EBENEZER ROJT

Lech Jęczmyk jedzie po bandzie
albo w poszukiwaniu polskiego Chaveza

"Pojechałem, jak często mi się zdarza, po bandzie" - napisał Lech Jęczmyk, wspominając pewien swój toast wygłoszony w Gruzji, i zdanie to można odnieść również do całej jego książki [1]. Nie wypada jednak przykładać do niej zbyt surowej miary, gdyż zakończył ją rozbrajającymi "Podziękowaniami" [2], na samym początku zaś złożył uczciwie następującą deklarację:
Wspomnienia moje są właśnie wspomnieniami, nie pretendują do roli przyczynku historycznego, nie zaopatrzyłem ich w przypisy i nie szukałem ich potwierdzeń w literaturze (Światło, s. 6).
Z drugiej jednak strony, zasługi Lecha Jęczmyka jako tłumacza i wydawcy są tak bezsporne, a jego autorytet - zwłaszcza w środowisku miłośników fantastyki - tak duży, że zastosowanie w tym wypadku taryfy ulgowej, jak wobec pierwszego lepszego wyrobnika pióra, byłoby dla niego dyshonorem.

Naturalnie nie chodzi mi o rozmaite barwne dykteryjki, które należą do tradycji tego typu literatury i można się ich spodziewać nawet we wspomnieniach starego buchaltera, więc tym bardziej nie mogłoby ich zabraknąć w opowieści kogoś, kto przez lata miał do czynienia z fantastyką.

Dlatego nie przeszkadza mi anegdota o tym, jak to trzeba było naprędce pomalować konie ciągnące lawetę z trumną Bolesława Bieruta i gdy potem zaczął padać deszcz "z koni ściekały strumyczki czarnej farby" (Światło, s. 113) [3]. Ani anegdotka, jak to do młodego Jacka Kuronia przyszedł Stanisław Strumph-Wojtkiewicz, "po czym przygrzmocił mu lagą" za demoralizowanie córki, i to tak, że Kuroń uciekając oknem zgubił na parapecie swój służbowy pistolet [4].

Nie przeszkadzają mi też błędy i zmyślenia w drugorzędnych szczegółach. Wbrew temu, co pisze Jęczmyk (Światło, s. 16), Ezra Pound nie był laureatem Nagrody Nobla. Brazylijski mistrz trójskoku, Adhemar da Silva, nie grał anioła w Cudzie w Mediolanie, "który biega tak, jakby nic nie ważył, jakby unosił się w powietrzu" (Światło, s. 211), lecz Śmierć w Czarnym Orfeuszu. A Karel Zeman nie nakręcił filmu pod tytułem 20 000 mil podmorskiej żeglugi (Światło, s. 213-214), lecz Diabelski wynalazek (Vynález zkázy), luźno oparty na Strasznym wynalazcy (Face au drapeau) i wykorzystującym motywy z wielu innych powieści Verne'a.

Chochma to nie "termin z semickiej teologii" (Światło, s. 166), tylko po prostu "mądrość". Odescy Żydzi mawiali "chochma" na błyskotliwe powiedzonko, więc chochmacz, z rosyjską końcówką, to tyle co żartowniś, ale taki w rodzaju mistrza ciętej riposty. Z kolei nasz polski żartowniś z czasów schyłkowego PRL-u to nie "major Frydrych" (Światło, s. 224), lecz Fydrych (z jednym "r"; jest to zresztą błąd dość częsty).

Z historii. W czasie powstania warszawskiego Niemcy nie strzelali z "grubej berty" (Światło, s. 14), gdyż grubą bertą nazywano M-Gerät, moździerz z czasów I wojny światowej [5]. Nie jest też prawdą, że "«krowami» (bo ryczały) albo «szafami» (bo skrzypiały) nazywano niemieckie sprzężone moździerze" (Światło, s. 45). Tak nazywano wyrzutnie rakietowe Nebelwerfer [6]. Chruszczow przyjechał do Polski z wizytą w roku 1959, a nie 1960 (Światło, s. 144) i nie była to żadna światowa sensacja, bo akurat Chruszczow jeździł sporo i już w 1954 wybrał się razem z Bułganinem do Chin. Nigdzie też nie udało mi się znaleźć potwierdzenia, choćby tylko w formie domniemań, że Włodzimierz Sokorski był francuskim szpiegiem (Światło, s. 116). Podejrzewam, że Jęczmykowi Sokorski pomieszał się z Sikorskim.

Pewnych rzeczy jednak zmyślać ani powtarzać nie wypada. Trzy przykłady.

Nie jest prawdą, że Dorę Kacnelson, wielką polską patriotkę, "wojna zastała w Drohobyczu, gdzie poznała Brunona Schulza" (Światło, s. 240). Dora Kacnelson spędziła wojnę głównie w Leningradzie, a do Drohobycza przeniosła się znacznie później. Ponieważ Jęczmyk pisze, że poznał ją osobiście, ktoś mógłby pomyśleć, że to ona sama została na starość mitomanką i opowiadała ludziom fantazje o swym wojennym spotkaniu z Schulzem.

Czou-En-laj (Zhou Enlai), pierwszy premier Chińskiej Republiki Ludowej, ani nie studiował w carskiej szkole wojskowej w Petersburgu, ani nawet nie był z wizytą w Polsce w roku 1962 (Światło, s. 124). Powtarzanie plotek, w których są tak grube i łatwe do wyłapania błędy, świadczy jedynie o łatwowierności Lecha Jęczmyka.

I byk dotyczący najbardziej znanej z tych trzech osób. Na samym początku książki Jęczmyk pisze, jak to w oblężonej Warszawie kobiety słuchają na klęczkach radia:

To z Rzymu przemawiał papież, wielki przyjaciel Polski, opluwany kolejno (a czasami jednocześnie) przez hitlerowców, komunistów i Żydów. Hitlerowcy nienawidzili go za encyklikę krytykującą nazizm, napisaną, gdy jeszcze był nuncjuszem w Monachium, toteż III Rzesza zgłosiła oficjalne veto po jego wyborze na papieża. W 1939 roku papież napisał swoją pierwszą encyklikę (Summi Pontificatus) w obronie Polski i Polaków, co jest również w Polsce starannie przemilczane (Światło, s. 9).
Chodzi rzecz jasna o papieża Piusa XII, który rzeczywiście został w 1939 papieżem i rzeczywiście ogłosił w tym samym roku encyklikę Summi Pontificatus, aczkolwiek twierdzenie, że napisał ją "w obronie Polski", to wielka przesada, gdyż Polska została w tej encyklice ledwie wspomniana - wprawdzie wspomniana z sympatią, lecz dość ogólnie.

Natomiast zdanie "Hitlerowcy nienawidzili go za encyklikę krytykującą nazizm, napisaną, gdy jeszcze był nuncjuszem w Monachium, toteż III Rzesza zgłosiła oficjalne veto po jego wyborze na papieża", to zbiór niedorzeczności. Eugenio Pacelli, późniejszy Pius XII, był nuncjuszem w Monachium w latach 1917-1920, więc już choćby z tego powodu nie mógł wtedy napisać niczego o nazizmie. Tym bardziej nie mógł napisać wtedy encykliki, gdyż jest to rodzaj pisma zastrzeżony dla papieża. Również III Rzesza nie mogła po jego wyborze zgłosić żadnego "oficjalnego veta". Jęczmyk miał prawdopodobnie na myśli encyklikę wcześniejszego papieża, Piusa XI, Mit brennender Sorge z 1937 roku, która rzeczywiście powstała nie bez udziału kardynała Pacellego oraz jego awantury z władzami niemieckimi w sprawie przestrzegania konkordatu. Trochę wstyd, gdy katolikowi mieszają się takie sprawy.

Wiara Lecha Jęczmyka to zresztą jedna z najbardziej zagadkowych spraw w tej książce.

Pisze na przykład, i to w tonie jak najbardziej poważnym, że radziecki marszałek Koniew miał przed atakiem na Częstochowę "widzenie kobiety o ciemnej twarzy".

Kiedy po zdobyciu miasta marszałka wprowadzono do kościoła, zobaczył na obrazie kobietę, którą widział wcześniej. Zdjął wtedy czapkę i pokłonił się jej do ziemi. W ten sposób został jedynym rosyjskim (specjalnie piszę rosyjskim, a nie sowieckim) marszałkiem, któremu ukazała się Matka Boska Częstochowska. Uważam obalenie jego pomnika za coś niestosownego (Światło, s. 165).
Szczególnie frapujące jest ostatnie zdanie oraz brak jakiejkolwiek wzmianki o późniejszych efektach tego spektakularnego nawrócenia "rosyjskiego marszałka", o którym przecież wiadomo, że w 1956 roku zmasakrował Węgry.

Swoich wspomnień Jęczmyk rzeczywiście nie zaopatrzył w przypisy - prócz jednego! Na stronach 101-102 cytuje mianowicie - jako nie podlegające dyskusji źródło - Albina Siwaka, o którym z kolei wiadomo, że w 1981 roku nawoływał do zmasakrowania "Solidarności" [7].

Zakończył zaś książkę taką oto refleksją:

W ciągu tych trzech ćwierci wieku patrzyłem, jak zmieniają się ludzie, jak zmieniają mi państwo. Przez pewien czas próbowałem nawet wraz z grupą podobnie myślących przyjaciół wpływać na kształt tego państwa, ale okazaliśmy się bezsilni wobec działających potęg, właściwie nierywalizujących, ale zgodnych, że Polskę trzeba zadeptać. To też była cena za Solidarność. Widok tysięcy stoczniowców na kolanach przyjmujących ostatnie namaszczenie [sic!] w oczekiwaniu ataku przeraził światowych oligarchów. To się mogło roznieść na cały świat, to był moment polskiej wielkości. Zabrakło jednak przywódcy, kogoś na skalę brazylijskiego Luli czy wenezuelskiego Chaveza. Od tej chwili chwały była już tylko jazda w dół, zlikwidowano stocznie i fabryki, w których wylęgła się ta siła, zlikwidowano klasę robotniczą, zlikwidowano za pomocą pieniędzy życie polityczne, ustanawiając system dwupartyjny (s. 273-274; wyróżnienie moje).
Dawno, dawno temu, w czasach lęgowych stoczni i fabryk PRL-u, Lech Jęczmyk wydawał znakomitą serię antologii opowiadań fantastycznych pod tytułem "Kroki w nieznane". Dziś najwyraźniej nabrał ochoty na kilka kroków w znane, w dodatku pod ramię z jakimś polskim charyzmatycznym Chavezem.

Widać fantazji wciąż mu nie brakuje.

[1] Lech Jęczmyk, Światło i dźwięk. Moje życie na różnych planetach, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2013, s. 255. Dalej cytuję jako Światło.

[2] "Po pierwsze dziękuję Bogu, że stworzył świat, na który dał mi delegację służbową. Że miałem długie i spokojne życie, najpierw pod opieką dobrych rodziców; potem zawsze w otoczeniu przyjaciół i ludzi życzliwych" (Światło, s. 274). Dalej już poczytajcie sobie sami.

[3] Relację z tego pogrzebu można obejrzeć w dwunastym wydaniu Polskiej Kroniki Filmowej z 1956 roku.

[4] Światło, s. 114. Demoralizowanie to nie polegało bynajmniej na banalnym namawianiu córki Strumph-Wojtkiewicza do rozmaitych damsko-męskich zażyłości. Jak pisze Jęczmyk, "Kuroń chodził wtedy po szkołach i wygłaszał demoralizujące pogadanki, zachęcające na przykład, żeby donosić na rodziców".

[5] Był to moździerz oblężniczy o kalibrze 420 mm i podobno nazwano go grubą Bertą (Dicke Bertha) na cześć Berty Krupp, żony Gustawa Kruppa, w którego zakładach tę broń produkowano. Musiała tu wchodzić w grę jakaś złośliwość albo niepojęte niemieckie poczucie humoru, gdyż Bertha Krupp von Bohlen und Halbach była w tamtym czasie elegancką damą przed trzydziestką, której żadną miarą nie można by nazwać "grubą".

[6] Jęczmykowi najpewniej "krowa" pomieszała się z wielkim moździerzem typu Karl Gerät. Niemcy mieli w czasie powstania jedno takie bydlę kalibru 600 mm, które strzelało z terenów dzisiejszego parku na Woli. To konkretne nazywało się "Ziu", od jednego z imion nordyckiego boga Tyra (w języku staroangielskim nazywanego Tiw, po którym Anglicy do dziś mają Tiwesdæg, Tuesday, czyli wtorek). To właśnie pocisk z tego moździerza przebił się aż do piwnicy "Adrii" (przed wojną modnej restauracji) i nie wybuchł. Co z kolei Jęczmyk pomieszał z pociskiem rzekomej "grubej berty", który według niego "trafił w dom, przygniótł go swoim ciężarem, ale nie wybuchł, bo nie natrafił na należyty opór" (Światło, s. 14-15).

[Dopisek] Pan Bartłomiej Czachor powiadomił mnie, że wyrzutnie rakietowe Nebelwerfer traktują jako moździerze Tadeusz Sawicki i Marcin Bryja, więc sprawa nie jest może aż tak oczywista.

Rzeczywiście, Tadeusz Sawicki wprawdzie nigdzie nie używa nazwy 'Nebelwerfer', niemniej do moździerzy zalicza także "sprzęt [...] wielolufowy (po 5-6 prowadnic) o dużych kalibrach (150, 210 i 300 mm)" (Tadeusz Sawicki, Niemieckie wojska lądowe na froncie wschodnim, czerwiec 1944 - maj 1945 (struktura), Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1987, s. 104). Charakterystyka ta pasuje do Nebelwerferów. Ale Sawicki zajmuje się, zresztą zgodnie z tytułem swej książki, przede wszystkim strukturą niemieckich wojsk, nie zaś detalami ich wyposażenia, co prowadzi czasem do zaskakujących klasyfikacji. Na przykład w tabeli 40 na stronie 157 wyliczającej stan ilościowy sprzętu bojowego niemieckich wojsk lądowych między majem 1944 a grudniem 1944 Nebelwerfery 42 (bo o nie najprawdopodobniej chodzi) o kalibrze od 150 do 300 mm zostały zaklasyfikowane jako... granatniki dymne. Jest to dziwactwo trudne do obrony. Natomiast do wyrzutni rakietowych autor zaliczył jedynie Raketenwerfer 56 o kalibrze 300 mm.

Z kolei Marcin Bryja zalicza do moździerzy wczesne konstrukcje Nebelwerfer 35 i Nebelwerfer 40 o kalibrze 100 mm, które zostały pomyślane "jako środek do stawiania zasłon dymnych" i w istocie nie różniły się konstrukcyjnie "od zwykłego moździerza" (Marcin Bryja, Artyleria niemiecka 1933-1945. Taktyka, organizacja, uzbrojenie, Wydawnictwo Militaria, Warszawa 1996, s. 120). Później jednak nazwa 'Nebelwerfer' (czyli "miotacz mgły") przeszła - podobno ze względów kamuflażowych - na konstrukcje zupełnie innego typu i te (a one właśnie używane były w czasie powstania warszawskiego) Bryja zalicza już bezdyskusyjnie do artylerii rakietowej (s. 157-160). Swoją drogą to chyba właśnie ów niemiecki kamuflaż nazewniczy sprawił, że w tabeli Sawickiego zaroiło się od fałszywych "granatników dymnych".

[7] A oto ten cytat wraz z adresem bibliograficznym podanym przez Jęczmyka: "W październiku 1944 roku na posiedzeniu Biura politycznego PPR wszechwładny wówczas Jakub Berman twierdził, że AK to przybudówka Gestapo i wspólnie z niejakim Kasmanem żądał uwięzienia wszystkich ziemian i akowców: «Powód, żeby ich powiesić znajdziemy później» [Zob. Albin Siwak, Bez strachu, t. II, s. 98 i 119]".