EBENEZER ROJT

Wojciech Orliński o Ameryce
albo zmyślenia z podróży

Orliński napisał książkę o podróży po Ameryce, a wiadomo od niepamiętnych czasów, że relacje podróżników nie mogą się obejść bez zmyślania i koloryzowania. O co więc chodzi? Ba, gdyby Orliński przysięgał, że po wyjściu z saloonu w Bisbee zobaczył Wielką Stopę trzymającą tęczową flagę, wszystko byłoby w porządku [1]. Trudno jednak zaakceptować drobne zmyślenia i przeinaczenia, od których w trakcie czytania i tak dreszcz po krzyżu nie przejdzie, bo nie wzięły się z nadmiaru fantazji, lecz z braku rzetelności. Tym trudniej, że to wydanie drugie, podobno poprawione [2].

Większość wpadek Orlińskiego bierze się zaś dodatkowo z grzechu nieumiarkowania.

Na przykład w opowieści o tym, jak Amerykanie kupowali od Napoleona Luizjanę, w zupełności wystarczyłoby napisać, że działo się to w roku 1803. Kto będzie potrzebował szczegółów, doczyta w specjalistycznych dziełach. Ale Orliński dodaje jeszcze takie imponujące zdanie:

Podpisany dwunastego prairala roku jedenastego (we Francji obowiązywał jeszcze kalendarz rewolucyjny; poza Francją był wtedy 22 maja 1803) traktat nagle podwoił amerykańskie terytorium (s. 76).
Czyli nie tylko wie dokładnie, co kiedy było, ale nawet zna się na kalendarzu francuskiej rewolucji i umie go przeliczać na zwykły. Tymczasem są w tym jednym zdaniu aż trzy błędy. Po pierwsze, dziewiąty miesiąc w kalendarzu rewolucyjnym nie nazywał się prairal, ale prairial, miesiąc łąk (od francuskiego prairie - łąka). Po drugie, w roku 1803 dwunastemu prairiala odpowiadał 1 czerwca, a nie 22 maja. Po trzecie zaś i najważniejsze, traktat o kupnie Luizjany został podpisany 30 kwietnia 1803, to jest 10 floréala według kalendarza rewolucyjnego [3].

Z kolei do demaskacji amerykańskiego mitu drobnego przedsiębiorcy z głównej ulicy (Main Street) wystarczyłoby z powodzeniem kilka zdroworozsądkowych obserwacji. Ale Orliński próbuje to jeszcze efektownie zilustrować za pomocą filmu Franka Capry To wspaniałe życie:

Niezapomniany James Stewart gra w nim małomiasteczkowego biznesmena, którego złe wyroki fortuny doprowadziły na krawędź samobójstwa, ale jego Anioł Stróż powstrzymuje go przed tą decyzją, pokazując mu Main Street w fikcyjnym miasteczku Bedford Falls. Okazuje się, że tylko mrówczy wysiłek głównego bohatera powstrzymuje Main Street przed ostateczną degrengoladą. Na razie jest to urocza uliczka [...], ale niewiele brakuje, żeby cała wpadła w łapska chciwego bankiera. którego gra Lionel Barrymore. A gdy już w te łapska wpadnie, to nie będzie na niej miejsca dla uczciwych, ciężko pracujących drobnych biznesmenów - wszystko służyć będzie zaspokajaniu interesów bankowego molocha. Który z natury rzeczy woli robić interesy z innymi molochami - dlatego na przykład miejsce małego punktu gastronomicznego na rogu zajmie lokal należący do jednej z wielkich sieci fastfoodowych. Tak przecież wygląda dzisiejsza Ameryka [...]. Życie to nie film, w życiu nie ma aniołów (s. 18-19).
Wszystko to pięknie. Rzecz jednak w tym, że w filmie Capry całej tej inwazji molochów na uroczą Main Street w ogóle nie ma! Owszem, jest chciwy bankier. I, owszem, gdy miasteczko dostaje się w jego łapy (na szczęście tylko w wizji, którą sprowadza Anioł Stróż), przybiera nawet nową nazwę od jego nazwiska. Ale zarazem Main Street wcale nie wpada w piekło korporacji, lecz w tradycyjne piekło lichwy i rozpusty. Degrengolada dotyka moralności, a nie modelu biznesu! Główny bohater widzi, że tam, gdzie był jego uczciwy małomiasteczkowy biznes, nadal najprawdopodobniej działają jacyś inni małomiasteczkowi biznesmeni. Tyle że teraz prowadzą głównie lombardy oraz tancbudy ze stripteasem [4].

Takich niepotrzebnych zmyśleń można niestety znaleźć więcej.

Nie jest prawdą, że nazwa popularnego programiku ping, służącego do sprawdzania połączeń między komputerami w sieci TCP/IP, powstała wskutek nawiązania

do skeczu z wypuszczonego właśnie wtedy filmu Sens życia według Monty Pythona, w którym podekscytowany Michael Palin mówi o nowoczesnych "maszynach robiących ping" (s. 282).
Autor programiku, Mike Muuss, twierdził, że nazwał go tak od dźwięku, jaki wydaje sonar, co jest wyjaśnieniem prostym i logicznym. Spekulacje, że może Muuss wstydził się prawdziwego źródła swojej nazwy, lepiej sobie darować. Akurat w środowisku programistów zarówno poczucie humoru, jak i Monty Python, są wysoko notowane, a sam Muuss też z pewnością nie był ponurakiem [5].

Nie jest prawdą, że w czasie kręcenia Blade Runnera Bradbury Building (dom, w którym znajduje się filmowe mieszkanie J.F. Sebastiana i rozgrywa się finał filmu)

był de facto pustostanem, przed wyburzeniem uratowanym dzięki wpisowi na listę zabytków w 1977 roku. Dlatego właśnie mogła go tanio zająć ekipa filmowa do swojej wyłącznej dyspozycji (s. 204-205).
Było akurat odwrotnie. Budynek miał wtedy swoich stałych lokatorów i za dnia normalnie działał, w związku z czym ekipa filmowa mogła pracować wyłącznie od szóstej wieczorem do szóstej rano. To znaczy o szóstej rano wszystko musiało być już elegancko uprzątnięte i przywrócone do stanu z wieczora dnia poprzedniego. Ponieważ scenografia przewidywała sporo wody i brudu, ekipa techniczna zapamiętała tę "wyłączną dyspozycję" w pustostanie na długie lata [6].

Nie jest prawdą, że nie wiadomo, co oznaczało "tajemnicze słowo "CROATOAN" wyryte na ścianie budynku" w zaginionej kolonii Roanoke (s. 57) . Po pierwsze, słowo to zostało wyryte na jednym z pali ogrodzenia, gdyż budynki znikły. Po drugie, dla przybywającego po kilku latach gubernatora Roanoke, Johna White'a, był to całkiem jasny komunikat. Ponieważ obok napisu nie znaleziono umówionego znaku krzyża oznaczającego niebezpieczeństwo, White uznał, że koloniści z jakichś powodów przenieśli się na wyspę Croatoan, z której pochodził ich tłumacz Manteo. Sprawa ich losów oczywiście dalej pozostaje zagadkowa, ale po co dodawać nieistniejące tajemnice [7] [7a].

Nie jest też prawdą, że "nie wiadomo, co oznacza" tytuł Salmagundi, który Washington Irving nadawał zbiorom swych felietonów (s. 167). Salmagundi to po prostu rodzaj sałatki, popularnej w kolonialnej Ameryce już od końca XVII stulecia [8]. W każdym razie na ten czas datuje się pierwsze odnotowane użycie tego słowa, którego później używano również tak, jak używa się francuskiego potpourri, czyli w przenośnym znaczeniu "różności", "rozmaitości", "mieszanki". Opatrywano nim na przykład zbiory wierszy etc. Irving rzeczywiście miał prawo uznać, że czegoś takiego wprost nie wypada wyjaśniać.

Do tego dochodzi garść stwierdzeń wątpliwych lub niefrasobliwych [9]. Problemem Orlińskiego nie jest bowiem niedostatek informacji, lecz ich powierzchowna weryfikacja. Jak na razie nie wszystko jeszcze da się ad hoc sprawdzić za pomocą Google i wciąż warto czytać również tradycyjne książki.

Ameryka może i nie istnieje, ale czyżby Orliński nie wierzył już także w istnienie bibliotek [10]?

[1] Wojciech Orliński, Ameryka nie istnieje, wydanie drugie, Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2011. Dalej w nawiasach okrągłych strony z tego wydania. Dlaczego w Bisbee mogłaby się komuś zwidzieć Wielka Stopa z tęczową flagą, wyjaśnia się na stronach 59-60: "Jedyny saloon w mieście to lokal dla lesbijek. [...] [Bisbee] to dziś centrum kultury gejowskiej".

[2] "[...] po prostu teraz to wszystko zrobiono staranniej, bez tego wariackiego pośpiechu. A więc: wreszcie jest staranna korekta i bardziej przemyślany wybór zdjęć [...]" (zob. Wojtek Orliński, Ekskursje w dyskursie, notka "Ronald Reagan jako potwór", 27 czerwca 2011). Ślady działania korekty rzeczywiście znać tu i ówdzie. Na przykład zniknął językowy koszmarek o "dosłownych słowach Walta Disneya" ze strony 13 pierwszego wydania (Bielsko-Biała 2010). Ale "purytanie" dalej odmieniani są jak Rosjanie (Rosjan, purytan), zamiast jak franciszkanie (franciszkanów, purytanów), na stronie 206 słowa "reprezentatywny" użyto w znaczeniu "reprezentacyjny", a wojna domowa, po polsku nazywana zazwyczaj "wojną secesyjną", pojawia się jako "wojna cywilna" (s. 306), co jest oczywiście bezmyślną kalką z angielskiego "Civil War". Bez większych zmian pozostały także skandalicznie dziurawe indeksy.

[3] Zob. The Luisiana Purchase. A Historical and Geographical Encyclopedia, red. Julius P. Rodriguez, ABC-CLIO 2002. Tekst traktatu wraz z datą na stronach 408-409. Mówiąc ściśle, traktat nosił datę 30 kwietnia i właśnie od tej daty biegł sześciomiesięczny termin ratyfikacji, natomiast faktycznie podpisano go 2 maja. Zob. Thomas Fleming, The Luisiana Purchase, John Wiley & Sons, Hoboken 2003, s. 141.

[4] Scena z wizją odmienionej Main Street zaczyna się około 112 minuty filmu. Najbardziej rzucająca się w oczy różnica to wszędobylskie neony i wielka ilość lokali rozrywkowych. Nic jednak nie wskazuje na to, by ulicę zagarnęły korporacyjne "molochy". Nie ma żadnej "sieci fastfoodowej" w miejscu "małego punktu gastronomicznego na rogu". Być może lombard należy do jakiejś sieci, ale to też nie jest pewne. Dokładne studiowanie szyldów i ewentualne ustalenie struktury własności wymaga zresztą stop-klatki i nie było możliwe dla widza w latach czterdziestych. Natomiast przesłanie moralne ("Sodoma i Gomora w moim miasteczku!") widać nawet bez odrywania wzroku od przerażonej twarzy Jamesa Stewarta.

[5] "Sonarowe" wyjaśnienie nazwy "ping" wraz z dowodami na poczucie humoru Muussa można znaleźć na jego stronie "The Story of the PING Program"; niestety już tylko archiwalnej, gdyż Muuss zginął w wypadku samochodowym w roku 2000: "I named it after the sound that a sonar makes, inspired by the whole principle of echo-location". Zob. także David J. Marchette, Computer Intrusion Detection and Network Monitoring. A Statistical Viewpoint, Springer-Verlag, Nowy Jork 2001, s. 27: "[...] the name ping comes from an analogy with submarines and sonar [...]". Program ping ma rzeczywiście wiele zalet (choć nie jest ani uniwersalny, ani też niezawodny - da się go oszukać!), niemniej przepowiednia Orlińskiego, że program ten przetrwa do roku 2050, jeśli tylko "będą dalej istnieć komputery", jest tyle warta, co przepowiednia, że dolar przetrwa do roku 2050 jako światowa waluta, jeśli tylko będzie dalej istnieć Ameryka.

[6] Opowiada o tym David L. Snyder w trzy i półgodzinnym filmie dokumentalnym Dangerous Days. Making Blade Runner (2007) w okolicach 21 minuty części "Eye of the Storm". Snyder był dyrektorem artystycznym scenografem (art director)[6a] w ekipie Blade Runnera. Zob też informację na stronie www.screened.com: "The crew could only shoot at the Bradbury from 6:00 p.m. to 6:00 a.m. and had to clean the debris off the floors to make way for the business occupying the building. The art department eventually discovered that sprinkling the floors with ground up cork allowed for a convincing dirt substitute, combined with simpler cleanup once filming had wrapped".

[6a] Pan Piotr Sitarski, autor nominowanej do nagrody im. Bolesława Michałka monografii Ridleya Scotta (Sens stylu. O twórczości filmowej Ridleya Scotta, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2010), zwrócił mi uwagę, że "w przemyśle filmowym nie ma takiej funkcji jak «dyrektor artystyczny». Art Director to po polsku po prostu scenograf". Zechciał także uprzejmie podać mi następujące informacje bibliograficzne: Remigiusz Bocian, Michał J. Zabłocki, Angielsko-polski słownik terminologii filmowej, Wydawnictwo Wojciech Marzec, Warszawa 2008, s. 19: "art director, set designer, production designer = scenograf"; s. 258: "Art Director - Scenograf (synonim: production designer)". Marek Hendrykowski, Słownik terminów filmowych, Ars Nova, Poznań 1994, s. 266: "scenograf (ang. art director, production designer)". Takie więc obowiązują reguły.

Z drugiej jednak strony w Internecie przyjął się już obyczaj kalkowania amerykańskich nazw. Wikipedia powołując się na "Gazetę Wyborczą" przekłada "Art Director" jako "dyrektor artystyczny" (zob. hasło "Dyrektor artystyczny": "Dyrektor artystyczny (art director) - określenie stanowiska pracy, głównie w branży reklamowej, ale też filmowej, telewizyjnej, internetowej i w działach marketingowych dużych korporacji"; wyróżnienie moje). Podobnie FilmWeb, największy polski internetowy serwis filmowy, w swoim FAQ weryfikatorów zaleca, by "Art Director" przekładać jako "dyrektor artystyczny", "scenografa" rezerwując jedynie dla "Production Designer". Przypuszczalnie zatem polska terminologia filmowa i tak ostatecznie upodobni się do amerykańskiej, podobnie jak ma to miejsce w wielu innych językach. Zob. wielojęzyczny Glossary of Filmographic Terms na stronie International Federation of Film Archives (FIAF).

[7] Zob. Brian Belval, A Primary Source History of the Lost Colony of Roanoke, The Rosen Publishing Group, Nowy Jork 2006, s. 46: "As White approached the village, he discovered that the houses had been torn down and removed. [...] Carved into one of the fence posts on the outskirts of the village, the men found the word CROATOAN. Like the message CRO found on the tree near the beach, this message did not have a cross carved above it. To White, this meant that colonists had left Roanoke for Croatoan Island, the home of their interpreter, Manteo". Zob. też Lee Miller, Roanoke. Solving the Mystery of the Lost Colony, Arcade Publishing, Nowy Jork 2000, s. 14.

[7a] Pan Roman Książek, redaktor Ameryki, uprzejmie powiadomił mnie o dyskusji, jaką moje uwagi wywołały tutaj. Zapewnił mnie także, że osoba używająca w tej dyskusji pseudonimu "wo", to sam autor, Wojciech Orliński. Przyjmuję takie zapewnienie z odrobiną rezerwy, gdyż - jak odpisałem panu Książkowi - nie rozumiem, dlaczego ponad czterdziestoletni mężczyzna miałby przybierać zabawną pozę czupurnego i źle wychowanego nastolatka.

Merytorycznie obie wypowiedzi "wo" niczego nowego nie wnoszą. W pierwszej "wo" arbitralnie oświadcza, że jeśli idzie o znaczenie słowa "CROATOAN", to "wyjaśnień tego typu jest więcej. Nie da się rozstrzygnąć, które jest prawdziwe". Nie podaje jednak żadnego przykładu takiego konkurencyjnego wyjaśnienia. W drugiej wypowiedzi twierdzi z kolei, że to, co napisał, nie było błędne, a tylko niejednoznaczne, gdyż "niejednoznaczność jest po prostu nieusuwalnym elementem języka potocznego". Nie doprecyzowywał zaś, o co dokładnie z tym CROATOAN chodziło, gdyż byłoby to wdawanie się w zbędne subtelności; coś jak roztrząsanie narodowości Linusa Torvaldsa w podręczniku "kompilowania kernela Linuksa".

W obu wypadkach "wo" mija się z prawdą.

Podstawowym i zarazem jedynym bezpośrednim źródłem w sprawie CROATOAN jest relacja gubernatora Johna White'a z jego podróży do Wirginii w roku 1590. Wracając do Roanoke po trzyletniej nieobecności White zastał kolonię opuszczoną. Domy zniknęły, ale zostały starannie rozebrane, nie zaś zniszczone czy spalone. Na jednym z drzew odkrył wyryte litery "CRO", natomiast na słupie słowo "CROATOAN". Wszystko to go jednak nie zdziwiło, gdyż koloniści planowali przenosiny już wtedy, gdy przed trzema laty wyjeżdżał. Zgodnie z zawartą wówczas umową mieli pozostawić mu wiadomość wskazującą miejsce, do którego się przenoszą. Gdyby groziło im jakiekolwiek niebezpieczeństwo, powinni wyryć także znak krzyża maltańskiego ✠, ale takiego znaku nigdzie nie znaleziono. Uradowany White był więc pewien, że koloniści przebywają bezpieczni na wyspie Croatoan, skąd zresztą wywodził się ich tłumacz Manteo ("I greatly joyed that I had safely found a certaine token of their safe being at Croatoan"). Niestety, zła pogoda uniemożliwiła mu żeglugę w tamte strony, a później już nikt nigdy kolonistów z Roanoke nie widział.

Znaczenia napisu "CROATOAN" nie ustalano więc na podstawie mętnych domysłów. White wiedział, że napis ten dotyczy miejsca, gdzie przenieśli się koloniści, i że miejscem tym może być wyłącznie dobrze mu znana wyspa Croatoan. W swym sprawozdaniu wymienia tę wyspę wielokrotnie, podobnie jak wymieniał ją również w opisie swojej poprzedniej podróży do Wirginii z roku 1587. Tak zatem wygląda jedyne wyjaśnienie oparte na źródłach: relacji naocznego świadka, której autentyczności nikt nie kwestionuje. Reszta to spekulacje należące do domeny fantazji bądź nieuctwa. Co innego, jeśli chodzi o wyjaśnienie dalszych losów "zaginionej kolonii" z Roanoke, ale nie o to toczy się spór.

Jednoznaczne wyjaśnienie, o czym informowali White'a koloniści pisząc "CROATOAN", nie wymaga większej ilości słów niż roztaczanie aury fałszywej tajemnicy. Tym bardziej więc wyjaśnienia tego nie powinno było zabraknąć w rozdziale poświęconym najwcześniejszym dziejom angielskiej kolonizacji Nowego Świata. Podobnie jak w książce o Finlandii w rozdziale o strukturze narodowościowej tego kraju nie wypadałoby pisać, że pochodzenie Linusa Torvaldsa jest "tajemnicze", gdyż niektóre źródła (na przykład podręczniki kompilowania kernela Linuksa) piszą o nim wyłącznie per "fiński student".

Relacja White'a była wielokrotnie przedrukowywana. Sam korzystałem ze stosunkowo łatwo dostępnej edycji Henry'ego S. Burrage'a: Early English and French Voyages Chiefly from Hakluyt, Barnes & Noble, Nowy Jork 1959. Odpowiednie wyimki przytaczam ze stron 317-318 w pisowni przyjętej w tym wydaniu, ale z moimi wyróżnieniami:

"[...] as we entred up the sandy banke upon a tree, in the very browe thereof were curiously carved these faire Romane letters C R O: which letters presently we knew to signifie the place, where I should find the planters seated, according to a secret token agreed upon betweene them and me at my last departure from them, which was, that in any wayes they should not faile to write or carve on the trees or posts of the dores the name of the place where they should be seated; for at my comming away they were prepared to remove from Roanoak 50 miles into the maine. Therefore at my departure from them in An. 1587 I willed them, that if they should happen to be distressed in any of those places, that then they should carve over the letters or name, a Crosse ✠ in this forme, but we found no such signe of distresse. And having well considered of this, we passed toward the place where they were left in sundry houses, but we found the houses taken downe, and the place very strongly enclosed with a high palisado of great trees, with cortynes and flankers very Fortlike, and one of the chiefe trees or postes at the right side of the entrance had the barke taken off, and 5 foote from the ground in fayre Capitall letters was graven CROATOAN without any crosse or signe of distresse; [...] yet on the other side I greatly joyed that I had safely found a certaine token of their safe being at Croatoan, which is the place where Manteo was borne, and the Savages of the Iland our friends".

W relacji z podróży z roku 1587 White jednoznacznie identyfikuje Croatoan jako wyspę na stronach 287, 289-292.

[8] Zob. Robert Allen Palmatier, Food. A Dictionary of Literal and Nonliteral Terms, Greenwood Press 2000, s. 307: "The first combination of lettuce, salad oil, vegetables, eggs, meats, and cheeses appeared in the form of the 17th cent. salmagundi (MWCD: ca. 1674), which was popular in Colonial America". Jako MWCD autor cytuje 10 wydanie Merriam-Webster's Collegiate Dictionary z roku 1994. Dzisiejszym odpowiednikiem salmagundi jest wg Palmatiera chef's salad.

[9] Ponieważ stwierdzeń takich nie można uznać za jednoznacznie fałszywe, kilka przykładów umieszczam jedynie w przypisie.

Hipoteza, że Edgar Allan Poe umarł, gdyż padł ofiarą opryszków, którzy w czasie wyborów zmuszali upatrzone ofiary do wielokrotnego głosowania na wskazanego kandydata (s. 309; nazywano takie praktyki "coopingiem"), nie została wprawdzie nigdy sfalsyfikowana, ale też nie przemawia za nią nic prócz mało wiarygodnych i późnych pogłosek. Prawdopodobnie jej autorem był John Reuben Thompson, który postawił ją jakieś dziesięć lat po śmierci Poe'a w odczycie "The Genius and Character of Edgar Allan Poe" (zob. Ian Walker, "The Poe Legend", [w:] A Companion to Poe Studies, red. Eric W. Carlson, Greenwood Press 1996, s. 24: "T. O. Mabbott traced this legend back to John R Thompson's lecture «The Genius and Character of Edgar Allan Poe», in which he said that Poe was «seized by lawless agents of a political club, imprisoned in a cellar ... and next day in a state bordering on frenzy made to vote in eleven different wards»"). Odczyt ten, wielokrotnie przez Thompsona wygłaszany, opublikowano dopiero w 1929 roku z odnalezionego rękopisu (obecnie w muzeum Poe'a). W innym miejscu Walker wprost uznaje Thompsona za mało wiarygodnego świadka (zob. zredagowany przez niego Edgar Allan Poe. The Critical Heritage, Routledge, Londyn - Nowy Jork 1986 s. 324: [...] he was often an unrealiable witness).

Wypada tu przypomnieć, że Poe nie został znaleziony martwy, lecz spity do nieprzytomności. Umarł zaś po pięciu dniach w szpitalu, gdzie podobno częściowo wracała mu świadomość, tak że wykrzykiwał jakieś słowa, a nawet zdążył się pomodlić (co zapewne jest też tylko legendą). W ciągu tego czasu nie dał jednak znać (ani nikomu z opiekujących się nim nie przyszło to do głowy), że jest ofiarą pobicia, przemocy etc. (zob. Arthur Hobson Quinn, Edgar Allan Poe. A Critical Biography, wstęp Shawn Rosenheim, The Johns Hopkins University Press, Baltimore 1998, s. 639-641; wątłe poszlaki w sprawie domniemanego "coopingu" w przypisie 52 na stronie 639). Jeśli hipoteza Thompsona wciąż bywa traktowana poważnie przez niektórych wielbicieli Poe'a, to pewnie dlatego, że "tajemnicze morderstwo" zawsze wygląda lepiej niż zwyczajne "zapicie się na śmierć".

Dzieje The Rat Pack, grupy przyjaciół kręcącej się początkowo wokół Humphreya Bogarta, to w znacznej mierze zbiór legend. Tak więc żona Bogarta, Lauren Bacall, mogła swoje słynne zdanie "You look like a goddamn rat pack" (co Orliński przekłada jako: "wyglądacie razem jak cholerny gang uliczników", s. 236) wypowiedzieć akurat w tym hotelu, w którym Orliński zamieszkał w Las Vegas, to jest w hotelu Sahara. Niemniej zdecydowana większość badaczy tych plotek obstaje jednak przy hotelu Desert Inn (zob. np. Shawn Levy, Rat Pack Confidential, Doubleday 1998, s. 29-30 albo Jonathan Van Meter, The Last Good Time. Skinny D'Amato, the Notorious 500 Club, the Rat Pack & the Rise and Fall of Atlantic City, Bloomsbury Publishing, Londyn 2004, s. 135). Prawdę powiedziawszy, wersję z hotelem Sahara znalazłem po raz pierwszy właśnie u Orlińskiego.

Nazywanie Nicholasa Roericha "jurodiwym" (Mikołaj Rerich, autor książki Ałtaj - Himalaje, wydanej w 1980 roku przez PIW to ta sama osoba) albo redukowanie dorobku Wilhelma Reicha do teorii orgonu oraz konstruowania urządzeń przypominających "budki do masturbacji w peep-show" (s. 314), to niepotrzebna dezynwoltura. Można oczywiście obu panów nie lubić i nie cenić, ale czy ktoś, kto nie lubi i nie ceni na przykład van Gogha musi go zaraz nazywać, dajmy na to, "pacykarzem ze skłonnością do samookaleczeń"?

Niezrozumiałe jest dla mnie także pisanie o rozmaitych żydowskich gangsterach per "nasz prawie-rodak", "przyszywany rodak" (s. 227), czy "kolejny polski akcent w dziejach Ameryki" (s. 240), skoro oni po polsku nie umieli nawet zakląć. Jeśli jednak tak wyglądają "przyszywani rodacy", to Singera czy Rotblata trzeba chyba z miejsca uznać za rodaków stuprocentowych. Ale wobec tego, ile tak naprawdę nagród Nobla otrzymali Polacy? Nb. Iwo Cyprian Pogonowski w swojej Poland. An Illustrated History (Hippocrene Books, Nowy Jork 2003) z absolutną powagą zamieszcza na stronie 254 wykaz "Nobel Prize Winners Born in Poland". Lista ta liczy osiemnaście nazwisk i prócz Singera i Rotblata są na niej m.in. również Begin i Peres.

[Dopisek] Z jakichś tajemniczych powodów przerabianie żydowskich gangsterów na Polaków tak się Orlińskiemu spodobało, że kilka lat później powtórzył ten numer w artykuliku o Meyerze Lanskym (Wojciech Orliński, Orliński: Polak potrafi. Ten został szefem wszystkich szefów (strona zarchiwizowana), wyborcza.pl, 30 stycznia 2014). Znaleźć tam można na przykład wzruszającą uwagę, że "Suchowlański [pod takim nazwiskiem Lansky się urodził] pytany o swój kraj ojczysty zawsze mówił: «Polska»". Owszem, mówił. Ale chodziło mu głównie o podkreślenie, że ponieważ dorastał w kraju znanym z antyżydowskich pogromów, to - sami rozumiecie - musiał chcąc nie chcąc wyrosnąć na twardziela, który pilnuje swego. Barwną opowieść Lansky'ego o tym, jak pogromy hartowały Żydów, cytuje Rich Coen w swojej książce o takich właśnie żydowskich twardzielach (Rich Coen, Tough Jews. Fathers, Sons, and Gangster Dreams, Vintage 1999, s. 42). Do Polski jako "kraju lat dziecinnych" nie czuł Lansky najmniejszego sentymentu. Za to w znanym wywiadzie dla telewizji izraelskiej z 1971 roku mówił, że nie jest wprawdzie religijnym Żydem, ale wciąż pozostaje Żydem w sercu (no, I am not a religious Jew... but I am a Jew... in my heart). Ma się rozumieć, było to wyznanie przeznaczone dla izraelskiej publiczności, ale przerabianie Lansky'ego na Polaka na użytek polskiej publiczności to jeszcze większa chucpa.

Przy okazji. Orliński zaczął swój artykuł o Lanskym tak:

"Najciekawsza postać w filmie «American Hustle» jest tam zaledwie wspomniana w dialogach. Robert De Niro rzuca od niechcenia, że jest reprezentantem «pana Lansky'ego», i budzi tym grozę. Częściowo oczywiście wynika to z kunsztu De Niro - mało kto potrafi zrobić takie wrażenie, wypowiedziawszy ledwie jedną kwestię".

Nie wypada, by dziennikarz przedstawiany jako specjalista od popkultury tak bezwstydnie zmyślał scenę, której w filmie nie ma. Robert De Niro nie mówi ani słowa o tym, że jest reprezentantem "pana Lansky'ego", a więc również nie budzi tym grozy, nie robi wrażenia i nie używa swego kunsztu. O tym, kto jest od "pana Lansky'ego", informuje zza kadru głos narratora (mniej więcej w 77 minucie).

[10] Pierwotnie zakończenie brzmiało: "Wszystko to razem są jednak usterki, których usunięcie nie wymaga głębokich studiów. W zupełności wystarczy do tego kilkugodzinna wizyta w Internecie. Ameryka może i nie istnieje, ale czyżby Orliński nie wierzył już także w istnienie Google?" Ponieważ jednak nawet autor nie dostrzegł sarkazmu (ani aluzji do jego entuzjastycznego opisu wizyty w firmie Google; rozdział "Dolina Krzemowa, czyli o hipisach-inżynierach"), postanowiłem być bardziej prostolinijny. O tym zaś, co Orliński czasem potrafi od razu w Internecie "wyguglać" ("od razu ludzie w Internecie by to wyguglali"), można poczytać na przykład tutaj lub tutaj. A tutaj kopia pierwotnej notki Orlińskiego "Jacek Sasin, genetyczny patriota" ze zdaniem będącym kwintesencją metodologii "guglarstwa": "Link do biografii ojca Jacka Sasina, generała SB Józefa Sasina - dzięki Rpyzel! - wyjaśnia sprawę".