EBENEZER ROJT

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Józef Piłsudski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Józef Piłsudski. Pokaż wszystkie posty

Zbigniew Herbert myli łątkę z jętką
albo lekcja entomologii i trochę poezji

Poeci, powiada się, powinni być bystrymi obserwatorami natury. Tymczasem, wyobraźcie sobie!, Zbigniew Herbert pewnego razu pomylił łątkę z jętką! W dodatku zrobił to w eseju poświęconym ojcu entomologii, Janowi Swammerdamowi, więc łątka-jętka nie pojawiła się tam jako jedynie przygodny ornament:
Entomologia - pisze w tym eseju Herbert - nie istniała jeszcze jako odrębna dziedzina wiedzy. Jan Swammerdam zakładał jej fundamenty.

Wszelako badanie czułek żuka gnojarza, przewodu pokarmowego osy czy nóg komara widliszka nie przynosiły Janowi ani dochodów, ani zbyt wielkiej sławy. Na domiar złego, on sam trwał w przekonaniu, że marnuje swoje życie oddając się zajęciom jałowym i bezużytecznym. Religijny, ze skłonnościami do mistycyzmu, Swammerdam cierpiał, bowiem przedmiotem jego studiów były stwory umieszczone na najniższym szczeblu drabiny gatunków, na śmietnisku natury, w bliskim sąsiedztwie gorącego przedsionka piekła. Któż może dostrzec palec Boży w anatomii wszy? I czyż [uwaga, uwaga!] jednodniowa łątka nie jest raczej odpryskiem nicości niż trwałą cegiełką bytu? [1].

O tej straszliwej pomyłce nie dowiecie się z ogromnej dwutomowej biografii Herberta autorstwa Andrzeja Franaszka. Wielki Jan Swammerdam jest tam na 1800 stronach wymieniony tylko raz, a mała łątka - wcale. Ale na szczęście już wiele lat wcześniej esej Herberta o Swammerdamie przeczytał nadzwyczaj uważnie Robert Pucek i to właśnie jego objaśnienie tej kwestii (bardzo obszerne, ale klarowne i ładnie napisane) teraz wam tu przytoczę:
Wreszcie w szóstym akapicie swojego tekstu Herbert stawia dwa wyjątkowo niezręczne pytania retoryczne. Pierwsze brzmi następująco: "Któż może dostrzec palec Boży w anatomii wszy?".

Nie da się ukryć, że to właśnie Jan Swammerdam dostrzega palec "Boga Izraela" w każdym z najmniejszych stworzeń, także we wszy [...].

Jeszcze bardziej zaskakujące jest drugie pytanie retoryczne, które brzmi: "Czyż jednodniowa łątka nie jest raczej odpryskiem nicości niż trwałą cegiełką bytu?".

Jakkolwiek zgrabne, jest to pytanie bezsensowne, albowiem łątka, która jest ważką równoskrzydłą, żyje w postaci doskonałej jeden dzień wtedy i tylko wtedy, gdy po wyjściu z wody i przeobrażeniu, jeszcze przed zachodem słońca, padnie ofiarą jakiegoś drapieżnego zwierzęcia bądź zapalonego entomologa. Jeżeli natomiast los jej będzie sprzyjał - a wielu sprzyja - przeżyje wraz z innymi ważkami, jak Pan Bóg przykazał, wiele pięknych tygodni.

I to jest właśnie ten moment, w którym pan Robert ma już dość narracji wielkiego poety, który słyszy, że dzwonią, lecz nie wie, w którym kościele. Chodzi, ma się rozumieć, o to, że wbrew sugestii Herberta, Swammerdam swoją sławną rozprawę z 1675 roku poświęcił nie łątce, ale jętce!

Pomylenie łątki z jętką to nieporozumienie większe, niż gdyby pomylić Zbigniewa Herberta z George'em Herbertem. Owady te - jętkę i łątkę - i owszem, łączy przynależność do poddziału pierwotnoskrzydłych (Palaeoptera), związek ze środowiskiem wodnym oraz pewna skłonność do pojawiania się w poezji Dalekiego Wschodu, różnice jednak są zdecydowanie istotniejsze.

Po pierwsze, należą one do dwóch różnych rzędów - jętki do rzędu jętek (Ephemeroptera), łątki zaś do rzędu ważek (Odonata). Po drugie, dość wyraźnie różnią się też pokrojem. Druga para skrzydeł jętki jest znacznie mniejsza od pierwszej, podczas gdy u łątki są one niemal identyczne; odwłok jętki, w odróżnieniu od odwłoka łątki, który przypomina zapałkę, zakończony jest charakterystycznymi bardzo długimi przysadkami i wicią końcową, co sprawia wrażenie, jakby za owadem unosiły się dwa lub trzy długie włosy. Po trzecie, podczas gdy jętki w postaci dorosłej nie odżywiają się, w związku z czym ich narządy gębowe są uwstecznione, drapieżne łątki zjadają mszyce oraz inną owadzią drobnicę. Po czwarte, łątki, podobnie jak wszystkie ważki, kopulując, wykonują w powietrzu spektakularne akrobacje, przywodzące na myśl asany indyjskich joginów, gdyż otwór płciowy ich samców znajduje się w zupełnie innym miejscu ciała niż wtórny narząd kopulacyjny (w świecie owadów skrzydlatych jest to ewenement przywodzący na myśl wyzwanie, jakie w tej dziedzinie przyroda rzuciła również pająkom), podczas gdy jętki nie odbiegają pod tym względem od większości innych owadów. I wreszcie po piąte, przeobrażone jętki żyją od kilku godzin do kilku dni, łątki zaś latają przez wiele tygodni.

O wszystkich tych różnicach Jan Swammerdam wiedział już w wieku XVII - żyjący kilka stuleci później Herbert zdaje się nie mieć o nich pojęcia [2].

I co? Poczuliście się jak profani, którym uchylono rąbka tajemnicy szlachetnej nauki entomologii? Ja się poczułem. W każdym razie zapamiętajcie sobie raz na zawsze: pomylić łątkę z jętką to gorzej, niż pomylić Zbigniewa Herberta z George'em Herbertem (choć, tak nawiasem mówiąc, nawet Zbigniewowi Herbertowi zdarzyło się kiedyś pomylić siebie samego z George'em Herbertem, ale to już historia do przypisu [3]).

Błąd Herberta czekał na odkrycie przeszło trzydzieści lat [4]. Być może również dlatego, że jest to błąd całkiem częsty i gdyby czytelników bez entomologicznego zacięcia zapytać, czy jednodniowa jest łątka, czy jętka, pewnie wielu powiedziałoby, że chyba może być i tak, i tak. Skoro bowiem o łątce-jakby-jętce pisali tacy (uważani za erudytów) autorzy, jak Jan Kott [5], Paweł Hertz [6], czy nawet Władysław Kopaliński [7], to widocznie tak można.

Poetów dodatkowo wpędza w konfuzję jeden z najbardziej znanych polskich wierszy, w którym wprawdzie słowo 'łątka' użyte zostało w całkiem innym znaczeniu, ale w taki sposób, że również kojarzy się z czymś znikomym i chwilowym.

Fraszki to wszytko, cokolwiek myślemy,
Fraszki to wszytko, cokolwiek czyniemy;
Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy,
Próżno tu człowiek ma co mieć na pieczy.
Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława,
Wszytko to minie jako polna trawa;
Naśmiawszy się nam i naszym porządkom,
Wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom (O żywocie ludzkim) [8].
Nic dziwnego, że łątek udających jętki trochę się w polskiej poezji znajdzie. Na początek Maria Pawlikowska-Jasnorzewska:
Przedwczoraj drżała, pełna ognia,
Wczoraj czuwała płacząc do dnia,
A dzisiaj serce ma nad ranem
Efemerydą zasypane,
Gromadą jednodniowych łątek,
Łączących kres swój i początek -
Seledynowym stosem skrzydeł,
Mdlejących przez śmiertelną krzywdę...

Jakby bogini bez sumienia,
której pustota świat oniemia,
Strzępiła blade nitki szarpi
Z życia, tej cennej, krótkiej szarfy... (Zakochana) [9].

Z Rymów Słonimskiego daję tylko jedną zwrotkę, bo w tym wypadku 'łątki' to tylko rym do 'wyjątki' (gdyby były 'jętki', mogłyby być 'smętki'):
Czemu powierzam serce nieuchwytnym cieniom,
I uśmiechy me, żale, jednodniowe łątki,
Gniewy drobne, radości każę pokoleniom
Skandować jak umarłe łacińskie wyjątki [10].
Słonimski to raczej poeta miasta, więc może łątki-jętki znał jedynie ze słyszenia, ale skąd łątka u Jerzego Harasymowicza, piewcy Bieszczadów:
Ile to dziewczyn wiodło przy mnie
Żywot jednodniowej łątki
Dziś oto trzymając się za ręce stoimy na zimnie
A jutro już adie i pożegnalne porządki (Ile to dziewczyn) [11].
Tak więc Herbert nie błądził samotnie. Jednak z drugiej strony, inni poeci mieli lepsze rozeznanie w królestwie małych zwierzątek. Na przykład Julian Przyboś (co raczej nie dziwi, skoro wychował się na wsi, w chłopskiej chałupie):
Leżę opryskany jaskrami na trawie.
Jak jętki drgają nad stawem rojne iskry upału.

Spoglądnę, ze wzroku rozwinę
kwiat: dmuchawiec
w błękit się wzbija.

W powiewie zapachu
ginę
i jednodniowy mijam (Chwila) [12].

Ale tak samo Czesław Miłosz (który nie na darmo czytał w dzieciństwie Doktora Muchołapskiego [13]) zdecydowanie odróżnia łątkę (tę z Kochanowskiego, kukiełkę) od jętki. Najpierw łątka:
Odtąd nie byłem w świętych zgromadzeniu
I grzeszna miłość wiodła mnie przez lata
Do biednej łątki wydanej skuszeniu
Aby się wieczna spełniła zatrata (Dzwon w zimie) [14].
A teraz jętka:
Zgięte artretycznie, w czerni, na nogach-patykach,
Posuwają się o lasce przed ołtarz, tam gdzie Pantokrator
W zorzy złoconych promieni podnosi dwa palce.
[...]
On, który cierpi od wieków, przygarnia
Jętki jednodniowe, osłabłe z zimna motyle,
Rodzicielki z zamkniętą blizną łona
I unosi ku swojej Theotokos ludzkiej,
Aby śmieszność i ból zmieniły się w dostojeństwo
I dopełniła się, tak tylko, bez barw i urody,
Niedoskonała nasza ziemska miłość (Stare kobiety) [15].
Ma się rozumieć, z pisarzy nie tylko Przyboś i Miłosz znali się na jętkach. Znał się też Stanisław Lem (jak wskazuje już sam tytuł jednego z jego felietonów [16]), znał się również Jerzy Putrament, zapalony wędkarz, któremu jętki przeszkadzały łowić [17]. Były takich z pewnością grube tuziny. Tyle że ja tu nie piszę apologii przyrodoznawczych kompetencji polskich literatów, a chciałem jedynie znaleźć paru towarzyszy niedoli dla biednego Herberta.

Na koniec zaś zagadka. Wcale niezły, plastyczny opis spotkania z jętkami. Kim był ten obserwator? Rozwiązanie w przypisie.

Czy widział kto kiedy efemerydy? Gdym czytał niegdyś dzieckiem, że są potworki jakieś, co żyją zaledwie pół dnia i mniej, to znaczy - po urodzeniu się zaraz umierają, sądziłem, że to jakieś zupełnie małe pajączki czy robaczki, zatem prawie nic nie widzą i nic nie słyszą. Z tym dziecinnym wyobrażeniem jakiegoś dziwactwa przyrody żyłem spokojnie do wieku dojrzałego. I wreszcie raz je ujrzałem. Pamiętam, było to [...] w czerwcowy, upalny i nieco duszny dzień. Szedłem [...] śpiesząc wieczorem na przygotowany nocleg, gdzieś za mostem [...], by bezdomną głowę w bezpiecznym miejscu na poduszce skłonić. Wydawało mi się, że czas idzie na burzę. Gdym się do mostu zbliżał, spostrzegłem wysokie łukowe latarnie, jak gdyby przyćmione od oparów, i grupki ludzi, stłoczonych i żywo rozmawiających, tak, jakby wypadek jaki zdarzył się na ulicy. Zwolniłem kroku i nagle poczułem na sobie dotknięcie jakiegoś owadu; trwało to chwilę tylko i owad już był na murze, by zaraz potem znaleźć się na chodniku i za chwilę znowu - w rynsztoku. Gdym ruszył dalej, znalazłem się w jakiejś gęstwie tych owadów, które czyniły ruchy, nie zatrzymując się ani na chwilę, ruchy, z tak wyraźną i tak jaskrawą bezcelowością i bezmyślnością czynione, że nie można było z niczym dotąd widzianym tego bezmyślnego stanu porównać. Koło łukowych lamp owadów było mnóstwo - jakaś gęstwa istot, które poruszały się wszędzie z tą samą bezmyślnością i jakąś tępą prawdą głupoty w różne strony - na dół, na górę, na bok, na lewo, na prawo. Jakieś ćwierć życia, ćwierć chęci, ćwierć myśli i ćwierć istnienia. Gdym mijał most, spojrzałem w wartkie nurty [...] - tam w cieniu działo się to samo, co wysoko przy lampie elektrycznej, rzucającej jaskrawe, blado-niebieskie światło w przestrzeń.

Kiedy nazajutrz z rana wracałem [...] do miasta, stróże kamieniczni zmiatali dużymi miotłami gęstwę efemeryd do kloaki.

Patrzyłem na tę bezmyślną zielonkawą masę i myślałem - a jednak, a jednak i to jest życie! [18].

[1]] Zbigniew Herbert, Martwa natura z wędzidłem, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1993, s. 150; esej Piekło owadów. Wtrącenia naturalnie moje.

[2] Robert Pucek, Pająki pana Roberta, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014, s. 12-14. W tym wydaniu jest to "Przedmowa", w nieco innej wersji ogłoszona najpierw w roku 2010 w 54 numerze "Frondy" na stronach 250-258 jako Jan Swammerdam albo przeciw Herbertowi.

Muszę jednak ze smutkiem zauważyć, że Robert Pucek, przyszpilając tak zgrabnie kruchego motylka Herbertowskiej erudycji, sam również nie ustrzegł się w tej "Przedmowie" kilku drobnych błędów. Lautréamont nie napisał Pieśni Maldorora w 1870 roku (s. 18), bo wyszły drukiem już w roku 1869. Kafka nie napisał Przemiany w roku 1915 (s. 19), lecz w roku 1912. Doniesienie o szybujących pająkach nie ukazało się w "Philosophical Transactions" w roku 1699 (s. 21), lecz w roku 1669. Ale to wszystko drobiazgi (czy nawet tylko przykre literówki). Wstyd jednak twierdzić, że sławny John Donne był od Jana Swammerdama "nieco młodszy" (s. 13). Ależ nie był ani "nieco młodszy", ani nawet "nieco starszy". Mógłby być z powodzeniem dziadkiem Swammerdama, bo urodził się od niego 65 lat wcześniej! Cóż, jeśli różnica między humanistami a przyrodnikami rzeczywiście polega między innymi na tym, że "przyrodnicy nie mogą być aż tak nieuważni", to Robert Pucek jest bez wątpienia humanistą.

Osobna sprawa to nieco zbyt prostoduszne ujęcie religijności Swammerdama, która nie była wolna od burz i zwątpień. Gdy francuska mistyczka, Antoinette Bourignon, oznajmiła mu, że jego badania to szatańskie igraszki (Amusements de Satan), Swammerdam potraktował jej list ze śmiertelną powagą. Owszem, czasem radował się odnajdywaniem śladów palca "Boga Izraela" w malutkich stworzonkach, a czasem znów wyznawał Bogu - i to właśnie w rozprawie o jętce! - że już nie będzie Go więcej szukał "w niepojętych cudach misternych wnętrzności wielkich lub małych zwierząt" (Johannes Swammerdam, Ephemeri vita of afbeeldingh van 's Menschen Leven, vertoont in de Wonderbaarelijcke en nooyt gehoorde Historie van het vliegent ende een-dagh-levent Haft of Oever-aas, drukował Abraham Wolfgand, Amsterdam 1675, s. 323: "in de onbegrijpelijcke Wonderen der geboorduurde Ingewanden van de groote ofte de kleenste dierkens").

[3] Jak podaje tym razem już Andrzej Franaszek, Herbert na początku lat 90., w jednym z ciemnych okresów swojego życia, nabrał podejrzeń (niesłusznie), że jest oszukiwany przez wydawców: kiepsko mu płacących i na domiar złego wydających jego książki bez żadnych umów. I właśnie o to zrobił publicznie awanturę Jerzemu Illgowi z wydawnictwa Znak, które (jak sądził Herbert) wydało samowolnie zbiór jego wierszy. Znak w istocie wydał wtedy zbiór wierszy Herberta, tyle tylko, że były to wiersze George'a Herberta w przekładzie Stanisława Barańczaka. Zob. Andrzej Franaszek, Herbert. Biografia, tom II: Pan Cogito, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 666 i n.

[4] Piekło owadów zostało po raz pierwszy wydrukowane w 7 numerze "Twórczości" z roku 1979 (zdanie o "jednodniowej łątce" na stronie 14). Nb. zdanie to było cytowane bez żadnego entomologicznego komentarza przez badaczy twórczości Herberta (zob. na przykład Barbara Sienkiewicz, Kto kusi Spinozę, "Teksty Drugie" 1995, nr 2, s. 175), a nawet trafiło do słowników frazeologicznych (zob. Stanisław Bąba, Gabriela Dziamska, Jarosław Liberek, Podręczny słownik frazeologiczny języka polskiego, PWN, Warszawa 1995, s. 44 oraz Stanisław Bąba, Jarosław Liberek, Słownik frazeologiczny współczesnej polszczyzny, PWN, Warszawa 2001, s. 46). W dodatku w obu tych słownikach zamiast "jednodniowa łątka" jest "siedmiodniowa łątka", czyli jeszcze dziwniej.

[5] "Dla efemerydy, łątki jednodniowej, doba jest całym czasem" (Jan Kott, Zjadanie bogów i nowe eseje, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999, s. 22). Nie była to u Kotta jednorazowa przygoda z łątką. Już w 1975 roku pisał w londyńskich "Wiadomościach" w eseju o Ajaksie: "Łątka jednodniowa, czym jest, / Czym nie jest? Snem cienia / Jest człowiek" (Jan Kott, Ajaks potrójnie oszukany albo o heroizmie absurdalnym, "Wiadomości" 1975, 37, s. 1). To samo przedrukowane w cytowanym wcześniej Zjadaniu bogów na stronie 65. I jeszcze raz to samo (ale użyte w innym eseju) w: Jan Kott, Kamienny potok. Eseje, Aneks, Londyn 1986, s. 178; esej "...Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną".

Kott przełożył w ten sposób słynne wersy z zakończenia ósmej Ody pytyjskiej Pindara. W oryginale: epameroi: ti de tis; ti d'ou tis; skias onar anthropos. Ephemeros - to właśnie efemeryda, stworzonko jednodniowe. Inna sprawa, czy Jan Kott słusznie bywa uważany za erudytę. Kto chciałby sobie wyrobić opinię w tej sprawie, niech przeczyta w OSOBACH: "Jan Kott o notacji Leona Chwistka albo tajemnice systemu dwójkowego".

Nb. ósma Oda pytyjska została napisana dla uczczenia zwycięstwa w igrzyskach (naturalnie pytyjskich, nie olimpijskich) Arystomenesa z Eginy. Arystomenes uprawiał zapasy (a może pankration), czyli był kimś w rodzaju Mariusza Pudzianowskiego, więc najwidoczniej Pindar uznał za stosowne przypomnieć mu na koniec (po wcześniejszym wymienieniu jego licznych przewag) o tej efemeryczności ludzkiego losu, żeby mu się od chwilowego szczęścia nie przewróciło w udekorowanej laurem głowie. Z czego pośrednio zdaje się wynikać, że w tamtych czasach ludzie o ponadnormatywnej masie mięśniowej słuchali poetów. Zatem nie bez racji mówi się o helleńskim cudzie.

[6] "Kiedy spokojnie zestawić listę tych literackich świętych rozmaitej proweniencji, okaże się, że niektórzy z nich we własnych swych krajach są traktowani z przymrużeniem oka. Czasem przypominają jednodniowe łątki zwinnie unoszące się nad barwną łąką którejś z literatur [...]" (Paweł Hertz, Ład i nieład, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1964, s. 38).

[7] "Cóż stąd za wnioski dla nas? Czy tylko te, ściśle praktyczne, jakie od wieków wysnuwają Chińczycy i Japończycy, używając liści miłorzębu jako zakładek do książek, aby je uchronić przed larwami szkodników? Oczywiście, że nie! Istnienie tej rośliny jest przecież wyzwaniem dla całego naszego gatunku, będącego w porównaniu z nią rodzajem łątki jednodniówki" (Władysław Kopaliński, Mój przyjaciel Idzi, MUZA SA, Warszawa 2003, s. 156).

[8] Jan Kochanowski, Dzieła polskie, opracował Julian Krzyżanowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1972, s. 142. 'Łątka' (w pisowni Kochanowskiego jeszcze 'łądka') to tutaj tyle, co kukiełka, która po skończonym (krótkim) przedstawieniu trafia do worka. W szóstym wersie poprawiam 'wszystko' na 'wszytko' za pierwodrukiem (Fraszki Iana Kochánowskiégo, w Drukárni Lázárzowey, Kraków 1584, s. 4).

[9] Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Poezje, t. I, zebrała i opracowała Matylda Wiśniewska, Czytelnik 1974, s. 489. W tej postaci i pod tym tytułem wiersz ten wszedł do tomu Krystalizacje z roku 1937. Natomiast rok wcześniej w "Pionie" został wydrukowany w nieco innej wersji jako Dziewczyna i jednodniówki. Ale łątki są w obu wersjach.

"Przedwczoraj drżała, pełna ognia, / wczoraj czekała, płacząc do dnia, / a dzisiaj serce ma nad ranem / jednodniówkami zasypane, / seledynowym stosem łątek / łączących kres swój i początek. / Jak to jej szczęście jednodniowe, / zdmuchnięte na bok jednym słowem... / Gaśnie, w przejrzystej skryta umbrze, / iskra, zrodzona, aby umrzeć... / Drżą skrzydeł drobnych i nieważkich / niewytrzymałe fatałaszki - - - / - Jakby bogini bez sumienia, / której pustota świat oniemia, / darła bez celu nitki szarpi / z życia: tej cennej, krótkiej szarfy..." (Poezje, t. II, s. 442; to samo wydanie, które cytuję wyżej).

[10] Antoni Słonimski, Wiersze zebrane, Wydawnictwo J. Przeworskiego, Warszawa 1933, s. 274.

[11] Jerzy Harasymowicz, Nowe wiersze, "Znak" 1961, nr 6, s. 875.

[12] Julian Przyboś, Poezje zebrane, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1959, s. 92. Wiersz drukowany w 1932 roku w tomie W głąb las.

[13] I potem pisał z wdzięcznością:

"Składam hołd Stefanowi Bagińskiemu, który nauczył mnie posługiwać się śrubą makrometryczną i śrubą mikrometryczną oraz szkiełkiem przedmiotowym, nie zapominam też o głównym sprawcy mego pesymizmu, cytując nawet z dzieła o jego czynach w służbie nauki ogłoszonego na użytek młodzieży w roku 1890 w Warszawie: Prof. Erazm Majewski, Doktór Muchołapski; fantastyczne przygody w świecie owadów:

Mistrzom naszej młodości pozdrowienie.

[...]

I tobie, który jesteś wolny od zniszczenia,

Doktorze Muchołapski, bohaterze

Wiekopomnej wyprawy w krainę owadów" (Czesław Miłosz, Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada, Wydawnictwo Znak, Kraków 1980, s. 100; Pamiętnik naturalisty - druga część tytułowego poematu).

Więcej o naturalistycznych zainteresowaniach młodego Miłosza można przeczytać w: Andrzej Franaszek, Miłosz. Biografia, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011; część II, rozdział "Doktor Muchołapski", s. 64-68.

Erazm Majewski był człowiekiem nadzwyczaj wielu pasji. Zaczynał jako naturalista, potem przerzucił się na etnografię i archeologię, skończył zaś jako socjolog i filozof. Piękne życie! W wieku 24 lat ogłosił Insecta Neuroptera Polonica albo Systematyczny wykaz owadów żyłkoskrzydłych polskich to jest: Wojsiłek, Chróścików, Żylenic, Złotooków, Sklepców, Widelnic, Jętek i Ważek u nas dotąd znalezionych. Według układu D-ra F. Brauera (Gebethner i Wolff, Warszawa 1882, o jętkach na stronach 30-31).

A tak Erazm Majewski (którego nie należy sobie wyobrażać jako dostojnego profesora z brodą, bo ma wtedy niewiele ponad trzydzieści lat) pisał o jętkach w Doktorze Muchołapskim:

"Do matuzalów należą nawet takie gatunki, jakie ogół przywykł uważać za efemerydy i uczynił z nich, jak np. z jętki (Ephemera), symbol znikomości. Błędne o jej wieku mniemanie, zwiększa liczbę dowodów, że większość ludzi bardzo jeszcze powierzchownie zna świat owadów. Taka np. jętka, czołgająca się przez długich lat parę jako liszka wśród szlamu kałuży lub sadzawki i prowadząca tam rozbójniczy żywot, gdyby tylko umiała obserwować, mogłaby opowiadać krótkowiecznym współobywatelkom sadzawki, historyę kilkunastu ich pokoleń" (Erazm Majewski, Doktór Muchołapski. Fantastyczne przygody w świecie owadów, Gebethner i Wolff, Warszawa 1890, s. 150).

Dalej zaś pisze jeszcze tak (co podaję tutaj w wielkiej obfitości bez żadnych skrupułów, bo Internet od tego nie pęknie, a za to wy będziecie mieć daleko lepsze pojęcie, jak pisało się dla dzieci i młodzieży prawie sto trzydzieści lat temu):

"I stałaby się rzecz dziwna. Nie znając zgoła własnych dziejów, bo większa część owadów nie widzi nigdy swoich rodziców, ani nawet rodziców swoich współrówieśniczek, mogłaby ona krócej żyjącym gatunkom owadzim, których pokolenia przesuwają się jak w kalejdoskopie przed jej oczyma, opowiadać dzieje zamierzchłej przeszłości. Mimo jednak, że wystarczyłoby życia tym długowiecznym istotom, nie zdolne są one do obejmowania szerszych horyzontów.

Zasklepione najczęściej w ciasnem kółku, spędzają cały niemal żywot w ciężkich zapasach o chleb powszedni. Nie wiedzą nic o bożym świecie i nie interesują się niczem, co ich bezpośrednio nie dotyczy. Znaczną część życia jedne pędzą we wnętrzu drzew, tocząc w ich pniach obszerne galerye, inne znajdują mieszkanie i pożywienie w miękkich grzybach, inne wreszcie, zamknięte od urodzenia w orzechu lub jabłku, pozostają w tych owocach, stanowiących dla nich spiżarnię i świat cały. Późno dopiero, bo na samym schyłku życia, przekonywają się one o istnieniu szerszego i pięknego świata poza obrębem rodzinnego orzecha lub grzyba. Są to po większej części ruszające się żołądki i nic więcej!

Jakże podobne są te owady do ludzi, żyjących w ustroniu, którzy niewiele lub wcale nic o bożym świecie nie wiedzą, nie interesują się postępem, wynalazkami, którzy w swoim zaścianku zamiast żyć - wegetują raczej, pchając z dnia na dzień taczkę jednostajnej egzystencyi, pozbawionej wznioślejszych bodźców i wzruszeń, jakie są warunkami wszelkiego postępu. Podobne są one także do tych poziomych ludzi, którzy poza obrębem świata ziemskiego, świata pięciu zmysłów i skażonych naszych instynktów, nie domyślają się niczego więcej! Dla takich mizerna ziemia jest już zbyt wielkim światem, aby poza nią myśl ich i pragnienia kiedy mogły wybiedz.

A jednak i takim może kiedyś... kiedyś otworzą się oczy na widok lepszych, a lekkomyślnie zaprzeczanych światów i przekonają się, że byli krótkowidzącemi robakami zamkniętemi w orzechu...

Przekonają się, że jest, że musiał być poza ziemią i poza sferą naszych zmysłów świat inny, piękniejszy i większy, w którym naszym duszom będzie tak samo obszerniej i jaśniej, jak dojrzałemu robakowi z orzecha weselej jest w oblanej słońcem lekkiej atmosferze łąk barwnych i wonnego kwiecia...

Spostrzegam zapóźno, żem się rozgadał, zapominając, iż kreślę tylko historyę swoich przygód; wracajmy więc do nich" (s. 151-152).

[14] Czesław Miłosz, Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada, Wydawnictwo Znak, Kraków 1980, s. 137. Dzwon w zimie to siódma część tytułowego poematu.

[15] Czesław Miłosz, Kroniki, Wydawnictwo Znak, Kraków 1988, s. 21. Zob. także: Czesław Miłosz, Inne abecadło, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1998, hasło "Czas", s. 37: "Myśleć o czasie znaczy myśleć o życiu ludzkim, a temat to tak obszerny, że zająć się nim równa się myśleć w ogóle. Niczym są różnice nas dzielące, płci, rasy, koloru skóry, obyczaju, wierzeń, poglądów, w porównaniu z faktem, że wszyscy jesteśmy utkani z czasu, że rodzimy się i umieramy, jętki-jednodniówki".

[16] Stanisław Lem, Jętka jednodniówka, [w:] Lube czasy, ułożył Tomasz Fiałkowski, Wydawnictwo Znak, Kraków 1995, s. 50-51. Zob. też Stanisław Lem, Okamgnienie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000, s. 64: "Jedynie istotom względem tak długowiecznego kosmosu krótkotrwałym, jak nasz gatunek, przywodzący na myśl jętki jednodniówki, może się wydawać kosmos obszarem równomiernego i względnie trwałego spokoju".

[17] Jerzy Putrament, Pół wieku. Literaci, Czytelnik, Warszawa 1970, s. 243: "Właśnie w tym czasie wyroiły się jętki-jednodniówki, wieczorami w trzcinach nieustanne pluski: leszcze, wzdręgi, płocie, wszystko, co żywe, skacze do tych jętek i patrzeć nie chce na moje dżdżownice".

[18] Józef Piłsudski, Z przemyśleń Naczelnika Państwa, [w:] Pisma zbiorowe. Wydanie prac dotychczas drukiem ogłoszonych, tom IX, Instytut Józefa Piłsudskiego, Warszawa 1937, s. 130-131. Piłsudski, rzecz nie bez znaczenia, wydrukował to swoje wspomnienie o spotkaniu z jętkami-jednodniówkami (poprzedzone jeszcze dość zagadkowymi uwagami o ludziach bez wczoraj i ludziach bez jutra) 11 listopada 1928 roku, czyli w dziesiątą rocznicę odzyskania niepodległości.

W jego opowiastce jętki kończą swoje krótkie życie w kloace, co nie może nie budzić skojarzeń z wcześniejszą o dwadzieścia lat wychodkową metaforą ze słynnego listu do Feliksa Perla:

"[...] te mazgajstwa i krzyżowanie się dokuczyło mi, gdym na to u naszych inteligentów patrzył - takie to słabe i beznadziejne! Walczę i umrę jedynie dlatego, że w wychodku, jakim jest nasze życie, żyć nie mogę, to ubliża - słyszysz! - ubliża mi, jako człowiekowi z godnością nie niewolniczą. Niech inni się bawią w hodowanie kwiatów czy socjalizmu, czy polskości, czy czego innego w wychodkowej (nawet nie klozetowej) atmosferze - ja nie mogę! To nie sentymentalizm, nie mazgajstwo, nie maszynka ewolucji społecznej, czy tam co, to zwyczajne człowieczeństwo. Chcę zwyciężyć, a bez walki i to walki na ostre, jestem nie zapaśnikiem nawet, ale wprost bydlęciem, okładanym kijem czy nahajką. Rozumiesz chyba mnie. Nie rozpacz, nie poświęcenie mną kieruje, a chęć zwyciężenia i przygotowania zwycięstwa" (Józef Piłsudski, List do Feliksa Perla, [w:] Pisma zbiorowe. Wydanie prac dotychczas drukiem ogłoszonych, tom II, Instytut Józefa Piłsudskiego, Warszawa 1937, s. 299; wyróżnienie za oryginałem).

W takim kontekście wspomnienie o jętkach brzmi niczym brutalna diagnoza: chciałem was, słabi, bezmyślni mazgaje, wyprowadzić z kloaki, ale i tak w niej skończycie.

Nb. ruchy jętek, które Piłsudskiemu zdawały się z "jaskrawą bezcelowością i bezmyślnością czynione" (albo tak je tylko tendencyjnie odmalował), były w istocie gonitwą samców za samicami. Inny obserwator, starszy o pokolenie od Piłsudskiego, ale znacznie bardziej kompetentny, opisywał tę gonitwę tak:

"Gdy słońce skryje się za widokrąg i na wschodzie zaszarzeje, okazują się najpierw samce, snują się jakby straż przednia. Błądzą i krążą nad rzeką, lecąc z biegiem rzeki i napowrót.

Z wzrastającym zmrokiem zwiększa się ich liczba i muszą się już wymijać wzajemnie aby nie uderzyć o siebie. Skoro pojawią się nareszcie samice, powstaje zamęt i gonitwa, z chyżością gnanéj burzą śnieżycy, z którą z większem jeszcze podobieństwem zjawisko porównać można, albowiem żyjątko białawe ma skrzydła. Śledzić jego ruchy w tem zawichrzeniu trudne bardzo zadanie, migają się bowiem tylko przed okiem i krążą nawzajem naokoło siebie w najzręczniejszych zwrotach. Latają wzdłuż całéj rzeki, jedne gonią nad samą powierzchnią i tak nisko, że ledwie nie dotkną się fali, inne unoszą się wyżéj do 3 sążni najdaléj. Miejscami przelatują tylko pojedyncze okazy, nagle zlatuje rój cały, kręcąc się słupem jak rój komarów, lub zbijając się w bezładną kupę: nagle wszystko pierzcha w rozmaite strony i znowu przelatują pojedynczo tam i napowrót.

Im więcéj samic zjawia się na jakiem miejscu, tem liczniej zlatują się tam i samce. Zazdrosna samców drużyna skupia się koło jednéj samicy, okrąża ją naokoło, tworząc bukiet lub wieniec z trzepoczących skrzydeł. Po chwili rozsypują się samce w rozmaite strony, a samica pada z ciężarem płodu na wodę. Niesiona pluskającą falą walczy między zadaniem o byt potomstwa i między śmiercią i stara się zanurzyć przyszłe plemię w wodzie, zkąd czerpać ma życie; tymczasem u powierzchni wody nagromadzone ryby czychają na małożyłkę [małożyłka nadreńska, odmiana jętki] padającą jako na łakoć. Spostrzegłszy pomykającą ku sobie rybę, jętka zatrzepoce skrzydłami i wywija się w górę, ale spełnienie zadania przemaga trwogę śmierci bo znowu pada na wodę. Większa część ginie tym sposobem, niejednę fala bystrzejsza przykryje. Inna szczęśliwsza po złożeniu jaj podlatuje swobodnie, ale przez samców ponownie ścigana i zapłodniona, musi uledz bezsilna przeznaczeniu. Woda niegdyś kolebka, w której się wychowała, służy jej teraz za śmiertelną pościółkę.

Między 8 a 9 godziną wieczorem pojaw ich najliczniejszy. Gdy się mocno zciemniać zaczyna, liczba coraz bardziéj się zmniejsza. Jak z samego początku pojawiły się pierwsze okazy pojedyńczo, tak teraz błądzą tu i owdzie ostatnie z tą jednak różnicą, że pojaw zaczynały samce a kończą go samice. Nakoniec zapada czarna zasłona nocy i wszystko zakrywa przed oczyma badacza" (Józef Dziędzielewicz, Wycieczki po wschodnich Karpatach, odbitka z "Rocznika Tatrzańskiego", Kraków 1877, s. 8, przypis 1; pisownia oryginału).

Zmyślenia Albina Siwaka
albo murarz głowy muruje

Albin Siwak, murarz, a w szalonych latach 80. członek Biura Politycznego Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, czyli członek najwyższej elity partyjnej, uczuł na starość wenę do pisania. Jest to twórczość zdecydowanie monotematyczna - Żyd, Żyda, Żydem, z Żydami, Żydzi... - i przez to cokolwiek nużąca. Ponieważ jednak kiedyś dałem oględnie do zrozumienia, że dzieł Albina Siwaka nie uważam za poważne źródło [1], pewien mój Czytelnik zobowiązał mnie, bym poparł tę opinię wskazaniem przynajmniej trzech Siwakowych bałamuctw. Obiecałem i teraz dotrzymuję.

Proszę mi przesadnie nie współczuć. Aby znaleźć trzy bałamuctwa - i to porządne, nie jakieś tam literówki czy przecinki - nie musiałem przeczytać nawet połowy pierwszego rozdziału pierwszego tomu wspomnień Albina Siwaka Bez strachu. Korzystałem przy tym z wydania drugiego, niewątpliwie bardziej dopieszczonego, które mistrzowi sztuki murarskiej pomagała zredagować Barbara Białecka, a zrecenzował je prof. dr hab. Andrzej Jezierski [2]. Zatem wiele par oczu bacznie oglądało te strony.

Nie był to też rozdział o drugorzędnym znaczeniu, na przykład dodany pro forma jako konwencjonalny wstęp. Przeciwnie, ów rozdział pierwszy, zatytułowany "Szanowny Czytelniku!" i przez samego autora z jakiegoś względu nazywany przedmową, to właśnie ta część jego książki, która

jest w niej najważniejsza i wyjaśnia dlaczego w ogóle została ona napisana. Pokazuje, jakie argumenty i zdarzenia, jakie decyzje różnych ludzi i formacji politycznych stały się przyczyną napisania tej książki (s. 12, wyróżnienia moje).
A teraz już do rzeczy. Cytaty będą spore, bo z góry wykluczyłem drobne przeoczenia i omsknięcia ręki, więc głupstwa w rodzaju nazywania Natana Szarańskiego Natonem Szarońskim (s. 18) z premedytacją pomijałem [3].

Bałamuctwo pierwsze. Zmyślony cytat z Józefa Piłsudskiego

Pisze Siwak:

Często w mediach pojawiają się artykuły i filmy dokumentalne o Piłsudskim. Polska prawica lubi posłużyć się osobą Piłsudskiego. Cytuję go, jak również papieża Polaka. To uwiarygodnia w oczach społeczeństwa takiego polityka, który szafuje słowami tych osób. Żaden polityk nie zacytował i nie zacytuje słów marszałka Piłsudskiego, gdy przyjechał do Wilna po tym jak zajął je gen. Żeligowski. A mówił wtedy:

"Gdy zajechałem do Wilna, parę dni po zajęciu go przez generała Żeligowskiego, widziałem ja i moi oficerowie, jak w całym mieście ludzie płakali ze wzruszenia i radości, oddawali żołnierzom cokolwiek mieli do zjedzenia. Pokazano mi kilkaset osób zabitych i nie pochowanych. Były dzieci i kobiety, starcy i żołnierze.

To Żydzi strzelali z ukrycia i zabijali Polaków. Żydzi byli tu warstwą rządzącą, skazywali na śmierć i na wywózkę na Wschód Polaków. I to też ludność pamiętała. Teraz z ogromną trudnością polskie wojsko musi bronić Żydów przed samosądem i zemstą Polaków. Musiałem uspokajać ludność i żołnierzy, żeby nie doszło do samosądu". Ta notatka znajduje się w książce pt. "Sejm i Senat w 1922 i 1927 roku", której autorami są T. W. Rzepeccy, wydanej w Poznaniu w 1927 roku. To też antysemityzm? (s. 16-17).

Książka Tadeusza i Witolda Rzepeckich istnieje naprawdę, chociaż nosi nieco inny tytuł (Sejm i Senat 1922-1927) i została wydana cztery lata wcześniej [4]. Rzekomego cytatu z Piłsudskiego naturalnie w niej nie ma, co łatwo dziś sprawdzić, gdyż jej skan dostępny jest tutaj. Napisałem 'naturalnie', ponieważ już sam charakter tej publikacji czyni zamieszczenie takiego cytatu niezwykle mało prawdopodobnym. Jak bowiem wskazuje podtytuł, jest to "podręcznik dla wyborców, zawierający wyniki wyborów w powiatach, okręgach, województwach, podobizny senatorów i posłów sejmowych oraz mapy poglądowe".

Można się z tego podręcznika dowiedzieć, że w Warszawie w okręgu wyborczym numer 1 prócz generała Józefa Hallera (życiorys na stronach 117-119) posłami zostali wybrani nie tylko Maksymiljan Apolinary Hartglass, adwokat, "zamieszkały w Warszawie, Leszno 48, m. 6" (s. 124) oraz Nojach Pryłucki, też adwokat, "zamieszkały w Warszawie, Leszno 28" (s. 126), ale nawet Majer Szapira, rabin zamieszkały w Sanoku, "autor kilkutomowego dzieła talmudyczno-pilpulistycznego na tle wiedzy astronomicznej p.t. «Imrej Daat»" (s. 125). Dalej bywa jeszcze gorzej. Na przykład w takim województwie białostockim na pierwszym miejscu znalazł się doktor Simche Binem vel Szymon Feldman (s. 138), wyprzedzając, niewątpliwie dzięki żydowskim machlojkom, proboszcza Stanisława Nawrockiego z Zabłudowa (s. 140). Albin Siwak chybaby się zapłakał, gdyby kiedykolwiek miał tę smutną książkę w ręku.

Krótko mówiąc: Żydów w niej nie brakuje, ale akurat o tych wileńskich, co to "strzelali z ukrycia i zabijali Polaków", nie ma ani słowa. Na wszelki wypadek przejrzałem jeszcze dwie inne podobne publikacje klanu Rzepeckich, by wykluczyć ewentualność, że Siwakowi od nadmiaru erudycji pomieszały się sejmy [5]. Niestety, Piłsudskiego bolejącego w Wilnie nad perfidią żydowską tam również nie ma [5a].

Bałamuctwo drugie. Zmyślony cytat z Jana Pawła II

Bałamuctwo to znajduje się zaraz pod bałamuctwem z Piłsudskim. Albin Siwak ciągnie bowiem dalej swoje uwagi o pomijaniu niewygodnych słów wielkich Polaków:

Tak samo, jak z cytowaniem papieża Polaka. Powtarza się to, co potrzebne w danej chwili i sytuacji. A papież ostrzegał również przed przystąpieniem do Unii Europejskiej. Był zwolennikiem wejścia, ale mówił o warunkach, na jakich powinniśmy wejść: "Nie możemy wejść do Unii jako naród w zasadniczą zależność od tych, którzy bezczelnie zgłaszają pretensje do naszych ziem historycznych, do odszkodowań za skutki wojenne. Ludzie, którzy tego nie wiedzą są naiwni albo są zdrajcami". (L'Osservatore Romano, styczeń 2005) (s. 17).
Jest to bałamuctwo wyjątkowo niegodziwe. "Nie możemy wejść do Unii jako naród w zasadniczą zależność od tych...". Mniejsza już o to, że w "L'Osservatore Romano" ze stycznia 2005 roku nie ma tych słów ani żadnej wypowiedzi Jana Pawła II o choćby zbliżonej wymowie [6]. Ale samo sugerowanie, że polski papież mógł w jakichkolwiek okolicznościach używać podobnie kulawej polszczyzny, uwłacza jego pamięci. To tak, jakby bezczelnie twierdzić, że Albin Siwak nie odróżnia przy murowaniu wiązania wozówkowego od główkowego. Za coś takiego po prostu daje się z miejsca w papę.

Bałamuctwo trzecie, najzabawniejsze. Historia arcybiskupa Kohna

Według dzisiejszego Albina Siwaka, niegdysiejszy stosunek PZPR do Kościoła był "nieszczęściem dla partii". Nic na to jednak nie można było poradzić, gdyż do partii zakradli się Żydzi ("dokonali tego swoim sprytem i chytrością", s. 21) i to oni "na plan pierwszy zawsze wprowadzali do programu walkę z Kościołem" (s. 21). Działo się tak dlatego, że to właśnie duchowieństwo przez wieki broniło ludność polską przed żydowskim zalewem. Biskupi wręcz ścierpieć nie mogli, że "ludność polska jest na wszelkie niecne sposoby niszczona i wykorzystywana przez Żydów" (s. 19).

Ale był też taki arcybiskup, który przypomina obecne postacie kilku biskupów. Był to arcybiskup Kohn, który otoczył się Żydami i cała jego polityka była skierowana przeciw Kościołowi katolickiemu. Narobił tyle zła w Kościele, że Pius X nie mógł już dalej tolerować jego antypolskich i antykościelnych wypowiedzi i decyzji. Został usunięty z Kościoła całkowicie w 1903 roku. Historycy to opisali. Arcybiskup ten zgromadził majątek, na który składały się nieruchomości i pieniądze. Przed śmiercią zapisał to wszystko gminie żydowskiej. Jego nazwisko Żydzi obecnie umieszczają wśród wybitnych postaci zasłużonych dla Żydów. Na nagrobku napisali mu tak:

"Arcybiskup Ołomuniecki Kohn, zasłużony Żyd polski dla swego narodu" (s. 19).

Arcybiskup Teodor Kohn to postać autentyczna, chociaż po części również literacka. Gdy w Przygodach dobrego wojaka Szwejka okazuje się, że "kapelan polowy Otto Katz, najdoskonalszy ksiądz wojskowy, był Żydem", narrator zaraz dodaje, iż "nie ma w tym zresztą nic osobliwego", bo "arcybiskup Kohn był też Żydem" [7]. Z kolei stryj Pepin, który podobno naprawdę widział arcybiskupa Kohna (ale może "naprawdę" tylko po hrabalowsku [8]), zapamiętał nade wszystko jego zapach:
- Byłoby tak samo, jak wtedy, gdy przyjechał do nas arcybiskup Kohn - oświadczył wuj Pepin. - Wołoch z żydowskiego nasienia, włosy jak len, złote binokle, na palcu pierścień w cenie kilku milionów, wyperfumowany niczym jaka marmuzela, aż się ten zaduch za nim płużył niczym dym za lokomotywą [9].
Z drugiej strony, wyperfumowany arcybiskup był także surowym gospodarzem i krótko trzymał swoich podwładnych:
No więc zaszedłem w zeszłym roku do rezydencji arcybiskupiej popatrzeć, jak tam teraz wygląda, powiadam wam, park zapuszczony, wszędzie kręcą się ludzie, tylko jakaś baba siedziała na ławce i wcinała jabłka. Gdyby to nieboszczyk arcybiskup Kohn widział! Zaraz by babę obsztorcował, dlaczego nie zamiata. On był nerwus, zwłaszcza w młodych latach, kiedy to nadleśniczy naszpikował go śrutem, bo smalił koperczaki do jego żony. W końcu arcybiskup, żeby być bliżej Boga, przeniósł się razem z gospodynią do Tyrolu [10].
Prawdopodobnie właśnie ta surowość i nerwy zwichnęły karierę arcybiskupa. Wdawał się w liczne konflikty, mnożył sobie wrogów (nie tylko na antysemickiej prawicy, ale także na antyantysemickiej lewicy [11]), namiętnie procesował się z prasą i ostatecznie został nakłoniony do rezygnacji z urzędu dla dobra Kościoła. Albowiem wśród wielu świętości, którym Kościół oddaje cześć, święty spokój należy do najbardziej umiłowanych.

A jak się ma do rzeczywistości to, co o arcybiskupie Kohnie napisał arcyczłonek Biura Politycznego Albin Siwak?

Otóż właściwie nic tam się nie zgadza. Ani arcybiskup Kohn nie "otoczył się Żydami" (bo jednak o księdza żydowskiego pochodzenia było w tamtych czasach trudno), ani nie został "usunięty z Kościoła całkowicie w 1903 roku". W marcu 1904 roku zrezygnował jedynie ze swego urzędu, najzupełniej dobrowolnie, ponieważ nie naruszył żadnych kanonów prawa kościelnego [12]. Nie zapisał też swojego majątku gminie żydowskiej, lecz dał ponad trzysta tysięcy koron na uniwersytet w Ołomuńcu, a wcześniej trzy miliony koron na uniwersytet w Brnie [13]. Nic też nie wiadomo o tym, by jego nazwisko Żydzi mieli obecnie umieszczać "wśród wybitnych postaci zasłużonych dla Żydów". Przeciwnie, Encyclopaedia Judaica w bardzo zwięzłej notce podkreśla, że Kohn podzielał antyżydowskie poglądy obecne wówczas w Kościele Katolickim, a potem sam padł ofiarą antysemityzmu [14].

Rzekomy napis na nagrobku arcybiskupa to rzecz jasna również zmyślenie.

Najśmieszniejsze jest jednak to, że Albin Siwak pisząc tę swoją przypowieść o niecnym Kohnie, był święcie przekonany, że Kohn to "Żyd polski", który na urzędzie arcybiskupa ołomunieckiego szkodził polskim katolikom ("Pius X nie mógł już dalej tolerować jego antypolskich i antykościelnych wypowiedzi i decyzji"). I tak oto Ołomuniec przeniósł się z pięknych Moraw na jeszcze piękniejsze stare polskie ziemie...

Najwyraźniej perfidia Żydów sięga już nawet geografii.

[1] Zrobiłem to w notce "Lech Jęczmyk jedzie po bandzie albo w poszukiwaniu polskiego Chaveza". Albinowi Siwakowi poświęciłem tam jedno zdanie dopełnione przypisem 7, ale wielu moich P.T. Czytelników czyta "KOMPROMITACJE" nadzwyczaj uważnie. Co im się chwali.

[2] Albin Siwak, Bez strachu. Wspomnienia stare i nowe, tom I, wydanie II, nakładem Autora, Warszawa 2009. Dalej w nawiasach okrągłych strony z tego wydania.

[3] Siwaka w tym wypadku trochę usprawiedliwia fakt, że z nazwiskiem Szarańskiego są pewne problemy. Kiedy w latach 70. siedział w radzieckim więzieniu, paryska "Kultura" pisała jego nazwisko 'Szczarański' jako spolszczenie rosyjskiego Щаранский. Potem, gdy w latach 80. wyjechał do Izraela, zmienił imię Anatol (Анатолий) na czysto hebrajskie Natan (נתן), a nazwisko uprościł, bo 'szcz' to jednak dla nie-Słowian za dużo i został Szarańskim, a właściwie Szaranskim. Po hebrajsku: שרנסקי - a więc kolejno (czyli od prawej): szin - resz - nun - samech - kof - jod. Siwak przerobił go na 'Szarońskiego' może dlatego, że Szarański był ministrem w rządzie Ariela Szarona. No a 'Naton' zamiast 'Natana' to oczywista aluzja do amerykańsko-żydowskiego NATO.

[4] Tadeusz i Witold Rzepeccy, Sejm i Senat 1922-1927. Podręcznik dla wyborców, zawierający wyniki wyborów w powiatach, okręgach, województwach, podobizny senatorów i posłów sejmowych oraz mapy poglądowe, Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego, Poznań 1923.

[5] Tadeusz Rzepecki, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej 1919 roku, Wielkopolska Księgarnia Nakładowa, Poznań 1920. Tadeusz i Karol Rzepeccy, Sejm i Senat 1928-1933. Podręcznik zawierający wyniki wyborów w województwach, okręgach i powiatach, podobizny posłów sejmowych i senatorów, statystyki i mapy poglądowe, Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego, Poznań 1928.

[5a] Pan Jarosław Tomasiewicz zwrócił mi uprzejmie uwagę, że Piłsudski jednak trochę nad perfidią Żydów wileńskich bolał. Tyle że w liście do premiera Ignacego Paderewskiego z 4 maja 1919, w którym pisał między innymi:

"Wielce Szanowny Panie Prezydencie! [szefa rządu nazywano wtedy prezydentem ministrów]

Dziękuję za powinszowanie z powodu mojej operacji wileńskiej [tj. zdobycia Wilna 19 kwietnia 1919 r.]. [...] Gdym na drugi dzień Świąt przyjechał do Wilna, przez parę dni widziałem całe miasto, płaczące ustawicznie ze wzruszenia i radości. Pomimo okropnego wygłodzenia miasta ludność wpychała żołnierzom wszystko, co miała do jedzenia. Wszystkie te fakty ku wielkiej mojej radości zawiązały pomiędzy wojskiem a ludnością serdeczny i długotrwały związek. Znacznie gorzej było z Żydami, którzy przy panowaniu bolszewickim byli warstwą rządzącą. Z wielkim trudem wstrzymałem pogrom, który wisiał po prostu w powietrzu z powodu tego, że ludność cywilna żydowska strzelała z okien i dachów i rzucała stamtąd ręczne granaty" (Józef Piłsudski, Pisma zbiorowe, tom V, Instytut Józefa Piłsudskiego, Warszawa 1937, s. 81).

Tak więc wprawdzie nie w książce Rzepeckich, nie po zajęciu Wilna przez generała Żeligowskiego, bez uwag o skazywaniu na śmierć i wywózkach na Wschód oraz znacznie lepszą polszczyzną, ale jednak coś przykrego o Żydach Marszałek powiedział. Podobnie zresztą o wiarołomstwie części Żydów mówił w sierpniu 1920 roku w wywiadzie dla "Kuriera Porannego" (tamże, s. 167). Można zatem uznać, że w tym wypadku w zmyśleniu Albina Siwaka więcej było pomieszania z poplątaniem niż czystego zmyślenia.

[6] Natomiast wydrukowano w tym numerze przemówienie papieża skierowane do ówczesnego premiera rządu RP, Marka Belki, które można przeczytać tutaj.

[7] Jaroslav Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej, tom I, przełożył Paweł Hulka-Laskowski, Wydawnictwo "Śląsk", Katowice 1970, s. 122.

[8] Hrabal mówi o tym w wywiadzie, więc wypadałoby mu wierzyć, ale kto go tam wie. Zob. Bohumil Hrabal, Piękna rupieciarnia, przekład Aleksander Kaczorowski i Jan Stachowski (ten wywiad przełożył Aleksander Kaczorowski), Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006, s. 91: "[...] przekonywałem się, że mój stryj miał rację, chociaż nie miałem tyle szczęścia, żeby spotkać hrabiego Żeligowskiego albo arcybiskupa Kohna...".

[9] Bohumil Hrabal, Aferzyści i inne opowiadania, przekład zbiorowy, Wydawnictwo "Śląsk", Katowice 1983, opowiadanie "Śmierć pana Baltisbergera" (przełożyła Cecylia Dmochowska), s. 187. Dla koneserów to samo w oryginale:

"«To by bylo to samý, jako když k nám přijel arcibiskup Kohn,» tvrdil strýc Pepin. «Valach z židovskýho kořene, vlasy jako len, zlatej cvikr, na prstě ten prsten v ceně několika milionů a navoněnej tím pižmem královským jak nějaká slečna z baru, že to za ním plávlo jak za lokomotivou«" (Bohumil Hrabal, Perlička na dně, Mladá fronta, Praga 2000, s. 61).

Nb. tłumaczka chyba nie najszczęśliwiej poradziła sobie z wieloznacznością słowa 'Valach', choć może w tym wypadku zwiodła ją wielka litera na początku zdania. Otóż czeskie 'Valach' może znaczyć 'Wołoch' (l.m. 'Wołosi', nazywa się tak różne ludy z Półwyspu Bałkańskiego), ale może też znaczyć 'Wałach' (l.m. 'Wałasi', to taka grupa polskiej ludności mieszkająca na Śląsku Cieszyńskim) lub (na początku zdania też wielką literą) zwyczajne 'wałach', czyli wykastrowany koń. I moim zdaniem właśnie to trzecie znaczenie miał na myśli stryj Pepin. Który występuje w tym przekładzie jako wuj, co nie jest błędem, bo czeskie 'strýc', to także wuj, ale wszyscy hrabaliści wiedzą, że stryj Pepin jest stryjem i kropka.

A tak w ogóle to stryj Pepin coś tam jeszcze o arcybiskupie Kohnie dopowiada i wygłasza całą przemowę o różnych innych arcybiskupach. Nie ma ona wprawdzie żadnego związku z tematem, ale co szkodzi umieścić ją w przypisie:

"Wziął oddech i ciągnął: - No więc, kiedy do nas przyjechał [arcybiskup Kohn], baby rzuciły się całować mu ręce, ale kanonicy je odpychali, żeby nie obsmarkały mu rękawów, co się jednak tyczy panienek z pałacu, córeczek notariusza, to ksiądz arcybiskup sam całował je po rękach. A znów arcybiskup Stojan to był dusza człowiek, rozdawał na prawo i lewo, każdy żebrak, pijus czy nie, dostawał złocisza. Natomiast arcybiskup Bauer miał odrażająca facjatę, same krosty i błękitna krew. Przy bierzmowaniu to było bardzo nieprzyjemne. Co innego przy ostatnim namaszczeniu. Kilku umierających tak się wystraszyło tego jego oblicza, że powrócili do zdrowia. Zaś arcybiskup Preczan był zagorzałym filantropem. Chwytał moją mamę za ręce i mówił: «Bóg z wami, matko, pilnujcie się, żeby was nie stratowali». I dawał jej błogosławieństwo, a na dokładkę złotówkę, bo lubił baby, tę główną podporę Kościoła. Lubił także wygłaszać kazania na temat, że chrześcijanin, kiedy idzie do kościoła, nie powinien zionąć gorzałką. Ale niemal wszyscy arcybiskupi mieli jedną cechę wspólną - byli niesamowitymi obżartuchami. Na przykład Preczan na jedno posiedzenie potrafił zjeść całą kobiałkę gołębi, a Bauer na obiad pochłaniał małego prosiaka i antałek piwa".

[10] Bohumil Hrabal, Aferzyści..., op. cit., s. 183. Tę historię o parku, babie wcinającej jabłka i nerwowym arcybiskupie stryj Pepin opowiada również na samym początku filmu Perełki na dnie (Perličky na dně) z roku 1965 (nowelka "Śmierć pana Baltazara " według "Śmierci pana Baltisbergera", reżyseria Jiří Menzel).

Opinia o trudnym charakterze arcybiskupa Kohna krążyła, zdaje się, powszechnie. "Arcybiskup Kohn był wogóle postacią niesympatyczną; takie przynajmniej odniosłem wrażenie, widząc go w r. 1903. Nie był też lubiany" - pisał jeszcze za życia arcybiskupa Kazimierz Ostaszewski-Barański (Z morawskiej ziemi (notatki), Schmitt i Spółka, Lwów 1908, s. 82).

Zszargane nerwy Teodora Kohna tłumaczy nieco atmosfera, w jakiej obejmował (dość niespodziewanie) arcybiskupstwo ołomunieckie. Wytykano mu rzecz jasna żydowskie pochodzenie, stał się bohaterem wielu dowcipów z Żydem w poincie, jak również kolportowano o jego wyborze rozmaite "autentyczne anegdoty". Najbardziej znaną powtarza też Ostaszewski-Barański:

"Wiadomo, że arcybiskupstwo ołomunieckie jest jednem z najbogatszych na świecie i że jego kapituła ma prawo swobodnego wyboru. Rola rządu ogranicza się do tego, że deleguje na elekcyjne zgromadzenie kapituły swego komisarza, który tradycyjnie otrzymuje za to gruby "trinkgeld" w złotych dukatach. Kiedy umarł ks. Fürstenberg, oczekiwano, że miejsce jego zajmie który z szlacheckich kanoników, tymczasem z wyboru wyszedł ks. Kohn. Jako komisarz wyborczy fungował wówczas br. [baron] Gautsch, który natychmiast po przyjeździe do Wiednia poszedł zdać sprawę hr. Taaffemu. Premier siedział właśnie przy partyjce:

- Jakżeż tam w Ołomuńcu, zapytał wchodzącego Gautscha - hrabia czy książę?

- Ani jedno, ani drugie - zwykły Kohn!

- Co Kohn? A czy on chrzczony?" (s. 82-83).

Natomiast kilka dowcipów (również rysunkowych) można znaleźć w: Michael L. Miller, The Rise and Fall of Archbishop Kohn. Czechs, Germans, and Jews in Turn-of-the-Century Moravia, "Slavic Review", 2006, t. 63, nr 3. Dalej cytuję jako Miller.

[11] Gdy w połowie 1903 roku zdawało się, że Kohn jednak postawi na swoim, krakowski socjalistyczny "Naprzód", w żadnym razie nie antysemicki (choć oczywiście wściekle antyklerykalny), komentował to w swojej Kronice następująco:

"Zwycięski arcybiskup Kohn powraca z Rzymu. To nic, że jako tyrana klną go właśni księża podwładni, że na sumieniu jego ciężą łzy rodzin rozlicznych. To nic. Postępowanie jego i czyny godne kapitalisty-wyzyskiwacza uzyskały papieskie zatwierdzenie, zyskały mu nawet jego łaskawość, przychylność i błogosławieństwo. Wraca zwycięski Kohn, złożywszy u stóp papieża pół miliona koron, a podwładni urządzają uroczyste przyjęcia, zaciskając zęby. Nic dziwnego. Przecież ważniejszym jest dla autorytetu kościoła, dla jego potęgi, taki wyzyskiwacz i tyran, niźli ci biedni uciśnieni. Ich rzeczą jest: wierzyć, płacić i milczeć. Teraz, gdy Kohn uzyskał błogosławieństwo papieskie, pokaże on zapewne dopiero, co umie. Nic też dziwnego, że buntownicy-księża leżą na brzuchu, drżąc przed zwycięzcą" ("Naprzód", 25 czerwca 1903, nr 173, s. 3).

Być może aluzją do tej półmilionowej ofiary-łapówki jest wzmianka o "metodzie arcybiskupa Kohna" w jednej z powieści Teodora Parnickiego (zob. Teodor Parnicki, Muza dalekich podróży. Powieść. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1983, s. 611)

[12] Podkreśla to Miller, s. 471.

[13] Zob. hasło "Kohn Theodor" w: Österreichisches Biographisches Lexikon 1815-1950, tom 4, Verlag der Österreichischen Akademie der Wissenschaften, Wiedeń 1969, s. 67.

[14] Encyclopaedia Judaica, Second Edition, tom 12: Kat-Lie, Thomson Gale and Keter Publishing House 2007, hasło "Kohn, Theodor", s. 264: "Kohn, who himself had expressed the anti-Jewish views then prevalent in the Catholic Church, became the object of an unrestrained campaign of racial antisemitism and his palace was raided".