EBENEZER ROJT

Baśniopisarz Gabriel Maciejewski
albo tuzin zmyśleń i bałamuctw

Gabriel Maciejewski, używający także pseudonimu Coryllus [1], nie stroni od pisania o sobie, wypada więc powtórzyć na wstępie garść faktów z jego życiorysu, skoro najwidoczniej uważa, że jest to pomocne dla zrozumienia jego twórczości.

Jak sam opowiada, wychował się w rodzinie tak biednej, że jego ojciec-alkoholik [2] musiał wstąpić do PZPR, by jakoś związać koniec z końcem [3]. Być może dlatego Maciejewski odebrał wykształcenie praktyczne: skończył technikum leśne, a potem też, jak się zdaje, nie stać go było na uzupełnienie edukacji. Imał się różnych zajęć, wiele pisał, również do takich periodyków, jak "Gwiazdy Mówią" [4], ale dalej klepał biedę. Podobno właśnie z powodu ubóstwa długo nie chrzcił swoich dzieci [5]. W końcu jednak - niczym prawdziwy self-made man - założył własne wydawnictwo - i to bez żadnych grantów czy dotacji. Rzecz godna uznania. Ponieważ zaś jako literat jest znacznie bardziej wydajny od Jacka Londona [6], sprawnie napisał pół półki książek, dzięki czemu nareszcie miał za co i dzieci ochrzcić, i nawet wziąć ślub kościelny [7].

Jedną z tych książek jest Baśń jak niedźwiedź. Polskie historie. Tom II [8], traktująca o historii Polski i Europy w wiekach XV i XVI. Jej zamysł został zwięźle wyłożony dopiero po prawie dwustu stronach i dlatego nieuważny czytelnik może go łatwo przeoczyć:

[...] książka ta nosi tytuł "Baśń jak niedźwiedź" i napisana jest ku rozrywce czytelnika, a ja programowo nie sięgam przy jej pisaniu do źródeł [...] (Baśń, s. 197).
Natomiast swoje założenia metodologiczne autor ujmuje tak:
Wszystkie ważne wydarzenia, wszystkie wątpliwości i niejasności oraz wszelkie ludzkie motywacje tłumaczę polityką i pieniądzem. Na bok odkładam doktryny religijne i motywy związane z - jak to piszą historycy lepszym poznaniem świata. Kiedy odrzucimy to wszystko i staniemy oko w oko z rządzą władzy i chciwością, zobaczymy rzeczy straszne, ale w mojej ocenie prawdziwe (Baśń, s. 9; kursywa moja, pisownia oryginału).
Do tej wizji świata marksizującego po omacku arywisty Maciejewski dorzuca jeszcze raz po raz jakieś tajne zmowy. Nie ma w tym naturalnie nic zdrożnego, tajne zmowy to przecież jeden z motorów historii, ale u Maciejewskiego, gorzko to mówić, ich ofiarą z reguły padają wyłącznie szlachetni Polacy. Gdy nasi jadą uczyć się na uniwersytety niemieckie, to znaczy, że Niemcy już ich kupili. Gdy zaś jakiś Niemiec czy Anglik przyjeżdża studiować w Krakowie, to zaraz okazuje się, że to szpieg [9]. Dziwne, że nigdy nie działa to w drugą stronę - że nasi są polskimi szpiegami we Frankfurcie lub w Królewcu, a ściągnięci do Krakowa cudzoziemcy zostają przekabaceni na polską agenturę wpływu.

Czasem tę bajeczną metodologię niewiele już różni od czystej groteski:

Powiedzmy to wprost - władcy, którzy żyli krótko, mieli coś ważnego do zaproponowania narodowi szlacheckiemu i byli ważni dla Rzymu. Ci, którzy żyli długo stawali się z własnej woli lub mimochodem rzecznikami państw obcych i idei szkodliwych (Baśń, s. 122).
Czyli kto umarł młodo, był dobry, a kto żył długo - zły [10].

Nic dziwnego, że w rozgardiaszu takich wesołych reguł rodzą się najróżniejsze zmyślenia i bałamuctwa.

Oto tuzin przykładowych.

(1) Zmyśla, że wielki bogacz, Jakub Fugger, potentat na rynku miedziowym, doprowadził do upadku przedsiębiorstwo ojca Mikołaja Kopernika, który też handlował miedzią. W rezultacie "ojciec astronoma zmarł, a on sam został oddany na wychowanie do wuja Łukasza Watzenrode" (Baśń, s. 254-255). W rzeczywistości wielka spółka miedziowa Jakuba Fuggera, "Ungarischer Handel", powstała, gdy ojciec Kopernika już od ponad dziesięciu lat leżał w grobie [11].

(2) Przy okazji zmyśla również treść korespondencji Kopernika z Janem Dantyszkiem.

Z listów Kopernika wynika, że Dantyszek miał zwyczaj, gdzieś w okolicach rocznicy śmierci stryja astronoma [naprawdę wuja] - biskupa Łukasza Watzenrode, pytać go jak się czuje. Czy czasem nie miewa jakichś obniżeń nastroju albo jak mu smakuje jedzenie, które przygotowuje dla niego Anna Schilling. Kopernik zwykł na takie sugestie odpowiadać wymieniając wszystkich krewnych i powinowatych, tak swoich jak i i zmarłego biskupa Łukasza, mieszkających w pobliżu biskupiej siedziby i posiadających ludzi oraz broń pod ręką (Baśń, 261-262; wstawka w nawiasie moja).
W rzeczywistości z żadnego listu Kopernika do Dantyszka - a zachowało się ich raptem dziesięć - nie wynika, że Dantyszek pytał się go, jak się czuje i czy smakuje mu jedzenie. W żadnym też liście do Dantyszka Kopernik nie wymienia swoich krewnych "mieszkających w pobliżu biskupiej siedziby i posiadających ludzi oraz broń pod ręką". Ani jednego! Wszystko to jest od A do Z czystą fantazją Maciejewskiego [12].

(3) Zmyśla, że Ordunek gorny, ustawa górnicza z początku XVI wieku, "dotyczy górnictwa węglowego" (Baśń, s. 202). Ale w tekście Ordunku nic o tym nie ma. Zmyślenie to jest ponadto częścią większego zmyślenia, jakoby węgiel kamienny był w tamtym czasie i również grubo wcześniej niezwykle cenną, niemal strategiczną kopaliną (rozdział "Łajno Lucyfera"). Tymczasem aż do wynalezienia technologii koksowania węgla hutnictwo wykorzystywało jedynie węgiel drzewny. Dlatego regale górnicze, zastrzeżona dla panującego wyłączność na wydobywanie kopalin, długo nie obejmowało węgla kamiennego (na Śląsku aż do połowy XVIII wieku!). Mógł go pozyskiwać ze swojej ziemi każdy, kto chciał [13].

(4) Ma trudności ze zrozumieniem systemu heliocentrycznego Kopernika i bałamuci, że:

Trudno zorientować się, o co chodzi dokładnie Marcinowi Lutrowi, Kopernik bowiem właśnie "wstrzymał słońce, a ruszył ziemię", podobnie jak, według Lutra, Jozue. [...] W niemieckim oryginale Luter wyraźnie mówi, że Jozue kazał zatrzymać się słońcu i o to samo ma pretensję do Kopernika (Baśń, s. 256).
Ale Jozue poprosił o cud i stał się cud: Słońce raz jeden z woli Bożej "zatrzymało się [...] na środku nieba" na "prawie cały dzień" (Joz 10,13), a potem znów ruszyło w swoją drogę. Kopernik zaś twierdził - czyż trzeba to tłumaczyć? - że Słońce w ogóle się wokół Ziemi nie porusza i w takim razie Jozue powinien poprosić raczej o wstrzymanie ruchu obrotowego Ziemi. Z zażenowaniem przypominam te oczywistości [14].

(5) Zmyśla, że demoniczny Georg Hohenzollern zostaje w 1505 roku opiekunem syna Władysława II Jagiellończyka, wówczas "małoletniego, wrażliwego chłopca". W tym celu przybywa w tym samym roku na Węgry, gdzie "dokładnie tego samego roku" umiera "cieszący się dobrym zdrowiem" Jan Hunyady. Na to Georg "z miejsca" oświadcza się wdowie, zostaje przyjęty i tak oto błyskawicznie zostaje "jednym z najpotężniejszych magnatów w Europie" (Baśń, s. 89). W rzeczywistości wrażliwy syn Władysława II Jagiellończyka, Ludwik Jagiellończyk, urodzi się dopiero 1 lipca 1506 roku. Z kolei Jan Hunyady zmarł 12 października 1504 roku, czyli przed przybyciem Georga, Georg zaś ożenił się z wdową po nim (o co zresztą zabiegał sam król Władysław) w styczniu 1509 roku. Całkiem przyzwoity okres żałoby, a więc nie sposób w tym wypadku mówić o pośpiechu [15].

(6) Nawet nie obejrzał Modlitewnika Władysława Warneńczyka, ale zmyśla, że jest to "podręcznik wywoływania duchów i przyzywania Szatana" (Baśń, s. 216). Rzeczywiście, są w tym Modlitewniku formuły krystalomantyczne, niemniej znajdują się tam również liczne modlitwy. Jak pisze Józef Korzeniowski, który pierwszy zwrócił nań uwagę:

Po spowiedzi na samym początku całego obrzędu, król oddaje się pod opiekę Matki Boskiej i rozpamiętywa jej boleści, śpiewa Stabat Mater; następują prośby o prawdziwą wiarę, dalej oddanie się w łaskę Chrystusa i wezwanie opieki anioła stróża, wszystko to w celu, aby mieć wizję w krysztale, t. j. aby król mógł drogą tej wizji w krysztale przeniknąć wszystkie tajemnice znajdujące się w wszechświecie według pojęć średniowiecznych, t. j. w całości określonej czterema żywiołami [16].
Jeśli zaś według Maciejewskiego można przyzywać Szatana pod opieką Matki Boskiej, to najwidoczniej uważa on katolicyzm za odmianę satanizmu.

(7) Nie obejrzał również dziełka Mikołaja z Szadka o komecie, ale zmyśla, że:

Na ostatniej stronie tegoż dziełka widnieje wiele mówiąca rycina: oto na ziemi leży papież Klemens VII z rodziny de Medici, a dwaj francuscy żołnierze tłuką go kijami. Patrzy na to wszystko zmartwiały z przerażenia cesarz Karol V i, nie mogąc znieść widoku bitego papieża, zakrywa oczy i całą twarz dłonią w geście krańcowej rozpaczy. [...] Przyznacie sami, że wydrukowanie takiego obrazka w sześć lat zaledwie po spaleniu Rzymu przez knechtów tegoż Karola V, za życia papieża Klemensa, który patrzył na to wszystko bezsilnie uwięziony w Zamku Świętego Anioła, to jest poważna bezczelność i tupet nie lada (Baśń, s. 214).
W rzeczywistości rycina wygląda zupełnie inaczej i składa się z trzech pól [17]. W górnym lewym polu widać miasto rujnowane przez grad kamieni. W górnym prawym polu spokojne miasto oświecone kometą i datę 1521. A dopiero w dolnym polu, największym, przedstawione są postaci. Stojący z lewej cesarz, bynajmniej nie "zmartwiały z przerażenia", patrzy przez rozcapierzone palce na upokorzonego papieża zgiętego w pół. Dalej jest dwóch ludzi ze wzniesionymi mieczami, z których jeden wygląda jak rycerz w zbroi i trzyma papieża za kark, a drugi jak chłop odziany w kaftan. Ale prócz nich na rycinie jest jeszcze piąta osoba! Ma na sobie długie szaty i kapelusz kardynalski i to właśnie na nią spoglądają uważnie obaj ludzie z mieczami, rycerz i chłop, jakby w wyczekiwaniu na rozkazy [18]. Kto ciekaw, o kogo tu chodzi, niech zajrzy do przypisu [19]. Dowie się tam też, dlaczego dziełko pomówionego o bezczelność Mikołaja z Szadka było w istocie antycesarską propagandą.

(8) Zmyśla, że Józef Ignacy Kraszewski napisał powieść Strzemieńczyk na okoliczność uroczystych obchodów 500-lecia urodzin Grzegorza z Sanoka w roku 1907 (Baśń, s. 285). Kraszewski umarł dwadzieścia lat wcześniej, w roku 1887. W dodatku w Strzemieńczyku Grzegorz z Sanoka został postarzony o siedem lat w stosunku do powszechnie przyjmowanej daty jego urodzin. Również i z tego względu trudno byłoby czcić w roku 1907 500-lecie urodzin Grzegorza z Sanoka powieścią, która to 500-lecie przesuwa na rok 1900.

(9) Zmyśla, że krakowski tumult w roku 1461, który skończył się zamordowaniem Andrzeja Tęczyńskiego, brata kasztelana krakowskiego, z premedytacją sprowokował jeden z płatnerzy bezczelnie żądając od Tęczyńskiego dwóch florenów za oczyszczenie zbroi (Baśń, s. 15 i dalej). Tęczyński nie zdzierżył i go pobił - i tak to się zaczęło. Ale dwie strony wcześniej Maciejewski napisał, że magistrat krakowski "płacił swoim płatnerzom zwykle po florenie od oczyszczenia zbroi miejskiego pachołka" (Baśń, s. 13). Gdzież tu więc bezczelna prowokacja? Bo przecież nietrudno się domyślić, że zbroja wielkiego pana, Andrzeja Tęczyńskiego, to zbroja całkiem innej klasy niż zbroja zwykłego miejskiego pachołka, a serwis markowego sprzętu zawsze kosztuje drożej. Nb. Tęczyński zaoferował za usługę 18 groszy, czyli nieco ponad pół florena [20] - i to dopiero była obraźliwa propozycja! Inna sprawa, że tumult ten najprawdopodobniej od pewnego momentu podsycała krzyżacka agentura (trwa wtedy wojna z Zakonem Krzyżackim), ale o tym pisano już ponad pół wieku przed Maciejewskim [21].

(10) Snuje najrozmaitsze dywagacje spiskowe i obyczajowe na podstawie scenki rodzajowej z młodym Jerzym Turzo i pannami, którą rzekomo opisał humanista Konrad Celtis (Baśń, s. 139-140). Tymczasem scenka ta w rzeczywistości pochodzi z podręcznika epistolografii Jana Ursyna z Krakowa, czyli podręcznika uczącego, jak pisać listy. W tym konkretnym wypadku jest to wzór listu poufałego (exemplum epistole in genere stomaico) i stąd historyjka nie pozbawiona pikanterii. Niemniej opisana z wielką dbałością o styl, albowiem - jak poucza Jan Ursyn - pisząc list w rodzaju poufałym "trzeba się wystrzegać tego, ażebyśmy od żartu nie przeszli w język wulgarny i - zamiast uchodzić za dowcipnych i wytwornych - nie narazili się na zarzut nieprzyzwoitości" [22]. Nie istnieje żadna dodatkowa poszlaka, że takie wydarzenie w ogóle miało miejsce.

(11) Zmyśla, że Jan Długosz napisał "z charakterystyczną dla niego naiwnością" o śmierci Grzegorza z Sanoka: "nie wiadomo, czy zgon księdza biskupa spowodowany był przyczyną naturalną, czy też może jedna z jego kobiet dosypała mu trucizny do jedzenia, bo zalegał zbyt długo z opłatami" (Baśń, s. 57). Że niby - cóż za naiwność! - poszło o jakieś opłaty. W rzeczywistości Długosz napisał zwięźle, jasno i bardzo trzeźwo: "Nie wiadomo z pewnością, azali zwyczajną umarł śmiercią, czy z zadanej mu trucizny od kobiet, z któremi nad miarę lubił obcować" [23].

(12) Fantazjuje, że Jan Kochanowski "wykonywał jakieś zlecenia dla Albrechta [Hohenzollerna]" (Baśń, s. 274) i nazywa go z przekąsem "Hansem z Czarnolasu". Tak mu w każdym razie wyszło po przeczytaniu krótkiego artykułu znalezionego w Internecie. Szkopuł w tym, że sam autor tego artykułu uważa taką konkluzję za całkowicie nieuprawnioną. Maciejewskiemu zaś trudno byłoby podjąć z nim polemikę, bo ani nie ma przygotowania do badań archiwalnych, ani nie czyta (programowo!) źródeł. Ma jedynie nieposkromioną fantazję baśniopisarza [24].

Na koniec jeszcze dwie uwagi.

Fantastyczne wizje historyczne budowane na zmyśleniach i ćwierćprawdach to pół biedy - w końcu są one układane "ku rozrywce czytelnika". Gorzej, że Maciejewskiemu zmyślenie i ćwierćprawda wystarczają, by nie cofnąć się przed nawet najniedorzeczniejszym pomówieniem. Bruno Schulz został polskim pisarzem tylko dlatego, bo go nie chcieli Niemcy; ojciec Ryszarda Czarneckiego kręcił na zlecenie partii film o Tyrmandzie; młody badacz, który odkrył nieznaną powieść Marka Hłaski, jest oszustem etc., etc., etc. Kto ciekaw szczegółów, niech zajrzy do przypisu [25].

Nadto takie podejście udziela się również niektórym z tych rozerwanych czytelników Maciejewskiego, gdyż obcowanie z bujdą i niechlujstwem jednak demoralizuje. Ktoś tworzy piętrową demaskacyjną teorię, bo nie zauważył literówki i nie umiał znaleźć w książce właściwej strony [26]. Ktoś inny przepisuje z angielskiej Wikipedii, ale nie rozumie tego, co przepisał [27]. Ktoś jeszcze inny przepisuje z Wikipedii, ale udaje, że przeczytał to w książce [28]. Etc. etc., etc.

Trafiają się wśród tej publiczności także regularni wariaci, niektórzy nawet zabawni, jak kolejny baśniopisarz, który zdemaskował całą fizykę od Newtona w górę i udowodnił, że czterystumetrowa bieżnia na wszystkich stadionach świata to blaga, ponieważ naprawdę liczy ona metrów pięćset [29].

Rzecz jasna, Gabriel Maciejewski nie odpowiada za swoich czytelników, choć akurat tych wymienionych dwa akapity wyżej chwali i nagradza. Fizykę zaś zdemaskował po swojemu:

Każdy już dostrzegł, mam nadzieję, jak blisko jest od nauki teoretycznej opartej na wzorach i wyliczeniach do czystego satanizmu, emitowanego w przestrzeń poprzez autorytety z różnych rzekomo naukowych dziedzin. Kłopot polega na tym, że założenia owego satanizmu nie trafią bezpośrednio do poszczególnych osób, jeśli nie będzie jakiejś wspólnej, wielowarstwowej i likwidującej wątpliwości płaszczyzny porozumienia. Tę zaś mogą zbudować jedynie instytucje z dużymi budżetami. Pytanie istotne brzmi - czy to fizyka teoretyczna jest przykrywką dla teozofii czy na odwrót? (Gabriel Maciejewski, "Koniec dzieciństwa czyli teoria bezwzględności", coryllus.pl).
I z tym pytaniem istotnym was tu zostawię. W samym środku nowej baśni.

[1] "Coryllus" to od Corylus avellana, leszczyny pospolitej. Gabriel Maciejewski jest bowiem z wykształcenia leśnikiem: uczył się w technikum leśnym w Biłgoraju. Wersji "coryllus" z podwójnym "l" p. Maciejewski używa również w swoim adresie e-mail coryllusavellana@wp.pl, bo widocznie nie wymagano od niego znajomości łacińskich nazw roślin z przesadną dokładnością.

[2] "Mój ojciec był nałogowym alkoholikiem, ale był też postacią głęboką i mającą swoje tajemnice" (Gabriel Maciejewski, "O naszym przegranym dzieciństwie", coryllus.pl). Nb. mitologizacja pijącego rodzica i własnego dzieciństwa to podobno dość częsta strategia u dorosłych dzieci alkoholików (DDA).

Zob też: "Wychowałem się w rodzinie dotkniętej alkoholizmem. Był to poważny alkoholizm, a nie żadne ¾ flaszki, nie byłem sobą wysoki sądzie" (Gabriel Maciejewski, "O oszustach płaczliwych i hardych", coryllus.pl).

[3] "Z trudem skończył technikum dla pracujących. Nie bardzo mu to jednak pomogło, pracował jako robotnik kolejowy i zarabiał niewiele. żeby mu podnieśli uposażenie musiał się w końcu zapisać do partii. Było to w roku 1967, miał wówczas troje dzieci na utrzymaniu i był już wdowcem. Właśnie, przeszukując domowe papiery, znalazłem jego czerwoną legitymację." (Gabriel Maciejewski, "Mistrz i jego uczniowie", salon24.pl).

[4] Kilka tych artykułów, zabawną mieszankę sceptycyzmu i okultyzmu, można znaleźć w Internecie. Zob. Gabriel Maciejewski, Kosmici nad Pruszkowem, "Gwiazdy Mówią" 2005, nr 36; Gabriel Maciejewski, Cud w Lesznie, "Gwiazdy Mówią" 2005, nr 39; Gabriel Maciejewski, Moc która stawia na nogi, "Gwiazdy Mówią" 2007, nr 31.

A tu artykuł o relikwiach z przewijającą się sugestią, że katolicki kult relikwii opierał się na oszustwie: "Kult relikwii nie umarł całkowicie. Do dziś w paryskiej katedrze Notre Dame pokazuje się w niedziele wielkopostne i w Wielki Piątek odłamek prawdziwego krzyża, jeden z gwoździ, którymi ukrzyżowano Jezusa i cierniową koronę zakupioną przez króla Ludwika Świętego u Bizantyńczyków. To jedna z trzech istniejących «prawdziwych koron cierniowych»".

Sam Maciejewski tak to wspominał:

"Pracowałem w tamtym czasie bowiem w tygodniku "Gwiazdy mówią" gdzie zajmowałem się opisywaniem zjawisk niezwykłych i tajemniczych. No i naczelna dnia pewnego zapragnęła bym w słowach wzniosłych i efektownych opisał historię tego co zwie się do dziś całunem z Manopello. Ponieważ utrzymywałem się wyłącznie z pisania nie mogłem bardzo wybrzydzać i napisałem tekst o książce, autorze i wizerunku. Tekst został odrzucony, bo za dużo w nim było szyderstw i wątpliwości. A wierzcie mi, że było ich wyjątkowo mało, bo bardzo mi zależało na wierszówce. Musiałem więc tekst ten pisać na nowo i poszło mi już dużo lepiej czyli według normalnych standardów dużo gorzej" (Gabriel Maciejewski, "Kłamstwo i fucha czyli o pasji Grzegorza Górnego", salon24.pl).

[5] "Gabriel opowiedział mi, jak to się stało, że on nie ochrzcił swoich dzieci, nie posłał ich na religię, a dziś nie chodzi z nimi w każdą niedzielę do kościoła. Otóż poszło o to, że kiedy urodził się ich syn, oni chcieli go ochrzcić, ale byli bardzo biedni i ich na te chrzciny zwyczajnie nie było stać" (Toyah [Krzysztof Osiejuk], "Gabrielowi, od nas - tych przed i po Komunii", toyah1.blogspot.com). Krzysztof Osiejuk to przyjaciel Gabriela Maciejewskiego. Jest tam także wzruszająca opowieść o tym, że Maciejewscy jeszcze w 2013 roku żywili się głównie ogórkiem i kawałkiem sera. Opowieść całkiem prawdopodobna, gdyż sam Gabriel Maciejewski pisał wówczas, że gdy raz zafundowano mu lepszy obiad z kieliszkiem wina, to tak się tym dobrobytem zmęczył, że prawie zasnął:

"Józef Orzeł zaprosił nas najpierw do studia gdzie nagraliśmy program o szatani[e], potem poszliśmy na obiad. Ale jaki! Jagnięcina, pieczone ziemniaki, rakija, wino, desery. Było super. No, a potem wtoczyliśmy się do tych Hybryd. Posadzili mnie pomiędzy Nowakiem a Braunem. W czasie kiedy Andrzej Nowak przemawiał o mało nie zasnąłem i bałem się przez cały czas, żeby to samo nie przytrafiło się Toyahowi. Myśmy zjedli i wypili najwięcej" (Gabriel Maciejewski, "Ziemkiewicz pod sąd za zdradę", salon24.pl).

Swoją drogą, istne towarzystwo oźralców i opilców!

[6] "Jack London, żeby nie wyjść z wprawy i zarobić na swoje liczne, nieuporządkowane przywiązania emocjonalne, pisał ponoć dziennie 1000 słów. Tekst, który umieściłem tu wczoraj miał ponad 1300 słów, a później przecież jeszcze napisałem kawał rozdziału nowej książki. A była dopiero połowa dnia. Gdybym chciał mógłbym napisać jeszcze dwa, a może nawet trzy tysiące słów" (Gabriel Maciejewski, "Tysiąc słów dziennie", coryllus.pl).

[7] "Wziąłem wczoraj ślub kościelny" (Gabriel Maciejewski, "Smoleńsk idzie na demotywatory", coryllus.pl, 11 września 2016).

[8] Gabriel Maciejewski, Baśń jak niedźwiedź. Polskie historie. Tom II, Klinika Języka, Warszawa 2012, 320 s. Dalej cytuję jako Baśń. Tom II jest osobną całością, którą można czytać niezależnie od tomu I. Skąd wziął się ten dziwny tytuł, wyjaśnia motto: "Światło szeleści, zmawiają się liście na baśń, co lasem jak niedźwiedź się toczy". Są to słowa z wiersza Tadeusza Nowaka Krajobraz z wilgą, znanego głównie z piosenki Marka Grechuty "Krajobraz z wilgą i ludzie" (prócz Krajobrazu z wilgą Grechuta wykorzystał jeszcze wiersz Nowaka Ludzie o identycznej rytmice).

[9] "Angielska agentura istnieje jednak w kraju i jest dosyć silna. Zainstalowali ją na Akademii Krakowskiej Bonerowie, a konkretnie Jost Ludwik Decjusz, sekretarz Jana Bonera, który sprowadził z Anglii poetę i uczonego Leonarda Coxe" (Baśń, s. 237).

[10] To nie jest żart! Autor naprawdę tej baśniowej reguły używa! Na przykład na stronie 144: "Ludzie Bony prowadzili politykę zgodną z założeniami polityki Hohenzollernów, tylko na mniejszą skalę. Po czym to możemy poznać? Bo wszyscy dożyli późnego wieku".

[11] "Nazwisko Kopernik wywodzą badacze zwykle od wioski od nazwie Koperniki, która istniała kiedyś pod Nysą na Śląsku. Stamtąd rodzina Mikołaja miała przybyć do Krakowa i tu rozpocząć karierę. Ojciec Mikołaja był kupcem i zajmował się transakcjami miedziowymi. Czy to czasem nie wiąże się z jego nazwiskiem? Ależ oczywiście. Kopper to po niemiecku miedź, a kopersztych to po prostu miedzioryt. Być może więc nazwisko nie pochodziło od wioski pod Nysą, ale od profesji, którą parali się od dawna członkowie tej rodziny. Od handlu miedzią. Póki na Węgrzech nie pojawił się Jakub Fugger i nie zawiązał wraz z Janem Turzo spółki «Ungarischer Handel» na węgierskiej miedzi bogacili się różni ludzie. Tacy na przykład jak Mikołaj Kopernik, ojciec astronoma. Kiedy jednak powstała spółka, a król Zygmunt i jego następca przekazali sprawy transportu i handlu miedzią w królestwie rodzinie Turzo, sprawy się skomplikowały. Wszyscy to znamy - monopol dusi konkurencję i usuwa z rynku słabszych graczy. Rodzina Mikołaja Kopernika nie dała sobie rady w starciu z ludźmi Jakuba i jej przedsiębiorstwo upadło. Ojciec astronoma zmarł, a on sam został oddany na wychowanie do wuja Łukasza Watzenrode, który był biskupem warmińskim" (Baśń, s. 254-255).

Ojciec Mikołaja Kopernika, również Mikołaj, zmarł w roku 1483, ale dla rodziny nie było to ruina. "Śmierć Mikołaja nie przyniosła rodzinie biedy, ale na pewno warunki życiowe musiały być o wiele skromniejsze. [...] Pani Kopernikowa była dość zamożna i wiadomo, że do roku 1489 mieszkała z dziećmi w swej kamienicy w Toruniu" (Karol Górski, Dom i środowisko rodzinne Mikołaja Kopernika, Towarzystwo Naukowe w Toruniu, Toruń 1968, s. 35-36). Natomiast spółka "Ungarischer Handel" powstała najwcześniej w roku 1493.

Nb. wywodzenie, że nazwisko Kopernik pochodzi od średniowiecznej formy niemieckiego słowa "miedź", to na ogół specjalność tych samych niemieckich historyków, którzy nigdy nie zapomną przypomnieć, że Kopernik na studiach w Bolonii zapisał się do nacji niemieckiej (zob. Janusz Małłek, Mikołaj Kopernik, [w:] Polacy i Niemcy. 100 kluczowych pojęć, Biblioteka "Więzi", Warszawa 1996, s. 28). We współczesnej niemczyźnie "miedź" to Kupfer.

[12] Zob. wszystkie listy Kopernika do Jana Dantyszka, [w:] Mikołaj Kopernik, Dzieła wszystkie, tom III: Pisma pomniejsze, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2007, s. 196-202. Formalnie rzecz biorąc Kopernik wymienia wprawdzie w listach do Dantyszka dwa razy nazwisko jednego ze swoich krewnych, Rafała Konopackiego, z którego ojcem Jerzym łączyło go dalekie powinowactwo przez babkę Katarzynę Watzenrode, ale pisze nie o nim, a tym bardziej nie o nim pod bronią, lecz o prebendzie, którą dla niego załatwił.

[13] Edycja krytyczna Ordunku gornego dostępna jest w: Gwarkowie. Ordunek gorny - edycja krytyczna. Działalność górniczych Izb Tradycji, redakcja Jerzy Mańka, Wydawnictwo Naukowe "Śląsk", Katowice 2011. Wprawdzie sześćdziesiąty artykuł Ordunku nosi tytuł "Jako węgle ma być kupowane, a iako śie węglarze sprawować maiąm" (s. 68), ale chodzi tam o węgiel drzewny i o wypalających go węglarzy, nie zaś o górników i węgiel kamienny.

Jeśli idzie o wydobywanie węgla kamiennego na Dolnym Śląsku i regale górnicze, to prawdopodobnie węgiel był tam znany jeszcze przed XV wiekiem, ale stosowany w wąskim zakresie, głównie przez niektórych kowali. Toteż aż do końca XVI wieku właścicielami kopalń byli także chłopi, natomiast "do połowy XVIII wieku złoża węgla kamiennego nie były zaliczone do regaliów władcy" (Eufrozyna Piątek, Zygfryd Piątek, Zarys dziejów dolnośląskiego górnictwa węglowego, [w:] Uczniowie Agricoli. Materiały z konferencji górniczej w Kowarach z 1999 roku, pod redakcją Andrzeja Grodzickiego i Marka W. Lorenca, Jelenia Góra 2002, s. 187-188; zob. też: Adam Frużyński, Zarys dziejów górnictwa węgla kamiennego w Polsce, Muzeum Górnictwa Węglowego, Zabrze 2012, s. 31-32).

[14] Nb. Luter niczego wyraźnie nie mówi "w niemieckim oryginale", bo akurat w oryginale słowa te zostały zapisane po łacinie: "Etiam illa confusa tamen ego credo sacrae scripturae, nam Iosua iussit solem stare, non terram" (cytuję za podstawowym krytycznym wydaniem dzieł Lutra, czyli za edycją weimarską: WA TR 4, nr 4638, s. 413). Gdy chce się zaimponować znajomością oryginału, wypada do niego najpierw zajrzeć.

[15] Rok 1505 to na pewno nie literówka, gdyż Maciejewski jeszcze parę razy tę datę powtarza w tym samym kontekście: "[pieczęć] Jerzego (Georga) Hohenzollern von Ansbach, tego samego, który w roku 1505 został przez Władysława Jagiellończyka ustanowiony opiekunem jego małoletniego syna Ludwika" (Baśń, s. 96); "Jerzy Hohenzollern, który od roku 1505 jest opiekunem następcy tronu Czech i Węgier, małoletniego króla Ludwika Jagiellończyka [...]" (Baśń, s. 121).

Datę urodzin Ludwika Jagiellończyka (powszechnie przyjmowaną) podaję za: Małgorzata Duczmal, Jagiellonowie. Leksykon biograficzny, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1996, s. 47 i 451.

[16] Modlitewnik Władysława Warneńczyka w zbiorach bibljoteki bodlejańskiej, z uwzględnieniem zapisków Józefa Korzeniowskiego opracowali Ludwik Bernacki, Ryszard Ganszyniec i Władysław Podlacha, Koło Związku Bibljotekarzy Polskich we Lwowie, Kraków 1928, s. 19.

Skąd wiem, że Maciejewski Modlitewnika nawet nie obejrzał? Bo gdyby obejrzał, nie fantazjowałby, że jedna z miniatur w tym Modlitewniku "przedstawia klęczącego mężczyznę w zbroi, oznaczonego imieniem Władysław; na tarczy, którą człowiek ten trzyma w ręku, wymalowany jest herb królestwa polskiego" (Baśń, s. 216). Takiej miniatury tam nie ma.

[17] Maciejewski wziął opis tej ryciny z książki Romana Bugaja (Nauki tajemne w dawnej Polsce. Mistrz Twardowski, Ossolineum, Wrocław 1986, s. 106) i jeszcze go trochę podkoloryzował, by mu bardziej pasował do tezy o bezczelnym Mikołaju z Szadka, który potem za tę bezczelność zostanie "w końcu rektorem Akademii Krakowskiej" (Baśń, s. 214). Bugaj też tej ryciny nie widział, a swój opis oparł na opisie znalezionym w książce Michała Wiszniewskiego (Historya literatury polskiej, tom IX, nakładem Aleksandra Hrabi Przezdzieckiego, Kraków 1857, s. 496). Ot, zabawa w głuchy telefon.

Nb. wbrew temu, co pisze Maciejewski, dziełko Mikołaja z Szadka o komecie, choć wydane zostało w języku czeskim, wcale nie wyszło w Pradze, ale właśnie w Krakowie, a rycina nie znajduje się "na ostatniej stronie tegoż dziełka", ale na odwrocie strony tytułowej.

[18] Korzystałem z wydania Pronostyka Krakowska. Mistra Mikulasse z Ssadku w vměni Hwězdarzskem zkusseneho [...], 1532 (BJ, Cim. 5297). Pani Agnieszce Mazur dziękuję za konsultację kostiumologiczną w sprawie stroju tajemniczej piątej postaci.

[19] Otóż w wydarzeniach, które doprowadziły do Sacco di Roma, ważną rolę odegrał kardynał Pompeo Colonna, już wcześniej osobisty wróg papieża Klemensa VII. 10 maja, w cztery dni po zdobyciu Rzymu, on również wkroczył do miasta na czele - uwaga! - oddziałów składających się z najemnych żołnierzy oraz chłopów z jego posiadłości. Wprawdzie przyczyniło się to ostatecznie do złagodzenia opresji mieszkańców Wiecznego Miasta, niemniej kardynał Colonna działał wtedy bez wątpienia jako wróg papiestwa (zob. Judith Hook, The Sack of Rome 1527, Palgrave Macmillan 2004, s. 176). Czyli mamy na rycinie zdrajcę, który ośmielił się podnieść rękę na papieża przy dozwalającej asystencji (to "patrzenie przez palce") cesarza Karola V.

Ale dlaczego właśnie on znalazł się na drzeworycie w książeczce Mikołaja z Szadka?

Książeczka z tym drzeworytem ukazała się w roku 1532, ale było to tak naprawdę "wydanie drugie, zmienione". Kometa bowiem pojawiła się w roku 1531 i to wtedy mistrz Mikołaj wydał po łacinie pierwsze dziełko na jej temat. Oczywiście bez ryciny z cesarzem, kardynałem i papieżem. Co takiego się więc stało w roku 1532, że Mikołaj uznał za wskazane raz jeszcze przypomnieć złowróżbną kometę i wznowić swoją pracę? Tym razem w języku czeskim, czyli używanym na pobliskich ziemiach cesarskich, i z dodaniem tej aluzyjnej ryciny oraz dziwnej deklaracji na szóstej karcie, w której informuje, że on mógłby jeszcze dużo więcej napisać, "komu čim ta Kometha hrozij", ale mu to "zbranili [...] zprawcy Swětskeho y Duchownieho řaadu".

Ano, tak się złożyło, że w czerwcu 1532 roku zmarł nagle niegodziwy kardynał Colonna...

Jednak żyje wtedy jeszcze drugi prześladowca papieża, cesarz Karol V, i nietrudno się domyślić, że teraz to właśnie jemu "ta Kometa grozi". Na niego też wskazuje data 1521. Na rycinie została ona umieszczona w górnym prawym polu przedstawiającym spokojne miasto poddane działaniu promieni unoszącej się nad nim komety. Dodatkowo liczba 21 widnieje na prawym ramieniu papieża. Chodzi zatem o jakieś wydarzenie, które zburzyło dotychczasowy spokój i w którym uczestniczył papież. Co od razu kojarzy się z papieską ekskomuniką rzuconą 3 stycznia 1521 roku na Marcina Lutra - wydarzeniem będącym rzeczywistym początkiem reformacji i związanych z nią niepokojów. Ale w tym samym 1521 roku również cesarz wydaje edykt wormacki skazujący Lutra i jego zwolenników na banicję. Można więc potraktować tę datę jako wyraz symbolicznej jedności papiestwa i cesarstwa w ich działaniach przeciwko Lutrowi. Jedności wprawdzie mocno naciąganej, ale chodzi przecież o symbol.

[20] Maciejewski pisze o dziesięciu groszach: "Tęczyński zadeklarował chęć wypłacenia płatnerzowi 10 groszy za usługę, na co ten się nie zgodził" (Baśń, s. 15), ale to tylko znak, że wiernie przepisywał z popularnego Pitavala krakowskiego Stanisława Salmonowicza, Janusza Szwai i Stanisława Waltosia, tam zaś te 10 groszy trafiło z książki Jana Ptaśnika (Obrazki z przeszłości Krakowa, Kraków 1902, s. 6: "[...] pan Andrzej ofiarował zaledwie szóstą część tego [dwóch florenów], t. j. 10 gr."; "szóstą część" - czyli to nie literówka). Tymczasem w jedynym istniejącym źródle jest osiemnaście:

"Thorifex autem pro labore suo duos florenos habere postulabat. Dominus Andreas vero obtulit ei tantum decem octo grossos [...]" (Monumenta Poloniae Historica / Pomniki dziejowe Polski, tom III, nakładem Akademii Umiejętności w Krakowie, Lwów 1878, s. 794; wyróżnienie moje).

Maciejewski w innym miejscu cytuje Monumenta tak, jakby miał je przed oczami (Baśń, s. 20), ale to oczywiście oszustwo.

Nb. kwestie pieniężne są w tej baśni naciągane pod tezę wprost nieprzyzwoicie. 218 tysięcy dukatów zapłacone za oddanie Malborka, to na stronie 15 ogromna suma, "więcej niż połowa rocznego dochodu wielkich i bogatych Węgier". Natomiast na stronie 28 odszkodowanie w wysokości 80 tysięcy grzywien (= 128 tysiącom dukatów), to już sumka niewielka, która Krakowa "nawet by nie zubożyła".

[21] Zob. Anna Strzelecka, Niektóre okoliczności krakowskiego rozruchu mieszczańskiego w roku 1461, [w:] Mediaevalia. W 50 rocznicę pracy naukowej Jana Dąbrowskiego, redakcja Józef Garbacik, Roman Grodecki, Henryk Łowmiański, Tadeusz Manteuffel, Krystyna Pieradzka, Marian Henryk Serejski, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1960. Maciejewski rzecz jasna tej pracy nie zna, więc tylko niechcący sprowadził udaną teorię spiskową do absurdu.

Jest tam jeszcze wątek, którego Maciejewski w ogóle nie tyka, koncentrując swoją uwagę na zdradzieckim mieszczaństwie krakowskim.

"W tymże okresie [to jest tuż po zabiciu Andrzeja Tęczyńskiego] w pożarze wywołanym przez mnichów jędrzejowskich w jednej z klasztornych wsi spłonął sprzęt wojenny i konie drużyny kasztelaniców krakowskich [czyli brata zabitego], nie musiał to być przypadek" (Janusz Kurtyka, Tęczyńscy. Studium z dziejów polskiej elity możnowładczej w średniowieczu, Wydawnictwo i Drukarnia "Secesja", Kraków 1997. s. 377).

[22] Jan Ursyn z Krakowa, Modus epistolandi cum epistolis exemplaribus et oriationibus annexis / O sposobie pisania listów wraz z wzorami listów i mowami, przełożyła, wstępem i objaśnieniami opatrzyła Lidia Winniczuk, Ossolineum, Wrocław 1957, s. 19.

Celtisa wziął Maciejewski z popularnej książeczki Zbigniewa Nowaka o Janie Dantyszku (Jan Dantyszek. Portret renesansowego humanisty, Ossolineum, Wrocław 1982, s. 71), który z kolei przepisywał od Kazimierza Morawskiego (Historya Uniwersytetu Jagiellońskiego, tom II, Kraków 1900, s. 184-185) i coś mu się przy tym poplątało.

[23] Jan Długosz, Dzieła wszystkie, wydanie Alexandra Przezdzieckiego, przekład Karola Mecherzyńskiego, tom V: Dzieje polskie, ks. XII, Kraków 1870, s. 618. W oryginale: "Morbone, incertnm est, extinctns, an veneno a feminis propinato, in quas intemperate se agebat" (to samo wydanie Przezdzieckiego, Opera omnia, tom XIV: Historiae Polonicae libri XII, ks. XII (XIII), Kraków 1878, s. 655).

[24] Chodzi o artykuł Bartosza Awianowicza Jan Kochanowski a centra humanizmu europejskiego: Królewiec. Pan Awianowicz uprzejmie powiadomił mnie, że jego stanowisko w tej sprawie jest następujące:

"Jeśli ktoś na podstawie wpisu w książęcych «księgach rozchodów», gdzie rzeczywiście widnieją wypłaty na rzecz raz Johannesa Kochanoffskiego, innym razem Hannsa Kochanowsky'ego (tak zapisywał imię i nazwisko zapewne zupełnie sobie nieznanego Polaka niemiecki urzędnik książęcy), twierdzi, że późniejszy autor «Trenów» był kreaturą na usługach knującego przeciw Polsce Niemca i zarazem luteranina (a zatem dwakroć podejrzanego) Hohenzollerna, zdecydowanie opacznie zrozumiał mój tekst" (list z 11 października 2012).

Nie argumentuję tutaj "z autorytetu". Jeśli bowiem Awianowicz okazałby się jako badacz niewiarygodny, to fantazja Maciejewskiego wzniesiona na tym jednym artykule tym bardziej traci grunt.

Co do Kochanowskiego zaś, to trudno robić mu zarzut z tego, że dobrze pisał o porządkach panujących w Prusach, skoro Albrecht Hohenzollern był lojalnym lennikiem króla Polski.

Jest też rzeczą wiadomą (i tu Maciejewski wyważa otwarte drzwi), że Kochanowski "stylizując się na twórcę, który pisze wyłącznie z wewnętrznej potrzeby", bez "myśli o zysku", mijał się z prawdą. Jak to już dawno temu ujął Wiktor Weintraub:

"Istnieje też wyraźna rozbieżność między idealnym autoportretem Kochanowskiego, przekazanym nam przez jego Muzę, a tym, co niedyskretnie suflują znaleziska archiwalne. W świetle tych danych biograficznych autor Muzy rysuje się nam jako człowiek zapobiegliwy w sprawach pieniężnych, który właśnie jako poeta dochrapał się sporego majątku" (Wiktor Weintraub, "Muza" i mamona, [w:] Idem, Nowe studia o Janie Kochanowskim, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1991, s. 34; wcześniejsze cytaty ze s. 32).

[25] O Schulzu:

"Przypomniała mi się w tym momencie książka Jerzego Ficowskiego zatytułowana «Regiony wielkiej herezji». Jest to rzecz poświęcona twórczości Brunona Schulza, który, o czym niewielu pamięta, o mały włos nie został pisarzem niemieckojęzycznym. Wysyłał bowiem próbki swoich dzieł do Tomasza Manna, z prośbą o ocenę, ale Mann nigdy mu nie odpowiedział. Został więc Bruno pisarzem polskim, a Niemcy go potem zabili" (Gabriel Maciejewski, "Książę, żebrak, dybuk i cała gromada kłamców", coryllus.pl).

W rzeczywistości Schulz napisał pod koniec lat 30. po niemiecku jedną nowelkę, by w ten sposób zainteresować ewentualnych tłumaczy swoją polską twórczością. Był już bowiem wtedy autorem Sklepów cynamonowych i Sanatorium pod Klepsydrą, czyli w zasadzie wszystkiego, z czego jest dziś znany.

"Aby wyjść na szersze, zagraniczne forum, uciekł się Schulz także - raz jeden - do innej metody. W cytowanym już liście do Halpernowej [z 25 września 1937 roku] pisał: «Ponieważ teraz myślę ciągle o tłumaczeniu na jakiś język europejski - przyszło mi na myśl napisać jakąś rzecz od razu po niemiecku». [...]

Wiadomo skądinąd, że matka Jerzego Brodnickiego, męża Eggi van Haardt, oficjalnej ilustratorki tego właśnie opowiadania [Die Heimkehr], zawiozła je do Zurychu i wręczyła Tomaszowi Mannowi. Są wiadomości, że właśnie wtedy rozpoczęła się korespondencja między Mannem a Schulzem, który pokazywał później przyjaciołom listy od autora Czarodziejskiej góry" (Jerzy Ficowski, Regiony wielkiej herezji i okolice. Bruno Schulz i jego mitologia, Fundacja Pogranicze, Sejny 2002, s. 161).

O ojcu Ryszarda Czarneckiego:

"Oto w roku 1957 Henryk T. Czarnecki, ojciec Ryszarda wyreżyserował, bo on jest reżyserem, scenarzystą i aktorem w jednym, wyreżyserował - powiadam - film pod tytułem «Uśmiech a la Tyrmand». Nie wierzycie? Sami sprawdźcie. W roku 1957 matka partia zleciła Henrykowi nakręcenie filmu w którego tytule występuje nazwisko najbardziej antykomunistycznego, najbardziej rozrywkowego i odjazdowego pisarza doby powojennej" (Gabriel Maciejewski, "Polityka historyczna - Henryk Czarnecki vs Matthew Tyrmand", coryllus.pl).

W rzeczywistości ten wielki film, który rzekomo zleciła "matka partia", to dwuminutowa szkolna etiuda (dwuminutowa!), której pewnie nikt nigdy nie widział poza paroma kolegami Henryka T. Czarneckiego, wtedy dwudziestojednoletniego studenta, i wykładowcą, który odfajkował zaliczenie.

O rzekomym oszuście od Hłaski:

"Oto niedawno jakiś frajer ogłosił, że «znalazł» nigdy nie publikowany rękopis Marka Hłaski. I on się jakiś czas temu ukazał pod tytułem «Wilk». [...] Skąd ja mam pewność, że to nie jest książka Hłaski? Ponieważ jego spodakobierczyni Sonja Ziemann żyje, ma swoje lata, ale żyje i jej adwokaci na pewno zgłosiliby się już po dolę, gdyby to naprawdę była książka Hłaski" (Gabriel Maciejewski, "Jak wystrugać pisarza czyli kto okrada Sonję Ziemann", coryllus.pl).

W rzeczywistości Sonja Ziemann nigdy nie była spadkobierczynią Marka Hłaski. Nawet przez pięć minut. Była jedynie byłą żoną, z którą rozwiódł się cztery lata przed śmiercią. Po śmierci Hłaski jedyną spadkobierczynią stała się jego matka, a później kuzyn (i biograf), Andrzej Czyżewski. Nic nie wiadomo o tym, by uważał Wilka (który ukazał się jeszcze za jego życia) za fałszerstwo.

"Wszystkie rzeczy osobiste Marka, znalezione przy nim, znajdowały się na policji. Zostały wydane dopiero jego matce, po ustaleniu, że jest ona jedyną spadkobierczynią syna" (Andrzej Czyżewski, Piękny dwudziestoletni. Biografia Marka Hłaski, Wydawnictwo DaCapo, Warszawa 2000, s. 322; wyróżnienie moje).

[26] "[...] jak w każdej dobrej powieści kryminalnej teraz powinien nastąpić niespodziewany zwrot. Coś powinno się okazać zupełnie innym niż w rzeczywistości.

Skoro taki jest schemat to proszę bardzo...

Wiktor Weintraub pisząc o zamachu na Kochanowskiego, odwołał się do strony 149 z pracy Windakiewicza wydanej w roku 1930.

Dotarłem do tego wydania i z całą mocą muszę stwierdzić, że na stronie 149 nie ma fragmentu dotyczącego zamachu na Kochanowskiego. Po lekturze książki nie mogłem sobie tego fragmentu w ogóle przypomnieć. Przejrzałem więc całe dzieło Windakiewicza i nic! Nie ma w niej interpretacji przytaczanej przez Weintrauba pieśni i nie ma całego cytowanego fragmentu książki Windakiewicza. Kupiłem też drugie (powojenne) wydanie i tu także nic! Weintraub wprowadził nas w błąd" (betacool , "Czy ktoś czyhał na życie Jana Kochanowskiego?", szkolanawigatorow.pl).

Dalej następuje śledztwo, spekulacje, demaskacje... Aż ciarki przechodzą. Gabriel Maciejewski (właściciel strony szkolanawigatorow.pl) skomentował potem tę detektywistyczną robotę z emfazą:

"To jest tekst bardzo demaskatorski, znacznie bardziej niż wszystkie moje teksty i teksty kolegów dotyczące gospodarki. To bowiem co zauważył i opisał nam betacool wprost pokazuje jak działa mechanizm kontroli informacji" (Gabriel Maciejewski, Władcy czasu, coryllus.pl).

Banalna i mało efektowna prawda wygląda zaś tak, że w recenzji Weintrauba z książki Windakiewicza jest literówka: 149 zamiast 140 (Weintraub miał bardzo niewyraźne pismo i widocznie przedwojenny zecer uznał zero za dziewiątkę; literówek jest tam zresztą więcej). Cytowany przez Weintrauba ustęp: "Upamiętnił w niej poeta przygodę osobistą o napadzie nocnym jakiegoś rozbójnika, który wszedł do jego sypialni... ", znajduje się w książce Windakiewicza na stronie 140, wersy 5-11 (licząc od dołu strony).

[27] "[Raszi] miał okazję porównywać i zestawiać przywiezione przez nich [kupców żydowskich] rękopisy nie tylko Talmudu (jerozolimskiego i babilońskiego), ale także innych świętych dla żydów ksiąg jak: Tora, Midrasz, Geonim, Targum" (jolanta-gancarz, "Raszi רש"י z Troyes a sprawa polska", szkolanawigatorow.pl).

Zostało to przepisane z angielskiej Wikipedii, ale całkiem bez sensu. Nie istnieją bowiem księgi Midrasz czy Targum (to pewien typ literatury religijnej), a Geonim (po polsku gaonowie) to już doprawdy komiczna niedorzeczność.

[28] "Jak pisze na stronie 514 książki pt. The Historical Encyclopedia of World Slavery pan Junius P.Rodriguez..." (pink-panther, "100-lecie Fatimy : Portugalia między markizem de Pombal a premierem Salazarem", szkolanawigatorow.pl).

Otóż pan Junius P. Rodriguez niczego nie pisze na stronie 514 książki The Historical Encyclopedia of World Slavery, ponieważ jest jej redaktorem. Na stronie 514 znajduje się natomiast króciutkie hasło (pół kolumny) o markizie de Pombal, którego autorem jest Francis A. Dutra. Po co tak oszukiwać, gdy się książki nie widziało na oczy?

Z innych żenujących bałamuctw tej samej osoby.

Twierdzi, że na zjeździe II Międzynarodówki w Londynie Piłsudski i Mościcki mogli "spotkać tak fascynujących członków innych delegacji jak: Klara Zetkin, Róża Luksemburg, Trocki, Lenin, Wiktor Adler z Austrii, Jean Jaures z Francji i tak można jeszcze długo" (pink-panther, "Generał Franco, ks. Jan Šrámek i marszałek Śmigły Rydz czyli rok 1939", szkolanawigatorow.pl).

Ale zjazd w Londynie odbył się w roku 1896 i Lenin siedział wtedy na zesłaniu na Syberii, a Trocki miał 17 lat i był nikim.

Nic nie wie o pozytywistycznej "Prawdzie" wydawanej przez Aleksandra Świętochowskiego i myli ją z rewolucyjną "Prawdą" Lenina, która w latach 1896-1898 jeszcze nie istniała (pink-panther, "Niepokorni Cywińscy, ks. Radziwiłł, KL Auschwitz oraz Polacy i dotacje", szkolanawigatorow.pl).

Reżyserowi filmu Malowany ptak (według książki Jerzego Kosińskiego) ma za złe, że (podobno) pomylił Kozaków z Kałmukami, ale jednocześnie bałamuci, że Kosiński w Malowanym ptaku rzucał oskarżenia "na mieszkańców wsi Dąbrowy Rzeczyckiej k. Rozwadowa i okolic, których nazwiska pojawiły się w książce" (pink-panther, "Nobel 2018 i Oscar 2020, Marhoul i Tokarczuk czyli żegnaj prawdo, witaj propagando", szkolanawigatorow.pl).

Kto książkę Kosińskiego choćby tylko przekartkował, ten wie, że nie ma w niej żadnych nazwisk.

[29] Tu część generalnej rozprawy z fizyką (A-Tem, "Fizycy", szkolanawigatorow.pl). A tu przezabawne rozważania o bieżni i jej prawdziwej długości, którą ukrywają przed nami fizycy (A-Tem, "Długodystansowiec", salon24.pl).