EBENEZER ROJT

Zmyślenia Albina Siwaka
albo murarz głowy muruje

Albin Siwak, murarz, a w szalonych latach 80. członek Biura Politycznego Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, czyli członek najwyższej elity partyjnej, uczuł na starość wenę do pisania. Jest to twórczość zdecydowanie monotematyczna - Żyd, Żyda, Żydem, z Żydami, Żydzi... - i przez to cokolwiek nużąca. Ponieważ jednak kiedyś dałem oględnie do zrozumienia, że dzieł Albina Siwaka nie uważam za poważne źródło [1], pewien mój Czytelnik zobowiązał mnie, bym poparł tę opinię wskazaniem przynajmniej trzech Siwakowych bałamuctw. Obiecałem i teraz dotrzymuję.

Proszę mi przesadnie nie współczuć. Aby znaleźć trzy bałamuctwa - i to porządne, nie jakieś tam literówki czy przecinki - nie musiałem przeczytać nawet połowy pierwszego rozdziału pierwszego tomu wspomnień Albina Siwaka Bez strachu. Korzystałem przy tym z wydania drugiego, niewątpliwie bardziej dopieszczonego, które mistrzowi sztuki murarskiej pomagała zredagować Barbara Białecka, a zrecenzował je prof. dr hab. Andrzej Jezierski [2]. Zatem wiele par oczu bacznie oglądało te strony.

Nie był to też rozdział o drugorzędnym znaczeniu, na przykład dodany pro forma jako konwencjonalny wstęp. Przeciwnie, ów rozdział pierwszy, zatytułowany "Szanowny Czytelniku!" i przez samego autora z jakiegoś względu nazywany przedmową, to właśnie ta część jego książki, która

jest w niej najważniejsza i wyjaśnia dlaczego w ogóle została ona napisana. Pokazuje, jakie argumenty i zdarzenia, jakie decyzje różnych ludzi i formacji politycznych stały się przyczyną napisania tej książki (s. 12, wyróżnienia moje).
A teraz już do rzeczy. Cytaty będą spore, bo z góry wykluczyłem drobne przeoczenia i omsknięcia ręki, więc głupstwa w rodzaju nazywania Natana Szarańskiego Natonem Szarońskim (s. 18) z premedytacją pomijałem [3].

Bałamuctwo pierwsze. Zmyślony cytat z Józefa Piłsudskiego

Pisze Siwak:

Często w mediach pojawiają się artykuły i filmy dokumentalne o Piłsudskim. Polska prawica lubi posłużyć się osobą Piłsudskiego. Cytuję go, jak również papieża Polaka. To uwiarygodnia w oczach społeczeństwa takiego polityka, który szafuje słowami tych osób. Żaden polityk nie zacytował i nie zacytuje słów marszałka Piłsudskiego, gdy przyjechał do Wilna po tym jak zajął je gen. Żeligowski. A mówił wtedy:

"Gdy zajechałem do Wilna, parę dni po zajęciu go przez generała Żeligowskiego, widziałem ja i moi oficerowie, jak w całym mieście ludzie płakali ze wzruszenia i radości, oddawali żołnierzom cokolwiek mieli do zjedzenia. Pokazano mi kilkaset osób zabitych i nie pochowanych. Były dzieci i kobiety, starcy i żołnierze.

To Żydzi strzelali z ukrycia i zabijali Polaków. Żydzi byli tu warstwą rządzącą, skazywali na śmierć i na wywózkę na Wschód Polaków. I to też ludność pamiętała. Teraz z ogromną trudnością polskie wojsko musi bronić Żydów przed samosądem i zemstą Polaków. Musiałem uspokajać ludność i żołnierzy, żeby nie doszło do samosądu". Ta notatka znajduje się w książce pt. "Sejm i Senat w 1922 i 1927 roku", której autorami są T. W. Rzepeccy, wydanej w Poznaniu w 1927 roku. To też antysemityzm? (s. 16-17).

Książka Tadeusza i Witolda Rzepeckich istnieje naprawdę, chociaż nosi nieco inny tytuł (Sejm i Senat 1922-1927) i została wydana cztery lata wcześniej [4]. Rzekomego cytatu z Piłsudskiego naturalnie w niej nie ma, co łatwo dziś sprawdzić, gdyż jej skan dostępny jest tutaj. Napisałem 'naturalnie', ponieważ już sam charakter tej publikacji czyni zamieszczenie takiego cytatu niezwykle mało prawdopodobnym. Jak bowiem wskazuje podtytuł, jest to "podręcznik dla wyborców, zawierający wyniki wyborów w powiatach, okręgach, województwach, podobizny senatorów i posłów sejmowych oraz mapy poglądowe".

Można się z tego podręcznika dowiedzieć, że w Warszawie w okręgu wyborczym numer 1 prócz generała Józefa Hallera (życiorys na stronach 117-119) posłami zostali wybrani nie tylko Maksymiljan Apolinary Hartglass, adwokat, "zamieszkały w Warszawie, Leszno 48, m. 6" (s. 124) oraz Nojach Pryłucki, też adwokat, "zamieszkały w Warszawie, Leszno 28" (s. 126), ale nawet Majer Szapira, rabin zamieszkały w Sanoku, "autor kilkutomowego dzieła talmudyczno-pilpulistycznego na tle wiedzy astronomicznej p.t. «Imrej Daat»" (s. 125). Dalej bywa jeszcze gorzej. Na przykład w takim województwie białostockim na pierwszym miejscu znalazł się doktor Simche Binem vel Szymon Feldman (s. 138), wyprzedzając, niewątpliwie dzięki żydowskim machlojkom, proboszcza Stanisława Nawrockiego z Zabłudowa (s. 140). Albin Siwak chyba by się zapłakał, gdyby kiedykolwiek miał tę smutną książkę w ręku.

Krótko mówiąc: Żydów w niej nie brakuje, ale akurat o tych wileńskich, co to "strzelali z ukrycia i zabijali Polaków", nie ma ani słowa. Na wszelki wypadek przejrzałem jeszcze dwie inne podobne publikacje klanu Rzepeckich, by wykluczyć ewentualność, że Siwakowi od nadmiaru erudycji pomieszały się sejmy [5]. Niestety, Piłsudskiego bolejącego w Wilnie nad perfidią żydowską tam również nie ma [5a].

Bałamuctwo drugie. Zmyślony cytat z Jana Pawła II

Bałamuctwo to znajduje się zaraz pod bałamuctwem z Piłsudskim. Albin Siwak ciągnie bowiem dalej swoje uwagi o pomijaniu niewygodnych słów wielkich Polaków:

Tak samo, jak z cytowaniem papieża Polaka. Powtarza się to, co potrzebne w danej chwili i sytuacji. A papież ostrzegał również przed przystąpieniem do Unii Europejskiej. Był zwolennikiem wejścia, ale mówił o warunkach, na jakich powinniśmy wejść: "Nie możemy wejść do Unii jako naród w zasadniczą zależność od tych, którzy bezczelnie zgłaszają pretensje do naszych ziem historycznych, do odszkodowań za skutki wojenne. Ludzie, którzy tego nie wiedzą są naiwni albo są zdrajcami". (L'Osservatore Romano, styczeń 2005) (s. 17).
Jest to bałamuctwo wyjątkowo niegodziwe. "Nie możemy wejść do Unii jako naród w zasadniczą zależność od tych...". Mniejsza już o to, że w "L'Osservatore Romano" ze stycznia 2005 roku nie ma tych słów ani żadnej wypowiedzi Jana Pawła II o choćby zbliżonej wymowie [6]. Ale samo sugerowanie, że polski papież mógł w jakichkolwiek okolicznościach używać podobnie kulawej polszczyzny, uwłacza jego pamięci. To tak, jakby bezczelnie twierdzić, że Albin Siwak nie odróżnia przy murowaniu wiązania wozówkowego od główkowego. Za coś takiego po prostu daje się z miejsca w papę.

Bałamuctwo trzecie, najzabawniejsze. Historia arcybiskupa Kohna

Według dzisiejszego Albina Siwaka, niegdysiejszy stosunek PZPR do Kościoła był "nieszczęściem dla partii". Nic na to jednak nie można było poradzić, gdyż do partii zakradli się Żydzi ("dokonali tego swoim sprytem i chytrością", s. 21) i to oni "na plan pierwszy zawsze wprowadzali do programu walkę z Kościołem" (s. 21). Działo się tak dlatego, że to właśnie duchowieństwo przez wieki broniło ludność polską przed żydowskim zalewem. Biskupi wręcz ścierpieć nie mogli, że "ludność polska jest na wszelkie niecne sposoby niszczona i wykorzystywana przez Żydów" (s. 19).

Ale był też taki arcybiskup, który przypomina obecne postacie kilku biskupów. Był to arcybiskup Kohn, który otoczył się Żydami i cała jego polityka była skierowana przeciw Kościołowi katolickiemu. Narobił tyle zła w Kościele, że Pius X nie mógł już dalej tolerować jego antypolskich i antykościelnych wypowiedzi i decyzji. Został usunięty z Kościoła całkowicie w 1903 roku. Historycy to opisali. Arcybiskup ten zgromadził majątek, na który składały się nieruchomości i pieniądze. Przed śmiercią zapisał to wszystko gminie żydowskiej. Jego nazwisko Żydzi obecnie umieszczają wśród wybitnych postaci zasłużonych dla Żydów. Na nagrobku napisali mu tak:

"Arcybiskup Ołomuniecki Kohn, zasłużony Żyd polski dla swego narodu" (s. 19).

Arcybiskup Teodor Kohn to postać autentyczna, chociaż po części również literacka. Gdy w Przygodach dobrego wojaka Szwejka okazuje się, że "kapelan polowy Otto Katz, najdoskonalszy ksiądz wojskowy, był Żydem", narrator zaraz dodaje, iż "nie ma w tym zresztą nic osobliwego", bo "arcybiskup Kohn był też Żydem" [7]. Z kolei stryj Pepin, który podobno naprawdę widział arcybiskupa Kohna (ale może "naprawdę" tylko po hrabalowsku [8]), zapamiętał nade wszystko jego zapach:
- Byłoby tak samo, jak wtedy, gdy przyjechał do nas arcybiskup Kohn - oświadczył wuj Pepin. - Wołoch z żydowskiego nasienia, włosy jak len, złote binokle, na palcu pierścień w cenie kilku milionów, wyperfumowany niczym jaka marmuzela, aż się ten zaduch za nim płużył niczym dym za lokomotywą [9].
Z drugiej strony, wyperfumowany arcybiskup był także surowym gospodarzem i krótko trzymał swoich podwładnych:
No więc zaszedłem w zeszłym roku do rezydencji arcybiskupiej popatrzeć, jak tam teraz wygląda, powiadam wam, park zapuszczony, wszędzie kręcą się ludzie, tylko jakaś baba siedziała na ławce i wcinała jabłka. Gdyby to nieboszczyk arcybiskup Kohn widział! Zaraz by babę obsztorcował, dlaczego nie zamiata. On był nerwus, zwłaszcza w młodych latach, kiedy to nadleśniczy naszpikował go śrutem, bo smalił koperczaki do jego żony. W końcu arcybiskup, żeby być bliżej Boga, przeniósł się razem z gospodynią do Tyrolu [10].
Prawdopodobnie właśnie ta surowość i nerwy zwichnęły karierę arcybiskupa. Wdawał się w liczne konflikty, mnożył sobie wrogów (nie tylko na antysemickiej prawicy, ale także na antyantysemickiej lewicy [11]), namiętnie procesował się z prasą i ostatecznie został nakłoniony do rezygnacji z urzędu dla dobra Kościoła. Albowiem wśród wielu świętości, którym Kościół oddaje cześć, święty spokój należy do najbardziej umiłowanych.

A jak się ma do rzeczywistości to, co o arcybiskupie Kohnie napisał arcyczłonek Biura Politycznego Albin Siwak?

Otóż właściwie nic tam się nie zgadza. Ani arcybiskup Kohn nie "otoczył się Żydami" (bo jednak o księdza żydowskiego pochodzenia było w tamtych czasach trudno), ani nie został "usunięty z Kościoła całkowicie w 1903 roku". W marcu 1904 roku zrezygnował jedynie ze swego urzędu, najzupełniej dobrowolnie, ponieważ nie naruszył żadnych kanonów prawa kościelnego [12]. Nie zapisał też swojego majątku gminie żydowskiej, lecz dał ponad trzysta tysięcy koron na uniwersytet w Ołomuńcu, a wcześniej trzy miliony koron na uniwersytet w Brnie [13]. Nic też nie wiadomo o tym, by jego nazwisko Żydzi mieli obecnie umieszczać "wśród wybitnych postaci zasłużonych dla Żydów". Przeciwnie, Encyclopaedia Judaica w bardzo zwięzłej notce podkreśla, że Kohn podzielał antyżydowskie poglądy obecne wówczas w Kościele Katolickim, a potem sam padł ofiarą antysemityzmu [14].

Rzekomy napis na nagrobku arcybiskupa to rzecz jasna również zmyślenie.

Najśmieszniejsze jest jednak to, że Albin Siwak pisząc tę swoją przypowieść o niecnym Kohnie, był święcie przekonany, że Kohn to "Żyd polski", który na urzędzie arcybiskupa ołomunieckiego szkodził polskim katolikom ("Pius X nie mógł już dalej tolerować jego antypolskich i antykościelnych wypowiedzi i decyzji"). I tak oto Ołomuniec przeniósł się z pięknych Moraw na jeszcze piękniejsze stare polskie ziemie...

Najwyraźniej perfidia Żydów sięga już nawet geografii.

[1] Zrobiłem to w notce "Lech Jęczmyk jedzie po bandzie albo w poszukiwaniu polskiego Chaveza". Albinowi Siwakowi poświęciłem tam jedno zdanie dopełnione przypisem 7, ale wielu moich P.T. Czytelników czyta "KOMPROMITACJE" nadzwyczaj uważnie. Co im się chwali.

[2] Albin Siwak, Bez strachu. Wspomnienia stare i nowe, tom I, wydanie II, nakładem Autora, Warszawa 2009. Dalej w nawiasach okrągłych strony z tego wydania.

[3] Siwaka w tym wypadku trochę usprawiedliwia fakt, że z nazwiskiem Szarańskiego są pewne problemy. Kiedy w latach 70. siedział w radzieckim więzieniu, paryska "Kultura" pisała jego nazwisko 'Szczarański' jako spolszczenie rosyjskiego Щаранский. Potem, gdy w latach 80. wyjechał do Izraela, zmienił imię Anatol (Анатолий) na czysto hebrajskie Natan (נתן), a nazwisko uprościł, bo 'szcz' to jednak dla nie-Słowian za dużo i został Szarańskim, a właściwie Szaranskim. Po hebrajsku: שרנסקי - a więc kolejno (czyli od prawej): szin - resz - nun - samech - kof - jod. Siwak przerobił go na 'Szarońskiego' może dlatego, że Szarański był ministrem w rządzie Ariela Szarona. No a 'Naton' zamiast 'Natana' to oczywista aluzja do amerykańsko-żydowskiego NATO.

[4] Tadeusz i Witold Rzepeccy, Sejm i Senat 1922-1927. Podręcznik dla wyborców, zawierający wyniki wyborów w powiatach, okręgach, województwach, podobizny senatorów i posłów sejmowych oraz mapy poglądowe, Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego, Poznań 1923.

[5] Tadeusz Rzepecki, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej 1919 roku, Wielkopolska Księgarnia Nakładowa, Poznań 1920. Tadeusz i Karol Rzepeccy, Sejm i Senat 1928-1933. Podręcznik zawierający wyniki wyborów w województwach, okręgach i powiatach, podobizny posłów sejmowych i senatorów, statystyki i mapy poglądowe, Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego, Poznań 1928.

[5a] Pan Jarosław Tomasiewicz zwrócił mi uprzejmie uwagę, że Piłsudski jednak trochę nad perfidią Żydów wileńskich bolał. Tyle że w liście do premiera Ignacego Paderewskiego z 4 maja 1919, w którym pisał między innymi:

"Wielce Szanowny Panie Prezydencie! [szefa rządu nazywano wtedy prezydentem ministrów]

Dziękuję za powinszowanie z powodu mojej operacji wileńskiej [tj. zdobycia Wilna 19 kwietnia 1919 r.]. [...] Gdym na drugi dzień Świąt przyjechał do Wilna, przez parę dni widziałem całe miasto, płaczące ustawicznie ze wzruszenia i radości. Pomimo okropnego wygłodzenia miasta ludność wpychała żołnierzom wszystko, co miała do jedzenia. Wszystkie te fakty ku wielkiej mojej radości zawiązały pomiędzy wojskiem a ludnością serdeczny i długotrwały związek. Znacznie gorzej było z Żydami, którzy przy panowaniu bolszewickim byli warstwą rządzącą. Z wielkim trudem wstrzymałem pogrom, który wisiał po prostu w powietrzu z powodu tego, że ludność cywilna żydowska strzelała z okien i dachów i rzucała stamtąd ręczne granaty" (Józef Piłsudski, Pisma zbiorowe, tom V, Instytut Józefa Piłsudskiego, Warszawa 1937, s. 81).

Tak więc wprawdzie nie w książce Rzepeckich, nie po zajęciu Wilna przez generała Żeligowskiego, bez uwag o skazywaniu na śmierć i wywózkach na Wschód oraz znacznie lepszą polszczyzną, ale jednak coś przykrego o Żydach Marszałek powiedział. Podobnie zresztą o wiarołomstwie części Żydów mówił w sierpniu 1920 roku w wywiadzie dla "Kuriera Porannego" (tamże, s. 167). Można zatem uznać, że w tym wypadku w zmyśleniu Albina Siwaka więcej było pomieszania z poplątaniem niż czystego zmyślenia.

[6] Natomiast wydrukowano w tym numerze przemówienie papieża skierowane do ówczesnego premiera rządu RP, Marka Belki, które można przeczytać tutaj.

[7] Jaroslav Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej, tom I, przełożył Paweł Hulka-Laskowski, Wydawnictwo "Śląsk", Katowice 1970, s. 122.

[8] Hrabal mówi o tym w wywiadzie, więc wypadałoby mu wierzyć, ale kto go tam wie. Zob. Bohumil Hrabal, Piękna rupieciarnia, przekład Aleksander Kaczorowski i Jan Stachowski (ten wywiad przełożył Aleksander Kaczorowski), Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006, s. 91: "[...] przekonywałem się, że mój stryj miał rację, chociaż nie miałem tyle szczęścia, żeby spotkać hrabiego Żeligowskiego albo arcybiskupa Kohna...".

[9] Bohumil Hrabal, Aferzyści i inne opowiadania, przekład zbiorowy, Wydawnictwo "Śląsk", Katowice 1983, opowiadanie "Śmierć pana Baltisbergera" (przełożyła Cecylia Dmochowska), s. 187. Dla koneserów to samo w oryginale:

"«To by bylo to samý, jako když k nám přijel arcibiskup Kohn,» tvrdil strýc Pepin. «Valach z židovskýho kořene, vlasy jako len, zlatej cvikr, na prstě ten prsten v ceně několika milionů a navoněnej tím pižmem královským jak nějaká slečna z baru, že to za ním plávlo jak za lokomotivou«" (Bohumil Hrabal, Perlička na dně, Mladá fronta, Praga 2000, s. 61).

Nb. tłumaczka chyba nie najszczęśliwiej poradziła sobie z wieloznacznością słowa 'Valach', choć może w tym wypadku zwiodła ją wielka litera na początku zdania. Otóż czeskie 'Valach' może znaczyć 'Wołoch' (l.m. 'Wołosi', nazywa się tak różne ludy z Półwyspu Bałkańskiego), ale może też znaczyć 'Wałach' (l.m. 'Wałasi', to taka grupa polskiej ludności mieszkająca na Śląsku Cieszyńskim) lub (na początku zdania też wielką literą) zwyczajne 'wałach', czyli wykastrowany koń. I moim zdaniem właśnie to trzecie znaczenie miał na myśli stryj Pepin. Który występuje w tym przekładzie jako wuj, co nie jest błędem, bo czeskie 'strýc', to także wuj, ale wszyscy hrabaliści wiedzą, że stryj Pepin jest stryjem i kropka.

A tak w ogóle to stryj Pepin coś tam jeszcze o arcybiskupie Kohnie dopowiada i wygłasza całą przemowę o różnych innych arcybiskupach. Nie ma ona wprawdzie żadnego związku z tematem, ale co szkodzi umieścić ją w przypisie:

"Wziął oddech i ciągnął: - No więc, kiedy do nas przyjechał [arcybiskup Kohn], baby rzuciły się całować mu ręce, ale kanonicy je odpychali, żeby nie obsmarkały mu rękawów, co się jednak tyczy panienek z pałacu, córeczek notariusza, to ksiądz arcybiskup sam całował je po rękach. A znów arcybiskup Stojan to był dusza człowiek, rozdawał na prawo i lewo, każdy żebrak, pijus czy nie, dostawał złocisza. Natomiast arcybiskup Bauer miał odrażająca facjatę, same krosty i błękitna krew. Przy bierzmowaniu to było bardzo nieprzyjemne. Co innego przy ostatnim namaszczeniu. Kilku umierających tak się wystraszyło tego jego oblicza, że powrócili do zdrowia. Zaś arcybiskup Preczan był zagorzałym filantropem. Chwytał moją mamę za ręce i mówił: «Bóg z wami, matko, pilnujcie się, żeby was nie stratowali». I dawał jej błogosławieństwo, a na dokładkę złotówkę, bo lubił baby, tę główną podporę Kościoła. Lubił także wygłaszać kazania na temat, że chrześcijanin, kiedy idzie do kościoła, nie powinien zionąć gorzałką. Ale niemal wszyscy arcybiskupi mieli jedną cechę wspólną - byli niesamowitymi obżartuchami. Na przykład Preczan na jedno posiedzenie potrafił zjeść całą kobiałkę gołębi, a Bauer na obiad pochłaniał małego prosiaka i antałek piwa".

[10] Bohumil Hrabal, Aferzyści..., op. cit., s. 183. Tę historię o parku, babie wcinającej jabłka i nerwowym arcybiskupie stryj Pepin opowiada również na samym początku filmu Perełki na dnie (Perličky na dně) z roku 1965 (nowelka "Śmierć pana Baltazara " według "Śmierci pana Baltisbergera", reżyseria Jiří Menzel).

Opinia o trudnym charakterze arcybiskupa Kohna krążyła, zdaje się, powszechnie. "Arcybiskup Kohn był wogóle postacią niesympatyczną; takie przynajmniej odniosłem wrażenie, widząc go w r. 1903. Nie był też lubiany" - pisał jeszcze za życia arcybiskupa Kazimierz Ostaszewski-Barański (Z morawskiej ziemi (notatki), Schmitt i Spółka, Lwów 1908, s. 82).

Zszargane nerwy Teodora Kohna tłumaczy nieco atmosfera, w jakiej obejmował (dość niespodziewanie) arcybiskupstwo ołomunieckie. Wytykano mu rzecz jasna żydowskie pochodzenie, stał się bohaterem wielu dowcipów z Żydem w poincie, jak również kolportowano o jego wyborze rozmaite "autentyczne anegdoty". Najbardziej znaną powtarza też Ostaszewski-Barański:

"Wiadomo, że arcybiskupstwo ołomunieckie jest jednem z najbogatszych na świecie i że jego kapituła ma prawo swobodnego wyboru. Rola rządu ogranicza się do tego, że deleguje na elekcyjne zgromadzenie kapituły swego komisarza, który tradycyjnie otrzymuje za to gruby "trinkgeld" w złotych dukatach. Kiedy umarł ks. Fürstenberg, oczekiwano, że miejsce jego zajmie który z szlacheckich kanoników, tymczasem z wyboru wyszedł ks. Kohn. Jako komisarz wyborczy fungował wówczas br. [baron] Gautsch, który natychmiast po przyjeździe do Wiednia poszedł zdać sprawę hr. Taaffemu. Premier siedział właśnie przy partyjce:

- Jakżeż tam w Ołomuńcu, zapytał wchodzącego Gautscha - hrabia czy książę?

- Ani jedno, ani drugie - zwykły Kohn!

- Co Kohn? A czy on chrzczony?" (s. 82-83).

Natomiast kilka dowcipów (również rysunkowych) można znaleźć w: Michael L. Miller, The Rise and Fall of Archbishop Kohn. Czechs, Germans, and Jews in Turn-of-the-Century Moravia, "Slavic Review", 2006, t. 63, nr 3. Dalej cytuję jako Miller.

[11] Gdy w połowie 1903 roku zdawało się, że Kohn jednak postawi na swoim, krakowski socjalistyczny "Naprzód", w żadnym razie nie antysemicki (choć oczywiście wściekle antyklerykalny), komentował to w swojej Kronice następująco:

"Zwycięski arcybiskup Kohn powraca z Rzymu. To nic, że jako tyrana klną go właśni księża podwładni, że na sumieniu jego ciężą łzy rodzin rozlicznych. To nic. Postępowanie jego i czyny godne kapitalisty-wyzyskiwacza uzyskały papieskie zatwierdzenie, zyskały mu nawet jego łaskawość, przychylność i błogosławieństwo. Wraca zwycięski Kohn, złożywszy u stóp papieża pół miliona koron, a podwładni urządzają uroczyste przyjęcia, zaciskając zęby. Nic dziwnego. Przecież ważniejszym jest dla autorytetu kościoła, dla jego potęgi, taki wyzyskiwacz i tyran, niźli ci biedni uciśnieni. Ich rzeczą jest: wierzyć, płacić i milczeć. Teraz, gdy Kohn uzyskał błogosławieństwo papieskie, pokaże on zapewne dopiero, co umie. Nic też dziwnego, że buntownicy-księża leżą na brzuchu, drżąc przed zwycięzcą" ("Naprzód", 25 czerwca 1903, nr 173, s. 3).

Być może aluzją do tej półmilionowej ofiary-łapówki jest wzmianka o "metodzie arcybiskupa Kohna" w jednej z powieści Teodora Parnickiego (zob. Teodor Parnicki, Muza dalekich podróży. Powieść. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1983, s. 611)

[12] Podkreśla to Miller, s. 471.

[13] Zob. hasło "Kohn Theodor" w: Österreichisches Biographisches Lexikon 1815-1950, tom 4, Verlag der Österreichischen Akademie der Wissenschaften, Wiedeń 1969, s. 67.

[14] Encyclopaedia Judaica, Second Edition, tom 12: Kat-Lie, Thomson Gale and Keter Publishing House 2007, hasło "Kohn, Theodor", s. 264: "Kohn, who himself had expressed the anti-Jewish views then prevalent in the Catholic Church, became the object of an unrestrained campaign of racial antisemitism and his palace was raided".