EBENEZER ROJT

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fryderyk Engels. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fryderyk Engels. Pokaż wszystkie posty

Robert Tekieli demaskuje Fryderyka Engelsa
albo bolszewicki dekret o nacjonalizacji kobiet

Wykształceni inaczej oburzyliby się - pisze wykształcony jeszcze inaczej Robert Tekieli [1] - gdyby powiedzieć im, że [wspierając LGBT] głoszą marksistowską ideologię. Skąd mają wiedzieć, że w 1884 r. Fryderyk Engels w książce "Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa" uznał monogamiczną rodzinę za szkodliwy przeżytek.
Robert Tekieli napisał to wprawdzie tylko w felietonie - czyli w formie swobodnej, dziś z premedytacją używanej do opowiadania baśni - ale skoro już nieopatrznie przeczytaliście kawałek Tekielego, to teraz będziecie musieli za karę przeczytać kawałek Engelsa. Pocieszcie się jednak, że niezbyt duży, a poza tym dzięki temu wzrośnie poziom waszego marnego (tako rzecze Tekieli) wykształcenia.

Książka Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa [2] (wydana, co nie bez znaczenia, po śmierci Marksa [3]) nie ma dziś prawie żadnej wartości naukowej i można ją traktować wyłącznie jako historyczną ciekawostkę. Engels przeważnie referuje w niej z entuzjazmem poglądy Lewisa Morgana, którego wizja rozwoju cywilizacji jest już przestarzała jak teoria cieplika. Powołuje się też najzupełniej serio na koncepcję matriarchatu Johanna Jakoba Bachofena (matriarchat niestety również wymyślił biały mężczyzna). Wszystko to jednak nie upoważnia nikogo do niefrasobliwego fantazjowania, że według Engelsa "monogamia to skandal". Otóż nie!

Jesteśmy obecnie - to już pisze Fryderyk Engels, który nie miał nawet matury - w przededniu rewolucji społecznej, kiedy dotychczasowe ekonomiczne podstawy monogamii nieuchronnie znikną, tak samo jak jej uzupełnienie - prostytucja. Monogamia powstała ze skoncentrowania większych bogactw w jednym ręku, a mianowicie w ręku mężczyzny - i z konieczności przekazania tych bogactw w spadku dzieciom tego mężczyzny, a nie żadnego innego. Do tego była potrzebna monogamia kobiety, a nie mężczyzny, ta monogamia kobiety zatem absolutnie nie przeszkadzała jawnej lub ukrytej poligamii mężczyzny. Nadchodząca rewolucja społeczna przez przekształcenie we własność społeczną przynajmniej przytłaczającej większości trwałych, dających się przekazać w dziedzictwie bogactw - środków produkcji - sprowadzi do minimum całą tę troskę o dziedzictwo. Skoro zaś monogamia powstała z przyczyn ekonomicznych, powstaje pytanie, czy zniknie ona, gdy znikną te przyczyny?

Można by nie bez słuszności odpowiedzieć: monogamia nie tylko nie zniknie, lecz wówczas dopiero zostanie urzeczywistniona w całej pełni, gdyż wraz z przekształceniem środków produkcji we własność społeczną zniknie również praca najemna, proletariat, a więc dla pewnej - statystycznie obliczalnej - ilości kobiet zniknie konieczność oddawania się za pieniądze. Prostytucja zniknie, monogamia zaś, zamiast zginąć, stanie się wreszcie rzeczywistością - także i dla mężczyzn (Engels, s. 87; wyróżnienia moje).

Będzie to bowiem monogamia wyrastająca ze swobodnej decyzji dwojga osób, w związku z czym Engels snuje potem rozważania o naturze "indywidualnej miłości płciowej" i pisze o niej niemal jak jakiś, za przeproszeniem, religiancki kołtun:
Ponieważ jednak miłość płciowa jest z natury swej wyłączna - chociaż dzisiaj tę wyłączność widzimy jedynie wśród kobiet - to małżeństwo oparte na miłości płciowej jest z natury swej małżeństwem pojedynczej pary (Engels, s. 93; wyróżnienia moje) [4].
"Z natury swej wyłączna"! Czyli żadne tam poliamoryzmy, panseksualizmy, czy inne burżuazyjne dewiacje. I nie muszę chyba dodawać, że ta "pojedyncza para" to dla Engelsa była "z natury" wyłącznie para męsko-damska [5].

Tyle o monogamii według Engelsa.

Naturalnie tej bajki o Engelsie, rzekomo uważającym monogamię za skandal, Tekieli sam nie wymyślił, a jedynie powtórzył zmyślenie krążące po świecie. Powtórzył zaś po to, by zaraz gładko przejść do rewelacji jeszcze bardziej oburzającej. Ci "wykształceni inaczej", którzy nie czytali Engelsa, nie wiedzą bowiem - pisze dalej Tekieli, który też Engelsa nie czytał - jakie bezeceństwa jego myśl zainspirowała.

Nie mają pojęcia, że w 1918 r. bolszewicy zgodnie z opartą na przemyśleniach Engelsa dyrektywą Trockiego w kolejnych zdobywanych rosyjskich miastach ogłaszali dekret o nacjonalizacji i dystrybucji kobiet. Skasowanie takich pojęć jak "moja żona", "mój mąż" komuniści osiągali za pomocą losowania. Kobieta musiała przez kwartał żyć z mężczyzną, który ją wylosował. Do następnego losowania. Obywatele mężczyźni mieli też "prawo korzystać z kobiety nie częściej niż cztery razy w tygodniu i nie dłużej niż przez trzy godziny". Chodziło o młode dziewczyny w wieku od 16 do 25 lat (Tekieli, s. 64).
Tymczasem to właśnie Robert Tekieli najwyraźniej nie ma pojęcia, że ten bolszewicki dekret o nacjonalizacji i dystrybucji kobiet to kolejna baśń, fałszywka, fake news. Nie było żadnych losowań, przymusowych kwartałów, żadnych harmonogramów korzystania przez obywatela mężczyznę z obywatelki kobiety etc. Wszystko to mistyfikacja [6].

Rzekomo odnaleziono ten dekret w czasach rozpadu Związku Radzieckiego w jakichś archiwach. Czasem dla większego fasonu są to nawet "archiwa KGB". Tę wersję powtarza na przykład pewien rosyjski seksuolog (!) w mocno bałamutnym łotewskim filmie Seks w ZSRR. Prawda i obłuda [7]. Ale nie, nie odnaleziono. W najlepszym wypadku są to tylko sensacyjne artykuliki ze starych gazet.

Nie znaczy to, rzecz jasna, że do żadnych ekscesów wtedy nie dochodziło. Sama rewolucja była jednym wielkim ekscesem, pełnym przemocy i gwałtów. Lenin nie miał nic przeciwko łagrom dla przeciwników rewolucji, ale akurat prób "nacjonalizacji kobiet" nie aprobował i kazał sprawdzać nawet błahe (w porównaniu do innych krzywd) skargi [8]. Nb. o ile z łagrów, w końcu instytucji utajnianej w najwyższym stopniu, zachowało się mnóstwo relacji, o tyle próżno szukać wspomnień obywatelek kobiet wylosowanych przez przypadkowego obywatela mężczyznę w ramach dekretu o nacjonalizacji.

A jeśli nawet jakieś skromne ekscesy obyczajowe tu i ówdzie się pojawiały, to nie potrwało to długo. Już w 1924 roku Aron Załkind, autor Dwunastu płciowych przykazań rewolucyjnego proletariatu, ustalił, że rewolucyjnego proletariusza obowiązuje przed ślubem wstrzemięźliwość płciowa. "A co szkodliwego - powiedzą nam - w aktywności płciowej przed ślubem? Szkodliwe jest to, że taka aktywność płciowa jest niezorganizowana" [9]. Odtąd więc wypadało być zorganizowanym także i w tej sferze. Później skończyły się łatwe rozwody za trzy ruble, a jeszcze później organizacje partyjne zaczęły wtrącać się do aktywności płciowej towarzyszy, którzy (niczym jacyś rozpustni burżuje) nie dochowywali wierności swoim towarzyszkom żonom.

Opowieści o bolszewikach nacjonalizujących kobiety mają więc generalnie tyle wspólnego z rzeczywistością, co opowieści o feudałach egzekwujących prawo pierwszej nocy [10]. Źródła wprawdzie żadne albo marne, ale wyobraźnia i tak żywi się tym, że nie można absolutnie wykluczyć, że jednak ktoś, kiedyś, gdzieś, chociaż trochę..., choć po bliższym zbadaniu zwykle i tak okazuje się, że chodzi o historyjkę dorobioną post factum do banalnych w czasach zamętu gwałtów i rozbojów.

W dodatku opowieści o tym, jak to w socjalizmie żony będą wspólne, utrwaliły się w ludzkiej wyobraźni na długo przed rewolucją. Zawsze też chętnie się na nie oburzano, bo przecież równocześnie były tak ekscytujące. Nawet nieco safandułowaty Ignacy Rzecki odnotował tę ciekawostkę w swoim pamiętniku już pod koniec lat 70. XIX wieku:

Młodzieniec ten [Mraczewski] dowodził mi, przytaczając nazwiska ludzi podobno bardzo mądrych, że wszyscy kapitaliści to złodzieje, że ziemia powinna należeć do tych, którzy ją uprawiają, że fabryki, kopalnie i maszyny powinny być własnością ogółu, że niema wcale Boga, ani duszy, którą wymyślili księża, aby wyłudzać od ludzi dziesięcinę. Mówił dalej, że jak zrobią rewolucję (on z trzema "prykaszczykami"), to od tej pory wszyscy będziemy pracowali tylko po ośm godzin, a przez resztę czasu będziemy się bawili, mimo to zaś, każdy będzie miał emeryturę na starość i darmo pogrzeb. Wreszcie zakończył, że dopiero wówczas nastanie raj na ziemi, kiedy wszystko będzie wspólne: ziemia, budynki, maszyny, a nawet żony.

Ponieważ jestem kawalerem (nazywają mnie nawet starym) i piszę ten pamiętnik bez obłudy, przyznam więc, że mi się ta wspólność żon trochę podobała. Powiem nawet, że nabrałem niejakiej życzliwości dla socjalizmu i socjalistów. Po co oni jednak koniecznie chcą robić rewolucję, kiedy i bez niej ludzie miewali wspólne żony? [11].

Cóż, komuniści naobiecywali ludziom bardzo wiele najprzeróżniejszych atrakcji. Ot, obiecanki... Niemniej niektórzy do dziś pielęgnują złudzenia, że przynajmniej z tymi wspólnymi żonami dotrzymali słowa [12].

Naprawdę jednak także i to - podobnie jak zdobycie kiełbasy czy papieru toaletowego - zależało zawsze przede wszystkim od indywidualnej przedsiębiorczości.

[Dopisek z wypisami z Platona]

I jeszcze pouczający dopisek dla wykształconych inaczej. Otóż wszystkie te wdzięczne motywy - wspólność kobiet, zniesienie rodziny i nawet te losowania ustalające kto z kim - wprawdzie trudno znaleźć u Marksa czy Lenina, ale za to bez trudu można je znaleźć u Platona, wielce poważanego przez licznych Ojców Kościoła. "Platon, natchniony przez Judejczyków" - pisze w Kobiercach (I, 10, 2) Klemens Aleksandryjski. "Co się jednak tyczy Platona [...], to osobiście nie mam wątpliwości, że należy go stawiać nie tylko ponad bohaterami, lecz nawet ponad samymi bogami" - pisze w dziele O państwie Bożym (ks. II, r. 14, 2) święty Augustyn. To teraz poczytajcie sobie, co ten natchniony Platon umyślił:
"- Za tym prawem - dodałem [dodaje Sokrates, który jest głosem Platona] - idzie prawo drugie, i za wszystkimi poprzednimi moim zdaniem, takie:

- Jakie? [pyta Glaukon, który jest tutaj rozmówcą Sokratesa, a w rzeczywistości był starszym bratem Platona]

- Że kobiety wszystkie powinny być wspólną własnością tych mężczyzn, a prywatnie, dla siebie, żaden nie powinien mieszkać z żadną. I dzieci też powinny być wspólne, i ani rodzic nie powinien znać swego potomka, ani syn rodzica.

- To - powiada - większe od tamtego. Jeszcze trudniej będzie ludziom uwierzyć w jego możliwość i w pożytek.

- Ja nie myślę - dodałem - żeby miały być spory o pożytek, czy to nie jest największym dobrem, żeby kobiety były wspólną własnością i wspólną własnością dzieci, jeżeli to tylko rzecz możliwa. [...]

- Ho, ho, przyjacielu kochany - dodałem. - Widzisz, jak gwałtownie nam tego potrzeba, żeby rządzący byli pierwszej klasy, jeżeli z rodem ludzkim tak samo [tak samo jak z rozmnażaniem rasowych psów, ptaków i koni, by ich potomstwo było jak najlepsze].

- A przecież jest tak samo - powiada. - Ale co z tego? [...]

- Potrzeba przecież - odpowiedziałem - wobec tego, cośmy uchwalili, żeby najlepsi mężczyźni obcowali z najlepszymi kobietami jak najczęściej, a najgorsi z najlichszymi jak najrzadziej, i potomków z tamtych par trzeba chować, a z tych nie, jeżeli trzoda ma być pierwszej klasy. A o tym wszystkim nie ma wiedzieć nikt, tylko sami rządzący, jeżeli znowu trzoda strażnicza ma być jak najbardziej wolna od rokoszów i rozłamów. [...]

- I losowania jakieś - uważam - trzeba będzie chytrze urządzać. Tak, żeby ten gorszy mężczyzna o każdy swój związek obwiniał los, a nie rządzących.

- Bardzo chytrze - powiada.

- A młodym ludziom, którzy się odznaczą na wojnie albo gdzieś indziej, trzeba dawać podarunki i nagrody, a między innymi częstsze pozwolenia na stosunki z kobietami, aby - i to pod tym pozorem - jak największa ilość dzieci po nich została" (Państwo, 457c-457d, 459e-460b; przekład Władysława Witwickiego).

Dla zwięzłości opuściłem liczne wątki feministyczno-genderowe, ale w wizji natchnionego Platona jest tam jeszcze i o tym, że "do wszystkich zajęć nadaje się z natury kobieta i do wszystkich mężczyzna", więc i kobiety mogą być strażniczkami (coś pośredniego między zawodowym wojskiem i ABW), i nawet ćwiczyć nago, bo to nic wstydliwego (455e, 457a-b). I naturalnie również "w urzędach będą pracowały kobiety pospołu z mężczyznami" (460b-c).

A morał tych rozważań też jest nowoczesny, choć może nieco smutny.

Zdaje się, że nasi rządzący będą musieli często stosować kłamstwo i oszukiwanie dla dobra rządzonych (459c).
W podręcznikach filozofii piszą zazwyczaj, że Platon był idealistą, choć wygląda to raczej na brutalny realizm. O czym przypominam, bo pewnie dotąd wam się zdaje, że rządzą wami może liberałowie, może socjaliści albo może nawet - jak zdaje się Robertowi Tekielemu - jacyś rozpustni komuniści.

Tymczasem zaś prawda jest taka, że pod rozmaitymi szyldami rządzą wami z reguły bezwiedni fani Platona.

[1] Robert Tekieli, To jest inwazja, "Sieci" 5-11 października 2020, nr 41, s. 64. Dalej cytuję jako Tekieli.

[Dopisek] Może to tylko niezobowiązujące przekomarzanki między dawnymi kolegami z "bruLionu", ale po przeczytaniu poniższego wspomnienia, wyrozumialej patrzę na umysłowe przygody Roberta Tekielego:

"Z Tekielim było tak, że jeśli ja mówiłem brzydkie słowo, to on mówił: «O nie, nie, nie. Mów to wyraźniej i głośniej. Nie umiesz nawet kląć». Tekieli był bardziej anarchistyczny niż każdy z nas, bardziej punkowy niż każdy z nas, przeczytał więcej niż każdy z nas. Szanował nasze indywidualności, ale tylko na tej zasadzie, że mógł coś z nich wziąć. I to już było jego. Bluźnił strasznie przeciwko Bogu i dobrze, że go pokarało. Ale czemu aż tak?" (Marcin Świetlicki, Nieprzysiadalność. Autobiografia, rozmawia Rafał Księżyk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017; korzystałem z wydania elektronicznego przygotowanego prze eLiterę, cytat z rozdziału szóstego "Moment dziejowy").

Wiele wyjaśnia też przerażające późne wyznanie samego bluźniercy:

"Z nudów, mając dziewięć lat, w czasie długiej choroby przeczytałem 13-tomową Encyklopedię PWN" (Robert Tekieli, Durfy, "Sieci" 28 czerwca-4 lipca 2021, nr 26, s. 66).

[Jeszcze jeden dopisek] Ta peerelowska encyklopedia najwyraźniej kryje w sobie jakąś dziwną moc. Oto wyznanie kogoś z zupełnie innej parafii, czy raczej w ogóle bez parafii:

"Czy domyślałem się strasznej zasady rzeczywistości, kiedy w końcu, później niż inne dzieci, nauczyłem się czytać i moją ukochaną lekturą stała się granatowa, dwunastotomowa plus suplement encyklopedia PWN, która stała w biblioteczce mojego dziadka Jorga? Przyswajałem ją na dwa sposoby, najpierw otwierając na chybił trafił, potem zaś czytając tomy po kolei, od deski do deski".

Jak ta moc zadziałała, dokładnie nie wiadomo, może przez uwypuklenie kontrastu świata realnego ze światem encyklopedycznym. W każdym razie czytelnik encyklopedii odtąd wzrastał w mądrości i w mocy tak pięknie, że ostatecznie mógł o sobie z dumą powiedzieć: "jestem nie do zajebania" (Szczepan Twardoch, Moje życie, moja walka, moja klęska, [w:] Idem, Wieczny Grunwald, wydanie trzecie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021, s. 215, 212).

[2] Fryderyk Engels, Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa. W związku z badaniami Lewisa H. Morgana, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 21, Książka i Wiedza, Warszawa 1969. Jest to przejrzany i poprawiony przekład J. F. Wolskiego [Ludwika Krzywickiego]: Fr. Engels, Początki cywilizacyi. Na zasadzie i jako uzupełnienie badań Lewisa H. Morgana, Paryż - Lipsk 1885. Dalej cytuję jako Engels.

[3] Nie bez znaczenia, bo Engels, jakby wyzwolony spod kurateli Marksa, często mitygującego jego nadmierny entuzjazm, w paru miejscach dał się temu entuzjazmowi ponieść. Na przykład w poniższej pochwale ustroju rodowego, przedstawionego zresztą - za Morganem - w dość bajeczny sposób:

"Jak wspaniały jest ten ustrój rodowy przy całej swej dziecinnej prostocie! Bez żołnierzy, żandarmów i policjantów, bez szlachty, królów, namiestników, prefektów i sędziów, bez więzień, bez procesów - wszystko idzie swym normalnym trybem. Wszelkie spory i zatargi rozstrzyga ogół tych, których to dotyczy: ród lub plemię, lub poszczególne rody między sobą. Jako ostateczny, rzadko stosowany środek grozi krwawa zemsta, której cywilizowaną formą, obciążoną wszystkimi zaletami i wadami cywilizacji, jest nasza kara śmierci. I chociaż spraw wspólnych jest daleko więcej niż w naszych czasach - gospodarstwo domowe szeregu rodzin jest wspólne i komunistyczne, ziemia jest własnością plemienia, tylko ogródki przydzielane są czasowo oddzielnym rodzinom - nie ma tam jednak ani śladu naszego rozgałęzionego i zawikłanego aparatu administracyjnego. Rozstrzygają zainteresowani, a w większości wypadków odwieczny zwyczaj już z góry wszystko uregulował. Biednych i potrzebujących nie może być - komunistyczne gospodarstwo i ród znają swe obowiązki względem starych, chorych i okaleczonych na wojnie. Wszyscy są równi i wolni - również kobiety. Nie ma tu jeszcze miejsca na niewolników, na ogół nie ma go również na ujarzmienie obcych plemion. [...] A jakich mężczyzn i kobiety wychowuje takie społeczeństwo, świadczy podziw wszystkich białych, którzy się stykali z niezdemoralizowanymi Indiami, dla godności osobistej, prawości, siły woli i męstwa tych barbarzyńców. [...]

Tak wyglądali ludzie i społeczeństwo ludzkie, zanim nastąpił podział na różne klasy. I jeśli porównamy ich położenie z położeniem olbrzymiej większości dzisiejszych ludzi cywilizowanych, to okaże się, że odległość między dzisiejszym proletariuszem i drobnym chłopem a dawnym wolnym członkiem rodu jest ogromna" (Engels, s. 108-109).

Ktoś, komu podsunie się wyłącznie taki cytat, łatwo uwierzy w popularną bajkę, jakoby Marks z Engelsem od początku planowali powrót społeczeństwa do stanu wspólnoty pierwotnej. Tymczasem następująca po tej pochwale ustroju rodowego pointa ma zupełnie inną wymowę:

"To jedna strona. Ale nie zapominajmy, że organizacja ta była skazana na zagładę. [...] Ustrój rodowy w okresie swego rozkwitu, taki, jaki widzieliśmy w Ameryce, implikuje nadzwyczaj słabo rozwiniętą produkcję, a więc nadzwyczaj nieliczną ludność zamieszkującą olbrzymie terytorium oraz zupełne niemal panowanie nad człowiekiem otaczającej go przyrody, obcej mu i niezrozumiałej, co odzwierciedla się w dziecinnych wyobrażeniach religijnych. [...] Jakkolwiek ludzie tej epoki imponują nam teraz, nie różn[i]ą się oni jeden od drugiego; jak mówi Marks, wiszą oni jeszcze na pępowinie wspólnoty pierwotnej. Potęga tej wspólnoty pierwotnej musiała być złamana - i została złamana" (Engels, s. 109-110).

Czego by złego o Marksie nie mówić, z pewnością nie marzył on o ustroju implikującym "nadzwyczaj słabo rozwiniętą produkcję" oraz mentalność odzwierciedlającą się w "dziecinnych wyobrażeniach religijnych".

[4] Dla koneserów to kołtuńskie zdanie jeszcze raz w oryginale:

"Da nun die Geschlechtsliebe ihrer Natur nach ausschließlich ist - obwohl sich diese Ausschließlichkeit heutzutage nur in der Frau durchweg verwirklicht -, so ist die auf Geschlechtsliebe begründete Ehe ihrer Natur nach Einzelehe" (Friedrich Engels, Der Ursprung der Familie, des Privateigentums und des Staats. Im Anschluß an Lewis H. Morgans Forschungen, [w:], Karl Marx, Friedrich Engels, Werke, tom 21, Dietz Verlag, Berlin 1962, s. 82).

Owszem, Engels uważał, że w przyszłości "z całą pewnością odpadną od monogamii te wszystkie cechy charakterystyczne, które zostały na niej wyryte na skutek jej pochodzenia ze stosunków własności: po pierwsze, przewaga mężczyzny, po wtóre, nierozerwalność małżeństwa" (Engels, s. 94; wyróżnienie moje). Ale pogląd ten, niegdyś śmiały, obecnie niemal nikogo już nie porusza. Jak można było się nie tak dawno przekonać, ćwierć wieku małżeństwa, obfitującego w dzieci i miłosne wyznania, to dziś nawet dla instytucji religijnej uważanej za konserwatywną żadna przeszkoda, by się rozejść i zawrzeć kolejny, znów z fanfarami pobłogosławiony związek.

[5] Pisał o tym zresztą już młody Marks, choć z filozoficzną emfazą:

"Bezpośrednim, przyrodniczym, koniecznym stosunkiem człowieka do człowieka jest stosunek mężczyzny do kobiety. [...] Wedle tego stosunku można więc ocenić poziom całej kultury człowieka. Charakter tego stosunku świadczy o tym, w jakiej mierze człowiek stał się dla siebie istotą gatunkową, Człowiekiem, oraz w jakiej mierze pojmuje siebie jako taką istotę; stosunek mężczyzny do kobiety jest najbardziej przyrodniczym stosunkiem człowieka do człowieka (das Verhältniß des Mannes zum Weib ist das natürlichste Verhältniß d[es] Menschen zum Menschen)" (Karol Marks, Rękopisy ekonomiczno-filozoficzne z 1844 r., przełożyli Konstanty Jażdżewski i Tadeusz Zabłudowski, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 1, Książka i Wiedza, Warszawa 1976, s. 576; wyróżnienia za oryginałem; wstawkę niemiecką daję za: Karl Marx, Friedrich Engels, Gesamtausgabe (MEGA), I.2, Dietz Verlag, Berlin 1982, s. 262; wyróżnienie za oryginałem).

Natomiast stary Engels w Pochodzeniu rodziny stawiał sprawę jasno i nie oszczędzał ani starożytnych Greków, ani dawnych Germanów:

"Chociaż zamykane i strzeżone, Greczynki znajdowały jednak dość często okazję do oszukiwania swych mężów. Ci ostatni, dla których ujmą byłoby zdradzić się z miłością dla swych żon, uprawiali rozmaite miłostki z heterami. Poniżenie kobiet mściło się jednak na mężczyznach i poniżało również ich samych, aż pogrążyli się w ohydzie pederastii (die Widerwärtigkeit der Knabenliebe), a bogów swych i siebie samych zbezcześcili mitem o Ganimedzie" (Engels, s. 75; wstawkę niemiecką daję za wydaniem cytowanym w przypisie 4, s. 67).

"[...] w swych wędrówkach, zwłaszcza na południo-wschód wśród koczowniczych ludów stepowych nad Czarnym Morzem, Germanowie bardzo się zdemoralizowali i przejęli od nich obok kunsztu jazdy korniej także wstrętne, przeciwne naturze występki; Ammianus stwierdza to wyraźnie, jeśli chodzi o Tajfalów, a Prokop, jeśli chodzi o Herulów" (Engels, s. 80-81; że Engels ma znów na myśli ohydę pederastii, świadczy to powołanie się Ammianusa Marcellinusa i Prokopiusza, którzy jasno o tym piszą).

A na deser jeszcze Engels w wieku średnim: jego list do Marksa z 22 czerwca 1869 roku komentujący książkę Karla Heinricha Ulrichsa, którego dziś, w czasach postępu, nawet polska Wikipedia nazywa "pierwszym gejem w historii świata", pierwszym znanym aktywistą na rzecz równości osób homoseksualnych i pionierem seksuologii (chociaż nie studiował medycyny ani biologii, a jedynie teologię, prawo i historię).

"To jest zgoła osobliwy «Pederasta», którego mi przysłałeś. To są przecież zupełnie przeciwne naturze rewelacje (Das sind ja äußerst widernatürliche Enthüllungen). Pederaści zaczynają liczyć swoje szeregi i uważają, że stanowią siłę w państwie. Brakowało jedynie organizacji, ale sądząc po tym, zdaje się ona już w ukryciu istnieć. A ponieważ mają we wszystkich starych, a nawet nowych partiach, od Rösinga do Schweitzera, tak wybitnych ludzi - zwycięstwo ich jest niechybne. «Guerre aux cons, paix aux trous-de-cul»! - oto obecne zawołanie. Całe szczęście, że my osobiście jesteśmy zbyt starzy, byśmy w razie zwycięstwa tej partii mieli się jeszcze obawiać, że każą nam ciałem płacić haracz zwycięzcom. Ale młode pokolenie! Swoją drogą tylko w Niemczech to jest możliwe, żeby wystąpił taki typ, przekształcał świństwo w teorię (die Schweinerei in eine Theorie umsetzt) i zapraszał: introite itd. Niestety, nie ma on jeszcze odwagi otwarcie przyznać się, że jest «tym» i ciągle jeszcze musi coram publico operować «frontalnie», choć nie «do głębi», jak się przez niedopatrzenie raz wyraził. Ale poczekaj tylko, aż nowe północnoniemieckie ustawodawstwo karne uzna droit du cul, wówczas pójdzie całkiem inaczej. Nam, biednym ludziom operującym frontalnie, z naszą dziecinną skłonnością do kobiet, niełatwo wówczas będzie żyć" (Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 32, Książka i Wiedza, Warszawa 1973, s. 350-351; wstawki niemieckie daję za: Karl Marx, Friedrich Engels, Werke, tom 32, Dietz Verlag, Berlin 1974, s. 325).

Engels nazywa osobliwym "Pederastą" [ein ganz kurioser "Urning"] książkę Ulrichsa, która nosiła dużo dłuższy, wręcz barokowy tytuł: "Argonauticus." Zastrow und die Urninge des pietistischen, ultramontanen und freidenkenden Lagers. Mit Erörterungen über Blutgier und Zurechnungsfähigkeit, kleinen Mittheilungen aus der Urningswelt und den Criminalfällen: Bischoff Morell von Edinburg, Graf Czarnecky in Posen, Superintendent Forstner zu Wien. "Urning" to autorski wynalazek Ulrichsa na określenie homoseksualisty.

Są też w tym liście Engelsa aluzje nieskromne, o czym zawczasu uprzedzam skromne niewiasty.

Zawołanie "Guerre aux cons, paix aux trous-de-cul" to oczywiście parafraza znanego z czasów rewolucji francuskiej hasła "Guerre aux châteaux, paix aux chaumières". Trudno jednak znaleźć w tej parafrazie jakikolwiek sens, gdy próbuje się - jak podpowiadają słowniki i nawet niezłe translatory - przekładać 'cons' jako 'idiotów', a 'trous-de-cul' jako 'dupków". Co innego, gdy się pamięta, że w połowie XIX wieku francuskie 'con' mogło znaczyć to samo co angielskie 'cunt', czyli 'cipa', a 'trou-de-cul' to jednak w podstawowym sensie 'odbyt'. Otrzymujemy wtedy zawołanie "Wojna cipom, pokój odbytom". Może nieco zbyt wulgarne jak na brodatego klasyka marksizmu, ale za to całkiem sensowne (a nie o każdej wypowiedzi klasyków można to powiedzieć). Wspomniane kilka zdań później 'droit de cul' to naturalnie 'prawo odbytu', bo do tego, zdaniem Engelsa, sprowadza się prawne przyzwolenie na pederastię. Natomiast różnicę między podejściem "frontalnym" tych, którzy nie chcą wojować z cipami, oraz podejściem tych, którzy pragną operować "do głębi" od strony odbytu, zrozumie w naszych niełatwych czasach chyba nawet dziecko.

Nb. niemiecki wydawca listu Engelsa starał się zachować choć pozory skromności i "Guerre aux..." przełożył jako "Krieg den vorderen, Friede den hinteren Leibesöffnungen" (przypis 3 na stronie 324), natomiast polski wolał w ogóle tej drażliwej kwestii nie tykać i zostawił wszystko, jak jest.

[6] Rzecz jest od dawna znana, więc nie będę mechanicznie powtarzał po innych. Kto chciałby o tej mistyfikacji wiedzieć więcej, niech przeczyta artykuł Aleksieja Wielidowa "Dekret" o nacjonalizacji kobiet. Historia mistyfikacji (Алексей Велидов, "Декрет" о национализации женщин. История одной мистификации, "Московские новости" 1990, nr 8; dostępny tutaj). Pełny tekst jednej z wersji tego "dekretu" można znaleźć tutaj. Historycy wprawdzie spierają się, czy był to tylko żart, czy może jednak bardziej prowokacja i kto naprawdę był jej autorem. Wszyscy jednak zgadzają się, że żadna władza sowiecka ani tego "dekretu" nie wydała, ani - może poza paroma lokalnymi watażkami - nie próbowała stosować.

[7] Tytuł oryginalny: Dubultā dzīve. Sekss un PSRS (2017, reżyseria Ināra Kolmane). Wypowiedź seksuologa Lwa Szczegłowa w okolicach 9 minuty.

[8] W lutym 1919 roku doniesiono Leninowi, że we wsi Mediany (a więc rzecz dzieje się nadzwyczaj lokalnie) miejscowy kombied (комбед, комитет бедноты - komitet biednych chłopów; miała ta instytucja bardzo krótki żywot) przydziela sobie oraz znajomkom młode dziewczyny. To jeszcze pół biedy, ale wiejską społeczność najbardziej zbulwersował fakt, że nikt wcześniej nie zapytał o zgodę ich rodziców (rodziców, nie dziewczyny!). Po zbadaniu rzecz okazała się plotką (rewolucje społeczne to świetna okazja do prywatnych porachunków), badanie zaś było wnikliwe, czekistowskie, bo Lenin osobiście wysłał telegram do symbirskiej Czeki, że jeśli zarzut się potwierdzi, trzeba łajdaków szybko i surowo ukarać.

Dla koneserów cały telegram Lenina w oryginale:

"10 февраля 1919 г.

Симбирск

Губисполкому

Копия ЧК

Получил жалобу Кумысникова, Байманова, Рахимовой, что комбед деревни Медяны Чимбелевской волости Курмышского уезда ввел национализацию женщин. Немедленно проверьте строжайше, если подтвердится, арестуйте виновных, надо наказать мерзавцев сурово и быстро и оповестить все население. Телеграфируйте исполнение.

Предсовнаркома Ленин" (В. И. Ленин и ВЧК. Сборник документов (1917–1922), Политиздат, Moskwa 1987, s. 121-122; dokument nr 136).

[9] Wstrzemięźliwość przed ślubem to przykazanie numer dwa. Dla koneserów trochę większy kawałek w oryginale:

"II. Необходимо половое воздержание до брака, а брак лишь в состоянии полной социальной и биологической зрелости (т. е. 20-25 лет) - вторая половая заповедь пролетариата.

А что же вредного, скажут нам, в половой активности до брака? Вредно то, что подобная половая активность неорганизованна, связана со случайным половым объектом, не регулируется прочной симпатией между партнерами, подвержена самым поверхностным возбуждениям, то есть характеризуется как раз теми чертами, которые, как увидим ниже, должны быть безусловно и беспощадно истребляемы пролетариатом в своей среде" (А[рон] Б[орисович] Залкинд, Двенадцать половых заповедей революционного пролетариата, [w:] Философия любви, tom 2, zebrał А[лександр] А[рхипович] Ивин, Издательство политической литературы, Moskwa 1990, s. 338).

Jaka w tej dziedzinie panowała atmosfera ćwierć wieku później w Polsce, w czasach stalinizmu, pewne pojęcie daje poniższy cytat z Tyrmanda, choć naturalnie trzeba wziąć poprawkę na autokreację autora. Również z tego powodu cytuję znacznie rzadziej wykorzystywaną oryginalną wersję jego Dziennika, mniej zabawną, ale też mniej kokieteryjną, więc może bliższą rzeczywistości.

"Całe popołudnie strawiłem na zebraniu sekcji Związku Literatów. [...] pastwiono się nad młodym, głupawym, wiernie komunistycznym literatem Konwickim, który napisał opowiadanie o miłości, z partią, szlachetnym oficerem UB i wszystkimi akcesoriami - jak trzeba - a które jednak okazało się nie «takie, jak trzeba». Przez trzy godziny wałkowano temat, w jakim stopniu partia ma prawo ingerencji w sprawy łóżkowe swoich członków. Następnie ludzie w matuzalemowym wieku, o powierzchowności koszmarnych karłów i maszkar, jak Adam Ważyk i Melania Kierczyńska, informowali o wiele młodszych i normalnie wyglądających ludzi o tym, co to jest miłość dojrzała, czyli proletariacko-partyjna, albo animalistyczna, czyli burżuazyjno-imperialistyczno-amerykańska. Wreszcie też Melania Kierczyńska, szara eminencja czerwonej literatury, oświadczyła, że zdrada małżeńska jest kapitalistycznym przeżytkiem, który zniknie w epoce komunizmu, i od tego już nie było apelacji" (Leopold Tyrmand, Dziennik 1954. Wersja oryginalna, Wydawnictwo MG, Warszawa 2011, s. 142-143; zapis z 21 stycznia 1954; wyróżnienie moje).

Dla porównania: w wersji przeredagowanej w latach 70. opowiadanie Konwickiego streszczone zostało znacznie plastyczniej:

"Z wszystkimi akcesoriami jak trzeba: szlachetny oficer UB, kochankowie pierdolą się niemal pod kontrolą podstawowej organizacji partyjnej, nigdy przeciw, zawsze za i ze Związkiem Radzieckim, w łóżku nieustanna mowa o proletariacie" (Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Polonia Book Fund, Londyn 1980, s. 108).

Być może animalistyczne wyrażenie 'pierdolą się' w tamtych czasach nawet Tyrmandowi nie przychodziło do głowy.

[10] Nie muszę chyba przypominać, że barwne opowieści o prawie pierwszej nocy (ius primae noctis) to też w lwiej części zmyślenia. I to późne: na ogół ubarwiające oświeceniową antyfeudalną propagandę, której ślad znaleźć można nawet w Weselu Figara. Wszystko to dobrze wiadomo już od grubo ponad stu lat, czyli od czasów monografii Karla Schmidta Jus primae noctis. Eine geschichtliche Untersuchung (Herder'sche Verlagshandlung, Fryburg Bryzgowijski 1881). Jest to gruntowne niemieckie dzieło (sam spis wykorzystanych książek liczy - w czasach przedinternetowych! - przeszło trzydzieści stron drobnym drukiem; s. XIII-XLIII), a mimo to bajki o feudałach, którzy regularnie rozdziewiczają świeżo poślubione żony swoich poddanych (i to pod okiem miejscowego biskupa), wciąż raz po raz odżywają. Kto wolałby poczytać na ten temat coś świeższego, niech zajrzy do monografii Alaina Boureau (dostępnej także w przekładzie angielskim): Le droit de cuissage. La fabrication d'un mythe, XIIIe-XXe siècle, Albin Michel, Paryż 1995.

Nb. Katarzyna Surmiak-Domańska, reporterka "Gazety Wyborczej", nie tylko wierzy w istnienie prawa pierwszej nocy - i to jeszcze w czasie I wojny światowej! - ale nawet ma na to dowód.

"Gdy czytamy o plantatorach gwałcących niewolnice, które właśnie wyszły za mąż (za niewolników), trudno nie pomyśleć o słynnym prawie pierwszej nocy, kiedy pan miał prawo posiąść oblubienicę wasala w zamian za pozwolenie na odstrzał zwierza z porożem w swoich lasach. To prawo funkcjonowało oficjalnie w katolickiej Europie w czasach feudalnych, a nieoficjalnie dużo dłużej. Także w Polsce. Pisarka Tamara Bołdak-Janowska w «Rzeczach uprzyjemniających. Utopii» przywołuje własne wywiady ze starymi chłopkami, które chodziły na przymusowe rozdziewiczanie do dworu jeszcze w czasie I wojny światowej" (Katarzyna Surmiak-Domańska, Ten pociąg dalej nie pojedzie?, "Gazeta Wyborcza", 19 sierpnia 2017).

Nie mam pojęcia, gdzie w Rzeczach uprzyjemniających Surmiak-Domańska znalazła te wywiady. Ale nawet jeśli blefowała, powinna pamiętać, że książka Bołdak-Janowskiej to powieść, czysta fantazja. Odróżnienie fikcji od rzeczywistości jest chyba nieustającym problemem polskiej szkoły reportażu.

[11] Bolesław Prus, Lalka, "Kurjer Codzienny" 1888, nr 13, s. 1. Cytuję za pierwodrukiem gazetowym, ponieważ z pierwodruku książkowego ustęp ten wypadł za sprawą cenzury. Przywrócono go dopiero w wydaniach po 1935 roku.

[12] [Dopisek] Ale akurat wspólności żon Marks z Engelsem nie obiecywali. Zdecydowałem się przypomnieć chociaż w przypisie tę oczywistość, ponieważ niektórzy do dziś wierzą, że jednak obiecywali - i to nie byle gdzie, bo już w Manifeście komunistycznym.

"Marks z Engelsem bynajmniej nie żartowali, kiedy w Manifeście komunistycznym zapowiadali wspólnotę żon - co dziś większość marksistów taktownie przemilcza" (Grzegorz Braun, System - od Lenina do Putina. O teorii i praktyce sowietyzmu rozmawiają Grzegorz Braun i Rafał Otoka-Frąckiewicz, Fronda, Warszawa 2019; korzystałem z wersji elektronicznej przygotowanej na zlecenie wydawcy; cytat z rodziału "Rozmowa IV. O wątkach pornograficznych i demograficznych").

W rzeczywistości obiecywali coś zupełnie innego:

"Ale wy, komuniści, chcecie wprowadzić wspólność żon - wrzeszczy chórem cała burżuazja.

Burżua widzi w swej żonie zwykłe narzędzie produkcji. Słyszy, że narzędzia produkcji mają być wspólnie użytkowane, i naturalnie nie może sobie wyobrazić nic innego niż to, że ten sam los spotka także kobiety.

Nie domyśla się, że chodzi właśnie o to, by znieść taką sytuację kobiety, w której jest ona zwykłym narzędziem produkcji.

Nie ma zresztą nic śmieszniejszego niż wysoce moralne oburzenie naszych burżua z powodu rzekomej (angebliche) oficjalnej wspólności żon u komunistów. Komuniści nie mają potrzeby wprowadzać wspólności żon, istniała ona niemal zawsze.

Nasi burżua, nie zadowalając się tym, że mają do dyspozycji żony i córki swych robotników - nie mówiąc już o prostytucji oficjalnej - znajdują szczególną przyjemność we wzajemnym uwodzeniu swoich małżonek.

Małżeństwo burżuazyjne jest w rzeczywistości wspólnością żon. Komunistom można by zarzucić co najwyżej, że na miejsce obłudnie zamaskowanej wspólności żon chcieliby wprowadzić oficjalną, otwartą. Rozumie się zresztą samo przez się, że ze zniesieniem obecnych stosunków produkcji zniknie również wynikająca z nich wspólność kobiet, tzn. prostytucja oficjalna i nieoficjalna" (Manifest Partii Komunistycznej, wydanie cytowane w przypisie 3, s. 532-533).

Jeśli więc już mieć do tego wywodu Marksa i Engelsa jakieś zastrzeżenia, to raczej do ich naiwnej wiary, że zmiana stosunków produkcji doprowadzi do zniknięcia prostytucji.

Dla koneserów to samo w oryginale:

"Aber ihr Kommunisten wollt die Weibergemeinschaft einführen, schreit uns die ganze Bourgeoisie im Chor entgegen.

Der Bourgeois sieht in seiner Frau ein bloßes Produktionsinstrument. Erhört, daß die Produktionsinstrumente gemeinschaftlich ausgebeutet werden sollen, und kann sich natürlich nichts anderes denken, als daß das Los der Gemeinschaftlichkeit die Weiber gleichfalls treffen wird.

Er ahnt nicht, daß es sich eben darum handelt, die Stellung der Weiber als bloßer Produktionsinstrumente aufzuheben.

Übrigens ist nichts lächerlicher als das hochmoralische Entsetzen unsrer Bourgeois über die angebliche offizielle Weibergemeinschaft der Kommunisten. Die Kommunisten brauchen die Weibergemeinschaft nicht einzuführen, sie hat fast immer existiert.

Unsre Bourgeois, nicht zufrieden damit, daß ihnen die Weiber und Töchter ihrer Proletarier zur Verfügung stehen, von der offiziellen Prostitution gar nicht zu sprechen, finden ein Hauptvergnügen darin, ihre Ehefrauen wechselseitig zu verführen.

Die bürgerliche Ehe ist in Wirklichkeit die Gemeinschaft der Ehefrauen. Man könnte höchstens den Kommunisten vorwerfen, daß sie an Stelle einer heuchlerisch versteckten eine offizielle, offenherzige Weibergemeinschaft einführen wollten. Es versteht sich übrigens von selbst, daß mit Aufhebung der jetzigen Produktionsverhältnisse auch die aus ihnen hervorgehende Weibergemeinschaft, d. h. die offizielle und nichtoffizielle Prostitution, verschwindet" (Manifest der Kommunistischen Partei, wydanie cytowane w przypisie 3, s. 478-479).

Nb. Grzegorz Braun nie tylko nie przeczytał Manifestu komunistycznego, ale nie opanował nawet elementarza tropiciela spisków i na przykład myli rozmówcę generała Jaruzelskiego, Davida Rockefellera, z jego ojcem ("David Rockefeller junior. Junior, ale... już wtedy nie młodzieniaszek"). Otóż Davida Rockefellera nikt nie nazywał juniorem, bo nie było takiej potrzeby. Junior (Jr.) to był ojciec Davida, John Davison Rockefeller, bo trzeba go było odróżnić od jego ojca (a dziadka Davida), też Johna Davisona Rockefellera. Owszem, istnieje również David Rockefeller Jr. - to syn tego Davida Rockefellera - ale to nie on coś tam knuł w 1985 roku w Rockefeller Center z generałem Jaruzelskim. Wypadałoby znać się na Rockefellerach, gdy chce się odkryć, kto naprawdę rządzi światem (cytat z rozdziału "Rozmowa XXIV. O karnawale Solidarności i towarzyszu generale"). Podobnych felerów - elementarnych i nudnych - jest zresztą w tej książce znacznie więcej.

Ks. Tadeusz Guz zmyśla cytaty Karolowi Marksowi
albo z teorii i praktyki manipulacji

Jest dla mnie głębokim duchowym zaszczytem, żeby móc razem z Państwem podejmować refleksję na temat wielkiej, godnej człowieka jako osoby i w sensie chrześcijańskim Dziecka Bożego kultury mediów w kontekście ogromnego napięcia istniejącego pomiędzy prawdą a kłamstwem - także w mediach polskich.
Tak właśnie, wzniośle i łagodnie niczym gołębica, zaczął ksiądz Tadeusz Guz swoje wystąpienie na konferencji zorganizowanej przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Katolickich [1]. Krwawa jatka zaczęła się później. W niecałe trzy kwadranse ksiądz profesor rozprawił się z Lutrem, Heglem, Marksem i Engelsem, Heideggerem oraz całą Szkołą Frankfurcką na dokładkę. Niezły wynik!

Wystąpienie nosiło uczony tytuł "Ukonstytuowanie prawdy poprzez kłamstwo w nowożytnej myśli filozoficznej" i aż brzmiało w nim, niczym w trzcinie w Szczebrzeszynie, od trudnych słów i zawiłych zdań [2]. Musiało zaś zrobić na słuchaczach tym większe wrażenie, że gęsto upstrzono je cytatami z pognębianych autorów.

Aliści dziwne były to cytaty. Tylko wyjątkowo ks. Guz podawał cudzą myśl w całości. Znacznie częściej ograniczał się do ułomków zdań, a nawet do pojedynczych słów! [3]. Ponieważ rozplątywanie Hegla czy Heideggera wymaga biegłej znajomości filozoficznego żargonu, solidna próbka prozy księdza profesora, którą tu zaraz przytoczę, pochodzi z bardziej ludzkim językiem napisanej części poświęconej Karolowi Marksowi i Fryderykowi Engelsowi. A oto i ona:

Wszystkie tajemnice w komunistycznie określonej ideologii sprowadzają Marks z Engelsem do "tajemnicy przerywania ciąży i zatruwania" nowego życia ludzkiego w łonie matki, czego ostatnie stulecie dokonało na ponad jednym miliardzie osób nienarodzonych. Marks stwierdza cynicznie, że "ta tajemnica nie mogła się sprytniej uczynić 'dobrem wspólnym świata' jak przemieniając się w tajemnice, które nie są już więcej żadnymi tajemnicami". Według Marksa i Engelsa "wszystkie tajemnice" redukują się do "środka do przerywania ciąży dla ciężarnych i do trucizny do zabijania"{58}. Poprzez ten proces można według nich najszybciej "zdetronizować" "podmiot absolutny"{59}, czyli samego Boga Objawienia chrześcijańskiego. To jest materialistyczna droga "rewolucji proletariackiej" do uczynienia "wreszcie ludzi panami..., równocześnie panami przyrody, panami ich samych - wolnymi" od konieczności "ujrzenia Boga historii"{60}.
[...]
W ten sposób dochodzi do "dnia zmartwychwstania" w komunistycznym "królestwie ducha na ziemi"{63}, gdzie "przemysł i handel uzasadniają całkowicie inne królestwa uniwersalne jak chrześcijaństwo i moralność, szczęście rodzinne i dobrobyt obywatelski" {64} (Guz, s. 185-186; w nawiasach {} numery przypisów autora).
Przypisy 58 i 59 do cytatów o tajemnicy przerywania ciąży, truciźnie i detronizowaniu Boga oraz przypis 64 do cytatu o przemyśle i handlu jako podstawie komunistycznego królestwa odsyłają do wczesnego dziełka Marksa i Engelsa pt. Święta rodzina wydanego w roku 1845 [4]. Z kolei przypis 60 odsyła do jednej z najpopularniejszych prac starego Engelsa Rozwój socjalizmu od utopii do nauki, po raz pierwszy wydanej w roku 1880, a potem jeszcze przerabianej [5]. Pod przypisem 63 zaś kryje się inne wczesne dzieło Marksa i Engelsa: Ideologia niemiecka z roku 1846 [6].

Już samo to zlepianie mikrocytatów z różnych wypowiedzi, czasem odległych od siebie o przeszło 30 lat, mogłoby budzić uzasadnioną nieufność. Choćby dlatego, że z powyrywanych fragmentów kilku zdań z kilku książek - również, jak myślę, z książek księdza profesora - nietrudno ulepić dowolną tezę.

Ale gdybyż jeszcze Marks z Engelsem przynajmniej te powyrywane fragmenty rzeczywiście napisali!

Tymczasem w Rozwoju socjalizmu... Engelsa nie ma nic o żadnej konieczności "ujrzenia Boga historii", od której podobno miałaby ludzi uczynić wolnymi materialistyczna droga "rewolucji proletariackiej". Ksiądz profesor beztrosko sobie to "ujrzenie Boga historii" zmyślił [7].

Podobnie w Ideologii niemieckiej nie ma nic o żadnym "dniu zmartwychwstania" w komunistycznym "królestwie ducha na ziemi". Wprawdzie samo wyrażenie "królestwo ducha na ziemi" jeden raz się tam pojawia i to w tytule piątego rozdziału drugiego tomu, ale nie na serio przecież, lecz wyłącznie - jak to mówił Kaowiec w Rejsie - "żartobliwie, ironicznie". Marks z Engelsem otwarcie szydzą tam bowiem z doktora Jerzego Kuhlmanna, postaci dziś kompletnie zapomnianej.

Pełny tytuł tego zawadiackiego rozdziałku to: "«Dr Jerzy Kuhlmann z Holsztynu» czyli Proroctwo prawdziwego socjalizmu. «Nowy Świat czyli Królestwo ducha na ziemi. Zwiastowanie»" (Ideologia, s. 609). Co Karol M. i Fryderyk E. myśleli wówczas o doktorze Kuhlmannie, najlepiej odda stosowny cytat (oczywiście znacznie dłuższy niż te u prof. dr. hab. ks. Guza):

Nie uważamy bynajmniej doktora Kuhlmanna z Holsztynu za całkiem pospolitego szarlatana i zręcznego oszusta, który sam nie wierzy w uzdrawiającą moc swego eliksiru życia i którego cała makrobiotyka ma na celu jedynie utrzymanie przy życiu jego własnej osoby. Nie, wiemy bardzo dobrze, że ten natchniony doktor jest spirytualistycznym szarlatanem, pobożnym oszustem, mistycznym cwaniakiem, który jednak, podobnie jak wszyscy ludzie tego rodzaju, nie jest zbyt sumienny w wyborze środków, ponieważ osoba jego jest ściśle zrośnięta z jego świętym celem (Ideologia, s. 610; wyróżnienia za oryginałem).
Prawda, że wesołe? "Królestwo ducha na ziemi" (w oryginale "das Reich des Geistes auf Erden") odnosi się właśnie do tych świętych celów natchnionego doktora Kuhlmanna. Kapitał niestety nie był już pisany z takim biglem. Ale podczas pracy nad Ideologią niemiecką obaj autorzy mieli mniej więcej tyle lat, ile miał Robert Tekieli, gdy zakładał "bruLion". Zatem wiele było jeszcze przed nimi.

Natomiast historia bardziej niż wesoła (a ogromnie przez to smutna) przydarzyła się ks. Guzowi z cytatami ze Świętej rodziny. Otóż wszystkie te cytaty pochodzą z rozdziału, w którym Marks kpi ze słynnej powieści Eugeniusza Sue Tajemnice Paryża [8] oraz z jej filozoficznej recenzji, którą w osobliwej manierze, łączącej płaski heglizm ze wzniosłym moralizatorstwem, wysmażył niejaki Szeliga [9].

Wbrew temu, co uroił sobie ks. Guz, mrożąca krew w żyłach uwaga o redukcji wszystkich tajemnic do "środka do przerywania ciąży dla ciężarnych i do trucizny do zabijania" nie ma żadnego związku z tajemnicami "komunistycznie określonej ideologii", ale dotyczy repertuaru działań jednego z czarnych charakterów Tajemnic Paryża. Jest nim demoniczny Włoch, Cezar Bradamanti vel Polidori, jawnie występujący jako dentysta, a skrycie trudniący się właśnie przerywaniem ciąży oraz trucicielstwem. Że nie ma tu mowy o komunizmie, stałoby się zresztą od razu oczywiste, gdyby ksiądz profesor zechciał zacytować z Marksa choćby tylko to jedno całe zdanie:

Wszystkie tajemnice, które posiada Polidori, sprowadzają się wyłącznie do środka na poronienie dla ciężarnych kobiet oraz trucizny do zabijania (Rodzina, s. 87).
Na wszelki wypadek dopowiem, że Bradamanti-Polidori to postać całkowicie fikcyjna, w powieści nie został odmalowany jako komunista albo sympatyk komunizmu, a Sue traktuje jego zbrodnie jako tak odrażające, że aż nie do wymówienia [10]. Podobnie też traktuje je recenzent Szeliga i sam Marks, który nb. komentując w innym miejscu powieść Suego za pomocą wypisów z Fouriera używa słowa "Kindermord" - dzieciobójstwo (Rodzina, s. 243-244). Widocznie wyszło mu, że "przerywanie ciąży" i "dzieciobójstwo" to w zasadzie to samo.

W porównaniu z tą nachalną i zuchwałą manipulacją księdza Guza [11] przekręt z dwoma pozostałymi cytatami ze Świętej rodziny robi już mniejsze wrażenie. Niemniej gwoli prawdy wypada zaznaczyć, że na stronie podanej w przypisie 59 wyrażenie "podmiot absolutny" nie oznacza "samego Boga Objawienia chrześcijańskiego". Marks wstawił je tam wyłącznie w celu wyszydzenia heglowskiej maniery Szeligi [12].

Również słowa "przemysł i handel uzasadniają całkowicie inne królestwa uniwersalne jak chrześcijaństwo i moralność, szczęście rodzinne i dobrobyt obywatelski" nie odnoszą się - jak chciałby ks. Guz - do komunistycznego królestwa na ziemi. To tylko kolejne szyderstwo Marksa pod adresem Szeligi i w istocie dotyczy ono współczesnego im obu kapitalizmu [13].

Na koniec jeszcze trzy uwagi, w tym przynajmniej jedna optymistyczna.

Nie uważam bynajmniej księdza Guza za pospolitego szarlatana. Nie sądzę też, by ten natchniony profesor był zwykłym "pobożnym oszustem, mistycznym cwaniakiem, który jednak, podobnie jak wszyscy ludzie tego rodzaju, nie jest zbyt sumienny w wyborze środków".

Nie chciałbym również małodusznie sugerować, że jego wystąpienie to nie szatański zbieg omyłek, przeoczeń, nadinterpretacji etc. - ale na zimno sfabrykowane oszustwo, obliczone na to, że nikomu nie będzie się chciało zaglądać do kilku zakurzonych i niemodnych dziś książek.

Konferencja, podczas której szanowny ksiądz profesor tak szczodrze ubogacił słuchaczy swoim słowem, nazywała się "Manipulacja - kłamstwo zorganizowane". Tak więc nawet najwięksi grymaśnicy nie mogą mu zarzucić, że opowiadał jakieś banialuki nie mające praktycznego związku z tematem.

[Dopisek po siedmiu latach]

Manipulowaniem cytatami z Marksa mało kto się przejął, bo ludziom, którzy Marksa nie czytają, i tak jest wszystko jedno, a ci, co czytają, na ogół nie przejmują się tym, co o Marksie mówi jakiś ksiądz, nawet profesor. Natomiast zrobiło się trochę szumu, gdy w podobny sposób został potraktowany Luter. Zwłaszcza jeden zmanipulowany cytat z Lutra ks. Guz powtarzał wielokrotnie i ze smakiem, bo jakoby wynikało z niego, że według Lutra Bóg jest Szatanem, a może odwrotnie. W każdym razie - jeden diabeł.

Nie wracałbym do tej smutnej sprawy, gdyby nie to, że sam ks. Guz wrócił do niej w najnowszym filmie Grzegorza Brauna Luter i rewolucja protestancka (premiera pod koniec 2017 roku). Mniej więcej w 61 minucie mówi tam:

Marcin Luter dokonuje tym samym aktu satanizacji Boga. Pisze w swoim komentarzu do Księgi Psalmów następującą sentencję, cytuję: "Summa, Gott kann nicht Gott sein, er muss zuvor der Teufel werden". "Summa, Bóg nie może być Bogiem, zanim najpierw nie stanie się Szatanem".
Literalnie są to rzeczywiście słowa napisane przez doktora Marcina Lutra. Można je znaleźć na przykład w powszechnie używanej edycji weimarskiej pism Lutra, w pierwszej części 31 tomu na stronie 249 (wersy 25-26; "ein Teufel" zamiast "der Teufel"). Kto by tam jednak zajrzał, ten przekonałby się natychmiast, że nie jest to żadna "sentencja" ani nawet podsumowanie tego konkretnego komentarza (do psalmu 117, nb. najkrótszego ze wszystkich). Ksiądz Guz bowiem swoim zwyczajem wyciął Lutrowi nieco ponad ćwierć jego oryginalnego zdania, zdanie z akapitu, akapit z kontekstu etc. etc. A potem sens tego wypreparowanego kadłubka nagiął do swojej fantazji.

Tymczasem Lutrowi chodziło o rzecz dziś dla nas już dość banalną, bo przez ludzi areligijnych powtarzaną wręcz do znudzenia. Że mianowicie nie wyobrażają sobie oni, jak można wierzyć w Boga, który stworzył ten świat pełen bólu i cierpienia, umierających w mękach dzieci, rzężących starców etc. etc. - i jeszcze domaga się za to hołdów. Czyli Boga-okrutnika, a w języku Lutra właśnie Szatana.

I Luter zgadza się, że taki ogląd świata jest poniekąd uzasadniony i może zostać przekroczony wyłącznie dzięki łasce wiary. Bez niej świat wydaje się człowiekowi tworem raczej diabelskim, przedsionkiem piekła, a obietnica zbawienia - jakimś przewrotnym kłamstwem. Bóg wtedy staje się - jak pisze Luter - kłamcą, ein Lügner, ale staje się nim jedynie w naszych sercach, in unsern Herzen. I pisze to Luter nie gdzieś, hen, na innej stronie, której ks. Guz mógł przypadkiem nie doczytać, ale w zdaniu bezpośrednio poprzedzającym tę rzekomą "sentencję" o Bogu-Szatanie.

O teologii luterańskiej można ze stanowiska katolickiego napisać uczciwie wiele przykrych rzeczy. Już samo dekretowanie zasady sola scriptura i późniejsze trzymanie się tej tradycji ma w sobie coś z rozczulającego paralogizmu. Czemu jednak za pomocą niezdarnego oszustwa robić z Lutra satanistę?

[1] Działo się to w mieście Łodzi dnia 23 października roku Pańskiego 2010. Początek wystąpienia ks. prof. dr. hab. Tadeusza Guza cytuję za stroną internetową Oddziału Łódzkiego Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy (strona zarchiwizowana). Całą resztę za: ks. Tadeusz Guz, Ukonstytuowanie prawdy poprzez kłamstwo w nowożytnej myśli filozoficznej, "Fronda" 2011 nr 58, s. 173-190. Dalej cytuję jako Guz.

[2] Nad mętną stylistyką wystąpienia księdza profesora postanowiłem się nie pastwić, choć językowy purysta mógłby przyczepić się już do tytułu ("poprzez" zamiast "przez"). Czasem wszakże stwarza ona niemałe trudności teologiczne. "Nie tylko pragnienie wiedzy u anioła i u pierwszych ludzi, jak uważają Luter i Hegel, jest przyczyną winy - bo oni zostali stworzeni już z wglądem w prawdę - lecz świadome i dokonane z pełną determinacją wolnego, doskonałego ducha odrzucenie Boga jako prawdy najwyższej i absolutnej" (Guz, s. 184). Cóż to za doskonały duch odrzucił Boga i na czym w takim razie polegała jego doskonałość? Badanie tych manichejskich trucizn zostawiam jednak stróżom doktryny.

[3] Na 87 przypisów tylko mniej więcej jedna czwarta to przypisy do cytatów obejmujących przynajmniej jedno pełne zdanie (choć i to nie zawsze jest pewne). Przypisów do pojedynczych słów jest kilkanaście. Zob. na przykład pod koniec przypisy 77-78, 81-83, 87.

[4] Święta rodzina w tytule to nie Jezus, Maryja i Józef stary, który dzieciątko piastuje, ale bracia Bruno i Edgar Bauerowie (był jeszcze trzeci: Egbert) oraz inni przedstawiciele lewicy heglowskiej, z którymi Marks i Engels pożarli się wówczas wściekle i już na dobre. Jak pisze Kołakowski, ta pierwsza wspólna praca Marksa i Engelsa jest "rozwlekła, pełna drobnostkowych kpin, kalamburów tworzonych z nazwisk przeciwników itd.", natomiast "niewiele zawiera [...] rozwiniętych analiz własnych" (Leszek Kołakowski, Główne nurty marksizmu, tom 1, Wydawnictwo Naukowe PWN SA, Warszawa 2009, s. 143). Cytuję za wydaniem: Karol Marks, Fryderyk Engels, Święta rodzina, czyli Krytyka krytycznej krytyki. Przeciwko Brunonowi Bauerowi i spółce, przełożyli Tadeusz Kroński i Salomon Filmus, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 2, Książka i Wiedza, Warszawa 1961. Dalej cytuję jako Rodzina.

[5] Pierwsze wydanie tej niewielkiej książeczki ukazało się po francusku w Paryżu i kosztowało 50 centymów, czyli dość tanio, bo w tamtym czasie starczało to na flaszkę zwykłego winka, a dla większości paryskich robotników stanowiło mniej niż pół dniówki czynszu (zob. Tyler Edward Stovall, The Rise of the Paris Red Belt, University of California Press, Berkeley - Los Angeles - Oxford 1990, s. 23-24: "Most workers in this period could not afford to pay rents of more than 300 to 350 francs a year. [...] In 1880, 67.6 percent of housing units in the city rented for less than 300 francs [...]"). Cytuję za wydaniem: Fryderyk Engels, Rozwój socjalizmu od utopii do nauki, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 19, Książka i Wiedza, Warszawa 1972. Dalej cytuję jako Rozwój.

[6] Ale po raz pierwszy Ideologia niemiecka została wydana dopiero w roku 1932 przez moskiewski Instytut Marksizmu-Leninizmu. Nie znała jej więc ani Róża Luksemburg, ani Jerzy Plechanow, ani nawet sam wielki Lenin. Cytuję za wydaniem: Karol Marks, Fryderyk Engels, Ideologia niemiecka. Krytyka najnowszej filozofii niemieckiej w osobach jej przedstawicieli - Feuerbacha, B. Bauera i Stirnera tudzież niemieckiego socjalizmu w osobach różnych jego proroków, przełożyli Kazimierz Błeszyński i Salomon Filmus, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 3, Książka i Wiedza, Warszawa 1961. Dalej cytuję jako Ideologia.

[7] Akapit, z którego ks. Guz wyrwał tych kilka słów, wygląda w całości następująco:

"Przejęcie środków produkcji przez społeczeństwo znosi produkcję towarową, usuwając tym samym panowanie produktu nad producentami. Anarchia w produkcji społecznej ustępuje miejsca planowej, świadomej organizacji. Ustaje walka o byt jednostek. Teraz dopiero człowiek wychodzi ostatecznie, w pewnym sensie, ze świata zwierzęcego; ze zwierzęcych warunków bytu przechodzi w warunki rzeczywiście ludzkie. Cały zespół otaczających ludzi warunków życiowych, panujący dotychczas nad nimi, zostaje teraz poddany panowaniu i kontroli ludzi, którzy po raz pierwszy stają się świadomymi, rzeczywistymi panami przyrody, dlatego i przez to, że stają się panami swojego uspołecznionego bytu. Prawa ich własnej działalności społecznej, które dotychczas przeciwstawiały się im jako obce i panujące nad nimi prawa przyrody, będą odtąd przez ludzi z całą znajomością rzeczy stosowane, a tym samym i opanowane. Sam byt społeczny ludzi, który dotąd przeciwstawiał się im jak coś narzuconego przez przyrodę i historię, staje się odtąd tworem ich własnego swobodnego czynu. Obiektywne, obce potęgi, które panowały dotąd nad historią, zostają poddane kontroli samych ludzi. Odtąd dopiero ludzie z pełną świadomością będą tworzyli własną historię, odtąd dopiero uruchamiane przez nich przyczyny społeczne będą też przeważnie i w coraz większej mierze powodować zamierzone przez nich skutki. Jest to skok ludzkości z królestwa konieczności w królestwo wolności" (Rozwój, s. 245-246).

Czyli mówi się tu wprawdzie o ludziach, którzy stają się "rzeczywistymi panami przyrody, dlatego i przez to, że stają się panami swojego uspołecznionego bytu", ale słowa "Bóg" czy "rewolucja proletariacka" nawet się nie pojawiają.

Dla koneserów jeszcze raz to samo w oryginale:

"Mit der Besitzergreifung der Produktionsmittel durch die Gesellschaft ist die Warenproduktion beseitigt und damit die Herrschaft des Produkts über die Produzenten. Die Anarchie innerhalb der gesellschaftlichen Produktion wird ersetzt durch planmäßige bewußte Organisation. Der Kampf ums Einzeldasein hört auf. Damit erst scheidet der Mensch, in gewissem Sinn, endgültig aus dem Tierreich, tritt aus tierischen Daseinsbedingungen in wirklich menschliche. Der Umkreis der die Menschen umgebenden Lebensbedingungen, der die Menschen bis jetzt beherrschte, tritt jetzt unter die Herrschaft und Kontrolle der Menschen, die zum ersten Male bewußte, wirkliche Herren der Natur, weil und indem sie Herren ihrer eignen Vergesellschaftung werden. Die Gesetze ihres eignen gesellschaftlichen Tuns, die ihnen bisher als fremde, sie beherrschende Naturgesetze gegenüberstanden, werden dann von den Menschen mit voller Sachkenntnis angewandt und damit beherrscht. Die eigne Vergesellschaftung der Menschen, die ihnen bisher als von Natur und Geschichte aufgenötigt gegenüberstand, wird jetzt ihre freie Tat. Die objektiven, fremden Mächte, die bisher die Geschichte beherrschten, treten unter die Kontrolle der Menschen selbst. Erst von da an werden die Menschen ihre Geschichte mit vollem Bewußtsein selbst machen, erst von da an werden die von ihnen in Bewegung gesetzten gesellschaftlichen Ursachen vorwiegend und in stets steigendem Maß auch die von ihnen gewollten Wirkungen haben. Es ist der Sprung der Menschheit aus dem Reich der Notwendigkeit in das Reich der Freiheit" (Friedrich Engels, Die Entwicklung des Sozialismus von der Utopie zur Wissenschaft, [w:] Karl Marx, Friedrich Engels, Werke, tom 19, Dietz Verlag, Berlin 1973, s. 226).

[8] Drukowana najpierw w odcinkach w latach 1842-1843 w gazecie "Journal des Débats". Opowiadała o życiu paryskiej biedoty i paryskim świecie przestępczym, a wśród jej licznych bohaterów nie brakowało zarówno zbrodniarza zatwardziałego, jak i zbrodniarza nawróconego, uciśnionej dziewicy (ale po przejściach), tudzież hrabin, markiz, a nawet obrzydliwie bogatego księcia krwi - wszelako z rozkoszą udzielającego ze swych majętności potrzebującym. Szybko stała się jednym z największych bestsellerów XIX wieku, Sue zaś, jak to często bywa, zarobił na biednych niezły grosz.

Maciej Żurowski w "Posłowiu" do polskiego przekładu pisze: "Powodzenie Tajemnic Paryża było fantastyczne. «Journal des Débats» stał się pismem rozrywanym. Nie istniała wtedy sprzedaż pojedynczych numerów i poza prenumeratą dzienniki były dostępne tylko w czytelniach, które teraz podnosiły opłaty i robiły znakomite interesy: w ogonku do tej gazety ludzie stali po cztery godziny". Cytuję za wydaniem: Eugeniusz Sue, Tajemnice Paryża, przekład anonimowy przejrzała i poprawiła Zofia Wasitowa, Iskry, Warszawa 1987, s. 393. Dalej cytuję jako Tajemnice.

[9] Był to pseudonim Franza Zychlin von Zychlinskiego ze zniemczonej gałęzi rodu Żychlińskich herbu Szeliga z Żychlina koło Konina (czasem mylonego z miasteczkiem Żychlin koło Kutna, z którego wywodzi się chasydzka dynastia Zychlin). Sam Szeliga urodził się 27 marca 1816 w Allenburgu. Kiedy pisał swoją recenzję z Tajemnic Paryża, służył w pruskim wojsku jako oficer i jednocześnie interesował się filozofią (tak, takich wtedy Prusy miały oficerów!). Potem napisał jeszcze między innymi Historię 24 pułku piechoty, wydaną w Berlinie w latach 50. w dwóch tomach, dostał order Pour le Mérite za wojnę austriacko-pruską w 1866 roku, aż w końcu zmarł w słusznym wieku i w stopniu generała 17 marca 1900 roku. Przeżył wszystkich: Eugeniusza Sue, trzech braci Bauerów, a także Marksa z Engelsem, choć był od nich starszy. Najwidoczniej służba w wojsku robi człowiekowi lepiej niż wymyślanie sposobów na uszczęśliwienie ludzkości.

[10] "[...] pan Bradamanti, co mieszka na trzecim piętrze. To dopiero uczony! [...] A jak zęby wyrywa... nie dla pieniędzy, tylko dla honoru. [...] A jednak są niegodziwi ludzie, którzy mu zarzucają... ale nie... włosy by panu na głowie powstały!...

- Cóż takiego mówią?

- Nie śmiem powiedzieć... nigdy się nie odważę... Powiadają o nim, że... - I stara szepnęła cicho kilka słów Rudolfowi [Rudolf to właśnie ten szlachetny książę krwi], który zbladł.

- Ależ to by było okropne!...

- Prawda, że okropne, gdyby to była prawda? - odezwała się odźwierna" (Tajemnice, s. 70-71; wyróżnienie moje).

[11] W wersji konferencyjnej wyglądało to jeszcze gorzej, gdyż z mównicy ksiądz profesor perorował tak:

"I właśnie. I co jest największą tajemnicą... komunistycznego... komunistycznej koncepcji prawdy. Co obejmuje wszystkie tajemnice. Bytu. I prawdy i kłamstwa. I Karol Marks pisze, że właściwie wszystkie tajemnice komunistycznie pojętej rzeczywistości przemieniają się w tajemnicę przerywania ciąży i zatruwania. I nie można byłoby w sposób bardziej, jak on się wyraża geschickt, czyli taki sprytny, doskonały, precyzyjny, przemienić wszystkich tajemnic świata w ostateczny byt najdoskonalszy, jak poprzez wspólne dobro świata, którym jest środek do przerywania ciąży dla ciężarnych kobiet i truciznę do zabijania. Jego własny cytat.

I w tej rewolucji proletariackiej staną się jak Hege... Marks z Engelsem obiecują, ludzie wład... w końcu panami. Panami natury, panami ich samych, wolni, żeby na horyzoncie historii zobaczyć jakiegoś... musieć zobaczyć jakiegoś boga. Wreszcie wystąpią na scenie historii jako bogowie.

A czym jest chrześcijańska demokracja według Karola Marksa? W miejsce pośrednika Jezusa z Nazaretu musimy wprowadzić systematycznie państwo demokratyczne względnie ateistyczne, które będzie sięgać po tę metodę i ten środek najskuteczniejszy. Żeby kobietom w stanie łaski podawać środek na przerywanie ciąży i truciznę do unicestwiania życia" (spisałem z filmu umieszczonego na "Oficjalnej Stronie Ks. Prof. Tadeusza Guza"; film ten wprawdzie potem zniknął przy przebudowie strony, ale wciąż można go znaleźć na YouTube).

W druku komunistyczna ideologia, tu komunistyczna koncepcja prawdy a za chwilę komunistycznie pojęta rzeczywistość. Przemienianie tajemnic świata w byt najdoskonalszy. "Chrześcijańska demokracja według Karola Marksa" (sic!) posługująca się, niczym zbrodzień Polidori, przerywaniem ciąży i trucizną. Owszem, na żywo każdemu może przytrafić się śmieszny lapsus (i dlatego za podstawę przyjąłem tekst wydrukowany we "Frondzie"), ale ten bełkot przekracza już wszelkie granice. Natomiast w sprawie "jego własnego cytatu" zob. niżej przypis 12.

[12] "Pan Szeliga zamierza przedstawić służących i portiera Pipeleta wraz z żoną jako wcielenie tajemnicy absolutnej. Chce skonstruować służących i portiera "tajemnicy". Jakżeż on to urządzi, aby zniżyć się od czystej kategorii aż do "służącego", który "szpieguje pod zamkniętymi drzwiami", jak to zrobi, by z tajemnicy jako absolutnego podmiotu, który króluje wysoko nad dachami, w chmurach abstrakcji, spaść aż na parter, gdzie mieści się loża portiera?" (Rodzina, s. 88; wyróżnienia za oryginałem).

Nb. z tego samego powodu - by wykpić językową manierę adwersarza - Marks powtarza wciąż słowo "tajemnica", które Szeliga stosował nagminnie do najoczywistszych nawet spraw. Stąd te rzekome "tajemnice przerywania ciąży", które oczywiście żadnymi tajemnicami nie były. Również "dobro powszechne" to fraza przejęta od Szeligi i dlatego u Marksa pojawiająca się w cudzysłowie. Jak na przykład w tym oto szyderczym akapicie, w którym ks. Guz dopatrzył się wszystkich tajemnic "komunistycznie pojętej rzeczywistości" oraz sprytnego komunistycznego sposobu na przemienienie tych tajemnic "w ostateczny byt najdoskonalszy" (patrz przypis 11):

"Tajemnica, absolutna tajemnica, w tej postaci, w jakiej wystąpiła ona ostatnio, jako "dobro powszechne", polega więc na tajemnicy poronienia i trucia. Tajemnica nie mogła zręczniej [w oryginale: "könnte sich nicht geschickter" - to tu dojrzał ks. Guz komunistyczny spryt] uczynić się "dobrem powszechnym" niż w ten sposób, że przekształciła się w tajemnice, które nie są dla nikogo tajemnicami" (Rodzina, s. 87; wyróżnienie za oryginałem).

[13] "Kultura i cywilizacja są dla pana Szeligi identyczne z kulturą arystokratyczną. Nie jest więc zdolny widzieć, że przemysł i handel zakładają zgoła inne królestwa uniwersalne niż chrześcijaństwo i moralność, szczęście rodzinne i dobrobyt mieszczański" (Rodzina, s. 85).

Za kilka lat Marks rozwinie tę myśl w znanych passusach z Manifestu komunistycznego o tym, jak to burżuazja (czyli "przemysł i handel") zdarła "aureolę świętości z wszystkich rodzajów zajęć", a ze stosunków rodzinnych "ich tkliwie sentymentalną zasłonę". Akurat do tego wszystkiego komuniści nie są, zdaniem Marksa, w ogóle potrzebni. To już załatwia za nich sam kapitalizm.