EBENEZER ROJT

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antoni Słonimski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antoni Słonimski. Pokaż wszystkie posty

Jan Gondowicz znów zmyśla
albo lemur szcza poetce za dekolt

Duchowi opowieści Jana Gondowicza [1] patronuje Anna Csillag ze starych reklam środka na porost włosów. Postać na poły rzeczywista, na poły mityczna, więc nie sądźcie zmyśleń Gondowicza zbyt surowo. A opowieści jest prawie pół setki, o najprzeróżniejszych sprawach, dlatego trzeba będzie się tułać od Sasa do Lasa. Albo raczej od Wata do Lema.

23 listopada 1963 roku Aleksander Wat zanotował:

Piorun: zabójstwo Kennedy'ego! Nigdy nie byłem tak wstrząśnięty czyjąś śmiercią. [...] Dlaczego? Zabicie człowieka, który miał w ręku losy świata. [...] Ale po drugie, jedyny może mąż stanu nie zmumifikowany i nie zdegradowany przez uprawę polityki. Ludzki spontanicznie, rzetelnie ludzki, zawsze z dobrymi intencjami. Błądził, ale jak człowiek, a nie polityk. Działał, ale jak człowiek, nie polityk. Ubiegał się o władzę, walczył o nią, ale jak człowiek, nie polityk [2].
Potem Wat dodaje jeszcze, że właśnie jedzie do USA, "a one we krwi, kraj królobójcy, co zawsze budziło we mnie grozę". Rzetelnie ludzki prezydent i królobójstwo? Anglik Bob z Bez przebaczenia tylko by się uśmiechnął. Gdy człowiek staje przed królewskim majestatem, zdejmuje go trwoga i pistolet musi mu zadrżeć w dłoni. Ale prezydent? Czemu takiego nie zastrzelić? Jednak Watowi najpewniej chodziło wyłącznie o pretekst, by po raz nie wiadomo który posnobować pochodzeniem: "Z dzieciństwa mam kult króla Dawida, mojego przodka [...]" [3].

Gondowiczowi z tego wszystkiego zostało w głowie, że Kennedy'ego zastrzelono 23 listopada po południu i tylko dlatego Wat już nie rozwinął wcześniejszych uwag o Janouchu (autorze Rozmów z Kafką) [4].

Może teraz opowiem, jak było z tym lemurem, bo pewnie już się nie możecie doczekać.

Bo wszak żyje się, by hodować. Miałem wszystko prócz borsuka. W domu roiły się bestie. Śniłem o szopie praczu [...] Co do lemurów katto [prawidłowo: katta] - miałem w pamięci przygodę Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, której ukochany lemur, noszony na ramieniu, przy najlżejszym wzruszeniu szczał za dekolt. A któż zgadnie, co wzruszy lemura? (Gondowicz, s. 260).
Anegdotę podwędził Słonimskiemu ("A czy można przewidzieć, co wzruszy lemura?"), ale u Słonimskiego lemur jedynie wydziela fetor i nie ma nic o szczaniu za dekolt [5]. Nie wspominają o tym również ani Iwaszkiewicz [6], ani Grydzewski [7]. Gondowicz dekolt zmyślił. Niby tak kocha zwierzęta, a lemura obsmarował. A może to był makak [8].

Skoro już zaś mowa o Grydzewskim.

Gondowicz pisze, jak odkrył, że pierwodruk Księgi Schulza ogłoszony w 1935 roku w "Skamandrze" miał jednak redaktora. "I to jakiego!". Takiego, co Schulzowi zamienił "świerzb" na "świerzbę", a "Szwarcwald" na "Schwarzwald".

Dajmy na to, w tekście zbioru Sanatorium pod Klepsydrą odnaleziony strzęp księgi ksiąg pod koniec woluminu "zszedł na bezdroża wątpliwej jakiejś szarlatańskiej mantyki". W pierwodruku są to jednak "jakieś szarlatańskie bezdroża".
[...]
Przed "że" brak zawsze przecinka, i jest to wyraźne jak podpis: wszystkie te zmiany są dziełem redaktora Mieczysława Grydzewskiego (Gondowicz, s. 48).
Hipoteza, że Grydzewski przeorał swoim ołówkiem pierwodruk Księgi, jest bardzo prawdopodobna, więc po co jeszcze zmyślać? Na siedemnaście "że" przecinki są przed dwunastoma. W wydaniu książkowym z pięciu opuszczeń (w tym dwa razy przed "i że") poprawiono cztery [9].

Z innych odkryć Gondowicza. Że ślad Schulzowskiej Magdy Wang znaleziono w filmie Asty Nielsen kilka lat przed nim, zorientował się sam (Gondowicz, s. 65). Ale o tym, że Orwell torturę szczura wziął najprawdopodobniej z Le Jardin des supplices Octave'a Mirbeau (Gondowicz, s. 57), też wiadomo już od przynajmniej pół wieku [10].

Zmyśla, że według Josepha Conrada Titanic miał burty cienkie "niczym puszka sucharków Huntleya i Palmera" (Gondowicz, s. 103). Naprawdę Conradowi chodziło o to, że relatywnie do swej wielkości Titanic powinien mieć znacznie grubsze burty, by był przynajmniej tak wytrzymały, jak puszka herbatników [11].

Zmyśla, że "Conrad Anker znalazł na Evereście przy zwłokach [Mallory'ego, słynnego wspinacza] listy miłosne do i od Stelli Cobden-Sanderson, poznanej w Stanach rudej sufrażystki" (Gondowicz, s. 32) - i jeszcze powołuje się na książkę Gillmanów The Wildest Dream, w której to podobno wyczytał. Naprawdę Anker znalazł w portfelu Mallory'ego trzy listy: od brata, od siostry i jeden w istocie od Stelli, ale nie był to list miłosny [12].

I na koniec tej parady zmyśleń. Rozumiem, że Gondowicz chciał po przyjacielsku ufetować nowy przekład Szwejka pióra Antoniego Kroha, ale to nieprawda, że dopiero w tym przekładzie następuje "ujawnienie narodowości Latrinen-generała" (Gondowicz, s. 23). Poznali ją już dawno czytelnicy przekładu Hulki-Laskowskiego:

A generał, jakby wiedział o strachu porucznika, podszedł do Szwejka i zapytał:
- Böhm oder Deutscher?
- Böhm, melde gehorsam, Herr Generalmajor!
- Dobrze - rzekł generał, który był Polakiem i umiał trochę po czesku. - Buczysz jak krowa na siano. Stul pysk, zamknij gębę, nie bucz. Byłeś już w latrynie? (Jarosław Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej, tom II, przełożył Paweł Hulka-Laskowski, Wydawnictwo "Śląsk", Katowice 1970, s. 97).
Kilka drobniejszych i nudnych felerów przesuwam już do przypisu [13].

Jan Gondowicz nie lubi Internetu oraz czytania książek za pomocą urządzeń elektronicznych. Pisząc krótką pochwałę książki jako rzeczy, pochwalił się przy okazji, że kupił był niegdyś "w wyjątkowo niechlujnym antykwariacie łódzkim" książkę D-r A. Cullerre'a U wrót obłędu, wydaną "w Warszawie nakładem księgarni Teodora Paprockiego i S-ki, Nowy Świat 41, w roku 1891". I dodał zgryźliwie:

Żądnym przeczytać U wrót obłędu z ekranu długo przyjdzie poczekać, nim książka ta przybierze kształt elektronicznej oferty. Mam nawet wrażenie, że nigdy do tego nie dojdzie (Gondowicz, s. 52; pisane w roku 2011).
'Długo' i 'nigdy' trwało w tym wypadku raptem cztery lata. Dlatego żądni przeczytać U wrót obłędu z ekranu mogli już w roku 2015 bez wychodzenia z domu sprawdzić, jak skończyła się cytowana przez Gondowicza "historya panny Olgi S.", która uwiedziona przez narzeczonego urodziła dziecko i "uciekła ze wstydu do Rosyi" [14].

A o samym Internecie pisze Gondowicz tak:

Ileż się nakopałem, szukając chemicznych podstaw sławetnego "spekulowania elementami", którego próbowali ojcowie Schulzowskiego Józefa i Mannowskiego Adriana Leverkühna. Ilość śmiecia, jakie trzeba w takim tropieniu przewalić, zatrważa. I z każdym rokiem gorzej. Stan sieci w pełni potwierdza diagnozę Lema: "Dopóki nie skorzystałem z internetu, nie wiedziałem, że jest na świecie aż tylu idiotów" (Gondowicz, s. 142).
Zżyma się na Internet, po czym bezkrytycznie powtarza jedną z najbardziej znanych fałszywek, które krążą po Internecie: zmyślony cytat z Lema. Zemsta sieci potrafi być okrutna.

[W dziesięć lat później...]

W dziesięć lat później Jan Gondowicz dalej po macoszemu traktuje Internet, i dalej zmyśla.

Trzy przykłady.

Zmyśla, i to w objaśniającym przypisie, że "Hasło Ząb, zupa, dąb pochodzi [...] z pokoleniowej ekspiacji - filmu Zezowate szczęście Andrzeja Munka". Pochodzi? Ależ to hasło już przed wojną znał i cytował Antoni Słonimski ("Wiadomości Literackie" 1934, nr 4, s. 5: "Jest to coś w rodzaju zabawy w «ząb, zupa, dąb»"). I pewnie nie tylko on. W Zezowatym szczęściu jedynie je powtórzono.

Powtarza za Michałem Choromańskim, że po samobójczej śmierci Stefana Zweiga ukaże się "pewna bardzo osobliwa fotografia" i Zweig "będzie uwieczniony na niej w pasiastej piżamie, leżący z zamkniętymi oczami obok trupa swojej młodej żony”. W pasiastej piżamie? Gondowiczowi nawet nie chciało się poszukać tej pośmiertnej fotografii w Internecie, więc jego czytelnicy będą mieli fałszywe wyobrażenie o elegancji Zweiga. W rzeczywistości Zweig jest na niej w bardzo porządnej koszuli z krótkimi rękawami (brazylijskie lato, upał). I pod krawatem!

Z kolei jeden z bohaterów Noweli szachowej Zweiga, "Mirko Czentović, genialny cham z naddunajskiej wioski", w istocie jest genialnym chamem, ale według Gondowicza paraduje jeszcze "z fałszywą perłą w krawacie". Fałszywą? U Zweiga niczego takiego nie ma. W polskim przekładzie Izabelli Czermakowej Czentović jest właścicielem "pompatycznego krawata z nieco zbyt wpadającą w oko perłą", co trafnie oddaje frazę oryginału: "pompösen Krawatte mit der etwas aufdringlichen Perlennadel".

Wynotowałem te trzy przykłady z samego początku niewielkiego darmowego fragmentu książki Jana Gondowicza Flirt z Paralipomeną (Iskry 2024), nie miałem więc oszałamiającego wyboru. Księgarnie internetowe udostępniają takie fragmenty, by wizytujący nie kupował kota w worku. Czasem można dzięki temu zaoszczędzić jakieś czterdzieści złotych.

[1] Jan Gondowicz, Duch opowieści, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2014. Dalej cytuję jako Gondowicz. Kto chciałby wiedzieć, jak Jan Gondowicz zmyślał wcześniej, niech przeczyta w OSOBACH: "Jan Gondowicz poprawia Jerzego Stempowskiego albo erudycja przyszpilona". Kto zaś chciałby wiedzieć, jak zmyślał później, i to czasem dość niegodziwie, niech przeczyta: "Jan Gondowicz brzydko zmyśla albo bryzganie zatrutą pianą".

[2] Aleksander Wat, Dziennik bez samogłosek, opracował Krzysztof Rutkowski, Czytelnik, Warszawa 1990, s. 112-113.

[3] Tamże, s. 113; wyróżnienie moje. English Bob (Richard Harris) z Bez przebaczenia (Unforgiven, 1992) objaśnia fryzjerowi tę zasadniczą różnicę między monarchą a prezydentem w okolicach 39 minuty.

"- There's a dignity in royalty, a majesty which precludes the likelihood of assassination. Now, if you would point a pistol at a king or a queen your hands would shake as if palsied. - I wouldn't point no pistol at nobody, sir. - That's a wise policy, a wise policy. But if you did, I can assure you, if you did, that the sight of royalty would cause you to dismiss all thoughts of bloodshed. And you would stand... How shall I put it? In awe. Now, a president... Why not shoot a president?".

[4] "Może Wat dodałby coś więcej - on, który tak znał różnicę między tym, co mówione, a tym, co spisane - niestety, jak na złość, po południu tegoż właśnie dnia zabito Kennedy'ego i dziennik, co łatwo pojąć, zajmuje się już tylko tą sprawą" (Gondowicz, s. 26). Naprawdę Kennedy'ego zabito dzień wcześniej, 22 listopada, i mniej więcej w samo południe (o 12.30 strzały, o 13.00 urzędowo stwierdzono zgon).

[5] Antoni Słonimski, Kronika tygodniowa, "Wiadomości Literackie", 19 stycznia 1930, nr 3, s. 6: "Pewien mój przyjaciel nabył za drogie pieniądze małpkę-lemura i ofiarował ją Marji Pawlikowskiej. Świetna poetka wymarzyła sobie taką małpkę, ale małpka-wizja różni się od małpki rzeczywistej pod wieloma względami. Przedewszystkiem zapachem, o ile wogóle należy nazywać zapachem silny i nieprzyjemny fetor, który wydziela lemur przy każdem najdrobniejszem wzruszeniu. A czy można przewidzieć, co wzruszy lemura?".

Słonimski opisał rzecz trafnie. Zaniepokojony lemur nie tyle szcza, ile wydziela nieprzyjemną, odstraszającą woń ze specjalnych gruczołów znajdujących się w okolicy odbytu.

[6] Jarosław Iwaszkiewicz, Aleja Przyjaciół, Czytelnik, Warszawa 1988, s. 12-13: "Kossakówny mieszkały wtedy w hotelu «Bristol», gdzie Wojciech Kossak miał pracownię w strychu, i nosiły się wtedy z nieznośnym stworzeniem, z lemurem, którego Lilka [tak rodzina i przyjaciele nazywali Marię Pawlikowską-Jasnorzewską] dostała od któregoś ze swoich egzotycznych wielbicieli i z którym woziła się i nosiła między Krakowem a Warszawą. Lemur był nieznośny, skakał po wszystkich meblach i wszystkim na głowy, drapał pazurkami i był bardzo nieporządny. Trzeba jednak przyznać, że był bardzo ładny, ze świecącymi oczkami i ostrymi uszkami. Ale był bardzo głupi i nie było z niego wielkiej pociechy.

Szczególniej nienawidził go Słonimski, któremu skakał na łysinę i zrywał pince-nez z nosa".

[7] Dwa zdania o lemurze, które napisał Grydzewski wydrukowały trzy lata po jego śmierci londyńskie "Wiadomości" z uwagą "Rękopis znaleziony w papierach redakcyjnych". Zob. Mieczysław Grydzewski, Fuga i Voss, "Wiadomości" 15-22 kwietnia 1973, nr 15-16, s. 8: "Na Mazowieckiej istniał znany sklep ze zwierzętami, wśród których pierwsze miejsce zajmował afrykański lemur. O tym lemurze marzyła Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, i «Wiadomości» postanowiły zrobić z niego prezent świetnej poetce. Zaszedłem do sklepu [...]". Ale dalej jest już wyłącznie o psach, lemur przepadł, więc chyba nie szcza.

Lemur prawdopodobnie przyjechał na Mazowiecką z Madagaskaru. Jak wiadomo, w Polsce toczyła się potem gorąca debata, cóż by takiego w ramach rewanżu wyeksportować na tę piękną wyspę.

[8] Tak twierdziła siostra Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Magdalena Samozwaniec. A zatem, zdawać by się mogło, osoba dobrze poinformowana co do szczegółów tej fantastycznej zoologii. Oto jej obszerna relacja:

"Rokokowe damy chętnie hodowały papugi, małpki, "łonowe pieski" (jak w Poznańskiem nazywano małe pieski, tłumacząc żywcem z niemieckiego "Schosshündchen"). Lilki zapotrzebowanie na tego rodzaju pieszczochów nie ograniczało się do piesków, których zawsze na Kossakówce było wiele, i zachciało jej się... małpki. Właśnie wrócił z egzotycznej podróży nasz kuzyn Marylski i przywiózł stamtąd rodzaj małpki z długim puszystym ogonem, tak zwanego makaka. Było to najnieznośniejsze i najgroźniejsze zwierzę, jakie można sobie było wyobrazić; z firanki skakało wprost na głowy i nigdy nie można było wiedzieć, kiedy skoczy, brudziło niesamowicie, a gdy się przypadkowo nadepnęło na ogon, chlubę tej nędznej postaci, to wgryzało się w nogę do krwi.

Pamiętam, jak kiedyś, gdy jej przypadkowo nadepnęłam na ogon, nie wiedząc, że leży na schodach, goniła mnie skrzecząc groźnie i gdyby Lilka nie odpędziła jej parasolką, byłabym srodze pogryziona.

Na Kossakówkę przychodzili wciąż jacyś dżentelmeni, zostawiając kapelusze w przedpokoju - złośliwe stworzenie skakało do meloników, uważając je widocznie za zbliżone kształtem do nocniczków. Straszny był kiedyś wstyd dla domu, gdy makak narobił do kapelusza któregoś z gości, a ten, nie spodziewając się, co go czeka, nałożył go na głowę... Lilka zbladła z wrażenia, ja wybiegłam do kuchni wybuchnąć śmiechem, a nieszczęsny gość już się nigdy więcej u nas nie pokazał. Gorsza była jednak historia, gdy jednemu z adoratorów Lilki, przystojnemu lotnikowi, małpka, z którą chciał się pobawić, przegryzła w ramieniu żyłę! Krew trysnęła groźnie, lotnik zbladł, przerażona Lilka ścisnęła mu przedramię chusteczką i zawiozła taksówką na Pogotowie.

[...]

Po tej groźnej historii los złośliwego stworzenia został przesądzony - Lilka oddała makaka do ZOO w Lasku Wolskim. Uczyniła to jednak nie bez żalu, ponieważ zdążyła się przywiązać do owej ciemnej masy, a ciemna masa do niej - Lilka była jedyną osobą, której ona nigdy nie ugryzła" (Magdalena Samozwaniec, Zalotnica niebieska, Wydawnictwo Glob, Szczecin 1988, s. 204-205).

Jeśli zatem szczał - to makak. I nie za dekolt, lecz do meloników. Problem w tym, że długi puszysty ogon wskazuje jednak na lemura (podobnie jak świecące oczka i ostre uszka, które opisał Iwaszkiewicz).

[9] Porównałem: Bruno Schulz, Księga, "Skamander" maj 1935, nr 58, s. 100-109 oraz: Bruno Schulz, Sanatorium pod Klepsydrą, Towarzystwo Wydawnicze "Rój", Warszawa 1937, s. 5-22.

Kto redagował to, co wydrukowano w "Roju", nie wiem. Schulz? Zecer? Nikt? Księga kończy się tam zdaniem "Wimię Boże tedy wsiadamy i odjazd!". Na pewno miało być "Wimię"? A po drodze między "Skamandrem" a "Rojem" zdarzyła się jeszcze reforma ortografii. Nb. w wydaniu "Roju" jest "zeszedł na bezdroża" (s. 15), nie zaś "zszedł" - jak cytuje Gondowicz.

[10] Christopher Small. The Road to Miniluv. George Orwell, the State and God, University of Pittsburgh Press 1976, 167: "The rat-torture, «a common punishment in Imperial China», says O'Brien, may possibly contain a memory of Octave Mirbeau's pseudo-oriental tale The Chinese Torture Garden, a collection of sadistic fantasies which Orwell might have come across in Paris. One of the tortures described is exactly that with witch O'Brien terrifies Winston - only with the difference that the rats are supposed to gnaw their way into the victim's anus".

Dalej Small kojarzy te szczury - co dość oczywiste - z "człowiekiem od szczurów", jednym z najsłynniejszych przypadków opisywanych przez Freuda. To ten nieszczęśnik, któremu wcześniejsze kuracje nie zdały się na nic, "z wyjątkiem hydroterapii [...] ale i tu można mówić o niejakim sukcesie chyba tylko dlatego, że zawarł tam znajomość prowadzącą do regularnych stosunków seksualnych" (zob. Sigmund Freud, Uwagi na temat pewnego przypadku nerwicy natręctw, [w:] Dzieła, t. II: Charakter a erotyka, tłumaczyli Robert Reszke i Dariusz Rogalski, KR, Warszawa 2009, s. 27). Być może oficer, "kapitan o czeskim nazwisku", który opowieścią "o karze stosowanej w krajach orientalnych" wywołał szczurzą obsesję u tego pacjenta, również był czytelnikiem Mirbeau. Freud jednak o Mirbeau nigdzie nie wspomina, a pacjentowi opowiada jedynie swojego ulubionego Szekspira.

[11] Joseph Conrad, Notes on Life and Letters, Doubleday, Page & Company 1921, s. 233: "Just look at the side of such a tin, and then think of a 50,000 ton ship, and try to imagine what the thickness of her plates should be to approach anywhere the relative solidity of that biscuit-tin" (artykuł Some Reflections on the Loss of the "Titanic" drukowany w 1912 roku w "English Review").

[12] Tak w każdym razie wynika ze streszczenia w książce Gillmanów. Zob. Peter Gillman, Leni Gillman, The Wildest Dream. The Biography of George Mallory [książka ukazała się w kilku niemal równoległych wydaniach z różnymi podtytułami], s. 254: "She sent gossipy news about going to the theater, a friend of the Mallorys she had dined with the previous day, and her plans to visit the south of France. George had used the envelope of her letter to note down the code numbers and pressures of five oxygen cylinders". Więcej o Stelli (ale w sumie malutko) piszą w pierwszym apendyksie "Who Was Stella?" na stronach 270-272. Podobno pod koniec życia (a umarła w wieku 92 lat) mówiła, że ma listy od Mallory'ego, "but none have ever surfaced" (s. 272).

Skąd Gondowicz wziął, że Stella była ruda, nie mam pojęcia. Sylvia Pankhurst twierdziła, że włosy Stelli miały barwę miodu. "I arrived to find pretty little Stella Cobden Sanderson, with her bunch of honey-coloured hair [...]" (E. Sylvia Pankhurst, The Suffragette Movement. An Intimate Account of Persons and Ideals, Longmans, Green and Co., Londyn - Nowy Jork - Toronto 1931, s. 229). Ale to żaden dowód, bo kobieta może mieć inny kolor włosów co tydzień.

[13] Gondowicz zaznacza, że Anna Csillag, włochata patronka tej książki, jest u Struga pisana "Csillagh" (s. 9). Ale skoro tak, to niechże i Miłosza cytuje poprawnie (s. 7), bo u niego w Traktacie jest pisana "Csilag", przez jedno "l" (Czesław Miłosz, Traktat poetycki, "Kultura" 1956, nr 6, s. 4: "I Annie Csilag rosły, rosły włosy").

Uwaga na stronie 102, że wynalazek Gutenberga był wobec nut bezsilny i zaczęto je drukować dopiero po wynalezieniu litografii, jest nonsensem. Nuty drukowano z drewnianych klocków już pod koniec XV wieku.

Na następnej stronie Gondowicz dokonuje denominacji w tytule książki Verne'a i z Pięciuset milionów begumy robi sto milionów. I jeszcze dodaje, jakoby u nas książka ta nosiła tytuł "Sto milionów hinduskiej władczyni, bo nikt nie wie, co to beguma". Tymczasem beguma znikła z tytułu dopiero w przekładzie powojennym.

A jeszcze stronę dalej (to już strona 104) zmyśla, że w 1917 Niemcy ostrzeliwali Paryż z armaty nazywanej Grubą Bertą. Ale Gruba Berta to, po pierwsze, nie była armata, lecz moździerz, a po drugie - nie ostrzeliwano z niej Paryża, lecz Liège i to w roku 1914.

Niepokojącej serii obrazów w obrazie ("Jak na legendarnym obrazku, przedstawiającym dziewczynkę jedzącą corn flakes, obok której stoi pudełko corn flakes, na którym widnieje dziewczynka jedząca corn flakes, obok której stoi pudełko z corn flakes... etc., etc.; s. 177) odpowiada ciąg, który zdąża do zera, a nie do minus nieskończoności.

[14] Gondowicz urwał tę historię po słowach "W więzieniu nie chciała wyznać, kim jest, i przez dwa lata tumaniła adwokatów i sędziów" dramatycznym "Wreszcie...". I tu niestety spotka was gorzki zawód:

"Wreszcie adwokatowi jéj, panu Józefowi S., udało się, dzięki ogłoszeniu, w niemieckich dziennikach zamieszczonemu, dowiedziéć się prawdy o dawnych jéj stosunkach rodzinnych, na zasadzie czego uwolniono Olgę S. od odpowiedzialności, pociągającéj za sobą karę zesłania na Syberyę". To wszystko. Koniec i bomba.

Przy okazji odnotowuję, że Gondowicz cytuje z papieru niechlujnie: opuścił ważne zdanie "Olga S., jak wykazało badanie lekarskie, jest histeryczką" (samą "Olgę S." dokleił do następnego zdania). Gdyby kopiował z ekranu, rezultat byłby lepszy. Dodam też, że autor U wrót obłędu, Alexandre Cullerre, urodził się w roku 1849, a zmarł w roku 1934, bo tej ostatniej daty brak nawet w katalogu Biblioteki Narodowej.

Czeszer Mec
Z tajemnic imion żydowskich

Czy Żyd może mieć na imię Mec? Najwidoczniej może, skoro może się też nazywać Lejba, Berek, Motek, Mosiek, Mordka, Szyja albo nawet Srulek. Pamiętacie z Tuwima: "Jak czarne włochate kulki / Po banku toczą się srulki. / Skaczą, skaczą nad biurkiem, / Targuje się srulek ze srulkiem" [1]. Tuwim ze Słonimskim wymyślili w "Pracowitej pszczółce" jeszcze Pipka i Pępka [2]. Też ładnie.

A więc czy Żyd może mieć na imię Mec? Chyba może, skoro w Alfabecie wspomnień Antoniego Słonimskiego między Czekalskim Eustachym a Dąbrowską Marią figuruje właśnie niejaki Czeszer Mec. Hasło mu poświęcone jest zresztą nadzwyczaj krótkie i przytoczę je tu w całości:

CZESZER MEC. Pierwszy Polak pochodzenia mojżeszowego, który dostał literacką nagrodę Nobla: ożenił się z wdową po Reymoncie [3].
Jako "Mec Czeszer" pan ten pojawia się również u góry strony w żywej paginie obok Eustachego Czekalskiego, natomiast w spisie treści znów jako "Czeszer Mec" (Alfabet, s. 279). A więc Żyd może, może jak najbardziej!

Rzecz jednak w tym, że to całe "Mec", to naprawdę tylko zwyczajne "mec.", czyli skrót od słowa "mecenas"!

Słonimski czasem w Alfabecie nie podawał imion. Generał Maresuke Nogi to u niego tylko Nogi, w dodatku admirał, bo takiego właśnie bohaterskiego admirała Nogi zapamiętał Słonimski z dzieciństwa, z czasów wojny rosyjsko-japońskiej (Alfabet, s. 167-169; albo pomylił go z admirałem Tōgō, który dowodził japońską flotą w bitwie pod Cuszimą). O baronie Steigerze pisze po prostu "STEIGER BARON" (w żywej paginie i spisie treści samo "Steiger"), trudno więc dziś rozstrzygnąć, czy chodziło mu o starego barona Siergieja Steigera, czy może jednak o jego syna, poetę Anatolija (Alfabet, s. 226). I w ten sam sposób mecenasowi Czeszerowi trafił się MEC.

Gdyby przeróbka skrótu w imię sprowadzała się tylko do banalnej zecerskiej pomyłki, nie zawracałbym wam głowy. Od czego w końcu są erraty. Ale w ciągu czternastu lat, które minęły od pierwszego wydania Alfabetu do wydania drugiego uzupełnionego, nikt tej pomyłki nie sprostował. Co więcej, Mec Czeszer wraz z nowym imieniem rozpoczął nowe życie! Prawie jak podporucznik Kiże z nowelki Jurija Tynianowa.

Trzy przykłady.

Uchodzący za erudytę Jan Gondowicz opowiada w rozmowie o dziejach nagród literackich, jak to Reymontowi zmarło się niedługo po otrzymaniu Nobla i przy okazji powtarza żarcik Słonimskiego z Alfabetu. Czeszer Mec staje się w tej wersji już Mecem Czeszerem, nie można zatem wykluczyć, że według Gondowicza był sobie Żyd Mec, który miał na imię Czeszer [4].

Z kolei Andrzej Zawada w popularnonaukowym Dwudziestoleciu literackim poszedł dalej i przerobił dowcip Słonimskiego z lat 70. na przedwojenną anegdotę:

Kiedy w rok później Reymont zmarł, Antoni Słonimski kolportował następującą zagadkę: jak się nazywał pierwszy Polak pochodzenia mojżeszowego, który dostał literacką Nagrodę Nobla. A kiedy zapytana osoba milczała albo próbowała zaprzeczyć twierdzeniu, jakie zawierało się w pytaniu, Słonimski sam udzielał odpowiedzi: "Czeszer Mec - mówił. - Ożenił się z wdową po Reymoncie" [5].
Jednak wszystkich czeszeromecowców prześcignęła w fantazji Łucja Danielewska. I gdybyż jeszcze fantazjowała wyłącznie na własny rachunek! Ale jej książka to relacje z rozmów z poetką Kazimierą Iłłakowiczówną, przed wojną sekretarką Józefa Piłsudskiego, i zmyślona opowieść o Czeszerze Mecu została włożona właśnie w usta Iłłakowiczówny. Nie daj Bóg, jeszcze jakiś przyszły biograf poetki w te bajdy uwierzy!

Rozmowa rzekomo odbywa się 1 lutego 1976 roku. Mówi Iłłakowiczówna:

Oczywiście nie jest to jedyna sprawa, która mnie w życiu zadziwiła. Takich spraw jest wokół nas pełno. Nadal jestem zaintrygowana faktem zetknięcia się z przedziwną postacią, choć tyle już lat upłynęło od tego czasu. Zapyta pani, któż to był? Otóż: Czeszer Mec, pochodzenia mojżeszowego, laureat Nagrody Nobla. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ożenił się z wdową po... Władysławie Reymoncie. Jakoś nie umiem sobie wyobrazić samopoczucia kobiety, której obydwaj mężowie byli laureatami Nagrody Nobla... Niezależnie od tego wszystkiego wdowa po Reymoncie zabiegała mi w życiu drogę parę razy [6].
Czyli Danielewska nie tylko bezwstydnie ukradła dowcip Słonimskiemu, ale jednocześnie w ogóle nie zauważyła, że jest to dowcip i jeszcze na dokładkę zrobiła idiotkę z Iłłakowiczówny! A przedziwny Czeszer Mec ożył w tych urojonych wspomnieniach już na dobre. Po tylu latach wciąż pamiętany, intrygujący i tym razem nawet z własnym dyplomem Nagrody Nobla pod pachą...

W rzeczywistości Mec Czeszer..., tfu, w rzeczywistości mecenas Czeszer miał na imię Leon, zwyczajnie i całkiem po chrześcijańsku. I rzeczywiście ożenił się z wdową po Reymoncie, Aurelią (z domu Szacsznajder). Był jej trzecim mężem, ale nie mam pojęcia, jak im się w życiu układało i czy naprawdę położył rękę na pieniądzach z Nobla [6a]. W 1939 roku mieszkał w Warszawie przy Marszałkowskiej 17 ("Czeszer Leon, adwokat") pod numerem telefonu 8 14 02 [7]. Nie zdążyłem zadzwonić [8] [8a].

[1] Julian Tuwim, Dzieła, t. III: Jarmark rymów, opracował Janusz Stradecki, Czytelnik, Warszawa 1958, s. 49. Srulek to w jidysz zdrobnienie biblijnego imienia Izrael (Jisra'el).

[2] A[ntoni] Słonimski i J[ulian] Tuwim, W oparach absurdu, Iskry, Warszawa 1958, s. 57.

[3] Antoni Słonimski, Alfabet wspomnień, wydanie drugie uzupełnione, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1989, s. 51.

[4] Cnoty nie stracić, majątek zyskać. Z Janem Gondowiczem rozmawia Juliusz Kurkiewicz, "Gazeta Wyborcza", 3 października 2010, dodatek "Duży Format". "Kornel Makuszyński wspominał, że podłoga u Reymonta była zasłana workami listów. Ale nie były [to] listy gratulacyjne, tylko prośby o finansowe wsparcie. / - Nie zdążył rozpatrzyć tych próśb, bo wkrótce po Noblu umarł. Słonimski w «Alfabecie wspomnień» skomentował to następująco: «Mec Czeszer, pierwszy Polak pochodzenia mojżeszowego, który dostał literacką Nagrodę Nobla». Bo się ożenił z wdową po Reymoncie".

Nb. wcześniej Gondowicz przypisuje Ryszardowi Krynickiemu znaną frazę z wiersza Juliana Kornhausera "Państwo jest najwybitniejszym poetą polskim". Można się też z tej rozmowy dowiedzieć, że "Nagrody Państwowe wymyślił Berman w roku 1950, w szczycie stalinizmu. Po ucieczce Miłosza". Ale Państwową Nagrodę Artystyczną ustanowiono w roku 1948 (w dziedzinie literatury pierwszą po ustanowieniu otrzymał Lucjan Rudnicki), Miłosz zaś uciekł w roku 1951. Nie bardzo też wiadomo, jak mógł Herbert - przynajmniej w wyobrażeniu Gondowicza - posunąć się do wpakowania do Barbarzyńcy w ogrodzie "bez cudzysłowu kawałów powszechnie znanej na Zachodzie monografii o katedrach gotyckich Duby'ego", skoro Barbarzyńca ukazał się w roku 1962, natomiast monografia Duby'ego w latach 1966-1967. Gondowiczowi chodziło zapewne o książkę Jeana Gimpela Les bâtisseurs de cathédrales wydaną w Paryżu w roku 1958. O plagiacie Herberta z tej książki pisała swego czasu Dorota Bielawska, co zresztą przeszło prawie bez echa i może wypadałoby do tej sprawy wrócić (zob. Dorota Bielawska, Jak został wyciosany "Kamień z katedry" Zbigniewa Herberta, "Twórczość" 2004, nr 2-3, s. 226-231).

Jak widzicie, erudycja Jana Gondowicza lubi czasem płatać dziwne figielki. Więcej o tym w OSOBACH: "Jan Gondowicz poprawia Jerzego Stempowskiego albo erudycja przyszpilona", "Jan Gondowicz znów zmyśla albo lemur szcza poetce za dekolt" oraz "Jan Gondowicz brzydko zmyśla albo bryzganie zatrutą pianą".

[Dopisek] Kto chciałby wiedzieć więcej o plagiacie Herberta, niech przeczyta w DODATKACH: "Plagiator Zbigniew Herbert albo zmora powszechnego niechlujstwa".

[5] Andrzej Zawada, Dwudziestolecie literackie, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1995, s. 199. Nb. w indeksie nazwisk znajduje się wymieniony przelotnie na tej samej 199 stronie Gorki Maksym, ale nie ma ani Czeszera Meca, ani też Meca Czeszera. Może autor nie mógł się zdecydować, co tu jest imieniem, a co nazwiskiem?

[6] Łucja Danielewska, Portrety godzin. O Kazimierze Iłłakowiczównie, Czytelnik, Warszawa 1987, s. 110.

[6a] Życzliwy Czytelnik uprzejmie powiadomił mnie, że pewne informacje o pożyciu małżeńskim wdowy po Reymoncie i mecenasa Czeszera podaje Maria Ziółkowska w książce Wybitni ludzie też ludzie. Nie są to informacje krzepiące. Jak się zdaje, Aurelia Szacsznajder wszystkich swoich mężów trzymała krótko i Leon Czeszer nie był tu wyjątkiem.

"[Reymont] zmarł 5 grudnia 1925 roku. A pani Aurelia niebawem poślubiła swego doradcę finansowego, adwokata Czeszera, Żyda. Sprzedała Kołaczkowo, którego nie lubiła, zbudowała wspaniałą willę na Żoliborzu, wszystko układało się po jej myśli. Ale... Wybuch wojny w roku 1939, okupacja niemiecka, zagłada Żydów. Pani Aurelia szybko rozwiodła się z niefortunnym małżonkiem. Zginął w getcie. Może rozglądała się za następnym mężem, ale nie zdążyła zdobyć takowego. Zmarła w swojej willi podczas niemieckiego bombardowania Warszawy" (Maria Ziółkowska, Wybitni ludzie też ludzie. Ich dziwactwa, kaprysy, nałogi i odchylenia, Wydawnictwo ANTYK, Kęty 2004, s. 259).

Książka Ziółkowskiej, zbiór powynajdywanych nie wiadomo gdzie ciekawostek biograficznych, to wprawdzie marne źródło, ale podobnie o wojennych losach Leona Czeszera i jego przejściach z żoną pisze również w swoich wspomnieniach Monika Żeromska.

"Haneczka Mickiewiczowa mieszkała w Milanówku z rodzicami i mężem, Adamem Mickiewiczem. [...]

Haneczka opowiadała, że mieszka u nich teraz pan mecenas Leon Czeszer, ostatni mąż pani Lili Reymontowej. Pan Czeszer był radcą prawnym pani Lili, która ubóstwiała interesy i miała do tych rzeczy fantastyczne zdolności. Pamiętam, jak pani Hala Skoczylasowa jeszcze przed wojną dzwoniła do mamy i zawiadamiała ją, że Lila właśnie sprzedała z zyskiem majątek ziemski, a kupiła cukrownię i hodowlę owiec, a po niedługim czasie już nie miała cukrowni, tylko kamienice w centrum Warszawy, co potem zamieniała na młyny parowe. Adwokat był do tych spraw bezustannie potrzebny, więc pani Lila wyszła za mąż za mecenasa Czeszera, zresztą przystojnego i eleganckiego pana. Wszyscy go lubili, chociaż troszkę to małżeństwo ludzi zdziwiło.

Ale w końcu nie każdy zaraz musi być narodową wdową do końca życia. Tyle tylko, że z wybuchem wojny pani Lila przypomniała sobie, że mecenas Czeszer jest Żydem. Wystąpiła wobec tego do Sądu Arcybiskupiego przy Kurii Warszawskiej o unieważnienie małżeństwa. Jako powód podała, że małżeństwo to było "non consumatum", a na świadka podała panią Halę Skoczylasową. Pani Hala przyszła do nas z rozprawy w Sądzie Arcybiskupim trzęsąc się ze wściekłości. "Na co ta Lila mnie naraża, ja, starsza osoba, mam odpowiadać przed sześcioma klechami, czy Lila z Czeszerem «consumatum» czy nie! Para starych ludzi, już to małżeństwo było komiczne, a co dopiero, czy «consumatum»!" Rzeczywiście było to wszystko dość niesmaczne, zwłaszcza z uwagi na czas i okoliczności.

Pani Lila przywiozła Szczepkowskim chorującego Czeszera i, o ile wiem, nie odwiedzała go zbyt często, dając mu czasem w prezencie słoik powideł czy butelkę soku" (Monika Żeromska, Wspomnień ciąg dalszy, Czytelnik, Warszawa 2007, s. 82-83).

Tak więc, wbrew anegdocie Słonimskiego, nie ma czego "Czeszerowi Mecowi" zazdrościć: Nobla po Reymoncie nawet nie powąchał.

Nb. przedsiębiorcza Aurelia Szacsznajder - to właśnie jej, Lilly, zadedykowana została Ziemia obiecana! - po śmierci (29 września 1944) wróciła do Reymonta. Leży teraz w jego grobie na Starych Powązkach. W końcu był jej jedynym sakramentalnym mężem, gdyż jej pierwsze i trzecie małżeństwo zostało unieważnione.

[7] Spis abonentów sieci telefonicznej m. st. Warszawy P.A.S.T. [Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej] i Warszawskiej Sieci Okręg. P.P.T.T. [Polskiej Poczty, Telegrafu i Telefonu]. Rok 1939/40.

[8] Wedle tego, co napisano na płycie nagrobnej (Stare Powązki, kwatera 199, rząd 3, miejsce 7), mecenas Leon Czeszer zmarł 23 kwietnia 1941 roku. Żył lat 72.

[8a] [Dopisek] Jeszcze w dziesięć lat po napisaniu tej notki nabrał się na Czeszera Meca Stanisław Michalkiewicz:

"Nawiasem mówiąc, liczba 77 oznaczała u Żydów coś w rodzaju nieskończoności, a co do kulturowego pochodzenia płci, to mamy przykład podciągania się pod tę tezę aktorów w trupie wystawiającej «Chłopów», za które Reymont dostał nagrodę Nobla z literatury. Warto przypomnieć, że na tej nagrodzie Nobla najbardziej pożywił się niejaki Czeszer Mec, który ożenił się z wdową po Reymoncie" (Stanisław Michalkiewicz, Charczą, ale nie gryzą, magnapolonia.org, 11 stycznia 2020).

Ale to podobno rzecz zwyczajna, że felietoniści więcej piszą niż czytają. Być może jednak jestem niesprawiedliwy. Zbigniew Mentzel, który czyta wiele, swego czasu nabrał się (nie on jeden) na inną, jeszcze bardziej nieistniejącą postać, a mianowicie na filozofa Jeana-Baptiste'a Botula. Jego książkę Życie seksualne Immanuela Kanta omówił bowiem tak, jakby Botul naprawdę istniał i po II wojnie objaśniał Kanta niemieckim emigrantom z Królewca, którzy osiedlili się w Paragwaju, by tam żyć po kantowsku. Omówił bez najmniejszego mrugnięcia okiem najpierw w "Przekroju" (Czysta perwersja, 31 sierpnia 2003, nr 35, s. 87), a potem po 16 latach bez zmian przedrukował w książce Kaszanka jako forma życia duchowego (Wielka Litera, Warszawa 2019, s. 172-173). Tymczasem Botul i jego książka to w rzeczywistości (wraz z całą tą historią niemieckich emigrantów) mistyfikacja autorstwa Frédérica Pagèsa.