EBENEZER ROJT

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Józef Szczepański. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Józef Szczepański. Pokaż wszystkie posty

Kiedy powstało Korzenie
Aneks albo o pamięci

Notka o tym, kiedy powstała antystalinowska groteska Korzenie [1], miała być w zamyśle próbą możliwie najżyczliwszej interpretacji światopoglądowych perypetii Stanisława Lema. Jednak nie wszyscy czytelnicy tak moje intencje odebrali. Stąd niniejszy Aneks. Jest w nim z konieczności trochę powtórzeń, ale i kilka rzeczy nowych.

Zacznę od nowych. Otóż Lem wspomniał o Korzeniu także w artykule z roku 1992 (o ile wiem, później nigdzie nie przedrukowanym):

No i ta wielostopniowość [pornografii] zastanawia trochę, bo świadczy o drugiej, niewidzialnej stronie, odbiorczej: że takie a nie inne mają ludziska gusty, i że każdy z nich jako określony seksualnie popyt czeka widać na podażowe zaspokojenie, albowiem Kapitalizm. Kapcio, Pipcio, Talcio, jakem napisał był w niezapomnianej, z roku 1951, sztuce pt. "KORZENIE" (niby korzenie się, czyli "niskopokłonstwo piered Zapadom", wtedy była taka akcja, z niej pozostały u nas nazwiska: prof. Schodow, co klatkę schodową wynalazł, no i akademik WOŁOW, ten odkrył coś innego). W tych "Korzeniach", co mi zaginęły, wiele było, o wiele miłych postaci (Awdotja Niedonagina-Praksywcichina, Dementij Psichow, robotnik Bartułychtimuszenko, biolog Łysiurin, uczeń Miczurenki, towarzysz "iz organow" Anichwili Tegonieradze a na sam koniec Tow. Stalin, który wkraczał na scenę nadludzko, z nieludzkim uśmiechem, i zaczynał swoją alokucję krótkim "NU"). Na razie poszukiwania tej bezcennej relikwii spełzają na niczym. Ale to BYŁO wtedy politporno. I stąd skojarzenie [2].
Mógłby to być dodatkowy argument za postawieniem pytania, czemu na dobry ład nie należałoby po prostu uwierzyć Lemowi, skoro rok 1951 jako datę powstania Korzenia podaje dwukrotnie [3], co ponadto zgadza się ze wspomnieniem (ale bardzo już późnym) żony pisarza, że usłyszała "ten utwór na pewno jeszcze w czasach kawalerskich Staszka", czyli przed 29 sierpnia 1953 roku [4]. Po co to szukanie dziury w całym?

Tylko czy Lemowi można bezkrytycznie wierzyć?

Wiadomo na pewno - co ustaliła Agnieszka Gajewska - że Lem świadomie mijał się z faktami pisząc o swoim żydostwie:

Wielu badaczy i wiele badaczek przy okazji omawiania związków autora Cyberiady z kulturą żydowską powtarza wyznanie Lema z autobiograficznego szkicu Przypadek i ład:
[...] Moi przodkowie byli Żydami, jednak ja nie miałem pojęcia o judaizmie ani, niestety, o żydowskiej kulturze. Właściwie dopiero nazistowskiemu ustawodawstwu zawdzięczam świadomość, że w moich żyłach płynie żydowska krew.
[...] Lem niewątpliwie chronił swoją prywatność i jego rodzinną historię znało zaledwie kilka osób. Nie upubliczniał jej, a powojenna historia Polski niejednokrotnie udowodniła, że strategia ta była słuszna. Nie zmienia to faktu, że autor Głosu Pana w liceum uczęszczał na zajęcia z religii mojżeszowej u doktora Kahane, który był także w jego komisji maturalnej [5].
Z kolei według Stanisława Beresia Lem mijał się z faktami, tym razem może nie do końca świadomie, gdy szło o jego aktywność w czasach stalinowskich (nb. artykuł Beresia został wydrukowany kilka miesięcy po cytowanym wyżej artykule Lema):
Lem natomiast z uporem godnym lepszej sprawy zawraca kijem Wisłę faktów. Spuśćmy zasłonę miłosierdzia na ten proceder. Ciekawsze jest pytanie, czy Lem istotnie wierzy w te wszystkie wymysły? Powiem rzecz straszną: wierzy. Przynajmniej chwilowo. Jest to bowiem historia, która powtarza się niczym melodia w katarynce. Obejmuje artystów kilku generacji, którzy napisali jakieś utwory w latach stalinowskich. Nie tylko tych z "Hańby domowej". Również tych, jak Lem, spoza ideologicznej linii frontu. Każda próba wspomnienia o ich utworach z tamtych lat, każda próba refleksji na ten temat kończy się atakami szału, negowaniem faktów, czarną pianą wyzwisk, zawałami serca. Biedni, wydelikaceni i zdemoralizowani przez komunizm artyści. Chwytający się byle fikcji, które podsuwa im usłużna podświadomość. Wierzący w wymierzone przeciw sobie spiski, zmowy, niegodziwości, fałszerstwa [6].
Ale jeśli nawet odsuniemy na bok te dwie możliwości - świadomego kłamstwa i fikcji podsuwanych przez "usłużną podświadomość" - pozostaje kwestia banalna: zawodności ludzkiej pamięci.
Tego, że pamięć ludzka jest zawodna - napisał niegdyś nie bez racji sam Lem - dowiedzieliśmy się już sposobem niezbitym. [...] Właśnie przez to żadne wspomnienia nie mogą być poczytywane w naukach ścisłych za fakty rzeczowe [7].
Że pamięć ludzka jest zawodna, potwierdza także historia Korzenia, którego maszynopis jednak w końcu się odnalazł [8] i dziś już wiadomo, że Lem nawet treść tej króciutkiej groteski pamiętał po latach tak trochę piąte przez dziesiąte. "Bartyłuchtimuszenko" to nie robotnik, lecz nazwisko Dementija Psichowa, dyrektora fabryki sody kiszonej. Jedynym robotnikiem pojawiającym się w sztuce jest Wazelinary Kupow. Nie występuje w niej też "biolog Łysiurin, uczeń Miczurenki", lecz, odwrotnie, Tryzad Drumliszyn-Miczurenko, uczeń Łysiurina (Korzenie, s. 131).

Z kolei Tomaszowi Fiałkowskiemu Lem wprawdzie opowiadał, że w Korzeniu występował "Miczurenko, uczeń Łysiurina" (co się zgadza) i że "wyhodował on kaktus z sutkami, który wytwarzał specjalne mleczko i można go było doić" (co też się zgadza), ale potem już konfabulował, że ów Miczurenko

okazał się jednak nie dość prawomyślny, mleczko nie było takie, jak trzeba, po uczonego mieli przyjść przedstawiciele wiadomego urzędu, zmiłował się jednak nad nim nieludzko uśmiechnięty Stalin [9].
W zachowanym maszynopisie niczego takiego nie ma. Nie dość prawomyślny okazał się dyrektor Dementij Psichow, wuj Miczurenki. Natomiast Miczurenko zostaje poproszony jedynie o zostawienie adresiku i jeszcze przed pojawieniem się na scenie Stalina odchodzi "słaniając się ze swobody" (Korzenie, s. 138). Czemu zatem mielibyśmy zawierzyć Lemowi, gdy podaje datę napisania tej groteski, skoro bałamuci, gdy chodzi o jej treść?

Gdyby zdać się tylko na pamięć Lema, trzeba by też na przykład przyjąć, że w Kryształowej kuli pisał o stonce zrzucanej przez imperialistów i że właśnie tę stonkę wytknął mu potem Leopold Tyrmand [10]. A to nieprawda.

Jeśli zaś idzie o daty, to Lem, bywało, rzucał datami ze swego życia dość beztrosko. Także wtedy, gdy z pewnością nie mogło chodzić o ukrycie czegokolwiek czy o działanie "usłużnej podświadomości".

Zapytany w 1981 roku w wywiadzie przez Raymonda Federmana, kiedy zaczął pisać (pisać, nie publikować), odpowiada, że "w 1950...1949" [11]. Myli się przynajmniej o pięć lat, bo w rzeczywistości zaczął pisać jeszcze podczas wojny, a chodzi przecież w tym wypadku o sprawę podstawową.

Podobnie podstawową sprawą jest początek znajomości z najlepszym przyjacielem - Janem Józefem Szczepańskim.

Tomasz Fiałkowski w przypisach do Dziennika Szczepańskiego datuje początek ich "bliskich kontaktów" na rok 1952:

Ten zapis [z dnia 4 września 1952] stanowi świadectwo początku bliskich kontaktów ze Stanisławem Lemem (1921-2006), które szybko miały się przerodzić w przyjaźń, trwającą do końca życia Jana Józefa Szczepańskiego i znajdującą odbicie na kartach jego dziennika [12].
Natomiast obaj przyjaciele byli skłonni u kresu życia przesuwać początek znajomości o dobrych kilka lat wstecz:
Stanisław Lem: Powiedz: kiedy my się poznaliśmy? [....] Jan Józef Szczepański: - To było chyba w Kole Młodych, do którego zresztą nie należałem, ale się zaplątałem przy jakiejś okazji. To były późne czterdzieste lata [13].
[Stanisław Lem] Nawiasem mówiąc, nigdy nie pytałem Szczepańskiego, a znaliśmy się od 1946 roku, co mu się śni [14].
Fiałkowski z pewnością wiedział o tym, ale roztropnie uznał, że pisany na gorąco dziennik ma jako źródło pierwszeństwo przed mirażami późnej pamięci. Podobnie i ja uznałem, że zapiski w Dzienniku Jana Józefa Szczepańskiego są najpoważniejszą przesłanką, by datowanie Korzenia przesunąć na rok 1956. Gdyby bowiem Szczepański rzeczywiście w pierwszej połowie lat 50. słyszał Lema wykonującego Korzenie, musiałby wysłuchać i takich jawnych szyderstw z obowiązującej ideologii:
Warfałamotwiej i Psichow (patrzą na siebie, podnoszą prawe ręce i mówią do widowni): O, ohydne są auta, wstrętne czyste koszule, plugawe mydła pachnące, zbyteczne, szkodliwe i wszeteczne pasty do zębów. Precz ze zgniłym komfortem, z ohydnymi fotelami i tapczanami. Chcemy tyrać bardzo długo i bardzo ciężko. Chcemy robić 560 procent normy, chcemy wyłazić ze spodni i pluć krwią, bo tak i już.
[...]
Psichow (drżąco szeptem): A co będziemy robić wtedy? Jak już będzie komunizm?
Stalin (głosem nieludzko życzliwym): Będziemy bardzo, bardzo harować. Tylko nie róbcie korzenia. Ja wam to mówię (bęben, puzon, wychodzi) (Korzenie, s. 139-140).
Ale czy po czymś takim Szczepański mógłby potem w listopadzie 1955 napisać w dzienniku, że Lem neguje istnienie "własnego zła" socjalizmu (Szczepański Dziennik, s. 579), a w kwietniu 1956 przyjmować bez słowa wyznanie Lema, że jeszcze rok wcześniej był "bardzo czerwony" (Szczepański Dziennik, s. 611)?

I jak mógłby w roku 1953 skwitować słuchanie Korzenia dwuzdaniową notatką, że Lem czytał dowcipną sztukę kukiełkową napisaną razem z Romanem Hussarskim [15]. Podkreślam tutaj raz jeszcze, że enigmatyczności tej notatki żadną miarą nie tłumaczy mniemana ostrożność Szczepańskiego. Gdyby jego Dziennik wpadł wtedy w ręce UB i tak znaleziono by w nim aż nadto nieprawomyślnych opinii, żeby zamknąć autora i przesłuchać jego znajomych.

To zresztą podstawowy problem, jeśli idzie o recepcję Korzenia. W czasach stalinowskich słuchanie dowolnej antystalinowskiej groteski byłoby niezapomnianym przeżyciem dla słuchających - i to bez względu na jej rangę artystyczną. Wsadzano wtedy nawet za marne dowcipy. Mimo to jednak nikt, ale to absolutnie nikt ze znajomych i przyjaciół Lema nigdy o słuchaniu Korzenia nie wspomniał, także po roku 1989. Nie pojawiła się też żadna plotka (a środowisko literackie bardzo jest plotkarskie), jakoby ktoś słyszał, że ktoś inny słyszał, że u Lema słuchano czegoś tak okropnie zakazanego, że wszyscy nerwowo zerkali na drzwi [16].

Natomiast sam Lem w liście do Stanisława Remuszki z 8 grudnia 1989 wspomniał - i to tak ni z gruszki, ni z pietruszki - o całkiem innej plotce z tamtych lat:

Ponadto już poza sferą forsy wiem, że w roku 1950 szły słuchy, jakobym był Agentem UB; to zaś, iż mnie akurat wtedy wywalono z ZLP jako kandydata na członka, (bo nie miałem żadnej książki wydanej) a nie miałem, bo to był "Szpital Przemienienia" (okrutnie kontr[r]ewolucyjna paskuda, jak mi w KiW i Czyt wykładano), otóż wtedy mówiono w Krakowie, że owszem, Lem dostał z ZLP kopa za Pijaństwo. Najzabawniejsze to, że ja wtedy ani o Ubecności mojej ani o moim Alkoholizmie (nigdy nie znosiłem wódek, pijałem tylko Chartreuse [17] i Marciniaka) NIc a NIC nie wiedziałem. Pytałem więc teraz Jana Józefa [Szczepańskiego] skąd to było, on zaś, że Pojęcia nie ma (Lem-Remuszko, s. 155; cytuję za faksymile listu Lema zachowując pisownię i wyróżnienia oryginału).
Czemu Lem o tym wszystkim opowiada, trudno rozeznać. Jeśli w roku 1950 rzeczywiście szły takie słuchy, to mogły mieć one związek z faktem, że jego ojciec był wtedy (przynajmniej formalnie) funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa. Ale o tym z kolei Lem nie pisze, podobnie jak nie pisze, skąd teraz, to znaczy w roku 1989, wie o plotce, o której wtedy, gdy krążyła, nic nie wiedział.

Nie wiadomo też, jak pogodzić tę opowieść z inną, często powtarzaną przez Lema opowieścią o cudzie, który wydarzył się w jego życiu w tym samym 1950 roku:

W 1950 roku w Domu Literatów w Zakopanem spotkałem się z pewnym grubym panem, z którym poszliśmy na spacer do Czarnego Stawu. Był to Jerzy Pański - prezes Spółdzielni Wydawniczej "Czytelnik". W trakcie naszych górskich rozmów poruszaliśmy temat braku polskiej fantastyki. [...] on zapytał, czy gdybym dostał umowę wydawniczą, podjąłbym się wykonania takiej pracy. A ja, nie wiedząc nawet dobrze, z kim mam do czynienia, bo był dla mnie po prostu jakimś grubym panem, który podobnie jak ja kręci się po "Astorii", odpowiedziałem, że tak. Po jakimś czasie, ku swojemu zdziwieniu, otrzymałem pocztą umowę. Nie wiedząc jeszcze, co to będzie, napisałem tytuł Astronauci... i w stosunkowo krótkim czasie napisałem książkę. I to był mój debiut [18].
Wynikałoby z tego, że dla młodych pisarzy stalinizm nie był znowu taki zły. Wprawdzie wywalali z ZLP, gdy się nic nie wydało, ale jednocześnie pozwalali mieszkać w Domu Literatów w Zakopanem. Wprawdzie czasem sponiewierali okrutnie książkę, ale jednocześnie podczas spaceru proponowali umowę na następną. W dodatku, by autora niepotrzebnie nie fatygować, wysyłali ją elegancko pocztą i niejako in blanco [19].

Te dziwne opowieści o roku 1950 to nie jedyny wypadek, gdy Lem "autystycznie zamknięty we własnym świecie" (określenie Małgorzaty Szpakowskiej) potrafi niefrasobliwie palnąć coś dwuznacznego na swój temat.

Z taką samą niefrasobliwością ochoczo przytaknął Stanisławowi Beresiowi, że w pierwszej połowie lat 50. "jedną ręką pisał [...] rzeczy słuszne politycznie dla zarobku, a drugą wywrotowe [czyli właśnie groteskę Korzenie] - żeby odreagować" [20]. Przytakując przecież tym samym niezbyt pochlebnej konkluzji, że był wtedy łasym na pieniądze konformistą.

Niestety, niektórzy w imię wierności swemu ulubionemu autorowi nierozważnie naśladują tę jego samobójczą strategię. Jak zauważyła Małgorzata Szpakowska, nawet biograf Lema, Wojciech Orliński, w istocie szkodzi mu, gdy podkreśla

że "w odróżnieniu od wielu swoich rówieśników piszących w tym okresie socrealistyczne utwory z żarliwym przekonaniem - Lem nigdy w tę ideologię nie uwierzył do końca" (s. 116), jakby nie zdając sobie sprawy, że to żadne usprawiedliwienie, raczej argument przemawiający za konformizmem pisarza [21].
Inni miłośnicy Lema na podobnej zasadzie odrzucają hipotezę, że Korzenie to efekt jego światopoglądowej ewolucji - że on najprzód w obowiązującą ideologię szczerze wierzył, a ze Stalina zaczął szydzić dopiero w roku 1956 (co jednak wtedy, pośród oficjalnych potępień "kultu jednostki", już na nikim nie robiło wrażenia). Najwyraźniej wolą, by Lem okazał się załganym cynikiem, który jedną ręką pisze Kocioł o nieludzko życzliwej Bezpiece, a drugą - Korzenie, w którym z tej nieludzkiej życzliwości drwi.

Widocznie takie mamy teraz czasy, że zręczny lawirant budzi większą sympatię niż ktoś, kto wierzy szczerze, ale głupio.

[1] NOTATKI: "Kiedy powstało Korzenie. Mały przypis do ewolucji światopoglądowej Stanisława Lema wraz z wypisami z Dziennika Jana Józefa Szczepańskiego".

[2] Stanisław Lem, Rozważania sylwiczne II, "Odra" 1992, nr 5, s. 77-78.

[3] Po raz pierwszy w liście do Stanisława Remuszki z 26/7 listopada 1989:

"Napisałem w roku 51 cudowny dramat KORZENIE [o «korzeniu się przed Zachodem«»], osoby: Awdotja Niedonagina-Praksywtichina, Warfałamotwiej Bartuchyłtimuszenko, biolog radziecki Miczurenko, uczeń Łysiurina, pracownik Iz Organow, Anichwili Tegonieradze, i sam Tow. Stalin, niestety: tekst zginął, na taśmie zaś (grałem SAM wszystkie role) ok. 1/3 dyabli wzięli (magnetofon). Nie wiadomo, czemu. Wielka to szkoda Kultury Narodowej, PRON by się uśmiał. Teraz by tę sztukę zaraz mi wystawili. Napisałem dla odpuszczenia pary, bo już mi soc bokiem-gardłem wychodził" (Stanisław Lem, Stanisław Remuszko, Lem - Remuszko (korespondencja 1988-1993), Oficyna "Rękodzieło", Warszawa 2019; cytuję za faksymile listu ze strony 154; wyróżnienia za oryginałem). Dalej cytuję jako Lem-Remuszko.

[4] Wojciech Orliński, Odkryto niepublikowane utwory Stanisława Lema!, "Gazeta Wyborcza", 12 października 2008, s. 25.

[5] Agnieszka Gajewska, Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2016, s. 76, 78.

[6] Stanisław Bereś, Fikcje Stanisława Lema, "Odra" 1992, nr 10, s. 78; wyróżnienie moje.

[7] Stanisław Lem, O poznaniu pozazmysłowym, [w:] Stanisław Lem, Rozprawy i szkice, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1975, s. 347. O tym, że również na pamięci Stanisława Lema nie można polegać, już od dawna dobrze wiedzą badacze. Kamila Budrowska, relacjonując wypowiedź samego Lema o jego przygodach wydawniczych, dodaje: "Trudno, na tym etapie badań, takie informacje potwierdzić, a wiadomo już, że pisarza niejednokrotnie zawodzi pamięć" (Eadem, Literatura i pisarze wobec cenzury PRL. 1948-1958, Wydawnictwo Uniwersytetu w Białymstoku, Białystok 2009, s. 162, również s. 152).

[8] Stanisław Lem, Korzenie. Drrama wieloaktowe, [w:] Stanisław Lem, Dzieła, tom XVI: Sknocony kryminał, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2009. Dalej cytuję jako Korzenie z podaniem numeru strony.

[9] Świat na krawędzi. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000, s. 70. Dalej cytuję jako Świat na krawędzi.

[10] "Mogę tylko powiedzieć o sobie, że pisałem o tym, w co wierzyłem, o przyszłości, która wydawała mi się osiągalna. Postępowałem tak nawet wówczas, kiedy pisałem (skądinąd kiepskie i prawie nie znane) opowiadanie Kryształowa kula, które Leopold Tyrmand schlastał w swoim dzienniku z 1954 roku, sugerując, że nabzdurzyłem tam o stonce ziemniaczanej, zrzucanej przez Amerykanów, ażeby móc opublikować skądinąd dość ciekawy utwór fantastyczny. Tyrmandowi nie przyszło do głowy, że pisząc tę nowelkę nie byłem oportunistą, lecz tylko durniem, ponieważ w ową amerykańską stonkę na spadochronach po prostu uwierzyłem" (Stanisław Lem, Poznanie i zło; cytuję za stroną solaris.lem.pl; wyróżnienie moje).

[11] Raymond Federman, An Interview with Stanislaw Lem, "Science Fiction Studies" 1983, tom 10, nr 1, s. 12: "I began to write in 1950... 1949".

Być może zatem wypada potraktować poważnie - nie zaś jako wyraz kokieterii Lema - zdanie z początku IV części Wysokiego Zamku:

"Spisywanie wspomnień z dzieciństwa stanowi - szczególnie dla kogoś takiego jak ja, obdarzonego kiepską pamięcią - zajęcie dość ryzykowne, zwłaszcza że muszę jeszcze trzymać na wodzy profesjonalizm fantazjowania, to znaczy grupowania odosobnionych szczegółów, niechby i wiernych faktom, w spójne całości" (Stanisław Lem, Wysoki Zamek, [w:] Stanisław Lem, Dzieła, tom XIV, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2009, s. 49; wyróżnienie moje).

A Lem miał wtedy niewiele ponad czterdzieści lat. Dwadzieścia, trzydzieści lat później musiało więc być u niego z pamięcią znacznie gorzej.

[12] Jan Józef Szczepański, Dziennik, tom I: 1945-1956, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 323, przypis 20. Dalej cytuję jako Szczepański Dziennik.

[13] Stanisław Lem, Jan Józef Szczepański, Rozmowa na koniec wieku, tygodnikpowszechny.pl; wyróżnienie moje.

[14] Stanisław Lem, Ewa Lipska, Tomasz Lem, Boli tylko, gdy się śmieję... Listy i rozmowy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018, s. 217; cytat z rozmowy Stanisława Lema z Ewą Lipską "Nikomu się nie śniło" z roku 2003; wyróżnienie moje. Dalej cytuję jako Lem-Lipska.

[15] "[...] Lem czytał sztukę kukiełkową, którą razem z H. [Hussarskim] napisali. Bardzo dowcipna i dobra" (Szczepański Dziennik, s. 339-340). Dwie rzeczowe informacje i obie nieprawdziwe! W zachowanym maszynopisie nie ma najmniejszego śladu, także w didaskaliach, że Korzenie zostało pomyślane jako sztuka kukiełkowa. Lem też nigdy o tym nie wspominał. Podobnie nie wspominał o Hussarskim jako o współautorze Korzenia. Jeśli więc kogoś nadal dręczy pytanie, czym w takim razie była ta dowcipna sztuka kukiełkowa napisana przez Lema razem z Romanem Hussarskim, o której wspomina Szczepański, musi pogodzić się, że jedyna wolna od bałamuctw odpowiedź brzmi: była dowcipną sztuką kukiełkową napisaną przez Lema razem z Romanem Hussarskim, dziś zaginioną.

A gdyby Szczepański rzeczywiście słuchał wtedy Korzenia, mógł to bez trudu odnotować w sposób nie budzący podejrzeń bez takiego absurdalnego kryptonimowania. Na przykład, że Lem czytał zabawną groteskę o fabryce sody kiszonej.

Nb. znacznie sensowniejsza wydaje się hipoteza, że słuchał dramatu Ellinor, o którym Lem tak opowiadał Beresiowi:

"- Później [czyli po Jachcie "Paradise"] dał pan sobie spokój zarówno z dramaturgią, jak i ze współpracą z Hussarskim?

- A skądże, napisałem potem wspólnie z nim dramat Ellinor.

- To historyczne imię? Chyba jakiejś władczyni francuskiej?

- To jest imię królowej, która zdradza męża, więc mąż każe ją ściąć, i w ostatniej scenie mówi nad trupem: «Małżonko miła, twoje li to pod obcas wlazło mi jelito»? (śmiechy) Bawiliśmy się w ten sposób" (Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Cyfrant, Kraków 2013; cytat z rozdziału "Czas nieutracony". Wydanie elektroniczne, w którym - jak informuje wydawca - "dokonano kolejnych korekt" w stosunku do poprzednich wydań tradycyjnych (1987, 2002). W oryginale wypowiedzi Stanisława Beresia zaznaczone są kursywą, którą pomijam. Dalej cytuję jako Tako rzecze Lem. W kolejnym wydaniu tradycyjnym (Kraków 2018) jest to strona 61.

Do zabawy ze ścinaniem głów kukiełki pasują dużo lepiej niż żywi aktorzy, ale "dramat Ellinor" to też tylko spekulacja.

[16] Relacje z podobnych lektur istnieją. Wiadomo na przykład, że w połowie lat 50. u Jana Józefa Lipskiego odbywało się zbiorowe czytanie Miłosza.

"Wcześniej ze zbiorowej lektury znałem Zniewolony umysł. W pokoju będącym w znacznej mierze także biblioteką, okno zasłaniano kocem i Jan Józef Lipski przez projektor do bajek Jana Tomasza [tj. syna] wyświetlał na ścianie zmikrofilmowane stronice książki" (Andrzej Dobosz, Pustelnik z Krakowskiego Przedmieścia, Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 2011, s. 274).

[17] Jeśli chodzi o zielony likier Chartreuse, to, jak się zdaje, Lem w istocie pijał go w potężnych ilościach (a jest to trunek znacznie mocniejszy niż przeciętna wódka). Tak w każdym razie opowiadał Ewie Lipskiej:

"Ja na przykład zawsze pociągałem z flaszki [przy pisaniu]. Likier. Najczęściej zielony Chartreuse i potem, pamiętam, po dwudziestu paru latach, jak już miałem za sobą około czterdziestu książek, mieszkaliśmy wtedy przy ulicy Narwik 21, kiedy zajrzałem do piwnicy, to zobaczyłem szeregi pustych flaszek. Mówiła mi Jaga, siostra mojej żony, że musieli je specjalnie jakimś samochodem wywozić. Jakieś beczki trunku przeszły przeze mnie. Jednak nie odbierało mi to nigdy animuszu do pisania, wręcz przeciwnie, to była moja likierowa ostroga" (Lem-Lipska, s. 218; cytat z rozmowy "Nikomu się nie śniło").

[18] Tako rzecze Lem; cytat z rozdziału "Czas nieutracony". Nb. w kolejnym tradycyjnym wydaniu (Kraków 2018) cytat ten brzmi nieco inaczej: zamiast "otrzymałem pocztą umowę" jest "otrzymałem rzeczywiście umowę" (s. 55).

[19] A tak Lem opowiedział tę historię w rozmowie z Tomaszem Fiałkowskim:

"Historia Astronautów zaczyna się od pewnego spaceru. Mieszkałem w Zakopanem, w «Astorii», i poszedłem nad Czarny Staw z grubym panem, o którym nie wiedziałem, że to Jerzy Pański, szef ówczesny «Czytelnika». Rozmawialiśmy o braku w Polsce powieści fantastycznych. Zapytał: - Napisałby pan? - Odpowiedziałem: - Dlaczego nie! - I po paru tygodniach przychodzi umowa, tylko puste miejsce na tytuł. Wpisałem więc: Astronauci, choć nie wiedziałem jeszcze, o czym to będzie" (Świat na krawędzi, s. 64).

Nieco wcześniej Fiałkowski podaje, że Lem stracił "legitymację kandydata Związku Literatów" w roku 1948 (s. 63).

Biograf Lema, Wojciech Orliński, ograniczył się do powtórzenia opowieści swojego bohatera. Kto chciałby się dowiedzieć z jego książki, na jakiej zasadzie Lem mieszkał wtedy w willi Związku Literatów razem z prezesem "Czytelnika", dowie się jedynie, że Lem miał na to "dość nieformalnych związków z literatami krakowskimi" (Wojciech Orliński, Lem. Życie nie z tej ziemi, Wydawnictwo Czarne i Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017, s. 122). Ale co to tak naprawdę znaczy i o jakich niezmiernie wpływowych literatów krakowskich chodzi, to już tylko Bóg raczy wiedzieć. Rzecz tym bardziej intrygująca, że sam Lem twierdził, jakoby był wtedy "nikim" (Świat na krawędzi, s. 63: "Byłem nikim"; Tako rzecze Lem, rozdział "Czas nieutracony": "stałem się nikim").

[20] "- Ale to oznacza, że jedną ręką pisał pan rzeczy słuszne politycznie dla zarobku, a drugą wywrotowe - żeby odreagować.

- No oczywiście, że tak" (Tako rzecze Lem, rozdział "Czas nieutracony"; w wydaniu z roku 2018 jest to strona 62).

[21] Małgorzata Szpakowska, Samochody, Holokaust i PRL, przegladpolityczny.pl; poprawiłem oczywiste literówki.

Kiedy powstało Korzenie
Mały przypis do ewolucji światopoglądowej Stanisława Lema
wraz z wypisami z Dziennika Jana Józefa Szczepańskiego

Korzenie to w dorobku Lema utwór marginalny [1]. Ot, błaha groteska w stalinowskich dekoracjach. Warta uwagi jedynie jako przyczynek do ewolucji światopoglądowej autora: ustalenia w co i kiedy wierzył z obowiązującej ideologii, i czy na serio, czy tylko z musu i z przymrużeniem oka. Ale wtedy trzeba by w miarę dokładnie wiedzieć, kiedy właściwie ten drobiazg został napisany.

Na pozór czas powstania Korzenia jest całkiem nieźle określony.

- Po raz pierwszy usłyszałam ten utwór na pewno jeszcze w czasach kawalerskich Staszka, chyba około roku 1949 - wspomina Barbara Lem. - Staszek sam wcielał się we wszystkie postacie, najlepszy był w roli kobiecej. Wykonywał to tak długo, jak długo Stalin żył - najwyraźniej potrzebował takiego odreagowania [2].
Ponieważ data ślubu Lemów to 29 sierpnia 1953 [3], więc "na pewno jeszcze w czasach kawalerskich", to na pewno przed tą datą. Albo jeszcze wcześniej: przed śmiercią Stalina lub może nawet "około roku 1949". I taki właśnie czas powstania Korzenia przyjmuje Wikipedia w haśle "Korzenie. Drrama wieloaktowe": "pod koniec lat 40. XX wieku".

Jednak wspomnienie po przeszło pół wieku od tamtych wydarzeń to bardzo niepewne źródło.

Przynajmniej cztery przesłanki zdają się wskazywać, że Korzenie zostało napisane znacznie później. Najprawdopodobniej dopiero po XX Zjeździe KPZR, na którym Chruszczow potępił kult jednostki (czyli po lutym 1956). Przedstawię teraz te przesłanki od najsłabszej do najmocniejszej.

Pierwsza przesłanka to schowek, w którym po śmierci Lema znaleziono Korzenie, długo uznawane za zaginione:

Teczka - szara, tekturowa, zawiązana na wstążkę - podpisana była "Sknocony kryminał" i zawierała niedokończoną powieść kryminalną w stylu Chandlera, którą Lem zaczął pisać w połowie lat 50. Okazało się, że posłużył się tym maszynopisem do sporządzenia schowka tak genialnego, że tekst przepadł na pięć dekad - po prostu ukrył swoją operę o Stalinie w innym maszynopisie (Odkryto, s. 25).
Skoro schowkiem była teczka z maszynopisem zaczętym "w połowie lat 50.", to Korzenie musiano tam schować później, więc to prawdopodobne, że również powstało później niż Sknocony kryminał. Oczywiście, mógł to być kolejny schowek, ale naprawdę genialnego schowka Korzenie potrzebowałoby raczej wcześniej (gdyby istniało), tyle że o takim jeszcze genialniejszym schowku nic nie wiadomo. Po 1956 roku wyśmiewanie Stalina nie było zbrodnią (co innego wyśmiewanie aktualnego pierwszego sekretarza) i nikogo o robienie sobie żartów z kultu jednostki nie oskarżono [4].

Druga przesłanka to styl tej groteski. W internetowym serwisie poświęconym twórczości Lema Korzenie nie bez racji zostało przedstawione jako groteska "w stylu Witkacego" [5]. Tak to się dzisiaj każdemu w miarę wyedukowanemu czytelnikowi kojarzy. Jednak w pierwszej połowie lat 50. Witkacy był pisarzem nieobecnym i pisanie czegoś "pod Witkacego" nie miałoby większego sensu, bo takie nawiązanie nie zostałoby rozpoznane. Jeszcze w kwietniu 1956 roku Jan Józef Szczepański pisze:

Wczoraj byłem na próbie Mątwy [Witkacego], którą przygotowuje Kantor. Kantor zawsze stwarza atmosferę heroiczną, atmosferę zaczynania czegoś nowego [...] [6].
Albowiem sztuka Witkacego to było wtedy właśnie coś nowego, ale też dopiero wtedy napisanie czegoś "w stylu Witkacego" trafiłoby do człowieka nawet tak niezgorzej oczytanego, jak Szczepański. A przyjmuje się, trochę przy tym bałamucąc (o czym będzie mowa niżej), że właśnie on należał do pierwszych słuchaczy Korzenia [7].

Trzecia przesłanka to osobliwe nazwiska postaci występujących w Korzeniu: "Warfałamotwiej Niedorozwojkin, lat 25, literat", "Anichwili Tegonieradze, sekretarz organizacji partyjnej w fabryce sody", etc., etc. (Korzenie, s. 131). Owszem, z ducha też jakby witkacowskie, ale nie tylko! Jak zauważył niedawno Marcin Wołk, Dementij Psichow Bartułychtimuszenko, "lat 42, dyrektor fabryki sody kiszonej, bolszewik z odchyleniem" to nawiązanie do postaci Dementija Warłamowicza Brudastego, jednego z bohaterów Dziejów pewnego miasta Michaiła Sałtykowa-Szczedrina [8].

Niewątpliwym nawiązaniem do postaci Dementija Warłamowicza Brudastego ("Pozytywki") jest Dementij Psichow Bartułychtimuszenko, jeden z bohaterów satyrycznego tekstu Lema pt. Korzenie. Drrama wieloaktowe [...]. Również inne postaci tej niepublikowanej za życia autora sztuki, a przynajmniej ich nazwiska, tworzone są na wzór bohaterów Dziejów pewnego miasta, co powinno może skłonić do rewizji datowania Korzenia, które według świadectwa Barbary Lem miało powstać w latach czterdziestych [...], a zatem jeszcze przed wydaniem przekładu powieści Sałtykowa w Polsce [9].
Według Wołka, "tropy sałtykowowskie" widać także w podróżach Ijona Tichego - najsilniej w napisanych w 1954 i 1957 roku (Wołk, s. 231, przypis 16). Z czego wynikałoby, że właśnie w tamtych latach Lem albo czytał Dzieje pewnego miasta, albo sobie o nich żywiej przypominał [9a] [9b].

Czwarta przesłanka, najmocniejsza, to zapisy z lat 1952-1956 w Dzienniku Jana Józefa Szczepańskiego, najbliższego i obdarzanego największym zaufaniem przyjaciela Lema [10]. Otóż o Korzeniu nie ma tam nawet bladej wzmianki! A przecież w pierwszej połowie lat 50. słuchanie Lema udającego Stalina mówiącego "głosem nieludzko życzliwym", że w komunizmie "będziemy bardzo, bardzo harować" (Korzenie, s. 140) musiałoby na Szczepańskim jednak zrobić wrażenie. Natomiast później, po 1956 roku, już nie, bo odwaga wtedy bardzo staniała i nie takie rzeczy ludzie sobie opowiadali po domach. Toteż nikt Korzenia nie zapamiętał, nikt o nim nigdy nie wspominał i właśnie dlatego utwór ten niemal natychmiast "przepadł na pięć dekad".

Szczepańskiego, opozycyjnego katolika, musiałaby też mile zaskoczyć opozycyjność Lema, który w tamtym czasie nawracał go na "aprobatę marksizmu". Doprawdy, dziwna to byłaby aprobata podszyta wizją komunizmu jako wielkiej harówki. Szczepański miałby też wtedy zgoła inny obraz przyjaciela. Nie traktowałby jego słów jako świadectwa szczerych przekonań (a tak traktował), lecz jako zręczne lawiranctwo kogoś, kto przecież dobrze wie, na co się zanosi z tym komunizmem.

U biografa Lema, Wojciecha Orlińskiego, który rad by wierzyć, że Lem "w odróżnieniu od wielu swoich rówieśników [...] nigdy w tę ideologię nie uwierzył do końca" (Orliński - Lem, s. 116), taki brak wzmianki o Korzeniu i jakichkolwiek innych przejawach Lemowego dystansu do obowiązującej ideologii budzi niepokój, toteż naciąga, co tylko może. W tym wypadku świadectwem, że Szczepański jednak słuchał Lema czytającego Korzenie, jest dla niego ta notatka z 31 stycznia 1953 (Orliński - Lem, s. 114):

W ubiegłą niedzielę byłem z Lemem w Przegorzałach u Hussarskich. [...] Lem czytał sztukę kukiełkową, którą razem z H[ussarskim] napisali. Bardzo dowcipna i dobra (Szczepański - Dziennik, s. 339-340).
Ale Korzenie to przecież ani sztuka kukiełkowa, ani napisana razem z Romanem Hussarskim (tym samym, z którym Lem napisał socrealistyczne paskudztwo Jacht "Paradise"). Dlatego zagadkowość tej notatki Orliński tłumaczy tym, że "w roku 1953 Szczepański mógł się bać napisać prawdę w dzienniku" (Orliński - Lem, s. 421, przypis 18). Tłumaczy bałamutnie, bo Szczepański wcale taki strachliwy nie był! Kilka tygodni wcześniej pisze w tym samym dzienniku otwarcie, że ostatnie zarządzenie o wzroście cen to "oburzające oszustwo" (Szczepański - Dziennik, s. 336), a tydzień później, że "Tygodnik Powszechny" to ośrodek "oporu przeciwko komunizmowi" (Szczepański - Dziennik, s. 341). Niemal regularnie też napomyka, że to czy tamto jest niecenzuralne. A tu nic!

Za to trzy lata później, w kwietniu 1956 roku, Szczepański zanotował takie wyznanie przyjaciela:

Byłem u Lema. Powiedział: - Rok temu ty byłeś na tych samych pozycjach co teraz, a ja byłem bardzo czerwony. Dziś jesteśmy na tych samych pozycjach (Szczepański - Dziennik, s. 611; wyróżnienie moje).
Gdyby znał Korzenie, powinien chyba zareagować na to gwałtownym zaprzeczeniem w rodzaju: "Ależ co ty mówisz, Staszku! Ty bardzo czerwony? Przecież już dawno temu, jeszcze przed Chruszczowem, kpiłeś tak dowcipnie z kultu Stalina". Bo ktoś, kto napisał coś takiego, jak Korzenie, w pierwszej połowie lat 50., nie mógłby być na serio czerwony, a jedynie z wierzchu na czerwono zakamuflowany - niczym rzodkiewka.

Wszystko jednak wskazuje na to, że w kwietniu 1956 roku Lem jeszcze nie był autorem Korzenia, a najwyżej dopiero się do jego napisania przymierzał. W każdym razie dopiero wtedy pojawia się weryfikowalne świadectwo, bo w czerwcu Lem pojedzie do NRD i kupi między innymi magnetofon walizkowy, na który nagra Korzenie we własnym wykonaniu (Orliński - Lem, s. 149-150). To prawdopodobnie z tego wykonania, potem może kilkakrotnie odtwarzanego, żona zapamiętała wcielanie się męża (głosowe) "we wszystkie postacie".

Natomiast o zmitologizowanie swojej światopoglądowej przygody z komunizmem postarał się już sam Lem [11]. W rozmowie ze Stanisławem Beresiem tak o tamtych czasach opowiadał:

Poza tym napisałem kiedyś bezcenny dramat o Józefie Stalinie. [...]
- To było dzieło wierszowane?
- Nie, prozą. Ale najważniejszy był koniec, gdy na czerwonym tle pojawiał się towarzysz Stalin "nieludzko uśmiechnięty i nadludzko genialny", mówiąc: "Nu, tawariszczi, niemnożko odkłonilis' ot linii. No wsio taki..." Dramat kończył się optymistycznie, bo Stalin wcale nie kazał wszystkim urwać nóg i jaj, ale wykazał nadludzką łagodność. To było apogeum mojego socrealistycznego wzlotu. Nie tylko to napisałem, ale jeszcze na starym magnetofonie nagrałem wszystkie role. Po latach znaleźliśmy z żoną tę taśmę, wkładamy do magnetofonu, a tam tylko jakieś piski... Była tak stara, że nie dało się niczego odtworzyć.
- Czy to było pisane w tym samym czasie, co "Jacht «Paradise»"?
- Mniej więcej tak. Silna wena mnie wtedy opanowała...
- Ale to oznacza, że jedną ręką pisał pan rzeczy słuszne politycznie dla zarobku, a drugą wywrotowe - żeby odreagować.
- No oczywiście, że tak. Gdyby ten dramat u mnie znaleźli pracownicy UB, byłoby niewesoło, ale ja się tym wówczas specjalnie nie przechwalałem (poza najbliższym kręgiem rodziny) [12].
Najwidoczniej wolał być postrzegany jako człowiek niegdyś bardzo załgany niż jako człowiek niegdyś bardzo czerwony [13]. Niechby i cynik [14] albo odwrotnie - ktoś niesłychanie naiwny [15]. Ostatecznie może być nawet dureń [16]. Byle tylko nie czerwony.


___________________

Wypisy. Jan Józef Szczepański o światopoglądzie Stanisława Lema (Dziennik, tom I: 1945-1956, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009)

4 września 1952

Od powrotu z urlopu nachodzi mnie Lem i nawraca. Może nie tyle na sam marksizm, ile na aprobatę marksizmu. Mówi bardzo błyskotliwie, ma zdecydowaną koncepcję przyszłości i koniecznych przeobrażeń kultury. Ma bardzo dużo racji. Jedno jest niepokojące: żaden z aktualnych minusów rzeczywistości nie stanowi dla niego argumentu przeciw teoretycznej zasadzie. Wszystko, co nie wychodzi i nie klapuje, jest winą partaczy i durniów nie umiejących realizować tej zasady (s. 323).

7 stycznia 1953
W sobotę Lem czytał mi dalsze fragmenty swojej powieści. Jest on tak dalece opanowany wizją przyszłości, gdzie wszelkie problemy zostaną rozwiązane przez technikę, że teraźniejszość wydaje mu się tylko nieważnym etapem. Etapem już rozgrzeszonym. Jednakże w tej wizji jest ładunek wiary, który jego pisaniu daje format dzieła. Ja w dalszym ciągu nie potrafię wyjść poza negację (s. 337).

31 stycznia 1954
W środę była sekcja prozy. Lem czytał parę swoich nowelek fantastycznych (które już znałem). Było kilku młodych krytyków z "Życia". Śmieli się bardzo, ale w pewnej chwili zaczęli spoglądać po sobie i coraz bardziej sztywnieć i surowieć. W dyskusji napadli zgodnie na Lema, że taki bezprzedmiotowy humor to zjawisko społecznie groźne [17]. Gdzie dydaktyka postępowa? My się tu śmiejemy, ale co z tego? (s. 392).

13 września 1954
Był dziś Lem. Oszalał na punkcie Dostojewskiego, nie spodziewałem się tego po nim (s. 427).

20 września 1954
Rozmawialiśmy parę dni temu z Lemem o śmierci i innych "nietypowych" sprawach, które są korzeniem literatury. Cały czas akcentował swoją materialistyczną postawę, dziwiąc się równocześnie tragizmowi tych rzeczy, "nienormalnemu" stosunkowi człowieka do nich i własnemu przekonaniu, że tylko ta "nienormalność" jest coś warta. Przy okazji opowiedziałem mu historię ks. Bardeckiego o tej zakonnicy, uleczonej w niewytłumaczalny sposób. Lem twierdzi, że medycyna zna bardzo dużo takich wypadków i że to nie jest żadne przełamanie praw natury, a tylko kwestia stwierdzonej wielokrotnie korelacji między psychicznymi i fizycznymi procesami. Mówił, że powszechnie znaną wśród lekarzy rzeczą jest skuteczność "zamawiania" brodawek na wsi. Głębokie przekonanie, że takie "zamawianie" podziała, powoduje kurczenie się naczyń krwionośnych wokół brodawki i jej obumieranie. Oczywiście musi być ta wiara. Tu wysunąłem moją żartobliwą wątpliwość, czy np. wiara w tezy marksizmu-leninizmu też może podziałać na organizm, na co Lem powiedział, że to musi być wiara o charakterze "metafizycznym", absurdalnym. Czyli że zracjonalizowanie tej sprawy dla użytku lekarskiej terapii musiałoby dać w efekcie jej likwidację (s. 428).

14 kwietnia 1955
Wczoraj byli Lemowie. On dawał mi szereg przykładów na to, że znów zaczyna się "przymrozek" [polityczny]. Właściwie wszyscy spodziewali się tego od dawna (s. 465).

13 listopada 1955
Skończyłem czytać książkę Lema [trylogię Czas nieutracony], a w drodze powrotnej kupiłem numer "Nowej Kultury" z obszernym jego artykułem o temacie współczesnym w literaturze. Ten artykuł uświadomił mi, jaką mam pretensję nie tyle do tej jego książki, ile do niego samego. Chodzi o problem "własnego zła" socjalizmu. Lem neguje jego istnienie, stojąc tu na gruncie zasady "partyjności literatury". Otóż sam fakt negowania "własnego zła" musi rodzić fałsz zarówno w polityce, jak w sztuce. Systemy nie aspirujące do doskonałości zmuszone są stwarzać sobie zabezpieczenia, chociażby w formie wolnej opinii publicznej. Systemy "doskonałe" skazane są na dogmatyczny pragmatyzm, na naginanie faktów do teorii, na moralną degenerację. Tu tkwi sedno sprawy (s. 579).

6 lutego 1956
Literackim wydarzeniem dnia jest Obrona Grenady Brandysa. Odwilżowi marksiści zachłystują się tym, robią z tego sztandar odwagi. Lem też się dał nabrać. Dla mnie to jest zakłamanie tak zwielokrotnione i tak nawarstwione, że staje się autonomicznym światem, niewiele mającym wspólnego z doświadczalną rzeczywistością. Może to jest specyficzna postać talentu - umieć stwarzać tego rodzaju moralne fikcje. Tchórzostwo, karierowiczostwo, cynizm - wszystko to przedstawione zostało jako "czysta ofiara" na ołtarzu religii. Tępota eksploatujących kulturę "czynników", ta chytra tępota wyposażona została w cechy jakiejś udramatyzowanej wielkości. Z płaskiej farsy robi się klasycyzującą tragedię. Majestatyczne fałdy, załamane dłonie, kamienne oczy. Wazeliniarz włazi na cokół (s. 595).

6 marca 1956
Był dziś Lem. Przepowiada przyhamowanie odwilży, która ostatnio stała się rzeczywiście niemal powodzią. Czytałem przedwczoraj referat Chruszczowa w broszurce do użytku partii. Przyniósł go poczciwy P[astuszko]. Idylla narodowo-frontowa: czytaliśmy razem na głos. Niesamowite (s. 607).

13 kwietnia 1956
Byłem u Lema. Powiedział: - Rok temu ty byłeś na tych samych pozycjach co teraz, a ja byłem bardzo czerwony. Dziś jesteśmy na tych samych pozycjach. Wszystko dzięki zręcznej polityce KC. Zrobili wreszcie front narodowy (s. 611).

29 kwietnia 1956
Trzy dni temu Lem czytał doskonałą nowelkę fantastyczną z niesłychanie zjadliwą satyrą na marksizm. Łudzi się, że mu to wydrukują (s. 616).

Kiedy powstało Korzenie. Aneks albo o pamięci.

[1] Stanisław Lem, Korzenie. Drrama wieloaktowe, [w:] Stanisław Lem, Dzieła, tom XVI: Sknocony kryminał, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2009. Dalej cytuję jako Korzenie. Drrama wieloaktowe jest dokładnie dwuaktowe i bardzo niewielkie. W tym wydaniu zajmuje (łącznie ze spisem osób) mniej niż sześć pełnych stron. Uwaga! Tytułowe Korzenie to nie są te korzenie (jak korzenie drzewa etc.), lecz to korzenie (jak korzenie się kogoś przed kimś/czymś). Tutaj chodzi o - wybaczcie mi ten niewielki spoiler! - "plugawe korzenie się przed zachodem" (Korzenie, s. 134).

[2] Wojciech Orliński, Odkryto niepublikowane utwory Stanisława Lema!, "Gazeta Wyborcza", 12 października 2008, s. 25. Dalej cytuję jako Odkryto.

[3] "1953 29 sierpnia bierze ślub z Barbarą Leśniak". Kalendarium w: Ewa Balcerzak, Stanisław Lem, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1973, s. 176.

[4] Dlatego nonsensem jest przypominanie - jak to robi Orliński w cytowanym już artykule - że: "jeszcze w latach 60. Janusz Szpotański za wykonywaną w kręgu przyjaciół operę «Cisi i gęgacze» dostał swoistą nagrodę literacką - 3 lata więzienia".

[5] Można o tym przeczytać tutaj. Tamże po raz kolejny powtórzona informacja, jakoby groteska ta ("jednoaktówka"!) została "napisana pod koniec lat czterdziestych".

[6] Jan Józef Szczepański, Dziennik, tom I: 1945-1956, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 610. Dalej cytuję jako Szczepański - Dziennik. Nb. Mątwa Kantora to w ogóle pierwsze wystawienie jakiejkolwiek sztuki Witkacego po wojnie.

Witkacego wprawdzie wspomina (raz!) Sekułowski, jeden z bohaterów Szpitala przemienienia Lema, podobno zresztą sam na Witkacego stylizowany. Jest to jednak stylizacja bardzo powierzchowna i wypowiedzi Sekułowskiego (a tym bardziej sama powieść) nie są żadną miarą utrzymane "w stylu Witkacego".

Nb. Lem w rozmowie ze Stanisławem Beresiem miał za złe Edwardowi Żebrowskiemu, reżyserowi filmu według tej powieści, że postać Sekułowskiego spłycił:

"W tym filmie są bardzo tanie efekty. Na przykład Żebrowskiemu nie wystarczyło, aby Sekułowski normalnie popełnił samobójstwo i po ludzku łyknął cyjanek, ale kazał mu jeszcze zlizywać truciznę z dywanu. Wyobraża sobie pan Witkacego w takiej sytuacji? Tego samego Witkacego, który nie chcąc mieć do czynienia z okupacją sowiecką, podcina sobie brzytwą tętnicę?" (Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Cyfrant, Kraków 2013; jest to wydanie elektroniczne, w którym - jak informuje wydawca - "dokonano kolejnych korekt" w stosunku do poprzednich wydań tradycyjnych (1987, 2002); cytat z rozdziału "Rozczarowania filmowe"; w kolejnym wydaniu tradycyjnym (Kraków 2018) jest to s. 157).

Lem widocznie zapomniał, że u niego Sekułowski przed śmiercią rozpaczliwie i dosłownie czepia się życia: nagle w nadziei ocalenia podaje się za pół-Niemca i kwiczy falsetem, po czym wyje "Matko Boska!" i szlocha. Wyobrazić sobie Witkacego w takiej sytuacji jest jeszcze trudniej (zob. Stanisław Lem, Czas nieutracony, tom I: Szpital przemienienia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1957, s. 178; wszystkie trzy tomy w jednym woluminie z ciągłą numeracją stron).

[7] Wojciech Orliński, Lem. Życie nie z tej ziemi, Wydawnictwo Czarne i Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017, s. 114. Dalej cytuję jako Orliński - Lem.

[8] Dementij Warłamowicz Brudasty to jeden z horodniczych miasta Głupowa, tak na wstępie scharakteryzowany:

"Został mianowany na łapu-capu i posiadał w głowie pewne osobliwe urządzenie, za co też przezwano go "Pozytywką". Nie przeszkodziło mu to zresztą doprowadzić do porządku zaniedbane przez jego poprzednika zaległości podatkowe. Podczas tych rządów doszło do zgubnego bezzwierzchnictwa, które trwało przez dni siedem, jak o tym będzie mowa poniżej".

O co chodzi z tą "pozytywką", wyjaśnia się później w zeznaniu Wasilija Iwanowicza Bajbakowa:

"W roku zeszłym, zimą - nie pamiętam dokładnie dnia i miesiąca - zostałem obudzony w nocy i w asyście dziesiętnika policji udałem się do naszego horodniczego, Dementija Warłamowicza, a przyszedłszy zastałem go, jak siedział i miarowo to w tę, to w drugą stronę kiwał głową. Oszalały ze strachu, a przy tym podniecony użyciem napojów wyskokowych, stanąłem w milczeniu na progu, gdy naraz pan horodniczy raczył skinąć na mnie ręką i podał mi kartkę. Na kartce przeczytałem: «Nie dziw się, lecz napraw to, co zepsute». Po czym pan horodniczy zdjął z karku własną głowę i podał mi ją. Przyjrzawszy się bliżej stojącej przede mną skrzynce odkryłem, że zawiera ona w jednym rogu niewielką pozytywkę, która może wygrywać pewne nietrudne kawałki muzyczne. Były dwa takie kawałki: «Zzzniszczę!» i «Nie ścierpię». Ponieważ jednak w drodze głowa nieco zwilgotniała, niektóre kołki na wałku obluzowały się, a inne całkiem powypadały. Dlatego właśnie pan horodniczy nie mógł mówić wyraźnie albo też mówił opuszczając litery i zgłoski. Uczułem w sobie chęć naprawienia tego uszczerbku, otrzymawszy więc na to zgodę pana horodniczego z należną pieczołowitością zawinąłem głowę w serwetkę i udałem się do domu. Ale tu zobaczyłem, że na próżno polegałem na własnej gorliwości, albowiem mimo wielkich starań, aby utwierdzić kołki, które wyleciały, niewiele jednak w tej mierze osiągnąłem, gdyż wystarczyła najmniejsza nieostrożność lub przeziębienie, aby kołki na nowo wypadały, toteż w ostatnich czasach pan horodniczy mógł wyrzec jedynie: ppię!" (M[ichaił] Sałtykow-Szczedrin, Dzieje pewnego miasta, przełożył Seweryn Pollak, Książka i Wiedza, Warszawa 1953, s. 22, s. 37-38; jest to pierwszy polski przekład, którego druk "ukończono dnia 15.VI.53").

[9] Marcin Wołk, Nie być Indiotą. O "Dziennikach gwiazdowych" Stanisława Lema, [w:] Od Lema do Sienkiewicza (z Ingardenem w tle). Prace literaturoznawcze ofiarowane profesorowi Andrzejowi Stoffowi w siedemdziesiątą rocznicę urodzin, pod redakcją Marzenny Cyzman, Anny Skubaczewskiej-Pniewskiej i Dariusza Brzostka, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2017, s. 232-233, przypis 19. Dalej cytuję jako Wołk.

[9a] [Dopisek] Pan Zbigniew Górecki uprzejmie zwrócił mi uwagę na inne ciekawe powinowactwo z Tichym. Otóż w Korzeniu robotnik Wazelinary Kupow tak wyjaśnia, skąd się wzięły ostatnio w sodzie kiszonej okruszki:

"Przypisują to naszemu sockotowi, Marfaszy. Kocisko ześlizgnęło się do kotliszcza i na amen je wyparzyło. Rozłożyło się na kocian sody" (Korzenie, s. 134).

A to już cytat z "Podróży dwudziestej ósmej" Ijona Tichego (pierwodruk w wydaniu Dzienników gwiazdowych z roku 1966):
"Mały Pyzio, ten, co fruwa odrzutowo i mówi f zamiast p (flaneta zamiast planeta, ale za to - spodnie planelowe), wrzucił - teraz się dopiero okazało - kota do zbiornika z sodą, która pochłania nam dwutlenek węgla. Biedne kocisko rozłożyło się na dwukocian sody" (Stanisław Lem, Dzienniki gwiazdowe, Czytelnik Warszawa 1971, s. 310; kursywa za oryginałem, bo Ijon Tichy cytuje w tym miejscu pamiętnik swego przodka, kapitana żeglugi gwiezdnej Wszechświta Tichego).

Soda, kot, (dwu)kocian sody...

[9b] [Dopisek] Jest jeszcze jeden trop, radziecki, a mianowicie Łaźnia Włodzimierza Majakowskiego. Po raz pierwszy wystawiona u nas pod koniec 1954 roku (premiera 11 grudnia, Teatr Nowy w Łodzi, reżyseria Kazimierz Dejmek), ale przekład Artura Sandauera wydał PIW dopiero w roku 1956. Podobny jest nastrój tej groteski, są groteskowe nazwiska (Optymistenko, Momentalnikow, Welocypedkin, naczelny dyrektor, towarzysz Pobiedonosikow, to w skrócie naczdyrdups), dialogi zaś nierzadko takie, że Lem mógłby je przejąć do swojego Korzenia żywcem.

"Mezaliansowa: No, oczywiście, sztuka powinna odzwierciedlać życie, piękne życie, pięknych żywych ludzi. Pokażcie nam pięknych, rześkich ludzi wśród pięknych krajobrazów i w ogóle rozkład mieszczaństwa. A nawet taniec brzucha, jeśli to potrzebne dla agitacji. Albo, dajmy na to, jak na zgniłym Zachodzie toczy się świeża walka ze starym ustrojem. [...]

Iwan Iwanowicz: Tak, tak! Sprawcie nam przyjemność! W Teatrze Wielkim sprawiają nam same przyjemności. [...] Wszędzie fruwają z kwiatami, śpiewają, tańczą różne elfy i... syfilidy.

Reżyser: Sylfidy, chcieliście powiedzieć? [...] Wybaczcie, ale elfów było już dosyć i ich dalszy przyrost nie jest przewidziany w planie pięcioletnim. [...] No, jeśli wam to się podoba, to tutaj otwierają się nieskończone horyzonty dla fantazji. Możemy po prostu przy pomocy całego aktorskiego personelu dać symboliczny obraz. [...] Wy będziecie kapitałem. Stańcie tutaj, towarzyszu kapitale. Tańczcie nad wszystkimi z wyrazem panowania klasowego. [...] Wyimaginowane masy robotnicze, powstańcie symbolicznie! Kapitale, padaj przyjemnie! Dobra! [...] Wolny personel męski, zrzucajcie urojone kajdany, wznoście się do symbolu słońca. Wymachujcie tryumfalnie rękoma. Wolność, równość i braterstwo, symulujcie żelazny krok robotniczych falang. Depczcie rzekomo robotniczymi nogami rzekomo strącony rzekomy kapitał. [...] Wolny personel kobiecy - na scenę! Wieńczcie wyimaginowanymi girlandami głowę wyklętego ludu ziemi, symbolizując kwiaty szczęścia, które rozkwitły za socjalizmu! Dobra! Proszę! Gotowe!" (Włodzimierz Majakowski, Łaźnia, przekład Artur Sandauer, [w:] Idem, Utwory Sceniczne. Proza, pod redakcją Mieczysława Jastruna, Seweryna Pollaka, Anatola Sterna, Adama Ważyka, Czytelnik, Warszawa 1959, s. 288-291).

[10] "Myślę, że najbliższym przyjacielem ojca przez całe życie był Jan Józef Szczepański, niemal członek rodziny. Osoba, do której ojciec miał bezgraniczne zaufanie" (Ojciec był dużym dzieckiem. Z Tomaszem Lemem rozmawia Katarzyna Janowska, "Polityka" 2009, nr 39, s. 72).

[11] Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta w DODATKACH: "Stanisław Lem czci rewolucję październikową albo Wells, Lenin i wstydliwy trybut. WYPISY".

[12] Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Cyfrant, Kraków 2013; cytat z rozdziału "Czas nieutracony"; kursywa za oryginałem; w kolejnym wydaniu tradycyjnym (Kraków 2018) s. 61-62. Tych słów Stalina, które przytacza Lem, nie ma w odnalezionym maszynopisie Korzenia.

Trochę inaczej mówił o tym Lem w rozmowach z Tomaszem Fiałkowskim:

"- Był jednak pewien pański utwór, którego nie próbował pan nawet przedstawić cenzurze - groteskowa opera o Stalinie...

- Ja tę operę nawet nagrałem, ale taśma magnetofonowa starego typu stała się wskutek długiego składowania nie do odczytania, a maszynopis zaginął gdzieś w czeluściach naszego domu. Pamiętam oczywiście fragmenty: w finale wychodził na scenę towarzysz Stalin, «nadludzko genialny i nieludzko uśmiechnięty». Występowały tam takie osoby, jak Awdotia Niedonagina-Praksichwsichina, jak Diemientij Psichow, który pojechał do Stanów Zjednoczonych, by tam podglądnąć kapitalistyczną produkcję przez dziurkę od klucza, i wrogowie wybili mu oko, wsadzając w tę dziurkę drut do szydełkowania, jak enkawudysta Anichwilitegonieradzę [sic!], który się nerwowo bawił naganem. Występował też Miczurenko, uczeń Łysiurina; wyhodował on kaktus z sutkami, który wytwarzał specjalne mleczko i można go było doić. Miczurenko okazał się jednak nie dość prawomyślny, mleczko nie było takie, jak trzeba, po uczonego mieli przyjść przedstawiciele wiadomego urzędu, zmiłował się jednak nad nim nieludzko uśmiechnięty Stalin. - Nu - powiada - niemnożko tak od linii otorwalis’, y? - A, niech tam...

Czytałem tę sztukę znajomym i przyjaciołom, nawet nie pod kołdrą. Odgrywałem wszystkie postacie, także Awdotię Niedonaginę, przemawiając cienkim głosem. Nie mogę odżałować jej straty" (Świat na krawędzi. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000, s. 69-70).

Tym razem nie ma ani słowa o tym, kiedy ta groteskowa opera o Stalinie została napisana. W każdym razie Lem już bez trwogi wychodzi z nią poza najbliższy krąg rodziny i czyta ją "znajomym i przyjaciołom".

A tak pisał o Korzeniu w liście do Stanisława Remuszki z 26/7 listopada 1989. Tam z kolei pojawia się całkiem konkretna data powstania tego dziełka, ale dla odmiany nie ma ani słowa o tym, by Korzenie było komukolwiek czytane:

"Napisałem w roku 51 cudowny dramat KORZENIE [o «korzeniu się przed Zachodem«»], osoby: Awdotja Niedonagina-Praksywtichina, Warfałamotwiej Bartuchyłtimuszenko, biolog radziecki Miczurenko, uczeń Łysiurina, pracownik Iz Organow, Anichwili Tegonieradze, i sam Tow. Stalin, niestety: tekst zginął, na taśmie zaś (grałem SAM wszystkie role) ok. 1/3 dyabli wzięli (magnetofon). Nie wiadomo, czemu. Wielka to szkoda Kultury Narodowej, PRON by się uśmiał. Teraz by tę sztukę zaraz mi wystawili. Napisałem dla odpuszczenia pary, bo już mi soc bokiem-gardłem wychodził" (Stanisław Lem, Stanisław Remuszko, Lem - Remuszko (korespondencja 1988-1993), Oficyna "Rękodzieło", Warszawa 2019; cytuję za faksymile listu ze strony 154; wyróżnienia za oryginałem). Panu Stanisławowi Remuszce dziękuję za uprzejme udostępnienie tej rzadkiej książki. Dalej cytuję jako Lem - Remuszko.

[13] Wojciech Orliński nie mógł pominąć Dziennika Szczepańskiego w swojej biografii Lema, toteż gdy próbuje udowodnić, że Lem nigdy przenigdy nie był "bardzo czerwony", musi uciekać się do bałamuctw i retuszy. W jego wersji sedno sporów światopoglądowych obu przyjaciół wyglądało tak:

"Wiadomo zatem, że początkiem przyjaźni był 4 września 1952 roku, kiedy to Lem uciął sobie ze Szczepańskim dłuższą pogawędkę w krakowskiej siedzibie Związku Literatów Polskich. Nawiasem mówiąc, ten pierwszy wpis należy do nielicznych historycznych dokumentów pokazujących jakąś formę aprobaty Lema dla filozofii marksistowskiej - Szczepański czuł się bowiem w rozmowach ze swoim przyszłym przyjacielem nawracany «może nie tyle na sam marksizm, co na aprobatę marksizmu».

W świetle tego, co Lem pisał wtedy w listach do wcześniej poznanych przyjaciół - oraz w świetle powstałej mniej więcej wtedy satyry na stalinizm zatytułowanej Korzenie - myślę, że Szczepański trochę przesadzał. Lem przede wszystkim był zdeklarowanym materialistą - z późniejszych wpisów w dzienniku wynika, że tym właśnie Szczepańskiego szokował najbardziej. Obalał wszystkie jego argumenty przemawiające za wiarą czy mistycyzmem (takie jak fenomen «cudownych uzdrowień», który Lem sprowadzał do igraszki statystycznej) - Szczepański z żalem, ale jednak przyjmował te argumenty" (Orliński - Lem, s. 188).

Tymczasem z notatek Szczepańskiego wynika, że nie było żadnej "pogawędki", ale coś, co Szczepański odebrał jako "nachodzenie". Lem niczym też Szczepańskiego nie "szokował", nie obalał żadnych argumentów za wiarą, a "cudownych uzdrowień" nie sprowadzał do igraszki statystycznej, tylko do działania wiary analogicznego do placebo. Czego Szczepański nie przyjął "z żalem", tylko prześmiewczo zapytał Lema, czy wiara w tezy marksizmu-leninizmu też mogłaby działać podobnie, jak wiara w "zamawianie" brodawek. Lem zaś najwyraźniej nie chwycił żartu, tylko dalej poważnie perorował.

Pozostaje więc jedynie argument z istnienia "powstałej mniej więcej wtedy satyry na stalinizm zatytułowanej Korzenie", w której świetle widać to, co chce się zobaczyć. Tyle że wiara w to, jakoby Korzenie powstało właśnie "mniej więcej wtedy", jest w istocie bardzo podobna do wiary w "zamawianie" brodawek. I działa również podobnie - to, co uwiera i szpeci, jakimś cudem znika. Trzeba tylko głęboko wierzyć.

[14] Jeśli założymy, że Lem pod koniec lat 40. lub na początku lat 50. pisze Korzenie na przeplotkę z takimi choćby dziełkami, jak Kocioł (wydrukowany we wrześniowym numerze "Twórczości" z roku 1950), to podejrzenie o cynizm będzie jak najbardziej uzasadnione. W Korzeniu komunizm jako wieczna harówka w fabryce sody kiszonej, a w Kotle - proletariusze, którym niestraszne są nie tylko kotły uszkodzone przez sabotażystów, ale nawet Urząd Bezpieczeństwa:

"Gdy [Marcinów] zmierzał do drzwi, podszedł do niego robotnik.

- Wy jesteście z Komitetu Wojewódzkiego?

- Tak.

- To powiedzcie im - wskazał kciukiem w tył przez ramię - żeby nam głowy nie mroczyli. [...] Niech Bezpieką nie straszą! Bezpieka nam robotnikom nie straszna. A głowy nie będziemy pchać.

- Tak, Bezpieczeństwa nie macie się co bać. A o pracy pomówimy potem - odparł Marcinów i ominąwszy stojącego wyszedł" (Stanisław Lem, Kocioł. Fragment powieści, "Twórczość" 1950, nr 9, s. 42).

To nie jest okazjonalny wtręt. Ten krótki fragment powieści (w sumie raptem 13 stron) to istna rewia słusznych ideologicznie motywów. Prócz nieludzko życzliwej dla robotników Bezpieki jest i sabotaż, i paru "przefarbowanych foksów [folksdojczów] i jeden leśny [partyzant]" (s. 38), którzy rozkradli akumulatory, i plan sześcioletni, i Amerykanie, którzy podkupują potrzebne nam szwedzkie łożyska, a nawet ukradli "kupiony w Szwajcarii wyłącznik mocy [...] zapłacony w dobrych dolarach" (s. 47), i pomocna dłoń Rosji, i jeszcze atak "na wszystkich frontach Indonezji, Chin, Grecji, odbudowanej Warszawy i fabryk" (s. 48). A na sam koniec towarzysz Marcinów z Komitetu Wojewódzkiego przemawia do robotników w te słowa:

"Imieniem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej ręczę, że każdy taki robotnik [który nie zgodzi się pracować przy uszkodzonych kotłach] dostanie pracę w swoim fachu, najdalej do kilku tygodni. Wiecie, że partia nigdy jeszcze nie złamała danego słowa" (s. 48-49).

Lem nie musiał pisać tej koszmarnej agitki. Nawet w 1950 roku pisarzy nie brano z łapanki i można było zarobkować jako kalkulator-chronometrażysta (przypadek Zbigniewa Herberta) albo stróż. Poza tym nawet ktoś, kto chciał być pisarzem, mógł pisać przyzwoicie (przypadek Jana Józefa Szczepańskiego). A już na pewno po październiku 1956, w roku 1957, nikt nie mógł wymusić na Lemie zgody na kolejne wydanie trylogii Czas nieutracony, w której ten fragment znajduje się w tomie trzecim (Powrót) na początku rozdziału "Stary cmentarz". Wprawdzie przeredagowany i już nie aż tak groteskowo socrealistyczny, ale Bezpieka nadal jest życzliwa dla robotników, Amerykanie zaś nadal kradną "zapłacone dolarami" wyłączniki (Stanisław Lem, Czas nieutracony, tom III: Powrót, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1957; dawny Kocioł to strony 552-563; wszystkie trzy tomy w jednym woluminie z ciągłą numeracją stron). Zresztą w innych miejscach tej książki można trafić na podobne kwiatki, na przykład na taki konterfekt leśnego dowódcy:

"Dowódca założył kciuki za pas. Marszcząc czoło wciągał ze świstem powietrze.

- A wy co, polscy profesorowie?! - ryknął nagle głosem wysilonym do zdarcia. - Co robicie?! Rozkazów bolszewii słuchacie? Chleb moskiewski zapachniał?! Żydokomunę zaprowadzać?! Co?! Co?! Co?! - krzyczał coraz przenikliwiej, jakby upajając się własnym głosem" (s. 414).

Nic dziwnego, że inny "z leśnych", podwładny tego ryczącego, chodzi w poniemieckim płaszczu "z trzema żelaznymi krzyżami, które przy każdym ruchu dzwoniły" (tamże). Widocznie dzwonienie po lesie to dla leśnych bandytów sama radość.

W roku 1957 nie wchodziły w grę nie tylko naciski polityczne, ale także twarde naciski ekonomiczne. Lem wtedy bynajmniej nie głodował. Przeciwnie, przymierzał się do budowy domu i kupna samochodu. A w rok później pisał do przyjaciela, Jerzego Wróblewskiego: "[...] jeder versucht einen kleinen Weg zu finden, wo er was zu verdienen hätte, ohne aus sich eine Hure zu machen" (Orliński - Lem, s. 138). Czy to się Lemowi udało, niech już każdy sam sobie odpowie wedle własnej miary.

[15] Tomasz Lem twierdzi, że jego ojcu przez całe życie zdarzały się "napady niebywałej wprost naiwności". Na przykład we wczesnych latach 50. (kiedy to podobno miał pisać albo już nawet napisał Korzenie) "potrafił pokłócić się z żoną o stonkę, rzekomo zrzucaną przez Amerykanów nad Polską. Barbarę ta absurdalna informacja podana przez «Trybunę Ludu» mogła tylko rozśmieszyć; jej mąż natomiast we wszystko uwierzył - przecież «Trybuna» zamieściła nawet zdjęcie imperialistycznego pojemnika, którego zawartość miała pokrzyżować plany uświadomionym klasowo chłopom" (Tomasz Lem, Awantury na tle powszechnego ciążenia, Cyfrant, Kraków 2012; rozdział 10 "PRL").

Potwierdza to zresztą sam Lem w liście do Stanisława Remuszki z 8 grudnia 1989:

"[...] ja w stonkę uwierzyłem, ujrzawszy Fotografie w krajowym piśmie jak stonka z kanistrów wyłazi, na spadochronach zrzucanych. Byłem Niesłychanie Naiwny, to fakt, i po trosze zostałem w tym sensie, że jak mi pokazują coś takiego, to myśl „Fałszerstwo” nie jest moją pierwszą myślą. Ja niczego nie bronię, tylko wyjaśniam" (Lem - Remuszko, s. 45; wyróżnienie moje; w oryginale Lem podkreślił słowo "pierwszą", faksymile na stronie 157).

[16] W przemówieniu, które Lem napisał 4 stycznia 1987 roku z okazji przyznania mu nagrody fundacji im. Alfreda Jurzykowskiego, znów pojawia się stonka, ale tym razem wyjaśnienie jest nieco inne:

"Mogę tylko powiedzieć o sobie, że pisałem o tym, w co wierzyłem, o przyszłości, która wydawała mi się osiągalna. Postępowałem tak nawet wówczas, kiedy pisałem (skądinąd kiepskie i prawie nie znane) opowiadanie Kryształowa kula, które Leopold Tyrmand schlastał w swoim dzienniku z 1954 roku, sugerując, że nabzdurzyłem tam o stonce ziemniaczanej, zrzucanej przez Amerykanów, ażeby móc opublikować skądinąd dość ciekawy utwór fantastyczny. Tyrmandowi nie przyszło do głowy, że pisząc tę nowelkę nie byłem oportunistą, lecz tylko durniem, ponieważ w ową amerykańską stonkę na spadochronach po prostu uwierzyłem" (Stanisław Lem, Poznanie i zło; cytuję za stroną solaris.lem.pl; wyróżnienie moje).

Przemówienie znane jest od ponad trzydziestu lat, Korzenie - od ponad dziesięciu. Jednak chyba żaden z lemologów nie zastanawiał się, jak do deklaracji "pisałem o tym, w co wierzyłem", dopasować prześmiewcze "będziemy bardzo, bardzo harować". W książce Orlińskiego nie ma o tym przemówieniu Lema nawet wzmianki. Ale za to można dowiedzieć się wiele o jego samochodach i ulubionych słodyczach, choć Lem przecież nie zasłynął ani jako rajdowiec, ani jako cukiernik.

Nb. dziwna sprawa z tą stonką jako dowodem durnoty. Bo przecież stonka ani nie pojawia się w Kryształowej kuli, ani też nic o niej nie pisał Tyrmand. Pisał natomiast tak:

"Niedawno przeczytałem opowiadanie Lema w Dookoła Świata - nazywało się Kryształowa kula i miało na mnie wpływ osobliwy. Nie przypominam sobie, abym uprzednio miał do czynienia z literaturą, która tak jednako budziłaby we mnie zachwyt i obrzydzenie. Jest to opowiadanie o opowiadaniach, misterna pętla erudycji [...] jakaś niezwykła literacka fuga [...]. Wszystko zaś spina wątek o agencie amerykańskiego wywiadu, który usiłuje okraść francuskiego profesora, naturalnie postępowca i członka Ruchu Pokoju, z jego odkryć i badań. I co z tego Lem ma? Oczywiście, ma opublikowane opowiadanie, które bronić można argumentem, że owe dwie pyszne historie, czyli dwa główne wątki, nie ukazałyby się w druku, gdyby nie trzeci. Ale czy można ratować cokolwiek za cenę niedorzeczności? Czy koncesja, czyli środek, nie staje się dominantą? Jeśli kultura jest tlenem ludzkości, to każde zatrucie powietrza się liczy, nawet najulotniejszy bzdet czuć. Lem woli, żeby opowiadanie żyło, nawet napiętnowane wulgarnym idiotyzmem, lecz dla mnie - i zapewne dla bardzo, bardzo wielu - literatura, której domalowuje się wilcze kły imperializmu na przepustkę, przestaje żyć" (Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Polonia Book Fund, Londyn 1980, s. 229-230).

[17] Być może późną reminiscencją tych przeżyć jest w Korzeniu didaskalium: "(wszyscy się śmieją socjalistycznie, tj. nie dla własnej korzyści)" (Korzenie, s. 134).