EBENEZER ROJT

Zdziczenie Joanny Bator
albo cipka nieogolona

"Ja, od kiedy tu przyjechałam, nie goliłam nóg ani cipki. Zdziczałam tu i odpowiadało mi to" - wyznaje pod koniec powieści Ciemno, prawie noc jej bohaterka i narratorka, Alicja Tabor [1].

Dzikie miasto nieogolonych ludzi, do którego przyjechała, to Wałbrzych, przedstawiony w książce jako kraina horroru, anus Poloniae - żeby już pozostać w tych samych rejonach anatomicznych. Skądinąd rzeczywiście rodzinne miasto autorki, Joanny Bator, co daje do myślenia, bo żeby akurat "kraj lat dziecinnych" tak obsmarować, trzeba chyba kryć sporą zadrę w sercu. Na dobitkę autorka w ostatnim dopisku wychyla się spoza kart powieści, mruga do czytelników, i oświadcza, że to Wałbrzych całkiem zmyślony. No i jak teraz, po tak ostentacyjnej dementacji, nie uznać, że jednak coś jest na rzeczy?

Podobnych mrugnięć znajdzie się zresztą więcej. Tabor-Bator to anagram nie do przeoczenia. Poza tym Alicja Tabor jest reporterką "największej polskiej gazety", osobą bywałą w Japonii i nawet upodobanie do słowa "cipka" dzieli ze swą matką-stworzycielką, czyli z realną pisarką Joanną Bator, która rzeczywiście pisywała do "Gazety Wyborczej" i rzeczywiście przedstawia się jako wielka miłośniczka kultury japońskiej [2]. Gdy ma się ambicje dydaktyczne - a w Ciemno, prawie noc swąd kaganka oświaty czuć na każdej stronie - to wygodna strategia. Można jednocześnie zbałamucić czytelnika intymnym wglądem, bo to moje, rodzinne, znam to od dziecka, a potem wyprzeć się wszystkiego, bo to przecież tylko literatura, ujadanie wyobraźni roztropnie uwiązanej na krótkiej smyczy.

Mam wrażenie, że chyba właśnie te cipki i powarkiwania wyobraźni, w sumie przecież dobrze ułożonej i zawsze reagującej na polecenie "do nogi", zwiodły krytyków niechętnych autorce i jej środowisku. Pisano nawet o "hołdowaniu religii ciała"; pewnie dlatego, że jej bohaterka wygłasza między innymi takie oto deklaracje:

Codziennie biegam dziesięć kilometrów i ta godzina wolności, gdy czuję swoje ciało i jego siłę, daje mi pewność, że przetrwam kolejny dzień, noc, kolejną bolesną historię, jaką ktoś mi opowie, domagając się zrozumienia, które zawsze mam przy sobie, jak lekarz stetoskop, i pomocy, której często nie jestem w stanie udzielić (Ciemno, s. 75).
Potrafi także złożyć konkretną propozycję mężczyźnie o płaskim i twardym brzuchu: "Łóżko, seks bez zobowiązań, pieprzyć się i zapomnieć o bożym świecie" (Ciemno, s. 239), a potem w istocie pieprzy się z nim i to tak swobodnie, jak wcześniej biegała o poranku: "Bliskość ciał w rozkoszy, sam ruch i rytm jak przy bieganiu, tego potrzebowałam" (Ciemno, s. 242), na koniec zaś przechodzi gładko od "bliskości ciał" do skojarzeń cokolwiek duchowych:
Przyjrzałam się pępkowi mojego kochanka. W książce o buddyzmie znalazłam niedawno hieroglif oznaczający pustkę i z jakichś tajemniczych powodów utkwił mi w pamięci. Tak wyglądał pępek mężczyzny, do którego pokoju weszłam przez okno w zimną listopadową noc" (Ciemno, s. 242).
Buddyzm, pępek jak hieroglif, rytm rozkoszny jak przy bieganiu. "Religia ciała"? Nie przesadzajmy! Chciałoby się raczej za czwartym wieszczem powtórzyć: "Naiwne to i niewinne". Jest bowiem paradoksem tej książki, że chociaż stara się ona opowiadać o sprawach ciemnych i strasznych, o samej podszewce zła, spowija ją zarazem aura tej szczególnej niewinności, jaką roztacza właśnie powieść dydaktyczna, i to z tych mniej skomplikowanych, skierowanych raczej do młodszego czytelnika. Coś między społecznie zaangażowaną Księgą urwisów a onirycznym Siódmym wtajemniczeniem.

Dydaktyzm przesłonił niestety dbałość o szczegóły. Pewne ważne dla fabuły wydarzenia podobno miały miejsce przed trzydziestu laty [3], a więc najpóźniej w roku 1981. O ile jednak jeszcze od biedy można było słuchać w Polsce w 1981 roku muzyki z walkmana [4], o tyle na pewno nie można było wtedy oglądać przygód Stefanii pogryzionej przez krokodyle [5], ani bawić się na początku 1982 roku przy piosence Maryli Rodowicz Niech żyje bal [6]. Wstyd tak to wszystko mieszać, gdy tyle się dziś mówi o zaniku świadomości historycznej wśród młodzieży, uważającej niekiedy, że to Adam Michnik osobiście wygrał Powstanie Warszawskie.

Wstyd także mylić różne drobiazgi, bo to przyzwyczaja młodzież do niechlujstwa.

Fritzl, ten starszy pan z Austrii co to, pamiętacie, gwałcił i więził przez 24 lata swoją córkę, to oczywiście Josef, a nie Joseph [7]. Nie jest też prawdą, że nie ma już rtęciowych termometrów [8]. Jeszcze dziś można taki nowy termometr kupić za kilka złotych. I nawet swoją wiedzą o Japonii popisuje się Joanna Bator niezbyt zręcznie. Bo co to znaczy, że ktoś dostawał na drugie śniadanie kanapki z mięsem wielkości odpowiedniej dla zawodnika sumo, skoro akurat zawodnicy sumo w ogóle nie jadają śniadań [9].

Również niektóre tajemnice świata przedstawionego bardziej przypominają zwykłe niedoróbki.

Alicja Tabor, osóbka nowoczesna, korzysta z komputera i z Internetu, co ma istotne znaczenie dla przebiegu akcji. Ale nie wiadomo, skąd w opuszczonym od piętnastu lat domu w zapyziałym Wałbrzychu wzięło się nagle bezprzewodowe łącze [10]. Nie wiadomo też, skąd w dopiero co wypożyczonym samochodzie zjawiają się - jakby ściągnięte z czarodziejskiego stoliczka - płyty z lamentem Dydony z opery Purcella oraz z kantatą Bacha Ich hatte viel Bekümmernis. Wałbrzyski realizm magiczny?

Najbardziej z tych wałbrzyskich magicznych klimatów urzekły mnie trzy.

Po pierwsze, opowieść o mamie Ludmile, kierowniczce sklepu mięsnego, która w czasach Gierka założyła na zapleczu tajny nocny klub o nazwie Moulin Noir. Z weneckim lustrem i występami artystycznymi miejscowych pań.

To były piękne lata. Mama Ludmiła miała wyobraźnię godną diwy, ale musiała ją dostosowywać do przaśnych czasów i skromnych środków. Wymyśliła więc numer z kąpielą w wielkim kieliszku szampana, ale musiała zadowolić się wanną i oranżadą cytrynową, w której pławiła się na scenie Mariola taksówkarka. Napój dostarczał nam prywatny przedsiębiorca, który później dorobił się wielkiego majątku i został posłem.(Ciemno, s. 366-367).
Pomysł całkiem przyjemny, ale oranżada cytrynowa zamiast szampana to naturalnie tylko naśladownictwo z Kabaretu Starszych Panów, w którym Irena Kwiatkowska w roli babci, niegdysiejszej gwiazdy operetki, opowiadała, jak to po wojnie nie kąpała się już w szampanie, tylko w winie marki "Krakus" [11] [11a].

Po drugie, śmiałe rozwiązanie fabularne w bliskiej finału scenie, w której szybkonoga Alicja natyka się na jednego z powieściowych złych, po czym każe mu biec i ściga go tak długo i nieustępliwie, aż udaje się jej zagonić go na śmierć. No, prawie na śmierć: niegodziwiec dostaje ostatecznie zawału i trafia do szpitala. Wpadlibyście na coś takiego?

Jednak najwięcej o niekonwencjonalnym warsztacie pisarskim Joanny Bator mówi inna scena. Tym razem jej bohaterka nie biega, nie pieprzy się i nie studiuje pępków, ale oddaje się czynności znacznie częściej w Polsce uprawianej, a mianowicie - piciu wódki.

- Wie pani, co robi w takiej sytuacji prawdziwy Poleszuk? [...] - Prawdziwy Poleszuk wódki się napije i strzeli sobie w łeb! Napije się pani ze mną? [...] Wypiliśmy po setce. Nadal czułam ogień w przełyku, gdy Marian Waszkiewicz nalał drugą setkę. [...] Wypiliśmy i chwilę siedzieli w milczeniu [...] Dyrektor dolał mi wódki (Ciemno, s. 406-407).
Zrazu myślałem, że miała to być kolejna prezentacja nadludzkich mocy tkwiących w tym wysportowanym kobiecym ciele, gdyż z opisu wynika, że dyrektor w sumie nalewa tak pięć razy. A to znaczy, że narratorka wypija w mniej niż kwadrans prawie pół litra bez zakąski, gdyż dwie setki są wypijane natychmiast, później jeszcze dwie i dopiero po czwartej kręci się jej w głowie, a piątą ukradkiem wylewa. Potem zaś wprawdzie zaraz rzyga, ale prawie natychmiast dochodzi do siebie - niczym Wojciech Pszoniak w pamiętnej scenie z Ziemi obiecanej.

Na wszelki wypadek przeczytałem jednak opis tego pijaństwa jeszcze raz, uważnie (jak zapewne zrobiła to również sama autorka oraz redaktor wydawnictwa W.A.B.) i dopiero wtedy dotarło do mnie, że przecież dyrektor Waszkiewicz leje wódkę do kieliszków i sam z kieliszka pije [12]! Czyli że nie są to wcale żadne groźnie brzmiące "setki", dzikie i brutalne, tylko najpewniej zwyczajne eleganckie kieliszeczki, takie co to mieszczą 25 gramów, a więc ledwie ćwierć tego, co prawdziwa męska setka. Pomylić ją z tycim damskim kieliszkiem - zgroza!

Jak bowiem może zrozumieć polską duszę ktoś, kto nie wie, co to naprawdę znaczy, że się wypiło po setce, a potem jeszcze trzy razy powtórzyło kolejkę? Ale tak to się kończy, gdy genderowe subwersje zstępują już nawet na poziom zastawy stołowej.

Dla porządku przypomnę jeszcze, że młodzieżowa powieść Joanny Bator została wyróżniona nagrodą Nike oraz włączeniem do Biblioteczki Biedronki, tak więc zapewne każdy przynajmniej jedno z tych wyróżnień uzna za w pełni zasłużone.

[1] Joanna Bator, Ciemno, prawie noc, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013, s. 504. Dalej cytuję jako Ciemno.

[2] Alicja Tabor o sobie: "Gdy zwieńczyłam swój ekstrawagancki strój sportową czapką, doszłam do wniosku, że bardziej przypominam jedną z kociar niż reporterkę największej polskiej gazety" (Ciemno, s. 396).

Alicja Tabor o Japonii: "Te same kolory i faliste linie zobaczyłam po latach na wyblakłych japońskich drzeworytach, [...] gdy stałam przed Utamaro, Hokusaiem czy Hiroshige w tokijskim muzeum [...]" (Ciemno, s. 223). "Poznałam kiedyś japońskiego poetę [...]" (Ciemno, s. 240). Prawdziwa Joanna Bator była kilkakrotnie w Japonii jako stypendystka i nawet napisała o tym książkę Japoński wachlarz.

Joanna Bator o cipce: "A mnie się zawsze podobało słowo «cipka». Jest słodkie i seksowne. W zasadzie byłoby lepiej, gdybym była lesbijką, z wielu powodów. Ale również z tego, że mogłabym wtedy pisać tylko o cipkach". Zob. Tomasz Kwaśniewski, Między fuksją a penisem, czyli jak się pisze seks w polskiej literaturze. Wyznania pisarzy, Wyborcza.pl, 24 lutego 2014 (strona zarchiwizowana).

Niech jednak smakosze literatury erotycznej nie ostrzą sobie niepotrzebnie apetytu: słodkie i seksowne słowo "cipka" pojawia się w Ciemno, prawie noc zaledwie cztery razy. Plus dwa razy "cipeczka" i raz "cipa".

[3] "- Otwórz oczy - poprosił. - Nie zmieniłaś się. / - Minęło trzydzieści lat" (Ciemno, s. 299). Zob. także s. 196, 220, 239, 300, 301, 306, 319, 359, 377, 490, 497.

[4] "Słuchalibyśmy Genesis i Pink Floydów z walkmana, który ojciec przywiózł mi z Wiednia" (Ciemno, s. 305). W Japonii walkman wszedł na rynek w połowie 1979 roku, w USA - w roku następnym. W 1981 jeszcze w Europie Zachodniej był drogą nowinką.

[5] "Chciałam być jak Stefania pogryziona przez krokodyla, która jednak wyszła z całej przygody piękniejsza i silniejsza (Ciemno, s. 246). Chodzi o niezmiernie popularny w schyłkowym PRL-u serial australijski Powrót do Edenu, którego pierwszy sezon nakręcono dopiero w 1983 roku, a w Polsce puszczono kilka lat później.

[6] "Stanęliśmy twarzą w twarz w oświetlonej mrugającą żarówką szatni, a bal, który toczył się powyżej w sali gimnastycznej, rozbrzmiał dźwiękami Balu Maryli Rodowicz" (Ciemno, s. 199). Siostra narratorki popełniła samobójstwo na jesieni, a bal dziecięcy, w którym uczestniczy mała Alicja, odbywa się w czasie karnawału, czyli na początku następnego roku ("Jednocześnie przypomniałyśmy sobie karnawałowy bal sprzed prawie trzydziestu lat", s. 196). Piosenkę Niech żyje Bal Maryla Rodowicz zaczęła wykonywać w roku 1984, a jej szalona popularność przyszła jeszcze później, po festiwalu w Opolu w roku 1985.

[7] "Wiem, że świat jest pełen piwnic Josepha Fritzla i że większość pozostanie zamknięta" (Ciemno, s. 75).

[8] "Żałuję, że nie ma już rtęciowych termometrów, z których moja siostra wylewała skondensowaną ciemność" (Ciemno, s. 501).

[9] "Dostawałem na drugie śniadanie kanapki z mięsem wielkości odpowiedniej dla zawodnika sumo" (Ciemno, s. 369). Niejedzący śniadań zawodnicy sumo to ulubiony przykład tych dietetyków, którzy uważają, że lepiej chudnie się, gdy się je śniadania regularnie. Zob. na przykład rozdział piąty "The Sumo Wrestler Myth" w znanej książce Marka Hymana UltraMetabolism.

[10] Niewątpliwie miejscowego pochodzenia, bo psuje się, kiedy jest potrzebne. "Chciałam wysłać wiadomość do redakcji z informacją, kiedy mogą się mnie spodziewać, i w ten sposób przypieczętować swój rychły powrót, ale bezprzewodowe internetowe łącze było martwe. Nic w tym mieście nie działało [...]" (Ciemno, s. 291).

[11] Wieczór XV "Ostatni naiwni"; w okolicach 27 minuty:

Starszy Pan [Jeremi Przybora] - Przepraszam, babciu. A kiedy to ostatni raz kąpała się babcia w szampanie?

Babcia [Irena Kwiatkowska] - O... w trzydziestym ósmym. A w pięćdziesiątym ósmym w winie "Krakus"... iee... na koszt Estrady.

[11a] Pomijam tutaj zapożyczenia oczywiste, przede wszystkim z Haruki Murakamiego, bez których magiczny Wałbrzych straciłby wiele ze swojej magii. Dziwne przejścia, tunele, schody głębokie "jak studnia" przywodzą na pamięć studnię z Kroniki ptaka nakręcacza albo schody z autostrady z 1Q84. Wałbrzyskie kociary to dalekie krewne rozmawiającego z kotami pana Nakaty z Kafki nad morzem. Z kolei kotojady to podobna kategoria istot, co Czarnomroki z Końca Świata i Hard-boiled Wonderland albo little people z 1Q84. Ta ostatnia powieść towarzyszyła pisaniu Ciemno, prawie noc bodaj ze szczególną intensywnością.

Szybkonoga Alicja na pewno też czytała O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu, bo biega codziennie dziesięć kilometrów - dokładnie tyle, ile wynosi według Murakamiego standard "poważnego biegania". No i jeszcze uszy! Murakami, wiadomo, ma hyzia na punkcie uszu. Wystarczy przypomnieć osobliwą modelkę uszu z Przygody z owcą. I nawet w fabryce słoni, w której pracuje narrator Tańczącego karła, "sektor wyrobu uszu to najlżejszy odcinek linii produkcyjnej". Alicja podobnie. To zauważy "ucho z okrągłym kolczykiem, który rozciągał płatek ciała, tworząc obsceniczną czarną dziurę". To znów jej własne "lekko odstające uszy przykuwają uwagę rozmówców".

Takie namiętne murakamizowanie nie pozostało jednak bez wpływu na narrację. Miało być poza podziałami na kulturę wysoką i niską, miało być wartko i z suspensem, ale zamiast polskiego Murakamiego wyszedł Edmund Niziurski.

[12] "Znów napełnił kieliszki, łzy mu obeschły"; "[...] poderwał kieliszek i wypił z ponurą determinacją jak Sokrates cykutę" (s. 407).