EBENEZER ROJT

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbigniew Herbert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbigniew Herbert. Pokaż wszystkie posty

Zbigniew Herbert w niewyplewionym ogrodzie
albo niechlujstwo barbarzyńców

Podstawę naszej edycji - pisze wydawca ostatniego jak dotąd polskiego wydania Barbarzyńcy w ogrodzie Zbigniewa Herberta - stanowią rękopisy, maszynopisy, sporządzony przez Herberta wykaz 77 błędów odnalezionych przez niego w wydaniu pierwszym książki (Czytelnik, 1962), a przede wszystkim egzemplarz wydania drugiego (Czytelnik, 1964), z ręcznie naniesionymi przez autora 144. poprawkami i zmianami. Herbert sporządził je dla redaktora niemieckiej edycji książki (Suhrkamp, 1965, 1969, wyd. 3.: 1995 - bez poprawek autora). Egzemplarz ten posłużył jako podstawa kolejnego, de facto 4. wydania polskiego, które ukazało [się] w Paryżu, w wydawnictwie Kontakt w roku 1988. Redagował je Jacek Bierezin. Autorem okładki był Jan Lebenstein. Pojawiło się tu słowo Od autora. Jacek Bierezin zadbał, by zmiany i poprawki Herberta zostały skrupulatnie naniesione. Do edycji zakradły się jednak liczne błędy, zwłaszcza w pisowni nazw własnych oraz zwrotów obcojęzycznych. Powstały także zmiany, pochodzące prawdopodobnie w części od wydawcy, a w części od autora, nie zawsze uzasadnione (tylko w edycji Kontaktu ręka lewa Chrystusa w przeredagowanym tu opisie Zmartwychwstania Piera della Francesca określona została jako prawa, i odwrotnie). Nie zostały też uwzględnione poprawki autora do wydania pierwszego.

Ostatnie wydanie książki, przy którym współpracował Herbert, to edycja Wydawnictwa Dolnośląskiego, pod redakcją Jana Stolarczyka, 1995, jako wydanie piąte, określone przez wydawcę mianem "wydania przejrzanego i poprawionego". Było ono podstawą niniejszej edycji.

Nasze interwencje redakcyjne dotyczyły uwspółcześnienia interpunkcji, uściślenia pisowni nazw własnych i zwrotów obcojęzycznych. Porównaliśmy kolejne wydania książki drukiem. Wprowadziliśmy wszystkie zmiany i poprawki naniesione przez Herberta do wydań pierwszego i drugiego. Staraliśmy się przywrócić rytm frazy Herberta, odmianę nazwisk obcych uzgodniając [sic!] z maszynopisem i rękopisami [1].

Barbarzyńca w ogrodzie najwyraźniej miał pecha - od początku każde wydanie usiane było błędami. Nikomu to jednak specjalnie nie przeszkadzało i ta przyjemnie napisana książeczka z miejsca została uznana za arcydzieło; w dodatku przez ludzi tak różnych, jak Gustaw Herling-Grudziński, Jarosław Iwaszkiewicz czy Krzysztof Teodor Toeplitz [2].

Błędy zaś wzięły się po części stąd, że autor wypisywał informacje z wielu różnych książek i robił to bardzo swobodnie i nieco lekkomyślnie (co po latach zaowocowało oskarżeniem o plagiat) [3].

W tym miejscu raz jeszcze przypomnę, jak sam Herbert przedstawiał swój zamysł:

Sądziłem, że należy przekazać pewien zasób wiadomości o odległych cywilizacjach, a że nie jestem fachowcem, ale amatorem, zrezygnowałem ze wszystkich uroków erudycji: bibliografii, przypisów, indeksów. Zamierzałem bowiem napisać książkę do czytania, a nie do naukowych studiów (Barbarzyńca, s. 4; wyróżnienie moje).
I rzeczywiście: książkę czyta się płynnie, lecz dla redaktora taki zamysł to udręka. Nie wiadomo, co ewentualnie sprawdzić, co z czym skolacjonować etc. etc., i ostatecznie niemal we wszystkim trzeba zawierzyć autorowi. Jeśli coś cytuje (ale na ogół też nie bardzo wiadomo co), to trzeba założyć, że przepisał porządnie. Tylko że Herbert porządny nie był.

A tu wydawca twierdzi, jakoby w końcu udało się uściślić, porównać i wprowadzić.

Wcale nie miałem zamiaru sprawdzać tej dumnej deklaracji, ale gdy czytałem Barbarzyńcę do notki o Herbertowskim plagiacie, nieco uważniej niż zwykle, zastanowił mnie ten akapit z eseju Il Duomo:

Muzy nie milczały, chociaż nie były to bynajmniej czasy pokoju. Miasto [Orvieto] było jednym z gniazd herezji, a jednocześnie przez ironię historii, dzięki silnym murom, ulubionym schroniskiem papieży. Gwelfowska rodzina Monaldeschich wiodła się za łby z rodziną Monaldeschich, zwolenników cesarzy. Ci ostatni zostali wygnani z miasta, gdy rzeźbiarze pracowali nad ilustracją genezy. Oba rody według wiarygodnego świadka, autora Boskiej Komedii, cierpią w czyśćcu pospołu z rodzinami Romea i Julii. Walki o wpływy w mieście trwały długo i Orvieto było okupowane także przez Viscontich, słowem, dzieliło los innych miast Italii - "dolore ostello", "zajazdu cierpienia", jak mówił Dante (Barbarzyńca, s. 54-55).
"Gwelfowska rodzina Monaldeschich wiodła się za łby z rodziną Monaldeschich, zwolenników cesarzy"? Hmm... Niby nie jest to niemożliwe, by wielki ród tak się podzielił na dwoje, ale wolałem poświęcić trzy minuty na zajrzenie do Boskiej komedii... Pewnie już zgadliście. To nie żadne polityczne rozdwojenie Monaldeschich, ale banalne omsknięcie oka przy przepisywaniu, być może dopiero w maszynopisie.

Odpowiednia tercyna (Purgatorio, pieśń VI, wersy 106-108) brzmi jak następuje:

Vieni a veder Montecchi e Cappelletti,
Monaldi e Filippeschi, uom sanza cura:
color già tristi, e questi con sospetti [4].
Cytuję włoski oryginał nie dla próżnej chwały, ale dlatego, że w najczęściej wznawianym przekładzie Edwarda Porębowicza i w najnowszym przekładzie Agnieszki Kuciak nie zmieściły się wszystkie nazwiska i ród Filippeschich zniknął [5]. A to właśnie oni byli tą rodziną "zwolenników cesarzy", czyli gibelinów.

Nb. Herbert ze zgoła niebarbarzyńską delikatnością cytuje jedynie łagodniejszą część opinii Dantego o tym, jak wtedy wyglądała sytuacja w Italii ("dolore ostello"; zajazd cierpienia). W oryginale "ostello" rymuje się bowiem z "bordello":

Ahi serva Italia, di dolore ostello,
nave sanza nocchiere in gran tempesta,
non donna di provincie, ma bordello! (wersy 76-78).
W przekładzie Agnieszki Kuciak:
Biedna Italio, gościsz bólu wiele,
łódź bez sternika pośród wielkiej burzy,
nie panią ludów jesteś, lecz burdelem! (Kuciak, s. 62).
No dobrze, czytamy sobie Boską komedię, jesteśmy coraz bardziej kulturalni, ale wróćmy do redaktorskich przygód z Barbarzyńcą w ogrodzie. Czyżby przez pół wieku nikomu nie chciało się zajrzeć do Dantego? Nikogo ci podwojeni Monaldeschi nie zaniepokoili? [5a]. Znowu to czekanie na adventum Ebenezera Rojta?

Kilka kolejnych stron postanowiłem więc wziąć pod lupę - tak jak to każdy dobry redaktor zrobić (był) powinien. Może przyda się to komuś do porządnego wydania pism Zbigniewa Herberta na stulecie jego urodzin w roku 2024.

Na stronie 56 Herbert cytuje umowę, którą rada miejska Orvieto zawarła z Łukaszem Signorellim na wymalowanie fresków w kaplicy di San Brizio:

Umowa spisana po łacinie jest pełna nieco niezgrabnej, ale pięknej, gospodarskiej troski o dobrą robotę. Mowa jest tam, że "omnes colores mittendos per ipsum magistrum Lucam, mittere bonos, perfectos et pulchros" (sam mistrz ma nakładać barwy, dobre, doskonałe i piękne) i że malarz Łukasz zobowiązuje się "facere figuras meliores aut pares, similes et conformes aliis figuris existentibus nunc in dicta capella nove" (zrobić figury lepsze albo takie same, podobne do innych figur istniejących teraz w tej kaplicy). W końcu ustanawia się komisję odbioru, która ma ocenić efekty artystyczne mistrza.
Niechże przyszły redaktor sprawdzi tę łacinę choćby z nową transkrypcją oryginałów dostępną tutaj i tutaj. Według tej transkrypcji pisano wtedy pulcros, nie zaś pulchros, a w in dicta capella nove jest literówka - powinno być nova [6].

Nb. na stronie 56 jest "z Łukaszem Signorellim", ale na stronie 59 jest, że Dante znalazł godnego interpretatora "w Łukaszu Signorelli". Niechże przyszły redaktor zdecyduje, czy to niekonsekwencja, czy tylko literówka.

Herbert tak pisze o Łukaszu Signorellim na stronie 57:

[Signorelli] opowiada językiem surowym i mrocznym, godnym Dantego. Dlatego pewnie ten wielki malarz wydaje się angielskiemu historykowi sztuki, o gustach bynajmniej nie staropanieńskich, "viril but somewhat harsh and unsympathetic" (męski, lecz szorstki i niemal odpychający).
O jakiego angielskiego historyka sztuki chodzi, Herbert nie zdradza. Niechże jednak przyszły redaktor da przypis, że to cytat z książki Erica Newtona European Painting and Sculpture [7] i poprawi kolejną literówkę ("viril" zamiast "virile").

A to już opis samego fresku:

Po prawej stronie, wystąpiwszy pół kroku naprzód, jakby na proscenium, stoi narrator, mistrz Łukasz. Kapelusz mocno wciśnięty na głowę, luźny płaszcz i czarne pończochy na muskularnych nogach. Twarz mocna, jakby z chłopskich portretów Bruegla, oczy twardo utkwione w rzeczywistości, tak że można uwierzyć temu, co mówi Vasari, iż szedł za trumną syna bez jednej łzy. Tuż koło niego Fra Angelico w sutannie, zapatrzony w siebie (Barbarzyńca, s. 57).
Początek to typowy Herbertowski błąd - pomylenie stron obrazu [8]. Łukasz Signorelii i Fra Angelico naprawdę stoją po lewej stronie. Nie wiadomo, skąd Herbert wziął te muskularne nogi, bo ich w zasadzie nie widać i dlaczego twarz miałaby być "jakby z chłopskich portretów Bruegla", ale każdemu wolno mieć dziwne skojarzenia. Z kolei strój Fra Angelica nie bardzo wygląda na sutannę, lecz raczej na płaszcz narzucony na biały dominikański habit, którego skraj widać u dołu. Natomiast z Vasarim to już bezwstydne zmyślenie.
Opowiadają - pisze Vasari w swoich Żywotach najsławniejszych malarzy o Signorellim - że gdy w Kortonie zabito mu ukochanego syna, chłopca o pięknym wyglądzie i zdolnościach, w tym wielkim nieszczęściu kazał go rozebrać i bez jednej łzy w oku, z całą siłą ducha sportretował go, aby dzięki tej pracy móc, kiedykolwiek zechce, zobaczyć to, co dała mu natura, a co odebrał mu zły los [9].
Zatem według Vasariego Łukasz Signorelli bynajmniej nie był chłopskim pogrzebowym twardzielem. Był artystą.

Wszystko to, co tu podaję, to są naturalnie drobiazgi. Prócz może tych Monaldeschich podwojonych przy szybkim przepisywaniu, od których zaczęła się moja przygoda z tą notką.

Andrzej Franaszek twierdzi, że Herbert nie lubił pisać na maszynie i w ogóle nie lubił przepisywania.

Nigdy [...] nie zdecydował się na pisanie na komputerze, nawet maszyna do pisania była, jak się zdaje, już czymś nieco obcym, nie stanowiącym przedłużenia ręki, najczęściej zresztą zlecał przepisywanie kochankom, przyjaciołom, żonie (Herbert. Biografia, I, s. 739-740).
Żona, owszem, ale kochanka, rozmarzona i myślami już przy czułym tête-à-tête, to nie jest dobra kandydatka na uważną maszynistkę. A skutki nieuporządkowanego życia erotycznego mogą czasem - jak widać - wyjść na jaw jeszcze po wielu, wielu latach.
[1] Zbigniew Herbert, Barbarzyńca w ogrodzie, redaktor Barbara Toruńczyk, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2004, s. 221. Dalej cytuję jako Barbarzyńca. Wszystkie moje uwagi pozostają w mocy także w wypadku dostępnej na stronie Biblioteki Narodowej wersji elektronicznej wydanej w roku 2021.

[2] Zob. Andrzej Franaszek, Herbert. Biografia, tom 1: Niepokój, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 761-763. Dalej cytuję jako Herbert. Biografia z podaniem numeru tomu i strony.

[Dopisek] Dziś sława tej książki mocno już spłowiała. Nawet miejscowa intelektualistka, choć wspomina ją z emfazą, zarazem bezsensownie przekręca jej tytuł: "W moim pokoleniu książka Herberta «Ogród Barbarzyńców» była objawieniem" (Karolina Walczowska, Manuela Gretkowska o Wenecji i swoim prywatnym przewodniku, onet.pl, 12 czerwca 2020).

[3] Kto chciałby wiedzieć więcej o tym oskarżeniu, niech przeczyta w DODATKACH: "Plagiator Zbigniew Herbert albo zmora powszechnego niechlujstwa".

[4] Dante Alighieri, La Divina Commedia. Purgatorio, redakcja Natalino Sapegno, La Nuova Italia, Florencja 1990, s. 67. W obszernym komentarzu do wersu 106 wyjaśnia się, że Montecchi i Cappelletti to jednak nie ci Montecchi i Capuletti z Romea i Julii, choćby nawet fantastycznie przetworzeni, ale nazwy dwóch partii lombardzkich, procesarskiej i antycesarskiej, gibelinów i gwelfów (jak Filippeschi i Monaldeschi). Pisze też o tym Guy P. Raffa w The Complete Danteworlds. A Reader's Guide to the Divine Comedy (The University of Chicago Press, Chicago - Londyn 2009, s. 147).

Wynika z tego, że życie partyjne wygrywało wtedy z życiem uczuciowym. Tak więc mylił się Herbert, sądząc, że Dante wsadził do czyśćca rodziny Romea i Julii. Nb. u Szekspira bohaterowie nazywają się nieco inaczej: Romeo Montague i Juliet Capulet. Tak między nami - trzynastolatka, czyli sprawa podpadałaby dzisiaj pod paragraf.

[5] W przekładzie Porębowicza idzie to tak:

"Patrz na Monteki, patrz na Kapulety,
Patrz na Orwieckich panów, gnuśny człecze,
Ci już zdławieni, tym grożą sztylety" (Dante Alighieri, Boska komedia, przełożył Edward Porębowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1965, s. 199).

Agnieszka Kuciak zaś przynajmniej zmieściła spolszczonych Monaldeschich:

"Patrz na Monteki, patrz na Kapelety,
na jednym wózku z nimi Monald jedzie:
ci już w żałobie, tym grożą sztylety!" (Dante Alighieri, Czyściec. Boskiej komedii część druga, przełożyła Agnieszka Kuciak, Klub Książki Katolickiej, Biblioteka Telgte Wydawnictwo, Poznań 2003, s. 63). Dalej cytuję jako Kuciak.

[5a] [Dopisek] Jak można się było spodziewać, nie zaniepokoili również tłumaczy, którzy wiernie powtarzali to omsknięcie za polskim oryginałem:

"The Guelph clan of the Monaldeschi fought against its Ghibelline faction, who were expelled from the town while the sculptors were illustrating Genesis" (Zbigniew Herbert, Barbarian in the Garden, przełożyłi Michael March i Jarosław Anders, Harcourt Brace Jovanovich, San Diego - Nowy Jork - Londyn 1986, s. 45).

"Гвельфівська родина Мональдескі зчепилася з родиною Мональдескі, які були прихильниками імператорів" (Збіґнєв Герберт, Варвар у саду, przekład Андрій Павлишин, Дух і літера, Kijów 2008; wydanie elektroniczne).

Ale jest chlubny wyjątek!

Henryk Siewierski, autor przekładu Barbarzyńcy na brazylijski portugalski, musiał bez wątpienia gdzieś zajrzeć, bo w jego tłumaczeniu zdanie to wygląda tak:

"A família Monaldeschi, da facção dos guelfos, estava em guerra com a família Filippeschi, partidária dos imperadores" (Zbigniew Herbert, Um bárbaro no jardim, Editora Âyiné, Belo Horizonte 2018, s. 85).

[6] Wypadałoby też sprawdzić inne obcojęzyczne wtręty. Na stronie 64 jest pospolity błąd: "a polis włoskie było państwem". Ale w grece polis to nie jest to polis, lecz ta polis, więc powinno być "a polis włoska była państwem". Błąd ten nie przeszkadzałby mi w gazetowej publicystyce (nb. także niektórzy językoznawcy mają bardziej liberalne podejście do grecyzmów), ale u Herberta razi. Podobnie jak rażą nawet drobne przeinaczenia w erudycyjnym popisie z łacińskimi cytatami, w istocie zbędnymi.

[7] Eric Newton, European Painting and Sculpture, Penguin Books 1956, s. 244. Przepisuję całą bedekerową notkę o Signorellim:

"Signorelli (Luca Signorelli). ? 1441-1523. Also a pupil of Piero [della Francesca], but shows no trace of his influence. Temperamentally a Florentine, with a fanatical obsession with the human figure in action derived from Pollaiuolo and passed on to Michelangelo. Virile but somewhat harsh and unsympathetic".

[8] Tak w każdym razie uważa Barbara Toruńczyk (a ja się z nią zgadzam). Zob. jej komentarz w: Głosy Herberta, zebrała i w tom ułożyła Barbara Toruńczyk, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2008, s. 222: "W pierwodruku w «ZL» [«Zeszytach Literackich»] zachowano mylny opis obrazu Zaprzysiężenie pokoju w Münster, gdzie prawa jego strona opisywana jest jako lewa - błąd charakterystyczny dla Herberta". W tym wypadku błąd ten jednak wypadałoby poprawić, skoro poprawia się go w innych miejscach (i to bez zaznaczenia). Na przykład jeszcze w wydaniu Barbarzyńcy w ogrodzie z roku 1973 jest w opisie "Zmartwychwstania" Piera della Francesca (błędnie):

"W lewej ręce trzyma krzepko proporzec. Prawą uchwycił całun jak senatorską togę. [...] Prawą nogę wsparł na krawędzi grobowca, tak jak przygniata się szyję pokonanego w pojedynku" (Zbigniew Herbert, Barbarzyńca w ogrodzie, Czytelnik, Warszawa 1973, s. 292; wyróżnienia moje).

Natomiast w cytowanym w tej notce wydaniu jest już prawidłowo:

"W prawej ręce trzyma krzepko proporzec. Lewą uchwycił całun jak senatorską togę. [...] Lewą nogę wsparł na krawędzi grobowca, tak jak przygniata się szyję pokonanego w pojedynku" (Barbarzyńca, s. 187; wyróżnienia moje).

[9] Giorgio Vasari, Żywoty najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów, wybrał, przetłumaczył, wstępem i objaśnieniami opatrzył Karol Estreicher, wydanie drugie (z załączoną jednowierszową erratą: "Cena zł 700,-"; było 500), Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1980, s. 298.

Wolniewicz - Herbert - Elzenberg
("Ale wykluczam absolutnie Bogusława Wolniewicza")

Powiedzieć, że Bogusław Wolniewicz nie lubił Zbigniewa Herberta, to jeszcze nic nie powiedzieć.
Mam co do Herberta zdanie od dawna wyrobione: to był nadęty pozer. Szerząca się dzisiaj herbertomania dowodzi jedynie, że w Polsce lubią nadętych. To pretensjonalne wierszydło [Do Henryka Elzenberga w stulecie Jego urodzin z tomu Rovigo], jakim w dwadzieścia lat po śmierci Elzenberga ufetował go na swoją cześć, jest tutaj dobrym przykładem. Ułzawia tam Elzenberga na kogoś "patrzącego wzrokiem który wybacza" - po to jedynie, by jego i nas móc pouczyć z wysoka, że "nie powinien". W istocie zaś Elzenberg był do "wybaczań" równie mało skory jak do nobilitacji. [...]

Jest dla mnie przykrą zagadką, jak Elzenberg mógł tak się dać Herbertowi omamić, że dziś służy za jego intelektualne uwierzytelnienie. Tłumaczę ją sobie pewną wstydliwą słabością Elzenberga, którą były jego własne niefortunne aspiracje poetyckie. Te wiersze bowiem, które pisywał, nie są dobre: staroświeckie w formie, egzaltowane w treści, wielosłowne. [...] Herbert nie mógł nie widzieć wątłości tego wierszopisania, a wychwalał je w listach do Elzenberga pod niebiosa, najzwyczajniej mu kadził (patrz ich "Korespondencję" wydaną w 2002 r. przez Barbarę Toruńczyk). I tak sobie rozmawiali "jak poeta z poetą", ale przy odwróconych już rolach: mentorem był Herbert.

Jak wielu, Elzenberg też dał się niestety nabrać na książkę Herberta "Barbarzyńca w ogrodzie" (1962) i na jej podrabianą fachowość w zakresie historii sztuki. Otrzymawszy egzemplarz, odpowiedział niezwykle pochwalnym listem: że dzieło "wydaje mu się (i jest na pewno) oparte na studiach bardzo gruntownych, bardzo przemyślane, i bardzo pogłębione. Do czego jeszcze dochodzi to piekielne znawstwo sztuki" ("Korespondencja", jw., s. 104). Herbert przełknął pochwały swego domniemanego "znawstwa", nie mitygując ich ani słowem.

Po czterdziestu latach prawda wypłynęła na wierzch: przynajmniej jeden istotny rozdział w książce Herberta - ten o katedrach gotyckich - jest plagiatem, i to grubym. Wykryła to pani Dorota Bielawska i opisała w artykule "Jak został wyciosany »Kamień z katedry« Zbigniewa Herberta" ("Twórczość" nr 2-3/2004). Pokazuje tam, że ponad dwie trzecie tekstu Herberta jest żywcem ściągnięte z książki: Jean Gimpel "Les batisseurs de cathedrales", 1959 (po polsku 1968 pt. "Jak budowano w średniowieczu"). U Herberta nie ma przy tym ni śladu wskazania na źródło, ani najlżejszej nawet sugestii, że tekst może nie być jego własnym. Plagiatem jest zaś nie tylko co do treści i faktów, lecz także w swoich sformułowaniach i przenośniach, w całych zdaniach. Autorka przedstawia to wszystko dokładnie i obiektywnie, zestawiając po kolei cytaty z Herberta i ich "odpowiedniki" u Gimpla. Ironię ogranicza do tytułu.

Odkrycie Bielawskiej było poruszające, a wpadło jak w studnię. Sam dowiedziałem się o nim przypadkiem, przeglądając w księgarni "Alfabet wspomnień" Ryszarda Matuszewskiego, gdzie pod hasłem "Herbert" trafiłem na zakłopotaną wzmiankę o artykule Bielawskiej. Poza tym cisza, ale ta cisza coś mówi. Tfu! [1].

Tę opinię z wywiadu Wolniewicz wmontował potem jako osobną część w artykuł o - nigdy nie zgadniecie! - późnej filozofii Wittgensteina [2]. Zresztą, każda okazja była dla niego dobra, by wymierzyć Herbertowi prztyczek.

Pisze o poetce Annie Świrszczyńskiej i koniecznie musi zaraz dodać: "większej niż wszelkie Herberty" [3]. Pisze o śmierci - że budzi "smutek przemijania" - i przy okazji dziwi się Herbertowi, który po śmierci Tadeusza Kantora odczuwał - widocznie nieprawidłowo - "zaskoczenie, a nie smutek" [4].

Nawet we wspomnieniu o profesorze Marianie Przełęckim pojawia się Herbert jako przykład wspólnoty myśli ze zmarłym, bo Przełęcki też Herberta nie cenił. Ale to nie wystarcza i Wolniewicz musi jeszcze dorzucić od siebie parę cierpkich zdań:

Dęty patos Herbertowskiej etyki abstrakcyjnej - te jego "Bądź wierny, idź" czy "Jest we mnie płomień, który myśli" zadziwiał mnie swoją megalomanią. Albo ten "pan Cogito", czyli niby jakiś drugi Kartezjusz [5].
Niezbyt to celne docinki. Cytat lekceważąco niechlujny. Natomiast uwaga o panu Cogito jako niby jakimś drugim Kartezjuszu świadczy jedynie o tym, że Wolniewicz kompletnie nie miał słuchu do poezji Herberta, skoro nawet nie zauważył ironii, którą jest podszyta.

Również sprawa plagiatu w Barbarzyńcy w ogrodzie została przedstawiona z krańcową nieżyczliwością. Ani słowa o tym, że jednak sam Herbert wyjaśniał swoim czytelnikom, jak to u niego jest z powoływaniem się na źródła:

Sądziłem, że należy przekazać pewien zasób wiadomości o odległych cywilizacjach, a że nie jestem fachowcem, ale amatorem, zrezygnowałem ze wszystkich uroków erudycji: bibliografii, przypisów, indeksów. Zamierzałem bowiem napisać książkę do czytania, a nie do naukowych studiów [6].
Nie jest prawdą, że Herbert stał się sławny, bo akurat w Polsce lubią nadętych pozerów. W znacznej części jego sława przyszła do kraju z Zachodu: z USA i z Niemiec. Karl Jaspers, przecież nie Polak i filozof z pewnością nie gorszy od Bogusława Wolniewicza, pisał do Herberta:
oszczędność słowa, powściągliwość obrazowania, dosadność formy i wreszcie prawie ascetyczny język Pana wierszy bardzo mnie poruszają [7].
Nie jest też prawdą, jakoby Henryk Elzenberg dał się omamić Herbertowi, ponieważ ten w listach wychwalał pod niebiosa jego kiepskie wiersze i "najzwyczajniej mu kadził". Przeciwnie, Elzenberg był z Herbertem na zażyłej stopie zanim jeszcze doszło do wierszy. Nie dlatego bowiem go polubił, że ten mu kadził, ale dlatego zdecydował się pokazać mu swoje wiersze, że go polubił.

Wbrew temu, co można by sądzić na podstawie relacji Wolniewicza, Herbert o wierszach Elzenberga wypowiada się w korespondencji raczej skąpo i - jednak! - z umiarem. Ani razu nie zachęca go, by je drukował, nie dopomina się o więcej i sam z siebie tematu nie porusza. Z drugiej strony, czuje się chyba zobowiązany, by jakoś komentować coraz obfitsze poetyckie załączniki, które Elzenberg dodaje do swoich listów. Najobszerniejsza pochwała jest w gruncie rzeczy bardzo uprzejmie uczynioną uwagą, że wiersze starego profesora jednak cokolwiek trącą myszką [8].

I znów: można to nieżyczliwie nazwać lizusostwem, ale można też delikatnością, zwłaszcza że odbywało się to w zaciszu prywatnej rozmowy. Ot, coś jak pochwalenie pieczeni na proszonym obiedzie, choć podano ją mocno niedopieczoną. Nie jest wykluczone, że profesor Wolniewicz, nieuleczalny weredyk, w takiej sytuacji powiedziałby bezkompromisowo, by mu zabrać z talerza to świństwo. Można i tak, tyle że nieuleczalny weredyk nie powinien potem dziwić się, że drugi raz go nie zaproszą, i nie doszukiwać się w tym jakiejś zmowy [9].

Dlaczego Bogusław Wolniewicz aż tak bardzo nie znosił Zbigniewa Herberta, swojego byłego kolegi ("Herbert - kiedyś kolega z seminarium Elzenberga" [10]), że starał się przypiąć mu jakąś łatkę przy każdej nadarzającej się okazji?

Pierwszym powodem jest najprawdopodobniej różnica dróg życiowych. Otóż Wolniewicz pod koniec 1955 roku złożył podanie o przyjęcie do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a potem przez ćwierć wieku aktywnie ją wspierał. Jeszcze w roku 1970, podczas uroczystej sesji z okazji setnej rocznicy urodzin Włodzimierza Lenina, wygłaszał publicznie rytualne zaklęcia, że Lenin pozostaje "postacią, która nie ma sobie równej" [11].

Czemu to zrobił?

bo szła wielka przebudowa socjalizmu: życie wracało do normy, także to akademickie. [...] Był czas nadziei, chciało się w tym uczestniczyć, jakoś to wspomóc. Najprostszą zaś drogą było wstąpić do partii, która to dzieło przebudowy podjęła. I to uczyniłem (Wolniewicz. Zdanie własne, s. 54).

Ludzie jak ja wstępowali do partii, żeby w tej odnowie brać udział: nie siedzieć za piecem, tylko brać się do jakiejś roboty, żeby tę odnowę wspomóc [12].

Aż przykro czytać te bałamuctwa. Sytuacja się znormalizowała, więc żeby robić coś sensownego wstąpił do partii. Ale przecież jeżeli trzeba było wstąpić do partii, by robić coś sensownego, to sytuacja była z gruntu nienormalna! Bogusław Wolniewicz, tak klarowny i logiczny w pracach ściśle filozoficznych, gdy zabiera się do wyjaśniania swych wyborów ideowych, plącze się jak dziecko, które podjadło konfitury [13].

Elzenberg i Herbert naturalnie ani myśleli wstępować wówczas do PZPR. Gdy Herbertowi udało się w 1956 roku wydać swój pierwszy tomik poetycki, Strunę światła, Elzenberg pisze do niego:

Wiele serdecznych pozdrowień; no i coś w rodzaju gratulacyj, że "oni" Pana przecież wydrukowali (Korespondencja, s. 84; list z 12 września 1956).
A tu tymczasem Wolniewicz właśnie zapisał się do owych "onych". Nietrudno się domyślić, że musiało go to bardzo oddalić zarówno od Herberta, jak i od Elzenberga, którzy - według jego terminologii - siedzieli wtedy za piecem [14]. Siedzenie takie zaś powinno okazać się jałowe. Toteż gdyby przyznało się, że Herbert jednak zrobił coś dobrego dla polskiej kultury, trzeba by też przyznać, że można było sensownie działać i bez partyjnej legitymacji. I stąd chyba te kompulsywne przytyki, że Herbert to w istocie dęta sława i pretensjonalny megaloman.

Inna sprawa z Elzenbergiem. Wolniewicz do końca życia mówił o nim jako o swoim mistrzu, więc to jasne, że mistrz sam nie mógł być pozerem. Mógł co najwyżej mieć niefortunne aspiracje poetyckie, wskutek czego dawał się omamić pozerom. Swoją drogą, Wolniewicz nie czytał pism mistrza z przesadną uwagą. W rozmowie z Tomaszem Sommerem nie potrafił rozpoznać cytatu z najbardziej znanej książki Elzenberga i nawet powątpiewał w jego autentyczność [15].

Był też o Elzenberga i jego przyjaźń z Herbertem zwyczajnie zazdrosny. Co z tego, że jego relacje z Elzenbergiem pozostały poprawne i nawet dostał od niego dedykację: "Bogusławowi Wolniewiczowi, ongiś słuchaczowi, dziś koledze" (Wolniewicz. Zdanie własne, s. 96). To jednak nie on jest uważany za ukochanego ucznia, o którym Elzenberg mówił do najbliższych "mój Zbyszek" [16]. Nie ma niestety świadectwa, że o Wolniewiczu mówił do kogokolwiek "mój Boguś".

Wiadomo natomiast, że już wcześniej, jeszcze przed tą sprawą ze wstąpieniem do partii, w krytycznej chwili zdecydowanie nie chciał polegać właśnie na Bogusławie Wolniewiczu.

W archiwum Henryka Elzenberga zachował się jego list do przyjaciela, Mieczysława Wallisa, z 18 czerwca 1953 roku. Elzenberg miał wówczas kłopoty ze zdrowiem. Groziła mu operacja, a guz mógł się okazać złośliwy. W tej sytuacji postanowił zatroszczyć się o swoją spuściznę i zastanawiał się, komu mógłby powierzyć nad nią opiekę.

Chcę Cię obarczyć - pisał do Wallisa - kłopotliwym spadkiem moich wszystkich notatek, rękopisów i maszynopisów. Nie łączę z nimi wielkich nadziei. Przede wszystkim, najmniej trzy czwarte tego, to niewątpliwe śmiecie, nadające się tylko do spalenia. Po drugie: nie bardzo widzę, kto będzie miał czas, możliwości fizyczne i psychiczną wytrzymałość, żeby się w tym grzebać i dokonywać selekcji. Po trzecie: jakie są szanse nawet najlepszych z tych rzeczy w dzisiejszej rzeczywistości. Mimo to wszystko nie chcę rezygnować bez próby ratowania. Poza Tobą widzę, ze starszego pokolenia, jednego człowieka, który by tym rzeczom okazał napewno [sic!] niejakie zainteresowanie: jest to Konrad Górski (Toruń, Stalina 14). Nie bardzo Ci on swoimi sposobami myślenia odpowiada, ale przy Twojej i jego kulturze jakoś zdołacie się naradzić. Z młodych wymieniam przede wszystkim mojego ucznia poetę Herberta (Zbigniew Herbert, Warszawa 9, Wiejska 17 m. 6) i mocno powierzchownego, ale bystrego i szczerze mi życzliwego Dra Waldemara Voisé (Brwinów koło Warszawy, Sienkiewicza 7). Może innych młodych potrafili by wskazać Czeżowski lub tenże Górski. (Ale wykluczam absolutnie Bogusława Wolniewicza, którego mógłby wysunąć Czeżowski) [17].
O ile wiem, Bogusław Wolniewicz nigdy nie skomentował tej decyzji swego mistrza ani słowem. Ta cisza też coś mówi.

[1] Tomasz Sommer, Wolniewicz. Zdanie własne. Wywiad rzeka z najbardziej prawoskrętnym polskim profesorem filozofii, 3S Media, Warszawa 2010, s. 98-100. Dalej cytuję jako Wolniewicz. Zdanie własne.

Nb. wysuwanie grubych oskarżeń z powoływaniem się na książkę przejrzaną w księgarni, to fanfaronada, która nie przystoi profesorowi filozofii. Tym bardziej, gdy potem nawet tytuł tej książki podaje się z błędem. Matuszewski był znacznie wyrozumialszy w swoich sądach. "Gruby plagiat" Herberta nazywa półplagiatem i zastanawia się, jaki wpływ na postępki Herberta miała jego długoletnia ciężka choroba. Jest to dla niego co najmniej zagadkowe. Kończy zaś słowami:

"Nie ośmieliłbym się sformułować tezy, że te zagadki rzucają cień na wspaniałą twórczość poety. Ta obroni się na pewno. Ale zagadki jego powikłanej osobowości nieraz zapewne dadzą jeszcze o sobie znać" (Ryszard Matuszewski, Alfabet. Wybór z pamięci 90-latka, Iskry, Warszawa 2004, s. 158; wyróżnienie moje).

Kto chciałby wiedzieć więcej o chorobie Herberta, niech przeczyta w DODATKACH: "Zbigniew Herbert ma ChAD albo skandalicznie chory poeta".

[2] Bogusław Wolniewicz, O późnej filozofii Wittgensteina, [w:] Idem, Filozofia i wartości IV, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2016; o Herbercie na stronach 308-309.

[3] Bogusław Wolniewicz, Polska a Żydzi. O sprawach polsko-żydowskich i paru innych, 3S Media, Warszawa 2010, s. 182

[4] Bogusław Wolniewicz, O istocie religii, [w:] Idem, Filozofia i wartości. Rozprawy i wypowiedzi. Z fragmentami pism Tadeusza Kotarbińskiego, Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 1993, s. 181.

[5] Bogusław Wolniewicz, Marian Przełęcki z mojej perspektywy, "Edukacja Filozoficzna" 2013, nr 56, s. 14.

[6] Zbigniew Herbert, Barbarzyńca w ogrodzie, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2004, s. 4; wyróżnienie moje. Nb. Bielawska również o tym wyjaśnieniu Herberta nie wspomina i dziwnym trafem w swojej demaskacyjnej robocie korzysta z jedynego wydania Barbarzyńcy w ogrodzie (z roku 1973), w którym się ono nie pojawia. Gdy jednak stawia się tak poważne zarzuty, wypadałoby nie być jedynie papugą Bielawskiej, lecz sprawdzić samemu, jak się rzeczy mają. Tego wymaga elementarna uczciwość - cnota bynajmniej nie z zakresu "etyki abstrakcyjnej". Kto zaś chciałby wiedzieć więcej, jak to było z plagiatem Herberta, niech przeczyta w DODATKACH: "Plagiator Zbigniew Herbert albo zmora powszechnego niechlujstwa".

[7] List Karla Jaspersa do Zbigniewa Herberta z 12 lutego 1968 cytuję za: Andrzej Franaszek, Herbert. Biografia, tom II: Pan Cogito, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 144.

[8] "Bardzo serdecznie dziękuję za długi list, za życzenia i za załącznik. Właśnie od tego załącznika zacząłem lekturę. Byłem przekonany, że jest to jakaś zagadka literacka w rodzaju: «zgadnij, kto to napisał». Wiersz podobał mi się bardzo, ale nie mogłem go odnieść do żadnego znanego mi autora. Epoka wydawała mi się trochę odległa - więc całość przypisałem... Norwidowi.

Ośmielony przykładem dzielnego asystenta i przyznanym mi prawem krytyki pozwolę sobie zakwestionować jedno miejsce. Otóż moje barbarzyńskie ucho razi nieco okrzyk-zaklęcie «na proroki». Moje pokolenie używa tego zaklęcia co najwyżej ironicznie" (Zbigniew Herbert, Henryk Elzenberg, Korespondencja, redakcja i posłowie Barbara Toruńczyk, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2002, s. 46; list z 2 stycznia 1953; wyróżnienie za oryginałem; dalej cytuję jako Korespondencja). Inne uwagi na stronach 51, 54 i 59. W sumie to Elzenberg więcej pisze o wierszach Herberta niż odwrotnie. A już "mentorem" nie można Herberta nazwać w żadnym wypadku!

[9] Na "grubą prowokację" i "dintojrę w biały dzień" skarżył się profesor Wolniewicz, gdy Rada Wydziału Filozofii i Socjologii UW odrzuciła w czerwcu 1998 r. wniosek o kolejne przedłużenie z nim - już od roku emerytem - umowy o pracę (zob. Wolniewicz. Zdanie własne, s. 69-70).

[10] Bogusław Wolniewicz, Epoka zamętu, [w:] Idem, Filozofia i wartości II, wydanie drugie, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2018, s. 336. Ale nawet wspominając tamte czasy, musi o Herbercie wspomnieć źle:

"Herbert powiedział mi kiedyś szyderczo: «Ideałem profesora Kotarbińskiego byłoby poprowadzić wykład z logiki dla oficerów UB». Nie było to nic mądrego" (Bogusław Wolniewicz, Kotarbiński i Elzenberg, [w:] Idem, Filozofia i wartości III. Z fragmentem Księgi tragizmu Henryka Elzenberga i jego uwagami o Dociekaniach Wittgensteina, wydanie drugie, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2018, s. 90).

[11] Bogusław Wolniewicz, Lenin i pozytywizm, "Kultura i Społeczeństwo" 1970, nr 4, s. 75. A dziewięć lat wcześniej pisał na przykład tak:

"Krytyka religii nie jest dla materializmu problemem, który wymagałby teoretycznego rozwiązania, ponieważ problem ten jest już rozwiązany definitywnie. Istnieje tylko zagadnienie czysto praktyczne doprowadzenia tego rozwiązania do świadomości szerokich rzesz społeczeństwa" (Józef Grudzień, Bogusław Wolniewicz, Propedeutyka filozofii. Materiały pomocnicze, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1961, s. 28).

[12] Bogusław Wolniewicz, W stronę rozumu, kompozycja tekstu Jarosław Faliński i Dorota Dywańska, WEMA, Warszawa 2015, s. 106. I jeszcze z miedzianym czołem dodaje, że przecież takich jak on oportunistów było w Polsce bardzo wielu:

"Jak to możliwe - pytają - że ja, opowiadający się za cywilizacją chrześcijańską, byłem 25 lat członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej? Mnóstwo ludzi wierzących było członkami Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, która w okresie swojego maksymalnego rozwoju - ilościowego - w latach siedemdziesiątych liczyła 3 mln członków - była jedną dziesiątą narodu. Co w tym zastanawiającego?".

Kto chciałby wiedzieć więcej o tym, jak Bogusław Wolniewicz wstępował do partii, niech przeczyta w OSOBACH: "Bogusław Wolniewicz wstępuje do PZPR albo chciało się uczestniczyć".

[13] Natomiast sam bardzo jest wyczulony na podobne cudze krętactwa:

"Autor tekstu przedstawia swoje wstąpienie do partii w 1954 r. jako akt «związania się z reformatorskim, antystalinowskim ruchem w partyjnej organizacji uniwersyteckiej». Tak jednak nie mogło być, bo w 1954 r. o takim «ruchu» nie było nawet mowy. Stracono już wprawdzie Berię, Abakumowa i Mierkułowa, ale lody stalinizmu jeszcze u nas ani drgnęły. (Trwały np. dalej egzekucje naszych oficerów, dalszy ciąg Katynia, tyle że wła­snymi rękami.) Lody drgnęły dopiero w 1955 r. wraz z odwilżą, a ruszyły rok później, po wiekopomnym 20. Zjeździe KPZR" (Bogusław Wolniewicz, Paszkwil (W sprawie Adama Schaffa), [w:] Idem, Filozofia i wartości II, wydanie drugie, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2018, s. 311).

Otóż i wspomnianego autora można bronić w podobny sposób, w jaki Bogusław Wolniewicz broni swoich życiowych wyborów. Pierwsze drgnienia lodów zaczęły się bowiem u nas niedługo po śmierci Stalina (rzecz zwykła po zgonie tyrana), toteż Józef Światło, wysoki funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, nie bez kozery uciekł na Zachód już pod koniec 1953 roku, obawiając się zapewne, że łatwo mógłby zostać kozłem ofiarnym w rysujących się na horyzoncie przemianach. I rzeczywiście, już w następnym roku Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zlikwidowano. Z wydarzeń znacznie mniejszej wagi: to właśnie w pierwszej połowie 1954 roku Leopold Tyrmand podpisuje z Czytelnikiem umowę na Złego, w związku z czym przestaje pisać swój słynny (dużo później) Dziennik 1954. Czyli drgało nie tylko w wielkiej polityce, lecz także w ludzkich losach.

Dlaczego zatem zamiast nazywać podobne uzasadnienie "konfabulacją" (jak nazwał je Wolniewicz), nie przyjąć wyrozumiale, że ów autor po prostu wcześniej postanowił nie siedzieć za piecem. Najwyraźniej był mniej wybredny i jemu te skromne drgnienia nowego wystarczały, a pewne pozostałości starego - nie przeszkadzały. Podobnie jak Bogusławowi Wolniewiczowi nie przeszkadzało pod koniec 1955 roku to, że szefem partii, do której się zapisuje, jest wciąż Bolesław Bierut, główny odpowiedzialny za ów "dalszy ciąg Katynia", ani to, że lody jeszcze nie drgnęły na tyle, by Prymas Polski mógł zostać zwolniony z internowania, ani nawet to, że w więzieniach nadal siedzą grube tysiące więźniów politycznych.

[14] Oddalenie to z czasem jeszcze narastało. W kilka lat później Bogusław Wolniewicz został bowiem protegowanym Adama Schaffa, ówczesnego nadzorcy polskiej filozofii, i z jego łaski dostał w Warszawie mieszkanie. Jak sam przyznaje: "to była wtedy duża rzecz. Profesor Schaff załatwił ją osobiście z premierem Józefem Cyrankiewiczem, który przydzielił mi mieszkanie ze swojej puli premierowskiej" (Wolniewicz. Zdanie własne, s. 59).

Natomiast Elzenberg i Herbert już od samego początku mieli o Schaffie ustalone zdanie własne i tak sobie dowcipkowali w listach:

Herbert do Elzenberga, 22 października 1951: "W Warszawie będę wydany na łup zaszaffionej filozofii [...].

Elzenberg do Herberta, 23 października 1951: "Pański list uświadomił mi możliwość kalamburu na temat młodych adeptów, którzy nic nie widzą, bo «siedzą w szafie». Ale jest to chyba kalambur zbyt łatwy, by nie miał być wyzyskany od dawna? (Korespondencja, s. 10-11).

I jeszcze wspomnienie o Wolniewiczu z tamtych lat pisane z innej perspektywy:

"Po raz pierwszy zobaczyłem B. Wolniewicza w 1962 roku. We wrześniu odbywało się studenckie seminarium filozoficzne w Bukowinie Tatrzańskiej. Jednym z wydarzeń był przyjazd Adama Schaffa, któremu towarzyszyło kilka osób, m.in. Wolniewicz. Trudno byłoby powiedzieć, że poznaliśmy się osobiście. Tak czy inaczej, dobrze pamiętam szczupłego, krótko ostrzyżonego asystenta Schaffa, w nieco przykrótkich spodniach. [...]

W 1968 r. chodziły słuchy, że sympatyzował z ówczesnym trendem, powiedzmy, antysyjonistycznym. Niektórzy tłumaczyli to rywalizacją o schedę po Schaffie. Był nawet przez jakiś czas kierownikiem Zakładu Filozofii w Instytucie Filozofii UW, ale zrezygnował z tej funkcji" (Jan Woleński, O Bogusławie Wolniewiczu, "Przegląd Filozoficzny - Nowa Seria" 2018, nr 3, s. 85, 87).

Nb. autor uważa - z czym się zgadzam - "że Bogusław Wolniewicz był jednym z najwybitniejszych filozofów polskich działających po 1945 roku" (s. 86).

[15] "[Sommer] - Elzenberg powiedział: «Ludzie lepiej się rozumieją, gdy niezupełnie racjonalnie myślą, a mówią w jakimś stopniu metaforycznie.» Czy nie od takiej postawy uciekają filozofowie ze szkoły analitycznej?

[Wolniewicz] - Nie znam takiego powiedzenia Elzenberga i wręcz wątpię w jego autentyczność" (Wolniewicz. Zdanie własne, s. 95).

Sommer nie protestował, bo może wziął to powiedzenie z Wikicytatów albo z innego źrodła tego typu i wstydził się na nie powołać. Zdanie jest jednak autentyczne, choć wyrwane z kontekstu zmieniło się, trochę sztucznie, w abstrakcyjną maksymę:

"1 VII. «To co tajemnicze, to ludzi wiąże, gdy to co racjonalne ich dzieli» [entzweit, a więc nawet skłóca]. - Powiedział to niejaki p. Sauter z Wiednia [...].

W mojej wersji trochę inaczej: ludzi nie tyle to «wiąże» ile ludzie lepiej się rozumieją, gdy niezupełnie racjonalnie myślą, a mówią w jakimś stopniu metaforycznie. Klasycznym dla mnie przykładem była rozmowa z Berentem (w związku z pismem, które wtedy zakładał) o pisarzach i krytykach polskich. Mówiliśmy metaforami - a jakeśmy się rozumieli!" (Henryk Elzenberg, Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu, wydanie II, zmienione i uzupełnione, Wydawnictwo Znak, Kraków 1994, s. 299-300).

W innym znów miejscu Wolniewicz niefrasobliwie zapewnia: "Zauważmy, że w pismach Elzenberga termin «altruizm» w ogóle nie występuje" (Marian Przełęcki z mojej perspektywy, s. 7). Owszem, "altruizm" czy "altruistyczny" to u Elzenberga wielka rzadkość (ale zob. Henryk Elzenberg, Pisma etyczne, opracował oraz wstępem opatrzył Lesław Hostyński, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2001, s. 73, s. 137, s. 139, s. 167, s. 214, s. 272). Wolniewicz jednak napisał "zauważmy" i "w ogóle", nie zaś "zdaje mi się" i "chyba rzadko", a od filozofa przywiązującego taką wagę do logiki można wymagać większej odpowiedzialności za słowo.

Nb. również twierdzenie, że termin "autocentryzm" wprowadził do literatury dopiero Elzenberg (Bogusław Wolniewicz, Aksjomat Elzenberga, "Przegląd Filozoficzny - Nowa Seria" 2017, nr 4, s. 286, przypis 11) nie ma podstaw. Jest ten termin już u Brzozowskiego i to w znaczeniu chyba bliskim Elzenbergowi (Głosy wśród nocy. Studya nad przesileniem romantycznem kultury europejskiej, z teki pośmiertnej wydał i przedmową poprzedził Ostap Ortwin, Lwów 1912, s. 359). Wiadomo zaś, że Elzenberg czytał Brzozowskiego.

[16] Zob. Lesław Hostyński, Mistrz i uczeń. O Henryku Elzenbergu i Zbigniewie Herbercie, "Tygodnik Powszechny" 1999, nr 16, dodatek "Kontrapunkt", s. III, VIII. Hostyński opiera się tam "na relacji bratowej Elzenberga, pani Heleny Wirskiej" (przypis 6).

[17] Henryk Elzenberg, [Z archiwum Henryka Elzenberga], "Heksis" 1998, nr 2, s. 97. W dalszej części listu Elzenberg wydaje dyspozycje co do swojej biblioteki: "[...] część (co tylko Cię będzie interesowało) zachowałbyś dla siebie, a pewną ilością książek należałoby w nierównych dawkach, obdarować różne osoby, - przede wszystkim Herberta" (s. 98; podkreślenie za oryginałem). Fragmenty tego listu (łącznie z frazą "Ale wykluczam absolutnie Bogusława Wolniewicza") znajdują się również w: Robert Zaborowski, Dramat filozofa. Henryk Elzenberg w rękach wydawców (1), "Przegląd Artystyczno-Literacki", 2000, nr 4, s. 82-92.

Zbigniew Herbert wymyśla swoje życie
Aneks

Po ośmiu latach dopisuję aneks do starej notki "Zbigniew Herbert wymyśla swoje życie. Materiały do biografii", by skonfrontować ją z wielką biografią poety pióra Andrzeja Franaszka [1] oraz (w mniejszym stopniu) z drugim, poprawionym i poszerzonym wydaniem Pana od poezji Joanny Siedleckiej [2].

Jak się okazuje, nie muszę niczego odwoływać. Wszystko to, co uznałem osiem lat temu za biograficzne zmyślenia Herberta, pozostało zmyśleniem. W szczególności nie pojawiły się dotąd żadne dokumenty ani świadectwa z pierwszej ręki o jego zaprzysiężeniu do AK lub o zaangażowaniu w robotę konspiracyjną - i kwestię tę chyba można uznać za zamkniętą. Co warte podkreślenia, ponieważ jeszcze do niedawna również w poważnych publikacjach trafiały się na ten temat mgliste wzmianki [3], natomiast ludzie mniej poważni wierzyli nawet najfantastyczniejszym plotkom [4].

Teraz jednak inaczej rozłożyłbym akcenty oraz skorygowałbym chronologię.

Dziś bowiem uważam, że głównym motorem tych zmyśleń nie była próba sprostania oczekiwaniom otoczenia, lecz choroba. Prawdopodobnie przynajmniej część biograficznych fantazji wyroiła się w fazie manii w przebiegu choroby afektywnej dwubiegunowej, gdy - mówiąc słowami samego Herberta - jego "osąd rzeczy był zmącony" [5]; potem zaś może trzeba było brnąć w kolejne zmyślenia, by ratować stare.

Owszem, wpływ cudzych oczekiwań to czynnik niebagatelny, ale chyba wtórny. Zdrowy Herbert może z większą dozą ironii przyjmowałby hagiografie, które fundowali mu ludzie z tak różnych parafii, jak Leopold Tyrmand czy Adam Michnik. Aczkolwiek presja stała się z czasem olbrzymia. Maria Oberc (Herbert zadedykuje jej potem Wilki z tomu Rovigo) w roku 1975 pisze do niego - najzupełniej serio - "i cóż, Wieszczu Narodowy?" (Herbert. Biografia, II, s. 421) [6].

Do tego dochodzą jeszcze dwa pomniejsze ciernie.

Po pierwsze, obracał się wśród ludzi, z których wielu miało ładną kartę okupacyjną. Przyjaciel Herberta, młodszy od niego o dwa lata Zbigniew Czajkowski, walczył w powstaniu warszawskim [7], z kolei szwagier, Tadeusz Żebrowski, walczył we wrześniu 1939 roku i działał potem w konspiracji. Do AK należeli mężowie jego kochanek: porządny, ale nudny Edmund Misiołek i Aleksander Gella. Walczył w lesie również prześladujący go Tadeusz Różewicz, "merdający ogonkiem". I co tu dużo mówić, przecież nawet Czesław Miłosz, którego podobno wyzwał od tchórzy, bardziej był zaangażowany w konspirację niż on.

Po drugie, od lat 60. szedł na różne kompromisy z komunistyczną władzą; siedział okrakiem - ani emigrant, ani krajowiec. "On tu jakoś stale żyje na konsularnym paszp[orcie] - ale jak on to robi?" - pytał w 1969 roku z Berlina Lem Mrożka [8]. Giedroyc do Miłosza: "nie lubię tego spryciku: nic nie robiąc, bynajmniej się nie angażując, buduje sobie legendę bezkompromisowego opozycjonisty (Herbert. Biografia, II, s. 282). Miłosz do Artura Międzyrzeckiego: "Krótko mówiąc, nie jest to człowiek prawdomówny, przeciwnie, ze skłonnością do mitomanii, a poza tym ekwilibrystyka mieszkania latami za granicą na paszporcie PRL nie może nie działać demoralizująco" (list z 22 marca 1971). Ślub też wziął w bojkotowanym przez emigrację konsulacie PRL w Paryżu (naturalnie cywilny, ale kościelnego potem nie było) - i to w marcu nie najwspanialszego roku 1968 [9]. Musiał więc zdawać sobie sprawę, że wszyscy dookoła widzą te jego paszportowe slalomy.

Przypuszczalnie nawet w pełni sił próbowałby opowiedzieć swoje życie jakoś inaczej, ale może nie aż tak głupio, gdy wzmożeniem fantazji rządził od początku lat 60. rytm choroby i coraz ostrzejsze jej objawy.

Trzy poniższe przykłady pokazują, jak to narastało.

W 1960 roku w liście do swojego niemieckiego tłumacza, Heinricha Kunstmanna, zmyśla jeszcze skromnie i ogólnikowo:

"Niech mi Pan wybaczy tą konspirację. Mam do tego wstręt (piętnaście lat po wojnie!, którą spędziłem w podziemiu)" (Herbert. Biografia, I, s. 734; pisownia oryginału, wyróżnienie moje).
Ale już pięć lat później wysyła Miłoszowi (przygotowującemu dla wydawnictwa Penguin wybór jego wierszy) notę biograficzną niemal w całości utkaną z najróżniejszych zmyśleń:
postanowiono mnie oddać do korpusu kadetów. Na egzaminie konkursowym dawałem celowo tak kretyńskie odpowiedzi, że mimo silnej protekcji nie przywdziano mnie [...] w mundur. [...] 1939 - wojna zaskakuje nas pod Lwowem. Tata szuka swego pułku. [...] Przenosimy się do Lwowa. Ojciec musi się ukrywać. [...] Zakładam organizację, której zadaniem jest mały sabotaż, zdzieranie afiszów, portretów, strajk szkolny na 3 maja. Przed aresztowaniem broni mnie prof. Henryk Balk (polonista, poeta, komunista). Przez tydzień w czasie godzin szkolnych bada mnie dwóch towarzyszy z NKWD w sali konferencyjnej w obecności rosyjskiej dyrektorki. Bicie, ale bez przesady. [...] Do AK przechodziło się niejako automatycznie (podchorążówka). Łacina i rozbieranie karabinu maszynowego. Z Cezarem to się nawet trochę zgadzało, z Horacym już mniej. [...] W roku 1944 rodzina przenosi się pod Kraków. [...] Tutaj już zacząłem wąchać proch. W czasie jednego z manewrów [...] łapią mnie Niemcy. Do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego mnie nie rozstrzelali (Herbert. Biografia, I, s. 205; wszystkie opuszczenia powtarzam za Franaszkiem).
Jeszcze barwniej blaguje przed cudzoziemcami. Larry Levis, student Herberta w Los Angeles w roku 1970/1971, zapamiętał taką mrożącą krew w żyłach historię, wymyśloną od ręki, gdy odwoził swego profesora do domu:
- Zbigniewie, nigdy nie prowadziłeś samochodu?
- Raz mi się zdarzyło.
- Kiedy?
Na chwilę zamilkł, a potem odpowiedział:
- Po spotkaniu konspiracyjnym. Chłopiec, który był kierowcą, czekał na mnie w samochodzie. Ale martwy. Naziści go zabili. Jednym strzałem, to było w ich stylu. Kiedy podszedłem... Zobaczyłem go. To była błyskawiczna szkoła jazdy. Zepchnąłem ciało na siedzenie obok. I ruszyłem. Ten jeden raz. Obok mnie siedział trup. A ja prowadziłem (Herbert. Biografia, I, s. 204) [10].
Andrzej Franaszek przekonująco dowodzi, że wiele z tych zmyśleń mogło wykiełkować (a potem bujnie się rozrastać) z ziaren znacznie mniej efektownej prawdy. Raczej nie to zmyślenie z trupem na siedzeniu obok, lecz już na przykład to z sabotażem w szkole i przesłuchiwaniem przez dwóch enkawudzistów, którzy biją, "ale bez przesady". W rzeczywistości może napisał prześmiewczą fraszkę na tablicy i trochę na niego nakrzyczano (Herbert. Biografia, I, s. 142). Zatem nie można też wykluczyć, że i w Krakowie przeniósł jakąś bibułę (Herbert. Biografia, I, s. 207), co potem w udramatyzowanej mitologii zmieniło się w dwa lata kontaktów z "bandytami z lasu" [11].

Taka geneza również wskazywałaby na wpływ stanów euforycznych, które rzadko wytwarzają pełne iluzje, natomiast częściej zmieniają percepcję; jedne fragmenty rzeczywistości wyolbrzymiając i ubarwiając, a inne spychając w niepamięć. Zresztą fach poety polega między innymi i na tym, by z małego ziarna ulotnej impresji, a czasem tylko z czystej możliwości jakiegoś zdarzenia, cierpliwie wyhodować wiersz - miał więc w tej robocie wprawę.

W podobny sposób powstała jego wersja słynnej amerykańskiej awantury z Miłoszem. Jak tam było, tak tam było, ale żaden z pięciorga świadków nie potwierdza, jakoby Miłosz powiedział, nawet w rzuconym po pijanemu żarcie, że "trzeba przyłączyć Polskę do Związku Radzieckiego" (Pojedynki Pana Cogito, s. 1). Wykiełkowało, bo Miłosz mógł tak powiedzieć. Franaszek cytuje list Aleksandra Gelli do Jerzego Giedroycia, wcześniej nieznany, a napisany niemal na gorąco i nie ma tam nic o przyłączaniu Polski do ZSRR (Herbert. Biografia, II, s. 249-250). Gella zaś zdecydowanie trzymał stronę Herberta ("również byłego żołnierza AK" - jak sądził), więc zapewne nie odmówiłby sobie przytoczenia tak smakowitego dowodu Miłoszowego renegactwa, tym bardziej że poruszał ten temat w liście ("Okazało się też, że pan Miłosz nie wie, do jakiego narodu należy", Pan od poezji - wydanie drugie, s. 474) [12].

Ta sama reguła dotyczy także zmyśleń mniejszej wagi.

"A potem zdałem na Akademię, okazało się, że bardzo dobrze rysuję. Dostałem trzecią lokatę na tysiąc pięćset ubiegających się" (Herbert. Biografia, I, s. 228; w przypisie 136 na s. 230 informacja kierowniczki Archiwum Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, że "Zbigniew Herbert nie zdawał egzaminu wstępnego i nie był studentem krakowskiej ASP").

"Zdaję też do szkoły aktorskiej. Znów jestem w pierwszej dziesiątce. [...] Osterwa powiedział, że będę aktorem. Nikomu tego nie mówił. Ale mnie tak. Powiedział nawet, że będę wybitnym aktorem. Nie komicznym, ale dramatycznym. Nie takim, co zagra Fonsia, ale Hamleta" (Herbert. Biografia, I, s. 231).

Co Franaszek dobrotliwie komentuje:
Można byłoby także powiedzieć, że tworząc historię swoich studiów malarskich czy aktorskich, Herbert jedynie nieco retuszował rzeczywistość, nadając oficjalne formy swoim rzeczywistym zainteresowaniom i uzdolnieniom. W gruncie rzeczy mógł przecież zostać malarzem czy nawet aktorem [...] (Herbert. Biografia, I, s. 232; wyróżnienie moje).
Zdaje się, że nawet papkinowska z ducha opowieść o pojedynku w Lasku Bielańskim wykiełkowała z rzeczywistego zdarzenia. Najpierw wersja Herberta:
- Mam doświadczenie, w młodości pojedynkowałem się dwukrotnie. Raz poszło o kobietę...
- Narzeczoną?
- Skąd, nawet jej nie znałem, ale w mojej obecności jakiś typ ją obraził. Nie miałem wyjścia, wyzwałem go na pojedynek.
- Na pistolety?
- Wybór broni należał do przeciwnika, a ten zażądał szabli. Sekundanci uzgodnili, że będziemy się bili do trzeciej krwi, Całą noc nie spałem. Nie ze strachu - bałem się, zaśpię. Mieliśmy się bowiem potykać o szóstej rano w Lasku Bielańskim. Dwa razy on mnie zahaczył, ale ja o mało co nie odrąbałem mu ucha. Jak się okazało, był zawodowym oficerem, ja natomiast szablę trzymałem w ręku pierwszy raz w życiu, tak że wynik okazał się wcale niezły" (Pojedynki Pana Cogito, s. 1).
Natomiast według Zdzisława Najdera z tym obrażającym typem, obrażoną kobietą, pojedynkiem i Herbertem naprawdę było tak:
Z Leopoldem [Tyrmandem] jest związana historyjka, którą już chyba opowiadałem, ale nie w druku. Pewnego dnia Zygmunt Kubiak, z którym myśmy się przyjaźnili nie bardzo blisko, bo był zawsze pochłonięty poważnymi rzeczami, gdzieś coś tłumaczył, coś czytał, coś przeżywał, przyprowadził swoją narzeczoną, żeby ją pokazać Leopoldowi. Mnie przy tym nie było, tylko opowieść znam. Jakbym to widział: bardzo jest tam ciasno i Leopold chciał zdjąć płaszcz przyszłej żonie Zygmunta. Ona powiedziała: "Nie, nie, dziękuję, sama". A Leopold na to: "Wspaniała kobieta, sama się rozbiera". Zygmunt Zosię za rękę i mówi: "Zosia, idziemy!". Wyszedł i wyzwał Leopolda na pojedynek!

Niemożliwe.

Tak, i sekundantem obu stron był Zbyszek Herbert. Oni nie uzgodnili, że będą mieli tego samego sekundanta, tylko tak wyszło. Zbyszek się tym szalenie bawił, oczywiście, i negocjował, czy to będzie na widelce, czy jakoś tam. W końcu się to rozładowało, ale Zygmunt się przeprosić nie dał i stosunki pozostały zmrożone. Tak nie można się zachowywać wobec kobiet i już. Leopold oczywiście też się tym bawił, to było jak najbardziej w jego stylu [13].

I jeszcze Herbert przeciwko Herbertowi. Historia o tym, jak doszło do zamknięcia "Tygodnika Powszechnego" w 1953 roku. Tak relacjonował to zaraz po wypadkach profesorowi Henrykowi Elzenbergowi:
Ostatnie trzy tygodnie spędziłem w niebywałym zamęcie wielkich spraw i nadziei. Żyłem jak rozbitek uczepiony tratwy.
[...]
Mówiąc bez przenośni, siedziałem w Krakowie w redakcji "Tygodnika Powszechnego". Było to pismo, z którym od lat byłem związany licznymi węzłami. Imperatyw Hamletowski kazał mi dokumentować w sposób absurdalny swoją solidarność w czasie gdy istnienie trzeba okupić hańbą. Oczywiście wybrano śmierć: jest to wybór najcięższy dla tych, którzy znają cenę życia (oczywiście mówię nie o sobie, bo ja tam grałem rolę statysty) [14].
A tak opowiadał o tym po przeszło czterdziestu latach Januszowi Maciejewskiemu:
Po śmierci Stalina zrobiliśmy zebranie. Oto moja wersja jego przebiegu, przy której obstaję i mam na to świadków. Byłem członkiem redakcji, bez pensji i mieszkania, ale byłem. Zabrałem głos: "Nie widzę «Tygodnika» ze Stalinem na pierwszej stronie a Matką Boską na ostatniej, choć - Jerzy zaświadczy - nie jestem praktykującym katolikiem". Potem dyskusja. Ksiądz Bardecki za mną. Pani Malewska za mną. Każdy różnie to uzasadniał, ale dla mnie była to przede wszystkim "potęga smaku". Były też głosy "polityczne". Turowicz rozważał: "Może bez zdjęcia, napiszmy tylko, że zmarł wielki mąż stanu". Ale ja wiedziałem, czułem, że oni coś przeciw "Tygodnikowi" przygotowują. I że chyba nawet jak damy Stalina, to powiedzą, że nie o to chodziło. Większość była tego samego zdania, co ja. I na tym stanęło [15].
Fantazje Herberta można zrozumieć - był chory. Natomiast zadziwia, że chyba nikt nigdy nie próbował go, rozfantazjowanego, mitygować ani też (niejako odwrotnie) nie próbował drążyć tych fantazji zadając dociekliwe pytania. Herbert plótł w najlepsze różne androny, a jego rozmówcy nawet tego nie komentowali.
Miałem chyba największy i najciekawszy zoolog w środkowej, a może nawet w zachodniej Europie. A może nawet na świecie. Miałem psa, który miał trzy nogi: kto miał psa o trzech nogach? [16]. Ojciec mój się ukrywał. A ja w wieku 15 lat stałem się szefem rodziny. Musiałem zarabiać, a oprócz tego założyłem 13-osobową grupę konspiracyjną [...] Umiem do dzisiaj zrobić sekcję zwłok (Nie zapowiadałem się, s. 54, 59).
Może byli chorzy innym rodzajem choroby.
[1] Andrzej Franaszek, Herbert. Biografia, tom 1: Niepokój, tom II: Pan Cogito, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018. Dalej cytuję jako Herbert. Biografia z podaniem numeru tomu i strony.

[2] Joanna Siedlecka, Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie, wydanie drugie, poprawione i poszerzone, Wydawnictwo Fronda PL, Warszawa 2018. Dalej cytuję jako Pan od poezji - wydanie drugie.

[3] W Kalendarium zamieszczonym w książce Wierność. Wspomnienia o Zbigniewie Herbercie (wybór, redakcja i opracowanie Anna Romaniuk, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2014) przy roku 1944 uwaga: "Prawdopodobne zaprzysiężenie w podchorążówce AK" (s. 512), a przy latach 1945-1947" "Prawdopodobne uczestnictwo w działaniach AK (zadania obserwacyjne)" (s. 513).

Nb. Kalendarium to jest generalnie dość uładzone i oględne. Nawet romans z dzieciatą mężatką, bez wątpienia skonsumowany wielokrotnie, co przynajmniej raz skończyło się aborcją, to "1948-1956 - bliska relacja z Haliną Misiołkową" (s. 513).

Informacja o aborcji pochodzi ze wspomnienia Haliny Misiołek zamieszczonego w Panu od poezji:

"Zasypywał listami, wierszami, tak że rozstanie jeszcze bardziej nasz związek umocniło. Tym bardziej że… Nie mogliśmy jednak pozwolić sobie na nasze dziecko, to znaczy ja chciałam urodzić mu syna, ale on nie chciał, a nie mogłam i nie chciałam mu się przeciwstawiać. Zdecydowałam się więc na zabieg. Pisał o tym w Nie mam komu z Podwójnego oddechu:

Nad zaciekami ciemnych snów

i nad rozpaczą nocnych godzin

czuwa Twój krzyk i piąstki dwie

i martwy dzień Twych nienarodzin" (Pan od poezji - wydanie drugie, s. 202).

Andrzej Franaszek komentując ten wiersz zostawił jeszcze sprawę otwartą:

"Zaskakujący to wiersz, nawet jeśli pamiętać o bardzo emocjonalnej tonacji całego zbioru, jest on bowiem kołysanką układaną dla nienarodzonego, a może tylko wyobrażonego dziecka" (Herbert. Biografia, I, s. 346; wyróżnienie moje).

Wspomnienie Haliny Misiołek znał wtedy bowiem w wersji z Wierności, w której fragment: "[...] to znaczy ja chciałam urodzić mu syna, ale on nie chciał, a nie mogłam i nie chciałam mu się przeciwstawiać. Zdecydowałam się więc na zabieg", został opuszczony (bo opuściła go Siedlecka w pierwszym wydaniu Pana od poezji).

Za to w innym miejscu dyskretnie odnotował, że Herbert w latach 60. pomógł sfinansować aborcję Romie Ligockiej, która napisała o tym w swojej Dziewczynce w czerwonym płaszczyku:

"Jestem już w prawie dwunastym tygodniu ciąży, a my czekamy jak dwoje zrozpaczonych dzieci, by zdarzył się cud. Janek zdobył w jakiś sposób pewien adres na Węgrzech. Nie możemy mieć tego dziecka, a w Austrii zabieg jest zabroniony. [...] Tylko nasz przyjaciel Zbigniew wie o wszystkim. Patrzył na mnie długo i w końcu spytał, dlaczego tak źle wyglądam, a ja powiedziałam mu prawdę. Pewnego dnia wetknął mi dyskretnie zwitek banknotów: »Na zabieg...«" (Herbert. Biografia, II, s. 102-103, przypis 220).

Podaję to wszystko jedynie w przypisie, ponieważ Zbigniew Herbert o tych wydarzeniach ze swojego życia w ogóle nie mówił, więc i niczego nie zmyślał.

[4] Przykładem takiej wiary w fantastyczne plotki może być choćby ten fragment kuriozalnej recenzji z Pana od poezji:

"Siedlecka z tej wypowiedzi [żony Herberta] zacytowała jedynie:

«W Krakowie związał się z organizacją wojskową. Śledził osoby współpracujące z Niemcami. Przyczynił się do wydania kobiety, która donosiła na Gestapo i na którą wydano wyrok».

Pominęła więc konkretne zapewnienie pani Katarzyny, że Herbert był zaprzysiężonym AK-owcem. Ale też pominęła traumę, jaką było dla Poety wspomnienie tamtej kobiety-agentki, jej losu. To ostatnie doskonale tłumaczy jego niechęć do powracania do tematu AK. Tu dodam jeszcze - dziś już, niestety, nie do sprawdzenia - informację krążącą po Krakowie, jakoby dziewczyna, na którą wtedy doniósł, była jego... kochanką. Będąc z nią, miał podobno zwrócić uwagę na jej dziwne zachowania, w rezultacie zaczął ją śledzić, odkrywając... Historię tę dodatkowo komplikuje fakt, że dziewczyna była Żydówką, niewątpliwie w ten straszny sposób zapewniającą sobie możliwość mieszkania poza gettem i ewentualną szansę na przeżycie..." (Grzegorz Eberhardt, O patriotyzmie a także o zezowatej matce, Wydawnictwo Prohibita, Warszawa 2016, s. 422).

[5] O zmąconym osądzie pisał Herbert w 1994 roku w liście do Siegfrieda Unselda (cytowanym w: Paweł Zajas, Barbarzyńca w ogrodzie Suhrkampa, "Teksty Drugie", 2015, nr 5, s. 400) oraz w liście do Bogdany i Johna Carpenterów (Herbert. Biografia, II, s. 669). Kto chciałby wiedzieć więcej o chorobie Herberta, niech przeczyta w DODATKACH: "Zbigniew Herbert choruje na ChAD albo skandalicznie chory poeta".

[6] Nb. w 1978 roku Maria Oberc opublikuje artykuł Narodowy charakter poezji Herberta. Wiersze, które nie dają zapomnieć. Franaszek pomija go (chyba świadomie) w swojej bibliografii. Zresztą artykuł to łatwy do przeoczenia, bo zamieszczony w zbiorowym tomie ofiarowanym Izydorze Dąmbskiej, także orędowniczce poezji Herberta (Obercowa była jej uczennicą): Studia z teorii poznania i filozofii wartości, pod redakcją Władysława Stróżewskiego, Ossolineum, Wrocław 1978. "Wieszcza Narodowego" wprawdzie tam nie ma, ale Herberta porównuje się do Norwida, a jego poezję podsumowuje tak:

"Poezja Herberta jest poezją narodową, tak narodową jak cała nasza wielka literatura, niezależnie od epoki, w której ją tworzono, od formy, stylu i środków wyrazu" (s. 204).

[7] I napisał o tym godne uwagi wspomnienia: Zbigniew Czajkowski-Dębczyński, Dziennik powstańca, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1969. Drugie wydanie: Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2000. Trzecie wydanie: Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2014. Kto chciałby poznać tonację tych wspomnień, niech przeczyta w NOTATKACH: "Konspiracja w sieni na lewo. WYPISY".

[8] Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Listy 1956-1978, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s. 680; list z 27 listopada 1969. Mrożek do Lema: "Herbert nie jest emigrantem, mnie się też zdawało, że jestem emigrantem, kiedy jeszcze miałem paszport, teraz wiem, że nim nie byłem. My tu, na emigracji, bardzo dobrze o tym wiemy i on też wie i jest między nami zasadnicza, jakościowa różnica" (s. 690; list z 2 grudnia 1969).

Natomiast Marek Skwarnicki wspominał: "Gdy wyjeżdżał, cierpiał, że my, jego rodacy, się tu męczymy, gdy z kolei wracał, marzył, żeby wyrwać się z klatki, z zony PRL-u. Mieszkał między Paryżem a Warszawą, musiał więc gimnastykować się, udawać, lawirować - chciał jednak w kraju wydawać, być, co kosztowało (Pan od poezji - wydanie drugie, s. 445).

[9] "Choć oboje siedzieli przecież we Francji od dawna, mieli tzw. karty pobytu, mogli wziąć ślub w każdym merostwie, wzięli go w mateczniku PRL-u, na «Ubowie», wśród samych ubeków - w czerwonym, reżimowym konsulacie! Bojkotowanym zwłaszcza przez starą emigrację, której nie wypadało postawić tam nawet stopy!

Oprócz państwa młodych na «Ubowo» weszli więc jedynie ich świadkowie: druhna panny młodej... jej siostra Teresa i drużbant pana młodego, pijaniusieńki Jan Lebenstein, na trzeźwo pojawić się tam nie mógł. Pozostali nieliczni goście - Olga Scherer, Konstanty Jeleński, Magdalena i Zbigniew Czajkowscy, którzy zdążyli przylecieć z Londynu, stali przed konsulatem" (Pan od poezji - wydanie drugie, s. 477; poprawiłem oczywistą literówkę).

[10] Wersję angielską można znaleźć tutaj. Franaszek trafnie zauważa, że Herbert w tym wypadku bez problemu dostosował się do wyobrażeń odbiorcy i swoje wojenne zmyślenie upodobnił do sceny z sensacyjnego hollywoodzkiego filmu.

[11] "Potem Radosław wydał nieszczęsny rozkaz ujawnienia się. Byłem przeciwny. Dlaczego konspiracja miałaby ujawniać się wobec kolejnego wroga? Uważałem, że ta decyzja opiera się na niebezpiecznych złudzeniach, które doprowadzą do śmierci dziesiątków tysięcy młodych ludzi. [...] Straciłem kontakt z tamtymi środowiskami. Dałem nogę. Zdaje się, że nawet szukali mnie jako dezertera, ale ja już wtedy byłem w innej, dobrze uzbrojonej armii. Dwa lata trwał mój kontakt z «bandytami z lasu». Wycofałem się, gdy doszedłem do wniosku, że partyzantka się degeneruje, że lepszym pomysłem jest tupamaros (partyzantka miejska). Każdy człowiek pragnie usprawiedliwienia swych decyzji, ale czułem i do dziś czuję szacunek do tych, którzy pozostali do końca wierni przysiędze, w lasach, bez nadziei" (Pojedynki Pana Cogito. Ze Zbigniewem Herbertem rozmawiają Anna Poppek i Andrzej Gelberg, "Tygodnik Solidarność", 11 listopada 1994, s. 1). Dalej cytuję jako Pojedynki Pana Cogito.

[12] To zdanie cytuję za Siedlecką, gdyż Franaszek pominął najostrzejsze sądy Gelli o Miłoszu, łącznie z gorzkim podsumowaniem: "jak bardzo smutne jest to, że człowiek z taką nienawiścią do wszystkiego, co polskie, jest dla cudzoziemców na zachodnim wybrzeżu Ameryki najwybitniejszym przedstawicielem polskiej kultury" (Pan od poezji - wydanie drugie, s. 475). Natomiast Siedlecka w swojej relacji zmyśliła, że według Carpenterów, gospodarzy tej niefortunnej kolacji, cały spór był "furiackim atakiem pijanego Herberta za żart Miłosza o tym, że Polskę należałoby przyłączyć do Związku Sowieckiego" (Pan od poezji - wydanie drugie, s. 473). Tymczasem Bogdana Carpenter twierdzi, że takiego żartu w ogóle nie było:

"Typically, it is claimed that Miłosz provoked the incident by suggesting that Poland be added to the Soviet Empire as the 17th republic. Bogdana said this comment never happened. The provocation was invented by Herbert twenty years after the event, she said" ("The worst dinner party ever. Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert, and the lady who watched the fight").

Nb. ani Franaszek, ani Siedlecka nawet słowem nie wspominają, że Gella zapewne czuł się bardzo niekomfortowo w roli obiektywnego sprawozdawcy tego sporu (czego się podjął na prośbę Giedroycia). Jeśli bowiem napisałby coś przykrego o Herbercie, mogłoby to zostać zinterpretowane jako kierowanie się niskimi emocjami w stosunku do byłego kochanka żony. Natomiast wobec Miłosza nie musiał mieć takich skrupułów.

Niektórzy natomiast bez skrupułów mitologizują opowieść Herberta. Waldemar Łysiak niefrasobliwie myli daty (dwukrotnie 1969 zamiast 1968), ale jednocześnie traktuje tę opowieść jako niepodważalny fakt. W jego wersji Miłosz już wręcz "marzył o przyłączeniu Polski do ZSRR!" (Waldemar Łysiak, Rzeczpospolita kłamców. Salon, Wydawnictwo Nobilis, Warszawa 2004, s. 328; wyróżnienie moje). Natomiast w dziarskiej wersji Grzegorza Eberhardta Herbert "dał w twarz temu, który nie widział nic złego w ewentualnym byciu przez Polskę kolejną republiką Kraju Rad..." (Grzegorz Eberhardt, Pisarz dla dorosłych. Opowieść o Józefie Mackiewiczu, Wydawnictwo Prohibita, Warszawa 2013, s. 259).

[13] Jan Pawelec, Paweł Szeliga, Nadgonić czas. Wywiad rzeka ze Zdzisławem Najderem, Świat Książki, Warszawa 2014, s. 128-129.

[14] Zbigniew Herbert, Henryk Elzenberg, Korespondencja, redakcja i posłowie Barbara Toruńczyk, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2002, s. 51; list z 4 kwietnia 1953, wyróżnienie moje.

[15] Nie zapowiadałem się na poetę. Ze Zbigniewem Herbertem rozmawia Janusz Maciejewski, "Odra" 2008, nr 9, s. 63; wyróżnienie moje. Dalej cytuję jako Nie zapowiadałem się.

[16] Powieści, wiersze, czeki. Dialog Krzysztofa Karaska ze Zbigniewem Herbertem, "Rzeczpospolita" 26-27 lipca 2008.

Zbigniew Herbert ma ChAD
albo skandalicznie chory poeta

Skandal wybuchł już nazajutrz po śmierci Herberta, gdy Tomasz Jastrun - który najwidoczniej nie mógł się za żadne skarby powstrzymać - napisał w jednej z gazet:
Jest wiadome, że Herbert był chory i była to forma choroby psychicznej. O tym się w Polsce nie mówi, a miało to wpływ na jego ostatnie wypowiedzi. Niewiele ostatnio napisał, miał kilka wypowiedzi kontrowersyjnych, np. atak na Miłosza, który go wypromował ("Życie", 29 lipca 1998).
Wprawdzie redakcja "Życia" następnego dnia przeprosiła za te "sformułowania, które nie mieszczą się ani w kategoriach dobrego smaku, ani powszechnie przyjętego obyczaju", ale Jastrun ze swoimi rewelacjami szalał dalej.
W każdym człowieku mieszka kilku ludzi, są też upiory, mieli je nawet święci, mocowali się [z] nimi. I są choroby, które powodują, że jesteśmy słabsi od swoich demonów. W Polsce osoby publiczne nie cierpią na psychiczne schorzenia. Czy nie czas zerwać z tą tradycją? Herbert był chory na cyklofrenię (depresja, z fazami obniżenia nastroju i pobudzenia). To zapewne w tej ostatniej fazie szokująco brutalnie zaatakował wielu, jakoś nisko, niemądrze. Miłosz jako słabo piszący po polsku, morderca intelektualny. Dla tych, co znali charakter choroby, wszystko było jasne, mimo ciemnych barw zdarzenia. Ta choroba nie zmienia istoty osobowości, wzmacnia co już jest. A w nim zawsze była niezłomność, pogarda dla kompromisu i cholerny temperament [1].
Jastrun wiedział, co mówi, bo jego matka, Mieczysława Buczkówna, też była chora na cyklofrenię i oboje z Herbertem leczyli się w tym samym warszawskim Instytucie Psychiatrii i Neurologii przy ulicy Sobieskiego [2]. Niemniej, zważywszy na okoliczności, zachował się wyjątkowo paskudnie, nic więc dziwnego, że swoją dziką lustracją sprowokował trwające latami szaleństwo zaprzeczeń [3]. Zaprzeczeń, jak się potem okazało, krótkowzrocznych, skoro to właśnie chorobą można by usprawiedliwić i słabsze wiersze Herberta [4], i jego nonszalancję prowadzącą do oskarżeń o plagiat [5], i alkoholowe brewerie [6], i biograficzne zmyślenia [7], i nawet rozchełstane życie uczuciowe... Bo, owszem, da się jeszcze wybaczyć wieszczowi Polaków, że obłapia młodziutką Niemeczkę, która mogłaby być jego córką, ale nie to, że ta smarkula mówi do niego "Koko", a jemu robią się od tego maślane oczy (Herbert. Biografia, II, s. 219) [8]. Pan Cogito jako Herr Koko?

Choroba Herberta bywa różnie nazywana. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych - a właśnie wtedy zdiagnozowano ją u niego we Francji i to w dość dramatycznej sytuacji [9] - mówiono na nią: cyklofrenia albo inaczej: psychoza maniakalno-depresyjna [10]. Dziś wprawdzie używa się mniej stygmatyzujących określeń - zaburzenia afektywne dwubiegunowe lub choroba afektywna dwubiegunowa (ChAD) - ale chodzi o tę samą przypadłość.

Herbert najprawdopodobniej zaczął na nią chorować dużo wcześniej i wcześnie też zaczął wypatrywać u siebie jej objawów, ponieważ na cyklofrenię chorowała jego matka, a podłoże tej choroby jest po części genetyczne [11]. Tyle że z początku wyglądało to jak falowanie nastrojów: trochę niepokojące, lecz jeszcze nie z obszaru patologii.

W sobotę byłem u Zbyszka [Herberta] - zanotował w dzienniku we wrześniu 1961 Jan Józef Szczepański - i przyprowadziłem z sobą Łozińskich, których nie znał. Potem wszyscy razem poszliśmy do Jędrka [Jakimowicza], gdzie Zbyszek wpadł w ferwor i rozśmieszał nas przez kilka godzin aż do kolek. Ale jest coś niespokojnego, coś ponurego w tle tej pogody [12].
Były też inne symptomy, mniej charakterystyczne. Nieco wcześniej, na początku roku 1961, podczas pobytu w sanatorium ni stąd, ni zowąd, już trzydziestosześcioletni, nauczył się palić i niemal natychmiast wpadł w nałóg (Herbert. Biografia, I, s. 735). Po dwóch latach pali jak smok - papierosa za papierosem, "które odpala jeden od drugiego", a potem "łapczywie «wysysa»" (Herbert. Biografia, II, s. 31). Tak już zostanie do końca, choć palenie rujnuje go fizycznie i w końcu zabije [13].

Jednak z czasem depresje nachodziły go coraz częściej, trwały coraz dłużej i były coraz czarniejsze [14]. Francuska diagnoza niestety nie stała się przełomem, bo leczył się nieregularnie i do tego ostro palił, ostro pił i wciąż wdawał w liczne romanse - a taki tryb życia potrafi rozhuśtać emocjonalnie nawet zdrowego. Z depresji był przynajmniej ten pożytek, że wtedy trochę pokorniał i posłusznie brał leki: Tofranil [15] i lit [16].

Natomiast fazy manii są bardziej podstępne, gdyż podszywają się pod stany twórczego entuzjazmu i natchnienia. I w istocie mania potrafi być twórcza, bo wzmacnia pewność siebie, a wszystkie przeszkody wydają się wtedy łatwe do pokonania (i może dlatego wśród chorych na ChAD jest tak wielu artystów [17]). Gorzej, gdy to wzmocnienie urasta już do hipermonstrualnych rozmiarów.

W 1990 roku w przypływie euforii Herbert snuje fantasmagoryczne plany związane ze szkicowanym wtedy dramatem "Trzy lekcje lustra". Planuje, że "kolejne światowe premiery będą miały miejsce w Royal Shakespeare Company w Londynie oraz w mediolańskim Piccolo Teatro", a "The New York Review of Books" wydrukuje - to oczywiste nawiązanie do Manna - esej "Jak pisałem «Trzy lekcje lustra»" (Herbert. Biografia, II, 642). Ani dramat, ani esej nigdy nie powstały, a cała historia uderzająco przypomina euforyczne plany Nietzschego tuż przed turyńską katastrofą [18].

W tym samym roku przymierza się do założenia własnego wydawnictwa "Editions Esculapus" (Herbert. Biografia, II, 664-665). Ma już nawet rozrysowaną strukturę firmy i opracowany plan wydawniczy łącznie z broszurą "Jak wyzbyć się tabakizmu" (a cały czas, przypominam, pali jak smok). Rok później planuje wytoczyć proces wszystkim wydawcom: "generalna ofensywa przeciw moim oszczercom (proces w Polsce, zerwanie umów i odebranie copyright w Niemczech, Anglii, USA)" (Herbert. Biografia, II, s. 665). W planach ofensywnych, trzeba przyznać, Nietzsche go przelicytował: zapowiedział, że każe rozstrzelać cesarza Wilhelma i kanclerza Bismarcka [19].

Człowiek tak bardzo zajęty i stojący na progu wielkich wydarzeń naturalnie nie ma czasu ani ochoty, by się leczyć. Tym bardziej że przecież czuje się wspaniale. W styczniu 1991 Herbert pisze do Aleksandra Schenkera:

pracuję po osiemnaście godzin dziennie. Teraz trochę zwalniam. Wyrzuciłem lekarstwa, które czyniły ze mnie kalekę (dosłownie), a psychiatrom, począwszy od dwóch profesorów, dwóch docentów, dwóch szefów klinik i jednego chef de service [ordynatora], powiedziałem spokojnie, że są idiotami i mordercami (Herbert. Biografia, II, s. 663).
Ale po odstawieniu leków huśtawka rusza ze zdwojoną siłą. Jeszcze w tym samym roku w czasie pobytu w Izraelu ma depresję połączoną z zaburzeniami lękowymi, barykaduje się w pokoju i krzyczy po polsku, więc z hotelu dzwonią do polskiej ambasady po pomoc (Herbert. Biografia, II, s. 656-657). Jeszcze gorzej było we wrześniu 1990 we Francji, gdy wyjechał do Nicei, by spokojnie popracować w pensjonacie pallotynów:
[żona] odebrała w Paryżu alarmujący telefon, po którym chwyciła tylko torebkę i pojechała taksówką na lotnisko. Lot do Nicei trwał niewiele ponad godzinę, już na miejscu, w Maison du Seminaire, stanęła przed drzwiami pokoju, których nie dawało się uchylić, bo za nimi leżały stosy gazet, meble. Jej mąż krzyczał, nie chciał wyjść, groził, że jeśli to zrobi - to przez otwarte szeroko okno (Herbert. Biografia, II, s. 661).
Tak więc Herbert czasami naprawdę wariował. Nie ma sensu temu zaprzeczać. I najprawdopodobniej to właśnie te szaleństwa z początku lat 90. pogrzebały jego szanse na Nagrodę Nobla [20]. Zresztą później, już po dojściu do jakiej takiej równowagi, miał świadomość, jak bardzo sam sobie zaszkodził [21].

Rzecz jednak ostatecznie nie w tym, czy pisał wiersze i wydawał osądy polityczne w zdrowiu czy w chorobie, lecz w tym, czy wiersze są piękne, a sądy - trafne.

Co do wierszy, chyba niemal wszyscy zgadzają się, że spora ich garść zostanie na zawsze w polskiej poezji (choć nie każdy tę samą garść ma na myśli). Natomiast co do sądów politycznych, to zależy to w znacznym stopniu od przyjętej aksjomatyki. To, co chorobliwe w chorym poecie, ujawnia się w zależności od tego, co uznaje się za normalne.

Na przykład Andrzej Franaszek, autor fundamentalnej biografii Herberta, na którą wielokrotnie się tutaj powołuję, uważa, że w Polsce lat 90., było już normalnie, "sytuacja polityczna stała się stabilna" (Herbert. Biografia, II, s. 737) i w tej stabilności wręcz nudna, Herbert zaś "nie pasował do epoki nudy" [22].

Lata 90. jako epoka nudy? Kraj, w którym morduje się byłego premiera, a urzędującego, "o dobrodusznej twarzy opata dochodowego klasztoru", jego własny minister oskarża o szpiegostwo; kraj wywracany najpierw inflacją pożerającą uciułane grosze, a potem dla odmiany rosnącym lawinowo bezrobociem [23], był nudny? To kto tu jest wariat? Dziś już nawet "Gazeta Wyborcza" wtrąca tu i ówdzie, że to były jednak całkiem inne czasy [24].

Natomiast niektóre słowa Herberta z tamtych czasów nadal brzmią bardzo współcześnie:

Sam zastanawiałem się, dlaczego budząc się co dzień ze świadomością, że żyję w niepodległym kraju - odczuwam pewien dyskomfort. Myślę, że wynika to stąd, że nie wywalczyłem tego. Niepodległość dostaliśmy w prezencie od historii, za wolność nie zapłaciliśmy ani kropli krwi. Odbyło się tak, jakby komuniści nagle zmądrzeli i powiedzieli: "Już dalej nie będziemy robili tych wszystkich świństw, eee, tam, chodźmy lepiej na wódkę". Jak Polak z Polakiem [25].
Kto chciałby się przekonać, jaki ironiczny komentarz dopisała historia do tych słów, niech zajrzy tutaj (Włodek Czarzasty to Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej) [26].

Jeśli zaś idzie o Tomasza Jastruna, który tak bezkompromisowo zlustrował Herberta między zgonem a pogrzebem, to on sam też w kilkanaście lat później posmakował "formy choroby psychicznej". Życie mu zbrzydło, więc najpierw napisał grafomański wiersz.

I jestem z wami
Chociaż mnie nie ma
A teraz proszę
O chwilę milczenia

Właśnie przebiegło moje życie
W przeciągu westchnienia
Potem w przypływie szaleństwa dodał jeszcze komentarz polityczny i ocknął się w szpitalu psychiatrycznym [27].

Jak to szło? "Mała rozbita dusza z wielkim żalem nad sobą".

[1] Tomasz Jastrun, Pan Herbert, "Polityka", 8 sierpnia 1998, s. 41. O tym, co działo się po śmierci Herberta, pisał obszernie Janusz Drzewucki (Śmierć poety, [w:] Idem, Akropol i cebula. O Zbigniewie Herbercie, Tikkun, Warszawa 2004). Cytuje tam obie wypowiedzi Jastruna (s. 126; s. 132), ale trochę bardziej przycięte.

[2] Andrzej Franaszek, Herbert. Biografia, tom II: Pan Cogito, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 465. Dalej cytuję jako Herbert. Biografia z podaniem numeru tomu i strony.

Nb. sens wypowiedzi Jastruna nie odbiegał zbytnio od tego, co już czterdzieści lat wcześniej napisał w swojej notatce oficer Służby Bezpieczeństwa: "Herbert [...] to bardzo zdolny poeta, ale chory umysłowo. Melancholik, który izoluje się najczęściej od własnego otoczenia" (Herbert. Biografia, II, s. 190).

[3] Waldemar Łysiak uważał, że rewelacje Jastruna to diagnoza jak z sowieckich psychuszek (Rzeczpospolita kłamców. Salon, Wydawnictwo Nobilis, Warszawa 2004, s. 284). Z kolei Bohdan Urbankowski doniesienia o chorobie bagatelizował, bo to, że "w życiu każdego człowieka, nie tylko poety pojawiają się wzloty i depresje, jest faktem dość banalnym" (Poeta, czyli człowiek zwielokrotniony. Szkice o Zbigniewie Herbercie, Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne, Radom 2004, s. 713). Bagatelizująco o chorobie Herberta pisze do dziś Joanna Siedlecka w poszerzonym i poprawionym wydaniu Pana od poezji (Wydawnictwo Fronda PL, Warszawa 2018). "Choroba" czasem w cudzysłowie - i broń Boże nie żadna psychiczna, tylko zwyczajna depresja ("Jak większość twórców, miał też swoje depresje [...]", s. 441). Choć przecież depresja wymagająca leczenia w szpitalu psychiatrycznym również jest zaburzeniem psychicznym potrafiącym zrujnować życie.

Nb. takie "zastępcze" rozpoznawanie depresji zdarza się również w praktyce psychiatrycznej, a to wskutek nacisków bliskich chorego:

"Depresji nie należy rozpoznawać zastępczo. Prawdopodobnie ze względu na niezwykłą i nieadekwatną popularność określenia «depresja» wiele osób uznaje obecnie, że jest to choroba lepsza niż inne. W szczególności ma to być zaburzenie «lepsze» niż psychozy z kręgu schizofrenii. Zdarza się więc coraz częściej, że bliscy chorego wywierają naciski, aby «na razie» rozpoznać depresję zamiast innej choroby i «dać pacjentowi szansę». Z różnych względów nie należy ulegać takim naciskom" (Łukasz Święcicki, Co nie jest depresją, czyli jak nie rozpoznawać depresji?, "Psychiatria po Dyplomie", 2013, nr 1, s. 28).

[4] Z tego, że choroba zaczęła wpływać na jego twórczość, zdawał sobie sprawę sam Herbert. W 1994 roku pisał do Siegfrieda Unselda z wydawnictwa Suhrkamp o tomiku Rovigo (są w nim tak znane wiersze, jak Wilki czy Chodasiewicz):

"Ze wszystkich moich książek właśnie tej jestem najmniej pewien. Być może namysł nad nią trwał zbyt długo, zbyt wiele w niej przerabiałem dopisując poszczególne fragmenty w tej fazie życia, gdy mój osąd rzeczy był zmącony. Byłoby dobrze, gdyby ktoś, może nawet dwie osoby, poddały ten tom surowej krytyce" (cytuję za: Paweł Zajas, Barbarzyńca w ogrodzie Suhrkampa, "Teksty Drugie", 2015, nr 5, s. 400; wyróżnienie moje).

[5] Kto chciałby wiedzieć więcej o plagiacie Herberta, niech przeczyta w DODATKACH: "Plagiator Zbigniew Herbert albo zmora powszechnego niechlujstwa".

[6] W tym także rozdmuchaną do rozmiarów transatlantyckiego skandalu amerykańską kolację z Miłoszem, który wtedy podobno (w wersji późnego Herberta) chciał Polskę przyłączyć do ZSRR. Warto jednak pamiętać, że Herbert tuż-po-kolacyjny pisał do Miłosza: "Kochany Czesławie, wybacz że tak długo milczałem. Czy chcesz, czy nie chcesz będę Cię prześladował moją dziwną miłością do końca życia a nawet jakiś czas potem. [...] Proszę, bądź dla mnie wspaniałomyślny i wybaczający" (List do Czesława Miłosza z grudnia 1968, [w:] Zbigniew Herbert, Czesław Miłosz, Korespondencja, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2006, s. 99; wyróżnienie moje).

[7] Kto chciałby wiedzieć więcej o biograficznych zmyśleniach Herberta, niech przeczyta w DODATKACH: "Zbigniew Herbert wymyśla swoje życie. Materiały do biografii" oraz "Zbigniew Herbert wymyśla swoje życie. Aneks".

[8] Aby uniknąć nieporozumień: "Koko" jest poświadczony, natomiast nie znam świadectwa o maślanych oczach. Tą metaforą sam próbuję usprawiedliwić Herberta, który do swojej Kiki (on "Koko", ona "Kiki") tak pisał tuż przed ślubem z inną (troskliwą Katarzyną Dzieduszycką, już za niewiele godzin panią Herbert):

"jutro (dziś) żenię się. Tak. Chcę Cię zobaczyć i z Tobą porozmawiać. Mam nadzieję, że wkrótce. Wszystkie moje myśli są dla Ciebie" (Herbert. Biografia, II, s. 219).

Również biograf Herberta, Andrzej Franaszek, czuł potrzebę, by tę niezręczną sytuację (chory poeta, kochanka Kiki i opiekunka dobra na żonę) jakoś zmetaforyzować, ale chyba nieco przesadził z poetycznością:

"Kim zaś my jesteśmy, by rozsupłać węzeł, który łączy dwoje ludzi [to znaczy: Herberta z żoną, nie z Kiki], dostrzec złożoność uczuć dostępną może tylko oczom anioła?" (Herbert. Biografia, II, s. 222).

Osobiście nie zatrudniałbym anioła tam, gdzie w zupełności wystarczą właśnie maślane oczy i gęstniejąca mgła choroby.

[9] "Załamanie przyszło wczesną wiosną 1967 roku. Nad ranem, po jakiejś koszmarnej nocy, Herbert zadzwonił z Antony [pod Paryżem, gdzie mieszkał] do Katarzyny [przyszłej żony], mówił niezbornie, opowiadał, że ktoś go śledzi, że może wdał się w jakąś bójkę, ona tylko na poły go rozumiała, nie miało to jednak znaczenia, było przecież widać, że jest bardzo źle. Pojechała więc po niego, potem razem zaczęli szukać ratunku. André Frénaud dał im adres psychiatry, u którego sam się leczył, Herbert zgodził się na wizytę - nawet on musiał przyznać, że nie panuje już nad własnym umysłem" (Herbert. Biografia, II, s. 203).

Ale w zamieszczonym na końcu książki Franaszka Kalendarium życia Zbigniewa Herberta w opracowaniu Henryka Citki chronologia jest inna: "Francja, 15 czerwca - 4 grudnia 1966 [...] Jesienią lekarze francuscy diagnozują chorobę afektywną dwubiegunową; w tym czasie dużą pomoc okazuje mu jego przyjaciel, poeta André Frénaud" (Herbert. Biografia, II, s. 859).

W każdym razie list do Czesława Miłosza z maja 1967 podpisuje już zdiagnozowany jako "Zbigniew Coucou na Mougnu" (Herbert. Biografia, II, s. 211).

[10] W słuchowisku Listy naszych czytelników z roku 1972, w którym Herbert wykorzystał swoje osobiste doświadczenia z medycyną, bohater tak właśnie nazywa swoją chorobę: "Diagnoza: psychoza maniakalno-depresyjna" (Zbigniew Herbert, Listy naszych czytelników (Słuchowisko), [w:] Idem, Dramaty, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1997, s. 165). Kto chciałby wiedzieć więcej o Listach naszych czytelników i o przygodach, jakie się z nimi wiązały, niech przeczyta w NOTATKACH: "Zbigniew Herbert karmi głodnych partyjniaków. Donosik".

[11] Andrzej Franaszek przypuszcza, że falowania nastrojów zaczęły się u Herberta już koło trzydziestki (Herbert. Biografia, II, s. 207). Według Haliny Misiołek, kochanki młodości ("Pierwszej Wielkiej Opuszczonej"), w styczniu 1959 był "w bardzo złym stanie, bo przyjechał do Poznania, żeby odwiedzić matkę, która leczyła się w szpitalu dla nerwowo chorych w Kościanie. [...] Martwił się jej stanem, bał, że jest po niej obciążony, obsesyjnie wypatrywał u siebie oznak choroby (Joanna Siedlecka, Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie, wydanie drugie, poprawione i poszerzone, Wydawnictwo Fronda PL, Warszawa 2018, s 211; Dalej cytuję jako Pan od poezji - wydanie drugie).

Również Zdzisław Najder, przyjaciel od wczesnych lat pięćdziesiątych, twierdzi, że Herbert "zdawał sobie sprawę, jaka to jest choroba, zwłaszcza na początku, bał się jej, ale starał się ją zwalczyć. Potem było gorzej, zwłaszcza że poszedł drogą konwencjonalną, mianowicie odpędzał strach przed depresją piciem, a to zakręca pętle" (Jan Pawelec, Paweł Szeliga, Nadgonić czas. Wywiad rzeka ze Zdzisławem Najderem, Świat Książki, Warszawa 2014, s. 215).

[12] Jan Józef Szczepański, Dziennik, tom II: 1957-1963, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s. 471. Tak przypuszczalnie zaczynała się depresja. Natomiast trzy miesiące wcześniej Herbert był chyba w fazie manii; męczącej dla otoczenia, bo na upór chorego nie ma wtedy mocnych, a on sam jest niezmiernie przedsiębiorczy w realizowaniu wszystkiego, co tylko przyjdzie mu do głowy:

"Zbyszek Herbert, z którym przedwczoraj jadłem obiad u Dziennikarzy, porządnie mnie zmordował. Zaczęło się od uciążliwego certowania przy płaceniu. Kiedy nie chciałem mu ustąpić, zagroził, że się rozbierze i zaczął to robić, nie pesząc się konsternacją innych gości. Potem próbował mnie «złamać» popisami wokalnymi (to wszystko po dwóch kieliszkach wódki). Jakoś postawiłem na swoim, więc kiedyśmy wyszli, postanowił mnie odwieźć taksówką do Czytelnika. Taksówki jak na złość nigdzie nie było, co dało okazję do dalszych pomysłów. Zbysio zatrzymywał motocykl milicyjny, samochody prywatne, wreszcie złowił jakiegoś ministerialnego mercedesa. Pożegnałem go z pewną ulgą" (Tamże, s. 454).

Szczepański tak bardzo przeżył ten obiad z Herbertem, że przerobił go potem na opowiadanie Poeta w akcji.

[13] Halina Herbert-Żebrowska, siostra Herberta: "[...] palił do końca, zabiły go m.in. papierosy. Dlatego tak nie znosił szpitali, wypisywał się szybko na własne żądanie, ponieważ nie mógł palić, a próbował i pod tlenem, popiół strząsał do fiolek po lekarstwach".

Marian Grześczak: "I palił jak smok. Gdy odwiedziłem go po raz przedostatni, 3 maja 1998, palił dwa papierosy na raz, jeden za mnie, ponieważ rzuciłem. To było dramatyczne - inhalacja - papieros - inhalacja - papieros. Zdumiewało to nawet mnie, starego palacza".

Oba cytaty za: Pan od poezji - wydanie drugie, s. 619, 622.

[14] "W ostatnich miesiącach żyłem w potwornym psychicznym dole, niczym biedna Merlin Monroe przed samobójstwem, które w dalszym ciągu uważam za tchórzostwo" (List do Haliny Misiołek z 26 grudnia 1962, [w:] Zbigniew Herbert, Listy do Muzy. Prawdziwa historia nieskończonej miłości, Małgorzata Marchlewska Wydawnictwo, Gdynia 2000, s. 175. Pisownia "Merlin" zamiast "Marilyn" nie musi być błędem Herberta, gdyż wydanie to aż roi się od błędów. Również takich, których Herbert na pewno nigdy by nie popełnił; na przykład nie nazwałby swego ukochanego nauczyciela, Henryka Elzenberga, "Henrykiem Ehenbergiem", s. 43).

[15] "Kuracja Zbyszka polega na tym, że przez trzy tygodnie bierze Tofranil, razem z valium i wieczorem jeszcze dwa środki" (List Katarzyny Dzieduszyckiej [jeszcze nie żony] do Zdzisława Najdera z 24 kwietnia 1967, Herbert. Biografia, II, s. 204). Tofranil brała też matka Herberta ("W domu bez zmian. Mamunia łyka Tofranil", List Bolesława Herberta do syna z 9 sierpnia 1963, [w:] Zbigniew Herbert, Korespondencja rodzinna, Wydawnictwo Archidiecezji Lubelskiej Gaudium, Lublin 2008, s. 199), a także fikcyjny bohater jego Listów naszych przyjaciół.

[16] "[W latach 70.] przyjeżdża na wykłady na Uniwersytet Gdański. Aula jest pełna, Wykład wyraźnie mu nie idzie. Nie wiedziałem wówczas, że zaczyna się ta straszna cyklofreniczna huśtawka, że poeta spada, w otchłanie melancholii i depresji. Potem prosi mnie o jakiegoś znajomego lekarza i żeby mu zapisać lit" (Zbigniew Żakiewicz, Herbertowe odpryski, [w:] Wierność. Wspomnienia o Zbigniewie Herbercie, opracowanie Anna Romaniuk, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2014; korzystałem z wersji elektronicznej przygotowanej przez Ewę Modlińską).

[17] Znane nazwiska (Marek Grechuta, Graham Greene, Gustav Mahler, Wojciech Młynarski, Ota Pavel, Jackson Pollock, Virginia Woolf, etc., etc., być może Konstanty Ildefons Gałczyński) bez trudu znajdziecie sobie sami, ale zależność ta dotyczy również przeciętnych chorych.

"Z zamieszczonych powyżej danych wynika, iż w grupie chorych w porównaniu z grupą kontrolną zdrowych, istotnie częściej występują uzdolnienia plastyczne, muzyczne oraz literackie. Nie ma istotnej różnicy dla przejawiania zdolności z nauk ścisłych pomiędzy obiema grupami" (Paulina Klonowska-Woźniak, Badanie cech kreatywności w chorobie afektywnej dwubiegunowej, praca doktorska, Poznań 2009, s. 55).

Podobnych badań jest znacznie więcej i wynik ten wydaje się dobrze potwierdzony. Kto wolałby przeczytać coś bardziej popularnego, niech sięgnie po książkę Kay Redfield Jamison Touched with Fire. Manic-Depressive Illness and the Artistic Temperament. Nb. autorka, kliniczna psycholog, sama choruje na ChAD i swoje doświadczenia opisała w książce Niespokojny umysł. Pamiętnik nastrojów i szaleństwa (przełożył Filip Rybakowski, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2000).

A skoro już powołuję się na badania medyczne, to przy okazji muszę zweryfikować nieco obłudne zapewnienie Tomasza Jastruna: "Ta choroba nie zmienia istoty osobowości, wzmacnia co już jest". Otóż to nie do końca prawda. "Według niektórych badań prawie 40% pacjentów z ChAD będących w fazie eutymii [czyli wyrównania nastroju!] spełnia kryteria rozpoznania zaburzenia osobowości". Z kolei "u 10-20% pacjentów będących w manii psychotycznej stwierdza się objawy [...] tradycyjnie traktowane jako patognomoniczne [czyli wystarczające do diagnozy] dla schizofrenii" (Aleksandra Gorostowicz, Marcin Siwek, Trudności w diagnostyce choroby afektywnej dwubiegunowej, "Psychiatria i Psychologia Kliniczna", 2018, tom 18, nr 1, s. 64).

[18] "Moje przewartościowanie wszelkich wartości, o głównym tytule Antychryst, jest gotowe. W ciągu najbliższych dwu lat muszę poczynić kroki w celu zapewnienia dziełu przekładów na 7 języków; pierwsze wydanie w każdym języku ok. milion egzemplarzy" (Friedrich Nietzsche, Listy, wybrał, przełożył i przedmową opatrzył Bogdan Baran, Inter Esse, Kraków 1994, s. 382-383; list do Paula Deussena z 16 listopada 1888 roku; wyróżnienie za oryginałem).

Nb. dotąd przyjmowano dość powszechnie, że obłęd Nietzschego to skutek późnego stadium syfilisu. Stąd na przykład rola, jaką w życiu Adriana Leverkühna, bohatera Doktora Faustusa Tomasza Manna, odgrywa "hetaera Esmeralda".

"Praktycznie nie ulega wątpliwości, że choroba, na którą zapadł Nietzsche, była rodzajem ogólnego paraliżu człowieka obłąkanego; oznacza to, że filozof niemal na pewno musiał się zarazić syfilisem, i większość jego biografów zgadza się, że rzeczywiście się nim zaraził, prawdopodobnie w młodości" (R[eginald] J[ohn] Hollingdale, Nietzsche, przełożył Władysław Jeżewski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2001, s. 40).

Podobno jednak za życia Nietzschego (czyli jeszcze przed wynalezieniem testu Wassermanna) syfilis, w istocie bardzo wówczas rozpowszechniony, diagnozowano dość pochopnie. Toteż od pewnego czasu coraz częściej spekuluje się, że Nietzsche cierpiał właśnie (albo przynajmniej - cierpiał także) na chorobę afektywną dwubiegunową. Od ponad dwudziestu lat pisze o tym Eva Cybulska (ostatnio: Nietzsche. Bipolar Disorder and Creativity, "The Indo-Pacific Journal of Phenomenology", August 2019). Przyjmuje tę diagnozę również Julian Young (Friedrich Nietzsche. A Philosophical Biography, Cambridge University Press 2010, s. 560: "Probably the most plausible description of Nietzsche's condition is, therefore, «bipolar disorder with, in its later stages, psychotic features»".).

[19] "Właśnie opanowałem swe królestwo, wtrącam papieża do więzienia i każę rozstrzelać Wilhelma, Bismarcka i Stöckera [Adolf Stoecker, kapelan cesarza i znany antysemita]" (Listy, s. 391; list do Mety von Salis z 3 stycznia 1889).

[20] "Obiektywnie rzecz biorąc, na Nobla zasługiwał Herbert, ale chyba nie był na liście kandydatów z powodu swoich pobytów w klinikach psychiatrycznych, czego Szwedzi bardzo się boją. Politycznie wmanewrował się w prawicę, która teraz, wściekła, przypisuje jego utrącenie machinacjom żydowskim" (List Czesława Miłosza do Jerzego Giedroycia z 30 grudnia 1996, [w:] Jerzy Giedroyc, Czesław Miłosz, Listy 1973-2000, opracował Marek Kornat, Czytelnik, Warszawa 2012, s. 455-456; wyróżnienie moje).

Niektórzy jednak do dziś nie mogą Miłoszowi wybaczyć, że w ogóle ośmielił się, sam taki czerstwy, wspominać o chorobie Herberta i uważają to - wbrew faktom - za insynuację i zniesławienie. Według Joanny Siedleckiej taki właśnie jest wiersz Miłosza O poezji z powodu śmierci Herberta:

"Bardzo niejednoznaczny, przykry, zniesławiający zmarłego Poetę, insynuujący jego psychozę - ciężką chorobę psychiczną. Wiersz, w którym Miłosz, stary, ale jary, wciąż silny, tryumfujący, dziwił się, że w Herbercie z ostatnich lat mogła istnieć poezja" (Pan od poezji - wydanie drugie, s. 624).

Choć po prawdzie to sama Siedlecka dotkliwie zniesławiła Herberta, długo insynuując, że został na starość okropnym grafomanem. Kto chciałby wiedzieć o tym więcej, niech przeczyta w OSOBACH: "Joanna Siedlecka o Zbigniewie Herbercie albo pani od grafomanii".

[Dopisek] Pan Konrad Morawski uprzejmie zwrócił mi uwagę na drobne niechlujstwo Joanny Siedleckiej, którego nie dostrzegłem. Otóż pisząc o Miłoszu, rzekomo zniesławiającym Herberta w wierszu O poezji z powodu śmierci Herberta, Siedlecka przekręciła tytuł tego wiersza. Naprawdę brzmi on O poezji, z powodu telefonów po śmierci Herberta (zob. Czesław Miłosz, To, Wydawnictwo Znak, Kraków 2000, s. 74 i w spisie treści na s. 102). Może nic więc dziwnego, że i sam wiersz czytała równie nieuważnie.

Nb. o tym, że obiektywnie na Nobla zasługiwał Herbert, pisał przeszło dziesięć lat przed Czesławem Miłoszem wzorcowy oportunista lat 80., Daniel Passent. "Jurorzy Nagrody Nobla wyrządzili mu krzywdę i nietrudno zrozumieć dlaczego". Tyle że wtedy, według Passenta, dlatego skrzywdzili Herberta ("mój ulubiony [...] poeta polski"), bo dali Nobla emigrantowi Miłoszowi (Daniel Passent, Bałwan pod klucz, Czytelnik, Warszawa 1986, s. 306).

[21] "[...] przeżyłem [...] okres ciężkich chorób, które zmąciły ocenę rzeczywistości. W tym fatalnym dla mnie okresie pokłóciłem się z całym światem, z ludźmi mi bliskimi, bez żadnego sensu, jak to widzę teraz jasno, i szkodząc sobie (Herbert. Biografia, II, s. 669; list do Bogdany i Johna Carpenterów z 18 lipca 1994; wyróżnienia moje).

[22] Andrzej Franaszek: Herbert był rozczarowany Polską po 1989 roku. Z Andrzejem Franaszkiem rozmawia Arkadiusz Gruszczyński, weekend.gazeta.pl.

[23] Zazwyczaj się o tym nie pamięta, ale w tzw. planie Balcerowicza zakładano, że bezrobocie w najgorszym wypadku wyniesie góra 5% i taką właśnie prognozę przedstawiono w sejmie przed głosowaniem.

"W programie rządu przygotowujemy się i przygotowaliśmy środki w budżecie na około 5% bezrobocie. Sądzimy, że taka prognoza nie musi się sprawdzić. Ale uznaliśmy, że lepiej planować, przygotować się na gorszą ewentualność, niż planować optymistycznie w tym zakresie. I przy takim też założeniu pracują Ministerstwo Pracy i Polityki Socjalnej" (Wystąpienie Wiceprezesa Rady Ministrów, Ministra Finansów Leszka Balcerowicza w dniu 17 grudnia 1989 r., [w:] Sprawozdanie Stenograficzne z 16 posiedzenia Sejmu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej w dniach 17, 18, 19 i 20 grudnia 1989 r., Warszawa 1989, łam 140).

Tymczasem już od roku 1991 stopa bezrobocia była dwucyfrowa i pozostała taka do śmierci Herberta (w roku 1993 sięgnęła nawet 16,4%), co bardzo wielu ludziom skutecznie rozpraszało życiową nudę.

Pięcioprocentowe bezrobocie udało się osiągnąć dopiero po prawie trzydziestu latach, w październiku 2019 i zostało to uznane za wielki sukces (Nowy rekord bezrobocia. Tak dobrze w Polsce jeszcze nie było, Business Insider Polska, 27 listopada 2019).

[24] "To była inna Polska: milicjanci i esbecy szukali miejsca w sektorze prywatnym, na ulicach rządzili gangsterzy, wolne media raczkowały. W 1992 r. przepadł bez wieści dziennikarz" (Piotr Żytnicki, Porwany dziennikarz Jarosław Ziętara i tajemniczy ślad służb, wyborcza.pl, 28 listopada 2018). Nawet policjanci mogli się bać. Miesiąc przed śmiercią Herberta został zastrzelony pod własnym domem Marek Papała, były komendant główny Policji. Sprawców nigdy nie wykryto.

Pisarz o całkiem odmiennej umysłowości, światopoglądzie i zainteresowaniach literackich tak tę nudę widział w roku 1991:

"Ojczyzna zmierza, jasna rzecz, do Zguby, ino nie wiem, ani, jak prędko, ani jaka głębokość Jamy, ani, jak szybko wpadniemy do owej kloaki, ale widzę, że tych 70 + 70 partii pracuje gorliwie, aby zachapać kęs władzy, nim szlag to trafi, i myślę, że sztuka, pokazująca walki na pokładzie tonącego po zderzeniu z lodową górą Tytanika o Prawo Pokręcenia w Ostatniej Chwili sterem - byłaby i zabawnie Pouczająca i jak ulał do Bolski i Bolaków przystająca. Przykre, lecz prawdziwe" (Stanisław Lem, Stanisław Remuszko, Lem - Remuszko (korespondencja 1988-1993), Oficyna "Rękodzieło", Warszawa 2019; cytuję za faksymile listu Stanisława Lema z 15 maja 1991 ze strony 176).

I jeszcze jeden ówczesny grymaśnik:

"Film «I'm soso...» robiliśmy w 1995 r. Reżyser Krzysztof Wierzbicki, jego wieloletni współpracownik i asystent, zadał Kieślowskiemu pytanie: «No i co? Robiłeś te swoje filmy i zobacz, do czego doszliśmy. Już szósty rok wolności...». Kieślowski odpowiedział: «To jest straszne, w czym żyjemy. Chcieliśmy dobrze, miało być wspaniale. A jest beznadziejnie»" (Kieślowski średnio lubił robić filmy. Z Jackiem Petryckim rozmawia Joanna Poros, culture.pl, 20 września 2016).

Nb. niektóre uwagi Franaszka nawet życzliwego czytelnika mogą wprawić w osłupienie. "Był czerwiec 1968 roku, w Polsce trwał najbardziej haniebny okres w powojennej historii [...]" (Herbert. Biografia, II, s. 233). Nie stan wojenny, nie grudzień 70, nie czerwiec 56, wreszcie nie lata stalinizmu, ale rok 1968. Wprawdzie dla niektórych, stosunkowo nielicznych i nagle zepchniętych do poziomu zwykłych obywateli, rzeczywiście bardzo nieprzyjemny, ale sprowadzało się to głównie do tego, że teraz również ich można było szykanować, wyrzucać z pracy i mieszać z błotem - jak wcześniej byłych ziemian, kułaków, akowców, reakcjonistów, prywaciarzy etc., etc., etc.

"Był to, jakbyśmy dziś powiedzieli, recykling haseł prawicy, włączonych do typowo stalinowskiej kampanii nienawiści, podobnej do kampanii, które PZPR urządzała wcześniej przeciw AK, PSL, «kułakom» czy biskupom katolickim" (Prof. D. Stola o Marcu '68: to fala oszczerstw i kłamstw, bezkarnego szczucia na Żydów, dzieje.pl, 8 marca 2018).

[25] Pojedynki Pana Cogito. Ze Zbigniewem Herbertem rozmawiają Anna Poppek i Andrzej Gelberg, "Tygodnik Solidarność", 11 listopada 1994, s. 12.

[26] Ku pamięci podaję jeszcze tę facebookową notkę Włodzimierza Czarzastego w przypisie.

«2 czerwca 2017

- MYŚMY ICH KURWA POKONALI -

Frasyniuk: "31 sierpnia wciąż śpiewamy "Janek Wiśniewski padł". No padł! Ale w grudniu 1970 roku! W pisowskiej telewizji ciągle o zniewolonym narodzie, o klęsce, o komunistach. Tylko że myśmy ich, kurwa, po-ko-na-li! To nie jest temat na dobry film, równy "żołnierzom wyklętym"?"

Drogi Władysławie Frasyniuku! Żeście komunistów pokonali? No nie. Wyście się z nami, k...wa, przy Okrągłym Stole i 4 czerwca 1989 r. do-ga-da-li!».

To "dogadanie" rozciągnęło się także na przyjętą w 1997 roku konstytucję, toteż tuż przed referendum Zbigniew Herbert mówił w ankiecie tygodnika "Wprost" o jej projekcie, że roi się w nim:

"od mętnych sformułowań [...] mających zapewne przykryć treści i zapowiedzi zgoła groźne - system o fasadzie kapitalistycznej, którego istotę stanowi gardząca społeczeństwem oligarchia, posiadająca wszystkie kluczowe urzędy i stanowiska finansowo-polityczne" (Przyjąć czy odrzucić?, "Wprost", 25 maja 1997, nr 21, s. 22).

Po ćwierć wieku widać, że również w tym wypadku Herbert miał rację, a istotna część tej oligarchii, znajdująca się całkowicie poza demokratyczną kontrolą, już otwarcie mówi o sobie, że jest "nadzwyczajną kastą".

Nb. w biografii Franaszka można przeczytać sporo o tym, co Herbert sądził o zmianach w konstytucji w 1975 roku, ale o tym, co sądził o konstytucji z roku 1997, nie ma tam ani słowa.

[27] Że z Tomaszem Jastrunem nie dzieje się najlepiej, widać było już kilka lat wcześniej. W telewizyjnym programie poświęconym znanej sprawie sądowej Romana Polańskiego, bronił go w sposób dość osobliwy:

"Ale oczywiście, żebym go uniewinnił. [...] Ofiary jakby cudem ocalałe z Zagłady, wszystko jedno, czy to był Holocaust, czy co innego, ja interesowałem się tym, mają ten syndrom seksu, czasami jakiegoś dewiacyjnego, jako jakiejś formy rekompensaty za śmierć wokół" (Kultura głupcze!, 29 września 2013, w 26 minucie).

Seks dewiacyjny jako forma rekompensaty za Holokaust? Hm, hm...

[Dopisek po latach] Niestety, z Tomaszem Jastrunem działo się potem jeszcze gorzej. W felietonie Pęknięcie ("Przegląd" 27 kwietnia 2026, s. 49) napisał:

"Nazajutrz, mając trochę czasu do odjazdu pociągu, przeglądam w czytelni biblioteki pisma. «Gazeta Polska» robi wrażenie pisma obłąkanego z nienawiści do Tuska, do ludzi liberalnie myślących. Z autorami «Gazety Polskiej», podobnie jak z jej czytelnikami, już nie można dyskutować, nie ma płaszczyzny do polemiki, zostaje tylko mordobicie lub mord po prostu".

Nic dziwnego, że po takim wybryku natychmiast wybuchł kolejny skandal. I pewnie można by go jeszcze jakoś załagodzić, gdyby skruszony Jastrun przyznał, że tym razem to u niego dała o sobie znać "forma choroby psychicznej". Ale gdzie tam!

Najpierw oświadczył, że miał na myśli coś całkiem innego, a mianowicie, że "doszło do takiej polaryzacji, do tak zawziętej wzajemnej nienawiści, że następny mały krok i już mamy przemoc" (Czy zostaje tylko przemoc?, "Przegląd" 11 maja 2026, s. 45). A ponieważ nabrał się (?) na ten wykręt prokurator i odmówił wszczęcia śledztwa, rozzuchwalony Jastrun szalał dalej, domagając się, żeby każdy, kto przeczytał jego felieton, uznał - tak jak to zrobiła wcześniej redakcja "Przeglądu - że "nie nawołuję do mordu, tylko uważam, że w nienawiści, zresztą wzajemnej, doszliśmy do ściany" (Zamroczenie i wyjaśnienie, "Przegląd" 22 czerwca 2026, s. 59).

Rzecz jednak w tym, że w felietonie Pęknięcie nie było ani słowa o jakiejś "wzajemnej nienawiści", ani nie było żadnego "doszliśmy". Był tam tytuł tylko jednego pisma i stwierdzenie, że z jego autorami i czytelnikami "już nie można dyskutować, nie ma płaszczyzny do polemiki, zostaje tylko mordobicie lub mord po prostu".

Sens tego stwierdzenia jest w polszczyźnie aż nieprzyzwoicie jasny, jeśli więc Tomasz Jastrun utrzymuje, że jego intencje były jednak odmienne, najwyraźniej "forma choroby psychicznej" objawia się u niego przykrymi przejęzyczeniami. Całkiem jak w tym znanym dowcipie o mężu, który przy obiedzie chciał tylko poprosić żonę o sól, ale się przejęzyczył i wyszło cokolwiek nieprzyjemnie.