EBENEZER ROJT

Rzeczy, które wygumkowano
Historie rodzinne Marcina Wichy

Rzeczy, których nie wyrzuciłem [1] są dowodem, że również w naszych czasach może powstawać i odnosić sukcesy literatura ezoteryczna. Niedawno otrzymały Nagrodę Literacką "Nike", a w Wikipedii awansowały do elitarnego grona książek zasługujących na osobne hasło, chociaż autorzy hasła nie byli pewni, czy to zbiór esejów, czy może jednak powieść. W powieści można zmyślać i wymazywać, natomiast w esejach obowiązuje inna kindersztuba. Ostatecznie 8 października 2018 wikipedysta o pseudonimie Pbk przesądził, że chodzi jednak o rzeczywistość, i to taką z nazwiskami i datami:
Bohaterką książki jest Joanna Rabanowska-Wicha (1946-2015), córka Jana Rabanowskiego.
I aby nikt nie miał wątpliwości, wylegitymował to krótkie zdanie aż czterema przypisami.
Oprócz tego - to zdanie wyszło już spod klawiatury innego wikipedysty - Rzeczy, których nie wyrzuciłem podejmują temat tożsamości żydowskiej, życia codziennego w PRL, żałoby, rodziny, polskiej historii i polskiej inteligencji.
Znowu cztery przypisy. Wikipedia wcale nie jest taka, jak mówią złośliwcy. Wszystko to prawda. Choćby "temat tożsamości żydowskiej".
- Babciu, czy w twoim domu ktoś mówił po żydowsku?
- Skądże. Wszyscy byli wykształceni.
A w ogóle to:
- Nie mówię, że jestem Żydem, bo ludzie mogliby się poczuć nieswojo - tłumaczył starszy krewny.
Boże, jak to potwornie wkurzało moją matkę. Więc chwytała to słowo. Dźgała na oślep. Babcie i ciocie robiły wielkie oczy.
- Coś ci się przywidziało, Joasiu. Co ty możesz o tym wiedzieć. Waszego pokolenia to nie dotyczy. Ciebie to nie dotyczy. Co było, a nie jest. Chcesz dokładkę?
Ale na nią to nie działało. Wdawała się w niepotrzebne dyskusje. Etniczne awantury mojej matki to były prawdziwe arcydzieła gatunku.
[...]
Właśnie tak gorszyła zacne panie. Warczała na nauczycielki. Pacyfikowała sprzedawców. Kazała milczeć antysemickim taksówkarzom. Nie reagowała na nasze:
- Po co to robisz?
Zrywała się do walki jak przewrażliwiony semicki nosorożec. Rozzłoszczony desygnat niewymawialnego rzeczownika. Bezczelna Stara Żydówa ("Kleks").
A skoro i "tożsamość żydowska", i "polska historia", to obowiązkowo rok 1968: "Potem nieraz to widziałem. 68. W wielu życiorysach tkwiły te cyfry" ("Po Marcu"). I jeszcze traumy rodzinne. "- Jedno dziecko jakoś ukryję - mówiła - z dwoma nie dałabym rady" (*** [Chyba się bała]). "- Czy dzisiaj też mogą zrobić takie rzeczy? - spytałem po seansie. - Nie - uspokoił mnie ojciec, a po chwili dodał: - Wymyślą coś nowego" ("Za dużo").

I jeszcze Holocaust - ale nienatrętnie, w pigułce:

Chyba w 1985 roku telewizja pokazała fragment filmu Shoah - ten z polskimi chłopami, którzy stoją przed kościołem i "jak pani się skaleczy, to mnie nie boli". [...] Matka mojej matki obejrzała film i nie powiedziała ani słowa. [...] Matka mojego ojca oświadczyła, że film Lanzmanna jest stronniczy i niesprawiedliwy. Był to pierwszy raz, kiedy usłyszałem, jak babcia opowiada o okupacji, wychodząc poza dyżurny zestaw trzech anegdot.
A potem - tonem rozstrzygającym - przytoczyła koronny argument:
- Raz spotkałam na ulicy stróża z kamienicy, gdzie mieszkałam przed wojną. Na pewno mnie rozpoznał. Musiał mnie rozpoznać. A przeszedł obok jakby nigdy nic ("Stróż").
"Matka mojej matki", Teresa Halina Auerbach, "[...] była stosunkowo niegroźnym budowniczym komunizmu [...] zajmowała się książeczkami dla dzieci, a w okolicy 1968 roku smyknęli ją na emeryturę" ("Wycinki").

Z kolei "matka mojego ojca", Teofila Wicha, "była to przedwojenna komunistka, niewiasta powściągliwa i małomówna, o twardej, surowej twarzy zawodowej działaczki, przysłanej przez partię na front kultury". Tak o niej napisał Marek Nowakowski, a jego słowa powtórzyła Wiktoria Śliwowska, bratanica Teofili Wichowej, więc chyba nie mogą być całkowicie nietrafne [2].

Babcie - stosunkowo niegroźne komunistki - jeszcze jakoś w tej rodzinnej opowieści istnieją. Warstwa ezoteryczna zaczyna się, gdy dochodzi do dziadków.

Bo powiedzcie tylko sami. Ilu znacie, już nie mówię - pisarzy, ale w ogóle ludzi, których obaj dziadkowie byli w PRL-u ministrami? I to nie jakimiś tam wice, nie dyrektorami departamentu, nie p.o. w randze ministra, ale pełnymi, regularnymi ministrami.

Otóż Marcin Wicha miał właśnie takich dziadków!

Pierwszy dziadek, Jan Zachariasz Rabanowski, ten, którego już wylustrowała Wikipedia, był ministrem w dwóch resortach. W latach 1945-1951 ministrem komunikacji, a w latach 1956-1958 ministrem łączności. Między rokiem 1951 a 1956 też nie działa mu się krzywda: mianowano go prezesem Głównego Urzędu Pomiarów Kraju.

Drugi dziadek, Władysław Wicha, był z kolei ministrem spraw wewnętrznych. Czyli - nawiązując do symboliki roku 1968 - był takim wcześniejszym "Moczarem" (i w istocie to właśnie Mieczysław Moczar wygryzł go z posady).

Wprawdzie niektórzy historycy sugerują, że Wicha mógł być w MSW tylko figurantem [3], ale ładny to figurant, który figuruje przez okrągłe 10 lat: od roku 1954 do roku 1964. Dłużej niż jakikolwiek inny minister spraw wewnętrznych PRL [4]. Dłużej niż ten straszliwy Moczar. Dłużej nawet niż Czesław Kiszczak!

W każdym razie firmował swoją ministerialną twarzą czasy, na które przypadły tak rozmaite wydarzenia, jak internowanie prymasa Wyszyńskiego, zabójstwo Bohdana Piaseckiego, rozpędzanie zamieszek po zamknięciu "Po Prostu", List 34, proces Melchiora Wańkowicza... A także Czerwiec 56. Podobno czternaście lat później Wicha, już jako emeryt (ostatnia posada: członek Rady Państwa), "na wieść o strzelaniu do robotników na Wybrzeżu siedział przy stole i płakał". Czy zebrało mu się na płacz, gdy strzelano w czerwcu 1956, nie wiadomo [5].

Wiadomo za to, że był wtedy i później towarzyszem niezwykle wręcz pryncypialnym. 14 lutego 1957, a więc już po tej czerwcowej nauczce, a także po sławetnym Październiku 56 i po tych wszystkich rytualnych zaklęciach wyświecających z socjalistycznej praworządności błędy i wypaczenia, mówił na krajowej odprawie organów bezpieczeństwa:

Wróg klasowy wyszedł z ciasnych ram podziemia i mobilizuje wszelkie wsteczne elementy do walki z władzą ludową, wykorzystując do tego formy legalne. Przyczajony dotychczas wróg uznał obecną chwilę za dogodną do jawnego występowania wśród różnego rodzaju grup opozycyjnych, wrogich elementów, resztek podziemia, wzięła górę tendencja wykorzystywania legalnych możliwości w naszym życiu polityczno-społecznym, aby z tych pozycji toczyć walkę z władzą ludową. Próbuje on spychać wielki nurt odnowy na wsteczne, antysocjalistyczne tory (Organy bezpieczeństwa, s. 142).
Wynika z tego, że nawet rachityczne legalne formy opozycji dalej były dla ministra Wichy jakby nie całkiem legalne. Na tej samej odprawie stwierdził zresztą, że Służba Bezpieczeństwa powinna się interesować operacyjnie również osobami, które właśnie zrehabilitowano, a nawet "przywróconymi do działalności politycznej" (Organy bezpieczeństwa, s. 141). Głównym orężem w tej robocie miała być agentura, czyli sieć tajnych współpracowników. Można zatem przyjąć, że ci, których werbowano, prośbą i groźbą, w latach 1957-1964, pośrednio i po części zawdzięczają te swoje życiowe doświadczenia właśnie pryncypialności dziadka Marcina Wichy. Smykniętych na emeryturę wrogów klasowych też pewnie by się trochę znalazło.

O tym wszystkim naturalnie w Rzeczach, których nie wyrzuciłem nie ma ani słowa, bo jak z takich bezpieczniackich komunałów ulepić zgrabną anegdotkę. Również temat "życia codziennego w PRL" na wszelki wypadek zaczyna się dopiero w późnych latach 70. Kiedy trzeba tygodniami polować na książeczkę Kto pocieszy Maciupka?, użerać się z wodociągami, z administracją... Ot, zwykłe życie zwykłych obywateli.

A jak to życie wyglądało wcześniej? Jak to na przykład było - być w latach 50. dzieckiem ministra? [6]. Skąd się wtedy brały książeczki, hydraulicy i jak reagowała na telefon administracja? Może - powie ktoś - za dużo wymagam od Marcina Wichy urodzonego w roku 1972, skoro to wszystko było przed. I co z tego, że przed? Holocaust też był przed. Traumy były przed. Rok 1968 był przed. Nawet radziecka książka kucharska z 1952 roku (której Wicha poświęcił osobny rozdzialik) też była przed [7]. A są.

Za to po obu dziadkach zostały tylko blade cienie. Niczym powidok po duchach z nieudanego seansu. Albo ślad po literach napisanych twardym ołówkiem, które ktoś potem próbował wymazać gumką.

Nagle matka zaczyna mówić. Opowiada, że jej ojciec się zastrzelił.
- Nigdy ci o tym nie mówiłam. Nie było mnie w domu. Przyjechali do szkoły i powiedzieli. Nigdy. Nie umiałam ci tego powiedzieć. Zresztą ktoś taki jak ty musiał się domyślić. Potem przestałam się dobrze uczyć. Nagle wszystko stało się takie trudne. Nic nie rozumiałam, ale dalej mi stawiali dobre stopnie. Stawiali mi dobre stopnie, bo mój tatuś umarł. Potem dodaje, że komuniści byli różni. Że tak naprawdę nigdy nie ufali jej ojcu. Że był gorszy. Że to się zawsze czuło (***, [Pewnego dnia dzwoni do mnie matka]) [8].
A o drugim dziadku taka deserowa anegdotka.
Czerwiec. Sezon na truskawki. Placek z owocami - pierwszy przedstawiciel nowego rocznika - małe kropelki syropu na powierzchni bezy. Pękate butelki z napojem Mirinda, bo lekkomyślny Gierek właśnie się szarpnął na licencję. Dziadek sceptyczny wobec nowej polityki gospodarczej - zsuwa okulary na czubek nosa - podnosi metalową zakrętkę na wysokość wzroku, obraca w palcach, powoli odczytuje nazwę. Dawno temu odsunięty od władzy. Siwy i wysoki nadal jest jedynym przystojnym mężczyzną w rodzinie.
- Siedziałem w obozie Miranda - mówi. - Miranda de Ebro.
Ale nie rozwija tematu ("Miranda").
Nikt się nie domyśli (bo i po co), że sceptyczny dziadziuś, któremu kapsel od Mirindy kojarzy się z frankistowskim obozem, to niegdysiejszy pryncypialny minister spraw wewnętrznych. Dla wtajemniczonych zostaje żart, ironia i głębsze znaczenie.
W ten sposób opowiadamy o swojej skromnej przeszłości. Niby z dumą (było nie było, nasze korzenie), ale i z obawą. Opowiadamy, zawsze gotowi obrócić wyznania w żart. Zakpić samemu, zanim wyśmieją nas inni.
Nie czujemy się dość silni, żeby spokojnie spojrzeć za siebie [9].

[1] Marcin Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2017; korzystałem z wydania elektronicznego, które przygotowała Małgorzata Widła. Dalej w nawiasach okrągłych podaję tytuły odpowiednich rozdziałów lub ich incipity.

[2] Pan Puchatek. Rzecz o Wacławie Józefie Zawadzkim, do druku przygotowała Wiktoria Śliwowska, przypisy opracowały Anna Brus i Wiktoria Śliwowska, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2006, s. 171-172. Dalej cytuję jako Pan Puchatek.

Marek Nowakowski pisze tam jeszcze:

"Wnuk szefowej Czytelnika, pani Teofili Wichowej, Marcin, licealista w tym czasie, zaprojektował okładkę do mojej książki Raport o stanie wojennym, wydanej w oficynie Nowa. Ciekaw byłem, co myślała o tym jego babcia, przedwojenna komunistka, która służyła partii przez całe życie".

Wnuk wie, co myślała:

"Babcia uważała, że za politycznym zaangażowaniem zawsze szło obniżenie rangi artystycznej. Obiektywnie i bezstronnie nie podobały jej się książki opozycyjnych pisarzy. Marnowali się. Schodzili na manowce. Na złość babci marnowali talent".

I już od siebie dodaje dla przestrogi:
"Wiele lat później mrukliwy Nowakowski, specjalista od krótkich zdań i cienkich książek, stał się ulubieńcem i patronem prawicy" ("Prognoza pogody").

Bo dziś to może nawet gorzej niż niegroźnie budować komunizm.

[3] "Kierownik resortu, minister Władysław Wicha, uchodzi za człowieka zgaszonego, niedołężnego, pozbawionego zarówno ambicji, jak i kwalifikacji do odgrywania jakiejś poważniejszej roli politycznej. [...] owszem, towarzysze mówią wszyscy, że Wicha to »porządny człowiek«, ale przeważa tendencja poklepywania go po ramieniu i niebrania go poważnie. Wicha odczuwa dość boleśnie to protekcjonalne traktowanie i odsuwa się coraz bardziej w zacisze ogniska domowego. [...] Wicha jest właściwie figurantem we własnym ministerstwie" (Krzysztof Persak, Dymisja Antoniego Alstera, [w:] Od Piłsudskiego do Wałęsy. Studia z dziejów Polski w XX wieku, komitet redakcyjny: Krzysztof Persak, Antoni Dudek, Andrzej Friszke, Łukasz Kamiński, Paweł Machcewicz, Piotr Osęka, Paweł Sowiński, Dariusz Stola, Marcin Zaremba, Instytut Pamięci Narodowej - Instytut Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, Warszawa 2008, s. 233-234).

Persak cytuje "zachowaną w aktach Wydziału Studiów i Analiz Radia Wolna Europa opinię nieznanego z nazwiska informatora z kraju" (s. 233) z roku 1961. Trzeba jednak pamiętać, że takie przecieki (kontrolowane) bywają często elementem gry politycznej. Na przykład rozpowszechnia się je w nadziei, że zadziałają jako samospełniająca się przepowiednia.

[4] Wicha był też w ogóle pierwszym peerelowskim ministrem spraw wewnętrznych, gdyż ministerstwo to powstało właśnie w 1954 roku po likwidacji Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W latach 1954-1956 obok MSW istniał także Komitet do spraw Bezpieczeństwa Publicznego i to jemu podlegała policja polityczna, jak również wywiad i kontrwywiad. Niemniej jeden duch i jedno serce ożywiało wszystkie te organy i dlatego minister Wicha obejmując swój urząd z miejsca wydał zarządzenie stwierdzające, że:

"Organa MSW w swej codziennej pracy będą ściśle współpracowały z organami bezpieczeństwa w zakresie pomocy w wykonywaniu zadań związanych z bezpieczeństwem kraju, pomocy KBW udzielanej dla operacji prowadzonych przeciwko zbrojnym bandom oraz pomocy ze strony WOP organom bezpieczeństwa w zabezpieczeniu przed przenikaniem do Polski agentów imperialistycznego wywiadu" (Henryk Dominiczak, Organy bezpieczeństwa PRL 1944-1990, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 1997, s. 32; dalej cytuję jako Organy bezpieczeństwa).

[5] Pisze o tym płaczu Wiktoria Śliwowska (przypominam: bratanica żony ministra Wichy) w enigmatycznym i bardzo bałamutnym wspomnieniu:

"Niebawem przybył też Władek Wicha [...]. Po dłuższym pobycie na Zachodzie, po serii poniżeń, jakich doznał i w Gandawie, i w Londynie - jego nienawiść do kapitalizmu, jak już pisałam, wzmocniła się. Nie rozumiał też zupełnie sytuacji w kraju [...] O ile wiem, był bliski Gomułce i choć go nie aresztowano za odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne, został odsunięty na boczny tor. Na pewien czas wyjechał do pracy partyjnej do Kielc. Powrócił do Warszawy po Październiku wraz z Gomułką i jego świtą i spadł z nim razem ze stanowiska ministra spraw wewnętrznych podgryzany skutecznie przez Mieczysława Moczara. Odsunięty na margines do samej emerytury zajmował się strażakami i innymi podobnej wagi sprawami. Mówiła mi jego synowa, Janeczka [czyli Joanna Rabanowska-Wicha, matka Marcina Wichy], że na wieść o strzelaniu do robotników na Wybrzeżu siedział przy stole i płakał. Z czasem złagodniał, widywaliśmy się częściej, słuchał nawet chętnie dowcipów i innych uwag krytycznych, których dawniej nie przyjmował do wiadomości" (Pan Puchatek, s. 59-60).

Niemal wszystkie podane w tym wspomnieniu informacje są nieprawdziwe.

[6] W książce Wichy jest co prawda jedna scenka z jego rodzicami jako dziećmi w latach 50. - ale tylko wyobrażona i całkowicie bajkowa. Wicha wymyślił ją jako dodatek do historyjki z Drobnych ustrojów Marii Zientarowej. W oryginalnej historyjce w Centralnym Domu Dziecka dzieci tłoczą się przed nieczynną makietą kolejki elektrycznej, daremnie czekając aż ją puszczą i wymieniając uwagi w rodzaju "mój starszy brat powiedział, że dwa lata temu, na 22 Lipca to sam widział, jak chodziła".

"Przez chwilę mam wrażenie - to już dopisuje Wicha - że też tam jestem, na parterze, wśród wilgotnych palt i jesionek, że patrzę na papierową górę, drzewa wykonane z gąbki, tunel otoczony ceglastą lamówką, maleńkie semafory.

W tłumie są moi rodzice, kilkuletni, przejęci. Jeszcze się nie znają. Długo musieli prosić. Dorośli tygodniami im obiecywali, że ich tutaj przyprowadzą, brakowało czasu, bo praca do późna, bo zebranie, delegacja, aż wreszcie, aż w końcu" ("Kolejka elektryczna").

W tej sentymentalnej bajce kolejka dalej stoi. Choć przecież nietrudno się domyślić, że gdyby w tamtym czasie Centralny Dom Dziecka nawiedziło dwóch ministrów ze swoimi pociechami, z miejsca ruszyłaby jak opętana.

Nb. sama książka Zientarowej też jest miejscami bajkowa, co dla czytelników w roku 1955 musiało być oczywiste. W tym samym rozdziale znajdują się na przykład takie oto wyznania niezbyt uprzejmej ekspedientki z Domu Dziecka:

"Ja przedtem pracowałam w «Delikatesach» przy szynce. Cały dzień, przez całe osiem godzin słyszałam: «Tylko żeby była chuda, bo to dla chorego.» Doszło do tego, że jak jaka klientka tego nie powiedziała, to mnie zaczynało serce bić. Potem robiły mi się czame plamki przed oczami i ciągle mi się zdawało, że kraję zepsutą szynkę. Ale to było na tle nerwowym. No więc pogadałam z kierownikiem. To bardzo miły człowiek i przenieśli mnie do pomarańczy. No to cały boży dzień słyszałam: «Tylko niech mi pani wybierze dojrzałe, bo to dla dziecka.» Proszę pani, ja byłam kiedyś bardzo uprzejma i uśmiechałam się do klientów, ale po paru tygodniach to tylko zagryzałam wargi i udawałam, że nie słyszę. Ale słyszałam, jeszcze jak słyszałam" (Maria Zientarowa [Mira Michałowska], Drobne ustroje, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1956, s. 159-160).

Krojenie szynki lub sprzedawanie pomarańczy na okrągło przez osiem godzin w Polsce w połowie lat 50. to wizja surrealistyczna. Kto chciałby wiedzieć, jak naprawdę było w socjalizmie z pomarańczami, niech przeczyta w DODATKACH: "Pomarańcze i cytryny albo z dziejów socjalizmu w Polsce".

[7] Przy opisie tej książki kucharskiej (rozdział "Książka kucharska ze Stalinem") Wicha trochę nazmyślał. Zaczyna się dobrze. Cytat z wodza na frontyspisie rzeczywiście jest. Są też kolorowe "marmury wędlin". Ale jeśli chodzi o butelki alkoholi, o których pisze:

"Najpiękniejsze były butelki alkoholi. Na nieostrych zdjęciach domalowano etykiety. Nazwy spotkałem później w poemacie Moskwa-Pietuszki"

- to reprezentowane są one tam wyjątkowo skromnie. Wieniczka Jerofiejew (z którego Wicha miał wielką ochotę zacytować dialog o jerezie) byłby raczej mocno sfrustrowany. Bo i tam, wyobraźcie sobie, jerezu nie ma nawet na obrazku!

[8] Z życiorysu Jana Zachariasza Rabanowskiego nie sposób tę nieufność wydedukować. Przeciwnie. Wiadomo na przykład, że początkowo należał do Polskiej Partii Robotniczej, a potem kazano mu się zapisać do Stronnictwa Demokratycznego, by był tam komunistyczną wtyczką. Niepewnych (albo "gorszych") towarzyszy do takich delikatnych zadań nie wyznaczano. Samobójstwo zaś najprawdopodobniej wiązało się z jego długotrwałą nieuleczalną chorobą.

Nb. również Wiktoria Śliwowska czuła się w obowiązku zaznaczyć, że "komunista nie jest synonimem łajdaka. Byli wśród nich różni [...]" (Pan Puchatek, s. 172).

[9] Marcin Wicha, Jak przestałem kochać design, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2015; korzystałem z wydania elektronicznego, które przygotowała Małgorzata Widła. Cytat z rozdziału "Zakochaj się w designie".