EBENEZER ROJT

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karol Marks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karol Marks. Pokaż wszystkie posty

Krzysztof Iszkowski o życiu Karola Marksa
albo niespotykanie leniwy kamerdyner

Historyczne postacie - pisze Hegel w Wykładach z filozofii dziejów - należy więc oceniać z punktu widzenia owych ogólnych momentów, które stanowią istotną treść interesów, a więc i namiętności jednostek. Są oni ludźmi wielkimi, ponieważ chcieli i dokonali czegoś wielkiego, czegoś, co nie było wytworem wyobraźni lub złudzeniem, lecz rzeczą słuszną i konieczną. Ten sposób oceny wyłącza tak zwany psychologiczny punkt widzenia, który dogadzając najlepiej zawiści stara się wnikać w tajniki duszy, by wyjaśnić pobudki czynów i przedstawić je w postaci tak subiektywnej, że w końcu wszystkie czyny zdają się być wynikiem małych lub wielkich namiętności, wynikiem jakiejś pasji, i że sprawcy ich ze względu na te namiętności i pasje nie byli ludźmi moralnymi. Aleksander Macedoński podbił znaczną część Grecji, a następnie Azję, a więc, powiadają, był żądny podbojów. Działał jedynie z żądzy sławy i z żądzy podbojów, a dowodem, że takie były pobudki jego działania, jest to właśnie, iż przedsiębrał czyny, które przyniosły mu sławę. Iluż to bakałarzy już nie wykazywało, że Aleksander Wielki, że Juliusz Cezar kierowali się takimi namiętnościami i dlatego byli ludźmi niemoralnymi! Skąd tym samym już wynika, że on, bakałarz, jest człowiekiem doskonalszym od tamtych, gdyż namiętnościom takim nie ulega, czego dowodem jest to, że nie podbija Azji, nie zwycięża Dariusza i Porusa, lecz sam nieźle żyje i innym żyć pozwala.

Psychologowie tacy żerują głównie na życiu prywatnym wielkich postaci historycznych i na tym, co ich charakteryzuje jako ludzi prywatnych. Każdy człowiek musi jeść, pić, ma przyjaciół i znajomych, podlega uczuciom i chwilowym porywom. Dla kamerdynera nikt nie jest bohaterem, mówi znane przysłowie, które uzupełniłem w ten sposób (a Goethe powtórzył to w dziesięć lat później), że nie dlatego, by ten nie był bohaterem, lecz dlatego, iż tamten jest kamerdynerem. Wszak on to ściąga bohaterowi buty, ściele mu łóżko, zna jego predylekcję do szampana itd. Osobistości historyczne, obsługiwane w dziejopisarstwie przez takich psychologicznych kamerdynerów, niedobrze na tym wychodzą; ściągają ich oni z wyżyn, sprowadzają do poziomu, a nawet o parę szczebli poniżej poziomu moralnego owych przenikliwych znawców ludzkiej duszy. [...]

Wielkie postacie historyczne nie mają zazwyczaj tej praktycznej trzeźwości, aby pamiętać o takich czy innych drobiazgach, aby liczyć się z wieloma rzeczami, gdyż oddane są niepodzielnie i bez zastrzeżeń jednemu tylko celowi. Dlatego to zdarza się nieraz, że odnoszą się lekkomyślnie do innych spraw wielkich, a nawet świętych, i postępowanie to można oczywiście z moralnego punktu widzenia ganić. Ale wielki człowiek musi zdeptać na swej drodze niejeden niewinny kwiat i niejedną rzecz zburzyć [1].

No to poczytaliście sobie Hegla. Do zdobycia sprawności małego heglisty to jeszcze nie wystarczy, ale zawsze coś. Fragment o bohaterze widzianym oczami kamerdynera jest co prawda dość znany, niemniej brzydko (i pretensjonalnie) byłoby udawać, że każdy wykształcony człowiek powinien akurat ten kawałek Hegla znać na pamięć i w lot chwytać najmniejszą do niego aluzję. A przypomniałem go, gdyż wprost wybornie pasuje do książki Krzysztofa Iszkowskiego o Marksie, o której wam zaraz opowiem [2].

Bo też taka właśnie, kamerdynerska, jest ta książka. Okazuje się bowiem, że i tym razem bohater (czyli Karol Marks) miał predylekcję do szampana i poczynał sobie swobodnie w łóżku. A mówiąc zwyczajnie: niekiedy ostro pił (choć akurat nie szampana) i zrobił służącej dziecko. A na dobitkę, wyobraźcie sobie, miał czyraki na pupie. Co dla Iszkowskiego jest chyba sprawą najwyższej marksologicznej wagi, skoro czyraki awansowały nawet na tytuł jednej z części książki.

Owszem, wszystkie te głupstewka, łącznie z czyrakami, śmiało mogłyby zostać jako dopełnienie, barwny ornament na marginesie, bo figura kamerdynera bywa również nadużywana do zbyt łatwego wymiatania powikłanych ludzkich biografii poza obręb historii. Jeśli jednak kamerdyner równocześnie nie bardzo rozumie, o co chodziło jego panu (bo pozostawionych przez pana papierów nie chciało mu się z lenistwa czytać), zaczyna u niego przeważać kamerdynerska predylekcja do plotek i błahych ciekawostek.

Trzy przykłady.

Nawet pointa tej grubej książki, rozdział "Epilog", jest taką błahą ciekawostką.

"Ciekawostka: czy wiedzieliście, że ojciec Kamali Harris, Donald J. Harris, był postkeynesowskim i marksowskim ekonomistą?" [...] - napisała latem 2024 w serwisie X Maxine Fowé, niemiecka ekonomistka i politolożka. [...] Zbitka Marks-Harris zaistniała w kampanii, czego najlepszym dowodem było to, że w przemówieniach kandydatki zaczęto - bezzasadnie - dostrzegać cytaty z Kapitału (Iszkowski, s. 457-458).
I to już koniec. Kto spodziewał się analiz tych rzekomych cytatów z Kapitału skonfrontowanych z prawdziwymi cytatami, obejdzie się smakiem. Jest tam wcześniej tylko niezbyt zgrabne rozróżnienie angielskich przymiotników Marxist i Marxian [3] oraz bałamutna uwaga, jakoby "Keynes uważał Marksa za anachronicznego dyletanta" (Iszkowski, s. 458). Prawda, uważał jego teorię za przestarzałą i w praktyce nieużyteczną, ale - o ile wiem - nigdy o samym Marksie nie wyraził się aż tak obelżywie. Wypadałoby w tym miejscu zacytować samego Keynesa, bo inaczej jest to poziom internetowej plotki.

Czasem bywa gorzej. Ciekawostka o tym, jak nędznie Marks zarabiał swoim pisaniem, to tylko niechlujstwo Iszkowskiego przy przepisywaniu z cudzej książki.

Na początku 1851 roku Charles Dana, entuzjasta myśli Fouriera i redaktor postępowej (co przejawiało się przede wszystkim sprzeciwem wobec niewolnictwa) "New-York Daily Tribune", zaproponował mu, żeby został jej europejskim korespondentem. [...] Jak relacjonuje Tristram Hunt, "New-York Daily Tribune" miała ponad 200 tysięcy czytelników, ale honoraria wynosiły zaledwie dwa dolary za artykuł (około 80 euro w dzisiejszym pieniądzu) (Iszkowski, 245-246; wyróżnienie moje).
W rzeczywistości Hunt (z którego Iszkowski przepisuje znacznie obficiej, niżby na to wskazywały cudzysłowy) podaje, że honoraria wynosiły dwa funty i że była to atrakcyjna (impressive) zapłata. Oczywiście również te "80 euro w dzisiejszym pieniądzu" to nieporozumienie [4].

A czasem bywa jeszcze gorzej. Bo i ciekawostka do niczego, i jej związek z Marksem żaden. Zaczyna się od rozważań o charyzmie:

Podobnie jak piękno, które - według aforyzmu ukutego przez młodszą o pokolenie od Marksa irlandzką pisarkę - skrywa się w oku patrzącego, charyzmę można uznać za konstrukt społeczny, cechę, którą otoczenie dyskretnie i z reguły powoli nadaje jednostce (Iszkowski, s. 339-340).
I tu następuje przypis, ale bynajmniej nie do jakichś rozważań Marksa o konstruktach społecznych, lecz do irlandzkiej pisarki: "Beauty is in the eye of the beholder. Margaret Wolfe Hungerford, Molly Bawn, Tauchnitz, Leipzig 1878" (Iszkowski, s. 478; przypis 394).

Cóż, przyjemny aforyzm, który - wybaczcie, że znowu powtórzę frazę z Trans-Atlantyku - nic, tylko z rodzenkowem sosem podać. Ale z tem bida, że już przeszło dwieście lat wcześniej biskup Joseph Hall, coś podobnego napisał w jednej z Medytacyj swoich. No i cała ciekawostkowa erudycja w tym momencie idzie się przejść [5].

Zresztą, jako człowiek gołębiego serca, nawet o te kulawe ciekawostki nie miałbym pretensji, gdyby Iszkowski napisał swobodny esej pod tytułem Karol Marks na tle epoki i co ja sobie o nim myślę. Rzecz jednak w tym, że jego książka udaje poważną pracę opartą na źródłach: bibliografia liczy ponad sześćdziesiąt pozycji, a przypisów jest prawie pięćset. Toteż osoby nazbyt ufne mogą się nabrać na te pozory erudycji i uwierzyć, że oto dostają rzetelną porcję wiedzy.

Tylko najbardziej spostrzegawczy i wykształceni dostrzegą, że samego Marksa jest w tej bibliografii tyle, co kot napłakał, raptem dwie pozycje. W tym jedna opisana jako: "Marks Karol, Engels Fryderyk, Manifest komunistyczny, przeł. nieznany autor, Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (Uniwersytet Warszawski), Warszawa 2007 (Iszkowski, s. 461)". Tyle że takiego druku nie odnotowuje katalog Biblioteki Narodowej, gdyż jest to w rzeczywistości amatorski plik PDF, który można sobie ściągnąć z internetu.

Również w internecie znalazł Iszkowski stary dziewiętnastowieczny przekład znanej pracy Marksa Osiemnasty brumaire'a Ludwika Bonaparte. Łatwo dostępnej w nowym przekładzie w wielu osobnych i zbiorowych wydaniach, ale najwyraźniej nie chciało mu się iść do biblioteki, więc za Wikiźródłami cytuje tę pracę w wersji Ośmnasty brumaire'a. Taki kaprysik.

Ba, do biblioteki aż tak bardzo nie chciało mu się iść, że wolał sam na nowo przetłumaczyć ponad połowę pewnego listu Engelsa (Iszkowski, s. 391-392). Tyle że przekładał ów napisany po niemiecku list z angielskiego przekładu znalezionego w internecie. Takich kwiatków typu przekład z przekładu jest tam zresztą znacznie więcej, ale nie będę was nudził.

Czasem zaś bywa i tak, że Iszkowski nawet nie wie, co przekłada:

W jednym z ostatnich akapitów eseju Działanie polityczne a robotnicy (wydano go dopiero w roku 1950 w - o ironio! - tomie Marksizm, wolność i państwo) Bakunin optymistycznie afirmował program Międzynarodówki, równocześnie delikatnie polemizując z Marksową koncepcją tymczasowej dyktatury [dalej następuje kolejny przekład z przekładu] (Iszkowski, s. 330).
Tyle że Bakunin nigdy nie napisał eseju Działanie polityczne a robotnicy, a tom Marksizm, wolność i państwo (Iszkowski oczywiście też znalazł ten tom w internecie) to nadzwyczaj swobodna kompilacja rozmaitych prac Bakunina, pociachanych i potem posklejanych na nowo zgodnie z cudzą wizją [6].

Ale to wszystko drobiazgi. Główny problem z tą książką polega na tym, że Marks Iszkowskiego to Marks wprost żenująco niedoczytany, jako żywo przypominający Marksa z amatorskich fantazji Krzysztofa Karonia [7]. Od kogoś, kto na trzeciej stronie okładki zostaje przedstawiony jako historyk idei i jeden z założycieli "Krytyki Politycznej", oczekiwałbym jednak znacznie więcej.

A tu tymczasem okazuje się, że Iszkowski, całkiem jak Karoń, nie zna nawet paryskich Rękopisów ekonomiczno-filozoficznych z 1844 roku, i potem zmyśla, że Marks:

zapewne dopiero w Londynie [czyli najwcześniej w roku 1849] przeczytał prace Smitha, który na słynnym przykładzie manufaktury szpilek ukazał kluczowe znaczenie specjalizacji pracy dla tworzenia bogactwa (Iszkowski, s. 291).
Po czym w przypisie do tego zdania powtarza tę fantazję raz jeszcze:
Księgi I-III Bogactwa narodów [Smitha] wydano po niemiecku już w roku 1776, a więc tym samym, co angielski oryginał. Tom drugi z księgami IV-V ukazał się dwa lata później. Książka nie wzbudziła jednak zainteresowania i należy wątpić, by Marks znał ją, pisząc [w roku 1846] Ideologię niemiecką (Iszkowski, s. 291).
W rzeczywistości w Rękopisach Smith jest przywoływany wielokrotnie, jak również wielokrotnie cytowane jest Bogactwo narodów, które Marks czytał wtedy we francuskim przekładzie.

Taki niedoczytany Marks staje się potem dla leniwego kamerdynera zagadkowy i kapryśny. Na przykład antyreligijny rys w marksizmie Iszkowski przedstawia jako coś niemal przypadkowego i niekoniecznego, a nawet fatalnie antyskutecznego:

[Marks] zaś postanowił odciąć komunistyczną doktrynę od jej chrześcijańskich korzeni. Zerwanie to z trzech przynajmniej powodów bardziej utrudniło, niż ułatwiło, nadejście upragnionej rewolucji. Po pierwsze, osłabiło zapał części dotychczasowych wyznawców równościowej idei, którzy stanęli wobec konieczności wyboru między wiarą a ostentacyjnie teraz ateistyczną doktryną. Po drugie, spowolniło pozyskiwanie nowych zwolenników, bo o ile Weitling [wyobrażający sobie komunizm jako prawdziwe chrześcijaństwo] mógł im po prostu powiedzieć, że "tak mówi Pismo", o tyle Marks musiał wygłosić wykład o domniemanych prawach rządzących rozwojem ludzkości i wytłumaczyć szereg niejasnych terminów. Wreszcie po trzecie, uczyniło kościoły - na równi katolicki, protestanckie i prawosławne - wrogami komunizmu (Iszkowski, s. 139).
Wynikałoby z tego, że Marks równie dobrze mógł (a może nawet powinien) postanowić inaczej, a odciął się, bo napędzały go "osobiste poglądy i akademickie doświadczenia", czyli snobizm ówczesnych intelektualistów na bycie ateistą. Choć gdyby miał lepszy zmysł polityczny, mógłby być sobie dalej ateistą prywatnie, bez niepotrzebnego wpychania ateizmu do głoszonej doktryny.

W rzeczywistości wynika z tego jedynie, że Iszkowski nie zrozumiał o co chodzi w pojęciu alienacji, choć należy ono do podstawowych pojęć marksizmu. Całe bogactwo tego pojęcia zredukowało mu się do "alienacji pracy", i to w jej najwcześniejszym sformułowaniu z Rękopisów, rzekomo będącym "wynikiem introspekcji" (Iszkowski, s. 254). Gdyby jednak Rękopisy przeczytał, wiedziałby, że dla Marksa wzorcowym modelem alienacji, pod który nieco stylizował swoje wczesne analizy ekonomiczne, była właśnie alienacja religijna. To z tego modelu - przejętego od Ludwiga Feuerbacha i Brunona Bauera - wypączkowała alienacja pracy i alienacja pieniądza, a także alienacja polityczna. To, co Iszkowski uznaje za "antyreligijną szarżę" u Marksa, naprawdę jest w marksizmie kamieniem węgielnym.

Gdyby zaś przeczytał przynajmniej pierwszy tom Kapitału, albo nawet tylko rozdział o fetyszyzmie towarowym, z którego zacytował jeden niewielki akapicik (Iszkowski, s. 266-267), może zauważyłby, że mimo zmiany terminologii, mówi się tam właśnie o alienacji i że - jak pisze Marks - dla znalezienia najporęczniejszej analogii dla przedstawienia tego zjawiska "trzeba się przenieść w mgławice świata religii" [8]. W Kapitale wprawdzie te mgławice nie są już problemem, ale w porządku badania właśnie od nich wszystko się zaczęło.

To oczywiście prawda, że czytanie Marksa jest trudne, żmudne i nudne. Ale akurat żyjemy w szczęśliwych czasach, gdy nie ma obowiązku pisania o Marksie. Czemu z tego nie skorzystać?

Natomiast pisanie bez uprzedniego przeczytania wydaje mi się już nazbyt postmodernistyczną ekstrawagancją [9].

[1] Georg Wilhelm Friedrich Hegel, Wykłady z filozofii dziejów, tom I, w przekładzie Janusza Grabowskiego i Adama Landmana, wstępem poprzedził Tadeusz Kroński, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1958, s. 47-49. Hegel pisał o kamerdynerze i bohaterze już wiele lat wcześniej w Fenomenologii ducha (stąd to "przysłowie, które uzupełniłem [...] a Goethe powtórzył"). Jednak tam kamerdyner pojawia się w rozważaniach o "pięknej duszy" i "świadomości oceniającej", które trudno zrozumieć, gdy nie zna się ich miejsca w całym wywodzie i nie jest się oswojonym z dość specyficzną terminologią. Dlatego zdecydowalem się na cytat z Wykładów, uznawanych za znacznie łatwiejsze, ale też i "mniej heglowskie".

[2] Krzysztof Iszkowski, Idol. Życie doczesne i pośmiertne Karola Marksa, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025. Dalej cytuję jako Iszkowski.

[3] "Tylko najbardziej spostrzegawczy i wykształceni dostrzegają różnicę między przymiotnikami «marksistowski» (ang. Marxist, związany ze stworzoną przez Marksa i Engelsa rewolucyjną ideologią) a «marksowski» (ang. Marxian, zainspirowany, chociażby luźno, prowadzonymi przez Marksa analizami ekonomicznymi)" (Iszkowski, s. 458).

W rzeczywistości oba te terminy są wieloznaczne i wymagają dopowiedzeń. Można być marksistą rewizjonistą (Marxist revisionist) i marksowskim ortodoksem (orthodox Marxian).

[4] "In early 1851, Charles Dana, a former Fourierist and now managing director of the progressive, antislavery New York Daily Tribune, asked Marx to contribute articles to the paper on English and European affairs. [...] The pay - at £2 per article - was impressive and the newspaper had over 200,000 U.S. readers" (Tristram Hunt, Marx's General. The Revolutionary Life of Friedrich Engels, Henry Holt and Company, Nowy Jork 2009, s. 196).

Nb. od 13 lat istnieje już łatwo dostępny polski przekład tej książki (Fryderyk Engels. Komunista we fraku, przełożył Maciej Antosiewicz, Świat Książki, Warszawa 2012), ale o tym czytelnik Iszkowskiego się nie dowie.

Pewnie chcielibyście też wiedzieć, jaka była wartość tych dwóch funtów w połowie XIX wieku w Londynie. Z tym zawsze jest problem, bo od tamtego czasu radykalnie zmieniły się styl życia i struktura społeczna. Inne są potrzeby, inne proporcje w podstawowych wydatkach, inne kryteria oceny jakości życia etc. Toteż posłużenie się internetowym kalkulatorem (jak zrobił Iszkowski przeliczając dwa dolary z roku 1850 na dzisiejsze euro) ma niewielki sens.

Na przykład robotnicy, w których Marks pokładał tak wielkie nadzieje, zarabiali wtedy zazwyczaj jakieś 50 funtów rocznie. Zatem dwa funty to były dla nich dwa tygodnie pracy (dwanaście dni po kilkanaście godzin dziennie). Podobnie zarabiali niżsi kanceliści. Z kolei robotnicy rolni, praktykanci i sprzedawcy nierzadko połowę tego (czyli niewiele ponad dwa funty na miesiąc). Hunt słusznie więc podkreśla, że dwa funty za artykuł to impressive pay.

[5] Erudycja już i bez tego była wątpliwa, bo trudno odgadnąć, czemu Iszkowski w wypadku irlandzkiej pisarki powołuje się na niemiecki przedruk, w dodatku bez podania numeru tomu i strony. Poza tym gdyby do tego przedruku zajrzał, przekonałby się, że w powieści Hungerford powiedzenie to przytaczane jest w trakcie salonowej rozmowy jako dobrze znane.

"«And I have heard she is beautiful - is she?»

«Beauty is in the eye of the beholder,» quotes Marcia in a low tone" (Margaret Wolfe Hungerford, Molly Bawn, Bernhard Tauchnitz, Lipsk 1878, tom I, s. 206).

Musiało być znane, skoro kilka lat wcześniej w anonimowym utworze Ye Wild Boar of Clyffe Wood wydrukowanym w "The Yorkshire Magazine" pod nadtytułem The Yorkshire Legend (ale może tylko stylizowanym na dawną legendę) zostało ujęte w cudzysłów: "and men say / That «beauty's in the eye of the beholder»" ("The Yorkshire Magazine" 1872, czerwiec, tom I, nr 10, s. 349; ciągła numeracja stron w ramach tomu).

Natomiast biskup Hall coś podobnego napisał w swoich Occasionall Meditations: "That which is beauty to one, is deformity to another [...]. Outward beauty is more in the eye of the beholder, then in the face that is seene" (Ios. Exon [Joseph Hall], Occasionall meditations, Nath[aniel] Butter, Londyn 1630, s. 94; zachowałem pisownię).

[6] Wizjonerem i kompilatorem był tłumacz i redaktor tej książki, Kenneth Joseph Kenafick. To, co przetłumaczył Iszkowski, to w rzeczywistości fragment mający być w zamierzeniu Bakunina kontynuacją pracy L'empire knouto-germanique et la révolution sociale, napisany pod koniec roku 1872, ale ogłoszony dopiero pośmiertnie w 1910 roku w czwartym tomie Œuvres.

A dla koneserów oryginał:

"La passion instinctive des masses pour l’égalité économique est si grande que, si elles pouvaient espérer la recevoir des mains du despotisme, elles se seraient indubitablement et sans beaucoup de réflexion, comme elles l’ont fait souvent, livrées au despotisme. Heureusement, l’expérience historique a servi de quelque chose même aux masses. Aujourd’hui elles commencent partout à comprendre qu’aucun despotisme n’a et ne peut avoir ni la volonté ni le pouvoir de la leur donner. Le programme de l’Internationale est très heureusement explicite sous ce rapport: L’émancipation des travailleurs ne peut être que l’œuvre des travailleurs eux-mêmes" (Michel Bakounine, Fragment formant une suite de l'Empire knouto-germanique, [w:] Idem, Œuvres, tom IV, redakcja James Guillaume, P.-V. Stock, Paryż 1910, s. 415-416; wyróżnienie za oryginałem).

[7] Kto chciałby o tych fantazjach wiedzieć więcej, niech przeczyta w OSOBACH: "Krzysztof Karoń demaskuje marksizm albo upadek etosu pracy" oraz "Krzysztof Karoń dalej bałamuci, czyzli Uzupełnienia".

Nb. obaj - zarówno Karoń, jak Iszkowski - nie czytali także Hegla. Wprawdzie Iszkowski bezpardonowo rozprawia się z Heglem, lecz zna go wyłącznie z drugiej ręki: z komentarzy Bertranda Russella i Shlomo Avineriego. W czytaniu takich komentarzy nie ma nic zdrożnego - tyle że to jednak nie jest Hegel. A bez znajomości Hegla trudno pisać o Marksie ze zrozumieniem. To trochę tak, jakby pisać o świętym Pawle bez przeczytania Starego Testamentu.

[8] Karol Marks, Kapitał. Krytyka ekonomii politycznej, tom I: Proces wytwarzania kapitału, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 23, Książka i Wiedza, Warszawa 1968 s. 83.

Nb. nawet ten malutki akapicik z rozdziału o fetyszyzmie towarowym Iszkowski zacytował wyłącznie po to, by się z Marksa nabijać:

"Niektóre fragmenty są wręcz komiczne - choć niewątpliwie szczere, jeśli chodzi o stopień desperacji autora skonfrontowanego z narzuconą sobie tematyką, której analiza miała doprowadzić do z góry upatrzonych wniosków" (Iszkowski, s. 266).

Nie spodziewajcie się jednak, że po tej zapowiedzi nastąpi jakiekolwiek objaśnienie, co tam konkretnie jest komicznego i na czym polegała desperacja Marksa. Cytat się kończy i następne odautorskie zdanie wygląda tak:

"Jak na ironię, w tym samym czasie, kiedy Marks trudził się nad przepisaniem Kapitału, inżynierowie i domorośli wynalazcy od Danii i Tyrolu po Wisconsin przeżywali podobne męczarnie z prototypami maszyn do pisania" (Iszkowski, s. 267).

Element komiczny więc ostatecznie jest, ale nie tam, gdzie zapowiadał autor.

[9] Oscarowi Wilde'owi przypisuje się wprawdzie powiedzenie: "Nigdy nie czytam książki, o której mam napisać. Tak łatwo się zasugerować". Żeby jednak było zabawniej, nie ma go u Wilde'a, więc ten, kto mu je pierwszy przypisał, najwidoczniej zrobił to bez czytania jego książek. Powiedzenie to jako powiedzenie Wilde'a wybrał nawet na motto swojej książki Pierre Bayard, ale ponieważ jego książka traktuje o tym, jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało, motto wzięte rzekomo z Wilde'a (którego się nie czytało) tam akurat wydaje mi się na miejscu.

W rzeczywistości powiedzenie to było znane zanim jeszcze Wilde przyszedł na świat i wtedy krążyło w anegdotach jako powiedzenie Sydneya Smitha. Niegdyś znanego satyryka i pisarza, jednego z założycieli wpływowej "Edinburgh Review", ale dziś nie jest wstydem, jeśli usłyszeliście o nim po raz pierwszy właśnie teraz.

A dla koneserów najstarsza, jaką udało mi się znaleźć, wersja tej anegdoty z pewnego humorystycznego zbiorku. Oczywiście potwierdza ona jedynie wczesne istnienie samej anegdoty, nie zaś to, że Sydney Smith naprawdę tak powiedział.

"In the palmy days of the «Edinburgh Review,» Sydney Smith happened to call on a colleague, whom he found, to his surprise, actually reading a book for the purpose of reviewing it. Having expressed his astonishment in the strongest terms, his friend inquired how he managed when performing the critical office? «Oh!» said Sidney, «I never read a book before reviewing it; it prejudices a man so»" (The Jo: Miller for Rail and River, William S. Orr & Company, Londyn 1848, s. 13; wyróżnienie i niekonsekwentna pisownia za oryginałem).

O ślimakach, Marksie i szkole lwowsko-warszawskiej
albo nosorożec Orliński znów pędzi na oślep

Skąd ten nosorożec, wyjaśni się na końcu. Najpierw zaś wyjaśnię, czemu znowu Orliński. Otóż nic osobistego. Cztery lata temu Wojciech Orliński żegnał się z mediami, obiecując, że weźmie się wreszcie za uczciwą pracę nauczyciela, więc i ja również pożegnałem się z jego dziennikarskimi fantazjami [1]. Choć może z odrobiną żalu - bo czasem zmyślał zabawnie.

Okazało się jednak, że nałóg zwyciężył i Orliński wciąż regularnie udziela się w kilku pismach, które mam zwyczaj przeglądać. Dorywcze chałtury byłyby może jeszcze wybaczalne, bo nauczycielom chyba się dziś nie przelewa, ale regularne przykładanie ręki do upadku "Polityki" - i to zaraz obok rubryki Kuby Wojewódzkiego - to już nie byle co [2].

Zacznę od ślimaka, który według Orlińskiego pędzi siedem razy szybciej niż Rosjanie na Ukrainie.

Prędkość przeciętnego ślimaka to 0,05 km na godzinę, czyli ok. 400 km na rok. Rosjanie rozwijają maksymalną szybkość rzędu 60 km rocznie, czyli jakąś jedną siódmą ślimaka (Wojciech Orliński, Jedna siódma ślimaka, "Polityka" 2025, nr 17-18, s. 161).
Na pozór wszystko się zgadza: 0,05 km razy 8760 godzin w roku to rzeczywiście nieco ponad 400 kilometrów. Bieda w tym, że Orliński źle postawił przecinek. Przeciętny winniczek nie rozwija prędkości 50 metrów na godzinę, ale ślimaczy się dziesięć razy wolniej - jakieś 5 metrów na godzinę.

Ależ Ebenezerze! I to ma być to twoje "nic osobistego"? Trzeba chyba kogoś bardzo nie lubić, żeby mu wyciągać takie pokątne głupstwa.

Ba, gdybyż to było pokątne głupstwo! Ale Wojciech Orliński dał tę jedną siódmą ślimaka jako tytuł swojego felietonu, więc widocznie był z tego pomysłu na ślimaczo-wojenne porównanie ogromnie zadowolony i żadną miarą nie uznał go za głupstwo. A mimo to niechlujstwo zwyciężyło!

Teraz o Marksie.

Jakiś czas temu pojawił się po prawej stronie sceny politycznej filut, który dowodził, że głównym celem Karola Marksa było "cofnięcie ludzkości do poziomu przedkulturowej wspólnoty pierwotnej" [3]. Skądinąd był ów filut człowiekiem mogącym, choćby z racji wieku, pamiętać z dawnych lat drętwe formułki o zaspokajaniu wciąż rosnących potrzeb społeczeństwa czy rytualne (i dumne) zapewnienia każdorazowego pierwszego sekretarza o tym, jak rośnie wytop stali i plony z hektara. A jednak jakoś mu się to zgodziło z niedorzeczną bajką, jakoby Marks (a więc chyba także jego ideowi spadkobiercy) marzył o powrocie do prehistorycznej dziczy.

Wojciech Orliński też coś niecoś z tamtych czasów pamięta, a mimo to zszedł ze swojej lewej strony na poziom tego obdarzonego fantazją filuta i napisał:

Adam Smith i Karol Marks różnili się w wielu kwestiach, ale obaj opisywali świat, w którym nie ma wzrostu. [...] Żaden z tych wybitnych ekonomistów nie myślał o wzroście (Wojciech Orliński, Fetysz PKB. Czy da się rosnąć bez końca?, "Książki. Magazyn do Czytania" 2024, nr 4, s. 25).
Karol Marks opisywał świat, w którym nie ma wzrostu? Przecież nawet nietrudny w lekturze Manifest to głównie apologia niespotykanego dotąd w historii wzrostu:
Ale rynki wciąż się rozszerzały, wciąż wzrastało zapotrzebowanie (Aber immer wuchsen die Märkte, immer stieg der Bedarf). Manufaktura również już nie wystarczała. Wówczas para i maszyny zrewolucjonizowały produkcję przemysłową. Miejsce manufaktury zajął nowoczesny wielki przemysł, miejsce przemysłowego stanu średniego zajęli przemysłowcy-milionerzy, dowódcy całych armii przemysłowych, nowocześni burżua.

Wielki przemysł stworzył rynek światowy, przygotowany przez odkrycie Ameryki. Rynek światowy wywołał niebywały rozwój (unermeßliche Entwicklung) handlu, żeglugi, środków komunikacji lądowej. Rozwój ten wpłynął z kolei na rozrost przemysłu (Ausdehnung der Industrie), a w tym samym stopniu, w jakim rozwijał się przemysł, handel, żegluga, koleje żelazne, w tym samym stopniu rozwijała się burżuazja, mnożyła swoje kapitały (vermehrte sie ihre Kapitalien), wypierała na dalszy plan wszystkie klasy pozostałe po średniowieczu [4].

Rozszerzanie, wzrost, niebywały rozwój, rozrost, mnożenie... To właśnie z obserwacji tego wciąż potęgującego się wzrostu wyrosło marzenie o utopijnym ustroju, w którym każdemu będzie można dawać według potrzeb.

I nie był to bynajmniej jakiś przemijający młodzieńczy entuzjazm. Także w spuściźnie, którą Fryderyk Engels wydał po śmierci Marksa jako III tom Kapitału, powtarza się ta sama melodia:

Toteż granice, w których może się jedynie odbywać zachowanie i pomnażanie wartości kapitałowej, opierające się na wywłaszczaniu i zubożaniu szerokich mas producentów - granice te popadają wciąż w sprzeczność z metodami produkcji, które kapitał musi stosować gwoli osiągnięcia swego celu, a które zmierzają do nieograniczonego powiększania produkcji, produkcji jako celu samego w sobie, do bezwarunkowego rozwoju społecznych sił produkcyjnych pracy. Ów środek - bezwarunkowy rozwój sił wytwórczych społeczeństwa - wchodzi w nieustanny konflikt z ograniczonym celem, pomnażaniem wartości istniejącego kapitału. Jeżeli więc kapitalistyczny sposób produkcji jest historycznym środkiem rozwoju materialnej siły produkcyjnej i stworzenia odpowiadającego tej sile rynku światowego, to stanowi zarazem stałą sprzeczność między tym historycznym jego zadaniem a właściwymi mu społecznymi stosunkami produkcji [5].
Przekładając to na nieco strawniejszy język: kapitalizm prowadzi co prawda do niespotykanego w historii wzrostu produkcji, ale zarazem stwarza wewnętrzne hamulce tego wzrostu (to te "społeczne stosunki produkcji"). Rewolucję robi się właśnie po to, by te hamulce usunąć, dzięki czemu nastąpi (przynajmniej w teorii) wzrost już niemal cudowny, oparty na całkowitej automatyzacji; właśnie taki, który umożliwia dawanie "według potrzeb".
Włączony jednak do procesu produkcji kapitału środek pracy - pisał Marks w przygotowawczych szkicach do Kapitału - przechodzi różne metamorfozy, z których ostatnią jest maszyna albo raczej automatyczny system maszyn (system maszyn automatyczny jest tylko najbardziej skończoną, najbardziej adekwatną formą systemu maszyn i tylko on dopiero przekształca maszyny w system), napędzany przez automat, który sam wytwarza własny ruch. Automat ten składa się z licznych organów, mechanicznych i intelektualnych (mechanischen und intellektuellen Organen), tak że sami robotnicy stanowią tu tylko jego świadome członki [6].
I wtedy dopiero zacznie się zabawa! Zwróćcie szczególnie uwagę na te intelektualne organy automatu. Wprawdzie jest to jeszcze abstrakcyjna wizja, i to bardziej wizja połączenia człowieka z maszyną, ale co szkodzi zadumać się nad tymi wczesnymi marzeniami o komunistycznej AI, która zaradzi naszym bolączkom na tym łez padole. W każdym razie gdzie u Marksa nie popatrzeć, tam tylko wzrost i wzrost oraz nadzieja, że będzie jeszcze więcej wzrostu (jednak tym razem kierowanego już przez społeczny "zespolony rozum").

Teraz o szkole lwowsko-warszawskiej.

Znowu błahostka i pewnie darowałbym ten podwójny kiks w pożytecznym zreferowaniu książki Jana Woleńskiego o Alfredzie Tarskim, gdyby Orliński nie zakończył swego referatu egzaltowaną deklaracją:

I tak oto znów okazuje się, że wszystkie drogi prowadzą do szkoły lwowsko-warszawskiej, której Tarski był wybitnym przedstawicielem. Co pilniejsi czytelnicy magazynu "Książki" mogą zauważyć, że mam na jej punkcie obsesję, ale co poradzić.

To naprawdę było najważniejsze polskie intelektualne osiągnięcie w XX wieku. I ciągle o nim za mało rozmawiamy (Wojciech Orliński, Najmądrzejszy Polak, "Książki. Magazyn do Czytania" 2025, nr 2, s. 63).

Z dwoma ostatnimi zdaniami z miejsca się zgadzam (choć w nieco poszerzonej wersji, gdy ze szkołą lwowsko-warszawską łączy się jeszcze polską szkołę matematyczną). I nawet zgadzam się z radością, gdyż współczesna lewica za logiką nie przepada, a za patrona chętniej bierze sobie Stanisława Brzozowskiego, który o ojcu szkoły lwowsko-warszawskiej, Kazimierzu Twardowskim, oraz o jego uczniach wyrażał się dość pogardliwie ("Chłopięta ze szkoły Twardowskiego nazbyt są przeświadczone, że wiedza bywa solidną tylko u nich" [7]). Byłby zatem Orliński chwalebnym wyjątkiem gdyby nie to, że w swoim referacie dwukrotnie myli dwóch innych wybitnych przedstawicieli szkoły lwowsko-warszawskiej, a mianowicie Stanisława Leśniewskiego, promotora doktoratu Tarskiego, z Janem Łukasiewiczem [8]. Gdy ma się "obsesję", takich rzeczy jednak robić nie wypada.

Jeśli zaś idzie o nosorożca, to wziął się on z pomysłu samego Orlińskiego, by kolejny felieton dla "Polityki" zacząć tak:

Sztuka "Nosorożec" Eugène'a Ionesco, klasyka teatru absurdu, wydaje mi się dziś bardzo na czasie. Popadła jakby w zapomnienie, zacznę więc od krótkiego streszczenia. Oto w jakimś cichym, małym francuskim miasteczku pojawiają się nosorożce. Zachowują się z charakterystyczną dla tych zwierząt niezgrabną brutalnością: demolują rynek, wypłaszają przechodniów, niszczą mienie (Wojciech Orliński, Jak u Ionesco, "Polityka" 2025, nr 22, s. 90; ponieważ felieton zajmuje tylko jedną stronę, odtąd cytuję już bez żadnych odnośników).
I tak to streszczenie potem leci przez pół felietonu. Że głównymi bohaterami są dwaj przyjaciele Jean i Bérenger: pierwszy raczej przemądrzały, drugi raczej zagubiony. Że nosorożce to w istocie ludzie, którzy się w nie zamienili. Nie wiadomo, jakim cudem, ale to przecież teatr absurdu. No i najważniejsze: wciąż przemieniają się kolejni. W rezultacie nosorożców przybywa, a ludzi ubywa.

Tyle że Orliński Nosorożca w ogóle nie czytał i fantazjuje w oparciu o streszczenie z angielskiej Wikipedii. "Po wygłoszeniu brawurowego monologu o wyższości nosorożców Jean sam się przekształca". Nie, Jean przed przekształceniem nie wygłasza żadnego "brawurowego monologu". Nie wygłasza w ogóle żadnego monologu. Jedyny monolog w tej sztuce wygłasza na samym końcu Bérenger [9].

Myli się Orlińskiemu również chronologia: odgłosy nosorożców słychać w radiu i w telefonie nie przed ostatnią dyskusją Jeana i Bérengera, lecz grubo później. Gdy z ludzi zostają na scenie już tylko Bérenger i Daisy, w której Bérenger się kocha, zrazu skrycie (ale która na końcu też go zostawia).

Cały Nosorożec zaś to w interpretacji Orlińskiego przypowieść o narastaniu faszyzmu, a w każdym razie agresywnej prawicy:

Czuję się teraz, jakbyśmy byli w finale pierwszego aktu tej sztuki. W Polsce z narastającą brutalnością panoszą się prawicowi politycy.
Nie jest to interpretacja całkiem nietrafna, ale bardzo zubażająca metaforyczne przesłanie Nosorożca, które sam Ionesco odnosił do wszelkich ruchów stadnych, w tym także lewicowych. Dlatego niektóre zdania z tej napisanej pod koniec lat 50. sztuki brzmią całkiem świeżo i znajomo. Botard, parodia postępowego intelektualisty, na początku drugiego aktu parę razy bez sensu wtrąca w dyskusję potępienie rasizmu. A na uwagę, że nie chodzi tu wcale o rasizm, odpowiada: "Nie wolno pomijać żadnej okazji, żeby go potępić" (Nosorożec, s. 170).

Na podobnej zasadzie również Wojciech Orliński nie pominął w swoim felietonie okazji, by bez sensu, ale za to pryncypialnie potępić transfobię.

Czuję się bezradny jak Bérenger. Dyskutowanie z nosorożcami nie ma sensu. Ryczą na przykład o niebywale podobno istotnym problemie, jaką [tak w oryginale!] są osoby trans w sporcie - rzekomo masowo deklarujące kobiecą płeć tylko po to, żeby wygrywać w zawodach. Zazwyczaj pojawia się tutaj jedno nazwisko: Lia Thomas. To pływaczka, która wygrała jedne zawody. Nie osiągnęła przy tym rekordowego wyniku, inne ciskobiety [10] miewały lepsze rezultaty. Zdrowy rozsądek mówi, że nie ma tu żadnego problemu. No, ale zdroworozsądkizm jest martwy! Niech żyje chrum-chrum, ryyyk!

Te odgłosy dobiegają już z miejsc, w których człowiek by się ich jednak nie spodziewał. Mateusz Mazzini, przedstawiając w "Gazecie Wyborczej" straszliwy terror ideologii woke, napisał o Lii Thomas, że "zaczęła wygrywać żeńskie zawody studenckie". Taka malutka manipulacyjka: "zaczęła wygrywać", bo gdyby uczciwie napisać, że wygrała jedne, waliłaby się teza artykułu.

O tym, że obrona dopuszczania do zawodów kobiecych mężczyzn deklarujących się jako kobiety stoi na bakier z logiką, już kiedyś obszernie pisałem [11]. Dla kogoś, kto ma "obsesję" na punkcie szkoły lwowsko-warszawskiej, powinno to być oczywiste. Ale Orliński zaskoczył mnie opierając swoją obronę oszustwa na podkreślaniu, że jest to oszustwo bez znaczenia, gdyż oszust podobno oszukał tylko raz. A więc "nie ma tu żadnego problemu".

Jest to niemal dokładne powtórzenie kuriozalnej strategii Wojciecha Sumlińskiego, patologicznego plagiatora, który wprawdzie przyznał ostatecznie, że czasem "na zasadzie konwencji" dokonywał "muśnięcia tej literatury" (tj. przepisywania od MacLeana albo Chandlera), ale w sumie ukradł najwyżej jedną stroniczkę. A skoro tak, to cała sprawa jest dęta i nie ma problemu [12].

Jak się jednak szybko okazało, Wojciech Sumliński łgał w żywe oczy i tych kradzionych stroniczek było w rzeczywistości wielokrotnie więcej. Zełgał również Wojciech Orliński, choć nie jest wykluczone, że z lenistwa przepisał cudze kłamstwo z pewnej strony internetowej. Porównajcie zresztą sami jego cytowane wyżej słowa z tym, co na tej stronie napisano:

Autorzyna "Wyborczej" [czyli Mateusz Mazzini w poetyce autora strony] musi mieć prawdziwego hyzia na punkcie "kwestii trans", bo dalej pisze:
Wtedy pływaczka Lia Thomas, która przeszła tranzycję w czasie studiów, zaczęła wygrywać żeńskie zawody studenckie.
Szybkie zerknięcie do Wikipedii pokazuje, że wygrała jedne - jedne! - zawody, a nawet wtedy miała wynik daleko gorszy od rekordu kobiety cispłciowej na tym samym dystansie [...] No ale "zaczęła wygrywać" brzmi bardziej dramatycznie i jakby lepiej uzasadnia nagłość wszechobecnej paniki moralnej [13].
"Szybkie zerknięcie do Wikipedii" to jednak bardzo słaby research. Nawet szybka zwyczajna kwerenda pokazuje, że w sezonie 2021/2022 William Thomas (który wypowiadając magiczne zaklęcie "I am Lia" zamienił się w Lię Thomas) wygrał jeszcze przynajmniej sześć innych zawodów [14]. A "zaczynając wygrywać" wygrał ich tylko tyle, gdyż był to jedyny sezon, w którym startował po swoim przekształceniu w nosorożca, to jest chciałem powiedzieć - w transkobietę. W tej sytuacji zarzucanie Mateuszowi Mazziniemu "malutkiej manipulacyjki" samo jest dość paskudną dużą manipulacją.

Zresztą nie o zwycięstwa tak naprawdę tu chodzi, ale o nieuczciwe wspomaganie, gdyż deklaracja "I am Lia" zadziałała w tym wypadku niczym potężny doping. Owszem, to nieuczciwe wspomaganie nie działa niezawodnie, bo mniej utalentowani sportowo mężczyźni bywają czasem gorsi od bardzo utalentowanych kobiet. Nie ma to jednak znaczenia. Doping jest przecież zabroniony także w wypadku drugo- i trzeciorzędnych zawodników, którzy nawet na dopingu przegrywają z prawdziwymi mistrzami. Nietrudno to zauważyć, ale niektórym wygodniej jest chrumkać i dalej pędzić na oślep.

Najzabawniejsze (ale w kategorii smutno-zabawnej) jest jednak to, że Orliński swoje zdroworozsądkowe "nie ma tu żadnego problemu", dopisał do sztuki, w której w niemal identyczny "zdroworozsądkowy" sposób jedna z postaci, Dudard, próbuje przekonać Bérengera, żeby nie przypisywał do przemiany Jeana w nosorożca zbyt wielkiego znaczenia. Że przecież nie ma problemu.

Nie myśl o tym. Naprawdę, przypisujesz temu zbyt wielkie znaczenie. Przypadek Jana [polski przekład spolszcza imię Jeana] nie jest symptomatyczny, nie jest reprezentatywny. [...] Nie bierze się w rachubę oryginałów. Idzie o przeciętną (Nosorożec, s. 213-214).
"Jestem [...] jak Bérenger" - napisał Wojciech Orliński i jest to majstersztyk teatru absurdu. Nawet Ionesco nie wpadł bowiem na pomysł, by cynicznie oszukujący nosorożec udawał na koniec walczącego z nosorożcami Bérengera.
[1] Kto chciałby przypomnieć sobie to pożegnanie, niech przeczyta w OSOBACH: "Wojciech Orliński służbowo i prywatnie albo pożegnanie z bawełną w ustach". W skrócie chodziło tam o to, że Orliński mógłby o sobie powiedzieć mniej więcej to samo, co ten mechanik samochodowy z Barei: "Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem (bo właśnie piszę artykuł o tym, na czym się nie znam)".

[2] Kto chciałby wiedzieć, jak wygląda ten upadek, niech przeczyta notkę "Jak plagiatuje się w "Polityce" albo ciepły kontakt z prostym czytelnikiem". Kto zaś chciałby jeszcze wiedzieć, jak do tego upadku dokłada się Kuba Wojewódzki, od jakiegoś czasu stały autor w tym piśmie, niech przeczyta aneks do notki "Jakub Wojewódzki czyta Romana Dmowskiego albo powtórka z historii".

[3] Kto chciałby wiedzieć więcej o tych fantazjach, niech przeczyta w OSOBACH: "Krzysztof Karoń demaskuje marksizm albo upadek etosu pracy" oraz "Krzysztof Karoń dalej bałamuci, czyzli Uzupełnienia".

[4] Karol Marks, Fryderyk Engels, Manifest Partii Komunistycznej, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 4, Książka i Wiedza, Warszawa 1962, s. 515-516. Wstawki niemieckie daję za: Karl Marx, Friedrich Engels, Manifest der Kommunistischen Partei, [w:] Karl Marx, Friedrich Engels, Werke, tom 4, Dietz Verlag, Berlin 1977, s. 463-464.

Nb. za życia Marksa nie trzeba było wielkiej bystrości, by ten wzrost zauważyć. Są to wprawdzie przeliczenia bardzo orientacyjne i dziś może mało imponujące, ale PKB Wielkiej Brytanii w latach 1820-1880 niemal się podwoił. Trochę gorzej wypada PKB na głowę (jakieś 60-70%), bo wzrost liczby ludności częściowo niwelował wzrost produkcyjności. Ale zmora Malthusa do końca ciążąca nad rozważaniami Marksa, zwłaszcza w perspektywie przejścia do komunizmu, to osobny problem. Tu przypomnę jedynie to, o czym pisał już młody Engels, bo to też był jego wyraz troski o przyszły komunistyczny wzrost:

"Teoria Malthusa dostarcza nam najmocniejszych argumentów ekonomicznych przemawiających na rzecz przebudowy społecznej; gdyby bowiem Malthus miał nawet absolutnie rację, to trzeba by z miejsca podjąć dzieło tej przebudowy, gdyż tylko ona, tylko podniesienie poziomu mas, dokonane dzięki tej przebudowie, umożliwia owo moralne ograniczenie pędu do rozmnażania się, które sam Malthus uważa za najbardziej skuteczny i najłatwiejszy środek przeciw przeludnieniu" (Fryderyk Engels, Zarys krytyki ekonomii politycznej, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 1, Książka i Wiedza, Warszawa 1976, s. 776).

Jeszcze bardziej znaczące jest to, że Engels zacytował te zdania bez mała czterdzieści lat później w liście do Karola Kautskiego z 1 lutego 1881 roku. Wyrażał też w tym liście przekonanie, że społeczeństwo komunistyczne będzie mogło bez większych trudności regulować produkcję ludzi w taki sam sposób, w jaki będzie regulować produkcję rzeczy. Polityka jednego dziecka Komunistycznej Partii Chin to zatem marksizm ortodoksyjny, a zarazem empiryczny dowód, jak takie regulacje kończą się w praktyce.

[5] Karol Marks, Kapitał. Krytyka ekonomii politycznej, tom III, księga trzecia: Proces produkcji kapitalistycznej jako całość, część pierwsza, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 25, część pierwsza, tłumaczył Edward Lipiński, Książka i Wiedza, Warszawa 1983, s. 379.

Nie jest to wcale jakiś wyjątkowy ustęp. O tym, że kapitalizm zmierza do "nieograniczonego powiększania produkcji" Marks przypomina - nawet nieco namolnie - w wielu innych miejscach. A to, że kapitalistyczny sposób produkcji ma tendencję do "absolutnego rozwoju sił wytwórczych" (s. 390). To znowu, że misja historyczna kapitalizmu "polega na bezwzględnym, odbywającym się w postępie geometrycznym rozwoju produkcyjności pracy ludzkiej (s. 398; wyróżnienie moje).

[6] Karol Marks, Zarys krytyki ekonomii politycznej, tłumaczył Zygmunt Jan Wyrozembski, Książka i Wiedza, Warszawa 1986, s. 565-566. Wstawkę niemiecką daję za: Karl Marx, Grundrisse der Kritik der politischen Ökonomie, [w:] Karl Marx, Friedrich Engels, Werke, tom 42, Dietz Verlag, Berlin 1983, s. 592.

Nie był to oryginalny pomysł Marksa, ale Marks miał dobrą intuicję i czytał dobre książki. Czytał między innymi Charlesa Babbage'a (tak, tego od maszyny analitycznej) oraz The Philosophy of Manufactures, którą napisał Andrew Ure. Marks znał przekład francuski wydany w Brukseli, natomiast w oryginale odpowiedni ustęp brzmi:

"But I conceive that this title [factory system], in its strictest sense, involves the idea of a vast automaton, composed of various mechanical and intellectual organs, acting in uninterrupted concert for the production of a common object, all of them being subordinated to a self-regulated moving force" (Andrew Ure, The Philosophy of Manufactures: or, An Exposition of the Scientific, Moral, and Commercial Economy of the Factory System of Great Britain, Charles Knight, Londyn 1835, s. 13-14).

[7] Stanisław Brzozowski, Pamiętnik, fragmentami listów autora i objaśnieniami uzupełnił Ostap Ortwin, nakładem Antoniny Brzozowskiej, Lwów 1913, s. 160.

Z kolei samego Twardowskiego, który od swoich "chłopiąt" wymagał porządnego i jasnego myślenia, Brzozowski uważał za nudną odmianę c. k. urzędnika.

"Ten Twardowski. On także stoi na stanowisku, »że referat posługuje się wszystkiem«, ponieważ na początku c. k. Uniwersytetu jest umiejący pisać porządnie referaty i przy końcu powinien być urzędnik umiejący pisać referaty" (s. 203; jest to cytat z listu do Ostapa Ortwina).

[8] Najpierw Orliński cytuje list Leśniewskiego do Twardowskiego, a dwa akapity niżej powtarza frazę z tego listu, ale tym razem przypisuje ją Łukasiewiczowi (s. 61). Ale jeszcze gorszy kiks znajduje się na następnej stronie:

"Tarski i Łukasiewicz zbudowali semantyczną teorię prawdy, która przywróciła to pojęcie do powszechnego użytku nie tylko w logice. Pytanie o to, na ile to było samodzielne odkrycie doktoranta, a na ile jego mentora, stało się, jak to w życiu bywa, przyczyną ich gorzkiego sporu" (s. 62).

To prawda, że Tarski i Łukasiewicz zbudowali semantyczną teorię prawdy, ale Tarski był doktorantem Leśniewskiego, więc podejrzewanie, jakoby Łukasiewicz wykorzystał swego doktoranta (dziś jednak bez porównania częstsza praktyka niż niegdyś) to bardzo brzydka sugestia.

Nb. zwracam uwagę tylko na oczywisty feler, do uniknięcia którego wystarczyłaby nieco większa staranność. Natomiast pomijam nudne wypunktowywanie błędów Orlińskiego, gdy odważnie bierze się za wyjaśnianie zagadnień logicznych i matematycznych, których najprawdopodobniej nie rozumie.

Do poziomu niechlujstwa autora dostosowała się także redakcja "Książek" i dlatego zaraz na samym początku Tarski nazywa się Tański (nie znam klawiatury, na której można zrobić niechcący literówkę naciskając w pośpiechu "ń" zamiast "r").

[9] Eugène Ionesco, Nosorożec, [w:] Idem, Teatr, tom II, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967, s. 250-252. Autorem przekładu Nosorożca był Adam Tarn. Dalej cytuję jako Nosorożec z podaniem numeru strony.

Przed przekształceniem się w nosorożca Jean prowadzi z Bérengerem bardzo długą rozmowę, która zajmuje niemal cały drugi obraz drugiego aktu (Nosorożec, s. 193-207). Jednak żadnej z jego krótkich uwag nie sposób przy najlepszej woli uznać za monolog. Przez cały czas ma miejsce żywy dialog z przerzucaniem się kwestiami, nic tam nie zostaje wygłoszone "na stronie" etc.

Nb. Bérenger jest bohaterem jeszcze trzech sztuk Ionesco jako ktoś w rodzaju Everymana, ale za każdym razem jest kimś innym i dziedziczy jedynie imię.

[10] W postępowej nowomowie ciskobieta to po prostu zwyczajna, prawidłowo rozwinięta kobieta: bez psychicznych problemów z dysforią, a także bez zaburzeń rozwoju płciowego, bez niezwykle rzadkich wad genetycznych etc. Wprowadzono ten termin po to, by mężczyzn podających się za kobiety także móc nazywać kobietami, ale jakby z równoległej odmiany. W tej wizji kobiety dzielą się bowiem zasadniczo na ciskobiety i transkobiety.

[11] Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta w DODATKACH: "Olimpijskie problemy z logiką albo koniec fair play".

[12] Kto chciałby wiedzieć więcej o oszustwach Wojciecha Sumlińskiego, niech przeczyta w OSOBACH: "Wojciech Sumliński - plagiator patologiczny. WYPISY" oraz "Wojciech Sumliński - plagiator patologiczny. Aneks do raportu o złodziejstwie i oszustwie".

[13] slwstr [sic!], Gazeta dla debili, 26 marca 2025. Strona zarchiwizowana. Do odwiedzenia samej strony nie zachęcam, gdyż prowadzi ją osoba albo niezrównoważona psychicznie, albo wyjątkowo niegodziwa, nawet jak na niskie standardy dzisiejszego internetu. Na przykład gładko pochwalająca taki oto komentarz: "Kiedy rowling zdechnie to zobaczymy gdzie jesteśmy - czy będzie więcej mowy o cudownych książeczkach dla dzieci czy o jej nienawiści do ludzi". Chodzi o pisarkę J.K. Rowling, tę od Harry'ego Pottera, a o "jej nienawiści do ludzi" świadczyć ma jej "bełkot o «prawach kobiet»".

Nb. nigdy nie napisałbym o "Gazecie Wyborczej", że to "Gazeta dla debili", niemniej trafiają się tam teraz kwiatki, które mogłyby do takiej surowej opinii skłaniać. Janusz Anderman, nosorożec smagający na emeryturze biczem satyry reakcyjnych polityków, napisał całkiem niedawno:

"Wtedy to dziennikarz Kanału Zero zadał mu [kandydatowi na bardzo reakcyjnego polityka] pytanie o to, jak długo Bolesław Chrobry rządził, na które każdy licealista powie bez wahania, że niecałe dwa miesiące. Kandydat, legitymujący się stopniem doktora historii..." etc. etc. nie umiał na to proste pytanie tak zgrabnie odpowiedzieć (Janusz Anderman, Szlifiernia kryształów, "Gazeta Wyborcza", dodatek "Duży Format" 26 maja 2025, nr 19, s. 11).

Licealista, który "powie bez wahania", że Bolesław Chrobry rządził niecałe dwa miesiące, nie powinien otrzymać za takie androny matury z historii. Bałamuctwo Andermana dałoby się może na siłę obronić, gdyby Anderman pytał o to, jak długo Bolesław Chrobry panował. Ale tylko przy jasno zadeklarowanym założeniu, że panują wyłącznie koronowane głowy. Założeniu zresztą skrajnie arbitralnym, ponieważ w języku polskim panowanie to synonim sprawowania rządów. Mówi się więc także o panowaniu Mieszka I, a nawet wcześniejszych władców legendarnych.

Jeśli zaś idzie o Bolesława Chrobrego, to rządził on nie jakieś "niecałe dwa miesiące", lecz dobrze ponad trzydzieści lat i był jednym z najdłużej rządzących władców w naszej historii.

Starego Andermana nieco tłumaczy znany fakt, że rozum łatwo przegrzać - zwłaszcza na starość - w ogniu walki politycznej. Ale jak wytłumaczyć młodego Wojciecha Szota, który twierdzi, jakoby "Philippe Ariès uważał, że odkrycie dzieciństwa nastąpiło dopiero pod koniec XIII wieku, gdy uznano, że dziecko ma duszę" (Dziewczynka przy skręcarce. Z Magdaleną Kopeć rozmawia Wojciech Szot, "Magazyn Wyborcza" 31 maja 2025, s. 41; wyróżnienie moje).

Najwidoczniej według Szota wcześniej chrzczono coś w rodzaju pozbawionych duszy kadłubków.

Na takie wybryki nie pomaga nawet redakcja. W poniższym zdaniu redakcja wstawiła wprawdzie w kwadratowym nawiasie objaśnienie dla debili, kim był Jerzy Giedroyc, ale zaraz potem Juliusz Mieroszewski został pomylony z Mierosławskim i dlatego ma na imię Ludwik.

"Mniej więcej wtedy zaczęło się zmieniać w Polsce myślenie polityczne, coraz częściej podważano koncepcję wschodniej polityki wypracowaną przez Jerzego Giedroycia [słynny emigracyjny wydawca, działacz i myśliciel, autor doktryny, że warto zapomieć o rachunku krzywd, bo niepodległa Ukraina to gwarancja niepodległości Polski] i Ludwika Mieroszewskiego" (Jestem Ukrainką i polską patriotką. Z prof. Olą Hnatiuk rozmawia Agnieszka Kublik, "Magazyn Wyborcza" 27 czerwca 2026, s. 12).

[14] Tutaj (plik PDF) odnotowano trzy zwycięstwa osoby startującej jako "Lia Thomas" w zawodach Zippy Invitational w Akron w grudniu 2021 na dystansach 200, 500 i 1650 jardów stylem dowolnym. Do tego dochodzą trzy kolejne zwycięstwa tej samej osoby na zawodach Ivy League Championships w lutym 2022. Ponownie stylem dowolnym, tym razem na dystansie 100 jardów, 200 jardów i 500 jardów. I to do tych sześciu zwycięstw trzeba dopisać owo rzekomo jedyne zwycięstwo (a naprawdę co najmniej siódme), które pokazuje "szybkie zerknięcie do Wikipedii".

Witold Gombrowicz parafrazuje Błażeja Pascala
Notatka z wypisami z ich obu,
a także z Adama Smitha i Karola Marksa

Co się tyczy intelektu - opowiadał pod koniec życia Witold Gombrowicz - to już w szóstej klasie (15 lat) zaglądałem do kantowskiej Krytyki czystego rozumu, przechowały mi się z tych czasów notatki o sądach syntetycznych a priori. Spencer, Kant, Schopenhauer, Nietzsche, Szekspir, Goethe, Montaigne, Pascal, Rabelais... czego szukałem w tych lekturach, to stylu, stylu zasadniczego myślenia i zasadniczego odczuwania, niezależności, swobody, szczerości i może mistrzostwa [1].
Potraktowała poważnie tę opowieść jego biografka [2], natomiast we wspomnieniach szkolnego kolegi, Tadeusza Kępińskiego, próżno szukać wyrazistego śladu tak rozległych lektur filozoficznych [3]. Do Spencera podobno miała słabość matka Witolda, ale znajdujące się w domu Gombrowiczów tomy Spencera "pozostały nierozcięte" [4]. O sądach syntetycznych a priori u Kanta Gombrowicz chyba coś wiedział (i może dlatego próbował przepytywać z nich w latach 60. młodego Michała Głowińskiego [5]), ale już Nietzschego i Schopenhauera znał głównie z cudzych wypisów i streszczeń [6].

Czy tak samo znał Pascala? Mógł bez problemu w wieku szkolnym czytać Myśli, bo w 1921 roku wyszły w bardzo przyjemnym przekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego. W 1957 roku w liście do brata Janusza pisze, że Pascal to egzystencjalista "w sensie humanistycznym" [7] i mniej więcej w tym samym czasie umieszcza go na pniu swojego "drzewa filozofii" - tyle że to nic nie znaczy [8]. W Kursie filozofii w sześć godzin i kwadrans o Pascalu nie ma nawet wzmianki.

Wiadomo, że już przed wojną znał przynajmniej te powiedzenia Pascala, które wtedy każdy salonowy inteligent znać był powinien. W Biesiadzie u hrabiny Kotłubaj narrator mówi o sobie jako o "trzcinie myślącej" [9], ale to właśnie tylko taki salonowy bon mot [10].

Trochę też Gombrowicz z Pascalem szachrował. Przynajmniej trzykrotnie cytował jako jego myśl zdanie "Żyje się samemu i umiera się samemu", między innymi w 1958 roku w Dzienniku:

"Żyje się samemu i umiera się samemu" - myśl Paskala. Niezupełnie. Żyje się jednak w gromadzie i jeden drugiemu dopomaga, a dopiero gdy śmierć zastuka człowiek widzi, że jest sam... [11].
Tyle że Pascal nigdy czegoś podobnego nie napisał. Odwrotnie, podkreślał, że ludzie z reguły wybierają życie w gromadzie, szukając w cudzym towarzystwie rozrywki albo próżnej pociechy. Lgną do bliźnich, byle tylko nie zostać sam na sam ze sobą. To, co Gombrowicz podaje jako swoją korektę Pascala ("Niezupełnie"), w istocie jest znacznie bliższe duchowi Pascalowskich rozważań niż rzekomy cytat. Owszem, Pascal pisał, że "umiera się samemu", ale życie "jak gdyby człowiek był sam" to już u niego wyłącznie postulat, na który ten świat nie ma ucha.
Pocieszeni jesteśmy, że szukamy wytchnienia w towarzystwie podobnych nam, nędznych jak my, bezsilnych jak my; nie pomogą nam; umiera się samemu. Trzeba tedy czynić, jak gdyby człowiek był sam; a wówczas czyżbyśmy budowali wspaniałe domy itd.? Szukalibyśmy bez chwili wahania prawdy; a jeśli zaniedbujemy tego, to dowód, że wyżej cenimy szacunek ludzi niż szukanie prawdy [12].
Są jednak dwa miejsca u Gombrowicza, w których zdaje się on parafrazować Pascala. Raz jawnie, a raz niejawnie.

Jawnie parafrazuje Pascala w nieco naiwnej "socjologii malarstwa" zanotowanej w 1958 roku w Dzienniku:

Moim zdaniem, mylicie się gorzko sądząc, że obrazy są same w sobie czymś objawicielskim i dlatego przyciągają spojrzenie ludzkości. Według mnie rzecz ma się na odwrót. Obrazy stały się objawicielskie, ponieważ ludzkość zaczęła doszukiwać się w nich objawienia - wtedy rażące ubóstwo tej sztuki zagrało głębią i bogactwem.

Dlaczegóż jednak ludzkość zaczęła wpatrywać się w obrazy?

Odpowiedzi na to poszukajcie w mechanizmach współżycia ludzkiego, w ich historycznym rozwoju. Obraz, mimo wszystko, jest ładny - nieprawdaż? Służy do ozdoby. Powstał więc rynek na obrazy, podobnie jak na biżuterię. Zaczęto płacić, albowiem - parafrazując Pascala - jeśli na mojej ścianie wisi Tycjan to znaczy, że jestem kimś z kim trzeba się liczyć, gdyż jestem bogaty. Ten ładny przedmiot - obraz - rozżarzył przeto instynkt posiadania królów, książąt, biskupów, aż do burżuazji, a zapotrzebowanie wytworzyło całą skalę wartości [13].

Bardzo to swobodna parafraza, bo nie ma u Pascala nic o Tycjanie, cennych obrazach na ścianach etc [14]. Niemniej można myśl Gombrowicza podciągnąć pod parafrazę którejś z myśli Pascala traktującej o racji pozorów.
Być wyszukanym w stroju - pisze Pascal - to nie jest czcza próżność; to znaczy okazać, że mnogość ludzi pracuje na mnie; okazać trefionym włosem, że mam pokojowca, olejkarza itd.; rabatem, haftem, galonem itd. Owóż to nie jest proste przybranie, jakoby rząd na koniu, mieć wiele rąk. Im więcej kto ma rąk, tym jest silniejszy. Stroić się - znaczy okazywać swą siłę (Myśli, s. 151, nr 298).
Jeśli jednak słowa "parafrazując Pascala" weźmiemy za dobrą monetę i uznamy, że nawet tak swobodna parafraza dalej jest parafrazą, to nic nie stoi na przeszkodzie, by za niejawną parafrazę Pascala uznać również ten często cytowany ustęp z Testamentu:
Mnie Kosmos zdolny jest zaniepokoić i nawet przerazić - dlaczego? Gdyż w ciągu mojego życia wyrobiłem sobie szczególną wrażliwość na Formę i ja naprawdę lękam się tego, że mam pięć palców u ręki. Dlaczego pięć? Dlaczego nie 328584598208854? A dlaczego nie wszystkie ilości naraz? I dlaczego w ogóle palec? Nic dla mnie bardziej fantastycznego, jak że tu i teraz jestem jaki jestem, określony, konkretny, taki akurat, a nie inny. I boję się jej, Formy, jak dzikiego zwierza! [15].
Pascal swój niepokój i przerażenie ujął w nieco mniej ekscentrycznej formie:
Kiedy zważam krótkość mego życia, wchłoniętego w wieczność będącą przed nim i po nim, kiedy zważam małą przestrzeń, którą zajmuję, a nawet którą widzę, utopioną w nieskończonym ogromie przestrzeni, których nie znam i które mnie nie znają, przerażam się i dziwię, iż znajduję się raczej tu niż tam, nie ma bowiem racji, czemu raczej tu niż gdzie indziej, czemu raczej teraz niż wtedy... [...]

Czemu moja wiedza jest ograniczona? Mój wzrost? Moje trwanie raczej do stu lat niż do tysiąca? Jaką rację miała natura, aby mi dać to właśnie, aby wybrać raczej tę liczbę niż inną? Toć w nieskończoności liczb nie ma racji wybrać raczej tę niż inną, nic nie przemawia za tą lub ową! (Myśli, s. 72-73, nr 88-89) [16].

Na koniec coś z zupełnie innej beczki, bo Pascal pojawi się tutaj jedynie jako przykład. Oto Gombrowicza Deklaracja Nierówności, wedle której między Pascalem a chłopkiem jest większa różnica, niż między koniem a glistą.
Nie będę streszczał całej rozmowy [z komunistą Cortesem]. Powiedziałem, że idea równości jest sprzeczna z całą strukturą gatunku ludzkiego. Co jest najwspanialsze w ludzkości, co wyznacza jej genialność w stosunku do innych gatunków, to właśnie, iż człowiek nie jest równy człowiekowi - gdy mrówka jest równa mrówce. Oto dwa wielkie kłamstwa współczesne: kłamstwo Kościoła, że wszyscy mają taką samą duszę; kłamstwo demokracji, że wszyscy mają to samo prawo do rozwoju. Pan myśli, że te idee są triumfem ducha? Ależ skąd, wywodzą się z ciała, ten pogląd ufundowany jest w gruncie rzeczy na tym, że wszyscy mamy takie samo ciało.

Nie przeczę (mówiłem dalej), wrażenie optyczne jest niewątpliwe: wszyscy jesteśmy mniej więcej tego samego wzrostu i mamy te same narządy... Ale w jednostajność tego obrazu wdziera się duch, ta specyficzna właściwość naszego gatunku, i ona sprawia, że gatunek nasz staje się w łonie swoim tak zróżnicowany, tak przepaścisty i zawrotny, że między człowiekiem a człowiekiem powstają różnice stokroć większe niż w całym świecie zwierzęcym. Pomiędzy Paskalem lub Napoleonem, a chłopkiem ze wsi większa jest przepaść, niż między koniem a glistą. Ba, mniej się różni chłop od konia niż od Valérego lub św. Anzelma. Analfabeta i profesor tylko na pozór są takimi samymi ludźmi. Dyrektor jest czymś innym niż robotnik. Czyż panu samemu nie jest dobrze wiadomo - tak intuicyjnie, na marginesie teorii - że nasze mity o równości, solidarności, braterstwie są niezgodne z naszą prawdziwą sytuacją?

Ja, przyznam się, w ogóle podałbym w wątpliwość, czy w tych warunkach można mówić o "gatunku ludzkim" - czy to nie jest pojęcie zanadto fizyczne?

Cortes spoglądał na mnie okiem zranionego inteligenta. Wiedziałem co myśli: faszyzm! a ja szalałem z rozkoszy proklamując tę Deklarację Nierówności, bo mnie inteligencja w ostrość, w krew się przemieniała! [17] [17a].

Gombrowicz najprawdopodobniej nie wiedział, że zdaniem "Pomiędzy Paskalem lub Napoleonem, a chłopkiem ze wsi większa jest przepaść, niż między koniem a glistą" wchodzi w spór ze słynnym zdaniem Adama Smitha: "Z natury różnica między uzdolnieniami i skłonnościami filozofa i tragarza nie jest nawet w połowie tak wielka, jak między buldogiem a chartem, chartem a wyżłem lub wyżłem a owczarkiem" [18]. Rozumowanie Smitha wyglądało zaś następująco:
Odmienność przyrodzonych uzdolnień u różnych ludzi jest w rzeczywistości dużo mniejsza, niż nam się wydaje; a ta różnorodność uzdolnień, które, jak się zdaje, wyróżniają ludzi różnych zawodów, gdy dojdą do dojrzałości, jest w wielu wypadkach nie tyle przyczyną, ile raczej skutkiem podziału pracy. Różnica między najbardziej niepodobnymi ludźmi, na przykład między filozofem a zwykłym tragarzem, zdaje się pochodzić nie tyle z natury, ile z nawyków, obyczajów i wychowania. Gdy przyszli na świat oraz w ciągu pierwszych sześciu czy ośmiu lat życia byli, być może, bardzo do siebie podobni i ani ich rodzice, ani rówieśnicy nie spostrzegli żadnych znaczniejszych między nimi różnic. W tym to mniej więcej czasie lub nieco później zaczęto ich zatrudniać w zupełnie odmiennych zajęciach. Wtedy dała się zauważyć różnica ich uzdolnień, która stopniowo wzrasta, aż wreszcie próżność filozofa nie chce już znać niemal żadnego podobieństwa do tragarza. Ale gdyby nie było skłonności do wymiany i handlu, każdy człowiek musiałby sam zdobywać sobie wszelkie rzeczy niezbędne do życia i służące jego wygodzie. Wszyscy musieliby spełniać te same obowiązki i wykonywać jednakową pracę i nie mogłoby być takiej różnorodności zajęć, która właśnie zrodziła tak wielką różnorodność uzdolnień.

I jak powyższa skłonność stwarza różnorodność uzdolnień tak znaczną u ludzi odmiennych zawodów, tak też ta sama skłonność sprawia, że ta różnorodność jest użyteczna. Wiele rodzajów zwierząt, które należą bezsprzecznie do tego samego gatunku, obdarzyła natura bardziej wyróżniającymi się uzdolnieniami niż te, które spotykamy wśród ludzi, zanim ulegli wpływom sposobu życia i wychowania. Z natury różnica między uzdolnieniami i skłonnościami filozofa i tragarza nie jest nawet w połowie tak wielka, jak między buldogiem a chartem, chartem a wyżłem lub wyżłem a owczarkiem. Te różne rasy zwierząt, chociaż należą do tego samego gatunku, nie przynoszą sobie jednak nawzajem prawie żadnej korzyści. Siły buldoga bynajmniej nie wspiera szybkość charta, mądrość wyżła czy też posłuszeństwo owczarka. Owoce tych różnych talentów i uzdolnień, z braku zdolności czy popędu do handlu i wymiany, nie mogą być wykorzystane dla wspólnego dobra i nie przyczyniają się niczym do tego, by lepiej zaopatrzyć cały gatunek i przysporzyć mu wygód. Każde zwierzę zmuszone jest nadal żywić się i bronić samodzielnie i niezależnie, nie czerpie też żadnych korzyści z tej różnorodności talentów, jakimi natura wyróżniła jego pobratymców. Między ludźmi najbardziej odmienne uzdolnienia są sobie nawzajem użyteczne; różne produkty poszczególnych uzdolnień, dzięki ogólnej skłonności do handlu i wymiany, stają się jak gdyby wspólnym zasobem dóbr, z którego każdy człowiek może nabyć tę część produktu uzdolnień innych ludzi, jakiej potrzebuje [19].

Myśl Smitha o znikomej różnicy między filozofem a tragarzem wielokrotnie potem parafrazował i powtarzał Karol Marks, gdyż zniesienie podziału pracy to bodaj najważniejszy (i oczywiście konieczny) warunek powstania społeczeństwa komunistycznego. Bez tego musiałaby się bowiem prędzej czy później wytworzyć jakaś nowa hierarchia, przedziały klasowe etc., a wraz z nimi "wrócić by musiało całe dawne paskudztwo" (to już fraza z Ideologii niemieckiej użyta tam w całkiem innym kontekście).
A. Smith widział o wiele dalej niż mniema pan Proudhon. Widział on doskonale, że "odmienność przyrodzonych uzdolnień u różnych ludzi jest w rzeczywistości dużo mniejsza, niż nam się wydaje; a ta różnorodność uzdolnień, które, jak się zdaje, wyróżniają ludzi różnych zawodów, gdy dojdą do dojrzałości, jest nie tyle przyczyną, ile raczej skutkiem podziału pracy". W zasadzie tragarz mniej się różni od filozofa niż kundel od charta. Przepaść pomiędzy nimi wytworzył właśnie podział pracy [20].
Jednak jak dotąd nikt nie zabrał się na poważnie do zasypania tej przepaści, to znaczy do zniesienia podziału pracy: ani Lenin, ani Stalin, ani nawet Mao (najdalej w tym kierunku zaszedł chyba Pol Pot). O ile wiem, żaden z biografów Karola Marksa nie wspomina też, by zawarł on kiedykolwiek bliższą znajomość z jakimś tragarzem [21]. Nie mówiąc już o bliższej znajomości z kundlem czy chartem.

Gombrowicz przynajmniej wiedział cośkolwiek o parobkach i miał psa Psinę.

[1] Witold Gombrowicz, Testament, Res Publica, Warszawa 1990, s. 14. Kilka nazwisk z tej wyliczanki, łącznie z Pascalem, pojawia się w rozmowie z Karolem Świeczewskim z pierwszej połowy lat 50. "Lecz my w szkole średniej musieliśmy wpychać w siebie romantyzmy lub mesjanizmy [...] Skazani zostaliśmy na drugorzędną i lokalną interpretację świata. Znamy Reja, ale nie znamy Montaigne'a. Znamy Skargę i dlatego nie znamy Pascala. Szekspira nie znamy, gdyz musimy znać dramaty Słowackiego" (Karol Świeczewski, Rozmowa z Gombrowiczem, "Kultura" 1956, nr 1, s. 43).

[2] "Należy już do innego pokolenia. [...] Domaga się wykształcenia opartego na «najznakomitszych ogólnoludzkich wartościach», tak by ojczyzna nie stawała się «parawanem, zasłaniającym świat». Dlatego sięga po Szekspira i Rabelais'go, także Montaigne'a, Pascala i Goethego, u których poszukuje «stylu zasadniczego myślenia i zasadniczego odczuwania, niezależności, swobody, szczerości i może mistrzostwa»" (Klementyna Suchanow, Gombrowicz. Ja, geniusz, tom I, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, s. 160).

[3] O zainteresowaniach filozoficznych młodego Witolda jest tam zaledwie kilka ogólnikowych akapitów. Jeśli nawet zajmowała go wtedy filozofia, to na dobry ład nie bardzo wiadomo, co konkretnie. Nb. wspomnienia Kępińskiego Witold Gombrowicz i świat jego młodości wydają się wiarygodne, ale dobrze jest je czytać (jak każde wspomnienia) z ograniczonym zaufaniem. Co innego dwutomowe Studium portretowe tego samego autora, w znacznej części niezamierzenie groteskowe i pimkoidalne, bo pisane żółcią.

[4] "Moja matka [...] była nie sprawdzona przez życie [...] co sprawiało, że poruszała się w próżni. W tej próżni nie wiedziała już kim jest właściwie, i zbudowała sobie osobowość zgoła fantastyczną. - Ileż pracy włożyłam w ten ogród! - mówiła oprowadzając gości po ogrodzie małoszyckim, ale my wiedzieliśmy, że to dzieło ogrodnika. - Trochę to dziwne, przyznaję, ale mam słabość do filozofii, do ścisłego myślenia, lubię poczytać sobie Spencera - mówiła w najlepszej wierze, ale my wiedzieliśmy, że tomy Spencera pozostały nie rozcięte" (Witold Gombrowicz, Wspomnienia polskie. Wędrówki po Argentynie, [w:] Dzieła, t. XV, pod redakcją Jana Błońskiego i Jerzego Jarzębskiego, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1996, s. 9-10).

[5] "- Który z panów zajmuje się literaturą? - spytał następnie. (Zachowałem z naszego spotkania dokładne notatki).

- To ja - powiedziałem. A on:

- Od razu się domyśliłem, bo tak właśnie pan wygląda. I tonem egzaminującym:

- Co wobec tego wie pan na temat sądów syntetycznych a priori?

Zbaraniałem zupełnie. Nie odpowiedziałem słowa, choć normalnie umiałbym na to pytanie odpowiedzieć.

- Trzeba znać Kanta - mówił z naganą w głosie" (Joanna Siedlecka, Jaśniepanicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 279).

Nb. we Wspomnieniach polskich (cytowanych w przypisie 4) Gombrowicz pisze o swym młodzieńczym czytaniu Kanta znacznie skromniej - że próbował z jego Prolegomenów "zrozumieć coś niecoś" (s. 28). Jest to zgodne z wrażeniem Tadeusza Kępińskiego: "Mam wrażenie, że Itek zraził się Prolegomenami Kanta, była to bowiem dla nas lektura bez nadziei zrozumienia" (Witold Gombrowicz i świat jego młodości, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 186).

Może dlatego nie jest całkiem jasne, co ma na myśli, gdy w Wędrówkach po Argentynie pyta: "Czy kantowskie sądy syntetyczne a priori nie miały charakteru ponadczasowego w tym sensie, że były uzależnione od samej struktury czasu?" (s. 271). Ale u Kanta czas jest aprioryczną formę naoczności, więc chodziłoby raczej o uzależnienie od samej struktury poznającego rozumu. Niemniej czasem cytuje się to mętne zdanie tak, jakby było zrozumiałe samo przez się (zob. Marian Bielecki, Ku hermeneutyce i etyce niemożliwej. Kafka i Gombrowicz, "Pamiętnik Literacki" 2021, z. 1, s. 97).

[6] W Kronosie tylko raz notuje (maj 1962; pisze wtedy Kosmos), że czyta Nietzschego: Radosną wiedzę w hiszpańskim przekładzie. "Nietzsche, La gaya ciencia (od Gomy)" (Witold Gombrowicz, Kronos, wstęp Rita Gombrowicz, posłowie Jerzy Jarzębski, przypisy Rita Gombrowicz, Jerzy Jarzębski, Klementyna Suchanow, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013, s. 263).

Kto chciałby wiedzieć, w jaki sposób Gombrowicz zaznajamiał się z Schopenhauerem i Nietzschem, niech przeczyta w NOTATKACH: "Witold Gombrowicz przepisuje bon mot o Nietzschem".

[7] "[...] egzystencjalizm ścisły, filozoficzny to coś nader określonego, opartego na fenomenologii, a egzystencjalizm w sensie humanistycznym to znów inna para kaloszy i w tym sensie Sokrates, św. Augustyn, Paskal, Dostojewski czy Nietzsche też byli egzystencjalistami" (Witold Gombrowicz, Listy do rodziny, opracował Janusz Margański, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004, s. 99). Gombrowicz czasem pisał "Pascal", a czasem "Paskal". Także w Dzienniku.

[8] Kto chciałby wiedzieć więcej o tym "drzewie filozofii", niech przeczyta w DODATKACH: "Witold Gombrowicz rysuje "drzewo filozofii" albo Boże, zmiłuj się, co za blaga!".

Nb. Miłosz napisał w pośmiertnym wspomnieniu: "Pisarzem którego należy czytać razem z Gombrowiczem jest Pascal" (Podzwonne, "Kultura" 1969, nr 9, s. 8). Przesadził, ale w takich okolicznościach wolno przesadzać.

[9] Witold Gombrowicz, Bakakaj, [w:] Dzieła, t. I, pod redakcją Jana Błońskiego, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 61: "Od dziecka bowiem czułem się myślącą trzciną [...]". Jeszcze na stronach 73 i 76.

[10] Zaczyna od podobnej konstatacji Janusz Margański: "Wszelkie początkowe sygnały zapraszają raczej do takiego odczytania, w którym cytat z filozofa należałoby potraktować jako salonowy bon-mot, jakich w tekście opowiadania jest wiele" (Co robić z cytatami u Gombrowicza?, "Pamiętnik Literacki", 1995, z. 1, s. 91). Ale potem okazuje się, że "źródłowe odniesienie cytatu z Pascala wskazane zostaje w akcie negacji. Ta negacja zaś firmowana jest aluzją do myśli Friedricha Nietzschego" (s. 93). A ponieważ pojawia się tam jeszcze Dostojewski, od aluzji i skojarzeń zaczyna się robić naprawdę gęsto. I naturalnie im dalej, tym mądrzej. Hm, hm...

[11] Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-1969, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013, s. 440.

Wcześniej podał to zdanie jako zdanie Pascala (ale bez cudzysłowu) w 1956 roku w liście do Stanisławy Cichowskiej, pasierbicy i kochanki swojego starszego brata, Janusza Gombrowicza:

"Kiedyś śniliście mi się wszyscy razem, cała rodzina gdzieś jakby we Wsoli i ja także tam byłem, spotykaliśmy się po raz pierwszy po wojnie i każdy opowiadał swoje przeżycia, ale nikt nie mógł dosłyszeć, co mówią inni, po czym nagle zjawił się Paskal we własnej osobie i powiedział: żyje się samemu i umiera się samemu" (Listy do rodziny cytowane w przypisie 8, s. 42).

I jeszcze wersja z Wędrówek po Argentynie, z kończących je rozważań o egzystencjalizmie:

"Jedna z tych kategorii [egzystencjalnych], na przykład, stwierdza że człowiek musi przeżywać swoje życie zupełnie sam, że, jak już Pascal mówił «żyje się samemu i umiera się samemu». Każdy musi sam przeżywać swoje, nie ma żadnego istotnego porozumienia między człowiekiem a człowiekiem" (Wspomnienia polskie. Wędrówki po Argentynie cytowane w przypisie 4, s. 278).

Nb. w rozważaniach tych Kierkegaard występuje jako "współczesny Heglowi pastor duński" (s. 268, pastor również na s. 277). "Współczesny Heglowi" jeszcze ujdzie, choć na tej zasadzie można by odtąd pisać o Gombrowiczu "współczesny Żeromskiemu", ale ten pastor...

[12] Blaise Pascal, Myśli, przekład Tadeusza Żeleńskiego (Boya), w układzie Jacques Chevaliera, przygotował do druku Mieczysław Tazbir, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1989, s. 178-179; w układzie Chevaliera jest to fragment 351; w starym układzie Brunschvicga - fragment 211. Dalej cytuję jako Myśli, a po numerze strony podaję numer fragmentu w układzie Chevaliera.

[13] Dziennik cytowany w przypisie 11, s. 400. Najpierw deklaracja, że obraz "sam w sobie" nie ma żadnych własności przyciągających "spojrzenie ludzkości", a kilka zdań dalej uwaga, że "mimo wszystko, jest ładny". Ale analiza meandrów myśli Gombrowicza wykracza poza skromny cel tej notki.

I jeszcze taka uwaga o sztuce:

"Pełno tutaj [w Royaumont] dzieł sztuki, a nie zdarzyło mi się przyłapać nikogo na kontemplacji, z wyjątkiem wycieczek dziecięcych, oprowadzanych w niedziele i święta. A więc wystarcza wam, że to wisi na ścianach?... Rzeczywiście, wystarczało. Obrazy, posągi i inne cuda są po to jedynie żeby wiedziano, że są... wie się, że są, i nie zwraca się na nie więcej uwagi, niż na kaloryfery i wentylatory" (s. 842).

[14] O malarstwie tylko tyle Pascal ma do powiedzenia: "Cóż za czcza sztuka: malarstwo, która ściąga podziw przez podobieństwo do rzeczy, których oryginału nie podziwiamy!" (Myśli, s. 85, nr 116).

[15] Testament cytowany w przypisie 1, s. 90. Gombrowicz wykorzystał w tym ustępie podobną myśl, którą wypowiedział wcześniej w wywiadzie dla Daniela Odier: "Uważam ciało za coś zadziwiającego. Jestem zdumiony, że mam pięć palców u ręki. Dlaczego pięć, a nie na przykład trzy miliony siedemset? Ten konkretny fakt, że jestem w czasie i przestrzeni, jest nadzwyczaj ciekawy. Forma ludzka zawiera nie tylko nasze gesty, słowa i czyny, ale również nasze ciało "(Witold Gombrowicz, Publicystyka, wywiady, teksty różne, 1963-1969, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1997, s. 352; wywiad zatytułowany Przypadek nazwiskiem Gombrowicz przełożył Ireneusz Kania).

[16] Ponieważ Myśli to notatki do czegoś, co nigdy nie powstało, komentatorzy nie są zgodni, czy niepokój w obliczu niepojętego Wszechświata jest niepokojem samego Pascala, czy też miał to być niepokój wyrażany przez drugą osobę planowanego dialogu, czyli przez pogrążonego w rozpaczy bezbożnika. Leszek Kołakowski nie wyklucza tej możliwości, niemniej za daleko bardziej prawdopodobne uznaje, że to jednak sam Pascal mówi tutaj o sobie (Leszek Kołakowski, Bóg nam nic nie jest dłużny. Krótka uwaga o religii Pascala i o duchu jansenizmu, przełożył Ireneusz Kania, Wydawnictwo Znak, Kraków 1994, przypis 34 na stronach 269-270).

[17] Dziennik cytowany w przypisie 11, s. 411-412. Cytuje się tę Deklarację Nierówności nieprzesadnie często. Można ją naturalnie potraktować jako żart albo - jak by powiedział Herbert - ćwiczenie dialektycznej muskulatury. A że padło akurat na komunistę Cortesa Gombrowicz z przekory został w Tandilu faszystą. Nietrudno jednak zauważyć, że "przekora" Gombrowicza miała zawsze całkiem wyraźnie zakreślone granice.

Nb. także pewien znany ewolucjonista zdawał się wierzyć - i to jak najpoważniej - że Murzyn od goryla różni się mniej niż człowiek cywilizowany od Murzyna, toteż gdy w przyszłości wytępi się zarówno Murzynów, jak i goryle, rozziew między gatunkiem ludzkim a jego najbliższymi zwierzęcymi krewnymi znacznie się zwiększy.

"Kiedyś w przyszłości - i to nie zbyt oddalonéj - wytępimy z pewnością wszystkie dzikie ludy i zastąpimy ich miejsce. Równocześnie prawdopodobnie wyniszczymy także wszystkie antropomorfne małpy. Przepaść natenczas będzie jeszcze głębszą, bo podczas gdy dzisiaj dzieli tylko negra lub australczyka od goryla, wtedy istnieć ona będzie między człowiekiem wyższym w cywilizacji niż rasa kaukazka - wszak w to wierzyć można? - a jakąś małpą niższą może niż pawian" (Karol Darwin, O pochodzeniu człowieka, przekład Ludwik Masłowski, nakładem wydawnictwa "Kraju", Kraków 1874, s. 200).

Ponieważ ma ten przekład już sto pięćdziesiąt lat, na wszelki wypadek dla koneserów jeszcze oryginał:

"At some future period, not very distant as measured by centuries, the civilised races of man will almost certainly exterminate and replace throughout the world the savage races. At the same time the anthropomorphous apes, as Professor Schaaffhausen has remarked, will no doubt be exterminated. The break will then be rendered wider, for it will intervene between man in a more civilised state, as we may hope, than the Caucasian, and some ape as low as a baboon, instead of as at present between the negro or Australian and the gorilla" (Charles Darwin, The Descend of Man and Selection in Relation to Sex, John Murray, Londyn 1871, s. 201).

[Dopisek] Na gruncie ewolucjonizmu istnienie takich różnic rozwojowych to rzecz oczywista i spodziewana, ale nasze czasy chcą mieć jednocześnie Darwina oraz aksjomat o równości wszystkich ludzi. Jak to zwięźle ujął Ñāṇamoli [Osbert John Salvin Moore]:

"Zachwycająco rozbieżne dwie podstawowe doktryny teraźniejszości: Ewolucja i Równość Człowieka. Jeśli człowiek ewoluuje, jak wszyscy ludzie mogą być jednocześnie równi? (Kult postępu i przeciętności)".

"Marvellously at variance - the two basic doctrines of today: Evolution and Equality of Man. If man is evolving how can all men be simultaneously equal? (Worship of progress and of the average)" (Bhikkhu Ñāṇamoli, A Thinker's Notebook. Posthumous Papers of a Buddhist Monk, Buddhist Publication Society, Kandy 2008, s. 45-46; fragment nr 187).

Zawdzięczam ten dopisek temu samemu czytelnikowi, którego wymieniam w przypisie poniżej.

[17a] Czytelnik z dalekiego kraju, który życzy sobie, by nazywać go pustelnikiem, uprzejmie przypomniał mi, że podobnie do Gombrowicza myślał o nierówności między ludźmi Fernando Pessoa (czy może raczej wymyślony przez niego autor, Bernard Soares).

"Jest rzeczą niezwykłą, że podczas gdy trudno jest skonstruować solidną definicję człowieka jako istoty odmiennej od zwierzęcia, łatwo jest dokonać rozróżnienia pomiędzy człowiekiem wyższym i człowiekiem pospolitym.

Nigdy nie zapomniałem tego zdania Haeckela, biologa, którego czytałem w dzieciństwie inteligencji, kiedy to pochłania się popularnonaukowe rozprawy i antyreligijne filipiki. Zdanie brzmi mniej więcej tak: «O ileż więcej dzieli człowieka wybitnego [chyba chodziło o Kanta lub Goethego] od człowieka pospolitego niż człowieka pospolitego od małpy». Nigdy nie zapomniałem tego zdania, ponieważ jest prawdziwe. Między mną, który wśród ludzi myślących znaczę niewiele, a wieśniakiem z Loures jest bez wątpienia większy dystans niż między tym wieśniakiem a już nie powiem małpą, ale psem czy kotem" (Fernando Pessoa, Księga niepokoju Bernarda Soaresa, pomocnika księgowego w Lizbonie, przełożył Michał Lipszyc, Świat Literacki, Warszawa 2007, s. 127; jest to fragment nr 149 w układzie Richarda Zenitha, wstawka w nawiasie kwadratowym pochodzi od autora).

Pessoa pisał Księgę (której nigdy nie ukończył) w latach 30. czyli na dobre ćwierć wieku przed Gombrowiczem, ale została ona wydana dopiero kilkanaście lat po śmierci Gombrowicza. Tak więc bezpośredni wpływ wydaje się wykluczony, tym bardziej że Gombrowicz najprawdopodobniej w ogóle nie wiedział o istnieniu Pessoi. Natomiast obaj mogli czytać to, co napisał przywoływany przez Pessoę Haeckel.

"Różnica między rozumem Goethego, Kanta, Lamarcka, Darwina a rozumem ludzi stojących na najniższym szczeblu naturalnego rozwoju - Weddą, Akką, australijskim Murzynem czy Patagończykiem - jest znacznie większa niż różnica między rozumem tych ostatnich a rozumem najbardziej «rozumnych» ssaków, małp człekokształtnych, a nawet pawianów, psów i słoni".

Przełożyłem swobodnie, a ponieważ Pessoa niemal na pewno czytał Haeckla po niemiecku, dla koneserów jeszcze oryginał:

"Der Unterschied zwischen der Vernunft eines Goethe, Kant, Lamarck, Darwin und derjenigen des niedersten Naturmenschen, eines Wedda, Akka, Australnegers und Patagoniers, ist viel größer als die graduelle Differenz zwischen der Vernunft dieser letzteren und der "vernünftigsten" Säugethiere, der Menschenaffen (Anthropomorpha) und selbst der Papstaffen (Papiomorpha), der Hunde und Elephanten" (Ernst Haeckel, Die Welträtsel. Gemeinverständliche Studien über monistische Philosophie, Emil Strauss, Bonn 1899, s. 144; zachowałem pisownię).

Zagadki świata nie były u nas, o ile wiem, tłumaczone, ale Gombrowicz mógł przeczytać po polsku nieco inną wersję tego ustępu z wcześniejszego wykładu Haeckla:

"Doniosłe znaczenie tej wiedzy [o budowie mózgu] wyjaśnia się bardziej jeszcze, jeśli przy tem uwzględnimy wielkie różnice w życiu duchowem, w zakresie rodzaju ludzkiego. Wtedy widzimy u szczytu potęgi duchowej, Getego i Szekspira, Darwina i Lamarcka, Spinozę i Arystotelesa, a z drugiej strony mamy do porównania z nimi Weddę i Akkę, Australczyka i Drawidę, Buszmana i Patagończyka! Ogromna różnica w życiu duchowem tych najwyższych i najniższych przedstawicieli rodu ludzkiego, jest o wiele większą, niż między tymi ostatnimi, a Małpami antropomorficznemi" (Ernest Haeckel, O pochodzeniu człowieka ze stanowiska dzisiejszej wiedzy. Odczyt wygłoszony na czwartym międzynarodowym kongresie zoologów w Cambridge 26. sierpnia 1898, z niemieckiego przełożył dr Mieczysław Grochowski, s. 13; zachowałem pisownię).

[18] Gombrowicz wiedział o istnieniu Adama Smitha: wspomina go raz w Kursie filozofii jako autora słynnego prawa ekonomicznego "zgodnie z którym jeśli podaż przewyższa popyt wartość towaru spada".

[19] Adam Smith, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, tom I, księgę I (którą cytuję) przełożyli Stefan Wolff i Oswald Einfeld, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2012, s. 21-23.

[20] Karol Marks, Nędza filozofii. Odpowiedź na "Filozofię nędzy" pana Proudhona, przełożył Kazimierz Błeszyński, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 4, Książka i Wiedza, Warszawa 1962, s. 158; kursywa za oryginałem.

Nb. Marks wprawdzie do końca życia nie zrezygnował z frazesów o komunistycznej przyszłości, w której "zniknie ujarzmiające człowieka podporządkowanie podziałowi pracy, a przez to samo zniknie też przeciwieństwo pomiędzy pracą fizyczną a umysłową; kiedy praca stanie się nie tylko źródłem utrzymania, ale najważniejszą potrzebą życiową", ale studził je znaną zasadą, która później zmieniła się w bezmyślnie powtarzany slogan: "Każdy według swych zdolności, każdemu według jego potrzeb!". Milczącym założeniem tej zasady jest bowiem przekonanie, że również w najwyższej fazie społeczeństwa komunistycznego będą ludzie bardziej i mniej zdolni. A skoro tak, to najwidoczniej różnice między ludźmi nie wynikają wyłącznie ze społecznego podziału pracy, lecz mają także swój mocny korzeń przyrodniczy. Bywają zaś i takie geny, na które nawet komunizm nie poradzi. "Idiotów zawsze mieć będziecie" - tak zatem mogłaby się kończyć ta Ewangelia według Karola.

Cytowałem wyżej Krytykę Programu Gotajskiego, napisaną prawie trzydzieści lat po Nędzy filozofii (Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 19, Książka i Wiedza, Warszawa 1972, s. 24).

[21] Niemniej Marks byłby z pewnością zachwycony, gdyby mógł przeczytać ten ustęp z Pamiętników Stanisława Stempowskiego:

"Otóż zapomniałem powiedzieć, że nie potrzebując zarobkować postanowiłem dawać darmo korepetycje niezamożnym uczniom. Pierwszym takim moim uczniem był syn tragarza, Żyd Simon Gitler. Sprytny, zdolny zwłaszcza do matematyki, niewiele potrzebował pomocy, ale codziennie przychodził do mnie. Na swoje święta Pejsach zaprosili mnie rodzice Simona do siebie. Mieszkali w piwnicznej jednej izbie o małym poprzecznym okienku tuż nad chodnikiem. Ojciec niski, zawiędły, nieokreślonego wieku, bez zarostu, o skórze ciemnej, wychodził rano przepasany powrozem sprzedawać swoją siłę fizyczną jako tragarz. Był jednak filozofem, czytał Spinozę i Majmonidesa, był biegły w piśmie, ale skłonny do herezji. Milczący, nigdy się nie śmiał, grał doskonale w szachy. Bieda była u nich straszna, taki bowiem uczony Żyd, o ile nie jest rabinem, jest ciężarem w swojej rodzinie" (Stanisław Stempowski, Pamiętniki 1870-1914, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1953, s. 92).

Robert Tekieli demaskuje Fryderyka Engelsa
albo bolszewicki dekret o nacjonalizacji kobiet

Wykształceni inaczej oburzyliby się - pisze wykształcony jeszcze inaczej Robert Tekieli [1] - gdyby powiedzieć im, że [wspierając LGBT] głoszą marksistowską ideologię. Skąd mają wiedzieć, że w 1884 r. Fryderyk Engels w książce "Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa" uznał monogamiczną rodzinę za szkodliwy przeżytek.
Robert Tekieli napisał to wprawdzie tylko w felietonie - czyli w formie swobodnej, dziś z premedytacją używanej do opowiadania baśni - ale skoro już nieopatrznie przeczytaliście kawałek Tekielego, to teraz będziecie musieli za karę przeczytać kawałek Engelsa. Pocieszcie się jednak, że niezbyt duży, a poza tym dzięki temu wzrośnie poziom waszego marnego (tako rzecze Tekieli) wykształcenia.

Książka Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa [2] (wydana, co nie bez znaczenia, po śmierci Marksa [3]) nie ma dziś prawie żadnej wartości naukowej i można ją traktować wyłącznie jako historyczną ciekawostkę. Engels przeważnie referuje w niej z entuzjazmem poglądy Lewisa Morgana, którego wizja rozwoju cywilizacji jest już przestarzała jak teoria cieplika. Powołuje się też najzupełniej serio na koncepcję matriarchatu Johanna Jakoba Bachofena (matriarchat niestety również wymyślił biały mężczyzna). Wszystko to jednak nie upoważnia nikogo do niefrasobliwego fantazjowania, że według Engelsa "monogamia to skandal". Otóż nie!

Jesteśmy obecnie - to już pisze Fryderyk Engels, który nie miał nawet matury - w przededniu rewolucji społecznej, kiedy dotychczasowe ekonomiczne podstawy monogamii nieuchronnie znikną, tak samo jak jej uzupełnienie - prostytucja. Monogamia powstała ze skoncentrowania większych bogactw w jednym ręku, a mianowicie w ręku mężczyzny - i z konieczności przekazania tych bogactw w spadku dzieciom tego mężczyzny, a nie żadnego innego. Do tego była potrzebna monogamia kobiety, a nie mężczyzny, ta monogamia kobiety zatem absolutnie nie przeszkadzała jawnej lub ukrytej poligamii mężczyzny. Nadchodząca rewolucja społeczna przez przekształcenie we własność społeczną przynajmniej przytłaczającej większości trwałych, dających się przekazać w dziedzictwie bogactw - środków produkcji - sprowadzi do minimum całą tę troskę o dziedzictwo. Skoro zaś monogamia powstała z przyczyn ekonomicznych, powstaje pytanie, czy zniknie ona, gdy znikną te przyczyny?

Można by nie bez słuszności odpowiedzieć: monogamia nie tylko nie zniknie, lecz wówczas dopiero zostanie urzeczywistniona w całej pełni, gdyż wraz z przekształceniem środków produkcji we własność społeczną zniknie również praca najemna, proletariat, a więc dla pewnej - statystycznie obliczalnej - ilości kobiet zniknie konieczność oddawania się za pieniądze. Prostytucja zniknie, monogamia zaś, zamiast zginąć, stanie się wreszcie rzeczywistością - także i dla mężczyzn (Engels, s. 87; wyróżnienia moje).

Będzie to bowiem monogamia wyrastająca ze swobodnej decyzji dwojga osób, w związku z czym Engels snuje potem rozważania o naturze "indywidualnej miłości płciowej" i pisze o niej niemal jak jakiś, za przeproszeniem, religiancki kołtun:
Ponieważ jednak miłość płciowa jest z natury swej wyłączna - chociaż dzisiaj tę wyłączność widzimy jedynie wśród kobiet - to małżeństwo oparte na miłości płciowej jest z natury swej małżeństwem pojedynczej pary (Engels, s. 93; wyróżnienia moje) [4].
"Z natury swej wyłączna"! Czyli żadne tam poliamoryzmy, panseksualizmy, czy inne burżuazyjne dewiacje. I nie muszę chyba dodawać, że ta "pojedyncza para" to dla Engelsa była "z natury" wyłącznie para męsko-damska [5].

Tyle o monogamii według Engelsa.

Naturalnie tej bajki o Engelsie, rzekomo uważającym monogamię za skandal, Tekieli sam nie wymyślił, a jedynie powtórzył zmyślenie krążące po świecie. Powtórzył zaś po to, by zaraz gładko przejść do rewelacji jeszcze bardziej oburzającej. Ci "wykształceni inaczej", którzy nie czytali Engelsa, nie wiedzą bowiem - pisze dalej Tekieli, który też Engelsa nie czytał - jakie bezeceństwa jego myśl zainspirowała.

Nie mają pojęcia, że w 1918 r. bolszewicy zgodnie z opartą na przemyśleniach Engelsa dyrektywą Trockiego w kolejnych zdobywanych rosyjskich miastach ogłaszali dekret o nacjonalizacji i dystrybucji kobiet. Skasowanie takich pojęć jak "moja żona", "mój mąż" komuniści osiągali za pomocą losowania. Kobieta musiała przez kwartał żyć z mężczyzną, który ją wylosował. Do następnego losowania. Obywatele mężczyźni mieli też "prawo korzystać z kobiety nie częściej niż cztery razy w tygodniu i nie dłużej niż przez trzy godziny". Chodziło o młode dziewczyny w wieku od 16 do 25 lat (Tekieli, s. 64).
Tymczasem to właśnie Robert Tekieli najwyraźniej nie ma pojęcia, że ten bolszewicki dekret o nacjonalizacji i dystrybucji kobiet to kolejna baśń, fałszywka, fake news. Nie było żadnych losowań, przymusowych kwartałów, żadnych harmonogramów korzystania przez obywatela mężczyznę z obywatelki kobiety etc. Wszystko to mistyfikacja [6].

Rzekomo odnaleziono ten dekret w czasach rozpadu Związku Radzieckiego w jakichś archiwach. Czasem dla większego fasonu są to nawet "archiwa KGB". Tę wersję powtarza na przykład pewien rosyjski seksuolog (!) w mocno bałamutnym łotewskim filmie Seks w ZSRR. Prawda i obłuda [7]. Ale nie, nie odnaleziono. W najlepszym wypadku są to tylko sensacyjne artykuliki ze starych gazet.

Nie znaczy to, rzecz jasna, że do żadnych ekscesów wtedy nie dochodziło. Sama rewolucja była jednym wielkim ekscesem, pełnym przemocy i gwałtów. Lenin nie miał nic przeciwko łagrom dla przeciwników rewolucji, ale akurat prób "nacjonalizacji kobiet" nie aprobował i kazał sprawdzać nawet błahe (w porównaniu do innych krzywd) skargi [8]. Nb. o ile z łagrów, w końcu instytucji utajnianej w najwyższym stopniu, zachowało się mnóstwo relacji, o tyle próżno szukać wspomnień obywatelek kobiet wylosowanych przez przypadkowego obywatela mężczyznę w ramach dekretu o nacjonalizacji.

A jeśli nawet jakieś skromne ekscesy obyczajowe tu i ówdzie się pojawiały, to nie potrwało to długo. Już w 1924 roku Aron Załkind, autor Dwunastu płciowych przykazań rewolucyjnego proletariatu, ustalił, że rewolucyjnego proletariusza obowiązuje przed ślubem wstrzemięźliwość płciowa. "A co szkodliwego - powiedzą nam - w aktywności płciowej przed ślubem? Szkodliwe jest to, że taka aktywność płciowa jest niezorganizowana" [9]. Odtąd więc wypadało być zorganizowanym także i w tej sferze. Później skończyły się łatwe rozwody za trzy ruble, a jeszcze później organizacje partyjne zaczęły wtrącać się do aktywności płciowej towarzyszy, którzy (niczym jacyś rozpustni burżuje) nie dochowywali wierności swoim towarzyszkom żonom.

Opowieści o bolszewikach nacjonalizujących kobiety mają więc generalnie tyle wspólnego z rzeczywistością, co opowieści o feudałach egzekwujących prawo pierwszej nocy [10]. Źródła wprawdzie żadne albo marne, ale wyobraźnia i tak żywi się tym, że nie można absolutnie wykluczyć, że jednak ktoś, kiedyś, gdzieś, chociaż trochę..., choć po bliższym zbadaniu zwykle i tak okazuje się, że chodzi o historyjkę dorobioną post factum do banalnych w czasach zamętu gwałtów i rozbojów.

W dodatku opowieści o tym, jak to w socjalizmie żony będą wspólne, utrwaliły się w ludzkiej wyobraźni na długo przed rewolucją. Zawsze też chętnie się na nie oburzano, bo przecież równocześnie były tak ekscytujące. Nawet nieco safandułowaty Ignacy Rzecki odnotował tę ciekawostkę w swoim pamiętniku już pod koniec lat 70. XIX wieku:

Młodzieniec ten [Mraczewski] dowodził mi, przytaczając nazwiska ludzi podobno bardzo mądrych, że wszyscy kapitaliści to złodzieje, że ziemia powinna należeć do tych, którzy ją uprawiają, że fabryki, kopalnie i maszyny powinny być własnością ogółu, że niema wcale Boga, ani duszy, którą wymyślili księża, aby wyłudzać od ludzi dziesięcinę. Mówił dalej, że jak zrobią rewolucję (on z trzema "prykaszczykami"), to od tej pory wszyscy będziemy pracowali tylko po ośm godzin, a przez resztę czasu będziemy się bawili, mimo to zaś, każdy będzie miał emeryturę na starość i darmo pogrzeb. Wreszcie zakończył, że dopiero wówczas nastanie raj na ziemi, kiedy wszystko będzie wspólne: ziemia, budynki, maszyny, a nawet żony.

Ponieważ jestem kawalerem (nazywają mnie nawet starym) i piszę ten pamiętnik bez obłudy, przyznam więc, że mi się ta wspólność żon trochę podobała. Powiem nawet, że nabrałem niejakiej życzliwości dla socjalizmu i socjalistów. Po co oni jednak koniecznie chcą robić rewolucję, kiedy i bez niej ludzie miewali wspólne żony? [11].

Cóż, komuniści naobiecywali ludziom bardzo wiele najprzeróżniejszych atrakcji. Ot, obiecanki... Niemniej niektórzy do dziś pielęgnują złudzenia, że przynajmniej z tymi wspólnymi żonami dotrzymali słowa [12].

Naprawdę jednak także i to - podobnie jak zdobycie kiełbasy czy papieru toaletowego - zależało zawsze przede wszystkim od indywidualnej przedsiębiorczości.

[Dopisek z wypisami z Platona]

I jeszcze pouczający dopisek dla wykształconych inaczej. Otóż wszystkie te wdzięczne motywy - wspólność kobiet, zniesienie rodziny i nawet te losowania ustalające kto z kim - wprawdzie trudno znaleźć u Marksa czy Lenina, ale za to bez trudu można je znaleźć u Platona, wielce poważanego przez licznych Ojców Kościoła. "Platon, natchniony przez Judejczyków" - pisze w Kobiercach (I, 10, 2) Klemens Aleksandryjski. "Co się jednak tyczy Platona [...], to osobiście nie mam wątpliwości, że należy go stawiać nie tylko ponad bohaterami, lecz nawet ponad samymi bogami" - pisze w dziele O państwie Bożym (ks. II, r. 14, 2) święty Augustyn. To teraz poczytajcie sobie, co ten natchniony Platon umyślił:
"- Za tym prawem - dodałem [dodaje Sokrates, który jest głosem Platona] - idzie prawo drugie, i za wszystkimi poprzednimi moim zdaniem, takie:

- Jakie? [pyta Glaukon, który jest tutaj rozmówcą Sokratesa, a w rzeczywistości był starszym bratem Platona]

- Że kobiety wszystkie powinny być wspólną własnością tych mężczyzn, a prywatnie, dla siebie, żaden nie powinien mieszkać z żadną. I dzieci też powinny być wspólne, i ani rodzic nie powinien znać swego potomka, ani syn rodzica.

- To - powiada - większe od tamtego. Jeszcze trudniej będzie ludziom uwierzyć w jego możliwość i w pożytek.

- Ja nie myślę - dodałem - żeby miały być spory o pożytek, czy to nie jest największym dobrem, żeby kobiety były wspólną własnością i wspólną własnością dzieci, jeżeli to tylko rzecz możliwa. [...]

- Ho, ho, przyjacielu kochany - dodałem. - Widzisz, jak gwałtownie nam tego potrzeba, żeby rządzący byli pierwszej klasy, jeżeli z rodem ludzkim tak samo [tak samo jak z rozmnażaniem rasowych psów, ptaków i koni, by ich potomstwo było jak najlepsze].

- A przecież jest tak samo - powiada. - Ale co z tego? [...]

- Potrzeba przecież - odpowiedziałem - wobec tego, cośmy uchwalili, żeby najlepsi mężczyźni obcowali z najlepszymi kobietami jak najczęściej, a najgorsi z najlichszymi jak najrzadziej, i potomków z tamtych par trzeba chować, a z tych nie, jeżeli trzoda ma być pierwszej klasy. A o tym wszystkim nie ma wiedzieć nikt, tylko sami rządzący, jeżeli znowu trzoda strażnicza ma być jak najbardziej wolna od rokoszów i rozłamów. [...]

- I losowania jakieś - uważam - trzeba będzie chytrze urządzać. Tak, żeby ten gorszy mężczyzna o każdy swój związek obwiniał los, a nie rządzących.

- Bardzo chytrze - powiada.

- A młodym ludziom, którzy się odznaczą na wojnie albo gdzieś indziej, trzeba dawać podarunki i nagrody, a między innymi częstsze pozwolenia na stosunki z kobietami, aby - i to pod tym pozorem - jak największa ilość dzieci po nich została" (Państwo, 457c-457d, 459e-460b; przekład Władysława Witwickiego).

Dla zwięzłości opuściłem liczne wątki feministyczno-genderowe, ale w wizji natchnionego Platona jest tam jeszcze i o tym, że "do wszystkich zajęć nadaje się z natury kobieta i do wszystkich mężczyzna", więc i kobiety mogą być strażniczkami (coś pośredniego między zawodowym wojskiem i ABW), i nawet ćwiczyć nago, bo to nic wstydliwego (455e, 457a-b). I naturalnie również "w urzędach będą pracowały kobiety pospołu z mężczyznami" (460b-c).

A morał tych rozważań też jest nowoczesny, choć może nieco smutny.

Zdaje się, że nasi rządzący będą musieli często stosować kłamstwo i oszukiwanie dla dobra rządzonych (459c).
W podręcznikach filozofii piszą zazwyczaj, że Platon był idealistą, choć wygląda to raczej na brutalny realizm. O czym przypominam, bo pewnie dotąd wam się zdaje, że rządzą wami może liberałowie, może socjaliści albo może nawet - jak zdaje się Robertowi Tekielemu - jacyś rozpustni komuniści.

Tymczasem zaś prawda jest taka, że pod rozmaitymi szyldami rządzą wami z reguły bezwiedni fani Platona.

[1] Robert Tekieli, To jest inwazja, "Sieci" 5-11 października 2020, nr 41, s. 64. Dalej cytuję jako Tekieli.

[Dopisek] Może to tylko niezobowiązujące przekomarzanki między dawnymi kolegami z "bruLionu", ale po przeczytaniu poniższego wspomnienia, wyrozumialej patrzę na umysłowe przygody Roberta Tekielego:

"Z Tekielim było tak, że jeśli ja mówiłem brzydkie słowo, to on mówił: «O nie, nie, nie. Mów to wyraźniej i głośniej. Nie umiesz nawet kląć». Tekieli był bardziej anarchistyczny niż każdy z nas, bardziej punkowy niż każdy z nas, przeczytał więcej niż każdy z nas. Szanował nasze indywidualności, ale tylko na tej zasadzie, że mógł coś z nich wziąć. I to już było jego. Bluźnił strasznie przeciwko Bogu i dobrze, że go pokarało. Ale czemu aż tak?" (Marcin Świetlicki, Nieprzysiadalność. Autobiografia, rozmawia Rafał Księżyk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017; korzystałem z wydania elektronicznego przygotowanego prze eLiterę, cytat z rozdziału szóstego "Moment dziejowy").

Wiele wyjaśnia też przerażające późne wyznanie samego bluźniercy:

"Z nudów, mając dziewięć lat, w czasie długiej choroby przeczytałem 13-tomową Encyklopedię PWN" (Robert Tekieli, Durfy, "Sieci" 28 czerwca-4 lipca 2021, nr 26, s. 66).

[Jeszcze jeden dopisek] Ta peerelowska encyklopedia najwyraźniej kryje w sobie jakąś dziwną moc. Oto wyznanie kogoś z zupełnie innej parafii, czy raczej w ogóle bez parafii:

"Czy domyślałem się strasznej zasady rzeczywistości, kiedy w końcu, później niż inne dzieci, nauczyłem się czytać i moją ukochaną lekturą stała się granatowa, dwunastotomowa plus suplement encyklopedia PWN, która stała w biblioteczce mojego dziadka Jorga? Przyswajałem ją na dwa sposoby, najpierw otwierając na chybił trafił, potem zaś czytając tomy po kolei, od deski do deski".

Jak ta moc zadziałała, dokładnie nie wiadomo, może przez uwypuklenie kontrastu świata realnego ze światem encyklopedycznym. W każdym razie czytelnik encyklopedii odtąd wzrastał w mądrości i w mocy tak pięknie, że ostatecznie mógł o sobie z dumą powiedzieć: "jestem nie do zajebania" (Szczepan Twardoch, Moje życie, moja walka, moja klęska, [w:] Idem, Wieczny Grunwald, wydanie trzecie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021, s. 215, 212).

Być może jednak nie chodzi tu o encyklopedię PWN (ta po prostu była akurat pod ręką), lecz o encyklopedię jako taką. Jak twierdzi Paweł Majewski, "w jednostkach skłonnych do poświęcania rzeczy na rzecz słów wzbudza zaś [encyklopedia] często silną fascynację i «pożera» ich umysły siłą swojej pozornej wszechogarniającej uniwersalności" (Paweł Majewski, Mantykora. Wczesna historia encyklopedii, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2022, s. 24).

Ta uniwersalność potrafi się potem, rzecz jasna, objawić rozmaicie. Na przykład jako "straszna zasada rzeczywistości" albo jako przekonanie, że "wszystkie systemy filozoficzne mijają, jak cienie, a msza po staremu się odprawia".

Nb. Majewski najwyraźniej nie zna dokonań obu cytowanych przeze mnie herosów, gdyż pod koniec swej przyjemnie napisanej i pożytecznej książki trochę ryzykownie stwierdza: "Lecz nie da się przeczytać w całości encyklopedii - czy raczej: przeczytanie jej w całości nie miałoby sensu" (s. 262). Tymczasem, jak widać, da się i co więcej - obaj czytelnicy nie uznali tego przedsięwzięcia za bezsensowne.

[2] Fryderyk Engels, Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa. W związku z badaniami Lewisa H. Morgana, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 21, Książka i Wiedza, Warszawa 1969. Jest to przejrzany i poprawiony przekład J. F. Wolskiego [Ludwika Krzywickiego]: Fr. Engels, Początki cywilizacyi. Na zasadzie i jako uzupełnienie badań Lewisa H. Morgana, Paryż - Lipsk 1885. Dalej cytuję jako Engels.

[3] Nie bez znaczenia, bo Engels, jakby wyzwolony spod kurateli Marksa, często mitygującego jego nadmierny entuzjazm, w paru miejscach dał się temu entuzjazmowi ponieść. Na przykład w poniższej pochwale ustroju rodowego, przedstawionego zresztą - za Morganem - w dość bajeczny sposób:

"Jak wspaniały jest ten ustrój rodowy przy całej swej dziecinnej prostocie! Bez żołnierzy, żandarmów i policjantów, bez szlachty, królów, namiestników, prefektów i sędziów, bez więzień, bez procesów - wszystko idzie swym normalnym trybem. Wszelkie spory i zatargi rozstrzyga ogół tych, których to dotyczy: ród lub plemię, lub poszczególne rody między sobą. Jako ostateczny, rzadko stosowany środek grozi krwawa zemsta, której cywilizowaną formą, obciążoną wszystkimi zaletami i wadami cywilizacji, jest nasza kara śmierci. I chociaż spraw wspólnych jest daleko więcej niż w naszych czasach - gospodarstwo domowe szeregu rodzin jest wspólne i komunistyczne, ziemia jest własnością plemienia, tylko ogródki przydzielane są czasowo oddzielnym rodzinom - nie ma tam jednak ani śladu naszego rozgałęzionego i zawikłanego aparatu administracyjnego. Rozstrzygają zainteresowani, a w większości wypadków odwieczny zwyczaj już z góry wszystko uregulował. Biednych i potrzebujących nie może być - komunistyczne gospodarstwo i ród znają swe obowiązki względem starych, chorych i okaleczonych na wojnie. Wszyscy są równi i wolni - również kobiety. Nie ma tu jeszcze miejsca na niewolników, na ogół nie ma go również na ujarzmienie obcych plemion. [...] A jakich mężczyzn i kobiety wychowuje takie społeczeństwo, świadczy podziw wszystkich białych, którzy się stykali z niezdemoralizowanymi Indiami, dla godności osobistej, prawości, siły woli i męstwa tych barbarzyńców. [...]

Tak wyglądali ludzie i społeczeństwo ludzkie, zanim nastąpił podział na różne klasy. I jeśli porównamy ich położenie z położeniem olbrzymiej większości dzisiejszych ludzi cywilizowanych, to okaże się, że odległość między dzisiejszym proletariuszem i drobnym chłopem a dawnym wolnym członkiem rodu jest ogromna" (Engels, s. 108-109).

Ktoś, komu podsunie się wyłącznie taki cytat, łatwo uwierzy w popularną bajkę, jakoby Marks z Engelsem od początku planowali powrót społeczeństwa do stanu wspólnoty pierwotnej. Tymczasem następująca po tej pochwale ustroju rodowego pointa ma zupełnie inną wymowę:

"To jedna strona. Ale nie zapominajmy, że organizacja ta była skazana na zagładę. [...] Ustrój rodowy w okresie swego rozkwitu, taki, jaki widzieliśmy w Ameryce, implikuje nadzwyczaj słabo rozwiniętą produkcję, a więc nadzwyczaj nieliczną ludność zamieszkującą olbrzymie terytorium oraz zupełne niemal panowanie nad człowiekiem otaczającej go przyrody, obcej mu i niezrozumiałej, co odzwierciedla się w dziecinnych wyobrażeniach religijnych. [...] Jakkolwiek ludzie tej epoki imponują nam teraz, nie różn[i]ą się oni jeden od drugiego; jak mówi Marks, wiszą oni jeszcze na pępowinie wspólnoty pierwotnej. Potęga tej wspólnoty pierwotnej musiała być złamana - i została złamana" (Engels, s. 109-110).

Czego by złego o Marksie nie mówić, z pewnością nie marzył on o ustroju implikującym "nadzwyczaj słabo rozwiniętą produkcję" oraz mentalność odzwierciedlającą się w "dziecinnych wyobrażeniach religijnych".

[4] Dla koneserów to kołtuńskie zdanie raz jeszcze w oryginale:

"Da nun die Geschlechtsliebe ihrer Natur nach ausschließlich ist - obwohl sich diese Ausschließlichkeit heutzutage nur in der Frau durchweg verwirklicht -, so ist die auf Geschlechtsliebe begründete Ehe ihrer Natur nach Einzelehe" (Friedrich Engels, Der Ursprung der Familie, des Privateigentums und des Staats. Im Anschluß an Lewis H. Morgans Forschungen, [w:], Karl Marx, Friedrich Engels, Werke, tom 21, Dietz Verlag, Berlin 1962, s. 82).

Owszem, Engels uważał, że w przyszłości "z całą pewnością odpadną od monogamii te wszystkie cechy charakterystyczne, które zostały na niej wyryte na skutek jej pochodzenia ze stosunków własności: po pierwsze, przewaga mężczyzny, po wtóre, nierozerwalność małżeństwa" (Engels, s. 94; wyróżnienie moje). Ale pogląd ten, niegdyś śmiały, obecnie niemal nikogo już nie porusza. Jak można było się nie tak dawno przekonać, ćwierć wieku małżeństwa, obfitującego w dzieci i miłosne wyznania, to dziś nawet dla instytucji religijnej uważanej za konserwatywną żadna przeszkoda, by się rozejść i zawrzeć kolejny, znów z fanfarami pobłogosławiony związek.

[5] Pisał o tym zresztą już młody Marks, choć z filozoficzną emfazą:

"Bezpośrednim, przyrodniczym, koniecznym stosunkiem człowieka do człowieka jest stosunek mężczyzny do kobiety. [...] Wedle tego stosunku można więc ocenić poziom całej kultury człowieka. Charakter tego stosunku świadczy o tym, w jakiej mierze człowiek stał się dla siebie istotą gatunkową, Człowiekiem, oraz w jakiej mierze pojmuje siebie jako taką istotę; stosunek mężczyzny do kobiety jest najbardziej przyrodniczym stosunkiem człowieka do człowieka (das Verhältniß des Mannes zum Weib ist das natürlichste Verhältniß d[es] Menschen zum Menschen)" (Karol Marks, Rękopisy ekonomiczno-filozoficzne z 1844 r., przełożyli Konstanty Jażdżewski i Tadeusz Zabłudowski, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 1, Książka i Wiedza, Warszawa 1976, s. 576; wyróżnienia za oryginałem; wstawkę niemiecką daję za: Karl Marx, Friedrich Engels, Gesamtausgabe (MEGA), I.2, Dietz Verlag, Berlin 1982, s. 262; wyróżnienie za oryginałem).

Natomiast stary Engels w Pochodzeniu rodziny stawiał sprawę jasno i nie oszczędzał ani starożytnych Greków, ani dawnych Germanów:

"Chociaż zamykane i strzeżone, Greczynki znajdowały jednak dość często okazję do oszukiwania swych mężów. Ci ostatni, dla których ujmą byłoby zdradzić się z miłością dla swych żon, uprawiali rozmaite miłostki z heterami. Poniżenie kobiet mściło się jednak na mężczyznach i poniżało również ich samych, aż pogrążyli się w ohydzie pederastii (die Widerwärtigkeit der Knabenliebe), a bogów swych i siebie samych zbezcześcili mitem o Ganimedzie" (Engels, s. 75; wstawkę niemiecką daję za wydaniem cytowanym w przypisie 4, s. 67).

"[...] w swych wędrówkach, zwłaszcza na południo-wschód wśród koczowniczych ludów stepowych nad Czarnym Morzem, Germanowie bardzo się zdemoralizowali i przejęli od nich obok kunsztu jazdy korniej także wstrętne, przeciwne naturze występki; Ammianus stwierdza to wyraźnie, jeśli chodzi o Tajfalów, a Prokop, jeśli chodzi o Herulów" (Engels, s. 80-81; że Engels ma znów na myśli ohydę pederastii, świadczy to powołanie się Ammianusa Marcellinusa i Prokopiusza, którzy jasno o tym piszą).

A na deser jeszcze Engels w wieku średnim: jego list do Marksa z 22 czerwca 1869 roku komentujący książkę Karla Heinricha Ulrichsa, którego dziś, w czasach postępu, nawet polska Wikipedia nazywa "pierwszym gejem w historii świata", pierwszym znanym aktywistą na rzecz równości osób homoseksualnych i pionierem seksuologii (chociaż nie studiował medycyny ani biologii, a jedynie teologię, prawo i historię).

"To jest zgoła osobliwy «Pederasta», którego mi przysłałeś. To są przecież zupełnie przeciwne naturze rewelacje (Das sind ja äußerst widernatürliche Enthüllungen). Pederaści zaczynają liczyć swoje szeregi i uważają, że stanowią siłę w państwie. Brakowało jedynie organizacji, ale sądząc po tym, zdaje się ona już w ukryciu istnieć. A ponieważ mają we wszystkich starych, a nawet nowych partiach, od Rösinga do Schweitzera, tak wybitnych ludzi - zwycięstwo ich jest niechybne. «Guerre aux cons, paix aux trous-de-cul»! - oto obecne zawołanie. Całe szczęście, że my osobiście jesteśmy zbyt starzy, byśmy w razie zwycięstwa tej partii mieli się jeszcze obawiać, że każą nam ciałem płacić haracz zwycięzcom. Ale młode pokolenie! Swoją drogą tylko w Niemczech to jest możliwe, żeby wystąpił taki typ, przekształcał świństwo w teorię (die Schweinerei in eine Theorie umsetzt) i zapraszał: introite itd. Niestety, nie ma on jeszcze odwagi otwarcie przyznać się, że jest «tym» i ciągle jeszcze musi coram publico operować «frontalnie», choć nie «do głębi», jak się przez niedopatrzenie raz wyraził. Ale poczekaj tylko, aż nowe północnoniemieckie ustawodawstwo karne uzna droit du cul, wówczas pójdzie całkiem inaczej. Nam, biednym ludziom operującym frontalnie, z naszą dziecinną skłonnością do kobiet, niełatwo wówczas będzie żyć" (Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 32, Książka i Wiedza, Warszawa 1973, s. 350-351; wstawki niemieckie daję za: Karl Marx, Friedrich Engels, Werke, tom 32, Dietz Verlag, Berlin 1974, s. 325).

Engels nazywa osobliwym "Pederastą" [ein ganz kurioser "Urning"] książkę Ulrichsa, która nosiła dużo dłuższy, wręcz barokowy tytuł: "Argonauticus." Zastrow und die Urninge des pietistischen, ultramontanen und freidenkenden Lagers. Mit Erörterungen über Blutgier und Zurechnungsfähigkeit, kleinen Mittheilungen aus der Urningswelt und den Criminalfällen: Bischoff Morell von Edinburg, Graf Czarnecky in Posen, Superintendent Forstner zu Wien. "Urning" to autorski wynalazek Ulrichsa na określenie homoseksualisty.

Są też w tym liście Engelsa aluzje nieskromne, o czym zawczasu uprzedzam skromne niewiasty.

Mniemane zawołanie pederastów "Guerre aux cons, paix aux trous-de-cul" to oczywiście parafraza znanego z czasów rewolucji francuskiej hasła "Guerre aux châteaux, paix aux chaumières" (wojna pałacom, pokój chatom). Trudno jednak znaleźć w tej parafrazie jakikolwiek sens, gdy próbuje się - jak podpowiadają słowniki i nawet niezłe translatory - przekładać 'cons' jako 'idiotów', a 'trous-de-cul' jako 'dupków". Co innego, gdy się pamięta, że w połowie XIX wieku francuskie 'con' mogło znaczyć to samo co angielskie 'cunt', czyli 'cipa', a 'trou-de-cul' to jednak w podstawowym sensie 'odbyt'. Otrzymujemy wtedy zawołanie "Wojna cipom, pokój odbytom". Może nieco zbyt wulgarne jak na brodatego klasyka marksizmu, ale za to całkiem sensowne (a nie o każdej wypowiedzi klasyków można to powiedzieć). Wspomniane kilka zdań dalej 'droit de cul' to naturalnie 'prawo odbytu', bo do tego, zdaniem Engelsa, sprowadza się prawne przyzwolenie na pederastię. Natomiast różnicę między podejściem "frontalnym" tych, którzy nie chcą wojować z cipami, oraz podejściem tych, którzy pragną operować "do głębi" od strony odbytu, zrozumie w naszych niełatwych czasach chyba nawet dziecko.

Nb. niemiecki wydawca listu Engelsa starał się zachować choć pozory skromności i "Guerre aux..." przełożył jako "Krieg den vorderen, Friede den hinteren Leibesöffnungen" (przypis 3 na stronie 324), natomiast polski wolał w ogóle tej drażliwej kwestii nie tykać i zostawił wszystko, jak jest.

[6] Rzecz jest od dawna znana, więc nie będę mechanicznie powtarzał po innych. Kto chciałby o tej mistyfikacji wiedzieć więcej, niech przeczyta artykuł Aleksieja Wielidowa "Dekret" o nacjonalizacji kobiet. Historia mistyfikacji (Алексей Велидов, "Декрет" о национализации женщин. История одной мистификации, "Московские новости" 1990, nr 8; dostępny tutaj). Pełny tekst jednej z wersji tego "dekretu" można znaleźć tutaj. Historycy wprawdzie spierają się, czy był to tylko żart, czy może jednak bardziej prowokacja i kto naprawdę był jej autorem. Wszyscy jednak zgadzają się, że żadna władza sowiecka ani tego "dekretu" nie wydała, ani - może poza paroma lokalnymi watażkami - nie próbowała stosować.

Nb. Jan Gondowicz przeczytał artykuł Wielidowa i wysnuł z niego kiedyś opowieść w stylu Borgesa (Uniwersalna historia nikczemności, część Michał, kpiarz, "Nowa Fantastyka" 1995 nr 1). Choć tak po prawdzie był to miejscami zwyczajny przekład tego artykułu - ale tłumacz zapomniał podać źródło.

[7] Tytuł oryginalny: Dubultā dzīve. Sekss un PSRS (2017, reżyseria Ināra Kolmane). Wypowiedź seksuologa Lwa Szczegłowa w okolicach 9 minuty.

[8] W lutym 1919 roku doniesiono Leninowi, że we wsi Mediany (a więc rzecz dzieje się nadzwyczaj lokalnie) miejscowy kombied (комбед, комитет бедноты - komitet biednych chłopów; miała ta instytucja bardzo krótki żywot) przydziela sobie oraz znajomkom młode dziewczyny. To jeszcze pół biedy, ale wiejską społeczność najbardziej zbulwersował fakt, że nikt wcześniej nie zapytał o zgodę ich rodziców (rodziców, nie dziewczyny!). Po zbadaniu rzecz okazała się plotką (rewolucje społeczne to świetna okazja do prywatnych porachunków), badanie zaś było wnikliwe, czekistowskie, bo Lenin osobiście wysłał telegram do symbirskiej Czeki, że jeśli zarzut się potwierdzi, trzeba łajdaków szybko i surowo ukarać.

Dla koneserów cały telegram Lenina w oryginale:

"10 февраля 1919 г.

Симбирск

Губисполкому

Копия ЧК

Получил жалобу Кумысникова, Байманова, Рахимовой, что комбед деревни Медяны Чимбелевской волости Курмышского уезда ввел национализацию женщин. Немедленно проверьте строжайше, если подтвердится, арестуйте виновных, надо наказать мерзавцев сурово и быстро и оповестить все население. Телеграфируйте исполнение.

Предсовнаркома Ленин" (В. И. Ленин и ВЧК. Сборник документов (1917–1922), Политиздат, Moskwa 1987, s. 121-122; dokument nr 136).

[9] Wstrzemięźliwość przed ślubem to przykazanie numer dwa. Dla koneserów trochę większy kawałek w oryginale:

"II. Необходимо половое воздержание до брака, а брак лишь в состоянии полной социальной и биологической зрелости (т. е. 20-25 лет) - вторая половая заповедь пролетариата.

А что же вредного, скажут нам, в половой активности до брака? Вредно то, что подобная половая активность неорганизованна, связана со случайным половым объектом, не регулируется прочной симпатией между партнерами, подвержена самым поверхностным возбуждениям, то есть характеризуется как раз теми чертами, которые, как увидим ниже, должны быть безусловно и беспощадно истребляемы пролетариатом в своей среде" (А[рон] Б[орисович] Залкинд, Двенадцать половых заповедей революционного пролетариата, [w:] Философия любви, tom 2, zebrał А[лександр] А[рхипович] Ивин, Издательство политической литературы, Moskwa 1990, s. 338).

Duch przenikający te przykazania - że związek dwojga ludzi to także sprawa kolektywu - był całkowicie zgodny ze słowami Lenina. W każdym razie w tej postaci, w jakiej przekazała je Klara Zetkin w swoim pośmiertnym wspomnieniu o Leninie. Podobno Lenin wymieniał z nią uwagi o Freudzie (krytyczne), a także surowo dyskredytował jako niemarksistowską popularną teorię "szklanki wody" (jakoby w komunizmie seks był czymś takim, jak wypicie szklanki wody; jest się spragnionym, to się pije - i już). I napominał (tę myśl potem szczególnie często cytowano), że:

"Najważniejsza jest jednak kwestia społeczna. Picie wody to rzecz jasna sprawa indywidualna. Ale miłość to sprawa dwóch osób, a powstaje jeszcze dodatkowo trzecie, nowe życie. A to już ma wymiar społeczny i rodzi obowiązki wobec kolektywu" (angielską wersję tych wspomnień można znaleźć tutaj).

Jaka w tej dziedzinie panowała atmosfera ćwierć wieku później w Polsce, w czasach stalinizmu, pewne pojęcie daje poniższy cytat z Tyrmanda, choć naturalnie trzeba wziąć poprawkę na autokreację autora. Również z tego powodu cytuję znacznie rzadziej wykorzystywaną oryginalną wersję jego Dziennika, mniej zabawną, ale też mniej kokieteryjną, więc może bliższą rzeczywistości.

"Całe popołudnie strawiłem na zebraniu sekcji Związku Literatów. [...] pastwiono się nad młodym, głupawym, wiernie komunistycznym literatem Konwickim, który napisał opowiadanie o miłości, z partią, szlachetnym oficerem UB i wszystkimi akcesoriami - jak trzeba - a które jednak okazało się nie «takie, jak trzeba». Przez trzy godziny wałkowano temat, w jakim stopniu partia ma prawo ingerencji w sprawy łóżkowe swoich członków. Następnie ludzie w matuzalemowym wieku, o powierzchowności koszmarnych karłów i maszkar, jak Adam Ważyk i Melania Kierczyńska, informowali o wiele młodszych i normalnie wyglądających ludzi o tym, co to jest miłość dojrzała, czyli proletariacko-partyjna, albo animalistyczna, czyli burżuazyjno-imperialistyczno-amerykańska. Wreszcie też Melania Kierczyńska, szara eminencja czerwonej literatury, oświadczyła, że zdrada małżeńska jest kapitalistycznym przeżytkiem, który zniknie w epoce komunizmu, i od tego już nie było apelacji" (Leopold Tyrmand, Dziennik 1954. Wersja oryginalna, Wydawnictwo MG, Warszawa 2011, s. 142-143; zapis z 21 stycznia 1954; wyróżnienie moje).

Dla porównania: w wersji przeredagowanej w latach 70. opowiadanie Konwickiego streszczone zostało znacznie plastyczniej:

"Z wszystkimi akcesoriami jak trzeba: szlachetny oficer UB, kochankowie pierdolą się niemal pod kontrolą podstawowej organizacji partyjnej, nigdy przeciw, zawsze za i ze Związkiem Radzieckim, w łóżku nieustanna mowa o proletariacie" (Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Polonia Book Fund, Londyn 1980, s. 108).

Być może animalistyczne wyrażenie 'pierdolą się' w tamtych czasach nawet Tyrmandowi nie przychodziło do głowy.

[10] Nie muszę chyba przypominać, że barwne opowieści o prawie pierwszej nocy (ius primae noctis) to też w lwiej części zmyślenia. I to późne: na ogół ubarwiające oświeceniową antyfeudalną propagandę, której ślad znaleźć można nawet w Weselu Figara. Wszystko to dobrze wiadomo już od grubo ponad stu lat, czyli od czasów monografii Karla Schmidta Jus primae noctis. Eine geschichtliche Untersuchung (Herder'sche Verlagshandlung, Fryburg Bryzgowijski 1881). Jest to gruntowne niemieckie dzieło (sam spis wykorzystanych książek liczy - w czasach przedinternetowych! - przeszło trzydzieści stron drobnym drukiem; s. XIII-XLIII), a mimo to bajki o feudałach, którzy regularnie rozdziewiczają świeżo poślubione żony swoich poddanych (i to pod okiem miejscowego biskupa), wciąż raz po raz odżywają. Kto wolałby poczytać na ten temat coś świeższego, niech zajrzy do monografii Alaina Boureau (dostępnej także w przekładzie angielskim): Le droit de cuissage. La fabrication d'un mythe, XIIIe-XXe siècle, Albin Michel, Paryż 1995.

Nb. Katarzyna Surmiak-Domańska, reporterka "Gazety Wyborczej", nie tylko wierzy w istnienie prawa pierwszej nocy - i to jeszcze w czasie I wojny światowej! - ale nawet ma na to dowód.

"Gdy czytamy o plantatorach gwałcących niewolnice, które właśnie wyszły za mąż (za niewolników), trudno nie pomyśleć o słynnym prawie pierwszej nocy, kiedy pan miał prawo posiąść oblubienicę wasala w zamian za pozwolenie na odstrzał zwierza z porożem w swoich lasach. To prawo funkcjonowało oficjalnie w katolickiej Europie w czasach feudalnych, a nieoficjalnie dużo dłużej. Także w Polsce. Pisarka Tamara Bołdak-Janowska w «Rzeczach uprzyjemniających. Utopii» przywołuje własne wywiady ze starymi chłopkami, które chodziły na przymusowe rozdziewiczanie do dworu jeszcze w czasie I wojny światowej" (Katarzyna Surmiak-Domańska, Ten pociąg dalej nie pojedzie?, "Gazeta Wyborcza", 19 sierpnia 2017).

Nie mam pojęcia, gdzie w Rzeczach uprzyjemniających Surmiak-Domańska znalazła te wywiady. Ale nawet jeśli blefowała, powinna pamiętać, że książka Bołdak-Janowskiej to powieść, czysta fantazja. Odróżnienie fikcji od rzeczywistości jest chyba nieustającym problemem polskiej szkoły reportażu.

[11] Bolesław Prus, Lalka, "Kurjer Codzienny" 1888, nr 13, s. 1. Cytuję za pierwodrukiem gazetowym, ponieważ z pierwodruku książkowego ustęp ten wypadł za sprawą cenzury. Przywrócono go dopiero w wydaniach po 1935 roku.

[12] [Dopisek] Ale akurat wspólności żon Marks z Engelsem nie obiecywali. Zdecydowałem się przypomnieć chociaż w przypisie tę oczywistość, ponieważ niektórzy do dziś wierzą, że jednak obiecywali - i to nie byle gdzie, bo już w Manifeście komunistycznym.

"Marks z Engelsem bynajmniej nie żartowali, kiedy w Manifeście komunistycznym zapowiadali wspólnotę żon - co dziś większość marksistów taktownie przemilcza" (Grzegorz Braun, System - od Lenina do Putina. O teorii i praktyce sowietyzmu rozmawiają Grzegorz Braun i Rafał Otoka-Frąckiewicz, Fronda, Warszawa 2019; korzystałem z wersji elektronicznej przygotowanej na zlecenie wydawcy; cytat z rodziału "Rozmowa IV. O wątkach pornograficznych i demograficznych").

W rzeczywistości obiecywali coś zupełnie innego:

"Ale wy, komuniści, chcecie wprowadzić wspólność żon - wrzeszczy chórem cała burżuazja.

Burżua widzi w swej żonie zwykłe narzędzie produkcji. Słyszy, że narzędzia produkcji mają być wspólnie użytkowane, i naturalnie nie może sobie wyobrazić nic innego niż to, że ten sam los spotka także kobiety.

Nie domyśla się, że chodzi właśnie o to, by znieść taką sytuację kobiety, w której jest ona zwykłym narzędziem produkcji.

Nie ma zresztą nic śmieszniejszego niż wysoce moralne oburzenie naszych burżua z powodu rzekomej (angebliche) oficjalnej wspólności żon u komunistów. Komuniści nie mają potrzeby wprowadzać wspólności żon, istniała ona niemal zawsze.

Nasi burżua, nie zadowalając się tym, że mają do dyspozycji żony i córki swych robotników - nie mówiąc już o prostytucji oficjalnej - znajdują szczególną przyjemność we wzajemnym uwodzeniu swoich małżonek.

Małżeństwo burżuazyjne jest w rzeczywistości wspólnością żon. Komunistom można by zarzucić co najwyżej, że na miejsce obłudnie zamaskowanej wspólności żon chcieliby wprowadzić oficjalną, otwartą. Rozumie się zresztą samo przez się, że ze zniesieniem obecnych stosunków produkcji zniknie również wynikająca z nich wspólność kobiet, tzn. prostytucja oficjalna i nieoficjalna" (Karol Marks, Fryderyk Engels, Manifest Partii Komunistycznej, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 4, Książka i Wiedza, Warszawa 1962, s. 532-533).

Jeśli więc już mieć do tego wywodu Marksa i Engelsa jakieś zastrzeżenia, to raczej do ich naiwnej wiary, że zmiana stosunków produkcji doprowadzi do zniknięcia prostytucji.

Dla koneserów to samo w oryginale:

"Aber ihr Kommunisten wollt die Weibergemeinschaft einführen, schreit uns die ganze Bourgeoisie im Chor entgegen.

Der Bourgeois sieht in seiner Frau ein bloßes Produktionsinstrument. Erhört, daß die Produktionsinstrumente gemeinschaftlich ausgebeutet werden sollen, und kann sich natürlich nichts anderes denken, als daß das Los der Gemeinschaftlichkeit die Weiber gleichfalls treffen wird.

Er ahnt nicht, daß es sich eben darum handelt, die Stellung der Weiber als bloßer Produktionsinstrumente aufzuheben.

Übrigens ist nichts lächerlicher als das hochmoralische Entsetzen unsrer Bourgeois über die angebliche offizielle Weibergemeinschaft der Kommunisten. Die Kommunisten brauchen die Weibergemeinschaft nicht einzuführen, sie hat fast immer existiert.

Unsre Bourgeois, nicht zufrieden damit, daß ihnen die Weiber und Töchter ihrer Proletarier zur Verfügung stehen, von der offiziellen Prostitution gar nicht zu sprechen, finden ein Hauptvergnügen darin, ihre Ehefrauen wechselseitig zu verführen.

Die bürgerliche Ehe ist in Wirklichkeit die Gemeinschaft der Ehefrauen. Man könnte höchstens den Kommunisten vorwerfen, daß sie an Stelle einer heuchlerisch versteckten eine offizielle, offenherzige Weibergemeinschaft einführen wollten. Es versteht sich übrigens von selbst, daß mit Aufhebung der jetzigen Produktionsverhältnisse auch die aus ihnen hervorgehende Weibergemeinschaft, d. h. die offizielle und nichtoffizielle Prostitution, verschwindet" (Karl Marx, Friedrich Engels, Manifest der Kommunistischen Partei, [w:] Karl Marx, Friedrich Engels, Werke, tom 4, Dietz Verlag, Berlin 1977, s. 478-479).

Nb. Grzegorz Braun nie tylko nie przeczytał Manifestu komunistycznego, ale nie opanował nawet elementarza tropiciela spisków i myli rozmówcę generała Jaruzelskiego, Davida Rockefellera, z jego ojcem ("David Rockefeller junior. Junior, ale... już wtedy nie młodzieniaszek"). Otóż Davida Rockefellera nikt nie nazywał juniorem, bo nie było takiej potrzeby. Junior (Jr.) to był ojciec Davida, John Davison Rockefeller, bo trzeba go było odróżnić od jego ojca (a dziadka Davida), też Johna Davisona Rockefellera. Owszem, istnieje również David Rockefeller Jr. - to syn tego Davida Rockefellera - ale to nie on coś tam knuł w 1985 roku w Rockefeller Center z generałem Jaruzelskim. Wypadałoby znać się na Rockefellerach, gdy chce się odkryć, kto naprawdę rządzi światem (cytat z rozdziału "Rozmowa XXIV. O karnawale Solidarności i towarzyszu generale"). Podobnych felerów - elementarnych i nudnych - jest zresztą w tej książce znacznie więcej.

[Kolejny dopisek] Grzegorz Braun zmyśla też - podobnie jak Robert Tekieli - że czytał Engelsa. W dodatku zmyśla tak nie przy pierwszej lepszej okazji, ale w wykładzie wygłoszonym w marcu 2018 do szacownego grona słuchaczy w przeoracie Św. Piusa X. Poświęcony jest zaś ten wykład historycznemu znaczeniu objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie w roku 1877.

"Więc przypomnę - mówi w trakcie tego wykładu - rok 1877, po tym zjednoczeniu Niemiec jesteśmy już sześć lat, bo to się dokonało w roku 1871 - wojna z Francuzami, klęska Francuzów pod Sedanem i Komuna Paryska. Bohaterowie tej komuny są tutaj [na mapie, która była w czasie wykładu prezentowana] specjalnie wyeksponowani.

Engels pisze wówczas: «W sprawie rewolucji światowej na Polaków zawsze możemy liczyć»".

A potem Grzegorz Braun powołuje się na słowa Engelsa raz jeszcze:

"Moim zdaniem, Czcigodni Ojcowie, Najświętsza Maryja Panna z jednej strony spuszcza w Gietrzwałdzie zatrute powietrze insurekcyjnego ducha polskiego, zmienia atmosferę w narodzie. A to jest naród, o którym Fryderyk Engels pisał, że zawsze można na niego liczyć. Przypomnijmy jego słowa: «Jeżeli idzie o sprawę rewolucji światowej, to na nikogo nie można liczyć tak, jak na Polaków». Więc to czyni Najświętsza Maryja Panna: wykręca wentyl z tego rewolucyjnego balonu" (Grzegorz Braun, A więc wojna. Polska - Rosja - Ukraina - Białoruś. Historyczne konteksty współczesnego konfliktu, wstęp Jan Piński, Wydawnictwo Capital, Warszawa 2022; korzystałem z wydania elektronicznego, oba cytaty z rozdziału IX: "Stały wariant gry: fiasko roku 1877").

Cudzysłowy wokół słów Engelsa sugerują, że to zwykły cytat, skądś porządnie przepisany, natomiast swoboda, z jaką ten cytat jest cytowany - że to raczej parafraza. Rzecz jednak w tym, że Engels niczego takiego wówczas nie pisze. Ani nawet niczego, co można by w ten sposób uczciwie sparafrazować (aczkolwiek uczciwa parafraza wystrzega się cudzysłowów).

Owszem, gdy Engels relacjonuje swoją i Marksa mowę na uroczystości z okazji dwunastej rocznicy wybuchu powstania styczniowego w styczniu 1875, pisze o Polakach z wielką sympatią. Ale bynajmniej nie wabi ich przy tej okazji do rewolucji światowej. Taka perspektywa w ogóle tam się nie pojawia czy nawet określenie "rewolucja światowa". Nie zapewnia też, że na Polaków zawsze można liczyć, ale odwrotnie: zapewnia Polaków, że to oni zawsze mogą liczyć na partię robotniczą. I właśnie tym zapewnieniem, niewątpliwie przesadnym, kończy:

"[...] każdy Polak nie zaślepiony interesami stanowymi musi zrozumieć, iż Polska jednego tylko sprzymierzeńca w Europie posiada i posiadać może - partią robotniczą. - Niech żyje Polska!".

"[...] jeder nicht durch Standesinteresse verblendete Pole begreifen muß, daß Polen in Europa nur einen Alliierten hat und haben kann - die Arbeiterpartei. - Es lebe Polen!" (Karl Marx, Friedrich Engels, Für Polen, [w:] Karl Marx, Friedrich Engels, Werke, tom 18, Dietz Verlag, Berlin 1976, s. 575; wyróżnienie za oryginałem).

Nb. jest w tej książce daleko bardziej kompromitujący kwiatek. Braun opowiada tam także o mniemanym powstaniu, do którego miało (mogło) dojść w wyniku decyzji Rządu Narodowego złożonego "w połowie z pożytecznych idiotów, a w połowie z agentów".

"Ten rząd pod przewodnictwem lidera, wtedy takiej najbardziej publicznie znanej postaci - księcia Adama Sapiehy z Krasiczyna - skrzyknął angielski agent".

Książę Adam Stanisław Sapieha rzeczywiście wtedy konspirował, ale akurat te wywody Brauna ilustruje znane zdjęcie syna księcia, kardynała Adama Stefana Sapiehy (można je znaleźć także w jego biogramie na Wikipedii), który w 1877 roku miał 10 lat. Nie trzeba wielkiej bystrości, by zauważyć, że wprawdzie zdjęcie to przedstawia księcia, ale księcia Kościoła, z wielkim krzyżem na piersi, u kresu życia zaś słusznie nazywanego Księciem Niezłomnym. Czyżby Grzegorz Braun nie znał się nie tylko na Rockefellerach, ale także na Sapiehach?