pojawia się tutaj jedno nazwisko: Lia Thomas. To pływaczka, która wygrała jedne zawody. Nie osiągnęła przy tym rekordowego wyniku, inne ciskobiety [10] miewały lepsze rezultaty. Zdrowy rozsądek mówi, że nie ma tu żadnego problemu. No, ale zdroworozsądkizm jest martwy! Niech żyje chrum-chrum, ryyyk!

Te odgłosy dobiegają już z miejsc, w których człowiek by się ich jednak nie spodziewał. Mateusz Mazzini, przedstawiając w "Gazecie Wyborczej" straszliwy terror ideologii woke, napisał o Lii Thomas, że "zaczęła wygrywać żeńskie zawody studenckie". Taka malutka manipulacyjka: "zaczęła wygrywać", bo gdyby uczciwie napisać, że wygrała jedne, waliłaby się teza artykułu.

O tym, że obrona dopuszczania do zawodów kobiecych mężczyzn deklarujących się jako kobiety stoi na bakier z logiką, już kiedyś obszernie pisałem [11]. Dla kogoś, kto ma "obsesję" na punkcie szkoły lwowsko-warszawskiej, powinno to być oczywiste. Ale Orliński zaskoczył mnie opierając swoją obronę oszustwa na podkreślaniu, że jest to oszustwo bez znaczenia, gdyż oszust podobno oszukał tylko raz. A więc "nie ma tu żadnego problemu".

Jest to niemal dokładne powtórzenie kuriozalnej strategii Wojciecha Sumlińskiego, patologicznego plagiatora, który wprawdzie przyznał ostatecznie, że czasem "na zasadzie konwencji" dokonywał "muśnięcia tej literatury" (tj. przepisywania od MacLeana albo Chandlera), ale w sumie ukradł najwyżej jedną stroniczkę. A skoro tak, to cała sprawa jest dęta i nie ma problemu [12].

Jak się jednak szybko okazało, Wojciech Sumliński łgał w żywe oczy i tych kradzionych stroniczek było w rzeczywistości wielokrotnie więcej. Zełgał również Wojciech Orliński, choć nie jest wykluczone, że z lenistwa przepisał cudze kłamstwo z pewnej strony internetowej. Porównajcie zresztą sami jego cytowane wyżej słowa z tym, co na tej stronie napisano:

Autorzyna "Wyborczej" [czyli Mateusz Mazzini w poetyce autora strony] musi mieć prawdziwego hyzia na punkcie "kwestii trans", bo dalej pisze:
Wtedy pływaczka Lia Thomas, która przeszła tranzycję w czasie studiów, zaczęła wygrywać żeńskie zawody studenckie.
Szybkie zerknięcie do Wikipedii pokazuje, że wygrała jedne - jedne! - zawody, a nawet wtedy miała wynik daleko gorszy od rekordu kobiety cispłciowej na tym samym dystansie [...] No ale "zaczęła wygrywać" brzmi bardziej dramatycznie i jakby lepiej uzasadnia nagłość wszechobecnej paniki moralnej [13].
"Szybkie zerknięcie do Wikipedii" to jednak bardzo słaby research. Nawet szybka zwyczajna kwerenda pokazuje, że w sezonie 2021/2022 William Thomas (który wypowiadając magiczne zaklęcie "I am Lia" zamienił się w Lię Thomas) wygrał jeszcze przynajmniej sześć innych zawodów [14]. A "zaczynając wygrywać" wygrał ich tylko tyle, gdyż był to jedyny sezon, w którym startował po swoim przekształceniu w nosorożca, to jest chciałem powiedzieć - w transkobietę. W tej sytuacji zarzucanie Mateuszowi Mazziniemu "malutkiej manipulacyjki" samo jest dość paskudną dużą manipulacją.

Zresztą nie o zwycięstwa tak naprawdę tu chodzi, ale o nieuczciwe wspomaganie, gdyż deklaracja "I am Lia" zadziałała w tym wypadku niczym potężny doping. Owszem, to nieuczciwe wspomaganie nie działa niezawodnie, bo mniej utalentowani sportowo mężczyźni bywają czasem gorsi od bardzo utalentowanych kobiet. Nie ma to jednak znaczenia. Doping jest przecież zabroniony także w wypadku drugo- i trzeciorzędnych zawodników, którzy nawet na dopingu przegrywają z prawdziwymi mistrzami. Nietrudno to zauważyć, ale niektórym wygodniej jest chrumkać i dalej pędzić na oślep.

Najzabawniejsze (ale w kategorii smutno-zabawnej) jest jednak to, że Orliński swoje zdroworozsądkowe "nie ma tu żadnego problemu", dopisał do sztuki, w której w niemal identyczny "zdroworozsądkowy" sposób jedna z postaci, Dudard, próbuje przekonać Bérengera, żeby nie przypisywał do przemiany Jeana w nosorożca zbyt wielkiego znaczenia. Że przecież nie ma problemu.

Nie myśl o tym. Naprawdę, przypisujesz temu zbyt wielkie znaczenie. Przypadek Jana [polski przekład spolszcza imię Jeana] nie jest symptomatyczny, nie jest reprezentatywny. [...] Nie bierze się w rachubę oryginałów. Idzie o przeciętną (Nosorożec, s. 213-214).
"Jestem [...] jak Bérenger" - napisał Wojciech Orliński i jest to majstersztyk teatru absurdu. Nawet Ionesco nie wpadł bowiem na pomysł, by cynicznie oszukujący nosorożec udawał na koniec walczącego z nosorożcami Bérengera.
[1] Kto chciałby przypomnieć sobie to pożegnanie, niech przeczyta w OSOBACH: "Wojciech Orliński służbowo i prywatnie albo pożegnanie z bawełną w ustach". W skrócie chodziło tam o to, że Orliński mógłby o sobie powiedzieć mniej więcej to samo, co ten mechanik samochodowy z Barei: "Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem (bo właśnie piszę artykuł o tym, na czym się nie znam)".

[2] Kto chciałby wiedzieć, jak wygląda ten upadek, niech przeczyta notkę "Jak plagiatuje się w "Polityce" albo ciepły kontakt z prostym czytelnikiem". Kto zaś chciałby jeszcze wiedzieć, jak do tego upadku dokłada się Kuba Wojewódzki, od jakiegoś czasu stały autor w tym piśmie, niech przeczyta aneks do notki "Jakub Wojewódzki czyta Romana Dmowskiego albo powtórka z historii".

[3] Kto chciałby wiedzieć więcej o tych fantazjach, niech przeczyta w OSOBACH: "Krzysztof Karoń demaskuje marksizm albo upadek etosu pracy" oraz "Krzysztof Karoń dalej bałamuci, czyzli Uzupełnienia".

[4] Karol Marks, Fryderyk Engels, Manifest Partii Komunistycznej, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 4, Książka i Wiedza, Warszawa 1962, s. 515-516. Wstawki niemieckie daję za: Karl Marx, Friedrich Engels, Manifest der Kommunistischen Partei, [w:] Karl Marx, Friedrich Engels, Werke, tom 4, Dietz Verlag, Berlin 1977, s. 463-464.

Nb. za życia Marksa nie trzeba było wielkiej bystrości, by ten wzrost zauważyć. Są to wprawdzie przeliczenia bardzo orientacyjne i dziś może mało imponujące, ale PKB Wielkiej Brytanii w latach 1820-1880 niemal się podwoił. Trochę gorzej wypada PKB na głowę (jakieś 60-70%), bo wzrost liczby ludności częściowo niwelował wzrost produkcyjności. Ale zmora Malthusa do końca ciążąca nad rozważaniami Marksa, zwłaszcza w perspektywie przejścia do komunizmu, to osobny problem. Tu przypomnę jedynie to, o czym pisał już młody Engels, bo to też był jego wyraz troski o przyszły komunistyczny wzrost:

"Teoria Malthusa dostarcza nam najmocniejszych argumentów ekonomicznych przemawiających na rzecz przebudowy społecznej; gdyby bowiem Malthus miał nawet absolutnie rację, to trzeba by z miejsca podjąć dzieło tej przebudowy, gdyż tylko ona, tylko podniesienie poziomu mas, dokonane dzięki tej przebudowie, umożliwia owo moralne ograniczenie pędu do rozmnażania się, które sam Malthus uważa za najbardziej skuteczny i najłatwiejszy środek przeciw przeludnieniu" (Fryderyk Engels, Zarys krytyki ekonomii politycznej, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 1, Książka i Wiedza, Warszawa 1976, s. 776).

Jeszcze bardziej znaczące jest to, że Engels zacytował te zdania bez mała czterdzieści lat później w liście do Karola Kautskiego z 1 lutego 1881 roku. Wyrażał też w tym liście przekonanie, że społeczeństwo komunistyczne będzie mogło bez większych trudności regulować produkcję ludzi w taki sam sposób, w jaki będzie regulować produkcję rzeczy. Polityka jednego dziecka Komunistycznej Partii Chin to zatem marksizm ortodoksyjny, a zarazem empiryczny dowód, jak takie regulacje kończą się w praktyce.

[5] Karol Marks, Kapitał. Krytyka ekonomii politycznej, tom III, księga trzecia: Proces produkcji kapitalistycznej jako całość, część pierwsza, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 25, część pierwsza, tłumaczył Edward Lipiński, Książka i Wiedza, Warszawa 1983, s. 379.

Nie jest to wcale jakiś wyjątkowy ustęp. O tym, że kapitalizm zmierza do "nieograniczonego powiększania produkcji" Marks przypomina - nawet nieco namolnie - w wielu innych miejscach. A to, że kapitalistyczny sposób produkcji ma tendencję do "absolutnego rozwoju sił wytwórczych" (s. 390). To znowu, że misja historyczna kapitalizmu "polega na bezwzględnym, odbywającym się w postępie geometrycznym rozwoju produkcyjności pracy ludzkiej (s. 398; wyróżnienie moje).

[6] Karol Marks, Zarys krytyki ekonomii politycznej, tłumaczył Zygmunt Jan Wyrozembski, Książka i Wiedza, Warszawa 1986, s. 565-566. Wstawkę niemiecką daję za: Karl Marx, Grundrisse der Kritik der politischen Ökonomie, [w:] Karl Marx, Friedrich Engels, Werke, tom 42, Dietz Verlag, Berlin 1983, s. 592.

Nie był to oryginalny pomysł Marksa, ale Marks miał dobrą intuicję i czytał dobre książki. Czytał między innymi Charlesa Babbage'a (tak, tego od maszyny analitycznej) oraz The Philosophy of Manufactures, którą napisał Andrew Ure. Marks znał przekład francuski wydany w Brukseli, natomiast w oryginale odpowiedni ustęp brzmi:

"But I conceive that this title [factory system], in its strictest sense, involves the idea of a vast automaton, composed of various mechanical and intellectual organs, acting in uninterrupted concert for the production of a common object, all of them being subordinated to a self-regulated moving force" (Andrew Ure, The Philosophy of Manufactures: or, An Exposition of the Scientific, Moral, and Commercial Economy of the Factory System of Great Britain, Charles Knight, Londyn 1835, s. 13-14).

[7] Stanisław Brzozowski, Pamiętnik, fragmentami listów autora i objaśnieniami uzupełnił Ostap Ortwin, nakładem Antoniny Brzozowskiej, Lwów 1913, s. 160.

Z kolei samego Twardowskiego, który od swoich "chłopiąt" wymagał porządnego i jasnego myślenia, Brzozowski uważał za nudną odmianę c. k. urzędnika.

"Ten Twardowski. On także stoi na stanowisku, »że referat posługuje się wszystkiem«, ponieważ na początku c. k. Uniwersytetu jest umiejący pisać porządnie referaty i przy końcu powinien być urzędnik umiejący pisać referaty" (s. 203; jest to cytat z listu do Ostapa Ortwina).

[8] Najpierw Orliński cytuje list Leśniewskiego do Twardowskiego, a dwa akapity niżej powtarza frazę z tego listu, ale tym razem przypisuje ją Łukasiewiczowi (s. 61). Ale jeszcze gorszy kiks znajduje się na następnej stronie:

"Tarski i Łukasiewicz zbudowali semantyczną teorię prawdy, która przywróciła to pojęcie do powszechnego użytku nie tylko w logice. Pytanie o to, na ile to było samodzielne odkrycie doktoranta, a na ile jego mentora, stało się, jak to w życiu bywa, przyczyną ich gorzkiego sporu" (s. 62).

To prawda, że Tarski i Łukasiewicz zbudowali semantyczną teorię prawdy, ale Tarski był doktorantem Leśniewskiego, więc podejrzewanie, jakoby Łukasiewicz wykorzystał swego doktoranta (dziś jednak bez porównania częstsza praktyka niż niegdyś) to bardzo brzydka sugestia.

Nb. zwracam uwagę tylko na oczywisty feler, do uniknięcia którego wystarczyłaby nieco większa staranność. Natomiast pomijam nudne wypunktowywanie błędów Orlińskiego, gdy odważnie bierze się za wyjaśnianie zagadnień logicznych i matematycznych, których najprawdopodobniej nie rozumie.

Do poziomu niechlujstwa autora dostosowała się także redakcja "Książek" i dlatego zaraz na samym początku Tarski nazywa się Tański (nie znam klawiatury, na której można zrobić niechcący literówkę naciskając w pośpiechu "ń" zamiast "r").

[9] Eugène Ionesco, Nosorożec, [w:] Idem, Teatr, tom II, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967, s. 250-252. Autorem przekładu Nosorożca był Adam Tarn. Dalej cytuję jako Nosorożec z podaniem numeru strony.

Przed przekształceniem się w nosorożca Jean prowadzi z Bérengerem bardzo długą rozmowę, która zajmuje niemal cały drugi obraz drugiego aktu (Nosorożec, s. 193-207). Jednak żadnej z jego krótkich uwag nie sposób przy najlepszej woli uznać za monolog. Przez cały czas ma miejsce żywy dialog z przerzucaniem się kwestiami, nic tam nie zostaje wygłoszone "na stronie" etc.

Nb. Bérenger jest bohaterem jeszcze trzech sztuk Ionesco jako ktoś w rodzaju Everymana, ale za każdym razem jest kimś innym i dziedziczy jedynie imię.

[10] W postępowej nowomowie ciskobieta to po prostu zwyczajna, prawidłowo rozwinięta kobieta: bez psychicznych problemów z dysforią, a także bez zaburzeń rozwoju płciowego, bez niezwykle rzadkich wad genetycznych etc. Wprowadzono ten termin po to, by mężczyzn podających się za kobiety także móc nazywać kobietami, ale jakby z równoległej odmiany. W tej wizji kobiety dzielą się bowiem zasadniczo na ciskobiety i transkobiety.

[11] Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta w DODATKACH: "Olimpijskie problemy z logiką albo koniec fair play".

[12] Kto chciałby wiedzieć więcej o oszustwach Wojciecha Sumlińskiego, niech przeczyta w OSOBACH: "Wojciech Sumliński - plagiator patologiczny. WYPISY" oraz "Wojciech Sumliński - plagiator patologiczny. Aneks do raportu o złodziejstwie i oszustwie".

[13] slwstr [sic!], Gazeta dla debili, 26 marca 2025. Strona zarchiwizowana. Do odwiedzenia samej strony nie zachęcam, gdyż prowadzi ją osoba albo niezrównoważona psychicznie, albo wyjątkowo niegodziwa, nawet jak na niskie standardy dzisiejszego internetu. Na przykład gładko pochwalająca taki oto komentarz: "Kiedy rowling zdechnie to zobaczymy gdzie jesteśmy - czy będzie więcej mowy o cudownych książeczkach dla dzieci czy o jej nienawiści do ludzi". Chodzi o pisarkę J.K. Rowling, tę od Harry'ego Pottera, a o "jej nienawiści do ludzi" świadczyć ma jej "bełkot o «prawach kobiet»".

Nb. nigdy nie napisałbym o "Gazecie Wyborczej", że to "Gazeta dla debili", niemniej trafiają się tam teraz kwiatki, które mogłyby do takiej surowej opinii skłaniać. Janusz Anderman, nosorożec smagający na emeryturze biczem satyry reakcyjnych polityków, napisał całkiem niedawno:

"Wtedy to dziennikarz Kanału Zero zadał mu [kandydatowi na bardzo reakcyjnego polityka] pytanie o to, jak długo Bolesław Chrobry rządził, na które każdy licealista powie bez wahania, że niecałe dwa miesiące. Kandydat, legitymujący się stopniem doktora historii..." etc. etc. nie umiał na to proste pytanie tak zgrabnie odpowiedzieć (Janusz Anderman, Szlifiernia kryształów, "Gazeta Wyborcza", dodatek "Duży Format" 26 maja 2025, nr 19, s. 11).

Licealista, który "powie bez wahania", że Bolesław Chrobry rządził niecałe dwa miesiące, nie powinien otrzymać za takie androny matury z historii. Bałamuctwo Andermana dałoby się może na siłę obronić, gdyby Anderman pytał o to, jak długo Bolesław Chrobry panował. Ale tylko przy jasno zadeklarowanym założeniu, że panują wyłącznie koronowane głowy. Założeniu zresztą skrajnie arbitralnym, ponieważ w języku polskim panowanie to synonim sprawowania rządów. Mówi się więc także o panowaniu Mieszka I, a nawet wcześniejszych władców legendarnych.

Jeśli zaś idzie o Bolesława Chrobrego, to rządził on nie jakieś "niecałe dwa miesiące", lecz dobrze ponad trzydzieści lat i był jednym z najdłużej rządzących władców w naszej historii.

Starego Andermana nieco tłumaczy znany fakt, że rozum łatwo przegrzać - zwłaszcza na starość - w ogniu walki politycznej. Ale jak wytłumaczyć młodego Wojciecha Szota, który twierdzi, jakoby "Philippe Ariès uważał, że odkrycie dzieciństwa nastąpiło dopiero pod koniec XIII wieku, gdy uznano, że dziecko ma duszę" (Dziewczynka przy skręcarce. Z Magdaleną Kopeć rozmawia Wojciech Szot, "Magazyn Wyborcza" 31 maja 2025, s. 41; wyróżnienie moje).

Najwidoczniej według Szota wcześniej chrzczono coś w rodzaju pozbawionych duszy kadłubków.

Na takie wybryki nie pomaga nawet redakcja. W poniższym zdaniu redakcja wstawiła wprawdzie w kwadratowym nawiasie objaśnienie dla debili, kim był Jerzy Giedroyc, ale zaraz potem Juliusz Mieroszewski został pomylony z Mierosławskim i dlatego ma na imię Ludwik.

"Mniej więcej wtedy zaczęło się zmieniać w Polsce myślenie polityczne, coraz częściej podważano koncepcję wschodniej polityki wypracowaną przez Jerzego Giedroycia [słynny emigracyjny wydawca, działacz i myśliciel, autor doktryny, że warto zapomieć o rachunku krzywd, bo niepodległa Ukraina to gwarancja niepodległości Polski] i Ludwika Mieroszewskiego" (Jestem Ukrainką i polską patriotką. Z prof. Olą Hnatiuk rozmawia Agnieszka Kublik, "Magazyn Wyborcza" 27 czerwca 2026, s. 12).

[14] Tutaj (plik PDF) odnotowano trzy zwycięstwa osoby startującej jako "Lia Thomas" w zawodach Zippy Invitational w Akron w grudniu 2021 na dystansach 200, 500 i 1650 jardów stylem dowolnym. Do tego dochodzą trzy kolejne zwycięstwa tej samej osoby na zawodach Ivy League Championships w lutym 2022. Ponownie stylem dowolnym, tym razem na dystansie 100 jardów, 200 jardów i 500 jardów. I to do tych sześciu zwycięstw trzeba dopisać owo rzekomo jedyne zwycięstwo (a naprawdę co najmniej siódme), które pokazuje "szybkie zerknięcie do Wikipedii".

Wojciech Orliński o Stanisławie Lemie
albo uroki fantastyki

Sepulki Orlińskiego to coś w rodzaju autorskiego leksykonu, pełnego dat, nazwisk i tytułów [1], chociaż sam autor nie ma za grosz temperamentu skrupulatnego leksykografa. Na stronie 14 podaje jako datę wydania Prowokacji rok 1983, a już dwie strony dalej, w innym haśle, jest to (prawidłowo) rok 1984. Małgorzata Szpakowska pojawia się w Sepulkach wielokrotnie, bo napisała "najciekawszą z monografii Lema, jakie w ogóle wydano w Polsce" (s. 69), ale na stronie 97 nosi imię Magdalena. Jednak nie tego rodzaju niechlujstwa są w tej książce najgorsze, lecz nieodpowiedzialne fantazje, które trudno usprawiedliwić oszczędzaniem wydawcy na korekcie [2].

Sporo miejsca poświęcił Orliński opowieści o tym, jak to Janusz Wilhelmi (hasło na stronach 251-254), dość znany swego czasu komunistyczny aparatczyk od kultury (ale także długoletni pryncypał Janusza Głowackiego [3]), został podobno aluzyjnie sportretowany przez Lema w Głosie Pana. Wprawdzie jest to poziom "anagramowej" aluzyjności Waldemara Łysiaka [4], niemniej cała historia ujdzie jako środowiskowa ciekawostka. Natomiast końcowy akapit tego hasła to już wyłącznie zmyślenie:

W 1978 roku po dymisji ministra kultury Tejchmy Wilhelmiemu powierzono kierowanie resortem. Jednym z pierwszych celów, jakie sobie postawił, było storpedowanie realizacji Człowieka z marmuru Wajdy. Wkrótce po nominacji zginął jednak w katastrofie lotniczej - złe języki w Warszawie mówiły, że stało się to zaraz po tym, gdy zapowiedział, że film Wajdy zostanie zrealizowany "po jego trupie".
Wilhelmi nigdy nie otrzymał nominacji na ministra kultury. Był wprawdzie po odwołaniu Tejchmy tymczasowym kierownikiem resortu, ale zaledwie od 27 stycznia do 16 marca 1978 roku. Stanowczo za krótko, by robić z niego ober-oprawcę umęczonego Wajdy. Tak czy owak, na pewno nie mógł w styczniu 1978 roku przystępować do torpedowania realizacji Człowieka z marmuru, gdyż od premiery tego filmu minął wtedy już prawie rok [5]!

Zmyśleniem jest również opowieść, jakoby Andriej Tarkowski podczas realizacji Solaris wg Lema, filmu "mającego być radziecką odpowiedzią na Kubricka", otrzymał "najnowocześniejszy wówczas w ZSRR sprzęt pozwalający nakręcić pierwszy radziecki film na szerokoekranowej taśmie 70 mm" (s. 228). Po pierwsze, Solaris był kręcony na taśmie 35 mm i jedynie kopiowany na szerszy format. Po drugie, jakim by chwilowo pieszczochem reżymu Tarkowski nie był, legenda o tym, że mógłby dostać coś więcej niż na przykład taki Bondarczuk [6], świadczy tylko o niezrozumieniu tamtych czasów.

Natomiast uwaga Orlińskiego, że istnienie w polszczyźnie słowa "tajniak" jest przykładem na to, "jak dalece totalitaryzm zniekształcił język polski" (s. 23), świadczy z kolei o mizernym rozeznaniu autora w polskiej literaturze. Kto czytał Bal w Operze, wie, że na tajniaka tajniak mrugał już przed wojną [7].

[1] Wojciech Orliński, Co to są sepulki? Wszystko o Lemie, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007. Dalej strony z tego wydania w nawiasach okrągłych.

[2] Krakowscy centusie chyba zresztą w tym wypadku przesadnie nie oszczędzali. Książka dostała "opiekę redakcyjną" (Artur Wiśniewski) oraz adiustatorkę (Bogumiła Gnyp). Natomiast niechlujstw jest w niej dużo, dużo więcej. Tu jeszcze tylko trzy przykłady.

Kosmos i astronomia to wprawdzie w książce o Lemie tematy obowiązkowe, ale Orliński ma problem nawet z krótkim objaśnieniem, co to takiego jednostka astronomiczna i pisze o niej bez sensu jako o "średniej orbicie Ziemi" (s. 172).

Wydaje mu się, że "Podróż 24 Ijona Tichego" została "opublikowana po raz pierwszy w roku 1954 na łamach «Życia Literackiego»" (s. 214). W rzeczywistości wydrukowano ją w roku 1953 w numerze 52 na stronach 6-7 jako Powiastki galaktyczne. Z przygód słynnego gwiazdokrążcy, Ijona Tichego i była wtedy jeszcze podróżą dwudziestą trzecią.

Czasem też lubi Orliński popisać się jakimiś całkowicie zbędnymi wiadomościami, więc na przykład informuje miłośników Lema, że słowo solipsyzm "utworzył jezuicki apostata Giulio Clemente Scotti, pisząc w 1652 roku paszkwil na zakon jezuitów, La Monarchie de solipses" (s. 208). Tymczasem nie w roku 1652, lecz w 1645 i nie w La Monarchie de solipses, lecz w Monarchia solipsorum, bo obowiązuje przecież tytuł i rok wydania oryginału. Nadto autorstwo tej książki nie jest pewne, słowo 'solipsyzm' jest w niej używane w takim znaczeniu, jakie dziś ma słowo 'egoizm', a jej przekład francuski naprawdę ukazał się dopiero w roku 1721 (i wtedy jako autor figurował jezuita Melchior Inchofer).

[3] "Pracowałem wtedy w tygodniku «Kultura», a trochę wcześniej, na studiach, zaprzyjaźniłem się z Markiem Piwowskim. Marek kończył akurat dziennikarkę, a ja polonistykę. Po studiach chcieliśmy obaj zdawać na filmową reżyserię. Ale znajomy mojej mamy, który znał Janusza Wilhelmiego, załatwił mi pracę w tym tygodniku" (Janusz Głowacki, Z głowy, wydanie II poprawione i rozszerzone, Świat Książki, Warszawa 2004, s. 105). Można się też od Głowackiego dowiedzieć, że Wilhelmi był "zawsze elegancki" i przestrzegający form (s. 179), wprawdzie "diaboliczna inteligencja [...] i absolutny cynizm" (s. 183), ale w sumie prowadził "względnie przyzwoite pismo" (s. 180). Nadto kumplował się z nim, i to "przez Jana Józefa Lipskiego", znanego opozycjonistę z KOR-u, satyryk Janusz Szpotański, znany opozycjonista niezrzeszony (s. 171).

Nie przeszkodziło to jednak Szpotańskiemu w złośliwym sportretowaniu Wilhelmiego. W jego "operze" Cisi i Gęgacze pisanej w połowie lat 60. Wilhelmi jako Wilhelmini (bo tak podobno jego nazwisko przekręcał Władysław Gomułka) ma nawet swoją osobną arię ("Kultura" 1968, nr 3, s. 88-89). Natomiast w późniejszym Głosie Pana Lema (pierwsze wydanie 1968) Wilhelmi występuje jako cyniczny Wilhelm Eeney, doktor praw, który "reprezentował bardzo realną siłę", więc z miedzianym czołem znosił rozmaite przytyki i złośliwości otoczenia, usiłującego wyładować na nim "resentymenty bezsilności" (Głos Pana. Kongres futurologiczny, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1978, s. 69).

Nb. wspomniany wyżej Marek Piwowski nie tylko "kończył akurat dziennikarkę", ale już od kilku lat był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa (zob. Piotr Gontarczyk, Nowe kłopoty z historią. Publicystyka z lat 2005-2008, Wydawnictwo PROHIBITA, Warszawa 2008, s. 23: "Do formalnego werbunku Marka Piwowskiego na tajnego współpracownika doszło 6 maja 1960 r."). Tak to się wtedy wszystko ze sobą mieszało: cyniczni partyjni aparatczycy, zdolni donosiciele, opozycjoniści zrzeszeni i niezrzeszeni oraz ironiczni felietoniści. Subtelne poczucie ironii nie było obce nawet oficerom SB i pewnie dlatego pierwszy oficer prowadzący przyszłego reżysera Sukcesu oraz Uprowadzenia Agaty, Tadeusz Zakrzewski, napisał w jego obronie osobliwy list, który można przeczytać tutaj (strona zarchiwizowana).

[4] Waldemar Łysiak jak najpoważniej szczyci się tym, że w latach osiemdziesiątych udało mu się w jednej z książek przemycić aluzję do Katynia. Jej rozszyfrowanie jest dziecinnie proste: wystarczy tylko być obkutym w geografii Francji, odpowiednie słówko przełożyć z francuskiego na polski, dodać końcówkę i już ma się "Katyń" jak na dłoni. O "anagramowym kontrbolszewizowaniu" Łysiaka można przeczytać choćby w jego artykule Odwet Salonu czyli "ręka, noga, mózg na ścianie", "Gazeta Polska", 17 stycznia 2007.

Nb. kto chciałby wiedzieć, jak Waldemar Łysiak w tamtym czasie zza zasłony anagramu przepisywał od Kornela Makuszyńskiego, potem zaś od Stefana Kisielewskiego, niech przeczyta w NOTATKACH: "Komunia dusz. Stefan Kisielewski i Waldemar Łysiak".

[5] Wilhelmi przerwał wcześniej realizację filmu Na srebrnym globie Andrzeja Żuławskiego, co jednak niekoniecznie wystawia złe świadectwo jego artystycznemu smakowi. O historii realizacji Człowieka z marmuru zob. Andrzej Zawistowski, Jak rzeźbiono Człowieka z marmuru, "Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej", marzec 2010, s. 63-68. Niech to będzie pociechą dla Orlińskiego, że na stronie 65 Józef Tejchma ma tam na imię Władysław.

Nb. w filmie dokumentalnym Ucieczka na srebrny glob Andrzej Żuławski opowiada, że już po tej decyzji Wilhelmiego odwiedził w Afryce swojego ojca ambasadora. I tam poprosił jednego z miejscowych strażników o jakiś magiczny przedmiot, mogący ochronić go przed siłami zła. Po kilku miesiącach dostał od niego szamańską kurtkę z Mali. "Miałem ją na sobie tylko raz" - mówi. "Gdy zatrzymano mój drugi film, zabroniono pracować i nie wiedziałem, jak wykarmić dziecko. Założyłem tę kurtkę w pijanym geście, wypiłem chyba za dużo wódki i stwierdziłem, że sprawdzę. Następnego dnia człowiek, który to sprawił, minister kina i kultury, zginął w katastrofie lotniczej".

Żuławski opowiada to wszystko z poważną miną, ale być może - jako zawołany kabotyn - ma w głębi duszy uciechę. Choć naturalnie nie przyjdzie mu - jako kabotynowi - do głowy, że tak naprawdę opowiada historyjkę o tym, jak w pijanym widzie zabił magicznie ponad siedemdziesięcioro ludzi, którzy nie zrobili mu nic złego (między innymi ówczesną żonę Ignacego Gogolewskiego i polską reprezentację w kolarstwie torowym).

Skąd Żuławski naprawdę wziął tę "szamańską kurtkę" i czy przypadkiem nie był to sklep z pamiątkami na lotnisku, już dziś nie sposób ustalić. Jego biografka cytuje jeszcze trzy inne wersje historii z kurtką i Wilhelmim, bo Żuławski często zapomina, co wcześniej zmyślił, i potem "plącze się [...] w zeznaniach" (Aleksandra Szarłat, Żuławski. Szaman, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019, s. 262, 264, 271; kurtkę, w istocie wyglądającą na tandetną pamiątkę dla białych turystów, można obejrzeć na zdjęciu na stronie 263).

[6] Wcześniejszą o pięć lat Wojnę i pokój Bondarczuk rzeczywiście nakręcił na taśmie 70 mm w systemie Sovscope 70. Pierwszym filmem w tym systemie, a więc także pierwszym radzieckim filmem nakręconym na szerokoekranowej taśmie 70 mm, był Poemat o morzu Julii Sołncewej (tak, tej samej, która grała Królową Marsa w Aelicie!) wyświetlany w 1959 roku, czyli trzynaście lat przed Solaris.

[7] Bal w Operze Tuwima powstał w roku 1936. Tajniacy pojawiają się w nim wielokrotnie. Dla przypomnienia początek V części poematu: "Na ratuszu bije druga, / Na tajniaka tajniak mruga, / Na widowni i w sznurowni, / I pod dachem i w kotłowni, / I pod sceną i w bufecie, / Na galerii i w klozecie, / W kancelarii i w malarni, / W garderobach i w palarni, / I w dyżurce u strażaka / Mruga tajniak na tajniaka..." (Julian Tuwim, Bal w Operze, Czytelnik, Warszawa 1982, s. 23).

Oczywiście to nie Tuwim wymyślił 'tajniaka'. Posługiwano się tym słowem już od dawna, choć chyba dopiero pod koniec lat 30. zaczęło się ono obficiej pojawiać w druku. Gdy Ksawery Pruszyński pisze "[...] legitymowali mnie wieczorem, parokrotnie, tajniacy", pozostawia rzecz bez objaśnień, bo czytelnik i bez tego doskonale rozumie, o kogo chodzi (zob. W czerwonej Hiszpanii, Towarzystwo Wydawnicze "Rój", Warszawa 1937, s. 120). Podobnie Władysław Broniewski w Ulicy Miłej:

"Na pierwszem piętrze - plajta, komornik. A na drugiem

służąca otruła się ługiem.

Na trzeciem piętrze rewizja - mundurowi, tajniacy" (cytuję za pierwodrukiem: "Wiadomości Literackie", 1938, nr 42, s. 1).

Tak wygląda sprawa z tajniakami w literaturze, natomiast w gwarze warszawskiej już przed I wojną ścierały się dwie formy: 'tajniak' (jak 'ważniak" czy 'cwaniak') i 'tajnik' (jak 'celnik' czy 'dróżnik'). W satyrycznych "Kolcach" w utworze swobodnie korzystającym z języka ulicy ("Klawisznik plądruje sklepy; / Andrus obrabia wertepy") pojawia się właśnie ta druga forma: "Czasem tajnik lub stróż domu / Wyśledzi go pokryjomu" ("Kolce", 1913, nr 9, s. 7, wiersz Bandyci i złodzieje podpisany D-Mel.). 'Tajnik' był może popularniejszy, niemniej Bronisław Wieczorkiewicz w Słowniku gwary warszawskiej XIX wieku (PWN, Warszawa 1966) odnotowuje zarówno 'tajnika', jak i 'tajniaka' (s. 420).

Wojciech Orliński służbowo i prywatnie
albo pożegnanie z bawełną w ustach

Przyszłość mediów w Polsce widzę źle. [...] Pracują w nich ludzie coraz bardziej przepracowani, mający coraz więcej obowiązków za coraz mniejsze pieniądze. Wpadki, afery, nieprzemyślane decyzje są oczywistą konsekwencją - i będzie ich tylko coraz więcej - napisał Wojciech Orliński z okazji swego rozstania z "Gazetą Wyborczą" [1].
I jeszcze dodał, że on też przepracowany, "że i tak się permanentnie nie wyrabia z robotą". Wszystko to szczera prawda. Tyle że dziennikarze są przepracowani i zagonieni właściwie od zawsze.

Gdy w latach 30. ubiegłego wieku wybuchła afera z plagiatem Wincentego Rzymowskiego, Polska Akademia Literatury wypichciła po długich mękach oświadczenie, w którym właśnie to zagonienie wysunięto jako główną okoliczność łagodzącą:

Zważywszy że książka W. Rzymowskiego jest zbiorem artykułów publicystycznych, że pośpiech pracy dziennikarskiej niejednokrotnie narzuca konieczność posługiwania się gotowym materiałem, sformułowanym przez publicystykę również bez podania źródła [...] - trudno dopatrzeć się w zacytowanych w prasie zestawieniach momentu rozmyślnego plagiatu [2].
Cóż ma jednak począć uczciwy przepracowany dziennikarz, który brzydzi się plagiatowaniem? Musi zmyślać albo brać z drugiej, trzeciej lub czwartej ręki byle co bez sprawdzenia.

Pięć przykładów.

Może na przykład podać jako sensacyjny fakt starą fantazję, że William Szekspir był gangsterem, w dodatku pospolitym.

Z zapisków magistratu londyńskiego wynika, że człowiek o nazwisku Szekspir, któremu przypisuje się autorstwo najpiękniejszych dzieł literackich w historii ludzkości, w 1596 roku był pospolitym gangsterem, zaangażowanym w wymuszanie haraczy w wyjętej spod prawa dzielnicy nielegalnych zamtuzów, teatrów, domów gry i aren walki niedźwiedzi (Wojciech Orliński, Pieski świat, "Gazeta Wyborcza", 3 kwietnia 2000, s. 16).
Byłaby to sensacja nie lada, bo w 1596 roku Szekspir to już dramaturg dojrzały, autor (między innymi) Romea i Julii oraz Snu nocy letniej. Niestety, z "zapisków magistratu londyńskiego" nic takiego nie wynika [3], aczkolwiek dla ludzi z wyobraźnią już samo wymienienie nazwiska Szekspira może stać się pewną pokusą do snucia fantazji, łącznie z fantazją najstarszą - że "człowiek o nazwisku Szekspir" był jedynie słupem do wynajęcia, a dzieła przypisywane Szekspirowi napisał ktoś zupełnie inny (nie tak dawno rozpatrywano nawet kandydaturę pewnej Żydówki).

Przepracowany dziennikarz może też zacząć pisany w pośpiechu reportaż taką niefrasobliwą deklaracją:

"Hrabia Olavidez jeszcze nie był sprowadził osadników do gór Sierra Morena" - pierwsze zdanie "Rękopisu znalezionego w Saragossie" to - moim zdaniem - jedno z najpiękniejszych pierwszych zdań w historii literatury (Wojciech Orliński, Reportaż znaleziony w Saragossie, "Gazeta Wyborcza", dodatek "Duży Format", 10 czerwca 2009, s. 7).
Ale miłośnik powieści Jana Potockiego powinien wiedzieć, że tak wygląda pierwsze zdanie Rękopisu wyłącznie w wersji i przekładzie Edmunda Chojeckiego i w związku z tym chociaż raz dla przyzwoitości wymienić w reportażu jego nazwisko [4].

Może również trochę nazmyślać o Beethovenie:

Nieprzypadkowo jeden z wczesnych utworów Beethovena nosi tytuł "Złość z powodu zgubionego grosza". Kompozytor dobrze wiedział, ile go kosztowało zarobienie każdego grosza, i potrafił rzewniej opłakiwać zgubioną monetkę niż Kochanowski Urszulkę (Wojciech Orliński, Nie samą sztuką artysta żyje, "Gazeta Wyborcza", 24 stycznia 2012).
Mniejsza już o wnioskowanie na podstawie jednego tytułu, że Beethoven, widać potworny dusigrosz, "potrafił rzewniej opłakiwać zgubioną monetkę niż Kochanowski Urszulkę", bo to, zdaje się, miał być tylko taki dziennikarski żarcik. Ale Orliński chyba nigdy nie słyszał tego rzeczywiście żartobliwego utworu, o którym peroruje z taką pewnością siebie, a którego nastrój daleki jest od rzewności i płaczliwości. Z tytułem też pechowo zmyślił, bo utwór nosi ten barwny tytuł akurat dość przypadkowo, a przez samego kompozytora został nazwany zupełnie inaczej [5].

Albo może udawać, że rozumie Balzaca:

Rastignac [jeden z bohaterów Ojca Goriot] poznaje wypalonego, cynicznego czterdziestolatka, niejakiego Vautrina, który druzgocze te marzenia [o dorobieniu się majątku dzięki uczciwej pracy]. W kapitalnym monologu Vautrin przedstawia studentowi różne warianty jego przyszłej kariery.

Czy Rastignac zostanie sędzią, prokuratorem czy adwokatem - perspektywy czekają go niewesołe. Co najmniej dziesięć lat będzie musiał pracować za grosze, całując tyłki (to cytat!) wpływowych mecenasów, a potem też nie będzie różowo (Wojciech Orliński, Nas nie dogoniat, czyli czytajcie Piketty'ego, "Gazeta Wyborcza", dodatek "Duży Format", 19 listopada 2015, s. 3).

Całując tyłki? Tadeusz Boy-Żeleński, człowiek niepruderyjny, przeciwnie, lubiący czasem poświntuszyć, zwłaszcza na rachunek przekładanego autora (Villona, Brantôme'a, Rabelais'go...), dla którego "tyłek" nie byłby więc żadnym problemem, przełożył ten ustęp z monologu Vautrina następująco:
Baron de Rastignac chce zostać obrońcą? Och! Ślicznie. Trzeba szamotać się dziesięć lat, wydawać tysiąc franków miesięcznie, mieć bibliotekę, gabinet, bywać w świecie, całować togi adwokatów, aby dostać sprawę, zamiatać trybunał własnym językiem. Gdyby ten fach prowadził do czegoś, nie mówię ani słowa: ale pokaż mi w Paryżu pięciu obrońców, którzy w pięćdziesiątym roku zarabiają ponad pięćdziesiąt tysięcy rocznie? Ba! Nimbym wydał duszę na takie plugastwo, wolałbym zostać korsarzem (Balzac, Dzieła wybrane, przekład Tadeusza Żeleńskiego-Boya, Książka i Wiedza, Warszawa 1954, s. 111).
I znów mniejsza o to, że baiser la robe to jednak nie jest całowanie tyłka, lecz raczej coś w rodzaju "całuję rąbek sukni łaskawej pani", en signe de respect [jako wyraz szacunku], jak podają francuskie słowniki. Gorzej, że Orliński kompletnie nie rozumie liczb, które padają w tym "kapitalnym monologu" Vautrina i przechodzi od niego gładko do sugestii, że dziś jest podobnie, więc młode pokolenie może (jak Rastignac) dorobić się ciężką pracą "najwyżej garbu albo odcisków". Nie rozumie, że horyzontem Vautrina nie jest życie dostatnie, zwyczajna miła zamożność, ale sam szczyt - już nawet nie górny procent, lecz promil.

Te pięćdziesiąt tysięcy rocznie - granica, o której Vautrin wyraża się z taką pogardą - to wtedy stokrotność średniego dochodu. Stokrotność! No to proszę dziś powiedzieć młodemu człowiekowi, że jeśli weźmie się chwacko do roboty, to i tak w wieku Orlińskiego będzie zarabiał najwyżej stokrotność przeciętnej płacy. Czyli jakieś marne pół miliona miesięcznie. A niechby nawet tylko ćwierć. Naprawdę uzna, że "perspektywy czekają go niewesołe" i "nie będzie różowo"?

Żeby wiedzieć, o czym tak naprawdę mówi Vautrin, nie trzeba przeprowadzać żadnych czasochłonnych analiz. Wystarczy uważnie przeczytać Balzaca albo choćby wyłącznie Piketty'ego [6], do czytania którego Orliński zachęca już w tytule artykułu. Ale może to tylko kolejny przypadek, gdy zachęca do czytania książki, którą sam najwyżej niedbale przekartkował [7].

W tym samym numerze "Dużego Formatu" jest jeszcze jeden jego artykuł. Już nie o żadnym Balzacu czy Pikettym, ale jak na renesansowo wszechstronnego dziennikarza przystało, coś z zupełnie innej beczki - o Gwiezdnych wojnach. Można się z tego artykułu dowiedzieć, że Jar-Jar Binks, ten zabawny (albo żenujący) Gunganin z planety Naboo, to w istocie "taki galaktyczny Żeleźniak" - matros, który rozpędził rosyjską Konstytuantę w grudniu 1917 roku [8].

Ciekawostka ta przypomina klasyczny komunikat radia Erewań. Nie Żeleźniak, ale Żelezniakow (a przynajmniej Żelezniak bez "ź"). Nie w grudniu 1917, ale w styczniu 1918 (zarówno według starego jak i nowego stylu). I nie rozpędził Konstytuanty, ale o czwartej nad ranem wyszedł do na poły pustej sali (którą już wcześniej opuścili bolszewicy i lewicowi eserowcy), by przekazać polecenie komisarza Dybienki o zakończeniu obrad [9].

Wszystkie te bałamuctwa to oczywiście rzeczy przykre, jednak nie zaskakują one u kogoś zagonionego, kto "się permanentnie nie wyrabia z robotą". Zatem służbowo Wojciech Orliński może czuć się usprawiedliwiony przynajmniej tak samo jak Wincenty Rzymowski.

Ale Wojciech Orliński prowadzi również prywatny blog, gdzie już żadne terminy go nie gonią i gdzie sam sobie jest sterem, żeglarzem i okrętem. Zdawać by się mogło: upragniona oaza po służbowym przepracowaniu. Żadnego szarżowania, każda ciekawostka sprawdzona trzy razy. Ale gdzie tam... [10].

To właśnie na tym blogu, najzupełniej prywatnie, zdarzyło się Orlińskiemu zlustrować nielubianego polityka za pomocą Wikipedii, w dodatku wyłącznie na podstawie zbieżności nazwisk, i potem musiał czytać w komentarzach takie szyderstwa:

Wojciechu Orliński, mistrzu cywilizacjośmierciowej krytycznej analizy źródeł, całkowita antytezo Leskiego, a szczególnie Ziemkiewicza z jego słabością wadliwego riserczu!

Czy jesteś pewien, że Józef Sasin jest ojcem Jacka Sasina?

Czy jesteś w stanie wskazać jakiekolwiek potwierdzenie tej tezy, oprócz edycji artykułu "Józef Sasin" w polskiej Wikipedii, która miała miejsce 29 września 2010 roku o godzinie 14:50 i zarejestrowana została z adresu IP 213.17.226.131?

Are you?

No i pamiętaj, wszystko, co generuje kontent na podstawie Wikipedii się, hmm, nie liczy... [11].

Drobnych bałamuctw trafiało się tam, rzecz jasna, dużo więcej. A to husarze pomylili się z huzarami ("Typowy Seba ma na koszulce husarów - to właśnie staropolskie multikulti" [12]). To znów przyszła autorowi ochota na mały rewizjonizm historyczny ("NSDAP nigdy nie wygrało wyborów" [13]) albo fantazjował, że kobiety mogą studiować na Uniwersytecie Harvarda dopiero od 1999 roku [14].

Jednak wyliczaniem podobnych głupstewek szybko zanudziłbym was na śmierć, toteż na zakończenie coś trochę zabawniejszego.

Gdy zmarł aktor Ernest Borgnine Orliński w epitafium dla niego napisał:

Dla mojego pokolenia najważniejsza rola Borgnine'a to wredny szeryf Lile "Bawełna w ustach" Wallace w "Konwoju" Peckinpaha z 1978 [15].
Sporo postaci w tym filmie nosi różne dziwne przezwiska. Jest Martin "Rubber Duck" Penwald (główny bohater, gra go Kris Kristofferson), jest Bobby "Love Machine" i Spider Mike. Natomiast szeryf Lyle (nie Lile!) Wallace to dla gnębionych przez niego kierowców ciężarówek Lyle "Cottonmouth" Wallace. Przezwisko jest złośliwe, bo cottonmouth to potoczna nazwa mokasyna błotnego, bardzo jadowitego węża z charakterystycznym białym wnętrzem pyska [16]. Zresztą na wszelki wypadek zostaje to wyjaśnione na samym początku filmu, mniej więcej w 10 minucie. Gdy szeryf Wallace obłudnie zapewnia, że nie stosuje żadnych policyjnych sztuczek, jeden z kierowców rzuca z przekąsem pod jego adresem: "A cottonmouth nie jest wężem..." (Cottonmouth ain't a snake).

Toteż pomysł, by to "Cottonmouth" przełożyć dosłownie jako absurdalną "Bawełnę w ustach", zasługuje na życzliwą pamięć amatorów humoru zeszytów szkolnych [17].

Co i tak nie byłoby najgorszym wynikiem, bo pomyślcie sami, po jak wielu przepracowanych dziennikarzach nie zostanie nawet drobiazg, który można by po latach wspomnieć z uśmiechem na twarzy.

[1] Ekskursje w dyskursie. Blog Wojciecha Orlińskiego, notka "Pożegnanie z mediami", 5 lutego 2021. Nb. i ja rozstaję się z Wojciechem Orlińskim, który był w "Kompromitacjach" emblematycznym przykładem właśnie takiego przepracowanego dziennikarza opiniotwórczej gazety, a na pożegnanie odświeżam i uzupełniam starą notkę.

[2] Cytuję za: Krzysztof Kofin, Historia plagiatów Wincentego Rzymowskiego odkrytych na łamach tygodnika "Prosto z Mostu", "Z Badań nad Książką i Księgozbiorami Historycznymi", tom specjalny: Dla Niepodległej, redakcja Mikołaj Ochmański, Dorota Pietrzkiewicz, Jacek Puchalski, Warszawa 2019-2020, s. 473; wyróżnienie moje. Ponieważ zarzuty o plagiat (uzasadnione) wyszły z prawicy, Rzymowski do tego stopnia przesunął się na lewo, że potem po wojnie chodził w glorii ofiary poprzedniego ustroju i może dlatego zrobiono go ministrem.

Nb. w naszych czasach plagiatorzy tłumaczą się równie głupio. "«Redakcja zgubiła przypisy» - usprawiedliwiają się dwaj wybitni polscy humaniści oskarżeni o plagiat" (Adam Leszczyński, Tajemnica znikających przypisów, wyborcza.pl, 28 stycznia 2012). Ci dwaj wybitni humaniści to Wojciech Burszta i Tadeusz Gadacz.

[3] Te "zapiski", raptem dwa enigmatyczne zdania, gdzie Szekspir jest wymieniony razem z trzema innymi osobami, można znaleźć wraz z reprodukcją oryginału w książce Leslie Hotsona, który pierwszy rozdmuchał tę sprawę 80 lat temu, co jednak nie doprowadziło do przewrotu w szekspirologii. Zob. Leslie Hotson, Shakespeare versus Shallow, The Nonesuch Press, Londyn 1931; reprodukcja na wkładce między stronami 8 i 9.

Nb. nie sądzę, by Orliński czytał Hotsona. Najprawdopodobniej historyjkę o Szekspirze-gangsterze znalazł w jakiejś angielskiej gazecie, ponieważ angielscy dziennikarze również czasem nie wyrabiają się z robotą, więc ta rzekoma sensacja bywa tam raz po raz odgrzewana. Innym razem na podstawie podobnej gazetowej wiedzy twierdził, że nie można rozstrzygnąć, co naprawdę znaczyło tajemnicze słowo CROATOAN (tajemnicze wyłącznie w popkulturowych fantazjach), które wyryli zaginieni koloniści z Roanoke. Wtedy z przepracowania zaniedbał zajrzeć do relacji gubernatora Johna White'a, jedynego źródła w tej sprawie. Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta przypis 7 w notce "Wojciech Orliński o Ameryce albo zmyślenia z podróży".

[4] "Hrabia Olavidez jeszcze nie był sprowadził osadników do gór Sierra Morena" (Rękopis znaleziony w Saragossie. Romans wydany pośmiertnie z dzieł hr. Jana Potockiego, tom I, wydanie J. N. Bobrowicza, Lipsk 1847, s. 1; bez nazwiska tłumacza).

Nb. nie jest to zwykły przekład, bo Chojecki w istocie powieść Potockiego po swojemu zrekonstruował, skompilował z różnych rękopisów, uzupełnił, a miejscami ocenzurował. Również we francuskim oryginale jest ono pierwsze tylko we wcześniejszej wersji utworu, pozbawionej jeszcze "Przedmowy", która uzasadnia tytuł powieści oraz wprowadza nadrzędną "szkatułkę" w całej konstrukcji, wyjaśniając, że to, co czytamy, jest książką w książce, manuskryptem znalezionym przez oficera wojsk francuskich w czasie oblężenia Saragossy. W wersji późniejszej hrabia Olavidez pojawia się dopiero w pierwszym zdaniu pierwszego z dni, na które dzieli się Rękopis. Poza tym również we wcześniejszej oryginalnej wersji zdanie to nie jest tak zwięzłe, jak u Chojeckiego. Przeciwnie, zajmuje cały akapit!

"Le comte d'Olavidèz n'avait pas encore établi des colonies étrangères dans la Sierra Morena; cette chaîne sourcilleuse qui sépare l’Andalousie d’avec la Manche n'était alors habitée que par des contrebandiers, des bandits, et quelques Bohémiens qui passaient pour manger les voyageurs qu'ils avaient assassinés, et de là le proverbe espagnol: «Las Gitanas de Sierra Morena quieren carne de hombres»" (Jean Potocki, Oeuvres, IV, 2: Manuscrit trouvé à Saragosse (version de 1804), redakcja François Rosset i Dominique Triaire, Peeters, Lowanium 2006, s. 3).

Tak więc wykrojenie z tego akapitu "pierwszego zdania", które Wojciech Orliński uważa za "jedno z najpiękniejszych pierwszych zdań w historii literatury", to wyłączna zasługa Edmunda Chojeckiego. Aczkolwiek nie jest to pewne, bo według autorki nowego przekładu Rękopisu, Anny Wasilewskiej, akurat wtedy Chojecki miał wiele innych zatrudnień. Nie bardzo więc wiadomo, jak jeszcze mógłby "znaleźć czas, żeby przełożyć tak monumentalną powieść". Być może "użyczył tylko swojego nazwiska" (Jan Potocki, Rękopis znaleziony w Saragossie, opracowanie François Rosset, Dominique Triaire, nowe tłumaczenie ostatniej wersji autorskiej z 1810 roku Anna Wasilewska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015, s. 769).

[Dopisek] Komu ten przypis wydaje się (niesłusznie) przykładem kostycznej pedanterii Ebenezera Rojta, niech lepiej wprzódy sprawdzi, jak artykuł Orlińskiego wywrócił na nice zawodowy literaturoznawca. Jest tam między innymi mowa o gustach "pożeraczy tabloidalnej papki", w przypisie sugeruje się, że Wojciech Orliński nie odebrał porządnego wykształcenia "już w szkole podstawowej", a uwaga o pierwszym zdaniu Rękopisu okazuje się świadectwem "pojawiania się motywów persewerujących w paraliterackiej działalności Orlińskiego". Na dokładkę zostaje on trzykrotnie (plus Indeks nazwisk) przechrzczony na "Władysława Orlińskiego" (ale takiego literaturoznawczego niechlujstwa naturalnie nie pochwalam). Zob. Marek Piechota, "Arma virumque cano…" Niepowtarzalny urok pierwszych zdań arcydzieł. Potocki (Jan), Ballard, Camus, Nabokov, Tołstoj (Lew), [w:] Idem, (Nie)zapomniany czar arcydzieł. Anonim, Barańczak, Camus..., Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2019, s. 18-24.

[5] Ten rzekomo płaczliwy utwór to Rondo à capriccio G-dur na fortepian op. 129. Beethoven nigdy tej kompozycji nie ukończył. Po jego śmierci wydał ją w 1828 roku Anton Diabelli w swoim opracowaniu (do czego się nie przyznał). Przypis w tym wydaniu podawał, że w manuskrypcie kompozycja nosi tytuł "Złość z powodu zgubionego grosza". Było to zgodne z prawdą, ale w manuskrypcie tytuł ten nie został wpisany ręką Beethovena. Otto Albrecht twierdzi (nie przedstawiając jednak żadnych dowodów), że tytuł wpisał Anton Schindler, sekretarz kompozytora (zob. Otto E. Albrecht, Adventures and Discoveries of a Manuscript Hunter, "The Musical Quarterly" 1945, nr 4, s. 495). Sam Beethoven na lewym marginesie innej karty rękopisu zrobił adnotację: "Alla ingharese. quasi un Capriccio" i to właśnie uznaje się obecnie za oryginalny tytuł (zob. Erich Hertzmann, The Newly Discovered Autograph of Beethoven's "Rondo a Capriccio", Op. 129, "The Musical Quarterly" 1946, nr 2, s. 184: "Beethoven's original title was Alla ingharese. quasi un capriccio"; zob też przypis 36 do tego zdania na tej samej stronie: "The word ingharese, of course, does not exist. [...] Perhaps Beethoven fused ongarese with zingarese and thus came out with ingharese").

Reprodukcja karty rękopisu z dopisanym tytułem o zgubionym groszu znajduje się w artykule Hertzmanna przed stroną 177. Natomiast reprodukcja karty z adnotacją samego Beethovena znajduje się w artykule Albrechta po stronie 496. Być może osobliwe "i" w ingharese jest swoistą ligaturą, zrostem "zi", co oznaczałoby, że Beethoven napisał jednak zingharese.

[6] "Podobnie jak w rozdziale 2, średnie dochody, do których się tu odwołujemy, odsyłają do średniego dochodu narodowego na dorosłego mieszkańca. W latach 1810-1820 ten średni dochód wynosi około 400-500 franków rocznie we Francji i bez wątpienia przekraczał 500 franków w Paryżu. Płaca służby była dwukrotnie lub trzykrotnie mniejsza" (Thomas Piketty, Kapitał w XXI wieku, przekład Andrzej Bilik, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015; korzystałem z wydania elektronicznego przygotowanego przez Virtualo; cytat to cały 40 przypis do rozdziału 11 "Zasługi i dziedziczenie w długiej perspektywie czasowej").

Nb. Piketty nie jest bezstronnym przewodnikiem po świecie Balzaca. Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech zajrzy tutaj.

[7] Kto chciałby poznać inny taki przypadek, niech przeczyta w OSOBACH: "Wojciech Orliński poleca romans z pedofilem albo twórcze pisanie po amerykańsku"

[8] Wojciech Orliński, Jesteś padawanem czy młodym Jedi?, "Gazeta Wyborcza", dodatek "Duży Format", 19 listopada 2015, s. 20: "Lucas obmyślił więc historię luźno inspirowaną scenariuszami upadku republiki rzymskiej i republiki weimarskiej. Z rozpędzeniem rosyjskiej Konstytuanty przez niejakiego matrosa Żeleźniaka w grudniu 1917 na deser". Tutaj strona zarchiwizowana.

Nb. głównym tematem artykułu jest dylemat, w jakiej kolejności najlepiej oglądać sześć pierwszych części Gwiezdnych wojen. Orliński proponuje rozmaite warianty, przedstawia ich plusy i minusy etc. Na koniec zaś podaje kolejność podpisaną jako "Moja" (s. 21). I tu pojawia się delikatna kwestia: wprawdzie Orliński nigdzie nie pisze, że to on tę kolejność sam wymyślił, ale też nigdzie nie pisze, że jest to kolejność od dawna znana wśród miłośników Gwiezdnych wojen jako "Ernest (czasem Ernst) Rister Order".

[9] "O godzinie 2.30 lewicowi eserowcy opuścili salę, po czym odpowiedzialny za bezpieczeństwo komisarz Pawieł Dybienko rozkazał dowódcy straży, marynarzowi-anarchiście Anatolijowi Żelezniakowowi, zamknąć obrady. Wkrótce po godzinie 4, kiedy przewodniczący Wiktor Czernow akurat ogłaszał zniesienie prywatnej własności ziemi, Żelezniakow wszedł na trybunę i poklepał go po plecach. Potem nastąpiła scena utrwalona w protokole:

Obywatel marynarz [czyli Żelezniakow]: «Otrzymałem polecenie poinformowania was, że wszyscy obecni powinni opuścić Salę Zgromadzeń, gdyż straż jest zmęczona» ["Я получил инструкцию, чтобы довести до вашего сведения, чтобы все присутствующие покинули зал заседания, потому что караул устал"]. [...]

Czernowowi udało się kontynuować obrady jeszcze przez 20 minut, po czym odroczył je do godziny 17 tegoż dnia (6 stycznia)" (Richard Pipes, Rewolucja rosyjska, przekład Tadeusz Szafar, wydanie drugie poprawione, Wydawnictwo Magnum, Warszawa 2006, s. 583; wstawka rosyjska moja za stenogramem obrad Konstytuanty: Учредительное Собрание, "Вестник ЧелГУ", 1993, nr 2, s. 105).

Wbrew temu, co pisze Orliński, matros Żelezniakow nie był poczciwcem, "który chce oddać całą władzę Leninowi" (s. 20). W ogóle nie wiadomo, by czegoś chciał, bo nic tam od niego nie zależało - wykonywał tylko cudze polecenia. Podlegał komisarzowi Dybience, a komisarz Dybienko - Leninowi. Jak więc mógłby cokolwiek oddać temu ostatniemu? Lenin już wtedy dysponował realną siłą (Czeka Dzierżyńskiego działa od kilku tygodni) i chodziło mu raczej o to, by tej siły nie używać i do końca zachowywać pozory (jak pisze Pipes: "Lenin poinstruował straż Pałacu Taurydzkiego [gdzie obradowała Konstytuanta], aby nie stosowała przemocy", s. 582). I tak też się stało. Przewodniczący Czernow odroczył obrady, których już nigdy nie wznowiono. Dopiero potem bolszewicy dla dodania sobie powagi zaczęli chętnie mówić o rozpędzeniu Konstytuanty. Ale jeśli nawet termin "rozpędzenie" uznać za (ostatecznie) uzasadniony, to na pewno Konstytuanty nie rozpędził matros Żelezniakow.

[10] Przez "pośpiech pracy dziennikarskiej" ucierpiała również inna prywatna pasja Orlińskiego - Stanisław Lem. Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta w OSOBACH: "Wojciech Orliński o Stanisławie Lemie albo uroki fantastyki" i "Wojciech Orliński znowu o Stanisławie Lemie albo zmyśleń ciąg dalszy".

[11] Komentarz do notki "Jacek Sasin, genetyczny patriota". Orliński potem notkę przerobił, ale niektórzy zdążyli skopiować jej pierwotną wersję.

Nb. nawet język tego komentarza jest szyderstwem z pleniącej się na blogu Orlińskiego maniery wtrącania spolszczonych anglicyzmów w rodzaju: kontent, fejm, flejm, terf, zalurkać, dissować etc. Kiedyś satyrycy mieli używanie z języka prostych polskich emigrantów z chicagowskiego Jackowa, natomiast dziś taki pokraczny język zdaje się zaspokajać aspiracje części rodzimej inteligencji, by chociaż w ten sposób wydawać się jakby trochę mniej rodzimą.

Zdarzają się tam jednak także nagłe napady pryncypialnego puryzmu. Na przykład osobie, która nie radzi sobie z kolejnością przecinka i spacji (przykre, ale to nie powód do flejmu), Wojciech Orliński potrafi napisać: "jestem wyczulony na kwestii polskich reguł pisowni" (sic!) i podkreśla, że jego blog to "bardzo prywatny blog pewnego «grammar Nazi»".

[Dopisek] Ta kuriozalna wpadka z Wikipedią w tle niczego Orlińskiego nie nauczyła. Po kilkunastu latach znowu zaufał Wikipedii, by kogoś brzydko i fałszywie oskarżyć o "malutką manipulacyjkę". Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta w OSOBACH: "O ślimakach, Marksie i szkole lwowsko-warszawskiej albo nosorożec Orliński znów pędzi na oślep".

[12] Notka "Wiwat różnorodność!", 5 września 2016.

[13] Notka "Kura i ziarno", 11 sierpnia 2012. W rzeczywistości NSDAP w 1932 roku dwukrotnie wygrała wybory do Reichstagu. Gdy w komentarzach zwrócono na to uwagę, Orliński zapędził się w rozpaczliwe próby dowodzenia, że "Szkot" z kontrprzykładu "nie jest prawdziwym Szkotem", czyli wprawdzie NSDAP formalnie wygrała jakieś tam wybory, lecz nie były to jednak "prawdziwe wybory" ("na tym terenie przestały być wolne"; "były w atmosferze terroru ulicznego"). Chwyt banalny, który już Schopenhauer wymienia w Erystyce jako pierwszą ze "sztuczek szalbierczych w sporze" (termin Tadeusza Kotarbińskiego). Zob. Arthur Schopenhauer, Erystyka czyli sztuka prowadzenia sporów, przekład Bolesława i Łucji Konorskich, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976. Zwłaszcza strona 49.

Owszem, wygrana NSDAP w 1932 roku nie oznaczała bezwzględnej parlamentarnej większości, ale - jak to zwięźle ujął Eberhard Jäckel - "Hitler zawdzięczał swą nominację [na kanclerza Rzeszy] zwolennikom z NSDAP oraz swoim wyborcom" (Panowanie Hitlera. Spełnienie światopoglądu, tłumaczyła Alicja Karszniewicz-Mazur, Ossolineum, Wrocław 1989, s. 38).

[14] Notka "Żegnaj, BoJacku!", 2 lutego 2020. "Kilkadziesiąt lat temu dopuszczono na nie [uniwersytety] kobiety (na Harvardzie ten proces dokonał się dopiero w 1999!)". Jest to wyjątkowy nonsens, bo akurat ten uniwersytet dawał kobietom już od XIX wieku naprawdę spore możliwości, a pierwsza kobieta zrobiła tam doktorat prawie sto lat temu (podaję za stroną uniwersytetu Harvarda).

[15] Notka "Marksistowska analiza Sama Peckinpaha", 15 sierpnia 2012.

[16] To właśnie te węże pod koniec pierwszej części Lonesome Dove atakują podczas przeprawy przez rzekę i zabijają młodego Irlandczyka, Seana O'Briena. Dziennikarz zajmujący się kulturą popularną mógłby o tym pamiętać.

Podobno cottonmouth ugryzł też małego Trumana Capote. Nie wiadomo, czy to prawda (jego biograf przyjmuje, że tak), ale co wam szkodzi przeczytać na koniec kawałek niezłej prozy kogoś, kto ma prawo zmyślać, bo robi to jawnie i zawodowo:

"Kiedy miałem dziewięć lat, ugryzł mnie wąż wodny, mokasyn (cottonmouth water moccasin). Z kilkoma kuzynami wybraliśmy się na wyprawę odkrywczą do odludnych lasów jakieś dziesięć kilometrów od prowincjonalnego miasteczka w Alabamie, w którym mieszkaliśmy. Przez las płynęła wąska, płytka, kryształowa rzeczka. W poprzek niej, jak kładka z jednego brzegu na drugi, leżał wielki zwalony pień. Moi kuzyni balansując przebiegli po pniu, ja natomiast postanowiłem przejść rzeczkę w bród. Dochodziłem już do drugiego brzegu, kiedy zobaczyłem płynącego, ślizgającego się po cienistej powierzchni wody olbrzymiego węża z rozdziawioną bawełnistą paszczą (I saw an enormous cottonmouth moccasin swimming, slithering on the water’s shadowy surface). W ustach mi zaschło, jakbym sam miał w nich pełno bawełny, zdrętwiałem, jakby mi całe ciało znieczulono nowokainą. A wąż się wił i ślizgał coraz bliżej mnie. Kiedy był o parę centymetrów, zrobiłem w tył zwrot, ale noga mi się omsknęła na śliskich kamykach dna. I wąż mnie ugryzł w kolano.

Zrobiło się zamieszanie. Kuzyni zmieniali się niosąc mnie na barana, dopóki nie dotarliśmy do jakiejś farmy. Podczas gdy gospodarz zaprzęgał muła do wozu, swojego jedynego środka lokomocji, gospodyni złapała kilka kuraków, rozdarła jednego żywcem i gorącego, krwawiącego przyłożyła do mojego kolana. «To wyciąga jad» - powiedziała i rzeczywiście mięso kuraka pozieleniało. Przez całą drogę do miasta kuzyni zabijali jednego kuraka po drugim i przykładali do rany. Kiedyśmy dotarli do domu, rodzina zadzwoniła do szpitala w Montgomery, odległego o sto sześćdziesiąt kilometrów, i po pięciu godzinach przyjechał lekarz z surowicą. Przechorowałem się setnie, a jedyną dobrą stroną całej przygody było to, że ominęły mnie dwa miesiące szkoły" (Truman Capote, Muzyka dla kameleonów, przełożył Krzysztof Zarzecki, Wydawnictwo Da Capo, Warszawa 1994, s. 271-272; angielskie wstawki w nawiasach moje za wydaniem: Truman Capote, Music for Chameleons, Random House, Nowy Jork 1980, s. 247-248; w oryginale oczywiście nie była potrzebna "rozdziawiona bawełnista paszcza" dodana przez tłumacza).

[17] Nie chodzi o to, że Orliński nie znał słowa cottonmouth. To żaden wstyd - nikt nie zna wszystkich słów dowolnego języka. Chodzi o to, że zamiast się tego dowiedzieć (co w dzisiejszych czasach zajmuje mniej niż minutę), mechanicznie połączył dwa znane słowa. A gdy wyszło mu coś dziwacznego, właśnie ta "bawełna w ustach", dorobił do tego jeszcze zmyślone uzasadnienie: że Borgnine rzekomo mówi w tym filmie niewyraźnie, "jakby coś miał w buzi". Wstydliwe (i zabawne) jest właśnie to zmyślenie.

[Dopisek] Kilkanaście lat później Orliński dalej trzyma poziom humoru zeszytów szkolnych. Czy wpadlibyście na pomysł, by wildcat banks przełożyć jako "żbikowe banki"? I to nie gdzieś pobocznie, ale w artykule, którego głównym tematem są właśnie banki.

"Dość gruntownie przetestowano to w USA, w którym przez znaczną część XIX wieku rzeczywiście regulacje były symboliczne, a w dodatku łatwo było ich uniknąć. Wystarczyło urządzić bank gdzieś na obrzeżu cywilizacji, za rogatkami miasta, poza granicą stanu, na drugim brzegu rzeki. Amerykanie nazywali to "żbikowymi bankami" (wildcat banks)" (Wojciech Orliński, Historia kasy. Westerny, krucjaty i bankierzy, "Książki" 2026, nr 1, s. 31).

Wildcat to w słownikach rzeczywiście na pierwszym miejscu "żbik", ale w amerykańskim angielskim użyty jako przymiotnik odpowiada polskiemu "dziki" czy "ryzykowny". Wildcat strike to nie jest "żbikowy strajk", ale "dziki strajk". Wildecat business to nie jest "żbikowy biznes", ale "ryzykowny biznes". I podobnie wildecat bank to nie żaden "żbikowy bank", lecz "dziki bank". "Dziki", "ryzykowny", niechby nawet "lewy" albo "szemrany" - ale żbików mieszać do tego nie należy. Chyba że dla rozbawienia publiczności.

Wojciech Orliński znowu o Stanisławie Lemie
albo zmyśleń ciąg dalszy

Już na stronie osiemnastej przeczuwałem, że i tym razem nie będzie dobrze, gdy Orliński bezpretensjonalnie porównał matkę Lema do bóstwa chtonicznego:
Jak bóstwo chtoniczne w antycznych mitologiach, nie odgrywa roli fabularnej w mitologicznej narracji, bo przecież zawsze jest milcząco obecna w tle [1].
Kiedy zaś na stronie 119 okazało się, że w Szpitalu przemienienia stawiane są pytania filozoficzne, "takie jak «czy etycznie jest poświęcić jednostkę ludzką dla ocenienia wielu ludzi?»", wiedziałem już na pewno, że tego nie przeczytał porządnie żaden redaktor ani nawet korektor, tylko najwyżej jakaś sztuczna, pożal się Boże, inteligencja, dla której "ocenienie wielu ludzi" jest w takim kontekście równie sensowne jak "ocalenie wielu ludzi". W tym wypadku nie winię Orlińskiego za lapsus, bo to ludzka rzecz, ale za naiwną wiarę, że dzisiaj jakiś redaktor zbawi go ode złego, jeśli sam się nie postara [2].

Podtytuł tej biografii, Życie nie z tej ziemi, został wymyślony wyłącznie jako chwyt marketingowy. Jeśli pominąć lata wojny, Lem prowadził życie całkiem zwyczajne: żadnych burzliwych romansów ani modnych dewiacji, żadnego więzienia, żadnych dramatów [3]. To jego książki były nie z tej ziemi - i dlatego Cyberiada będzie czytana także wtedy, gdy do Sławy i chwały, Miazgi czy Małej apokalipsy będą zaglądać (już zaglądają?) głównie ludzie czytający zawodowo.

Sam zresztą tak o tym pisał:

Poproszony o napisanie autobiografii Einstein nie rozwodził się nad swym życiem, lecz nad najukochańszym potomstwem: teoriami, dziećmi zrodzonymi przez jego umysł. Nie jestem wprawdzie Einsteinem, ale pod tym względem przypominam go: uważam bowiem, że najważniejsze w mej biografii są zmagania intelektualne, a reszta ma raczej charakter anegdotyczny [4].
Anegdoty, owszem, w tej książce są - choćby ta, jak Lem miotał się po pokoju z profesorem Janem Błońskim na grzbiecie (Orliński, s. 190). Natomiast ich dyskusje i spory zrelacjonowane zostały nader pobieżnie. Wiadomo jedynie, że Błoński sypał "błyskotliwymi powiedzonkami", toteż nawet o towarzyskich zmaganiach intelektualnych Lema czytelnik niewiele się dowie. Na plus trzeba jednak Orlińskiemu policzyć to, że przynajmniej tej wątłej anegdotyczności nie ukrywa i na ogół wyraźnie zaznacza, co tam jest tylko jego domysłem i hipotezą.

Najwięcej nowych i ważnych faktów z życia Lema przynoszą dwa pierwsze rozdziały: o jego dzieciństwie w polskim Lwowie i o młodości we Lwowie pod trzema okupacjami (sowiecką, niemiecką i znowu sowiecką). Ale też Orliński powtarza tam wcześniejsze ustalenia Agnieszki Gajewskiej, przy tym powtarza niezbyt wnikliwie, a czasem trochę bałamutnie [5]. Z kolei rusztowaniem pozostałych rozdziałów są w znacznej mierze okoliczności powstawania kolejnych książek Lema. Toteż gdy Lem ostatecznie rezygnuje z beletrystyki i Orliński nie ma już czego streszczać własnymi słowami, cała rzecz się, rach-ciach, zaraz kończy i ostatnie 20 lat życia Lema mieści się na mniej więcej 20 stronach.

Naturalnie nie mam Orlińskiemu za złe, że lubi swojego bohatera, ale czasem jest to miłość bezkrytyczna. Wypadałoby na przykład jakoś skomentować bzdurę, że za Gierka cenzura była nieporównanie ostrzejsza niż za Gomułki [6]. Albo tę o mamutach wytłuczonych przez naszych przodków sto tysięcy lat temu, w "górnym czwartorzędzie" [7].

Jeszcze gorzej się dzieje, gdy Orliński za nic nie chce przyznać, że Lem czasem kłamał opowiadając o swoim życiu, i wyczynia najdziwniejsze łamańce, by go z góry przed takim zarzutem wybronić. Oto Lem z jakiegoś powodu kłamie, że wyjechał ze Lwowa jednym z ostatnich transportów, co daje rok 1946. A Orliński na to:

Proszę zwrócić uwagę na językową maestrię, z jaką Lem umie i nie skłamać, i prawdy nie powiedzieć. "Jeden z ostatnich transportów" - co to właściwie znaczy? Wszystko jest "jednym z ostatnich". To jest jedna z ostatnich stron tej książki, a ty ją czytasz, czytelniku, w jednym z ostatnich dni swojego życia. Oczywiście, przed tobą jeszcze wiele dni i wiele stron. Ale z czysto logicznego punktu widzenia - przecież nie skłamałem (Orliński, s. 98).
Otóż nie. Wprawdzie w potocznym języku "jeden z ostatnich" to określenie nieostre, podobnie jak "łysy", ale z tego ani nie wynika, że wszystko jest "jednym z ostatnich", ani że każdego - łącznie z Anną Csillag - można nazwać łysym. Orliński zachowuje się tu trochę jak Pędzelkiewicz ze Sposobu na Alcybiadesa, który "z uporem twierdził, że liczba siedem jest liczbą ostatnią". Zresztą dobrze o tym wie i na następnej stronie już bez tych łamańców pisze zwyczajnie jak było:
Lemowie przenieśli się bowiem do Krakowa latem 1945 roku. Powiedziałbym nawet, że jechali jednym z pierwszych transportów (Orliński, s. 99).
Lem mijał się z prawdą również wtedy, gdy pisał o swoich związkach z żydostwem.
W tym okresie w sposób bardzo bezpośredni i "praktyczny" dowiedziałem się, że nie jestem "Aryjczykiem". Moi przodkowie byli Żydami, jednak ja nie miałem pojęcia o judaizmie ani, niestety, o żydowskiej kulturze. Właściwie dopiero nazistowskiemu ustawodawstwu zawdzięczam świadomość, że w moich żyłach płynie żydowska krew (Przypadek i ład).
Tymczasem Agnieszka Gajewska ustaliła, że Lem chodził w szkole na zajęcia z religii mojżeszowej i na maturze otrzymał z tego przedmiotu ocenę bardzo dobrą (Gajewska, s. 76, 78). Orliński zaś tylko marginalnie wspomina o nauce religii, ale oczywistego kłamstwa Lema już sobie nie przypomina [8].

Zresztą ani Gajewska, ani Orliński nie są w sprawach żydowskich zbyt wnikliwi. Gajewska odnotowuje wprawdzie, że rodzice Lema brali ślub w synagodze (Gajewska, s. 139), co nie jest samo przez się oczywiste, bo na przykład u takich Kronenbergów od dawna odbywało się to w obrządku protestanckim. Ale już pisząc o narodzinach Lema w żaden sposób nie komentuje tajemniczego zdania:

Duchowym mentorem dziecka został Benjamin Lehm, najprawdopodobniej brat nieżyjącego dziadka [9].
A któż to taki ten "duchowy mentor dziecka" w tradycji judaistycznej? Czy nie chodzi tu o sandeka (סנדק‬), osobę, która trzyma dziecko płci męskiej w czasie ceremonii obrzezania, brit mila? Zazwyczaj jest to dziadek, a tutaj być może w zastępstwie zmarłego dziadka rolę tę pełnił jego brat, Benjamin Lehm. Czy można założyć, że pełnił ją fikcyjnie - jedynie do zapisania w papierach? Bo to trochę tak, jakby katolik dał się zapisać jako ojciec chrzestny, chociaż żadnego chrztu naprawdę nie było.

Nie jest to tylko próżna ciekawostka, bo wtedy sytuacja Stanisława Lema pod niemiecką okupacją wyglądałaby znacznie bardziej dramatycznie niż sytuacja kogoś, kto twierdzi, że, owszem, wprawdzie jacyś jego "przodkowie" byli Żydami, ale on sam już tak daleko zaszedł w asymilacji, że ani nic go z judaizmem nie łączyło, ani nawet nie miał o nim zielonego pojęcia. Ktoś taki mógł jeszcze czasem liczyć na mocne fałszywe dokumenty. Natomiast dla Żyda ze znakiem przymierza na ciele żadne dokumenty nie były wystarczająco mocne, skoro tę ich fałszywość mógł bez problemu zdemaskować byle policjant [10].

Niestety, Orlińskiego już w tych dwóch pierwszych rozdziałach, chyba najciekawszych i najważniejszych w całej książce, poniosła ambicja i nie poprzestał na przepisywaniu ustaleń Gajewskiej, ale próbował także dodać coś od siebie. No i wyszło jak w tym bon mocie o rozprawie, w której są rzeczy dobre i nowe. Tyle że dobre nie są nowe, a nowe nie są dobre.

Oto próbka bałamuctw i zmyśleń wyjętych wyłącznie z tych dwóch rozdziałów [11].

Nie jest prawdą, że w latach sześćdziesiątych XX wieku Lem nie mógł nawet wspomnieć o Hemarze, bo "cenzura i tak by to usunęła z książki (albo książka w ogóle by się nie ukazała)" (Orliński, s. 17). Kto nie wierzy, niech zajrzy na przykład do wydanej w 1964 roku przez Wydawnictwo Literackie Historii osobistej i powszechnej Jana Górskiego [12].

Nie było pogromu, gdy w maju 1919 roku do Lwowa "wkroczyła armia Hallera [...] zdominowana przez endeków" (Orliński, s. 29-30). Pogrom był w listopadzie 1918, ale wtedy z kolei nie było we Lwowie endeckiej armii Hallera [13].

"Sławny pisarz William S. Burroughs II" nie był synem wynalazcy i konstruktora arytmometrów, Williama S. Burroughsa I, tylko wnukiem (Orliński, s. 45-46).

Gdy Lem opowiada, że jego koleżanka ze studiów w sowieckim Lwowie "żydłaczyła nie do pojęcia", to nie znaczy to, że - jak objaśnia Orliński - "posługiwała się praktycznie martwym dzisiaj językiem - żydowską gwarą języka polskiego, z której ocalały już tylko pojedyncze zwroty w szmoncesach" (Orliński, s. 55). Żydłaczyć to mówić po polsku w specyficzny dla Żydów sposób, nie zaś mówić "żydowską gwarą języka polskiego", bo czegoś takiego w ogóle nie było. Podobnie jak angielszczyzna Polaków mówiących ze słowiańskim akcentem i robiących charakterystyczne błędy nie jest polską gwarą języka angielskiego.

Niemcy nie utrwalili pogromu we Lwowie 1941 "na niezliczonych zdjęciach i filmach", na których rzekomo widać, jak "krew i mózgi zachlapały mury więzienia do wysokości pierwszego piętra" (Orliński, s. 63-64). W przypisie 27 na stronie 419 Orliński dodatkowo zmyśla, że "przegląd tych materiałów zaprezentował Michaël Prazan we wstrząsającym filmie dokumentalnym Einsatzgruppen. The Death Brigades, Francja 2009". Naprawdę w filmie Prazana z pogromów 1941 roku są tylko zdjęcia z pogromu pod Kownem, a komentujący je historyk Jürgen Matthäus podkreśla, że jest to dokumentacja wyjątkowa ("this is one of the rare instances of documentary material"). Prawdopodobnie dlatego, że autentyczny pogrom bywa nieprzewidywalny, natomiast Niemcy zdecydowanie woleli "dokumenty inscenizowane", ściśle trzymające się propagandowych założeń [14].

W innym miejscu Orliński najzupełniej serio powtarza ludowe legendy o tym, jakoby Żydów pod Lwowem rozstrzeliwano

na tak dużą skalę, że okoliczni mieszkańcy widzieli, jak z góry wypływały strumienie krwi, łączące się potem w rzeczkę, która płynęła przez wieś Kleparów i wpadała do rzeki Pełtwi (Orliński, s. 76).
Lem chybaby nie zdzierżył czytając te dzikie fantazje, bo jako lwowiak wiedział, jaką długość musiałaby mieć taka "rzeczka krwi" płynąca z Kortumowej Góry przez Kleparów aż do Pełtwi, a z kolei jako lekarz wiedział, jak niewiele krwi ma w sobie człowiek.

Napisałem wyżej, że Orliński czasem bezgranicznie wierzy Lemowi i boi się go poprawić, ale czasem znów bywa odwrotnie - bez sensu go koryguje.

Lem usłyszał o wspomnieniach żydowskiego policjanta, Caleka Perechodnika, i w rozmowie ze Stanisławem Beresiem skomentował je tak: "Właśnie wtedy jakiś «pieriewoźnik» całą swoją rodzinę pomagał pakować do Treblinki [...] Potem pytał ludzi: «czy ja jestem mordercą?»". Według Orlińskiego, Lem "zadaje pytanie, którego Perechodnik w rzeczywistości w ogóle w swoim rękopisie nie stawia" (Orliński, s. 83-84). A jednak stawia - i trudno tego nie zauważyć nawet podczas pobieżnej lektury, bo scena jest wyjątkowo dramatyczna. Z czego jasno wynika, że Orliński do Spowiedzi Perechodnika nawet nie zajrzał [15].

Gdy Orliński pisze, że akcja Człowieka z Marsa toczy się w Nowym Jorku, dodaje w nawiasie dla popisu:

(oczywiście takim z wyobraźni Lema - w którym na przykład Piąta Aleja jest ulicą dwukierunkową i jeżdżą nią trolejbusy) (Orliński, s. 90).
Ale, po pierwsze, wcale nie jest tak całkiem oczywiste, że opisywana w Człowieku dwukierunkowa ulica to na pewno Piąta Aleja; w powieści mówi się jedynie, że bohater "miał «New York Timesa» na rogu Fifth Avenue", więc wcześniejszy opis niekoniecznie jej dotyczy. Po drugie zaś, i ważniejsze, w czasach, gdy Lem pisał Człowieka z Marsa Fifth Avenue naprawdę była dwukierunkowa. Przestała być dopiero w 1966 roku.

Najbardziej bezwstydne zmyślenie zostawiłem na koniec.

Orliński chciał tym zmyśleniem ulepszyć odczytanie zaproponowane przez Gajewską, która zwróciła uwagę, że bohater Powrotu z gwiazd, Hal Bregg, ma tyle samo lat, ile miał Lem, gdy pisał tę powieść (Gajewska, s. 151). Najpierw jednak oznajmił z emfazą: "uwielbiam Powrót z gwiazd!" (Orliński, s. 209). Potem zaś zaprezentował taką kombinację:

Wiele go [Lema] łączy z Halem Breggiem i Krisem Kelvinem. Bregg jest jego rówieśnikiem, w powieści mowa, że ma czterdzieści lat (biologicznych).
[...]
Hal Bregg był w podróży przez dwadzieścia dwa biologiczne lata, czyli w chwili wylotu miał lat osiemnaście. Tyle samo co Lem, gdy przestała istnieć planeta Lwów (Orliński, s. 211) [16].
Naprawdę Bregg był w podróży 10 lat, a w chwili wylotu miał lat 30.
Ostatni raz byłem tu... nie przestrasz się! [...] - Sto dwadzieścia siedem lat temu. Miałem wtedy trzydzieści lat. Ekspedycja... byłem pilotem wyprawy do Fomalhaut. To jest dwadzieścia trzy lata świetlne. Lecieliśmy, w jedną i drugą stronę, sto dwadzieścia siedem lat czasu Ziemi i dziesięć lat czasu pokładowego. [...] - To… ile ty naprawdę masz lat? [...] - Co to znaczy - naprawdę? Biologicznych czterdzieści, a według ziemskich zegarów - sto pięćdziesiąt siedem...
Potem jeszcze lekarz mówi Breggowi, że jest w świetnej kondycji ("Ma pan organizm trzydziestokilkuletniego mężczyzny") i może sobie z tych dziesięciu lat czasu pokładowego odliczyć rok hibernacji ("Nie czterdzieści lat, tylko trzydzieści dziewięć"), ale osiemnastolatek lecący w kosmos to w świecie tej powieści kompletny absurd:
Przed trzydziestką nie da się lecieć. Trzeba mieć za sobą dwa wydziały, plus cztery lata treningu, łącznie dwanaście lat [17].
Tyle o tym, jak Wojciech Orliński potrafi ślepo uwielbiać.

W rozdziale "Głos Pana" pisze, że lata 60. to był złoty okres w polskiej kulturze, a tu tymczasem - dziwi się - Lem i jego wybitni koledzy wciąż narzekają i bardzo są wobec siebie nawzajem krytyczni oraz samokrytyczni.

Cytatów o tym, jak ci literaci przerzucali się złośliwymi uwagami na temat własnej twórczości, mógłbym przytoczyć jeszcze sporo, ale ciekawsze wydaje mi się to, że adresaci przeważnie się z tym zgadzali (Orliński, s. 246).
Nie przyszło mu do głowy, że właśnie dlatego był to złoty okres, bo krytykowali, przyjmowali krytykę i pracowali nad sobą. Teraz zaś wszyscy są z byle czego niezwykle zadowoleni i wskutek tego mamy to, co mamy. Również taką biografię Stanisława Lema.
[1] Wojciech Orliński, Lem. Życie nie z tej ziemi, Wydawnictwo Czarne i Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017. Dalej cytuję jako Orliński.

Bóstwa chtoniczne to u Greków także Hades, Dionizos, Demeter czy Persefona, a więc osobistości, o których raczej nie sposób powiedzieć, że nie odgrywają żadnej roli w mitologicznej narracji. Chodzi mi jednak nie tyle o to faktograficzne omsknięcie, ile o nawyk wstawiania tu i ówdzie całkowicie zbędnych niby-erudycyjnych popisów, które nigdy nie były mocną stroną autora. W poprzedniej książce o Lemie równie kulawo objaśniał m.in. na jakiej taśmie Andriej Tarkowski kręcił Solaris i skąd się wzięło słowo 'solipsyzm'. Pisałem o tym w OSOBACH: "Wojciech Orliński o Stanisławie Lemie albo uroki fantastyki".

[2] "Chciałem wreszcie podziękować Wydawnictwu Czarne, przede wszystkim Monice Sznajderman, za jej anielską cierpliwość. Redaktor Wojciech Górnaś i korektorki Katarzyna Rycko oraz Kamila Zimnicka-Warchoł uratowali mnie przed pomyłkami, których imię jest legion" (s. 415).

Być może jednak jestem niesprawiedliwy i nie chodzi tu o żadną naiwność, lecz o zwykłą porcję towarzyskiej hipokryzji, niezbędnej do przetrwania w wydawniczo-dziennikarskiej dżungli.

[3] Od pewnego momentu było to zresztą życie jak na PRL finansowo dostatnie i beztroskie (co się, rzecz jasna, Lemowi słusznie należało), ale też z tego powodu trudno się na przykład przejąć jego perypetiami z kupnem prawdziwego włoskiego fiata 1800 za 190 tysięcy złotych (Orliński, s. 271-272). Fiat ten stał gdzieś w garażach Urzędu Rady Ministrów, był zasmolony i - co się rychło, lecz już po kupnie okazało - pełen wad fabrycznych. Dzieje się to w roku 1965, a ledwie dwa lata wcześniej cenzor poleca Agnieszce Osieckiej, by bohaterom swojej Piosenki o okularnikach podniosła stopę życiową. Osiecka podnosi i w Opolu Kazimiera Utrata zamiast "potem żyją w jakimś mieście / za te polskie tysiąc dwieście" śpiewa "potem wiążą koniec z końcem / za te polskie dwa tysiące". Ale nawet po tej podwyżce fiat 1800 to dla okularników, czyli ówczesnych młodych polskich inteligentów, równowartość ich ośmioletniego rodzinnego budżetu.

Nb. sama Osiecka też nie musiała wtedy wiązać końca z końcem za dwa tysiące: "Za piosenkę Okularnicy kupiłam sobie na raty motorówkę" (Agnieszka Osiecka, Lubię farbować wróble, z rozmów stworzyła Violetta Ozminkowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 2016; korzystałem z wydania elektronicznego).

[4] Stanisław Lem, Przypadek i ład, z niemieckiego oryginału zatytułowanego Mein Leben i napisanego w 1983 roku przełożył Tomasz Lem. Cytuję za stroną solaris.lem.pl. Przekład czyta się dobrze, ale ktoś mógłby wreszcie poprawić w pierwszym przypisie "Michael Butor" na "Michel Butor" i "Borghesa" na "Borgesa".

[5] Agnieszka Gajewska, Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2016. Dalej cytuję jako Gajewska. Książka w postaci elektronicznej dostępna jest za darmo i najzupełniej legalnie w Repozytorium UAM.

Bałamutne jest na przykład nieco egzaltowane dowodzenie, że dla ojca Lema, Samuela, "wybór imienia dla pierworodnego syna [...] to była deklaracja polskości" (Orliński, s. 18-19), bez wspomnienia, że Stanisław Lem na drugie miał Herman - po swoim dziadku, Hermanie Lehmie. Samuel Lem najwyraźniej chciał, by jego syn żył w Polsce, między Polakami i sam był Polakiem, ale by jednocześnie pamiętał o swych korzeniach. Orliński z pewnością czytał o tym u Gajewskiej na stronie 139, gdzie tych Hermanów jest tylu, że nawet Marian Hemar na chwilę zamienił się w przypisie 126 w Mariana Hermana.

Nb. powojenne koleje losów Samuela Lema czekają jeszcze na wnikliwsze opracowanie. Teraz w najlepszym wypadku plącze się on na obrzeżach życiorysu swego syna jako stary lekarz przyciśnięty biedą i zmuszony do pracy ponad siły. Wiadomo jednak, że w latach 1945-1954 był (przynajmniej formalnie) funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa.

I jeszcze jeden drobiazg. Brat Sabiny Lem, tej chtonicznej matki Stanisława Lema, czyli jego wuj, naprawdę miał na imię Gecel, nie zaś Marek, jak to kilkakrotnie za Gajewską powtarza Orliński. Z tym, że Gajewska ustaliła to później, już po wydaniu swojej książki, a niezależnie od niej zrobił to także Wiktor Jaźniewicz.

[6] "Komentując w 1977 roku w liście do Kandla [swojego amerykańskiego tłumacza] pierwszy numer nielegalnego pisma literackiego «Zapis», do którego pod własnymi nazwiskami renomowani autorzy oddawali teksty odrzucone przez cenzurę (w pierwszym numerze byli to między innymi Andrzejewski, Brandys, Ficowski i Nowakowski), Lem zauważył, że «95% tych tekstów mogłoby się ukazać za Gomułki», «TAK się zawęziła przestrzeń swobodnej wypowiedzi!»" (Orliński, s. 322).

Nie jest to prawda, nawet jeśli pominąć retoryczną przesadę tych procentów oraz przyjąć, że prawdziwe "za Gomułki" kończy się w 1967 roku, a potem to już było "za Moczara". Być może Orliński wie o tym, ale jest mu trochę niezręcznie pisać, że w gruncie rzeczy Lem tak bałamutnie usprawiedliwia się, dlaczego go w tym "Zapisie" nie ma. Zaraz po zdaniu "TAK się zawęziła przestrzeń swobodnej wypowiedzi!" jest tam bowiem jeszcze znaczący nawias, który Orliński pominął: "(Zresztą teksty te na ogół bardzo niedobre, dużo gwałtu, pornografii, bo to są na ogół utwory skonfiskowane przez cenzurę uprzednio, i gdyby władza miała w głowie olej, zaraz by urządziła telewizyjną dyskusję z CYTOWANIEM tych tekstów, czego ta władza, jako kretyńska, nie uczyni)" (Stanisław Lem, Sława i fortuna. Listy do Michaela Kandla 1972-1987, Wydawnictwo Cyfrant, Kraków 2016).

Tak więc Lema w "Zapisie" nie ma, bo to ani żaden wielki antykomunizm (skoro "95% tych tekstów mogłoby się ukazać za Gomułki"), ani żadna wielka literatura (przeciwnie, "na ogół bardzo niedobre, dużo gwałtu, pornografii"). Zatem rzecz w sumie nie warta zachodu (czy może raczej paszportu na Zachód).

Nb. Adam Zagajewski tak wspominał nico wcześniejsze okoliczności zbierania podpisów pod Listem 59, który był protestem przeciwko zmianom w konstytucji PRL.

"Do Krakowa przyjechała z tym listem aktorka Halina Mikołajska. Odnalazła mnie, pokazała mi list, a ja go uważnie przeczytałem i uznałem, że jest słuszny - opowiada Adam Zagajewski. Byłem pod ogromnym urokiem Adama Michnika i jednym z moich motywów było to, żeby go nie zawieść. Wiedziałem, że to będzie początek nowego życia w PRL, trochę trudniejszego. Później poszliśmy do Juliana Kornhausera. I on podpisał natychmiast, a następnie do Wisławy Szymborskiej. Zaprosiła Stanisława Lema i oczywiście Kornela Filipowicza, z którym była związana. I w czasie tej kolacji Mikołajska pokazała ten list. Szymborska z Filipowiczem podpisali, Lem przeczytał i nie podpisał" (Jerzy Morawski, Dlaczego polska opozycja musiała bronić konstytucji PRL, "Polityka" 2015, nr 38, s. 55).

[7] Orliński cytuje początek felietonu Lema z 2005 roku:

"Na klasyczne pytanie «unde malum», «skąd zło», mam taką odpowiedź: to się zaczęło jakieś sto do stu dwudziestu tysięcy lat temu, w górnym czwartorzędzie, kiedy nasi przodkowie wytłukli wszystkie mamuty i całą masę innych wielkich ssaków" (Orliński, s. 191).

"Jakieś sto do stu dwudziestu tysięcy lat temu" zaczął się górny plejstocen, a mamuty wyginęły jakieś dziesięć tysięcy lat temu i prawie na pewno nie za sprawą ludzi. Nie było to u Lema chwilowe zaćmienie. O tych stu dwudziestu tysiącach lat mówił również Markowi Oramusowi w 1996 roku (Marek Oramus, Bogowie Lema, Wydawnictwo Kurpisz, Przeźmierowo 2006, s. 106: "Dopuścił się [praczłowiek] strasznych rzezi 120 tysięcy lat temu, zwłaszcza mamutów").

Nb. ta żartobliwa hipoteza, że to, co ludzkie (czyli zło, niestety), jest w przyrodzie istotną nowością, bardzo przypomina pointę wcześniejszej o sto lat bajki napisanej przez ojca Lema, Samuela, a ogłoszonej w "Kurjerze Lwowskim" z 23 lutego 1907 roku na stronie 10 pod tytułem "Protest małp". Małpy w tej bajce debatują nad tym, jak zniszczyć w zarodku "wymysł oszczerczy Darwina", że człowiek od nich pochodzi. Podczas gdy naprawdę, i to właśnie ta pointa, "zaświadczyć jesteśmy gotowe, / Że człowiek jest nie od małpy - ale bydle nowe".

[8] W rozmowach z Tomaszem Fiałkowskim była to już całkiem porządna konfabulacja. Lem nie robił żadnych uników. Przeciwnie. Najpierw, mówiąc o ukraińskich uczniach w klasie, podkreślił: "W gimnazjum jednak ta odmienność zaznaczała się dopiero na lekcjach religii - wtedy widać było, kto, będąc grekokatolikiem, wychodzi z klasy". Tak, jakby to on był wśród tych, którzy zostawali. A potem, wymieniając swoich nauczycieli ("Dwóch dobrych łacinników, Auerbach i Rappaport"; "profesor fizyki, Lewicki"; "Maria Lewicka, polonistka" etc. etc.), zakończył tę wyliczankę tak:

"Profesor Starzewski, komendant hufca harcerskiego. Nauczyciel gimnastyki, oficer rezerwy Kajetan Janowicz. Mieliśmy też wśród grona pedagogicznego rozmaitych artystów - jeden się nazywał Knobloch, od tak zwanych robót ręcznych. Oczywiście katecheta. Czy jeszcze ktoś? Nie pamiętam" (Świat na krawędzi. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000, s. 27-28; wyróżnienie moje).

[9] Gajewska, s. 140. Z przypisu 129 wynika, że informacja ta pochodzi ze świadectwa urodzenia wystawionego 15 października 1939 roku.

[10] Z tej perspektywy inaczej czyta się na przykład taką opowieść Lema z rozmowy ze Stanisławem Beresiem:

"Napisałem go [Człowieka z Marsa] pod koniec okupacji, gdy uciekłem już z tych idiotycznych garaży. Miałem wszystkiego dość, ręce zżarte smarami i mydłem piaskowym, chodziłem ciągle usmarowany jak kominiarz. Na dodatek mieliśmy stale jakieś nocne remonty. Posiadałem wprawdzie nocną przepustkę, ale baliśmy się wychodzić, bo wiadomo było, że ukraińska policja może Polaka rozwalić na ulicy. Co z przepustki trupowi? Całymi nocami siedzieliśmy więc w tym cholernym garażu. Ta historia z Żydem była też dla mnie rodzajem okazji, żeby rzucić te pracę".

Lem w tej opowieści jest Polakiem i to on pomaga przez krótki czas ukrywać się pewnemu znajomemu Żydowi. Ale jednocześnie bardzo boi się, że ukraińska policja mogłaby go "rozwalić na ulicy", co jednak w wypadku Polaków nie było wtedy rutynową procedurą.

To skądinąd nie jedyne miejsce w rozmowach z Beresiem, w którym Lem opowiada o sobie tak, jakby kwestia żydowskiego pochodzenia go nie dotyczyła.

"Miałem kilku znajomych Żydów, więc chodziłem do getta, by ich namawiać do ucieczki, ale prawdę powiedziawszy, szanse na ocalenie były mikroskopijnie małe. Nie mieli się gdzie schować".

A za moment jeszcze dodaje, drwiąc z antysemickich rojeń:

"Teraz zresztą, przeważnie wśród młodego pokolenia, antysemitami są ludzie, którzy w życiu żadnego Żyda na oczy nie widzieli. W związku z tym nie przejawiają może tak ludożerczych postaw jak pokolenie ich ojców. Poza tym Żydów u nas prawie już nie ma. Choć są tacy, którzy twierdzą, że wszyscy jesteśmy Żydami. Może więc my obaj też?" (wyróżnienie moje).

Cytuję za: Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Cyfrant, Kraków 2013 (pierwszy cytat z rozdziału "Czas nieutracony", dwa następne z rozdziału "Lube czasy"). Jest to wydanie elektroniczne, w którym - jak informuje wydawca - "dokonano kolejnych korekt" w stosunku do poprzednich wydań tradycyjnych (1987, 2002). Niemniej już na samym początku Lem zamiast "wielu szczegółów nie potrafię już odtworzyć i ewokować z pamięci" (jak było w wydaniu z roku 1987 na stronie 7), mówi: "nie potrafię [...] ewakuować z pamięci" (wyróżnienie moje). W kolejnym wydaniu tradycyjnym (Kraków 2018) rozmowa ta została inaczej zredagowana, a cytaty znajdują się na stronach 29 i 415, natomiast na stronie 9 Lem dalej nie potrafi szczegółów ewakuować z pamięci.

Nb. Orliński ma dość bajkowe wyobrażenie o sytuacji Żydów podczas niemieckiej okupacji. Stawia między innymi hipotezę, że Stanisław Lem mógł mieć pretensje do ojca za to, że ten nie skorzystał z zaproszenia (też hipotetycznego) swojego przyjaciela i nie przeniósł się z całą rodziną do Krakowa już w 1941 roku.

"Gdyby Lemowie przenieśli się do Krakowa wcześniej, nie musieliby opłacać różnych lwowskich właścicieli konspiracyjnych mieszkań [...]. Być może udałoby im się ocalić więcej pieniędzy. W obcym mieście nie musieliby się też ukrywać - mogliby ze swoimi fałszywymi aryjskimi papierami spokojnie spacerować po Plantach, bez obawy, że rozpozna ich przypadkowy szmalcownik" (Orliński, s. 104).

Orliński zdaje się zakładać, że szmalcownicy donosili wyłącznie na tych Żydów, których osobiście znali i zupełnie nie bierze pod uwagę, że ani Stanisław Lem, ani jego rodzice nie mieli tzw. "dobrego wyglądu". Być może nie rozpoznałby w nich Żydów niemiecki żołnierz wychowany na karykaturach ze "Stürmera", ale dla większości przedwojennych Polaków nie byłby to żaden problem.

Nadto Kraków nie był dla Żydów bezpiecznym miejscem. Roiło się tam nie tylko od okazjonalnych szmalcowników, ale także od konfidentów Gestapo.

"Na liście zestawionej przez krakowski kontrwywiad [AK] z września 1944 r. znalazło się 686 agentów. Później rozszyfrowano jeszcze kolejnych - łącznie 803" (Andrzej Chwalba, Dzieje Krakowa. Kraków w latach 1939-1945, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002, s. 287).

[11] Gdybym chciał w ten sposób potraktować całą tę książkę, zanudziłbym was na śmierć. Dlatego tutaj jeszcze tylko kilka drobiazgów, które same natrętnie rzuciły mi się w oczy (a jeśli komuś się wydaje, że jestem jednak przesadnie drobiazgowy, niech może zerknie najprzód na tę erratę).

"Rok 1956 w polskiej literaturze zwykle kojarzymy z Hłaską, Bursą, Stachurą, Herbertem czy Białoszewskim" (Orliński, s. 158). Stachura w tym zestawieniu to nieporozumienie. Wprawdzie w 1956 roku zadebiutował w prasie jako poeta, ale wiersze przeszły kompletnie bez echa i pierwszą książkę wydał dopiero sześć lat później.

Podobnie nieporozumieniem jest umieszczenie Jastruna w wyliczance: "intelektualiści poprzedniego pokolenia, którzy pozycję i autorytet zbudowali jeszcze przed wojną - Dąbrowska, Estreicher, Słonimski, Jastrun, Wańkowicz, Andrzejewski" (Orliński, s. 326). Pozycja Jastruna była przed wojną porównywalna z pozycją na przykład Mieczysława Brauna. Nie słyszeliście o kimś takim? Ano właśnie.

Nie ma podstaw sugestia, że w styczniu 1961 cenzura zatrzymała Lemowi Podróż trzynastą Ijona Tichego (tę o swobodnym rzeźbieniu), ponieważ była tam mowa o znikaniu pod wodą, a właśnie wtedy znikały "kolejne nazwiska wybitnych twórców [...] - Hłasko, Kott, Kołakowski, Słonimski, Ważyk, Wańkowicz". Znikło jedynie - ale dużo wcześniej - nazwisko Hłaski.

Gdyby pod koniec lat 50. Astronautów nie odebrano Zespołowi Filmowemu "Kadr", to i tak "Wajda we współpracy z Allanem Starskim" (Orliński, s. 147) niczego by wtedy nie nakręcił, bo Starski zaczął pracować przy filmach dopiero w połowie lat 70., a w roku 1960 - gdy na ekrany wchodziła polsko-enerdowska Milcząca gwiazda - miał 17 lat.

Aczkolwiek już wtedy znał się na filmach. Jeśli wierzyć Tadeuszowi Konwickiemu, zażegnał waśń między nim i swoim ojcem, Ludwikiem Starskim, któremu okropnie nie spodobał się film Konwickiego Ostatni dzień lata. "Aż jednego dnia podchodzi do mnie pan Ludwik, podaje mi rękę i rzecze: - Wycofuję się, proszę pana, i przepraszam. Allanek mi wytłumaczył, że to dobry film" (Tadeusz Konwicki, Pamflet na siebie, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1995, s. 61-62).

W dopisku na okładce Astronautów "«powieść fantastyczno-naukowa» (z dywizem)" nie warto doszukiwać się pierwszej w Polsce kalki amerykańskiego określenia "science fiction" (Orliński, s. 123). Już w 1877 roku ukazał się w Warszawie polski przekład Dzieci kapitana Granta Verne'a z podtytułem "podróż fantastyczno-naukowa". Też z dywizem.

Nb. w tym samym 1951 roku ukazała się w Polsce książka Władmimira Niemcowa Rekord wysokości z bardzo podobnym podtytułem "powieść naukowo-fantastyczna" (znów z dywizem). Podtytuł ten powtórzono za wydanym dwa lata wcześniej rosyjskim oryginałem Рекорд высоты. Научно-фантастическая повесть (zresztą identyczny podtytuł miało kilka innych powieści Niemcowa). Zatem jeśli już mówić o kalce, to kalkowano w tym wypadku raczej Wschód niż Zachód.

Według Orlińskiego MacGuffin to "coś, co pozornie jest bardzo ważne dla akcji, ale tak naprawdę nie wiadomo, co to jest, i nie ma to znaczenia dla fabuły (bo i tak najważniejsze to patrzeć, jak Cary Grant ucieka przed ostrzeliwującym go samolotem)" (Orliński, s. 206). Ale jeśli przyjąć tę definicję, to Północ, północny zachód z uciekającym Carym Grantem nie jest najszczęśliwszym przykładem, bo akurat w tym filmie takiego MacGuffina nie ma. Widownia prawie od początku wie, że tajemniczy George Kaplan, którego szuka Grant, w ogóle nie istnieje, a znowu o istnieniu mikrofilmu, który chcą wywieźć szpiedzy, dowiaduje się dopiero na kilkanaście minut przed końcem filmu.

Swoją drogą MacGuffin to pojęcie do tego stopnia intuicyjne i płynne, że z jego zrozumieniem miał problem nawet taki zawodowiec, jak David Selznick. Zob. John Russell Taylor, Hitch. The Life And Times of Alfred Hitchcock, Da Capo Press 1996, s. 200-201: "The argument over this bit of MacGuffin has curiously followed Hitch through the years, providing him with a perfect instance of how the MacGuffin works and how even very sophisticated film men often fail to understand it".

Wreszcie nie można w tej książce zawierzyć nawet najprostszym informacjom, nawet przypisom. Na przykład list Lema do Sławomira Mrożka z "18.01.1963" (jak podaje przypis 9 na stronie 425) to w rzeczywistości list z 29 października 1964, nie chodzi więc o przypadkową literówkę, lecz o zwyczajny bałagan. I jeszcze na dokładkę cytat z tego listu też został zlepiony niechlujnie, bo nie zaznaczono w nim dwóch cięć.

[12] Jan Górski, Historia powszechna i osobista. Szkice publicystyczne, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1964, s. 69-70. Nazwisko Hemara pojawia się też we wspomnieniach Kazimierza Krukowskiego (Moja Warszawka, Filmowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1957, s. 80). Czyli bez przesadnej wylewności jednak można było o Hemarze napomknąć.

Nb. Hemar - jak podaje Stanisław Nicieja - korespondował po wojnie z Samuelem Lemem, swoim wujem, który opisał mu okoliczności, w jakich została aresztowana jego siostra i zarazem matka Hemara, Berta Hescheles.

[13] Niech się Orliński pocieszy, że również obecnemu dyrektorowi Żydowskiego Instytutu Historycznego hallerczycy zlepili się z lwowskim pogromem (zob. Paweł Śpiewak, Żydokomuna, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2012, s. 23), bo zapewne korzystał z takich samych tandetnych źródeł, jak na przykład to.

[14] Pisze też o tym Gajewska:

"Po wkroczeniu Niemców do Lwowa 2 lipca 1941 roku Żydów - jako rzekomych sprawców zbrodni komunistycznej w Brygidkach - spędzono do więzienia, skąd mieli wynosić zwłoki zamordowanych przez wycofującą się Armię Czerwoną więźniów, wśród których byli także Żydzi. Pogrom odbył się przy czynnym udziale Polaków i Ukraińców, którzy wskazywali Niemcom, kto jest Żydem. Z piwnic więzienia przez okienka wyciągano trupy i kładziono je na trawie, po czym lwowianie podchodzili do nich i identyfikowali ciała, szukając swoich bliskich. Stanisław Lem pracował w piwnicy, a fetor rozkładających się zwłok sprawiał, że Niemcy unikali schodzenia na dół. Na wewnętrznym placu więzienia przy wyciąganiu zwłok Żydów bito niemiłosiernie. W trakcie katowania ofiar przyjechała niemiecka ekipa propagandowa z kamerą, która filmowała trupy i ludzi pracujących przy wyciąganiu ciał. Wtedy bicie na jakiś czas ustało" (Gajewska, s. 111).

Nb. po czerwcu 1941 generalnie zmieniają się zasady propagandy niemieckiej, jeśli idzie o dokumentowanie tego, co działo się na Wschodzie:

"Skończyły się czasy edukacji etnograficznej przeprowadzanej przy użyciu fotografii przedstawiających «okazy» polskich Żydów. Tamci byli jeszcze Żydami żyjącymi. Począwszy od lata 1941 roku na Wschodzie nastał czas śmierci, a nazistowscy dowódcy prawidłowo oceniali ryzyko, z jakim wiązało się wysyłanie do Niemiec zdjęć dokumentujących eksterminację. Ryzyko, że ci obojętni, zadowoleni albo entuzjastycznie nastawieni obywatele zaczną się litować, buntować, a nawet dostrzegać w Żydach istoty ludzkie. Nie chodziło już o pokazywanie, lecz o ukrywanie. Zostaje zatem wydany zakaz fotografowania «egzekucji», jak nazywa się je w niektórych oficjalnych dokumentach, niezależnie od tego, czy chodzi o Żydów, czy też wrogów w ogóle, wojskowych i cywilów, których Rzesza ma zlikwidować w walce" (Nadine Fresco, Śmierć Żydów. Fotografie, przełożyła Magdalena Kamińska-Maurugeon, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011, s. 56-57).

[15] Calek Perechodnik, Spowiedź. Dzieje rodziny żydowskiej podczas okupacji hitlerowskiej w Polsce, opracowanie, posłowie i przypisy David Engel, Ośrodek KARTA, Warszawa 2004, s. 71 (kursywa za oryginałem):

"Już jestem w domu rodziców, otwieram klapę, ukazuje się ciotka. Z rezygnacją podaję jej chleb, kubek wody i cicho mówię: "Cały Otwock wywieziono, Anka z Aluśką może już nie żyją. Rachelę też zabrali" [Anka i Aluśka to żona i dwuletnia córeczka Perechodnika, Rachela to jego siostra].

Czerna patrzy na mnie jak urzeczona, przyniosłem jej takim obojętnym tonem wyrok śmierci dla niej, dla jej synka, a jednocześnie oznajmiłem o śmierci najbliższych nam osób. Patrzy na mnie, ale wie, że nie wolno jej teraz nic mówić ani się pytać. Może przykro jej, że ona się dzięki mnie na razie uratowała, a moja żona nie?

Klapa opada, już jej nie ma, stoję nadal, nie mogę poruszyć się z miejsca ani oderwać oczu od klapy.

Widzę Ankę, stojącą w piwnicy, tylko głowa i ramiona wystają, słyszę głos, obcy głos, który mówi: "Anko, Kronenberg kazał Ci się stawić na plac, Tobie nic nie grozi, będziesz zwolniona".

Czy to mój głos? Czy ja jestem katem, mordercą? Czy też Kronenberg? A może we dwójkę jesteśmy tylko marionetkami przeznaczenia, złego losu Izraela?"

Nb. wbrew temu, co pisze Orliński, Perechodnik nie zginął "kilka miesięcy" po tym, jak jego rodzinę wywieziono do Treblinki (Orliński, s. 83), ale dwa lata później.

[16] Wcześniej Orliński ogłosił tę fantazję w swojej recenzji z książki Gajewskiej (Wojciech Orliński, Tajemnice Stanisława Lema. Co o przeszłości genialnego pisarza mówią jego książki?, wyborcza.pl, 11 lipca 2016):

"Głównym bohaterem «Powrotu z gwiazd» jest Hal Bregg, astronauta, który ma biologicznie 39 lat, a Ziemię opuścił, gdy miał ich 18. Jest to odpowiednio wiek Lema piszącego tę powieść i Lema obserwującego upadek polskiego Lwowa".

Miał więc potem jeszcze rok, by zajrzeć do tej uwielbianej powieści i wszystko sprawdzić. Ale nie zajrzał.

Nb. Gajewska też bez żenady naciąga daty, żeby dopasować je do autobiograficznych odczytań. Raz pisze (s. 151), że Lem kończy Powrót z gwiazd w roku 1960, bo wtedy Lem ma 39 lat - jak Bregg (jeśli uwzględnić rok korekty z powodu hibernacji). To znów, że "powieść powstała w okolicach roku 1958" (s. 153), bo wtedy z kolei "przeszła przez Polskę największa fala emigracji mniejszości żydowskiej", a Lem z emigracji zrezygnował - jak Bregg, który nie chce już lecieć w kosmos.

[17] Zob. Stanisław Lem, Powrót z gwiazd, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1981, s. 33-35, 72. Naturalnie można podważać powieściowe dane. Nie za bardzo zgadza się fizyka i astronomia tej wyprawy. Fomalhaut (konstelacja Ryby Południowej) to 25 lat świetlnych w jedną stronę. Z kolei Arktur, wokół którego bohater podobno krążył przez 6 dni (s. 76), leży w gwiazdozbiorze Wolarza w odległości 37 lat świetlnych etc. etc. Ale jeśli to wszystko jest tylko takim Lemowym MacGuffinem, to wszelkie paralele z pozapowieściową rzeczywistością zostają natychmiast unieważnione.