EBENEZER ROJT

Bohdan Urbankowski o Zbigniewie Herbercie
albo hagiografia kompilacyjna

Obszerna monografia Urbankowskiego o Herbercie została napisana w poetyce adekwatnej do tytułu [1]. Także autor wystąpił jako "człowiek zwielokrotniony", który gładko przechodzi od potoczystego eseju, poprzez zjadliwy pamflet, aż do monotonnej kołatki polonistycznego bryku. Można się z jego książki dowiedzieć zarówno tego, co z rozrzewnieniem wspominał po pijanemu na początku lat sześćdziesiątych poeta Adam Ważyk [2], jak i tego, że w wierszach Herberta występują anafory, gradacje i syllepsy [3].

Niestety, do Herberta nie podszedł Urbankowski z taką samą swobodą, z jaką potrafi opowiadać o pijanym Ważyku. Jego książka to cegła do cokołu pomnika osoby już na pierwszej stronie przedstawionej z emfazą jako

nie tylko największy poeta tamtych dni, ale także największy autorytet moralny. Pisarz [...], który w imieniu ludzkości protestował [...] w imię niepodległości popierał [...] Poniesiony gniewem i fantazją miał odwagę [...] etc. etc. (s. 13, pierwsza po spisie treści).
Brzydko wyśmiewać się z cudzej religii i aktów strzelistych, więc daruję sobie łatwe drwiny z tego napompowanego po kres wytrzymałości balonu. Uważam zresztą, że w dzisiejszym czasie marnym wyniesienie na ołtarze akurat Zbigniewa Herberta mogłoby uczynić wiele dobrego. Ale pod jednym warunkiem: że najprzód - jak na porządny proces kanonizacyjny przystało - cały materiał hagiograficzny oczyści ogień przygotowany przez jakiegoś nieugiętego "adwokata diabła".

Deklaracje samego kanonizowanego powinny tu być, co chyba oczywiste, najmniej ważne. Zwłaszcza że Herbert o swoim życiu opowiadał ze swadą barona Münchhausena najprzeróżniejsze historie [4]: że siedział w sowieckim więzieniu, że zarobkowo kopał torf, że pojedynkował się na szable w Lasku Bielańskim itp. itd. Rzetelny biograf ma w takiej sytuacji dwa wyjścia: albo znaleźć dokumenty i świadków, albo otwarcie napisać, że dokumenty i świadkowie nie istnieją i nie potwierdzony akt heroicznej cnoty skreślić z listy.

Tymczasem Urbankowski z jednej strony przyznaje, że Herbert mija się z faktami [5] albo wręcz fantazjuje [6], z drugiej jednak, sam już w następnym akapicie gotów jest wziąć udział w odpalaniu nowych, jeszcze wspanialszych fajerwerków fantazji:

Kolejny ważny trop stanowi wspomnienie Herberta, iż uczono go obsługi radiostacji. Wynikać może z tego, że przełożeni poety brali pod uwagę jego niedawną kontuzję, niewykluczone, że był przygotowywany do "konspiracji w konspiracji", jaką stanowiła organizacja NIE. Łatwość, z jaką poeta nawiązał kontakt z krakowskim podziemiem dowodzi, że przed wyjazdem do Krakowa został wyposażony w odpowiednie pisma i adresy. Można przyjąć, że poeta prowadził swą podziemną działalność krótko - za to przeciw obydwu okupantom (s. 50-51).
Wywód ten opiera się od początku do końca niemal wyłącznie na ad hoc zmyślonych przesłankach. Zakłada się istnienie "przełożonych poety", ich super-konspiracyjnych planów względem Herberta, jego kontaktu z "krakowskim podziemiem", odpowiednich pism i adresów od konspiracji lwowskiej do krakowskiej etc. Ale w rzeczywistości cała maszyneria wnioskowań została puszczona w ruch tylko dlatego, bo Edward Balcerzan zapamiętał, jakoby w stanie wojennym Zbigniew Herbert powiedział mu:
Przypuszczam, że moje dowództwo we Lwowie przygotowywało mnie do zadań dywersyjnych; uczyłem się obsługi radiowego nadajnika; byłem bardzo sprawny fizycznie; po wojnie nie ujawniłem się jako żołnierz AK i dlatego wciąż zmieniałem miasta i wyższe uczelnie; uciekałem [7].
Faktycznie istnieje zatem tylko to jedno jedyne zdanie wydrukowane w kilkanaście lat później w pośmiertnym wspomnieniu. Zdanie, którego nie potwierdza ani żaden strzęp papieru, ani żaden naoczny świadek. Jakby tego było jeszcze mało, Urbankowski wywraca na nice jego wewnętrzną logikę. Herbert opowiada, jakoby przygotowywano go do zadań dywersyjnych, ponieważ był "bardzo sprawny fizycznie". Natomiast Urbankowski zmyśla, że tajemniczy "przełożeni poety" właśnie dlatego odesłali go do obsługi radiostacji, ponieważ był niesprawny fizycznie ("brali pod uwagę jego niedawną kontuzję") [8]. Herbert przypuszcza, do czego mógł być przygotowywany. Urbankowski zmyśla, do czego został użyty, i to walcząc podobno "przeciw obydwu okupantom".

I tak jest ze wszystkimi spekulacjami na temat udziału Zbigniewa Herberta w wojennej i powojennej konspiracji. Niejasna wzmianka natychmiast zmienia się w potwierdzony fakt [9]. Wspomnienia żony stają się - choć żona wie to tylko, co opowiedział jej mąż - potwierdzeniem słów męża [10]. "Napomknienia raczej rodzinne" to już "ważki argument" [11]. Co gorsza, Urbankowski nie chowa w zanadrzu żadnej nowej karty i tylko wciąż tasuje na rozmaite sposoby te, które już dawno rzucono na stół. Dokumentów jak nie było, tak nie ma, musi więc nieustannie uzupełniać ich brak bujnością wyobraźni i żarliwością wiary [12].

Z początku jeszcze zdarza mu się zawahać. Ale szybko zbywa te wahania rozbrajająco nonsensownym argumentem:

Gdyby poeta chciał kłamać - zadbałby o uzgodnienie szczegółów, o znalezienie świadków i o sprokurowanie dowodów. Niespójność Herbertowych opowieści świadczy o ich prawdziwości, i o normalnych procesach destrukcji, jakim ulega ludzka pamięć (s. 47, kursywa moja) [13].
Wcześniej używa Urbankowski określeń "prawdopodobnie" i "trudno odpowiedzieć", choć częściej pojawiają się - zgodnie z racjami serca, których rozum nie zna - rozmaite "można przyjąć" i "nie ma powodu wątpić" (s. 44-55). Potem są już głównie oznajmienia w tonie obiektywnej informacji encyklopedycznej: "Herbert był podchorążym AK" (s. 642); "Wyjazd ze Lwowa, współpraca z Armią Krajową, studia jedne i drugie [...]" (s. 676). Na koniec zaś, w "Kalendarium życia Zbigniewa Herberta", prawdopodobna (na stronie 44) podchorążówka AK zostaje wpisana między styczeń 1944 (podziemna matura) a 26 marca 1944 (wyjazd ze Lwowa) jako po prostu "Podchorążówka AK" (s. 719) [14].

Kompilatorstwo Urbankowskiego może zrazić bardziej wymagających czytelników, ale ostatecznie nie ma w nim nic zdrożnego: nożyczki i klej to wprawdzie mało ambitna, lecz dopuszczalna metoda. Niemniej mechaniczne kopiowanie w połączeniu z hagiograficznym zacięciem źle wpływa na zmysł kontroli. Na przykład przy tworzeniu wspomnianego wyżej kalendarium autor najprawdopodobniej bezkrytycznie korzystał z kalendarium Przemysława Czaplińskiego i Piotra Śliwińskiego [15]. W każdym razie powiela za nim błędne datowanie zarobkowej wyprawy Herberta do Ameryki (1969-70), chociaż prawidłowe (1970-71) łatwo ustalić chociażby na podstawie zachowanej korespondencji. Podaje je też Siedlecka [16].

Jednak największa kompromitacja - i to z tych anegdotycznych - przytrafiła się Urbankowskiemu w rozdziale poświęconym nieukończonemu projektowi wieczoru poetyckiego, w trakcie którego recytację wierszy Herberta miała poprzedzać prezentacja sześciu bliskich mu poetów. Pomijam już liczne błędy przy przepisywaniu [17], bo oto swoje rozważania zamknął Urbankowski tak:

Wypowiedź Herberta kończą gorzkie słowa z Pogrzebu kapitana Mayznera:

Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica
Ani dla lutni mojej ani dla imienia; -
Imię moje tak przeszło jako błyskawica
I będzie jak dźwięk pusty trwać przez pokolenia

Nagle zdajemy sobie sprawę, że Herbert nie układa programu wieczoru poetyckiego, on układa program pogrzebu.
Mniejsza o kolejny błąd ("Mayznera" zamiast "Meyznera" [18]), skoro najwyraźniej chodziło tutaj nade wszystko o efektowną pointę: przejście od Pogrzebu kapitana Meyznera Słowackiego cytowanego przez Herberta do pogrzebu samego Herberta. Bieda jednak w tym, że zacytowane przez Urbankowskiego "gorzkie słowa" to wcale nie żaden Pogrzeb kapitana Meyznera, lecz druga zwrotka wiersza Słowackiego Testament mój, jednego z najbardziej znanych, wałkowanych w szkole. Nie wierzę, by Urbankowski wyrwany do tablicy tego nie wiedział, bo kiedyś za takie rzeczy oblewano na maturze. Natomiast jako hagiograf miał, widać, co innego na głowie, więc bezmyślnie powtórzył gafę wydawcy pism Herberta [19].

Choć przecież w tym wypadku chyba nawet pijanego Ważyka coś by tknęło...

[1] Bohdan Urbankowski, Poeta, czyli człowiek zwielokrotniony. Szkice o Zbigniewie Herbercie, Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne, Radom 2004. Stron 728. Dalej w nawiasach okrągłych numery stron z tego wydania.

[2] "Na polecenie KC towarzysz Ważyk pisał Poemat dla dorosłych. Kilka lat później na spotkaniu w akademiku na ul. Kickiego nie chciał go nawet czytać. Po spotkaniu i po paru głębszych wytłumaczył, że po prostu się wstydził, że potem byłyby pytania. - Poemat powstał na polecenie "góry" puławian, samego towarzysza Jakuba, który chcąc ratować swoją skórę, zaczął grać kartą liberała. Towarzysz Zambrowski załatwiał Nieborów: żarcie, wóda - wspominał Ważyk - A jakie dupeńki!..." (s. 163-164). Jak widać, autor temat potraktował szeroko, w konwencji "Zbigniew Herbert i jego czasy", czy może raczej "Zbigniew Herbert i świństwa wyczyniane przez jego kolegów po piórze". Tym większą niegodziwością było wydanie tej książki bez porządnego indeksu nazwisk.

[3] Co to syllepsa, objaśnia się na stronie 551.

[4] Więcej na ten temat w DODATKACH: "Zbigniew Herbert wymyśla swoje życie. Materiały do biografii".

[5] W artykule Wiktor Woroszylski na tle epoki Herbert napisał: "W roku 1956 koledzy zapisali mnie do Związku Literatów" (Zbigniew Herbert, Węzeł gordyjski oraz inne pisma rozproszone 1948-1998, Biblioteka "Więzi", Warszawa 2001, s. 551, dalej cytowane jako WG). Urbankowski tak to komentuje: " Jak się wydaje, Herbert sam ulega w tym wspomnieniu mitologii "Polskiego Października" - legitymację członka-kandydata ZLP (w Oddziale Warszawskim Związku) otrzymał 17 stycznia 1955 roku" (s. 138).

[6] "Jeżeli poeta miał poczucie winy wobec rówieśników, którzy walczyli w lesie, gdy on tylko się uczył, choćby nawet na kursie podchorążych - dokonanie takiej "korekty" życiorysu zarówno spóźnionym, ale jednak ryzykanckim działaniem, jak i późniejszym fantazjowaniem, jest psychologicznie wytłumaczalne (s. 50, kursywa moja).

[7] Edward Balcerzan, Pan Cogito a pamiętanie słów, "Arkusz", wrzesień 1998. Cytuję za Urbankowskim (s. 47).

[8] Herbert w czasie wojny wskutek wypadku na nartach miał poważne problemy z nogą, długo chodził o kulach, a potem, utykając, w ortopedycznym buciku. Informacji tej podważyć nie sposób, więc Urbankowski próbuje przynajmniej zminimalizować jej znaczenie. Kalectwo sprowadza do wymiaru "kontuzji" i jednocześnie zmyśla, że właśnie ta "niedawna kontuzja" zaważyła na skierowaniu poety na kurs obsługi radiostacji. O tym, że kurs ten miał być z kolei elementem szkolenia dywersantów (czyli swego rodzaju "komandosów" podziemia), Urbankowski woli już nie pamiętać, bo jakże to: dywersant w bucie ortopedycznym? Nb. nie udało mi się ustalić, jak długo Herbert takich butów używał. Siedlecka zdaje się sugerować, że może tylko do roku 1942 (czyli leczenie i rehabilitacja "kontuzji" trwały co najmniej rok!), a potem Herbert już tylko utykał. "Później nie potrzebował już laski, ale wyraźnie kulał, utykał, chodził jakby bokiem stopy, prawą nogę miał wykręconą w kostce, o wiele szczuplejszą, w specjalnym, ortopedycznym buciku, co widać na jedynym zdjęciu z fraucymerem [koleżankami z klasy] z lutego 1942" (zob. Joanna Siedlecka, Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie, Prószyński i S-ka, Warszawa 2002, s. 70). Ale wzmianka o pieniądzach na buciki ortopedyczne pojawia się jeszcze w liście od rodziców z roku 1961! Utrzymana jest w tonie żartobliwym, co mogłoby wskazywać, że sama sprawa była raczej drażliwa i bolesna: "[...] wręczyliśmy Twojej Siostrze [...] 500 drachm attyckich [zapewne 500 złotych] [...] by zaliczkowo pokryła koszty bucików ortopedycznych lub rozsądnie załatać jakąś inną dziurę w Twoim chitonie" (zob. Zbigniew Herbert, Korespondencja rodzinna, Wydawnictwo Archidiecezji Lubelskiej Gaudium, Lublin 2008, s. 136, list Bolesława i Marii Herbertów z 14 marca 1961, dalej cytowane jako KR).

Zob. też Herbert lubił szukać guza. Rozmowa Andrzeja Franaszka z siostrą Herberta, Haliną Herbert-Żebrowską, "Tygodnik Powszechny", 3 sierpnia 2008: "A jak wyglądały związki Pani brata z Armią Krajową czy w ogóle podziemiem? Jeżeli chciał tam należeć, to mógł o tym myśleć dopiero w 1943 roku. Był trochę taki, że lubił szukać guza. Jeszcze w czasie okupacji sowieckiej, podczas srogiej zimy wziął wieczorem narty, poszedł jeździć i złamał nogę. Konsekwencje ciągnęły się bardzo długo, to były miesiące leżenia, kolejne operacje. Więc nie nadawał się do żadnej służby. Nie pamiętam, żeby chodził na jakieś szkolenia, po prostu musiał dużo leżeć. Dopiero gdy trafiliśmy do Krakowa, czy właściwie Proszowic, to rzeczywiście czasem znikał z domu, być może trafił do jakiejś organizacji. Ale to już pod koniec wojny. Może było z nim tak jak z Mickiewiczem i Słowackim, którzy jako słabego zdrowia uratowali się. Na szczęście... Sam mógł mieć żal do losu, że zamiast walczyć leżał z nogą na wyciągu. Zresztą pod względem zdrowotnym jeszcze po wojnie okazał się całkowicie niezdolny do służby wojskowej. W każdym razie, jak mało który z poetów, starał się pamiętać o tych, którzy zginęli".

[9] W cytowanym wyżej artykule Wiktor Woroszylski na tle epoki Herbert napisał również i takie zdanie: "Zjawiłem się przed komisją [wojskową] zaopatrzony w oficjalny dokument stwierdzający, że jestem inwalidą wojennym, co odpowiadało prawdzie" (WG, s. 549). Urbankowski opowieść tę zamienia natychmiast w fakt mocny niczym kwit z teczki personalnej: "Po wojnie poeta został oficjalnie zaliczony do inwalidów wojennych, do końca życia utykał na nogę" (s. 53). Pisze tak, chociaż wie - przynajmniej z książki Siedleckiej - jak to było z utykaniem i nie potrafiłby przedstawić żadnego dokumentu na potwierdzenie tej niebłahej przecież urzędowej czynności. Uznać kogoś oficjalnie za inwalidę wojennego to nie byle co i procedura taka zawsze wsysała sporo papieru (zaświadczenia, badania, orzeczenia) i zarazem sporo papieru wypluwała (decyzje, legitymacje). Nb. z korespondencji rodzinnej wynika, że w 1953 roku zwolnienie z obowiązku służby wojskowej bez problemu załatwił Herbertowi ojciec (zob. KR, s. 21-22).

[10] W wywiadzie dla "Tygodnika Solidarność" pani Katarzyna Herbert oświadczyła, że był on "zaprzysiężonym członkiem AK". W związku z tym natychmiast została uznana przez Urbankowskiego za osobę "najlepiej znającą poetę" (s. 49). Przypomnę więc może w tym miejscu, że w innym głośnym wywiadzie, tym razem udzielonym "Gazecie Wyborczej", pani Herbert oświadczyła równie stanowczo, że nie ma pojęcia, jak powstawał Pan Cogito, najsłynniejszy tom wierszy jej męża ("Wie pan, że nie mam pojęcia"). Nb. ponieważ w tym wywiadzie padały też wypowiedzi nie w smak Urbankowskiemu, okazało się momentalnie, że ta "najlepiej znająca poetę" żona w ogóle nie miała pojęcia, na co jej mąż przez lata chorował. A Urbankowski wiedział! (zob. s. 712-713).

[11] Jako "jeszcze jeden, i to ważki argument" cytuje Urbankowski słowa Rafała Żebrowskiego, siostrzeńca poety, urodzonego w roku 1954, który w filmie Obywatel poeta powiedział: "Wedle tego co wiem, z takich napomknień raczej rodzinnych wynika, że właśnie wtedy [tj. w czasie pobytu w podkrakowskich Proszowicach] wuj Zbigniew się zaangażował w jakąś konspirację" (s. 56-57). "Jakąś", bo "napomknienia rodzinne" nie miały tyle fantazji, co Urbankowski, który z miejsca urządza przegląd mniemanych oddziałów wchodzących w grę ("W grę mógł wchodzić któryś z oddziałów...", s. 57).

[12] Ponowne podkreślenie, że znajdujemy się na obszarach wiary, nie jest z mojej strony żadną insynuacją. W przypisie 31 na stronie 61 sam Urbankowski tak oto na koniec przygważdża Joannę Siedlecką: "[...] tylko że w działalność podziemną Zbigniewa autorka nie chce wierzyć" (kursywa moja). Ano, nie chce i uparcie domaga się dowodów zamiast budujących opowieści, co najwyraźniej celebransowi Urbankowskiemu nie mieści się w głowie.

[13] Żenująca jest pseudologika tego "argumentu z niespójności". Niespójność jakichkolwiek opowieści nigdy nie świadczy o ich prawdziwości. W najlepszym wypadku jedynie prawdziwości tej nie wyklucza. Jeśli zaś idzie o "normalne procesy destrukcji", to wypada zauważyć, że dotykają one nie tylko pamięć ludzi prawdomównych, ale również kłamców.

[14] Na ostatnich stronach Urbankowski pisze wprawdzie, że najważniejsze zagadki z życiorysu Herberta "nie zostały rozwiązane"; "choćby powojenne związki poety z Armią Krajową i WiN" (s. 716). Nie chodzi tu jednak Urbankowskiemu o samo istnienie takich związków (które mimo braku jakichkolwiek dokumentów jest dla niego w zasadzie pewne); zagadkowy pozostaje jedynie ich charakter.

[15] Przedrukowanego m.in. w magazynie "Kontrapunkt", dodatku do "Tygodnika Powszechnego" z 18 kwietnia 1999.

[16] Zob. Joanna Siedlecka, Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie, Prószyński i S-ka, Warszawa 2002, s. 308.

[17] Zamiast "materią jego słowa jest szelest spadającej rosy" (s. 476) powinno być "materią jego słowa jest szelest spadającej o zaranku rosy". Zamiast "Mój najbliższy" (s. 479) powinno być "Moja najbliższa". Zamiast "że czuję gorący oddech na karku" (s. 479) powinno być "że czuję ich gorący oddech na karku". Zamiast "mało masz czasu" (s. 479) powinno być "masz mało czasu". Do tego jeszcze pominięte wyróżnienia, zamiana wielkich liter na małe, zmiany w interpunkcji etc. Widocznie takie drobiazgi w wypadku "największego poety" nie są istotne. Kursywa moja. Różnice podaję za wydaniem Węzła gordyjskiego (WG, s. 94-99), którym posługiwał się Urbankowski (zob. przypis 75 na stronie 475). Zob. także Zbigniew Herbert. Wieczór poetycki 25 maja 1998 roku. Teatr Narodowy, Teatr Narodowy, Warszawa 1999.

[18] Pogrzeb kapitana Meyznera to wiersz Słowackiego z bodaj najczęściej przekręcanym tytułem. W pierwodruku tytuł ten brzmiał Pogrzeb kapitana M. i w tej postaci nie sprawiałby chyba nikomu problemów. Natomiast w rękopisie raperswilskim, zniszczonym w czasie II wojny światowej, poeta dał wariant rozwinięty Pogrzeb kapitana Meyznera. Można to sprawdzić także dziś, gdyż szczęśliwie podobiznę tego rękopisu zamieścił Bronisław Gubrynowicz w pierwszym tomie wydania jubileuszowego (zob. Dzieła Juliusza Słowackiego. Pierwsze krytyczne wydanie zbiorowe, t. I: Wiersze drobne, Lwów 1909; podobizny autografów na wklejkach zaraz za kartą tytułową; Pogrzeb kapitana Meyznera trzeci z kolei). Nb. w autografie widać wyraźnie, że Słowacki napisał w tytule "Kapitana" (dużą literą), o czym jednak nie wspomina skrupulatny Juliusz Kleiner w swoim wydaniu krytycznym (zob. Juliusz Słowacki, Dzieła wszystkie, pod redakcją Juliusza Kleinera, t. VII, Ossolineum, Wrocław 1956, s. 123). Jak nazwisko Meyznera pisano za jego życia, można poznać na przykład z broszurki z wierszem kapitana, odczytanym przez niego na "obchodzie drugiey rocznicy" powstania listopadowego. Wiersz utrzymany jest w tonacji nader bojowej ("I za zdrowie Oyczyzny za zdrowie Wolności, / Z czaszki Cara wychylim nad stosami kości".), a karta tytułowa informuje, że był czytany "przez Jósefa Meyznera, kapitana 9o pułku liniiowego woysk polskich". Broszurka wyszła w Paryżu w roku 1832. Drukował oczywiście August Pinard, tatuś Kory, akurat obłąkiwanej od jakiegoś czasu przez Julka Słowackiego: "A teraz wstydzę się powiedzieć, co robię - oto jak szatan obłąkiwam młodą, 16-stoletnią panienkę - która już od dwóch dni ma gorączkę z maligną. [...] braknie tylko, żeby zwariowała" (list Słowackiego do Antoniego Edwarda Odyńca z 22 kwietnia 1832; zob. Korespondencja Juliusza Słowackiego, t. I, Ossolineum, Wrocław 1962, s. 113).

[19] Testament mój Słowackiego identyfikuje błędnie jako Pogrzeb kapitana Meyznera Paweł Kądziela, redaktor Węzła gordyjskiego, w nocie zamieszczonej na stronie 734 i stamtąd identyfikację tę przepisał Urbankowski. W drugim wydaniu błąd został na szczęście poprawiony. Zob. Zbigniew Herbert, Węzeł gordyjski oraz inne pisma rozproszone 1948-1998, t. I, Biblioteka "Więzi", Warszawa 2008, s. 378.