EBENEZER ROJT

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bohdan Urbankowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bohdan Urbankowski. Pokaż wszystkie posty

Bohdan Urbankowski o Marcu 1968
albo niepijący poeta we mgle

Gdzieś około roku 1960 Władysław Broniewski, wtedy już właściwie poeta emeritus, powiedział do Bohdana Urbankowskiego, wtedy poety licealnego: "Myślałem, że to ja jestem ostatnim romantykiem, a widzę, że to pan". Było to - dodaje Urbankowski - "zdanie, które w dużym stopniu zdecydowało o moim życiu". A tu jeszcze Broniewski po jednym ze swoich wieczorów autorskich zaprasza go, ucznia, do knajpy:

Postawił wódkę. Jako szermierz i harcerz, do tego tajnej drużyny im. Piłsudskiego, powiedziałem, że nie piję. Broniewski powiedział, żebym jednak zrobił wyjątek. "To, że odmawiasz (mówił mi "ty"), to dla ciebie normalka. Ale jak zrobisz wyjątek - zapamiętasz do końca życia. Poza tym będziesz bardziej prawdziwy, mniej książkowy. Takie dążenie do doskonałości może się dla ciebie źle skończyć", ostrzegł.

Przyjemna anegdota, ale co robi w książce zatytułowanej Przedwiośnie '68. Fakty i mity owiane marcową mgłą [1]?

Otóż taka właśnie jest ta książka. W prawie pięćsetstronicowym pakiecie dostaje się nie tylko obfite rozważania o wypadkach z 1968 roku, ale także obfite wspomnienia autora, obfite cytaty z najrozmaitszych źródeł plus obfite wypisy z zasobów Instytutu Pamięci Narodowej. Prawdziwy róg obfitości! Udało się nawet wmontować w nią całkiem spory tomik wierszy (s. 23-27, 51-52, 57, 132-138, 232-233, 235-236, 238-239, 245-247, 397-439). Ale skoro Urbankowski daje przemawiać przez kilkanaście stron Gomułce (s. 186-201), prawie dziesięć stron daje Ważykowi na wypisy z Poematu dla dorosłych (s. 318-326), to właściwie dlaczego miałby samemu sobie żałować.

Taki montaż atrakcji może się podobać albo i nie, ale zasadniczo nie ma w nim nic złego. Czytelnik najpierw wypije wódkę z Broniewskim, potem dowie się, co wyznał w 1968 roku tajnej policji Jan Tomasz Gross (s. 161-164), potem liźnie trochę poezji, potem posłucha Gomułki... i tak dalej, i tak dalej. Niestety, przy całej tej przelewającej się obfitości przykrą niedoróbką jest "Indeks osobowy" (13 stron, blisko tysiąc nazwisk!), bo z tajemniczych powodów nie obejmuje przypisów, czasem wielostronicowych, w których od nazwisk też się roi.

Już w całkowitej zgodzie z tytułem książka ma ambicje demaskatorskie, aczkolwiek osoby zainteresowane tematem nie znajdą w niej wiele nowego. Trudno natomiast wyobrazić sobie, by osoby niezainteresowane nagle zapragnęły desperacko przegryźć się przez te pięćset stron z tysiącem nazwisk. Nawet najcelniejsze cytaty giną w powodzi słów, więc jedynie bardzo uważni czytelnicy dowiedzą się - niektórzy pewnie z zaskoczeniem - że w marcu 1968 roku to jednak nie Adam Michnik prowadził lud na barykady.

Michnik nie uczestniczył w manifestacji. Został w domu, oznajmiając, że jest chory i musi leżeć w łóżku. Miał przed sobą dwadzieścia cztery godziny wolności. 9 marca został zatrzymany (s. 117).
Urbankowski tego nie wymyślił. Jest to cytat z książki Cyrila Bouyeure'a [2], o której w "Gazecie Wyborczej" napisano, że "powstała z zauroczenia Michnikiem" [3]. Nb. cytat nie najzłośliwszy, bo zaraz potem Bouyeure daje do zrozumienia (ale tego już Urbankowski nie cytuje), że Michnik po tych dwudziestu czterech godzinach wylegiwania się w łóżku jakoś tak cudownie ozdrowiał i potem na komendzie zachowywał się "wyjątkowo bezczelnie" i "odgrywał zucha". Co skądinąd nie dziwi, bo w odgrywaniu zawsze był niezły.

Jednym z wątków Przedwiośnia '68 jest przeświadczenie autora, że istnieją w istocie dwa Marce. Pierwszy, obecny w licznych wspomnieniach, ale też podrasowany legendami, to Marzec z perspektywy pomarcowych emigrantów oraz tej części ich żydowskiego środowiska, która została w Polsce. Drugi Marzec, praktycznie nieobecny, to Marzec z perspektywy akademika i baru mlecznego. Marzec przybyszów z prowincji i studentów z biednych domów. Marzec z mało heroiczną pointą, bo im akurat można było złamać życie bez żadnych efektownych represji. Wystarczyło zabrać miejsce w akademiku albo skromne stypendium.

Siłą napędową marcowego buntu byli studenci z warszawskich akademików, przede wszystkim z Kickiego. Żaden z nich jednak do legendy nie przeszedł. Wielu z akademików wyrzucono, musieli wracać na prowincję, a tam czekały już na nich rozdziawione wojskowe kamasze. Ani historycy, ani publicyści nie poświęcili im uwagi. Do legendy zostali wniesieni na rękach studenci z "warszawki", synowie komunistycznych prominentów, których nazywaliśmy "następcami tronów", czasem "bananowcami" (s. 104).
Według Urbankowskiego są to wtedy niemal dwa osobne, równoległe światy. Teza ryzykowna, łatwo kojarząca się z przemyśleniami młodego Andrzeja Mencwela, który w 1968 roku spisał je w więzieniu na użytek tajnych służb (i może dlatego po latach będzie z wyrozumiałością wczuwał się w meandry biografii Stanisława Brzozowskiego). Urbankowski wprawdzie Mencwela też cytuje (s. 111-113; bez podania źródła), ale chyba niepotrzebnie, bo to samo można znaleźć (i Urbankowski znajduje) we wspomnieniach marcowych emigrantów:
Dopiero studia pokazały mi, jak bardzo różnię się od większości polskich rówieśników. [...] Nie obchodziłam imienin, tylko urodziny, w czasie Wigilii nie dzieliłam się opłatkiem, tylko jadłam szynkę, w dodatku na zajęciach uniwersyteckich okazało się, że z powodu braku wychowania katolickiego nie znam polskiej tradycji i nie rozumiem polskiej literatury. A czego w niej nie rozumiałam? Wszystkiego! Nie znałam Biblii. A co ty możesz zrozumieć z polskiej kultury, jak nie znasz Biblii i nie jesteś wychowana po katolicku?

[...] Jednocześnie coraz wyraźniej widziałam, jak bardzo z kolei oni nie rozumieją komunistyczno-ateistycznego-żydowskiego świata, z którego ja wyszłam. Nie rozumieją jego wartości, jego etosu, specyficzności grupowego, więziennego doświadczenia przedwojennych komunistów (s. 109) [4].

Daje też portret takiego właśnie "bananowca" z "warszawki", i to wyjęty bynajmniej nie z policyjnego donosu, lecz ze wspomnień Henryka Daski:
Michał, elegancki jak zawsze - jasne sztruksy, koszula z kołnierzykiem na guziczki i fajka z korzenia wrzosu, którą czasem wolał od gauleoise'ów ojca generała, podwójnie wędzonej kiełbasy i eksportowego piwa - artykułów dostarczanych ze specjalnych sklepów (s. 107).
Tym razem jednak jest to już cytat z drugiej ręki, z czego zdaje się wynikać, że Urbankowski do książki Daski nawet nie zajrzał. A szkoda, bo mógłby w jego wspomnieniach, często rozbrajająco szczerych, znaleźć jeszcze barwniejszy autoportret samego autora:
Ubierałem się w dżinsy lub jasne tergalowe spodnie, które Ojciec przywoził z Zachodu, i buty o zadartych szpicach roboty Śliwki, modnego szewca z okolic placu Konstytucji. Mokasyny z wstawkami z czarnej gumy, tak zwane beatlesówki, robił szewc z Tamki, o przezwisku Filantrop, a kozaczki dla dziewczyn Golcowa z ulicy Chmielnej. Koszule na tejże Chmielnej robił pan Dyszkiewicz, który ubierał jeszcze Leopolda Tyrmanda [5].
Najbardziej fascynujące w tym późnym wspomnieniu jest to, że Dasko wszystkie te nazwiska modnych szewców i krawców podaje po czterdziestu latach z pamięci. Tak więc okropna marcowa propaganda, chętnie rozpisująca się o nomenklaturowych "bananowych dzieciach", była z pewnością okropna, ale jednak mniej kłamliwa niż się na ogół sądzi.

Dasko to zresztą nieoceniony skarb dla każdego, kto chciałby porozwiewać "mity owiane marcową mgłą". Wprawdzie na ostatniej stronie okładki ktoś dopisał mu do życiorysu rytualne sformułowanie, że został "zmuszony do opuszczenia kraju przez ówczesne władze komunistyczne", ale sam emigrant pisze o tym całkiem inaczej. Po pierwsze, przypomina, że w tamtych czasach możliwość wyjazdu uważano za przywilej. Toteż, paradoksalnie, tym razem to właśnie Polacy byli tymi, którzy mają "złe pochodzenie".

Ponieważ polityka emigracyjna pozwalała jedynie Żydom na wyjazd, nie brakowało ludzi gotowych zapłacić równowartość rocznych dochodów za małżeństwo z Żydem. [...] Niektórzy twierdzili, że po raz kolejny Żydzi mają przywileje, rdzenni Polacy emigrować nie mogli (Dasko, s. 140-142) [6].
Po drugie, z tym zmuszeniem naprawdę było tak:
Późną wiosną 1969 ówczesny minister szkolnictwa wyższego, a późniejszy przewodniczący Rady Państwa, Henryk Jabłoński, odrzucił podanie o przywrócenie mi praw studenta (miałem wilczy bilet), a wojsko zaczęło się powtórnie domagać mojego udziału w obronności kraju, w następstwie czego zrewidowałem swoje uczucia patriotyczne i złożyłem o dokument podróży [7].
Wyrzucani z akademików studenci, których potem wcielano do karnych kompanii, nie mogli nawet marzyć, że ktoś ich w taki sposób zmusi do wyjazdu. Ich zmuszano raczej do czołgania się w błocie. Ale to nie oni, tylko Henryk Dasko jest bohaterem pomarcowej martyrologii.

Wracając do Bohdana Urbankowskiego. W uczciwym cytowaniu z drugiej ręki także nie ma nic złego, choć akurat w książce aspirującej do walki z mitami nie wygląda to najlepiej. Jednak prawdziwe nieszczęście zaczyna się, gdy Urbankowski cytuje różne rzeczy "za Internetem" (tak, właśnie w ten sposób bywa to opisane!). Internet zaś to dla niego wyjątkowo niebezpieczna mgła, bo w sieci porusza się niezbyt biegle [8].

Trzy przykłady.

W rozdziale "Exodus '68. Mit nowego wypędzenia" (podrozdział "Wygnanie do raju") Urbankowski pisze:

Niektóre wypowiedzi dają jednak więcej do myślenia [dlaczego w Marcu wielu Żydów ogarnął lęk]. Oto Anna Karpińska de Tusch-Lec wspomina w "Dużym Formacie" (kwiecień 2008):

"W Izraelu mój tata powiedział mi bardzo ciekawą rzecz: Anka, ty myślisz, żeśmy wyjechali z Polski dlatego, że był antysemityzm? Nie, on był zawsze. Ale w 1968 r. zrobiło się niebezpiecznie. Tam parę pieczeni piekło się jednocześnie. Oni mieli nasze kartoteki. Nas, Żydów z UB. [...]

Mój tata był w UB. Mówił nam: byłem, mam czarną plamę na życiorysie. Co robił Polakom? On zabijał, torturował. Czy w takiej sytuacji przeprowadzka do innego kraju była najgorszym wyjściem? À propos, już w 1957 r. złożył podanie o zgodę na wyjazd do Izraela, ale jej nie dostał. Inni wyjechali jako emigranci ekonomiczni. W zabiedzonym komunistycznym kraju wszyscy marzyli o wyjeździe na Zachód. W czasach PRL był on Ziemią Obiecaną, bo oprócz wolności kojarzył się z dobrobytem" (s. 279-280; dodałem cudzysłów, w książce Urbankowskiego cytat został wyróżniony kursywą).

Ale w oryginalnym wywiadzie ponad połowy tego cytatu nie ma [9]! Cały fragment od słów "Co robił Polakom?" to tylko fałszywka krążąca w Internecie. Być może powstała przypadkiem. Ot, komuś cytat, zresztą przepisany wyjątkowo niechlujnie, zlepił się z następującym po nim komentarzem i tak już zostało. Niemniej to dalej fałszywka i wstyd dla cytującego, który jeszcze dodatkowo udaje, że cytuje za "Dużym Formatem".

Również tylko internetową fałszywką jest powtórzony przez Urbankowskiego rzekomy cytat z Marksa:

Wcześniej użył go [określenia 'holocaust'] z aprobatą Marks, mówiąc o przyszłej rewolucji komunistycznej: "Klasy i rasy zbyt słabe, by opanować nowe warunki życia muszą odejść precz [...], muszą zginąć w rewolucyjnym holocauście" (artykuł z "Peoples Paper", 16 IV 1853) (s. 223-224; znowu dodałem cudzysłów zamiast kursywy).
Marks rzeczywiście wydrukował w "The People's Paper" z 16 kwietnia 1853 artykuł, ale nie ma tam nic o holocauście, rewolucji, klasach i rasach etc. Są głównie cyfry, bo artykuł traktuje o finansach rządu brytyjskiego [10].

Naprawdę bowiem coś nieco podobnego napisał nie Marks, ale Engels, nie w "The People's Paper", ale w "Neue Rheinische Zeitung", nie w roku 1853, ale w 1849, i nie o klasach i rasach, ale o plemionach i ludach (Stämme und Völker), a poza tym wszystko się zgadza. Tyle że tam też nie ma określenia 'holocaust'.

Wśród wszystkich narodów i narodzików Austrii trzy tylko były nosicielami postępu, czynnie wkroczyły do historii i dziś są nadal zdolne do życia: Niemcy, Polacy, Madziarzy. Dlatego są dziś narodami rewolucyjnymi.

Najbliższym przeznaczeniem wszystkich innych, wielkich czy małych plemion i ludów jest - ulec zagładzie w rewolucyjnej burzy światowej (im revolutionären Weltsturm unterzugehen). Dlatego są dziś kontrrewolucyjne [11].

Jak na ironię, Urbankowski już kiedyś cytował właśnie te słowa Engelsa: zrobił to prawidłowo przeszło czterdzieści lat temu w swojej Myśli romantycznej [12]. Teraz wyszło mu znacznie gorzej.

Najprawdopodobniej również z Internetu została wzięta poniższa wstawka o Wilhelmie Reichu:

Wilhelm Reich. Żyd ze wschodniej Galicji, potem członek Komunistycznej Partii Niemiec i uczeń Freuda, próbował pogodzić poglądy swego mistrza z wciąż obowiązującym marksizmem. Reich nie odrzucił jednak teorii walki klas, tylko przeniósł ją z barykad do łóżek. Swoją teorię stworzył jeszcze przed wojną, m.in. w dziele o seksualnej restrukturyzacji człowieka w socjalizmie: Die Sexualität im Kulturkampf: Zur sozialistischen Umstrukturierung des Menschen (1936), z czego po wojnie powstała Rewolucja seksualna (Die sexuelle Revolution, 1966) i natychniast zdobyła rozgłos (s. 49).
Rewolucja seksualna nie mogła powstać w 1966 roku, bo Reich wtedy już od 9 lat nie żył. Tytuł The Sexual Revolution nosił angielski przekład Die Sexualität im Kulturkampf wydany po raz pierwszy w roku 1945 [13]. Urbankowski najwyraźniej żadnej z tych książek nigdy nie widział na oczy, więc niezbyt przekonująco brzmią jego drwiny, że aktywiści ze Związku Młodzieży Socjalistycznej próbujący w latach 60. łowić na Reicha młode dusze, znali jego dzieła "raczej z drugiej ręki" (s. 49).

Na koniec jeszcze drobiazg, ale i wstyd największy: fałszywy cytat z Mickiewicza umieszczony jako motto do rozdziału "Parę dni poezji i wolności":

Czas przestać czytać poezję, czas robić poezję (s. 85).
Doprawdy nie wypada, by ostatni romantyk tak beztrosko przekręcał pierwszego! Cytat jest wprawdzie króciutki, jakoś tam zatrącający o to, co Mickiewicz rzeczywiście napisał (choć w kontekście, którego nijak się nie da dopasować do Marca '68), niemniej dopisanie wieszczowi Polaków choćby nawet tylko kilku słów, to jak samowolna wstawka w Credo [14].

Nie równoważy tego bluźnierstwa pozytywny akcent z okładki, na której Urbankowski jest jednak od Mickiewicza o pół głowy niższy. Ale to może tylko dlatego, że wciąż jeszcze czeka na postument.

[1] Bohdan Urbankowski, Przedwiośnie '68. Fakty i mity owiane marcową mgłą, Zysk i S-ka, Poznań 2021. Dalej podaję strony tego wydania w nawiasach okrągłych. O spotkaniach z Broniewskim na s. 30-31.

[2] Cyril Bouyeure, Adam Michnik. Biografia. Wymyślić to, co polityczne, przełożył Jacek Giszczak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 96.

[3] Wojciech Mazowiecki, Czarno-biały Michnik, "Gazeta Wyborcza" 6 marca 2009.

[4] Jest to cytat z książki Joanny Wiszniewicz Życie przecięte. Opowieści pokolenia Marca (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008, s. 527-528). W cytacie są trzy drobne usterki, ale nie zmieniają jego sensu, podobnie jak dwa zaznaczone opuszczenia i jedno opuszczenie nie zaznaczone. We wspomnieniu nie zostało wyjaśnione, jakim cudem osoba nie rozumiejąca w polskiej literaturze "wszystkiego" zdała maturę i dostała się na studia o profilu humanistycznym.

Wcześniej zaś ta sama osoba tak mówi o swoim środowisku (czego Urbankowski już nie cytuje):

"Że to moje środowisko rówieśnicze było wyselekcjonowane i uprzywilejowane - długo nie zdawałam sobie sprawy. Właściwie do studiów. Bo większość kolegów żyła mniej więcej tak samo. Mieszkaliśmy w ładnych, dużych mieszkaniach, nasi rodzice nie mieli kłopotów finansowych, jeździliśmy za granicę [...].

Naszego uprzywilejowania dostrzegać nie mogłam, bo ten wyselekcjonowany świat otaczał mnie zawsze, jeszcze w przedszkolu. Bo chodziłam najpierw do przedszkola MSW, a potem do przedszkola KC. Ojciec jednego z moich przedszkolnych kolegów był szefem wydziału w KC, inny pracował wysoko w wojsku czy prokuraturze wojskowej, jeszcze inny wykładał w szkole partyjnej. To był zamknięty krąg! Getto w pewnym sensie" (Wiszniewicz, s. 62).

[5] Henryk Dasko, Dworzec Gdański. Historia niedokończona, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008, s. 65. Wcześniejszy cytat - wzięty przez Urbankowskiego z recenzji Piotra Gontarczyka ("Aparat represji w Polsce Ludowej 1944-1989" 2008, nr 1, s. 520) - znajduje się na stronie 142. Dalej cytuję jako Dasko.

Ojciec Daski, Władysław Daszkiewicz, urodził się jako Mojżesz Josel Rosenberg (s. 7-8), był ideowym komunistą i według syna "nigdy nie utracił wiary i pozostał zdeklarowanym stalinowcem do końca życia" (s. 39). Mimo to nie kłóciły mu się z ideologią nie tylko tergalowe spodnie z Zachodu i buty szyte na miarę u Śliwki, ale także obecność w domu służącej, dla której przeznaczona była "maleńka służbówka" (s. 19). Pod warunkiem, że była to służąca o prawidłowych poglądach. Dziewuchę ze wsi, która w ramach zabawy z dzieckiem deptała portret Stalina w gazecie, wściekły stalinowiec chciał natychmiast zadenuncjować na UB ("Nie - powiedziała Mama, zanim wykręcił numer. - Wiesz, że ją za to zabiją"; s. 45). Zatem dobrze wiedzieli, w jakim kraju żyją jako nowa elita władzy. Scena ta nie przeszkadza synowi utrzymywać, że jego ojciec "szanował jednak przekonania innych i nie narzucał im własnych" (s. 35). Ot, taka niepojęta dialektyka.

Nb. służąca w domu komunisty nie była ani w tamtych czasach, ani później rzadkością. Unikano jedynie słowa "służąca", ale przedwojenna służbówka od tego się nie powiększała. Urbankowski wspomina, że na domowym seminarium u profesora Leszka Kołakowskiego "usługiwała nam autentyczna służąca - taka jak ze starych fotografii, w białym fartuszku" (s. 218).

[6] W Danii Dasko spotkał innego emigranta, kierowcę ciężarówki, i zdziwił się, że Żydzi w Polsce zajmowali się również prowadzeniem samochodów dostawczych. Kierowca nazywał się Maciak i wyjechał z kraju wraz z żoną, dziećmi, bratem oraz jego żoną i dziećmi.

"Jak się dowiedziałem - pisze dalej Dasko - Maciakowie od dawna marzyli o wyjeździe, o stacji benzynowej w Australii. Od dyspozytora w bazie, Lewandowskiego, a w przeszłości Lewinkopfa, Maciak kupił metrykę na nazwisko Dora Gold i twierdząc, że to babka jego żony, złożył papiery na emigrację do Izraela. Na prowincji nie sprawdzano tak dokładnie papierów jak w Warszawie i Maciakom udało się wyjechać" (Dasko, s. 156).

[7] Tym razem cytuję korespondencję Daski z internetowej listy dyskusyjnej, którą po jego śmierci przyjaciele zebrali na stronie "Daskografia. Henryk Dasko 1947-2006" (dodałem polskie znaki). W Dworcu Gdańskim zostało to podane w nieco oszczędniejszej formie, a "rewizję uczuć patriotycznych" zastąpiło "spolonizowanie": "Chodziło o straszną atmosferę, groźbę przedłużonej służby wojskowej w specjednostkach oraz fakt, że tylu wokół mnie, równie jak ja spolonizowanych, decydowało się na wyjazd" (s. 148; wyróżnienie moje).

I jeszcze jeden obszerny cytat z tej książki:

"W sensie fizycznym nikogo z Polski nie wyrzucano; pojęcie przymusowej ekspulsji, stosowanej w innych krajach bloku (Czechosłowacja, ZSRR, NRD), w Polsce nie istniało. Co więcej. Marzec był procesem stosunkowo łagodnym - nie pamiętam, żeby kogoś zmuszono do wyjazdu na przykład przez wyrzucenie z mieszkania. Wypadki przemocy fizycznej właściwie nie miały miejsca. Osobom usuniętym ze stanowisk na ogół nie czyniono większych trudności po zmianie kariery, a co bardziej zasłużonym funkcjonariuszom aparatu partyjnego i administracyjnego pomagano znaleźć punkt zaczepienia. Nikogo nie wysiedlono z miejsca zamieszkania, jak to się regularnie zdarzało w ZSRR, nikt nie był zmuszony zamiatać ulic, co przydarzało się choćby intelektualistom czeskim po interwencji Paktu Warszawskiego. O ile wiem, nie zabierano rent: znam wypadki. że osoby pobierające tzw. rentę partyjną, mimo usunięcia z partii, otrzymywały ją nadal. Represje zawodowe, organizacyjne i akademickie dotknęły stosunkowo niewielu. Większość wyroków sądowych została złagodzona amnestią z 22 lipca 1969. Studia w Polsce ukończył nawet Adam Michnik, choć zaocznie i nie w Warszawie. Gomułka nie był Idi Aminem Dada: Żydów nie puszczano w skarpetkach, tylko z bagażami. Kto chciał, mógł zostać. Jest wśród Żydów sporo takich, którzy wyjechali nie po Marcu, ale znacznie później" (s. 107).

Wprawdzie w innym miejscu Dasko pisze, że jednak "Marzec był niekwestionowaną próbą wyrzucenia z Polski wszystkich Żydów" (s. 108; wyróżnienie za oryginałem), ale nie tłumaczy, dlaczego w takim razie próba ta była tak łagodna i nieudolna. Tezie tej przeczy nawet doświadczenie jego własnej rodziny:

"Mama w 1968 roku była bezpieczna. Jej redakcja ["Nowe Czasy"] stanowiła rodzaj osłoniętego od sztormów portu i nikomu nie zależało na jej stanowiskach" (s. 137).

Chodziło zatem o stanowiska. Żydowskiej redaktorki "Nowych Czasów" nikt nie próbował z Polski wyrzucać, a nawet mianowano ją wtedy sekretarzem redakcji, co wiązało się z wyższym uposażeniem.

[8] Skąd to wiem? Otóż w wątku autobiograficznym obszerne miejsce zajmuje sprawa poematu Przedwiośnie, który - to już słowa Urbankowskiego - "pisałem w tamtym Marcu, którego nie dokończyłem i którego nigdy nie dokończę" (s. 391; początek rozdziału "Poemat poszukiwany przez SB"). Poemat ("Trochę Byron, ale mieszkający na Kickiego"; s. 241) istnieje tylko we fragmentach, których w dodatku część poginęła w zawierusze dziejów, w związku z czym Urbankowski apeluje do czytelników:

"Może po wydrukowaniu tych rozdziałów jakaś dobra dusza przyniesie mi brakujące stronice. Może ktoś od kogoś przepisał parę linijek, może ktoś nagrał z radia - nie wiedząc, że to ja jestem autorem" (s. 396).

"Nagrał z radia", bo fragmenty poematu nadawała Wolna Europa, a później zostały one wydrukowane w jej miesięczniku "Na Antenie" (1970, nr 5). Urbankowski wie o tym z materiałów, które o nim zbierała Służba Bezpieczeństwa, ale kończy tak:

"Niestety nie dane mi było obejrzeć nigdy miesięcznika «Na Antenie». Słyszałem swój poemat przez radio, lecz nie wiedziałem, że był także drukowany, nie wiem, które z niebezpiecznych fragmentów się znalazły w druku" (s. 444).

Tymczasem roczniki miesięcznika "Na Antenie" są dostępne od prawie siedmiu lat w Kujawsko-Pomorskiej Bibliotece Cyfrowej i komuś, kto jako tako posługuje się Internetem, znalezienie numeru 5 z roku 1970 nie powinno zająć więcej niż kwadrans. Poemat Bohdana Urbankowskiego rzeczywiście został wydrukowany w tym numerze w osobno numerowanej wkładce (strony I-VII), co może być kolejnym potwierdzeniem banalnej konstatacji, że tajne służby mają na ogół dobre informacje.

[9] Nieładnie mówię? Teresa Torańska rozmawia z Anną de Tusch-Lec, "Gazeta Wyborcza", dodatek "Duży Format", 31 marca 2008. W oryginale ten fragment wywiadu wygląda tak:

"W Izraelu mój tata powiedział mi jedną bardzo ciekawą rzecz, która mnie zaskoczyła: Anka, ty myślisz, żeśmy z Polski wyjechali dlatego, że był antysemityzm? Nie, on był zawsze. Ale w 1968 roku zrobiło się niebezpiecznie. Tam parę pieczeni piekło się jednocześnie. Oni mieli nasze kartoteki. Nas, Żydów z UB. Nie wiadomo, co by z nami zrobili. Byłem na pewno na ich liście. Rozprawiliby się bez pardonu.

Mój tata był w UB. Wyszedł sam, co nie było łatwe, wiązało się z represjami. Ale wcześniej był. I rozumiał, że został wrogiem narodu, jak całe znienawidzone UB. Wiedział, że jest naznaczony. Mówił nam: byłem, nie wiedziałem, to mnie nie usprawiedliwia, mam czarną plamę w życiorysie.

I miał jeszcze dodatkowy garb. W 1956 roku zobaczył, że to, w co wierzył, a wierzył chyba bardzo, zbankrutowało. Całkowicie odsunął się od polityki, a wiedział dużo, bardzo dużo, i nic nie mówił".

A tak z kosmetycznymi zmianami został przedrukowany później w książce Torańskiej:

"W Izraelu tata powiedział mi jedną bardzo ciekawą rzecz, która mnie zaskoczyła: Anka, ty myślisz, żeśmy z Polski wyjechali, dlatego że był antysemityzm? Nie, on był zawsze. Ale w 1968 roku zrobiło się niebezpiecznie. Tam parę pieczeni piekło się jednocześnie. Oni mieli nasze kartoteki. Nas, Żydów z UB. Nie wiadomo, co by z nami zrobili, historia by nas nie obroniła. Byłem na pewno na ich liście. Rozprawiliby się bez pardonu.

Mój tata był w UB. Wyszedł sam, co nie było łatwe, wiązało się z represjami. Ale wcześniej był. I rozumiał, że został wrogiem narodu, jak całe znienawidzone UB. Wiedział, że jest naznaczony. Mówił nam: Byłem, nie wiedziałem, to mnie nie usprawiedliwia, mam czarną plamę w życiorysie.

I miał jeszcze dodatkowy garb. W 1956 roku zobaczył, że to, w co wierzył, a wierzył chyba bardzo, zbankrutowało. Całkowicie odsunął się od polityki, a wiedział dużo, bardzo dużo, i nic nie mówił" (Teresa Torańska, Jesteśmy. Rozstania '68, Świat Książki, Warszawa 2008, s. 102).

Wprawdzie Anna de Tusch-Lec nie mówi, że jej ojciec katował i zabijał, ale jej wypowiedzi rzeczywiście często dają do myślenia. Na przykład życzliwej Teresie Torańskiej oznajmia, że tylko Żyd ma prawo mówić "zażydzenie", "goj" i opowiadać żydowskie dowcipy.

"Pytałaś, co ci wolno, a czego nie wolno. Żydłaczyć ci nie wolno. Opowiadać dowcipów żydowskich ci nie wolno.

Szmoncesów też nie?

Szmonces jest w porządku, szmoncesy są fajne. Ale też ci nie wolno. Mnie wolno.

A słuchać mogę?

To jest niesprawiedliwe, prawda?" (Jesteśmy, s. 100).

Ostatnia odpowiedź jakby sprawy nie rozstrzygała, więc może przynajmniej wolno słuchać, ale nie jest to pewne. Natomiast pewne jest, że skojarzenia z najgłupszymi przedwojennymi antysemitami, którzy oznajmiali, że tylko Polakowi (a nie jakimś Tuwimom czy Leśmianom) wolno tworzyć polską literaturę, są jak najbardziej uprawnione. Dziś moda na te idiotyzmy niestety wraca i ma to nawet swoją specjalną nazwę - "przywłaszczenie kulturowe" (cultural appropriation).

[10] Karl Marx, The New Financial Juggle; or Gladstone and the Pennies, [w:] Karl Marx, Frederick Engels, Collected Works, tom 12: Marx and Engels 1853-1854, International Publishers 1979, s. 44-49. Podaję odnośnik do Collected Works, bo w tym wypadku angielska wersja jest oryginałem.

[11] Fryderyk Engels, Walki na Węgrzech, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 6, Książka i Wiedza, Warszawa 1963, s. 195; kursywa za oryginałem.

Dla koneserów to samo po niemiecku:

"Unter allen den Nationen und Natiönchen Östreichs sind nur drei, die die Träger des Fortschritts waren, die aktiv in die Geschichte eingegriffen haben, die noch jetzt lebensfähig sind - die Deutschen, die Polen, die Magyaren. Daher sind sie jetzt revolutionär.

Alle andern großen und kleinen Stämme und Völker haben zunächst die Mission, im revolutionären Weltsturm unterzugehen. Daher sind sie jetzt kontrerevolutionär" (Friedrich Engels, Der magyarische Kampf, [w:] Karl Marx, Friedrich Engels, Werke, tom 6, Dietz Verlag, Berlin 1961, s. 168; kursywa za oryginałem).

[12] Bohdan Urbankowski, Myśl romantyczna, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, s. 253.

[13] Tak to zostało opisane na odwrocie strony tytułowej: "This volume is a translation of Die Sexualität im Kulturkampf", aczkolwiek był to przekład z pewnymi zmianami w stosunku do oryginału. Zob. Wilhelm Reich, The Sexual Revolution. Toward a Self-Governing Character Structure, przekład Theodore P. Wolfe, Orgone Institute Press (czyli w praktyce nakładem autora), Nowy Jork 1945.

[14] O "robieniu poezji" pisał Mickiewicz w liście do Aleksandra Chodźki z 8 lutego 1842:

Czego [Bóg] chce, sam musisz odgadywać! Przejąć się aż do dna ducha tą myślą, że my nie przyszliśmy dawny dom cicho zamieszkiwać, bo po cóż byłoby tłuc się po świecie i między ludźmi tyle niepokoju robić, tyle im biedy robić? Po co poezja! Czyż to nasza poezja ma być w książkach, a w nas ma zostać proza, mamyż jak posągi Memnona głos wydawać o wschodzie, nie wiedzieć dlaczego, kiedyśmy martwi i nieruchomi? Mamyż obmalować życie dziełami pięknymi zewnątrz, a wewnątrz być grobami pełnymi kości spróchniałych? Czas, bracie, robić poezją! Tym tylko zwyciężymy wszystkich poetów, a o ile zrobim, o tyle tylko zdołamy zaśpiewać. Czy myślisz, że biedny Byron napisałby tyle wielkich strof, gdyby nie był gotów i lordostwo, i Londyn porzucić dla Greków? W tej to gotowości leżał sekret jego siły pisarskiej, którą inni poeci chcieli wykraść z jego książek, a nie z jego duszy.

Przed nami, Olesiu, większa sprawa niż grecka i większy świat niż przed Byronem, toteż nam trudniej wydobyć z siebie dosyć siły, a znikąd jej nie dostaniem, tylko z siebie (Adam Mickiewicz, Dzieła, tom XV: Listy. Część II, Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1955, s. 459-460; wyróżnienie za oryginałem).

Tyle że ta sprawa większa niż grecka, to tym razem nie rewolucja, powstanie, bieganie po ulicach etc., ale praca duchowa, początek ruchu, który za kilka miesięcy doprowadzi do powstania Koła Sprawy Bożej towiańczyków. Dwa lata później Chodźko powtórzy te myśli w "Przedmowie wydawcy" do pierwszego tomu Pism Adama Mickiewicza, a sam Mickiewicz, bardzo konsekwentnie, da Sewerynowi Goszczyńskiemu następujące pouczenie:

"Ucz się kalendarza - to jest uważaj pilnie dni, w których jesteś lepiej. Można przez to wpaść na bardzo ważne wskazówki o twojej przeszłości i przyszłości. A głównie uważaj, jakiemu świętemu dzień ten poświęcony, staraj się poznać żywot tego świętego; dlatego dobrze byłoby nawet, abyś dostał sobie brewiarz. Kalendarz i brewiarz są to najważniejsze książki dla człowieka" (Seweryn Goszczyński, Dziennik Sprawy Bożej, tom I, opracował i wstępem poprzedził Zbigniew Sudolski przy współpracy Wiesławy Kordaczuk i Marii M. Matusiak, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1984, s. 205; notatka z 24 listopada 1844; wyróżnienie za oryginałem).

Czyli właśnie czas regularnie czytać - z tym że dobór lektur powinien być szczególny.

Nb. ostatnie zdanie o kalendarzu i brewiarzu cytuje się najczęściej za Ziemią Ulro:

"Pana Tadeusza mógł napisać tylko poeta, który - kiedy, w 1849 roku! - powiedział do Seweryna Goszczyńskiego: «Kalendarz i brewiarz są to najważniejsze książki dla człowieka», a więc poeta, w którym głęboko tkwiły przyzwyczajenia rytualizujące czas: rok rolniczy, rok liturgiczny" (Czesław Miłosz, Ziemia Ulro, Wydawnictwo Znak, Kraków 1994, s. 130).

Przy okazji poprawiam więc pomyłkę Miłosza, którego, o ile wiem, nikt od ponad czterdziestu lat nie miał odwagi poprawić (znowu to czekanie na adventum Ebenezera Rojta?): nie w 1849 roku powiedział, ale pięć lat wcześniej. Co ważne dla zrozumienia biografii Mickiewicza, bo rok 1844 to największe szały towianizmu. Natomiast w roku 1849 Mickiewicz był już po słynnym liście do Towiańskiego z 12 maja 1847, gdzie między wieloma strasznymi słowami padają i takie: "Wydobywaliśmy życie sztuczne: kazaliśmy braciom robić ruchy, często ze stanem ich wewnętrznym niezgodne. Odejmowaliśmy braciom ostatnią już wolność, szanowaną przez wszelkie tyranie, wolność milczenia" (Adam Mickiewicz, Dzieła, tom XV: Listy. Część III, Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1955, s. 131; wyróżnienie za oryginałem).

Bohdan Urbankowski o Zbigniewie Herbercie
albo hagiografia kompilacyjna

Obszerna monografia Bohdana Urbankowskiego o Zbigniewie Herbercie Poeta, czyli człowiek zwielokrotniony została napisana w poetyce adekwatnej do tytułu [1]. Także autor wystąpił jako "człowiek zwielokrotniony", który gładko przechodzi od potoczystego eseju, poprzez zjadliwy pamflet, aż do monotonnej kołatki polonistycznego bryku. Można się z jego książki dowiedzieć zarówno tego, co z rozrzewnieniem wspominał po pijanemu na początku lat sześćdziesiątych poeta Adam Ważyk [2], jak i tego, że w wierszach Herberta występują anafory, gradacje i syllepsy [3].

Niestety, do Herberta nie podszedł Urbankowski z taką samą swobodą, z jaką potrafi opowiadać o pijanym Ważyku. Jego książka to cegła do cokołu pomnika osoby już na pierwszej stronie przedstawionej z emfazą jako

nie tylko największy poeta tamtych dni, ale także największy autorytet moralny. Pisarz [...], który w imieniu ludzkości protestował [...] w imię niepodległości popierał [...] Poniesiony gniewem i fantazją miał odwagę [...] etc. etc. (s. 13, pierwsza po spisie treści).
Brzydko wyśmiewać się z cudzej religii i aktów strzelistych, więc daruję sobie łatwe drwiny z tego napompowanego po kres wytrzymałości balonu. Uważam zresztą, że w dzisiejszym czasie marnym wyniesienie na ołtarze akurat Zbigniewa Herberta mogłoby uczynić wiele dobrego. Ale pod jednym warunkiem: że najprzód - jak na porządny proces kanonizacyjny przystało - cały materiał hagiograficzny oczyści ogień przygotowany przez jakiegoś nieugiętego "adwokata diabła".

Deklaracje samego kanonizowanego powinny tu być, co chyba oczywiste, najmniej ważne. Zwłaszcza że Herbert o swoim życiu opowiadał ze swadą barona Münchhausena najprzeróżniejsze historie [4]: że siedział w sowieckim więzieniu, że zarobkowo kopał torf, że pojedynkował się na szable w Lasku Bielańskim itp. itd. Rzetelny biograf ma w takiej sytuacji dwa wyjścia: albo znaleźć dokumenty i świadków, albo otwarcie napisać, że dokumenty i świadkowie nie istnieją i nie potwierdzony akt heroicznej cnoty skreślić z listy.

Tymczasem Urbankowski wprawdzie przyznaje, że Herbert mija się z faktami [5] albo wręcz fantazjuje [6], ale mimo to sam już w następnym akapicie gotów jest wziąć udział w odpalaniu nowych, jeszcze wspanialszych fajerwerków fantazji:

Kolejny ważny trop stanowi wspomnienie Herberta, iż uczono go obsługi radiostacji. Wynikać może z tego, że przełożeni poety brali pod uwagę jego niedawną kontuzję, niewykluczone, że był przygotowywany do "konspiracji w konspiracji", jaką stanowiła organizacja NIE. Łatwość, z jaką poeta nawiązał kontakt z krakowskim podziemiem dowodzi, że przed wyjazdem do Krakowa został wyposażony w odpowiednie pisma i adresy. Można przyjąć, że poeta prowadził swą podziemną działalność krótko - za to przeciw obydwu okupantom (s. 50-51).
Wywód ten opiera się od początku do końca niemal wyłącznie na ad hoc zmyślonych przesłankach. Zakłada się istnienie "przełożonych poety", ich super-konspiracyjnych planów względem Herberta, jego kontaktu z "krakowskim podziemiem", odpowiednich pism i adresów od konspiracji lwowskiej do krakowskiej etc. Ale tak naprawdę cała ta maszyneria pseudo-wnioskowań została puszczona w ruch tylko dlatego, że Edward Balcerzan zapamiętał, jakoby kiedyś w stanie wojennym Zbigniew Herbert powiedział mu:
Przypuszczam, że moje dowództwo we Lwowie przygotowywało mnie do zadań dywersyjnych; uczyłem się obsługi radiowego nadajnika; byłem bardzo sprawny fizycznie; po wojnie nie ujawniłem się jako żołnierz AK i dlatego wciąż zmieniałem miasta i wyższe uczelnie; uciekałem [7].
Faktycznie istnieje zatem tylko to jedno jedyne zdanie wydrukowane w kilkanaście lat później w pośmiertnym wspomnieniu. Zdanie, którego nie potwierdza ani żaden strzęp papieru, ani żaden naoczny świadek. Jakby tego było jeszcze mało, Urbankowski wywraca na nice jego wewnętrzną logikę. Herbert opowiada, że jakoby przygotowywano go do zadań dywersyjnych, ponieważ był "bardzo sprawny fizycznie". Natomiast Urbankowski zmyśla, że tajemniczy "przełożeni poety" właśnie dlatego odesłali go do obsługi radiostacji, ponieważ był niesprawny fizycznie ("brali pod uwagę jego niedawną kontuzję") [8]. Herbert przypuszcza, do czego mógł być przygotowywany. Urbankowski zmyśla, do czego został użyty, i to walcząc podobno "przeciw obydwu okupantom".

I tak jest ze wszystkimi spekulacjami na temat udziału Zbigniewa Herberta w wojennej i powojennej konspiracji. Niejasna wzmianka natychmiast zmienia się w potwierdzony fakt [9]. Wspomnienia żony stają się - choć żona wie to tylko, co opowiedział jej mąż - potwierdzeniem słów męża [10]. "Napomknienia raczej rodzinne" to już "ważki argument" [11]. Co gorsza, Urbankowski nie chowa w zanadrzu żadnej nowej karty i tylko wciąż tasuje na rozmaite sposoby te, które już dawno rzucono na stół. Dokumentów jak nie było, tak nie ma, musi więc nieustannie uzupełniać ich brak bujnością wyobraźni i żarliwością wiary [12].

Z początku jeszcze zdarza mu się zawahać. Ale szybko zbywa te wahania rozbrajająco nonsensownym argumentem:

Gdyby poeta chciał kłamać - zadbałby o uzgodnienie szczegółów, o znalezienie świadków i o sprokurowanie dowodów. Niespójność Herbertowych opowieści świadczy o ich prawdziwości, i o normalnych procesach destrukcji, jakim ulega ludzka pamięć (s. 47, kursywa moja) [13].
Wcześniej używa Urbankowski określeń "prawdopodobnie" i "trudno odpowiedzieć", choć częściej pojawiają się - zgodnie z racjami serca, których rozum nie zna - rozmaite "można przyjąć" i "nie ma powodu wątpić" (s. 44-55). Potem są już głównie oznajmienia w tonie obiektywnej informacji encyklopedycznej: "Herbert był podchorążym AK" (s. 642); "Wyjazd ze Lwowa, współpraca z Armią Krajową, studia jedne i drugie [...]" (s. 676). Na koniec zaś, w "Kalendarium życia Zbigniewa Herberta", prawdopodobna (na stronie 44) podchorążówka AK zostaje wpisana między styczeń 1944 (podziemna matura) a 26 marca 1944 (wyjazd ze Lwowa) jako po prostu "Podchorążówka AK" (s. 719) [14].

Kompilatorstwo Urbankowskiego może zrazić bardziej wymagających czytelników, ale ostatecznie nie ma w nim nic zdrożnego: nożyczki i klej to wprawdzie mało ambitna, lecz dopuszczalna metoda. Niemniej mechaniczne kopiowanie w połączeniu z hagiograficznym zacięciem źle wpływa na zmysł kontroli. Na przykład przy tworzeniu wspomnianego wyżej kalendarium autor najprawdopodobniej bezkrytycznie korzystał z kalendarium Przemysława Czaplińskiego i Piotra Śliwińskiego [15]. W każdym razie powiela za nim błędne datowanie zarobkowej wyprawy Herberta do Ameryki (1969-70), chociaż prawidłowe (1970-71) łatwo ustalić chociażby na podstawie zachowanej korespondencji. Podaje je też Siedlecka [16].

Jednak największa kompromitacja - i to z tych anegdotycznych - przytrafiła się Urbankowskiemu w rozdziale poświęconym nieukończonemu projektowi wieczoru poetyckiego, w trakcie którego recytację wierszy Herberta miała poprzedzać prezentacja sześciu bliskich mu poetów. Pomijam już liczne błędy przy przepisywaniu [17], bo oto swoje rozważania zamknął Urbankowski tak:

Wypowiedź Herberta kończą gorzkie słowa z Pogrzebu kapitana Mayznera:

Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica
Ani dla lutni mojej ani dla imienia; -
Imię moje tak przeszło jako błyskawica
I będzie jak dźwięk pusty trwać przez pokolenia

Nagle zdajemy sobie sprawę, że Herbert nie układa programu wieczoru poetyckiego, on układa program pogrzebu.
Mniejsza o kolejny błąd ("Mayznera" zamiast "Meyznera" [18]), skoro najwyraźniej chodziło tutaj głównie o tę efektowną pointę: przejście od Pogrzebu kapitana Meyznera Słowackiego cytowanego przez Herberta do pogrzebu samego Herberta. Bieda jednak w tym, że zacytowane przez Urbankowskiego "gorzkie słowa" to wcale nie żaden Pogrzeb kapitana Meyznera, lecz druga zwrotka wiersza Słowackiego Testament mój, jednego z najbardziej znanych, wałkowanych w szkole. Nie wierzę, by Urbankowski wyrwany do tablicy tego nie wiedział, bo kiedyś za takie rzeczy oblewano na maturze. Natomiast jako hagiograf miał, widać, co innego na głowie, więc bezmyślnie powtórzył gafę wydawcy pism Herberta [19].

Choć przecież w tym wypadku chyba nawet pijanego Ważyka coś by tknęło...

[1] Bohdan Urbankowski, Poeta, czyli człowiek zwielokrotniony. Szkice o Zbigniewie Herbercie, Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne, Radom 2004. Stron 728. Dalej w nawiasach okrągłych numery stron z tego wydania.

[2] "Na polecenie KC towarzysz Ważyk pisał Poemat dla dorosłych. Kilka lat później na spotkaniu w akademiku na ul. Kickiego nie chciał go nawet czytać. Po spotkaniu i po paru głębszych wytłumaczył, że po prostu się wstydził, że potem byłyby pytania. - Poemat powstał na polecenie «góry» puławian, samego towarzysza Jakuba, który chcąc ratować swoją skórę, zaczął grać kartą liberała. Towarzysz Zambrowski załatwiał Nieborów: żarcie, wóda - wspominał Ważyk - A jakie dupeńki!..." (s. 163-164). Jak widać, autor temat potraktował szeroko, w konwencji "Zbigniew Herbert i jego czasy", czy może raczej "Zbigniew Herbert i świństwa wyczyniane przez jego kolegów po piórze". Tym większą niegodziwością było wydanie tej książki bez porządnego indeksu nazwisk.

[3] Syllepsa, jeśli nie wiecie, to "brak odpowiedniości między logiczną a gramatyczną budową wypowiedzi" (Michał Głowiński, Teresa Kostkiewiczowa, Aleksandra Okopień-Sławińska, Janusz Sławiński, Słownik terminów literackich, pod redakcją Janusza Sławińskiego, wydanie drugie poszerzone i poprawione, Ossolineum, Wrocław 1988, s. 501). I rzeczywiście, bez tego do Herberta lepiej nie podchodzić. Bo gramatycznie opisać jego życie to nie sztuka, natomiast problem bywa z logiką.

[4] Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta w DODATKACH: "Zbigniew Herbert wymyśla swoje życie. Materiały do biografii" oraz "Zbigniew Herbert wymyśla swoje życie. Aneks".

[5] Pod koniec życia w artykule Wiktor Woroszylski na tle epoki Herbert wspominał: "W roku 1956 koledzy zapisali mnie do Związku Literatów" (Zbigniew Herbert, Węzeł gordyjski oraz inne pisma rozproszone 1948-1998, Biblioteka "Więzi", Warszawa 2001, s. 551; dalej cytuję jako Węzeł gordyjski). Urbankowski tak to komentuje: "Jak się wydaje, Herbert sam ulega w tym wspomnieniu mitologii «Polskiego Października» - legitymację członka-kandydata ZLP (w Oddziale Warszawskim Związku) otrzymał 17 stycznia 1955 roku" (s. 138).

[6] "Jeżeli poeta miał poczucie winy wobec rówieśników, którzy walczyli w lesie, gdy on tylko się uczył, choćby nawet na kursie podchorążych - dokonanie takiej «korekty» życiorysu zarówno spóźnionym, ale jednak ryzykanckim działaniem, jak i późniejszym fantazjowaniem, jest psychologicznie wytłumaczalne (s. 50, kursywa moja).

[7] Edward Balcerzan, Pan Cogito a pamiętanie słów, "Arkusz", wrzesień 1998. Cytuję za Urbankowskim (s. 47).

[8] Herbert w czasie wojny wskutek wypadku na nartach miał poważne problemy z nogą, długo chodził o kulach, a potem, utykając, w ortopedycznym buciku. Informacji tej podważyć nie sposób, więc Urbankowski próbuje przynajmniej zminimalizować jej znaczenie. Kalectwo sprowadza do wymiaru "kontuzji" i jednocześnie zmyśla, że właśnie ta "niedawna kontuzja" zaważyła na skierowaniu poety na kurs obsługi radiostacji. O tym, że kurs ten miał być z kolei elementem szkolenia dywersantów (czyli swego rodzaju "komandosów" podziemia), Urbankowski woli już nie pamiętać, bo jakże to: dywersant w bucie ortopedycznym?

Nb. nie udało mi się ustalić, jak długo Herbert takich butów używał. Siedlecka zdaje się sugerować, że może tylko do roku 1942 (czyli leczenie i rehabilitacja "kontuzji" trwały co najmniej rok!), a potem Herbert już tylko utykał. "Później nie potrzebował już laski, ale wyraźnie kulał, utykał, chodził jakby bokiem stopy, prawą nogę miał wykręconą w kostce, o wiele szczuplejszą, w specjalnym, ortopedycznym buciku, co widać na jedynym zdjęciu z fraucymerem [koleżankami z klasy] z lutego 1942" (zob. Joanna Siedlecka, Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie, Prószyński i S-ka, Warszawa 2002, s. 70). Ale wzmianka o pieniądzach na buciki ortopedyczne pojawia się jeszcze w liście od rodziców z roku 1961! Utrzymana jest w tonie żartobliwym, co mogłoby wskazywać, że sama sprawa była raczej drażliwa i bolesna: "[...] wręczyliśmy Twojej Siostrze [...] 500 drachm attyckich [zapewne 500 złotych] [...] by zaliczkowo pokryła koszty bucików ortopedycznych lub rozsądnie załatać jakąś inną dziurę w Twoim chitonie" (zob. Zbigniew Herbert, Korespondencja rodzinna, Wydawnictwo Archidiecezji Lubelskiej Gaudium, Lublin 2008, s. 136, list Bolesława i Marii Herbertów z 14 marca 1961; dalej cytuję jako Korespondencja rodzinna).

Zob. też Herbert lubił szukać guza. Rozmowa Andrzeja Franaszka z siostrą Herberta, Haliną Herbert-Żebrowską, "Tygodnik Powszechny", 3 sierpnia 2008: "A jak wyglądały związki Pani brata z Armią Krajową czy w ogóle podziemiem? Jeżeli chciał tam należeć, to mógł o tym myśleć dopiero w 1943 roku. Był trochę taki, że lubił szukać guza. Jeszcze w czasie okupacji sowieckiej, podczas srogiej zimy wziął wieczorem narty, poszedł jeździć i złamał nogę. Konsekwencje ciągnęły się bardzo długo, to były miesiące leżenia, kolejne operacje. Więc nie nadawał się do żadnej służby. Nie pamiętam, żeby chodził na jakieś szkolenia, po prostu musiał dużo leżeć. Dopiero gdy trafiliśmy do Krakowa, czy właściwie Proszowic, to rzeczywiście czasem znikał z domu, być może trafił do jakiejś organizacji. Ale to już pod koniec wojny. Może było z nim tak jak z Mickiewiczem i Słowackim, którzy jako słabego zdrowia uratowali się. Na szczęście... Sam mógł mieć żal do losu, że zamiast walczyć leżał z nogą na wyciągu. Zresztą pod względem zdrowotnym jeszcze po wojnie okazał się całkowicie niezdolny do służby wojskowej. W każdym razie, jak mało który z poetów, starał się pamiętać o tych, którzy zginęli".

[9] W cytowanym wyżej artykule Wiktor Woroszylski na tle epoki Herbert napisał również i takie zdanie: "Zjawiłem się przed komisją [wojskową] zaopatrzony w oficjalny dokument stwierdzający, że jestem inwalidą wojennym, co odpowiadało prawdzie" (Węzeł gordyjski, s. 549). Urbankowski opowieść tę zamienia natychmiast w fakt mocny niczym kwit z teczki personalnej: "Po wojnie poeta został oficjalnie zaliczony do inwalidów wojennych, do końca życia utykał na nogę" (s. 53). Pisze tak, chociaż wie - przynajmniej z książki Siedleckiej - jak to było z utykaniem i nie potrafiłby przedstawić żadnego dokumentu na potwierdzenie tej niebłahej przecież urzędowej czynności. Uznać kogoś oficjalnie za inwalidę wojennego to nie byle co i procedura taka zawsze wsysała sporo papieru (zaświadczenia, badania, orzeczenia) i zarazem sporo papieru wypluwała (decyzje, legitymacje).

Nb. z korespondencji rodzinnej wynika, że w 1953 roku zwolnienie z obowiązku służby wojskowej bez problemu załatwił Herbertowi ojciec (zob. Korespondencja rodzinna, s. 21-22).

[10] W wywiadzie dla "Tygodnika Solidarność" pani Katarzyna Herbert oświadczyła, że był on "zaprzysiężonym członkiem AK". W związku z tym natychmiast została uznana przez Urbankowskiego za osobę "najlepiej znającą poetę" (s. 49). Przypomnę więc może w tym miejscu, że w innym głośnym wywiadzie, tym razem udzielonym "Gazecie Wyborczej", pani Herbert oświadczyła równie stanowczo, że nie ma pojęcia, jak powstawał Pan Cogito, najsłynniejszy tom wierszy jej męża ("Wie pan, że nie mam pojęcia"). Nb. ponieważ w tym wywiadzie padały też wypowiedzi nie w smak Urbankowskiemu, okazało się momentalnie, że ta "najlepiej znająca poetę" żona w ogóle nie miała pojęcia, na co jej mąż przez lata chorował. A Urbankowski wiedział! (zob. s. 712-713).

[11] Jako "jeszcze jeden, i to ważki argument" cytuje Urbankowski słowa Rafała Żebrowskiego, siostrzeńca poety, urodzonego w roku 1954, który w filmie Obywatel poeta powiedział: "Wedle tego co wiem, z takich napomknień raczej rodzinnych wynika, że właśnie wtedy [tj. w czasie pobytu w podkrakowskich Proszowicach] wuj Zbigniew się zaangażował w jakąś konspirację" (s. 56-57). "Jakąś", bo "napomknienia rodzinne" nie miały tyle fantazji, co Urbankowski, który z miejsca urządza przegląd mniemanych oddziałów wchodzących w grę ("W grę mógł wchodzić któryś z oddziałów...", s. 57).

[12] Ponowne podkreślenie, że znajdujemy się na obszarach wiary, nie jest retorycznym nadużyciem. W przypisie 31 na stronie 61 sam Urbankowski tak oto na koniec przygważdża Joannę Siedlecką: "[...] tylko że w działalność podziemną Zbigniewa autorka nie chce wierzyć" (kursywa moja). Ano, nie chce i uparcie domaga się dowodów zamiast budujących opowieści, co najwyraźniej celebransowi Urbankowskiemu nie mieści się w głowie.

[13] Żenująca jest pseudologika tego "argumentu z niespójności". Niespójność jakichkolwiek opowieści nigdy nie świadczy o ich prawdziwości. W najlepszym wypadku prawdziwości jedynie nie wyklucza. Jeśli zaś idzie o "normalne procesy destrukcji", to wypada zauważyć, że ulega im nie tylko pamięć ludzi prawdomównych, ale również pamięć kłamców.

[14] Na ostatnich stronach Urbankowski pisze wprawdzie, że najważniejsze zagadki z życiorysu Herberta "nie zostały rozwiązane"; "choćby powojenne związki poety z Armią Krajową i WiN" (s. 716). Nie chodzi tu jednak Urbankowskiemu o samo istnienie takich związków (które mimo braku jakichkolwiek dokumentów jest dla niego w zasadzie pewne); zagadkowy pozostaje jedynie ich charakter.

[15] Przedrukowanego m.in. w magazynie "Kontrapunkt", dodatku do "Tygodnika Powszechnego" z 18 kwietnia 1999.

[16] Zob. Joanna Siedlecka, Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie, Prószyński i S-ka, Warszawa 2002, s. 308.

[17] Zamiast "materią jego słowa jest szelest spadającej rosy" (s. 476) powinno być "materią jego słowa jest szelest spadającej o zaranku rosy". Zamiast "Mój najbliższy" (s. 479) powinno być "Moja najbliższa". Zamiast "że czuję gorący oddech na karku" (s. 479) powinno być "że czuję ich gorący oddech na karku". Zamiast "mało masz czasu" (s. 479) powinno być "masz mało czasu". Do tego jeszcze pominięte wyróżnienia, zamiana wielkich liter na małe, zmiany w interpunkcji etc. Widocznie takie drobiazgi w wypadku "największego poety" nie są istotne. Kursywa moja. Różnice podaję za wydaniem Węzła gordyjskiego (Węzeł gordyjski, s. 94-99), którym posługiwał się Urbankowski (zob. przypis 75 na stronie 475). Zob. także Zbigniew Herbert. Wieczór poetycki 25 maja 1998 roku. Teatr Narodowy, Teatr Narodowy, Warszawa 1999.

[18] Pogrzeb kapitana Meyznera to wiersz Słowackiego z bodaj najczęściej przekręcanym tytułem. W pierwodruku tytuł ten brzmiał Pogrzeb kapitana M. i w tej postaci nie sprawiałby chyba nikomu problemów. Natomiast w rękopisie raperswilskim, zniszczonym w czasie II wojny światowej, poeta dał wariant rozwinięty Pogrzeb kapitana Meyznera. Można to sprawdzić także dziś, gdyż szczęśliwie podobiznę tego rękopisu zamieścił Bronisław Gubrynowicz w pierwszym tomie wydania jubileuszowego (zob. Dzieła Juliusza Słowackiego. Pierwsze krytyczne wydanie zbiorowe, t. I: Wiersze drobne, Lwów 1909; podobizny autografów na wklejkach zaraz za kartą tytułową; Pogrzeb kapitana Meyznera trzeci z kolei).

Nb. w autografie widać wyraźnie, że Słowacki napisał w tytule "Kapitana" (wielką literą), o czym jednak nie wspomina skrupulatny Juliusz Kleiner w swoim wydaniu krytycznym (zob. Juliusz Słowacki, Dzieła wszystkie, pod redakcją Juliusza Kleinera, t. VII, Ossolineum, Wrocław 1956, s. 123). Jak nazwisko Meyznera pisano za jego życia, można poznać na przykład z broszurki z wierszem kapitana, odczytanym przez niego na "obchodzie drugiey rocznicy" powstania listopadowego. Wiersz utrzymany jest w tonacji nader bojowej ("I za zdrowie Oyczyzny za zdrowie Wolności, / Z czaszki Cara wychylim nad stosami kości".), a karta tytułowa informuje, że był czytany "przez Jósefa Meyznera, kapitana 9o pułku liniiowego woysk polskich". Broszurka wyszła w Paryżu w roku 1832. Drukował oczywiście August Pinard, tatuś Kory, akurat obłąkiwanej od jakiegoś czasu przez Julka Słowackiego: "A teraz wstydzę się powiedzieć, co robię - oto jak szatan obłąkiwam młodą, 16-stoletnią panienkę - która już od dwóch dni ma gorączkę z maligną. [...] braknie tylko, żeby zwariowała" (list Słowackiego do Antoniego Edwarda Odyńca z 22 kwietnia 1832; zob. Korespondencja Juliusza Słowackiego, t. I, Ossolineum, Wrocław 1962, s. 113).

[19] Testament mój Słowackiego identyfikuje błędnie jako Pogrzeb kapitana Meyznera Paweł Kądziela, redaktor Węzła gordyjskiego, w nocie zamieszczonej na stronie 734 i stamtąd identyfikację tę przepisał Urbankowski. W drugim wydaniu błąd został na szczęście poprawiony. Zob. Zbigniew Herbert, Węzeł gordyjski oraz inne pisma rozproszone 1948-1998, t. I, Biblioteka "Więzi", Warszawa 2008, s. 378.