EBENEZER ROJT

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Platon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Platon. Pokaż wszystkie posty

Karolina Opolska, oszustka patologiczna
albo komedia grozy

Dawno nie czułem takiego zażenowania - napisał 5 listopada 2025 na Facebooku i na platformie X Artur Wójcik.

Karolina Opolska, dziennikarka i wykładowczyni dziennikarstwa, nie miała cywilnej odwagi przyznać się, że w swojej książce "Teoria spisku, czyli prawdziwa historia świata"… po prostu zmyśliła część przypisów. Nie pomyliła się, wymyśliła nieistniejące książki, albo nie zweryfikowała tego co wypluł jej AI.

Nie zweryfikowała tego, co wypluł jej AI? Aj! A nawet ajaj, bo takie podejście żadną miarą nie świadczy dobrze o umysłowości dziennikarki i wykładowczyni dziennikarstwa Karoliny Opolskiej.

Jednego wszakże nie można jej odmówić. Gdy wszyscy już i tak wiedzieli, że namiętnie i bez zabezpieczeń zabawiała się z AI - dalej nie traciła rezonu i tupetu. Może dlatego, że dziś bez tych cech w dziennikarstwie ani rusz.

Moje przypisy były prawidłowe i przygotowane zgodnie z zasadami. Doszło do nieporozumienia, wyjaśnia je wydawnictwo, które stoi za mną murem. Oświadczenie wydawnictwa wkrótce. AI nie miało z tym nic wspólnego (Karolina Opolska, post na platformie X z 5 listopada 2025; w tej samej sprawie post na Facebooku z 5 listopada 2025).
Wydawnictwo, co odnotowuję ze smutkiem, rzeczywiście stanęło za nią murem, lecz niczego nie wyjaśniło, a jedynie w kuriozalnym oświadczeniu oświadczyło:
1. na żadnym etapie książka nie była pisana ani współtworzona przez narzędzia AI,

2. w wyniku błędu technicznego w książce opublikowane zostały trzy nieprawidłowe przypisy [...] [tu wydawnictwo podało poprawione przypisy]

Po konsultacjach i wyjaśnieniach Autorki nie mamy zastrzeżeń do jej pracy. Jej książka jest bardzo dobrze udokumentowana źródłami i opisując tak trudną materię Karolina Opolska wykazała się wyjątkową rzetelnością (Oświadczenie Wydawnictwa HARDE, post na Facebooku z 5 listopada 2025; wyróżnienia moje).

I co za pech! Ta na chybcika podjęta próba gaszenia pożaru również nie wypaliła "w wyniku błędu technicznego". Oszuści - to znaczy Karolina Opolska, jak i wspierające ją w oszustwie wydawnictwo - nie tylko nie uzgodnili swoich zeznań (równolegle Opolska podała na Facebooku trochę inną wersję poprawionych przypisów), ale jeszcze głupio się z tym gaszeniem pospieszyli.

Cóż, tak właśnie bywa, gdy ktoś kurczowo czepia się nadziei, że w jego nieprawdopodobnej fuszerce dostrzeżono wyłącznie "trzy nieprawidłowe przypisy", czy raczej trzy nieistniejące książki, które wcześniej wskazał - jako oczywisty przykład "halucynacji AI" - Artur Wójcik [1]. Tymczasem AI wyhalucynowała podobnych przypisów całe mrowie. Toteż śmiechom w mediach społecznościowych nie było końca, gdyż co chwila ktoś znajdował coś nowego, jeszcze bardziej absurdalnego.

Jednak nawet wtedy Karolina Opolska dalej szła w zaparte i właśnie ten jej tępy upór w wypieraniu udowodnionego oszustwa, przypominający podobne wybryki Wojciecha Sumlińskiego [2], skłonił mnie do napisania niniejszej notki.

Szanowni Państwo, z uwagi na szerokie zainteresowanie książką Teoria Spisku i wieloma przekłamaniami w przestrzeni publicznej na jej temat, bardzo uprzejmie informuję, że w najbliższym czasie ukaże się errata wydawnictwa, która wszystko wyjaśni. Trochę cierpliwości (Karolina Opolska, post na platformie X z 7 listopada 2025).
Niżej zaś, w odpowiedzi na pytanie, kiedy się tej erraty można spodziewać, dodała:
Mam nadzieję, że jak najszybciej. Na pewno zajmie to kilka dni. Na pewno jednak będzie (Karolina Opolska, post na platformie X z 7 listopada 2025).
Gdy to piszę, minęły już ponad dwa tygodnie i erraty jak nie było, tak nie ma. Co więcej, można mieć pewność, że nie będzie jej nigdy!

W rzeczywistości nie chodzi tu bowiem ani o trzy nieprawidłowe przypisy, ani o trzydzieści trzy nieprawidłowe przypisy, ani w ogóle nie chodzi o przypisy. Przypisy to tylko wisienka na tym torcie słodkich bałamuctw wypichconych przez AI.

Trzy przykłady.

Wszystkie wzięte z jednego niewielkiego rozdziału o słynnej Atlantydzie, bo wygodniej pisać o zmyśleniach w treści, gdy sam temat jest już jako tako każdemu znany. I nie, nie chodzi o to, że Atlantyda jest zmyślona i że w ogóle spiski pełne są zmyśleń. Chodzi o zmyślone przez AI niby-cytaty z Platona i dwóch mniej znanych autorów: Ignatiusa Donnelly'ego i Grahama Hancocka.

Hancock podkreśla: "Data podana przez Platona - 9600 lat przed naszą erą - pokrywa się z gwałtownym ociepleniem klimatu na koniec ostatniej epoki lodowcowej. To moment, w którym rzeczywiście mogło dojść do zatonięcia lądu w wyniku topnienia lodowców i podniesienia poziomu oceanów" (Karolina Opolska, Teoria spisku czyli prawdziwa historia świata, Wydawnictwo HARDE, Warszawa 2025, rozdział 4 "Atlantyda - fakt czy mit?"; korzystałem z wydania elektronicznego, dalej cytowanego jako Teoria spisku).
Przypis do tego cytatu z Hancocka (autora z tej samej półki co daleko bardziej znany Erich von Däniken) brzmi:
Graham Hancock, Ślady palców bogów, tłum. Grzegorz Kołodziejczyk, Wydawnictwo Amber, Warszawa 1997, s. 145-146 (Teoria spisku).
Opolska podaje dane bibliograficzne książki Hancocka w kilku różnych wariantach [3], ja zaś z uprzejmości wybrałem ten przypis, w którym udało się jej (mam na myśli oczywiście AI) niczego nie zmyślić. Co jest sporym osiągnięciem tego konkretnego modelu językowego, gdyż wcześniej bezwstydnie zmyślił od ręki właśnie ten podany wyżej cytat z Hancocka.

Cytatu tego nie ma nie tylko na stronach 145-146 cytowanego wydania (na tych stronach Hancock pisze o Majach), ale nie ma go na żadnej stronie tej książki, w której, owszem, wspomina się o ociepleniu, kilka razy wymieniony został Platon, ale data "9600 lat przed naszą erą" nie pojawia się ani razu. Za to data ta pojawia się obficie w innej książce Hancocka Magowie bogów. Najwyraźniej autorka (znowu oczywiście mam na myśli AI) swobodnie posklejała sobie wszystko to, co znalazła w sąsiedztwie słowa 'Hancock'.

Ale chucpa ze zmyślonym cytatem z Hancocka to jeszcze nic przy tej rzuconej od niechcenia uwadze:

Już w czwartym wieku przed naszą erą filozof Krantor z Soloj twierdził, że widział w Egipcie kolumny z hieroglifami potwierdzającymi historię opisaną przez Solona (Teoria spisku).
To olśniewające erudycją zdanie (słyszeliście kiedyś o Krantorze z Soloj?) zostało dodatkowo opatrzone imponującym przypisem:
Proklos, Komentarz do Timajosa Platona, cyt. za: Ignatius Donnelly, Atlantyda: świat przedpotopowy, tłum. Krzysztof Dołowy, Wydawnictwo KOS, Katowice 1994, s. 52-53 (Teoria spisku).
Proszę, jakie eleganckie "cyt. za"! Niejeden ludzki autor zapomina o takiej staranności przy cytowaniu. Ale już polskie wydanie Donnelly'ego w przekładzie Krzysztofa Dołowego to kolejne zmyślenie AI, bo w rzeczywistości książka ta nie ma do dziś ani jednego prawdziwego polskiego przekładu, a jedynie ersatz przekładopodobny wytworzony za pomocą... tak, dobrze się domyślacie... wytworzony za pomocą sztucznej inteligencji [4].

Może jednak Karolinie Opolskiej mimo wszystko udało się przeczytać u Ignatiusa Donnelly'ego, co Proklos napisał o Krantorze z Soloj w komentarzu do Timajosa Platona (nb. ten komentarz naprawdę istnieje). Może czytała Donnelly'ego po angielsku? Bieda w tym, że Ignatius Donnelly w oryginalnym angielskim wydaniu swojej książki nigdzie tego komentarza nie cytuje [5]. Ale ponieważ Proklosa bodaj trzy razy tam wymienia, zapewne AI doszła do wniosku, że z powodzeniem mógłby go zacytować - i swoim starym zwyczajem to, co tylko prawdopodobne, uznała za rzeczywiste (w końcu jest modelem zlepiającym słowa wedle stopnia prawdopodobieństwa).

Niewykluczone też, że AI użyła do tej zlepki późnej wersji książki Donnelly'ego, wydanej prawie pół wieku po jego śmierci i zredagowanej przez Egertona Sykesa, który dodał nowe materiały oraz przypisy nieobecne w oryginalnym wydaniu. W tych przypisach Proklos rzeczywiście figuruje jako autor komentarza do Timajosa, choć jednocześnie zostało to zrobione wyjątkowo niechlujnie: bez przywołania konkretnej edycji, nie mówiąc już o numerze strony [6].

Niestety, Egerton Sykes chyba nigdy nie słyszał o Krantorze z Soloj i również w tym poszerzonym wydaniu Donnelly'ego Krantora nie ma. Nie można więc niczego zacytować o Krantorze za Ignatiusem Donnellym - tak jak to zrobiła AI w Teorii spisku. Natomiast prawdą jest, że ów Krantor pojawia się u Proklosa - i to ściśle w związku z Atlantydą. I nawet są tam też te egipskie kolumny z hieroglifami. Kto chciałby się o tym przekonać, niech zajrzy do pierwszej księgi Procli Diadochi in Platonis Timaeum commentaria (75.30-76.1-9 wg paginacji Diehla).

Na koniec jeszcze o Platonie.

Zrazu wyglądało to nieźle: Platon istnieje, dialog Platona Timajos istnieje, polski tłumacz tego dialogu, Władysław Witwicki, też istnieje. Tyle że w żadnym z wydań Timajosa w jego tłumaczeniu (w opisach tych wydań AI znów sporo nazmyślała) Atlantyda nie tonie "w jednym dniu i jednej nocy nieszczęścia". A właśnie taki cytat, ładnie oznaczony cudzysłowami i opatrzony przypisem odsyłającym do przekładu Witwickiego, znajduje się w Teorii spisku.

Jednak tym razem nie była to halucynacja z bredzeniem od rzeczy. U Witwickiego jest w tym miejscu (Timaios 25c): "jeden dzień i jedna noc okropna", czyli sens w zasadzie ten sam. Dlaczego więc nie można było od razu tak dać po bożemu? Czemu przez takie niedopatrzenie niedobrej AI wydało się, że Karolina Opolska jedynie symulowała, jakoby czytała (i cytowała) Platona w przekładzie Władysława Witwickiego?

Być może stało się tak dlatego, że choć te różne żarłoczne AI nakradły się ile wlezie z dorobku ludzkości, to jednak jeszcze nie ukradły wszystkiego (albo też chytrze tego nie ujawniają w darmowych/tanich wersjach dostępnych publicznie). W każdym razie akurat ta AI, z którą przeznaczenie połączyło Karolinę Opolską, pechowo nie miała w swoich zasobach przekładu Witwickiego i musiała kombinować, jak by tu zaspokoić fantazję swej uroczej klientki, pragnącej upstrzyć Teorię spisku również cytatem z Platona.

I trzeba przyznać, że kombinowała całkiem niegłupio. Wstawiła cytacik maleńki i niepozorny, a przełożyła go na polski ze starego angielskiego przekładu Benjamina Jowetta ("in a single day and night of misfortune"), którego odpowiedni fragment można znaleźć nawet w angielskiej Wikipedii. Po czym dała w przypisie, że to przekład Witwickiego. Dała nie bez tupetu (modele językowe uczą się także od swych użytkowników), ale gdyby umiała czuć, mogłaby się po tym szwindelku dalej czuć bezpieczna. No bo kto prócz Ebenezera Rojta zwróciłby uwagę na jakiś tam marny cytat złożony z ledwie siedmiu słów?

Rozumiecie więc sami, że sprawa jest znacznie grubsza, niż się z początku zdawało, więc jakże tu teraz do takich piętrowych zmyśleń zrobić erratę. Trzeba by chyba napisać całą Teorię spisku na nowo. Istna komedia omyłek z tą AI!

Natomiast po ludzku sprytna Karolina Opolska zadbała już o to, by w tej komedii pojawiła się także nutka grozy:

- To błędy techniczne, które się zdarzają. Wiem, że wkrótce pojawi się errata, a w niej właściwa forma bibliografii. Zajmie to pewnie kilka dni. Nie chcę się zagłębiać w to, co dokładnie się wydarzyło. Im więcej powiem, tym będzie dla mnie gorzej - mówi mi Karolina Opolska. - To jest dla mnie bardzo ciężki czas. Od trzech dni nie jem i nie śpię. Skala hejtu, który się na mnie wylał, jest niewyobrażalna (Paweł Marcinkiewicz, Dziennikarka TVP Info wykorzystała źródła zmyślone przez AI. "Od trzech dni nie śpię", warszawa.wyborcza.pl, 9 listopada 2025; wyróżnienie moje).
Strategia nie powala oryginalnością: iść w zaparte, do niczego się nie przyznawać i przedstawiać siebie jako ofiarę niewyobrażalnego hejtu. Niemniej jest to strategia skuteczna, co wypraktykował już swego czasu Wojciech Sumliński i na niej właśnie oparł swój sukces. Podobno prześladowano go aż tak bardzo, że nawet próbował "popełnić samobójstwo". Tyle że wzruszający opis tego samobójstwa okazał się kolejnym plagiatem.

W filmowej Komedii grozy (The Comedy of Terrors, 1963) główny bohater Waldo Trumbull (Vincent Price), planujący kolejne morderstwo, ostrzega swego przymusowego pomagiera Felixa Gillie (Peter Lorre), by nie ważył się iść na policję i na wszelki wypadek przypomina mu jego sytuację:

- Jak myślisz, kto będzie dla nich bardziej wiarygodny? Pan Waldo Trumbull, szanowany obywatel i przedsiębiorca pogrzebowy, czy pan Felix Gillie, poszukiwany uciekinier, który przyznał się do obrabowania banku (wanted fugitive and confessed bank robber)?

Na co oburzony Felix odpowiada: - Nigdy się nie przyznałem! Oni mi to udowodnili (I've never confessed! They just proved it).

Sześćdziesiąt lat później życie po raz kolejny naśladuje sztukę.

[Aneks albo jak to widzą w "Polityce"]

Kilka dni po mojej notce sprawą zainteresowała się również "Polityka".
Dwa duże skandale wstrząsnęły ostatnio polskim rynkiem literackim i oba rynek (oraz czytelnicy) musi potraktować jak alarmy ostrzegawcze. Pierwszym była afera ze zmyślonymi przypisami w książce "Teoria spisku" dziennikarki TVP Info Karoliny Opolskiej. Bibliografię przewertował czujnie Artur Wójcik, popularyzator historii, twórca fanpage'a Sigillum Authenticum. Kilka pozycji wymienił: Witold Kula nie napisał "Historii cywilizacji słowiańskiej", nawet się słowiańszczyzną nie zajmował. Stanisław Mikołajczyk nie ma w dorobku "Historii Polski". Itd., itd. Człowiek by tego nie wymyślił, tak halucynuje tylko AI. Winę wziął na siebie wydawca, niesmak pozostał.

Ludzkie zaniechania bolą mocniej. Pisarka Kalina Błażejowska nagłośniła w sieci własną sprawę - Jarosław Molenda, autor ok. 60 książek, skorzystał z jej pracy, ale tego nie zaznaczył, ma też własny pogląd na to, jak stosować cudzysłowy i przypisy (AŻ, Przypis do afer, "Polityka" nr 48, 26 listopada - 2 grudnia 2025, s. 6).

Podsumowanie w ten sposób skandalu z Teorią spisku wygląda co najmniej dziwnie. Kto o sprawie nie słyszał, może nawet dojść do wniosku, że to właśnie Karolinie Opolskiej stała się krzywda. Ona ("człowiek") niczego nie wymyśliła: to tylko swawolna AI trochę sobie pohalucynowała, a winę za jej niedopilnowanie wziął na siebie wydawca.

Nie ma w tym podsumowaniu ani słowa o wielokrotnie powtarzanych zapewnieniach Opolskiej, że z jej książką AI nie miało nic wspólnego, ani o solennie obiecywanej erracie, do dziś nieistniejącej. A przecież powinna się ona pojawić właściwie natychmiast, skoro książkę popsuto w wydawnictwie, a jej prawidłowy egzemplarz wciąż ma na swoim komputerze autorka.

Brakuje wreszcie jasnego stwierdzenia, że książka ta jest jednym wielkim humbugiem, gdyż zmyślenia znajdują się zarówno w przypisach, jak i w treści, też przynajmniej częściowo wygenerowanej przez AI. Do czego jednak Karolina Opolska uparcie nie chce się przyznać, brnąc dalej w kłamstwa i zaprzeczenia.

Z ciekawości przyjrzałem się jeszcze temu drugiemu skandalowi - z książką Jarosława Molendy. Spodziewałem się czegoś naprawdę wyjątkowego, skoro to właśnie postępki Molendy "bolą mocniej", a po pierwszym skandalu pozostał jedynie "niesmak". Tymczasem przy rozległym i zuchwałym oszustwie Karoliny Opolskiej jest to mały i zleżały kapiszon.

Rzeczywiście poszło o cudzysłowy i przypisy, ale nie jest prawdą, jakoby Jarosław Molenda w książce Zbrodnia w Kobierzynie. Nazistowska zagłada pacjentów szpitala psychiatrycznego (Wydawnictwo Filia 2024) nie zaznaczył tego, że korzystał z książki Kaliny Błażejowskiej Bezduszni. Zapomniana zagłada chorych (Wydawnictwo Czarne 2023). Umieścił jej książkę w bibliografii i cztery razy cytuje ją w swoich przypisach.

Tyle że zdaniem Błażejowskiej zaznaczał te cytaty zbyt oszczędnie, a ponadto ukradł jeszcze kilka jej własnych przypisów. O tym wszystkim możecie przeczytać ze szczegółami w jej barwnym i długim poście na Facebooku (post z 18 listopada 2025; wersja zarchiwizowana), więc nie będę tu tego streszczał.

Nie jest to kradzież z rozmachem, raczej drobna. W sumie dziesięć zapożyczeń. Nadto połowa tych zapożyczeń to właśnie kradzież cytatu i przypisu. Na przykład Błażejowska przeczytała książkę Melvyna Conroya Nazistowska eugenika i zacytowała z niej dwa zdania ze strony 136, a Molenda wziął te same dwa zdania i powtórzył przypis Błażejowskiej - tak jakby to on sam je osobiście u Conroya wyszukał. Czyli zapomniał użyć w swoim przypisie tego "cyt. za", o którym już nawet głupia AI wie, że należy do obyczajów uczciwego autora.

Nie sposób tego uznać na przypadkową zbieżność, możliwą w sytuacji, gdy dwoje autorów zajmuje się tym samym tematem. Za każdym razem są to dokładnie te same zdania, które zacytowała Błażejowska. Kilka tych cytatów sprawdziłem i okazało się, że Molenda w jednym z przypisów powtarza nawet błąd Błażejowskiej [7]. Również to zbyt oszczędne gospodarowanie cudzysłowami nie wygląda dobrze, a czasem cudzysłowów nie ma wcale.

Postępki brzydkie, ale Jarosław Molenda, zręczny producent niegłupich czytadeł, wydaje mi się zbyt łatwym chłopcem do bicia. Przecież w gruncie rzeczy nie zrobił nic innego, niż zrobiło to przed nim wielu innych autorów, znacznie bardziej od niego poważanych. Zgubił trochę cudzysłowów - jak profesor Tadeusz Gadacz [8]. Zapomniał o wstawianiu "cyt. za" przy przepisywaniu cudzych przypisów - jak profesor Zygmunt Bauman [9]. I skorzystał z przywoływanego autora w znacznie większym stopniu, niż to zechciał ujawnić - jak Ryszard Kapuściński [10].

A mimo to autorzy ci nadal cieszą się poważaniem, choć na dobry ład ich postępki powinny boleć jeszcze mocniej. Ale może za to ból "Polityki" jest lepszy niż mój.

[1] Były to zmyślenia tak absurdalne, że przynajmniej jedno z nich powinno zapalić czerwoną lampkę u każdej przyzwoicie wykształconej osoby. Cytuję ten sam post Artura Wójcika, którym zacząłem tę notkę:

"To nie jest kwestia błędu w nazwisku autora, pomyłki w tytule, roku wydania czy numerze strony. Mówimy o całkowicie zmyślonych publikacjach, rzekomo autorstwa znanych historyków:

• Stanisław Mikołajczyk, Historia Polski, PWN, Warszawa 1989, s. 55-59 - taka książka nie istnieje, nie figuruje w żadnym katalogu bibliotecznym.

• Witold Kula, Historia cywilizacji słowiańskiej, PWN, Warszawa 1984, s. 89-95 - również nie istnieje. Zresztą Kula zajmował się przede wszystkim historią gospodarczą, więc od razu mnie zdziwiło, skąd u niego ta słowiańszczyzna.

• Gerard Labuda, Chrystianizacja Polski, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1999, s. 17-20 - ta pozycja także nigdy nie została wydana.

Edycja Roczników Jana Długosza też jest pomylona".

[2] Kto chciałby wiedzieć więcej o plagiatach i oszustwach Wojciecha Sumlińskiego, niech przeczyta w OSOBACH: "Wojciech Sumliński - plagiator patologiczny WYPISY" i "Wojciech Sumliński - plagiator patologiczny. Aneks do raportu o złodziejstwie i oszustwie".

[3] Prócz tytułu Ślady palców bogów i wydania Wydawnictwa Amber z roku 1997, pojawia się też wariant Śladami palców bogów oraz wydania z roku 2000, 2001 i 2004.

[4] Ignatius Donnelly, Atlantyda - świat przedpotopowy, Atlantis - The Antediluvian World, książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej, Wydawnictwo Armoryka, Sandomierz 2024 (data podana na stronie ebookpoint.pl).

Jak informuje wydawca:

"Niniejszy tekst został przetłumaczony z języka angielskiego na język polski przy pomocy narzędzi automatycznych, w tym technologii sztucznej inteligencji. Z tego względu tłumaczenie może zawierać niedokładności, które nie były redagowane ręcznie. Dokładamy starań, aby zapewnić wysoką jakość tekstu, jednakże prosimy o wyrozumiałość, jeśli pojawią się błędy lub różnice względem oryginału".

Po czymś takim trudno się zdecydować, czy pochwalić wydawcę za uczciwość, czy zrugać za bezczelność ("Dokładamy starań, aby zapewnić wysoką jakość tekstu").

[5] Ignatius Donnelly, Atlantis. The Antediluvian World, Harper & Brothers, Nowy Jork 1882. Proklos (Proclus) wymieniony na stronach 27, 91 i 333.

[6] Ignatius Donnelly, Atlantis. The Antediluvian World. A Modern Revised Edition, redakcja Egerton Sykes, Gramercy Publishing Company, Nowy Jork 1949. "Proclus, Commentary on the Timaeus" w przypisie 3 na stronie 327, w przypisie 12 na stronie 328 oraz w przypisie 16 na stronie 345, w którym Proklos zmienia się niespodzianie w Proklosa z Bizancjum (Proclus of Byzantium). Ale w tym ostatnim przypisie Sykes przynajmniej prawidłowo podaje daty jego życia: 412-485 (wcześniej było błędne 412-455).

[7] Błażejowska cytuje to, co napisał Stanisław Batawia, i daje do cytatu taki przypis: S. Batawia, Zbrodnie niemieckie jako zagadnienie socjologiczne i kryminologiczne, "Rocznik Psychiatryczny" 1949, nr 37, s. 60.

Molenda zaś kradnie ten cytat (i to w uwspółcześnionej pisowni - jak u Błażejowskiej) i jego przypis wygląda tak: S. Batawia, Zbrodnie niemieckie jako zagadnienie socjologiczne i kryminologiczne, "Rocznik Psychiatryczny" 1949, t. XXXVII, nr 1, s. 60.

Naprawdę cytat ten znajduje się na stronie 62, ale - co ciekawe - samo źródło Molenda cytuje prawidłowo (tom 37, numer 1), a Błażejowska błędnie (numer 37).

[8] "«Kilka przypisów, o które jestem oskarżany, pochodzi z książek, które są w tomie wielokrotnie cytowane» - napisał prof. Gadacz w odpowiedzi na mój e-mail. «Dlaczego cytując rozprawy wielokrotnie, miałbym ukryć jakieś cytaty? Przyzna pan, że to nielogiczne. Wielokrotnie przepracowywałem tekst. Także wydawca przenosił przypisy w fazie redakcji, o czym chyba pisze. Nie spotkałem się z przypadkiem, by ktoś, kto popełnia plagiat, jednocześnie ujawniał jego źródła»" (Adam Leszczyński, Tajemnica znikających przypisów, wyborcza.pl, 28 stycznia 2012).

Również autorzy stale obecni w "Polityce" czasem oszczędzają na cudzysłowach i przywoływaniu wykorzystanych prac. Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta notkę: "Jak plagiatuje się w "Polityce" albo ciepły kontakt z prostym czytelnikiem".

[9] Kto chciałby wiedzieć więcej o postępkach Zygmunta Baumana, niech przeczyta w OSOBACH: "Zygmunt Bauman przepisuje z Wikipedii albo wielka nauka i małe machlojki".

[10] Kto chciałby wiedzieć więcej, czego nie ujawnił, a co zmyślił Ryszard Kapuściński, niech przeczyta w OSOBACH: "Ryszard Kapuściński o czarach w Afryce albo jak czarował czarodziej reportażu".

Robert Tekieli demaskuje Fryderyka Engelsa
albo bolszewicki dekret o nacjonalizacji kobiet

Wykształceni inaczej oburzyliby się - pisze wykształcony jeszcze inaczej Robert Tekieli [1] - gdyby powiedzieć im, że [wspierając LGBT] głoszą marksistowską ideologię. Skąd mają wiedzieć, że w 1884 r. Fryderyk Engels w książce "Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa" uznał monogamiczną rodzinę za szkodliwy przeżytek.
Robert Tekieli napisał to wprawdzie tylko w felietonie - czyli w formie swobodnej, dziś z premedytacją używanej do opowiadania baśni - ale skoro już nieopatrznie przeczytaliście kawałek Tekielego, to teraz będziecie musieli za karę przeczytać kawałek Engelsa. Pocieszcie się jednak, że niezbyt duży, a poza tym dzięki temu wzrośnie poziom waszego marnego (tako rzecze Tekieli) wykształcenia.

Książka Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa [2] (wydana, co nie bez znaczenia, po śmierci Marksa [3]) nie ma dziś prawie żadnej wartości naukowej i można ją traktować wyłącznie jako historyczną ciekawostkę. Engels przeważnie referuje w niej z entuzjazmem poglądy Lewisa Morgana, którego wizja rozwoju cywilizacji jest już przestarzała jak teoria cieplika. Powołuje się też najzupełniej serio na koncepcję matriarchatu Johanna Jakoba Bachofena (matriarchat niestety również wymyślił biały mężczyzna). Wszystko to jednak nie upoważnia nikogo do niefrasobliwego fantazjowania, że według Engelsa "monogamia to skandal". Otóż nie!

Jesteśmy obecnie - to już pisze Fryderyk Engels, który nie miał nawet matury - w przededniu rewolucji społecznej, kiedy dotychczasowe ekonomiczne podstawy monogamii nieuchronnie znikną, tak samo jak jej uzupełnienie - prostytucja. Monogamia powstała ze skoncentrowania większych bogactw w jednym ręku, a mianowicie w ręku mężczyzny - i z konieczności przekazania tych bogactw w spadku dzieciom tego mężczyzny, a nie żadnego innego. Do tego była potrzebna monogamia kobiety, a nie mężczyzny, ta monogamia kobiety zatem absolutnie nie przeszkadzała jawnej lub ukrytej poligamii mężczyzny. Nadchodząca rewolucja społeczna przez przekształcenie we własność społeczną przynajmniej przytłaczającej większości trwałych, dających się przekazać w dziedzictwie bogactw - środków produkcji - sprowadzi do minimum całą tę troskę o dziedzictwo. Skoro zaś monogamia powstała z przyczyn ekonomicznych, powstaje pytanie, czy zniknie ona, gdy znikną te przyczyny?

Można by nie bez słuszności odpowiedzieć: monogamia nie tylko nie zniknie, lecz wówczas dopiero zostanie urzeczywistniona w całej pełni, gdyż wraz z przekształceniem środków produkcji we własność społeczną zniknie również praca najemna, proletariat, a więc dla pewnej - statystycznie obliczalnej - ilości kobiet zniknie konieczność oddawania się za pieniądze. Prostytucja zniknie, monogamia zaś, zamiast zginąć, stanie się wreszcie rzeczywistością - także i dla mężczyzn (Engels, s. 87; wyróżnienia moje).

Będzie to bowiem monogamia wyrastająca ze swobodnej decyzji dwojga osób, w związku z czym Engels snuje potem rozważania o naturze "indywidualnej miłości płciowej" i pisze o niej niemal jak jakiś, za przeproszeniem, religiancki kołtun:
Ponieważ jednak miłość płciowa jest z natury swej wyłączna - chociaż dzisiaj tę wyłączność widzimy jedynie wśród kobiet - to małżeństwo oparte na miłości płciowej jest z natury swej małżeństwem pojedynczej pary (Engels, s. 93; wyróżnienia moje) [4].
"Z natury swej wyłączna"! Czyli żadne tam poliamoryzmy, panseksualizmy, czy inne burżuazyjne dewiacje. I nie muszę chyba dodawać, że ta "pojedyncza para" to dla Engelsa była "z natury" wyłącznie para męsko-damska [5].

Tyle o monogamii według Engelsa.

Naturalnie tej bajki o Engelsie, rzekomo uważającym monogamię za skandal, Tekieli sam nie wymyślił, a jedynie powtórzył zmyślenie krążące po świecie. Powtórzył zaś po to, by zaraz gładko przejść do rewelacji jeszcze bardziej oburzającej. Ci "wykształceni inaczej", którzy nie czytali Engelsa, nie wiedzą bowiem - pisze dalej Tekieli, który też Engelsa nie czytał - jakie bezeceństwa jego myśl zainspirowała.

Nie mają pojęcia, że w 1918 r. bolszewicy zgodnie z opartą na przemyśleniach Engelsa dyrektywą Trockiego w kolejnych zdobywanych rosyjskich miastach ogłaszali dekret o nacjonalizacji i dystrybucji kobiet. Skasowanie takich pojęć jak "moja żona", "mój mąż" komuniści osiągali za pomocą losowania. Kobieta musiała przez kwartał żyć z mężczyzną, który ją wylosował. Do następnego losowania. Obywatele mężczyźni mieli też "prawo korzystać z kobiety nie częściej niż cztery razy w tygodniu i nie dłużej niż przez trzy godziny". Chodziło o młode dziewczyny w wieku od 16 do 25 lat (Tekieli, s. 64).
Tymczasem to właśnie Robert Tekieli najwyraźniej nie ma pojęcia, że ten bolszewicki dekret o nacjonalizacji i dystrybucji kobiet to kolejna baśń, fałszywka, fake news. Nie było żadnych losowań, przymusowych kwartałów, żadnych harmonogramów korzystania przez obywatela mężczyznę z obywatelki kobiety etc. Wszystko to mistyfikacja [6].

Rzekomo odnaleziono ten dekret w czasach rozpadu Związku Radzieckiego w jakichś archiwach. Czasem dla większego fasonu są to nawet "archiwa KGB". Tę wersję powtarza na przykład pewien rosyjski seksuolog (!) w mocno bałamutnym łotewskim filmie Seks w ZSRR. Prawda i obłuda [7]. Ale nie, nie odnaleziono. W najlepszym wypadku są to tylko sensacyjne artykuliki ze starych gazet.

Nie znaczy to, rzecz jasna, że do żadnych ekscesów wtedy nie dochodziło. Sama rewolucja była jednym wielkim ekscesem, pełnym przemocy i gwałtów. Lenin nie miał nic przeciwko łagrom dla przeciwników rewolucji, ale akurat prób "nacjonalizacji kobiet" nie aprobował i kazał sprawdzać nawet błahe (w porównaniu do innych krzywd) skargi [8]. Nb. o ile z łagrów, w końcu instytucji utajnianej w najwyższym stopniu, zachowało się mnóstwo relacji, o tyle próżno szukać wspomnień obywatelek kobiet wylosowanych przez przypadkowego obywatela mężczyznę w ramach dekretu o nacjonalizacji.

A jeśli nawet jakieś skromne ekscesy obyczajowe tu i ówdzie się pojawiały, to nie potrwało to długo. Już w 1924 roku Aron Załkind, autor Dwunastu płciowych przykazań rewolucyjnego proletariatu, ustalił, że rewolucyjnego proletariusza obowiązuje przed ślubem wstrzemięźliwość płciowa. "A co szkodliwego - powiedzą nam - w aktywności płciowej przed ślubem? Szkodliwe jest to, że taka aktywność płciowa jest niezorganizowana" [9]. Odtąd więc wypadało być zorganizowanym także i w tej sferze. Później skończyły się łatwe rozwody za trzy ruble, a jeszcze później organizacje partyjne zaczęły wtrącać się do aktywności płciowej towarzyszy, którzy (niczym jacyś rozpustni burżuje) nie dochowywali wierności swoim towarzyszkom żonom.

Opowieści o bolszewikach nacjonalizujących kobiety mają więc generalnie tyle wspólnego z rzeczywistością, co opowieści o feudałach egzekwujących prawo pierwszej nocy [10]. Źródła wprawdzie żadne albo marne, ale wyobraźnia i tak żywi się tym, że nie można absolutnie wykluczyć, że jednak ktoś, kiedyś, gdzieś, chociaż trochę..., choć po bliższym zbadaniu zwykle i tak okazuje się, że chodzi o historyjkę dorobioną post factum do banalnych w czasach zamętu gwałtów i rozbojów.

W dodatku opowieści o tym, jak to w socjalizmie żony będą wspólne, utrwaliły się w ludzkiej wyobraźni na długo przed rewolucją. Zawsze też chętnie się na nie oburzano, bo przecież równocześnie były tak ekscytujące. Nawet nieco safandułowaty Ignacy Rzecki odnotował tę ciekawostkę w swoim pamiętniku już pod koniec lat 70. XIX wieku:

Młodzieniec ten [Mraczewski] dowodził mi, przytaczając nazwiska ludzi podobno bardzo mądrych, że wszyscy kapitaliści to złodzieje, że ziemia powinna należeć do tych, którzy ją uprawiają, że fabryki, kopalnie i maszyny powinny być własnością ogółu, że niema wcale Boga, ani duszy, którą wymyślili księża, aby wyłudzać od ludzi dziesięcinę. Mówił dalej, że jak zrobią rewolucję (on z trzema "prykaszczykami"), to od tej pory wszyscy będziemy pracowali tylko po ośm godzin, a przez resztę czasu będziemy się bawili, mimo to zaś, każdy będzie miał emeryturę na starość i darmo pogrzeb. Wreszcie zakończył, że dopiero wówczas nastanie raj na ziemi, kiedy wszystko będzie wspólne: ziemia, budynki, maszyny, a nawet żony.

Ponieważ jestem kawalerem (nazywają mnie nawet starym) i piszę ten pamiętnik bez obłudy, przyznam więc, że mi się ta wspólność żon trochę podobała. Powiem nawet, że nabrałem niejakiej życzliwości dla socjalizmu i socjalistów. Po co oni jednak koniecznie chcą robić rewolucję, kiedy i bez niej ludzie miewali wspólne żony? [11].

Cóż, komuniści naobiecywali ludziom bardzo wiele najprzeróżniejszych atrakcji. Ot, obiecanki... Niemniej niektórzy do dziś pielęgnują złudzenia, że przynajmniej z tymi wspólnymi żonami dotrzymali słowa [12].

Naprawdę jednak także i to - podobnie jak zdobycie kiełbasy czy papieru toaletowego - zależało zawsze przede wszystkim od indywidualnej przedsiębiorczości.

[Dopisek z wypisami z Platona]

I jeszcze pouczający dopisek dla wykształconych inaczej. Otóż wszystkie te wdzięczne motywy - wspólność kobiet, zniesienie rodziny i nawet te losowania ustalające kto z kim - wprawdzie trudno znaleźć u Marksa czy Lenina, ale za to bez trudu można je znaleźć u Platona, wielce poważanego przez licznych Ojców Kościoła. "Platon, natchniony przez Judejczyków" - pisze w Kobiercach (I, 10, 2) Klemens Aleksandryjski. "Co się jednak tyczy Platona [...], to osobiście nie mam wątpliwości, że należy go stawiać nie tylko ponad bohaterami, lecz nawet ponad samymi bogami" - pisze w dziele O państwie Bożym (ks. II, r. 14, 2) święty Augustyn. To teraz poczytajcie sobie, co ten natchniony Platon umyślił:
"- Za tym prawem - dodałem [dodaje Sokrates, który jest głosem Platona] - idzie prawo drugie, i za wszystkimi poprzednimi moim zdaniem, takie:

- Jakie? [pyta Glaukon, który jest tutaj rozmówcą Sokratesa, a w rzeczywistości był starszym bratem Platona]

- Że kobiety wszystkie powinny być wspólną własnością tych mężczyzn, a prywatnie, dla siebie, żaden nie powinien mieszkać z żadną. I dzieci też powinny być wspólne, i ani rodzic nie powinien znać swego potomka, ani syn rodzica.

- To - powiada - większe od tamtego. Jeszcze trudniej będzie ludziom uwierzyć w jego możliwość i w pożytek.

- Ja nie myślę - dodałem - żeby miały być spory o pożytek, czy to nie jest największym dobrem, żeby kobiety były wspólną własnością i wspólną własnością dzieci, jeżeli to tylko rzecz możliwa. [...]

- Ho, ho, przyjacielu kochany - dodałem. - Widzisz, jak gwałtownie nam tego potrzeba, żeby rządzący byli pierwszej klasy, jeżeli z rodem ludzkim tak samo [tak samo jak z rozmnażaniem rasowych psów, ptaków i koni, by ich potomstwo było jak najlepsze].

- A przecież jest tak samo - powiada. - Ale co z tego? [...]

- Potrzeba przecież - odpowiedziałem - wobec tego, cośmy uchwalili, żeby najlepsi mężczyźni obcowali z najlepszymi kobietami jak najczęściej, a najgorsi z najlichszymi jak najrzadziej, i potomków z tamtych par trzeba chować, a z tych nie, jeżeli trzoda ma być pierwszej klasy. A o tym wszystkim nie ma wiedzieć nikt, tylko sami rządzący, jeżeli znowu trzoda strażnicza ma być jak najbardziej wolna od rokoszów i rozłamów. [...]

- I losowania jakieś - uważam - trzeba będzie chytrze urządzać. Tak, żeby ten gorszy mężczyzna o każdy swój związek obwiniał los, a nie rządzących.

- Bardzo chytrze - powiada.

- A młodym ludziom, którzy się odznaczą na wojnie albo gdzieś indziej, trzeba dawać podarunki i nagrody, a między innymi częstsze pozwolenia na stosunki z kobietami, aby - i to pod tym pozorem - jak największa ilość dzieci po nich została" (Państwo, 457c-457d, 459e-460b; przekład Władysława Witwickiego).

Dla zwięzłości opuściłem liczne wątki feministyczno-genderowe, ale w wizji natchnionego Platona jest tam jeszcze i o tym, że "do wszystkich zajęć nadaje się z natury kobieta i do wszystkich mężczyzna", więc i kobiety mogą być strażniczkami (coś pośredniego między zawodowym wojskiem i ABW), i nawet ćwiczyć nago, bo to nic wstydliwego (455e, 457a-b). I naturalnie również "w urzędach będą pracowały kobiety pospołu z mężczyznami" (460b-c).

A morał tych rozważań też jest nowoczesny, choć może nieco smutny.

Zdaje się, że nasi rządzący będą musieli często stosować kłamstwo i oszukiwanie dla dobra rządzonych (459c).
W podręcznikach filozofii piszą zazwyczaj, że Platon był idealistą, choć wygląda to raczej na brutalny realizm. O czym przypominam, bo pewnie dotąd wam się zdaje, że rządzą wami może liberałowie, może socjaliści albo może nawet - jak zdaje się Robertowi Tekielemu - jacyś rozpustni komuniści.

Tymczasem zaś prawda jest taka, że pod rozmaitymi szyldami rządzą wami z reguły bezwiedni fani Platona.

[1] Robert Tekieli, To jest inwazja, "Sieci" 5-11 października 2020, nr 41, s. 64. Dalej cytuję jako Tekieli.

[Dopisek] Może to tylko niezobowiązujące przekomarzanki między dawnymi kolegami z "bruLionu", ale po przeczytaniu poniższego wspomnienia, wyrozumialej patrzę na umysłowe przygody Roberta Tekielego:

"Z Tekielim było tak, że jeśli ja mówiłem brzydkie słowo, to on mówił: «O nie, nie, nie. Mów to wyraźniej i głośniej. Nie umiesz nawet kląć». Tekieli był bardziej anarchistyczny niż każdy z nas, bardziej punkowy niż każdy z nas, przeczytał więcej niż każdy z nas. Szanował nasze indywidualności, ale tylko na tej zasadzie, że mógł coś z nich wziąć. I to już było jego. Bluźnił strasznie przeciwko Bogu i dobrze, że go pokarało. Ale czemu aż tak?" (Marcin Świetlicki, Nieprzysiadalność. Autobiografia, rozmawia Rafał Księżyk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017; korzystałem z wydania elektronicznego przygotowanego prze eLiterę, cytat z rozdziału szóstego "Moment dziejowy").

Wiele wyjaśnia też przerażające późne wyznanie samego bluźniercy:

"Z nudów, mając dziewięć lat, w czasie długiej choroby przeczytałem 13-tomową Encyklopedię PWN" (Robert Tekieli, Durfy, "Sieci" 28 czerwca-4 lipca 2021, nr 26, s. 66).

[Jeszcze jeden dopisek] Ta peerelowska encyklopedia najwyraźniej kryje w sobie jakąś dziwną moc. Oto wyznanie kogoś z zupełnie innej parafii, czy raczej w ogóle bez parafii:

"Czy domyślałem się strasznej zasady rzeczywistości, kiedy w końcu, później niż inne dzieci, nauczyłem się czytać i moją ukochaną lekturą stała się granatowa, dwunastotomowa plus suplement encyklopedia PWN, która stała w biblioteczce mojego dziadka Jorga? Przyswajałem ją na dwa sposoby, najpierw otwierając na chybił trafił, potem zaś czytając tomy po kolei, od deski do deski".

Jak ta moc zadziałała, dokładnie nie wiadomo, może przez uwypuklenie kontrastu świata realnego ze światem encyklopedycznym. W każdym razie czytelnik encyklopedii odtąd wzrastał w mądrości i w mocy tak pięknie, że ostatecznie mógł o sobie z dumą powiedzieć: "jestem nie do zajebania" (Szczepan Twardoch, Moje życie, moja walka, moja klęska, [w:] Idem, Wieczny Grunwald, wydanie trzecie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021, s. 215, 212).

Być może jednak nie chodzi tu o encyklopedię PWN (ta po prostu była akurat pod ręką), lecz o encyklopedię jako taką. Jak twierdzi Paweł Majewski, "w jednostkach skłonnych do poświęcania rzeczy na rzecz słów wzbudza zaś [encyklopedia] często silną fascynację i «pożera» ich umysły siłą swojej pozornej wszechogarniającej uniwersalności" (Paweł Majewski, Mantykora. Wczesna historia encyklopedii, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2022, s. 24).

Ta uniwersalność potrafi się potem, rzecz jasna, objawić rozmaicie. Na przykład jako "straszna zasada rzeczywistości" albo jako przekonanie, że "wszystkie systemy filozoficzne mijają, jak cienie, a msza po staremu się odprawia".

Nb. Majewski najwyraźniej nie zna dokonań obu cytowanych przeze mnie herosów, gdyż pod koniec swej przyjemnie napisanej i pożytecznej książki trochę ryzykownie stwierdza: "Lecz nie da się przeczytać w całości encyklopedii - czy raczej: przeczytanie jej w całości nie miałoby sensu" (s. 262). Tymczasem, jak widać, da się i co więcej - obaj czytelnicy nie uznali tego przedsięwzięcia za bezsensowne.

[2] Fryderyk Engels, Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa. W związku z badaniami Lewisa H. Morgana, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 21, Książka i Wiedza, Warszawa 1969. Jest to przejrzany i poprawiony przekład J. F. Wolskiego [Ludwika Krzywickiego]: Fr. Engels, Początki cywilizacyi. Na zasadzie i jako uzupełnienie badań Lewisa H. Morgana, Paryż - Lipsk 1885. Dalej cytuję jako Engels.

[3] Nie bez znaczenia, bo Engels, jakby wyzwolony spod kurateli Marksa, często mitygującego jego nadmierny entuzjazm, w paru miejscach dał się temu entuzjazmowi ponieść. Na przykład w poniższej pochwale ustroju rodowego, przedstawionego zresztą - za Morganem - w dość bajeczny sposób:

"Jak wspaniały jest ten ustrój rodowy przy całej swej dziecinnej prostocie! Bez żołnierzy, żandarmów i policjantów, bez szlachty, królów, namiestników, prefektów i sędziów, bez więzień, bez procesów - wszystko idzie swym normalnym trybem. Wszelkie spory i zatargi rozstrzyga ogół tych, których to dotyczy: ród lub plemię, lub poszczególne rody między sobą. Jako ostateczny, rzadko stosowany środek grozi krwawa zemsta, której cywilizowaną formą, obciążoną wszystkimi zaletami i wadami cywilizacji, jest nasza kara śmierci. I chociaż spraw wspólnych jest daleko więcej niż w naszych czasach - gospodarstwo domowe szeregu rodzin jest wspólne i komunistyczne, ziemia jest własnością plemienia, tylko ogródki przydzielane są czasowo oddzielnym rodzinom - nie ma tam jednak ani śladu naszego rozgałęzionego i zawikłanego aparatu administracyjnego. Rozstrzygają zainteresowani, a w większości wypadków odwieczny zwyczaj już z góry wszystko uregulował. Biednych i potrzebujących nie może być - komunistyczne gospodarstwo i ród znają swe obowiązki względem starych, chorych i okaleczonych na wojnie. Wszyscy są równi i wolni - również kobiety. Nie ma tu jeszcze miejsca na niewolników, na ogół nie ma go również na ujarzmienie obcych plemion. [...] A jakich mężczyzn i kobiety wychowuje takie społeczeństwo, świadczy podziw wszystkich białych, którzy się stykali z niezdemoralizowanymi Indiami, dla godności osobistej, prawości, siły woli i męstwa tych barbarzyńców. [...]

Tak wyglądali ludzie i społeczeństwo ludzkie, zanim nastąpił podział na różne klasy. I jeśli porównamy ich położenie z położeniem olbrzymiej większości dzisiejszych ludzi cywilizowanych, to okaże się, że odległość między dzisiejszym proletariuszem i drobnym chłopem a dawnym wolnym członkiem rodu jest ogromna" (Engels, s. 108-109).

Ktoś, komu podsunie się wyłącznie taki cytat, łatwo uwierzy w popularną bajkę, jakoby Marks z Engelsem od początku planowali powrót społeczeństwa do stanu wspólnoty pierwotnej. Tymczasem następująca po tej pochwale ustroju rodowego pointa ma zupełnie inną wymowę:

"To jedna strona. Ale nie zapominajmy, że organizacja ta była skazana na zagładę. [...] Ustrój rodowy w okresie swego rozkwitu, taki, jaki widzieliśmy w Ameryce, implikuje nadzwyczaj słabo rozwiniętą produkcję, a więc nadzwyczaj nieliczną ludność zamieszkującą olbrzymie terytorium oraz zupełne niemal panowanie nad człowiekiem otaczającej go przyrody, obcej mu i niezrozumiałej, co odzwierciedla się w dziecinnych wyobrażeniach religijnych. [...] Jakkolwiek ludzie tej epoki imponują nam teraz, nie różn[i]ą się oni jeden od drugiego; jak mówi Marks, wiszą oni jeszcze na pępowinie wspólnoty pierwotnej. Potęga tej wspólnoty pierwotnej musiała być złamana - i została złamana" (Engels, s. 109-110).

Czego by złego o Marksie nie mówić, z pewnością nie marzył on o ustroju implikującym "nadzwyczaj słabo rozwiniętą produkcję" oraz mentalność odzwierciedlającą się w "dziecinnych wyobrażeniach religijnych".

[4] Dla koneserów to kołtuńskie zdanie raz jeszcze w oryginale:

"Da nun die Geschlechtsliebe ihrer Natur nach ausschließlich ist - obwohl sich diese Ausschließlichkeit heutzutage nur in der Frau durchweg verwirklicht -, so ist die auf Geschlechtsliebe begründete Ehe ihrer Natur nach Einzelehe" (Friedrich Engels, Der Ursprung der Familie, des Privateigentums und des Staats. Im Anschluß an Lewis H. Morgans Forschungen, [w:], Karl Marx, Friedrich Engels, Werke, tom 21, Dietz Verlag, Berlin 1962, s. 82).

Owszem, Engels uważał, że w przyszłości "z całą pewnością odpadną od monogamii te wszystkie cechy charakterystyczne, które zostały na niej wyryte na skutek jej pochodzenia ze stosunków własności: po pierwsze, przewaga mężczyzny, po wtóre, nierozerwalność małżeństwa" (Engels, s. 94; wyróżnienie moje). Ale pogląd ten, niegdyś śmiały, obecnie niemal nikogo już nie porusza. Jak można było się nie tak dawno przekonać, ćwierć wieku małżeństwa, obfitującego w dzieci i miłosne wyznania, to dziś nawet dla instytucji religijnej uważanej za konserwatywną żadna przeszkoda, by się rozejść i zawrzeć kolejny, znów z fanfarami pobłogosławiony związek.

[5] Pisał o tym zresztą już młody Marks, choć z filozoficzną emfazą:

"Bezpośrednim, przyrodniczym, koniecznym stosunkiem człowieka do człowieka jest stosunek mężczyzny do kobiety. [...] Wedle tego stosunku można więc ocenić poziom całej kultury człowieka. Charakter tego stosunku świadczy o tym, w jakiej mierze człowiek stał się dla siebie istotą gatunkową, Człowiekiem, oraz w jakiej mierze pojmuje siebie jako taką istotę; stosunek mężczyzny do kobiety jest najbardziej przyrodniczym stosunkiem człowieka do człowieka (das Verhältniß des Mannes zum Weib ist das natürlichste Verhältniß d[es] Menschen zum Menschen)" (Karol Marks, Rękopisy ekonomiczno-filozoficzne z 1844 r., przełożyli Konstanty Jażdżewski i Tadeusz Zabłudowski, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 1, Książka i Wiedza, Warszawa 1976, s. 576; wyróżnienia za oryginałem; wstawkę niemiecką daję za: Karl Marx, Friedrich Engels, Gesamtausgabe (MEGA), I.2, Dietz Verlag, Berlin 1982, s. 262; wyróżnienie za oryginałem).

Natomiast stary Engels w Pochodzeniu rodziny stawiał sprawę jasno i nie oszczędzał ani starożytnych Greków, ani dawnych Germanów:

"Chociaż zamykane i strzeżone, Greczynki znajdowały jednak dość często okazję do oszukiwania swych mężów. Ci ostatni, dla których ujmą byłoby zdradzić się z miłością dla swych żon, uprawiali rozmaite miłostki z heterami. Poniżenie kobiet mściło się jednak na mężczyznach i poniżało również ich samych, aż pogrążyli się w ohydzie pederastii (die Widerwärtigkeit der Knabenliebe), a bogów swych i siebie samych zbezcześcili mitem o Ganimedzie" (Engels, s. 75; wstawkę niemiecką daję za wydaniem cytowanym w przypisie 4, s. 67).

"[...] w swych wędrówkach, zwłaszcza na południo-wschód wśród koczowniczych ludów stepowych nad Czarnym Morzem, Germanowie bardzo się zdemoralizowali i przejęli od nich obok kunsztu jazdy korniej także wstrętne, przeciwne naturze występki; Ammianus stwierdza to wyraźnie, jeśli chodzi o Tajfalów, a Prokop, jeśli chodzi o Herulów" (Engels, s. 80-81; że Engels ma znów na myśli ohydę pederastii, świadczy to powołanie się Ammianusa Marcellinusa i Prokopiusza, którzy jasno o tym piszą).

A na deser jeszcze Engels w wieku średnim: jego list do Marksa z 22 czerwca 1869 roku komentujący książkę Karla Heinricha Ulrichsa, którego dziś, w czasach postępu, nawet polska Wikipedia nazywa "pierwszym gejem w historii świata", pierwszym znanym aktywistą na rzecz równości osób homoseksualnych i pionierem seksuologii (chociaż nie studiował medycyny ani biologii, a jedynie teologię, prawo i historię).

"To jest zgoła osobliwy «Pederasta», którego mi przysłałeś. To są przecież zupełnie przeciwne naturze rewelacje (Das sind ja äußerst widernatürliche Enthüllungen). Pederaści zaczynają liczyć swoje szeregi i uważają, że stanowią siłę w państwie. Brakowało jedynie organizacji, ale sądząc po tym, zdaje się ona już w ukryciu istnieć. A ponieważ mają we wszystkich starych, a nawet nowych partiach, od Rösinga do Schweitzera, tak wybitnych ludzi - zwycięstwo ich jest niechybne. «Guerre aux cons, paix aux trous-de-cul»! - oto obecne zawołanie. Całe szczęście, że my osobiście jesteśmy zbyt starzy, byśmy w razie zwycięstwa tej partii mieli się jeszcze obawiać, że każą nam ciałem płacić haracz zwycięzcom. Ale młode pokolenie! Swoją drogą tylko w Niemczech to jest możliwe, żeby wystąpił taki typ, przekształcał świństwo w teorię (die Schweinerei in eine Theorie umsetzt) i zapraszał: introite itd. Niestety, nie ma on jeszcze odwagi otwarcie przyznać się, że jest «tym» i ciągle jeszcze musi coram publico operować «frontalnie», choć nie «do głębi», jak się przez niedopatrzenie raz wyraził. Ale poczekaj tylko, aż nowe północnoniemieckie ustawodawstwo karne uzna droit du cul, wówczas pójdzie całkiem inaczej. Nam, biednym ludziom operującym frontalnie, z naszą dziecinną skłonnością do kobiet, niełatwo wówczas będzie żyć" (Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 32, Książka i Wiedza, Warszawa 1973, s. 350-351; wstawki niemieckie daję za: Karl Marx, Friedrich Engels, Werke, tom 32, Dietz Verlag, Berlin 1974, s. 325).

Engels nazywa osobliwym "Pederastą" [ein ganz kurioser "Urning"] książkę Ulrichsa, która nosiła dużo dłuższy, wręcz barokowy tytuł: "Argonauticus." Zastrow und die Urninge des pietistischen, ultramontanen und freidenkenden Lagers. Mit Erörterungen über Blutgier und Zurechnungsfähigkeit, kleinen Mittheilungen aus der Urningswelt und den Criminalfällen: Bischoff Morell von Edinburg, Graf Czarnecky in Posen, Superintendent Forstner zu Wien. "Urning" to autorski wynalazek Ulrichsa na określenie homoseksualisty.

Są też w tym liście Engelsa aluzje nieskromne, o czym zawczasu uprzedzam skromne niewiasty.

Mniemane zawołanie pederastów "Guerre aux cons, paix aux trous-de-cul" to oczywiście parafraza znanego z czasów rewolucji francuskiej hasła "Guerre aux châteaux, paix aux chaumières" (wojna pałacom, pokój chatom). Trudno jednak znaleźć w tej parafrazie jakikolwiek sens, gdy próbuje się - jak podpowiadają słowniki i nawet niezłe translatory - przekładać 'cons' jako 'idiotów', a 'trous-de-cul' jako 'dupków". Co innego, gdy się pamięta, że w połowie XIX wieku francuskie 'con' mogło znaczyć to samo co angielskie 'cunt', czyli 'cipa', a 'trou-de-cul' to jednak w podstawowym sensie 'odbyt'. Otrzymujemy wtedy zawołanie "Wojna cipom, pokój odbytom". Może nieco zbyt wulgarne jak na brodatego klasyka marksizmu, ale za to całkiem sensowne (a nie o każdej wypowiedzi klasyków można to powiedzieć). Wspomniane kilka zdań dalej 'droit de cul' to naturalnie 'prawo odbytu', bo do tego, zdaniem Engelsa, sprowadza się prawne przyzwolenie na pederastię. Natomiast różnicę między podejściem "frontalnym" tych, którzy nie chcą wojować z cipami, oraz podejściem tych, którzy pragną operować "do głębi" od strony odbytu, zrozumie w naszych niełatwych czasach chyba nawet dziecko.

Nb. niemiecki wydawca listu Engelsa starał się zachować choć pozory skromności i "Guerre aux..." przełożył jako "Krieg den vorderen, Friede den hinteren Leibesöffnungen" (przypis 3 na stronie 324), natomiast polski wolał w ogóle tej drażliwej kwestii nie tykać i zostawił wszystko, jak jest.

[6] Rzecz jest od dawna znana, więc nie będę mechanicznie powtarzał po innych. Kto chciałby o tej mistyfikacji wiedzieć więcej, niech przeczyta artykuł Aleksieja Wielidowa "Dekret" o nacjonalizacji kobiet. Historia mistyfikacji (Алексей Велидов, "Декрет" о национализации женщин. История одной мистификации, "Московские новости" 1990, nr 8; dostępny tutaj). Pełny tekst jednej z wersji tego "dekretu" można znaleźć tutaj. Historycy wprawdzie spierają się, czy był to tylko żart, czy może jednak bardziej prowokacja i kto naprawdę był jej autorem. Wszyscy jednak zgadzają się, że żadna władza sowiecka ani tego "dekretu" nie wydała, ani - może poza paroma lokalnymi watażkami - nie próbowała stosować.

Nb. Jan Gondowicz przeczytał artykuł Wielidowa i wysnuł z niego kiedyś opowieść w stylu Borgesa (Uniwersalna historia nikczemności, część Michał, kpiarz, "Nowa Fantastyka" 1995 nr 1). Choć tak po prawdzie był to miejscami zwyczajny przekład tego artykułu - ale tłumacz zapomniał podać źródło.

[7] Tytuł oryginalny: Dubultā dzīve. Sekss un PSRS (2017, reżyseria Ināra Kolmane). Wypowiedź seksuologa Lwa Szczegłowa w okolicach 9 minuty.

[8] W lutym 1919 roku doniesiono Leninowi, że we wsi Mediany (a więc rzecz dzieje się nadzwyczaj lokalnie) miejscowy kombied (комбед, комитет бедноты - komitet biednych chłopów; miała ta instytucja bardzo krótki żywot) przydziela sobie oraz znajomkom młode dziewczyny. To jeszcze pół biedy, ale wiejską społeczność najbardziej zbulwersował fakt, że nikt wcześniej nie zapytał o zgodę ich rodziców (rodziców, nie dziewczyny!). Po zbadaniu rzecz okazała się plotką (rewolucje społeczne to świetna okazja do prywatnych porachunków), badanie zaś było wnikliwe, czekistowskie, bo Lenin osobiście wysłał telegram do symbirskiej Czeki, że jeśli zarzut się potwierdzi, trzeba łajdaków szybko i surowo ukarać.

Dla koneserów cały telegram Lenina w oryginale:

"10 февраля 1919 г.

Симбирск

Губисполкому

Копия ЧК

Получил жалобу Кумысникова, Байманова, Рахимовой, что комбед деревни Медяны Чимбелевской волости Курмышского уезда ввел национализацию женщин. Немедленно проверьте строжайше, если подтвердится, арестуйте виновных, надо наказать мерзавцев сурово и быстро и оповестить все население. Телеграфируйте исполнение.

Предсовнаркома Ленин" (В. И. Ленин и ВЧК. Сборник документов (1917–1922), Политиздат, Moskwa 1987, s. 121-122; dokument nr 136).

[9] Wstrzemięźliwość przed ślubem to przykazanie numer dwa. Dla koneserów trochę większy kawałek w oryginale:

"II. Необходимо половое воздержание до брака, а брак лишь в состоянии полной социальной и биологической зрелости (т. е. 20-25 лет) - вторая половая заповедь пролетариата.

А что же вредного, скажут нам, в половой активности до брака? Вредно то, что подобная половая активность неорганизованна, связана со случайным половым объектом, не регулируется прочной симпатией между партнерами, подвержена самым поверхностным возбуждениям, то есть характеризуется как раз теми чертами, которые, как увидим ниже, должны быть безусловно и беспощадно истребляемы пролетариатом в своей среде" (А[рон] Б[орисович] Залкинд, Двенадцать половых заповедей революционного пролетариата, [w:] Философия любви, tom 2, zebrał А[лександр] А[рхипович] Ивин, Издательство политической литературы, Moskwa 1990, s. 338).

Duch przenikający te przykazania - że związek dwojga ludzi to także sprawa kolektywu - był całkowicie zgodny ze słowami Lenina. W każdym razie w tej postaci, w jakiej przekazała je Klara Zetkin w swoim pośmiertnym wspomnieniu o Leninie. Podobno Lenin wymieniał z nią uwagi o Freudzie (krytyczne), a także surowo dyskredytował jako niemarksistowską popularną teorię "szklanki wody" (jakoby w komunizmie seks był czymś takim, jak wypicie szklanki wody; jest się spragnionym, to się pije - i już). I napominał (tę myśl potem szczególnie często cytowano), że:

"Najważniejsza jest jednak kwestia społeczna. Picie wody to rzecz jasna sprawa indywidualna. Ale miłość to sprawa dwóch osób, a powstaje jeszcze dodatkowo trzecie, nowe życie. A to już ma wymiar społeczny i rodzi obowiązki wobec kolektywu" (angielską wersję tych wspomnień można znaleźć tutaj).

Jaka w tej dziedzinie panowała atmosfera ćwierć wieku później w Polsce, w czasach stalinizmu, pewne pojęcie daje poniższy cytat z Tyrmanda, choć naturalnie trzeba wziąć poprawkę na autokreację autora. Również z tego powodu cytuję znacznie rzadziej wykorzystywaną oryginalną wersję jego Dziennika, mniej zabawną, ale też mniej kokieteryjną, więc może bliższą rzeczywistości.

"Całe popołudnie strawiłem na zebraniu sekcji Związku Literatów. [...] pastwiono się nad młodym, głupawym, wiernie komunistycznym literatem Konwickim, który napisał opowiadanie o miłości, z partią, szlachetnym oficerem UB i wszystkimi akcesoriami - jak trzeba - a które jednak okazało się nie «takie, jak trzeba». Przez trzy godziny wałkowano temat, w jakim stopniu partia ma prawo ingerencji w sprawy łóżkowe swoich członków. Następnie ludzie w matuzalemowym wieku, o powierzchowności koszmarnych karłów i maszkar, jak Adam Ważyk i Melania Kierczyńska, informowali o wiele młodszych i normalnie wyglądających ludzi o tym, co to jest miłość dojrzała, czyli proletariacko-partyjna, albo animalistyczna, czyli burżuazyjno-imperialistyczno-amerykańska. Wreszcie też Melania Kierczyńska, szara eminencja czerwonej literatury, oświadczyła, że zdrada małżeńska jest kapitalistycznym przeżytkiem, który zniknie w epoce komunizmu, i od tego już nie było apelacji" (Leopold Tyrmand, Dziennik 1954. Wersja oryginalna, Wydawnictwo MG, Warszawa 2011, s. 142-143; zapis z 21 stycznia 1954; wyróżnienie moje).

Dla porównania: w wersji przeredagowanej w latach 70. opowiadanie Konwickiego streszczone zostało znacznie plastyczniej:

"Z wszystkimi akcesoriami jak trzeba: szlachetny oficer UB, kochankowie pierdolą się niemal pod kontrolą podstawowej organizacji partyjnej, nigdy przeciw, zawsze za i ze Związkiem Radzieckim, w łóżku nieustanna mowa o proletariacie" (Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Polonia Book Fund, Londyn 1980, s. 108).

Być może animalistyczne wyrażenie 'pierdolą się' w tamtych czasach nawet Tyrmandowi nie przychodziło do głowy.

[10] Nie muszę chyba przypominać, że barwne opowieści o prawie pierwszej nocy (ius primae noctis) to też w lwiej części zmyślenia. I to późne: na ogół ubarwiające oświeceniową antyfeudalną propagandę, której ślad znaleźć można nawet w Weselu Figara. Wszystko to dobrze wiadomo już od grubo ponad stu lat, czyli od czasów monografii Karla Schmidta Jus primae noctis. Eine geschichtliche Untersuchung (Herder'sche Verlagshandlung, Fryburg Bryzgowijski 1881). Jest to gruntowne niemieckie dzieło (sam spis wykorzystanych książek liczy - w czasach przedinternetowych! - przeszło trzydzieści stron drobnym drukiem; s. XIII-XLIII), a mimo to bajki o feudałach, którzy regularnie rozdziewiczają świeżo poślubione żony swoich poddanych (i to pod okiem miejscowego biskupa), wciąż raz po raz odżywają. Kto wolałby poczytać na ten temat coś świeższego, niech zajrzy do monografii Alaina Boureau (dostępnej także w przekładzie angielskim): Le droit de cuissage. La fabrication d'un mythe, XIIIe-XXe siècle, Albin Michel, Paryż 1995.

Nb. Katarzyna Surmiak-Domańska, reporterka "Gazety Wyborczej", nie tylko wierzy w istnienie prawa pierwszej nocy - i to jeszcze w czasie I wojny światowej! - ale nawet ma na to dowód.

"Gdy czytamy o plantatorach gwałcących niewolnice, które właśnie wyszły za mąż (za niewolników), trudno nie pomyśleć o słynnym prawie pierwszej nocy, kiedy pan miał prawo posiąść oblubienicę wasala w zamian za pozwolenie na odstrzał zwierza z porożem w swoich lasach. To prawo funkcjonowało oficjalnie w katolickiej Europie w czasach feudalnych, a nieoficjalnie dużo dłużej. Także w Polsce. Pisarka Tamara Bołdak-Janowska w «Rzeczach uprzyjemniających. Utopii» przywołuje własne wywiady ze starymi chłopkami, które chodziły na przymusowe rozdziewiczanie do dworu jeszcze w czasie I wojny światowej" (Katarzyna Surmiak-Domańska, Ten pociąg dalej nie pojedzie?, "Gazeta Wyborcza", 19 sierpnia 2017).

Nie mam pojęcia, gdzie w Rzeczach uprzyjemniających Surmiak-Domańska znalazła te wywiady. Ale nawet jeśli blefowała, powinna pamiętać, że książka Bołdak-Janowskiej to powieść, czysta fantazja. Odróżnienie fikcji od rzeczywistości jest chyba nieustającym problemem polskiej szkoły reportażu.

[11] Bolesław Prus, Lalka, "Kurjer Codzienny" 1888, nr 13, s. 1. Cytuję za pierwodrukiem gazetowym, ponieważ z pierwodruku książkowego ustęp ten wypadł za sprawą cenzury. Przywrócono go dopiero w wydaniach po 1935 roku.

[12] [Dopisek] Ale akurat wspólności żon Marks z Engelsem nie obiecywali. Zdecydowałem się przypomnieć chociaż w przypisie tę oczywistość, ponieważ niektórzy do dziś wierzą, że jednak obiecywali - i to nie byle gdzie, bo już w Manifeście komunistycznym.

"Marks z Engelsem bynajmniej nie żartowali, kiedy w Manifeście komunistycznym zapowiadali wspólnotę żon - co dziś większość marksistów taktownie przemilcza" (Grzegorz Braun, System - od Lenina do Putina. O teorii i praktyce sowietyzmu rozmawiają Grzegorz Braun i Rafał Otoka-Frąckiewicz, Fronda, Warszawa 2019; korzystałem z wersji elektronicznej przygotowanej na zlecenie wydawcy; cytat z rodziału "Rozmowa IV. O wątkach pornograficznych i demograficznych").

W rzeczywistości obiecywali coś zupełnie innego:

"Ale wy, komuniści, chcecie wprowadzić wspólność żon - wrzeszczy chórem cała burżuazja.

Burżua widzi w swej żonie zwykłe narzędzie produkcji. Słyszy, że narzędzia produkcji mają być wspólnie użytkowane, i naturalnie nie może sobie wyobrazić nic innego niż to, że ten sam los spotka także kobiety.

Nie domyśla się, że chodzi właśnie o to, by znieść taką sytuację kobiety, w której jest ona zwykłym narzędziem produkcji.

Nie ma zresztą nic śmieszniejszego niż wysoce moralne oburzenie naszych burżua z powodu rzekomej (angebliche) oficjalnej wspólności żon u komunistów. Komuniści nie mają potrzeby wprowadzać wspólności żon, istniała ona niemal zawsze.

Nasi burżua, nie zadowalając się tym, że mają do dyspozycji żony i córki swych robotników - nie mówiąc już o prostytucji oficjalnej - znajdują szczególną przyjemność we wzajemnym uwodzeniu swoich małżonek.

Małżeństwo burżuazyjne jest w rzeczywistości wspólnością żon. Komunistom można by zarzucić co najwyżej, że na miejsce obłudnie zamaskowanej wspólności żon chcieliby wprowadzić oficjalną, otwartą. Rozumie się zresztą samo przez się, że ze zniesieniem obecnych stosunków produkcji zniknie również wynikająca z nich wspólność kobiet, tzn. prostytucja oficjalna i nieoficjalna" (Karol Marks, Fryderyk Engels, Manifest Partii Komunistycznej, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 4, Książka i Wiedza, Warszawa 1962, s. 532-533).

Jeśli więc już mieć do tego wywodu Marksa i Engelsa jakieś zastrzeżenia, to raczej do ich naiwnej wiary, że zmiana stosunków produkcji doprowadzi do zniknięcia prostytucji.

Dla koneserów to samo w oryginale:

"Aber ihr Kommunisten wollt die Weibergemeinschaft einführen, schreit uns die ganze Bourgeoisie im Chor entgegen.

Der Bourgeois sieht in seiner Frau ein bloßes Produktionsinstrument. Erhört, daß die Produktionsinstrumente gemeinschaftlich ausgebeutet werden sollen, und kann sich natürlich nichts anderes denken, als daß das Los der Gemeinschaftlichkeit die Weiber gleichfalls treffen wird.

Er ahnt nicht, daß es sich eben darum handelt, die Stellung der Weiber als bloßer Produktionsinstrumente aufzuheben.

Übrigens ist nichts lächerlicher als das hochmoralische Entsetzen unsrer Bourgeois über die angebliche offizielle Weibergemeinschaft der Kommunisten. Die Kommunisten brauchen die Weibergemeinschaft nicht einzuführen, sie hat fast immer existiert.

Unsre Bourgeois, nicht zufrieden damit, daß ihnen die Weiber und Töchter ihrer Proletarier zur Verfügung stehen, von der offiziellen Prostitution gar nicht zu sprechen, finden ein Hauptvergnügen darin, ihre Ehefrauen wechselseitig zu verführen.

Die bürgerliche Ehe ist in Wirklichkeit die Gemeinschaft der Ehefrauen. Man könnte höchstens den Kommunisten vorwerfen, daß sie an Stelle einer heuchlerisch versteckten eine offizielle, offenherzige Weibergemeinschaft einführen wollten. Es versteht sich übrigens von selbst, daß mit Aufhebung der jetzigen Produktionsverhältnisse auch die aus ihnen hervorgehende Weibergemeinschaft, d. h. die offizielle und nichtoffizielle Prostitution, verschwindet" (Karl Marx, Friedrich Engels, Manifest der Kommunistischen Partei, [w:] Karl Marx, Friedrich Engels, Werke, tom 4, Dietz Verlag, Berlin 1977, s. 478-479).

Nb. Grzegorz Braun nie tylko nie przeczytał Manifestu komunistycznego, ale nie opanował nawet elementarza tropiciela spisków i myli rozmówcę generała Jaruzelskiego, Davida Rockefellera, z jego ojcem ("David Rockefeller junior. Junior, ale... już wtedy nie młodzieniaszek"). Otóż Davida Rockefellera nikt nie nazywał juniorem, bo nie było takiej potrzeby. Junior (Jr.) to był ojciec Davida, John Davison Rockefeller, bo trzeba go było odróżnić od jego ojca (a dziadka Davida), też Johna Davisona Rockefellera. Owszem, istnieje również David Rockefeller Jr. - to syn tego Davida Rockefellera - ale to nie on coś tam knuł w 1985 roku w Rockefeller Center z generałem Jaruzelskim. Wypadałoby znać się na Rockefellerach, gdy chce się odkryć, kto naprawdę rządzi światem (cytat z rozdziału "Rozmowa XXIV. O karnawale Solidarności i towarzyszu generale"). Podobnych felerów - elementarnych i nudnych - jest zresztą w tej książce znacznie więcej.

[Kolejny dopisek] Grzegorz Braun zmyśla też - podobnie jak Robert Tekieli - że czytał Engelsa. W dodatku zmyśla tak nie przy pierwszej lepszej okazji, ale w wykładzie wygłoszonym w marcu 2018 do szacownego grona słuchaczy w przeoracie Św. Piusa X. Poświęcony jest zaś ten wykład historycznemu znaczeniu objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie w roku 1877.

"Więc przypomnę - mówi w trakcie tego wykładu - rok 1877, po tym zjednoczeniu Niemiec jesteśmy już sześć lat, bo to się dokonało w roku 1871 - wojna z Francuzami, klęska Francuzów pod Sedanem i Komuna Paryska. Bohaterowie tej komuny są tutaj [na mapie, która była w czasie wykładu prezentowana] specjalnie wyeksponowani.

Engels pisze wówczas: «W sprawie rewolucji światowej na Polaków zawsze możemy liczyć»".

A potem Grzegorz Braun powołuje się na słowa Engelsa raz jeszcze:

"Moim zdaniem, Czcigodni Ojcowie, Najświętsza Maryja Panna z jednej strony spuszcza w Gietrzwałdzie zatrute powietrze insurekcyjnego ducha polskiego, zmienia atmosferę w narodzie. A to jest naród, o którym Fryderyk Engels pisał, że zawsze można na niego liczyć. Przypomnijmy jego słowa: «Jeżeli idzie o sprawę rewolucji światowej, to na nikogo nie można liczyć tak, jak na Polaków». Więc to czyni Najświętsza Maryja Panna: wykręca wentyl z tego rewolucyjnego balonu" (Grzegorz Braun, A więc wojna. Polska - Rosja - Ukraina - Białoruś. Historyczne konteksty współczesnego konfliktu, wstęp Jan Piński, Wydawnictwo Capital, Warszawa 2022; korzystałem z wydania elektronicznego, oba cytaty z rozdziału IX: "Stały wariant gry: fiasko roku 1877").

Cudzysłowy wokół słów Engelsa sugerują, że to zwykły cytat, skądś porządnie przepisany, natomiast swoboda, z jaką ten cytat jest cytowany - że to raczej parafraza. Rzecz jednak w tym, że Engels niczego takiego wówczas nie pisze. Ani nawet niczego, co można by w ten sposób uczciwie sparafrazować (aczkolwiek uczciwa parafraza wystrzega się cudzysłowów).

Owszem, gdy Engels relacjonuje swoją i Marksa mowę na uroczystości z okazji dwunastej rocznicy wybuchu powstania styczniowego w styczniu 1875, pisze o Polakach z wielką sympatią. Ale bynajmniej nie wabi ich przy tej okazji do rewolucji światowej. Taka perspektywa w ogóle tam się nie pojawia czy nawet określenie "rewolucja światowa". Nie zapewnia też, że na Polaków zawsze można liczyć, ale odwrotnie: zapewnia Polaków, że to oni zawsze mogą liczyć na partię robotniczą. I właśnie tym zapewnieniem, niewątpliwie przesadnym, kończy:

"[...] każdy Polak nie zaślepiony interesami stanowymi musi zrozumieć, iż Polska jednego tylko sprzymierzeńca w Europie posiada i posiadać może - partią robotniczą. - Niech żyje Polska!".

"[...] jeder nicht durch Standesinteresse verblendete Pole begreifen muß, daß Polen in Europa nur einen Alliierten hat und haben kann - die Arbeiterpartei. - Es lebe Polen!" (Karl Marx, Friedrich Engels, Für Polen, [w:] Karl Marx, Friedrich Engels, Werke, tom 18, Dietz Verlag, Berlin 1976, s. 575; wyróżnienie za oryginałem).

Nb. jest w tej książce daleko bardziej kompromitujący kwiatek. Braun opowiada tam także o mniemanym powstaniu, do którego miało (mogło) dojść w wyniku decyzji Rządu Narodowego złożonego "w połowie z pożytecznych idiotów, a w połowie z agentów".

"Ten rząd pod przewodnictwem lidera, wtedy takiej najbardziej publicznie znanej postaci - księcia Adama Sapiehy z Krasiczyna - skrzyknął angielski agent".

Książę Adam Stanisław Sapieha rzeczywiście wtedy konspirował, ale akurat te wywody Brauna ilustruje znane zdjęcie syna księcia, kardynała Adama Stefana Sapiehy (można je znaleźć także w jego biogramie na Wikipedii), który w 1877 roku miał 10 lat. Nie trzeba wielkiej bystrości, by zauważyć, że wprawdzie zdjęcie to przedstawia księcia, ale księcia Kościoła, z wielkim krzyżem na piersi, u kresu życia zaś słusznie nazywanego Księciem Niezłomnym. Czyżby Grzegorz Braun nie znał się nie tylko na Rockefellerach, ale także na Sapiehach?