EBENEZER ROJT

Bronisław Łagowski o kondycji ludu
albo chleb, masło, cukier i filozofia społeczna

W 1917 roku za krótkich rządów Aleksandra Kiereńskiego pewien zawodowy rewolucjonista ukrywał się "na dalekim robotniczym przedmieściu Pitra [tj. Piotrogrodu], w maleńkim mieszkaniu robotniczym". I dopiero tam, w tym małym robotniczym mieszkanku, dopiero wtedy - po prawie ćwierć wieku rewolucyjnej roboty! - zauważył przy obiedzie, jak ważny jest dla robotników chleb. Sam wkrótce tak o tym swoim zdumiewającym przeżyciu napisał:
Moja myśl obracała się wokół politycznego znaczenia wypadków, ważyła ich rolę w ogólnym przebiegu wydarzeń, rozważała, z jakiej sytuacji wynikł ów zygzak historii i jaką sytuację on stworzy, jak powinniśmy zmienić nasze hasła i nasz aparat partyjny, aby przystosować go do zmienionej sytuacji. O chlebie ja, człowiek, który nie zaznał nędzy, nie myślałem. Chleb był dla mnie jakimś pojęciem oderwanym, czymś w rodzaju ubocznego produktu pracy publicystycznej [1].
Sto lat później inny wrażliwy inteligent, tym razem rewolucjonista-amator, opisywał przemiany gospodarcze po czerwcowych wyborach w 1989 roku:
Z dniem 1 sierpnia 1989 r. rząd Mieczysława F. Rakowskiego zniósł kartki na żywność, a zarazem uwolnił od regulacji ceny artykułów żywnościowych. [...] Uwolnione od regulacji ceny poszybowały pod sufit, aż zderzyły się z barierą popytu. 31 lipca, czyli w dniu wypłaty wynagrodzeń, kostka masła kosztowała 17,50 zł; w końcu sierpnia jej cena sięgnęła 70 zł. Gospodynie domowe dostawały szału - żadną miarą nie mogły nakarmić rodziny w warunkach galopującej drożyzny [2].
Jest to wiadomość z krainy fantazji. Siedemnaście i pół złotego kostka masła kosztowała 10 lat wcześniej, za Gierka. I to tego gorszego masła, bo masło extra kosztowało 20 złotych. Natomiast 31 lipca 1989 kostka masła naprawdę kosztowała przeszło dziesięć razy tyle [2a], pod koniec roku zaś zarobki liczono już w setkach tysięcy [2b], a niebawem wszyscy obywatele stali się milionerami. Przypuszczenie, że może autor podał ceny już po ich przeliczeniu na późniejsze, podenominacyjne złotówki, prowadzi do równie gargantuicznych nonsensów.

Najprościej będzie więc chyba założyć, że rewolucjoniści nader rzadko chodzą na zakupy po chleb i masło, gdyż są to dla nich przeważnie pojęcia oderwane, coś "w rodzaju ubocznego produktu pracy publicystycznej".

Ale również znacznie mniej rewolucyjnie nastawieni filozofowie społeczni mają czasem poważne problemy z rozeznaniem się w tym, co zachodzi w domenie gospodyń domowych.

Bronisław Łagowski, który sam o sobie powiada, że z lewicą łączy go "tak zwana wrażliwość społeczna, zainteresowanie kondycją ludu" [3], spróbował ocenić tę kondycję biorąc pod uwagę spożycie cukru.

Różnice poglądów nie biorą się stąd, że jedni mają dobrą pamięć, a drudzy słabą. I to, co się w dniu dzisiejszym dzieje, prawica ocenia inaczej niż lewica. Czy postkomuniści nie pamiętają, że (proszę darować trywialny przykład) przez pewien czas kupowało się cukier na kartki? Czy antykomuniści nie pamiętają, że na te kartki kupowali więcej cukru niż teraz bez kartek? [4].
Wprawdzie Łagowski napisał to tylko w felietonie (potem jednak bez zmian przedrukowanym w książce), ale od filozofa można oczekiwać przytomniejszego trzymania się rzeczywistości i większej odpowiedzialności za słowo [4a]. Tym bardziej, gdy przykład, jaki podaje, uważa za "trywialny".

Po pierwsze, w ciągu ostatniego półwiecza radykalnie zmieniło się podejście do cukru i ani komunizm, ani antykomunizm nie ma z tym nic wspólnego. 40 lat temu cukier zasadniczo krzepił i był symbolem społecznego awansu, ponieważ przed wojną kosztował drogo i lud nie mógł sobie na niego pozwolić. Ostrzegano jedynie dzieci przed nadmiernym chrupaniem cukierków, bo próchnica. Dziś planuje się dodatkowe opodatkowanie cukru oraz słodzonych napojów, bo cukier to "biała śmierć". Niektórzy nawet porównują go do narkotyków [5].

Po drugie, w socjalistycznej gospodarce niedoboru znaczne ilości cukru kupowano nie po to, by posłodzić herbatę, ale po to, by samemu jakoś zaradzić tym niedoborom. I to tak elementarnym, że dziś relacja o nich wygląda na artystyczne zmyślenie. Oto ktoś zapragnął zjeść niewyszukane śniadanie:

Przyszło mi jednak do głowy, że od miesięcy jem stale powidła śliwkowe (bardzo zresztą dobre) i dla odmiany poczułem apetyt na dżem wiśniowy.

W sklepie nie było akurat dżemu wiśniowego. Udałem się do konkurencji. Tam nie było nawet powideł śliwkowych, a dżem - wyłącznie truskawkowy.

W trzecim sklepie dżem renklodowy i truskawkowy. Potem znowu truskawkowy.

Na ulicach, którymi przechodziłem, coraz rzadziej mijały mnie autobusy i coraz mniej w nich było osób. Żoliborz pustoszał, jego mieszkańcy udali się do swoich fabryk, biur, wyższych uczelni. Pozostały setki słoików dżemu truskawkowego i nigdzie nie było wiśniowego [6].

Napisano to w roku 1974, w czasach gierkowskiej prosperity, i wtedy też wydrukowano. Cenzor widocznie uważał, że brak dżemu wiśniowego w stolicy państwa, które wkrótce we własnej telewizji ogłosi się dziesiątą gospodarką świata, to zupełnie normalne zjawisko. Lud też zdawał sobie sprawę z tej swojej kondycji i dlatego powszechnie zajmował się robieniem dżemów i smażeniem konfitur, co istotnie zwiększało popyt na cukier [7].

Wreszcie po trzecie i najważniejsze, Łagowskiemu nie chciało się nawet zajrzeć do rocznika statystycznego. Gdyby to zrobił, dowiedziałby się, że w dziesięć lat po rozwiązaniu PZPR zjadaliśmy jednak więcej cukru niż za Gierka [8].

À propos PZPR. Bronisław Łagowski zapisał się do PZPR oczywiście "na fali odwilży Października" i w euforii, bo "w 1956 roku wszyscy byli w euforii":

Uwierzyłem, że może w Polsce być wreszcie lepiej i chciałem uczestniczyć w tym ruchu" (Moja filozofia, s. 251).
Potem niby go z tego ruchu próbowali wyrzucić, robili mu różne przykrości etc., etc., ale tak się jakoś złożyło, że - jak powiada - "ostatecznie pozostałem w PZPR do samego końca, do jej rozwiązania w 1989 roku" (Moja filozofia, s. 252; naprawdę PZPR rozwiązano w 1990 roku). Do Solidarności zresztą też się zapisał, ale potem rozczarował "bardzo szybko" i już w 1982 roku został poproszony o wygłoszenie na Uniwersytecie Jagiellońskim "zwyczajowego wykładu z okazji Święta Pracy" (Moja filozofia, s. 261). W sumie kolejny, któremu "chciało się uczestniczyć" [9]. I uczestniczył tak, jak duch zawiał: raz jako subtelny krytyk, to znowu jako celebrans urzędowej liturgii.

Być może więc jego złudzenie, jakoby cukru było w tamtych czasach znacznie więcej niż dzisiaj, wzięło się stąd, że wtedy starał się każdemu dosłodzić.

[1] Włodzimierz Lenin, Czy bolszewicy utrzymają władzę państwową?, [w:] Włodzimierz Lenin, Dzieła wszystkie, tom 34: lipiec-październik 1917, przekład z piątego wydania rosyjskiego w pięćdziesięciu pięciu tomach przygotowanego przez INSTYTUT MARKSIZMU-LENINIZMU przy KC KPZR, Książka i Wiedza, Warszawa 1987, s. 305.

[2] Karol Modzelewski, Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca, Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 2013. Korzystałem z wersji elektronicznej w formacie MOBI przygotowanej przez Publio. Cytowany ustęp znajduje się na początku podrozdziału "Szok" z rozdziału IX "Wolność bez braterstwa". Książka otrzymała w 2014 roku Nagrodę Nike.

[2a] "Dziennik Łódzki" z 8 sierpnia 1989 zamieścił na stronie 2 cennik, w którym porównywał ceny urzędowe obowiązujące do 31 lipca z cenami uwolnionymi po 1 sierpnia. Według tego cennika kostka masła chłodniczego ekstra kosztowała 31 lipca 220 zł, a po uwolnieniu cen już 455 zł. Kilka innych przykładów: chleb "łódzki" (800 g) zdrożał ze 140 zł do 250 zł, cukier z 350 zł do 500 zł, a olej uniwersalny (0,5 l) ze 106 zł do 400 zł. Blisko czterokrotnie!

[2b] Pan Robert Sochań zwrócił mi uprzejmie uwagę, że pisząc ogólnie o "setkach tysięcy" popadłem w "publicystyczną niefrasobliwość". Na wszelki wypadek dodam więc, że według GUS-u przeciętne miesięczne wynagrodzenie wynosiło w 1989 roku 206758 starych złotych. Ponieważ jest to średnia z całego roku, a po uwolnieniu cen inflacja wzrosła skokowo, łatwo się domyślić, że w ostatnim kwartale tych setek było już więcej.

Nb. dalsza korespondencja z p. Sochaniem przybrała niestety nieco mniej uprzejmy obrót. W jej trakcie p. Sochań zauważył, że już pierwsze zdanie tej notki wskazuje na skandaliczne braki mojego warsztatu historycznego, gdyż powinienem wprzódy przebadać "różne edycje tego tekstu Lenina, nie tylko wydawane w Rosji, i dotrzeć do oryginalnej, lub pierwotnej (oryginalna i pierwotna to nie zawsze to samo) edycji tego tekstu, lub rękopisu (o ile istnieje)". Gdy zaś zdziwiony tym zarzutem poprosiłem go, by wskazał jakikolwiek błąd w moim zdaniu albo wymienił chociaż jednego historyka, który aby napisać proste zdanie o Leninie ukrywającym się za rządów Kiereńskiego, porównuje edycje jego pism i konfrontuje je z rękopisami, nie zrobił tego, lecz stwierdził:

"Pańskie zaś zdziwienie, rezonowanie, wysilanie się na kpiny - dowodzą tylko tego, że jest Pan w przedmiocie krytyki źródeł historycznych doskonałym ignorantem, i to z tego sortu, który mniema, że posiadł wszelkie arcana".

Mam i takich czytelników. To dzięki nim czuję się czasem łagodny jak gołąbek.

[3] Moja filozofia jest teodyceą władzy. Z Profesorem Bronisławem Łagowskim o ułanach, Leszku Kołakowskim i okrągłym stole rozmawiają Krzysztof Mazur i Arkady Rzegocki, "Pressje" 2010, nr 22-23, s. 268: "Z lewicą łączy mnie tak zwana wrażliwość społeczna, zainteresowanie kondycją ludu. Nie są to nawet specjalnie usystematyzowane poglądy, ale raczej pewna wrażliwość na sprawy warstw od wieków poniżanych". Dalej cytuję jako Moja filozofia.

[4] Bronisław Łagowski, Duch i bezduszność III Rzeczypospolitej, UNIVERSITAS, Kraków 2007, s. 143. Dalej cytuję jako Duch.

[4a] Co innego zawodowy szalbierz, który bez mrugnięcia okiem oświadcza, że jako zweryfikowany pracownik wywiadu w stopniu podpułkownika zarabiał w 1990 roku równowartość 25 dolarów. Tymczasem przeciętne miesięczne wynagrodzenie przekraczało wtedy milion złotych, a więc równowartość ponad 100 dolarów, bo sztywny kurs dolara ustalono na 9500 zł. Zob. Polski wywiad chodził własnymi ścieżkami. Z generałem Gromosławem Czempińskim rozmawia Robert Walenciak, "Przegląd" 2017 nr 4. Wywiad dostępny również tutaj (strona zarchiwizowana).

[5] Kiedy w 1972 roku John Yudkin wydał książkę Pure, White and Deadly [w USA pod tytułem Sweet and Dangerous], licząc, że przekona swoich czytelników przynajmniej do ostrożnej tezy, że cukier może być niebezpieczny, świat naukowy nie potraktował go poważnie (zob. John Yudkin, Pure, White and Deadly, Penguin 1988, s. 4: "I hope that when you have read this book I shal have convinced you that sugar is really dangerous. At the very least, I hope I shall have persuaded you that it might be dangerous"). Dzisiaj już można śmiało pisać, że cukier to broń, za pomocą której koncerny żywnościowe pokonują swoich konkurentów i uzależniają swoich klientów (zob. Michael Moss, Salt Sugar Fat. How the Food Giants Hooked Us, Random House, Nowy Jork 2013: "Inevitably, the manufacturers of processed food argue that they have allowed us to become the people we want to be, fast and busy, no longer slaves to the stove. But in their hands, the salt, sugar, and fat they have used to propel this social transformation are not nutrients as much as weapons - weapons they deploy, certainly, to defeat their competitors but also to keep us coming back for more").

Jeśli chodzi o porównanie cukru do narkotyków zob. chociażby: Serge H. Ahmeda, Karine Guillema i Youna Vandaele, Sugar addiction: pushing the drug-sugar analogy to the limit, "Current Opinion in Clinical Nutrition & Metabolic Care" 2013, t. 16, nr 4. Twierdzi się tam m.in, że na poziomie neurobiologicznym skutki spożycia cukru mogą być silniejsze niż w przypadku kokainy (s. 434: "At the neurobiological level, the neural substrates of sugar and sweet reward appear to be more robust than those of cocaine"). Wprawdzie dodaje się potem rozmaite zastrzeżenia etc., ale w świat rzecz jasna poszedł uproszczony przekaz.

[6] Andrzej Dobosz, Pustelnik z Krakowskiego Przedmieścia, Wydawnictwo Puls, Londyn 1993, s. 120. Pierwodruk w "Literaturze" z 4 kwietnia 1974.

[7] W przyjemnej książeczce Drobne ustroje Marii Zientarowej (pseudonim Miry Michałowskiej) smażenie konfitur to cały ceremoniał:

"- Przedwojenną szpilkę do włosów musi pani mieć przede wszystkim - zaczęła pani Kowalska. - I rondel miedziany, no i dwa kilo na kilo, bo inaczej spleśnieją.

- Zaraz, zaraz, ale ja nie mam takiego rondla, szpilek do włosów też nie mam. A czego dwa kilo na kilo?

- Owoców na cukier, tfu, cukru na owoce - pani Kowalska zachłysnęła się gorącą herbatą. - Tak się robiło przed wojną. Teraz mowy nie ma, robi się kilo na kilo, no i oczywiście pleśnieją, i tyle" (Maria Zientarowa, Drobne ustroje, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1956, s. 127).

No i oczywiście pleśniały, i tyle. A cukier wychodził. Pożyczano go wówczas sobie po sąsiedzku na szklanki, co do dziś bywa czasem podnoszone jako humanistyczny walor minionego ustroju, sprzyjającego zacieśnianiu więzi międzyludzkich.

Nb. nie wspominam tu o innej domowej produkcji, chyba jeszcze bardziej wzmagającej popyt na cukier, do której jednak nie zachęcano w literaturze, a jej rozmiary odnotowywały głównie milicyjne kroniki. Była ona jednak na tyle powszechna, że każdy obywatel w lot chwytał, o co chodzi w badaniach zawartości cukru w cukrze (film Poszukiwany, poszukiwana Stanisława Barei z roku 1972, badacza grał tam Mieczysław Czechowicz) i potrafił rozszyfrować ezoteryczne znaczenie daty bitwy pod Grunwaldem (1 kilogram cukru, 4 litry wody i 10 deko drożdży).

[8] Według Małego Rocznika Statystycznego Polski (Zakład Wydawnictw Statystycznych, Warszawa 2014) roczne spożycie cukru na 1 mieszkańca wynosiło: w roku 1950 - 21 kg, w 1960 - 27,9 kg, w 1970 - 39,2 kg, w 1980 - 41,4 kg, w 1990 - 44,2 kg, w 2000 - 41,6 kg (s. 626).

[9] Wyrażenie "chciało się uczestniczyć" to słowa innego październikowego entuzjasty, którego ów entuzjazm tak oszołomił, że drogę do wyjścia (z partii) znalazł dopiero po dwudziestu pięciu latach. Kto chciałby się o nim dowiedzieć czegoś więcej, niech przeczyta w OSOBACH: "Bogusław Wolniewicz wstępuje do PZPR albo chciało się uczestniczyć".

Nb. obaj filozofowie, Łagowski i Wolniewicz, nie tylko mniej więcej w tym samym czasie wstąpili do PZPR i wygłaszali na swoich uniwersytetach liturgiczne wykłady (Łagowski na 1 Maja, Wolniewicz z okazji stulecia urodzin Lenina), lecz także obaj z sympatią wyrażają się o niegdysiejszych nadzorcach polskiej filozofii (Łagowski o Tadeuszu Krońskim, Wolniewicz o Adamie Schaffie). Obaj również uważają za wybitnego polityka Władysława Gomułkę. Z tym, że Wolniewicz uważa go "za jednego z trzech najwybitniejszych mężów stanu - obok Józefa Piłsudskiego i Stefana Wyszyńskiego - jakich wydała Polska w XX wieku" (Tomasz Sommer, Wolniewicz. Zdanie własne, 3S Media, Warszawa 2010, s. 43-44), a Łagowski jedynie za "najwybitniejszego męża stanu okresu powojennego, licząc do dziś" (Duch, s. 145).

[Dopisek] Przy całkiem innej okazji Bronisław Łagowski napisał o swojej przynależności do PZPR tak:

"Moja przynależność do PZPR nie była jednak bez konsekwencji w tym gronie, jeśli chodzi o poglądy polityczne. [Chodzi o grono skupione wokół Henryka Krzeczkowskiego, m.in. o Marcina Króla i Wojciecha Karpińskiego.] [...] Nie tyle mieli mi za złe przynależność do partii, co było im z tego powodu przykro. Kiedyś w Niemczech zachodnich fizyk Heisenberg znalazł się pod ostrzałem gazet z powodu przynależności do NSDAP, o której sobie przypomniano. Krzeczkowski powiedział do mnie: należysz do NSDAP, zastanów się, co cię może spotkać. Nie przejąłem się tą przestrogą: PRL nie wywołała wojny, nie najechała innego kraju i swojego nie wystawiła na zburzenie" (Bronisław Łagowski, Metamorfozy, www.tygodnikprzeglad.pl, 4 kwietnia 2016).

Dwie rzeczy są tu warte uwagi. Po pierwsze, przekonanie, że nie ma nic złego w należeniu do opresyjnej partii, byle działo się to w kraju, który nie wywołał wojny i partia ta uprzykrza życie jedynie tubylcom. Po drugie, symptomatyczne omsknięcie pamięci. Werner Heisenberg nigdy nie należał do NSDAP. To tylko Bronisławowi Łagowskiemu z jakiegoś powodu miło jest myśleć, że inni niegłupi ludzie należeli do jeszcze gorszej partii niż on.