EBENEZER ROJT

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maria Dąbrowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maria Dąbrowska. Pokaż wszystkie posty

"Przymus szkolny to potworność!"
Szwindelek sprzed ponad stu lat

Nie można wyjść z podziwu - pisał w 1904 roku Stefan Zaleski - że ogół nasz tak mało zajmuje się szkołami, jak gdyby one nie odgrywały żadnej roli w życiu duchowem narodu. Tysiące ojców posyła dzieci do szkół publicznych, a żaden z nich z pewnością nie ma najmniejszego wyobrażenia o systemie dzisiejszego szkolnictwa. To samo można powiedzieć o literatach, publicystach, posłach sejmowych i wogóle o całej naszej inteligencyi, interesującej się sprawami publicznemi. Wychowanie młodego pokolenia, które gdzieindziej jest przedmiotem szczególnej uwagi i troski wszystkich myślących obywateli, schodzi u nas do rzędu tych spraw, któremi się zajmuje tylko ten, kto musi. Tej właśnie obojętności społeczeństwa na sprawy tak doniosłego dla kraju znaczenia przypisać trzeba w znacznej części śmiałość zapędów wstecznych rządzącego stronnictwa, a w następstwie tychże i całą nędzę naszych szkół ludowych a nawet i średnich [1].
Zaleski pisał o szkolnictwie w Galicji, więc przez rządzące stronnictwo z wstecznymi zapędami rozumiał galicyjskich konserwatystów, nazywanych potocznie stańczykami (kończyliście szkoły, więc na pewno wiecie, kto to). Natomiast jeśli idzie o stosunek ogółu do oświaty, to chyba trochę przesadził, bo przecież na oświacie (jak na medycynie) znają się u nas wszyscy i tak zresztą trwa to aż do dnia dzisiejszego.

Książka Zaleskiego, Ciemnota Galicyi w świetle cyfr i faktów, już samym tytułem nawiązywała do słynnej Nędzy Galicji w cyfrach Stanisława Szczepanowskiego [2] (kończyliście szkoły, więc wiecie... etc.), toteż potraktowano ją jako poważne źródło danych, a przy okazji także jako źródło kompromitujących cytatów, dobitnie ukazujących wsteczność "zapędów wstecznych rządzącego stronnictwa". Jak choćby ten oto cytat, w którym Zaleski przytaczał rady jednego z przywódców galicyjskich konserwatystów, Pawła Popiela:

Jeszcze lepiej i szczerzej odsłonił dążności stańczyków jeden z głównych filarów tego stronnictwa, Paweł Popiel, który w nrze 75 "Czasu" z r. 1889 takie społeczeństwu podawał rady:
Nikt nie ma prawa zmuszać lud do oświaty. Przymus szkolny, to potworność! Nauka nie powinna być bezpłatną i obowiązkową. Oświata, która ustawami zmusza człowieka do kształcenia się, prowadzi do socyalizmu. Szkoła powinna być wyznaniowa i ograniczona w nauce. Nauki przyrodnicze i literatura podkopują spokój ludzkości i wydzierają łaskę Boga i żywot wieczny. Nauczyciel duchowny lepszy będzie, niż świecki. W seminaryach nauczycielskich powinni kandydatów mniej uczyć. Kandydat z miernem uzdolnieniem, będzie najlepszym nauczycielem i t. d. (Ciemnota, s. 51; w oryginale nazwisko Popiela drukiem rozstrzelonym).
Wyimki z mniemanych rad Popiela szybko trafiły na łamy socjalistycznych gazet [3], ale do szerokiego obiegu weszły dopiero po latach, gdy przypomniał je Aleksander Świętochowski w drugim tomie Historii chłopów polskich (1928). Wprawdzie bez wskazania, skąd to wziął, ale za to z publicystyczną brawurą:
Tym samem głosem puhaczów średniowiecza zabrzmiał słynny furjat wstecznictwa Paweł Popiel: "Przymus szkolny to potworność. Ustawa, która ustawowo zmusza człowieka do kształcenia się, prowadzi do socjalizmu. Szkoła powinna być wyznaniowa i ograniczona w nauce. Nauki przyrodnicze i literatura podkopują spokój ludzkości, wydzierają łaskę Boga i żywot wieczny. Nauczyciel duchowny lepszy będzie, niż świecki. W seminarjach nauczycielskich powinni kandydatów mniej uczyć. Kandydat z miernem uzdolnieniem będzie najlepszym nauczycielem" [4].
Za Świętochowskim rzecz o Popielu powtórzył Jan Stanisław Bystroń w swojej Kulturze ludowej (1936):
Podobnie przemawiał wódz konserwatystów, Paweł Popiel: "Przymus szkolny to potworność. Ustawa, która ustawowo zmusza człowieka do kształcenia się, prowadzi do socjalizmu. Szkoła powinna być wyznaniowa i ograniczona w nauce. Nauki przyrodnicze i literatura podkopują spokój ludności, wydzierają łaskę Boga i żywot wieczny. Nauczyciel duchowny lepszy będzie, niż świecki" [5].
W rok później zaś o nieprzytomnym proteście Popiela wspomniała Maria Dąbrowska:
Sprawa przymusu szkolnego wywoływała protesty wręcz nieprzytomne. "Dzieje się gwałt prawom rodzicielskim - wołał z jej powodu Paweł Popiel. - Przymus szkolny to potworność. Ustawa, która zmusza człowieka do kształcenia się, prowadzi do socjalizmu. Szkoła powinna być wyznaniowa i ograniczona w nauce. Nauki przyrodnicze i literatura podkopują spokój ludności, wydzierają łaskę Boga i żywot wieczny. W seminarjach nauczycielskich powinni kandydatów mniej uczyć. Kandydat z miernem uzdolnieniem będzie najlepszym nauczycielem" i t. p. [6].
Trzy takie nazwiska - Świętochowskiego, Bystronia i Dąbrowskiej - wystarczyły, by odtąd Paweł Popiel pozostał w pamięci jako arcywstecznik, a w zasadzie - jako ponury idiota.

Wyciągano potem z lubością tego nieszczęsnego Popiela w czasach PRL-u. Przede wszystkim w propagandowej makulaturze, co czasem dawało efekt niezamierzenie groteskowy. Jak na przykład wtedy, gdy słowa "Szkoła powinna być wyznaniowa i ograniczona w nauce" cytował z oburzeniem szef cenzury, a więc instytucji, która bez porównania skuteczniej niż galicyjscy konserwatyści stała na straży obowiązującego wyznania i dbała, by wszelkie nauczanie ograniczało się wyłącznie do treści prawomyślnych [7].

Tyle że teraz już prawie nikt nie sięgał do Ciemnoty Galicyi Zaleskiego [8], ale zadowalano się cytowaniem Popiela za Świętochowskim lub Dąbrowską (co dziś łatwo poznać, bo są tam pewne drobne różnice stylistyczne [9]). Czasem też dokładano do takiego cytatu z trzeciej ręki jakieś dodatkowe bałamuctwa - że na przykład Popiel powiedział to wszystko na sesji sejmowej w roku 1887. I robiono tak nie tylko w pospiesznej publicystyce, lecz również w poważnych pracach naukowych [10].

Tym bardziej więc nie zaprzątano sobie głowy, by sprawdzić, co naprawdę znajduje się w owym artykule Pawła Popiela z 75 numeru "Czasu" z roku 1889, który tak smakowicie cytował Stefan Zaleski w Ciemnocie Galicyi w roku 1904. Tedy czekał sobie ten drobiazg cierpliwie przez 115 lat na Ebenezera Rojta. Aż w końcu się doczekał...

Otóż w artykule z 75 numeru "Czasu" z roku 1889 nie ma - jak już się pewnie domyślacie - ani jednego z tych zdań, które Zaleski przypisał Popielowi [11]. Podkreślam: ani jednego! Rzekome cytaty Zaleskiego można w najlepszym razie potraktować jako próbę streszczenia "własnymi słowami" wypowiedzi Popiela rozciągających się w oryginale na całe akapity. Przy tym próbę złośliwą, nieledwie pamfletową, więc zarazem sens tych wypowiedzi tendencyjnie wykrzywiającą i wyolbrzymiającą ich konserwatywną szkaradę.

Jak bardzo Zaleski wykrzywił myśl Popiela, o to można by się spierać długo. Ale ja tu nie piszę apologii stańczyków. Zwracam jedynie uwagę na tę elementarną sprawę, że nawet najpaskudniejszy konserwatysta ma prawo do uczciwego i porządnego cytatu. Także wtedy, gdy cel takiego wykrzywienia cudzej myśli zdaje się komuś szlachetny [12].

Zwłaszcza że w tym samym artykule Popiel pisał między innymi tak:

Czy zatem nie należy dbać o wychowanie początkowe, czy mamy je uważać jako złe albo obojętne? Bynajmniej, jakkolwiek długo w Europie społeczeństwo nie trudniło się nauczaniem początkowem i długo zostawione było zachodom i gorliwości rodziców, to twierdzę, iż w obecnym stanie kultury, a szczególniej w obecnym ustroju politycznym, wkładającym tak ciężkie obowiązki na obywatela, jeżeli społeczeństwo nie ma prawa nakładać obowiązku nauki, ma obowiązek zrobić dostępną naukę początkową - i ojciec rodziny płacący podatki, słusznie żądać może nauki początkowej dla dziecka. Czem zaś ma być ta nauka? nie trudno wnieść z tego, co się powiedziało wyżej. Dziś otwarta droga każdemu, do każdego stanowiska. Kto ma siły i wolę niech bieży, a dank otrzyma. Jeżeli społeczeństwo otwiera mu szranki, winno także uzbroić go do biegu, to jest dać tę naukę, która wystarcza zdolności i woli, aby dobić się każdego stanowiska.
[...]
Sławny socyolog Spencer twierdzi, że niema żadnego stosunku pomiędzy moralnem usposobieniem człowieka, a znajomością 24 hieroglifów zwanych literami i onych składaniem. Jak zwykle u Spencera kryje się w tych słowach sofizmat. Hieroglify te kryją myśli, zmuszają mózg twardy do wysileń, a pomagają w skomplikowanych stosunkach obecnego ustroju. Szkoła więc potrzebna, nie waham się powiedzieć konieczna, jak zaś skuteczna, mamy na ludności żydowskiej bez wyjątku szkolnie wychowanej przykład [13].
Tego jednak nikt nigdy nie zacytował. Bo i jak tu potem oskarżać o wstecznictwo kogoś, kto zaleca, aby brać przykład z Żydów [14].

[1] Światłomir [Stefan Zaleski], Ciemnota Galicyi w świetle cyfr i faktów. 1772-1902. Czarna księga szkolnictwa galicyjskiego, Polskie Towarzystwo Nakładowe, Lwów 1904, s. 210. Dalej cytuję jako Ciemnota.

[2] Wyszła we Lwowie w 1888 roku, a jej pełny tytuł brzmiał: Nędza Galicyi w cyfrach i program energicznego rozwoju gospodarstwa krajowego. Zaleski pod koniec parokrotnie powołuje się wprost na książkę Szczepanowskiego. Zob. Ciemnota, s. 203, 207, 212.

[3] W warszawskim "Ogniwie" książkę Zaleskiego cytowała Helena Radlińska:

"«Nauki przyrodnicze i literatura, twierdził poseł konserwatywny, podkopują spokój ludzkości i wydzierają łaskę Boga i żywot wieczny». Stańczycy przemawiają nieraz przeciw przymusowi szkolnemu, gdyż «oświata, która ustawami zmusza do kształcenia się, prowadzi do socjalizmu»" (H. Orsza [Helena Radlińska], Z Galicji. Garść wrażeń, "Ogniwo. Tygodnik Naukowy, Społeczny, Literacki i Polityczny", 10 (23) lipca 1904, nr 30, s. 715).

W "Głosie" Benedykt Hertz:

"Jeszcze lepiej i szczerzej - powiada p. Światłomir - odsłonił dążności stańczyków jeden z głównych filarów tego stronnictwa: Paweł Popiel, który w Nr 75 "Czasu" z 1889 tak pisał: «Nikt nie ma prawa zmuszać lud do oświaty. Przymus szkolny - to potworność! Nauka nie powinna być bezpłatną i obowiązkową. Oświata, która ustawami zmusza człowieka do kształcenia się, prowadzi do socjalizmu. Szkoła powinna być wyznaniowa i ograniczona w nauce. Nauki przyrodnicze i literatura podkopują spokój człowieka, wydzierają łaskę Boga i żywot wieczny. Nauczyciel duchowny lepszy będzie, niż świecki. W seminarjach nauczycielskich powinni kandydatów mniej uczyć. Kandydat z miernem uzdolnieniem będzie najlepszym nauczycielem»... i t. d." (Benedykt Hertz, Galicyjska gospodarka szkolna, "Głos. Tygodnik Naukowo-Literacki, Społeczny i Polityczny", 25 czerwca (8) lipca 1905, nr 27, s. 408).

Nb. Pawła Popiela nie sposób formalnie zaliczyć do stańczyków. Nie to pokolenie, nie te poglądy. Ale, jak widać, na początku XX wieku różnica między określeniami 'stronnictwo galicyjskich konserwatystów' a 'stronnictwo stańczyków' już się w publicystyce zatarła i nazw tych używano wymiennie.

[4] Aleksander Świętochowski, Historja chłopów polskich w zarysie, tom II: W Polsce podległej, nakładem Wydawnictwa Polskiego, Lwów - Poznań 1928, s. 363; w numeracji stron omyłkowo samo "3"). Kilka stron dalej (w przypisie 2 na stronie 370) Świętochowski wprawdzie zaznacza "Powyższy obraz skreśliliśmy na podstawie wyczerpującej i cennej pracy Światłomira, Ciemnota w Galicji. Lwów 1904", ale odnosi się to jedynie do kilku liczb przepisanych od Zaleskiego.

[5] Jan Stanisław Bystroń, Kultura ludowa, "Nasza Księgarnia", Warszawa 1936, s. 365. Zakończenie cytatu Bystoń przerzucił kilka stron dalej: "W kilka lat później na posiedzeniu sejmu galicyjskiego Paweł Popiel żądał wyraźnie, by «w seminarjach nauczycielskich kandydatów mniej uczyć. Kandydat z miernem uzdolnieniem będzie najlepszym nauczycielem»" (s. 374-375). W drugim wydaniu oba cytaty odpowiednio na stronach 355 i 364 (Jan Stanisław Bystroń, Kultura ludowa, wydanie drugie, Trzaska, Evert i Michalski, Warszawa 1947).

[6] Marja Dąbrowska, Rozdroże. Studjum na temat zagadnień wiejskich, Wydawnictwo Jakuba Mortkowicza, Warszawa - Kraków 1937, s. 90. Bez zmian w łatwiej dostępnym wydaniu powojennym: Maria Dąbrowska, Rozdroże. Studium na temat zagadnień wiejskich. Moja odpowiedź. Refleksje nad polemiką z Rozdrożem, posłowie Franciszek Jakubczak, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1987, s. 81-82.

[7] Zob. Józef Siemek, Śladami klątwy, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1970, s. 292:

"[...] Paweł Popiel, jak upiorny puchacz średniowiecza głosi z trybuny sejmowej: «Przymus szkolny to potworność. Ustawa, która ustawowo zmusza człowieka do kształcenia się, prowadzi do socjalizmu. Szkoła powinna być wyznaniowa i ograniczona w nauce. Nauki przyrodnicze i literatura podkopują spokój ludzkości, wydzierają łaskę Boga i żywot wieczny»".

Józef Siemek był prezesem Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w latach 1965-1973. Byłoby może pożyteczne zbadać, czy i jak kazał cenzurować także swego syna, Marka J. Siemka, uchodzącego wtedy w środowisku za śmiałego i nieortodoksyjnego marksistę.

[8] Jeśli chodzi o wyjątki, zob. na przykład: Jerzy Targalski, Ludwik Waryński. Próba życia, Książka i Wiedza, Warszawa 1976, s. 87.

[9] U Zaleskiego jest: "Oświata, która ustawami zmusza człowieka do kształcenia się...", natomiast u Świętochowskiego (i Bystronia): "Ustawa, która ustawowo zmusza człowieka do kształcenia się...". Jeszcze inaczej u Dąbrowskiej: "Ustawa, która zmusza człowieka do kształcenia się...".

[10] Zob. Krzysztof Dunin-Wąsowicz, Dzieje Stronnictwa Ludowego w Galicji, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1956, s. 49:

"Konserwatysta Paweł Popiel na sesji sejmowej w roku 1887 mówił: «...przymus szkolny, to potworność. Ustawa, która ustawowo zmusza człowieka do kształcenia się... etc., etc., etc.»".

Dunin-Wąsowicz nie sięgnął głębiej - choć była to jego rozprawa habilitacyjna - niż do Świętochowskiego. Do czego wprawdzie przyznał się w przypisie, ale już numer strony podał księżycowy: 430 zamiast 363, więc trudno uznać to za literówkę (przypis 24 na stronie 249).

Nb. Paweł Popiel w ogóle nie mógł niczego powiedzieć na sesji sejmowej w roku 1887, bo dawno już nie był posłem (złożył mandat w roku 1881).

[11] Paweł Popiel, [artykuł bez tytułu, poprzedzony jedynie słowami: "W sprawie reformy szkół ludowych odzywa się jeden z najpoważniejszych głosów"], "Czas", 31 marca 1889, nr 75, s. 1; dokończenie w następnym numerze (2 kwietnia 1889, nr 76, s. 1-2). Przedrukowany potem pod tytułem O szkole w sprawie wniosku Liechtensteina w: Paweł Popiel, Pisma, tom I, nakładem rodziny, Kraków 1893, s. 335-346.

[12] Nie ma powodu wątpić w szlachetne pobudki Stefana Zaleskiego. W rok po ogłoszeniu Ciemnoty Galicyi został jednym ze współzałożycieli Krajowego Związku Nauczycielstwa Ludowego w Galicji i to właśnie on przedstawił program ideowy i zawodowy tego związku, uważany potem za "jakby pierwsze wyznanie wiary nauczycielstwa polskiego" (Zbigniew Niemiec, Krajowy Związek Nauczycielstwa Ludowego w Galicji (1905-1919), [w:] Szkice z dziejów Związku Nauczycielstwa Polskiego, Warszawa 1939, s. 23). Referat programowy Zaleskiego przedrukowano tam na stronach 43-52. Przypomnę może z niego punkt V:

"V. Nauczyciel i nauczycielka powinni być w szkole kapłanami prawdy. Nie powinni też oni czy to w sprawach religijnych, politycznych czy społecznych zajmować podczas nauki w szkole stanowiska niezgodnego z zasadami zdrowej pedagogiki i przepisów szkolnych, ani podawać uczniom za prawdę nic takiego, czego prawdziwość nie została dowodnie wykazaną. A więc nie wolno im na tę lub ową kwestię religijną, polityczną lub społeczną wypowiadać czysto osobistych poglądów w sposób agitacyjny; sprzeciwiałoby się to bowiem zarówno zobowiązan[i]om, jakie na siebie przyjęli, jak i charakterowi szkoły, która podczas nauki powinna stać zdala od wszelkich walk religijnych, politycznych i społecznych" (s. 45).

[13] Cytuję za wersją z "Czasu" (nr 75, s. 1) z wyjątkiem ostatniego zdania, zgrabniejszego w wersji z Pism. Rzecz jasna, dobór akurat tego cytatu też jest cokolwiek tendencyjny, ale przynajmniej cytat spory i dokładny.

[14] A nie był to jednorazowy retoryczny wyskok Popiela, lecz jego ugruntowany pogląd. W broszurze Do moich wyborców pisał:

"Jeżeli szkoły żydowskie wydają pokolenie sprytne, do praktycznego życia w najwyższym uzdolnione stopniu, to zapominać nie należy, że wiekowa metoda haiderów [tj. chederów, żydowskich szkół religijnych] ma niepospolite zalety; zaostrza umysł i powtarzaniem zdań czerpanych wprawdzie z talmudu, ale mających początek w mądrości starego testamentu, daje i duchową i moralną podstawę" (Pisma, tom I, s. 204).

Pomarańcze i cytryny
albo z dziejów socjalizmu w Polsce

W czerwcu 1950 roku osiemnastoletni Rafał Gan-Ganowicz, później najemnik w Kongu i Jemenie, wciska się pod wagon pociągu jadącego na zachód. Musi natychmiast uciekać z Polski, ponieważ wpadła antykomunistyczna organizacja, do której należał. Po kilkunastu godzinach, brudny i pokrwawiony, wysiada w Berlinie i próbuje przedostać się do jednego z sektorów kontrolowanych przez państwa zachodnie. Nie zna drogi, więc na wszelki wypadek długo kluczy zaułkami. Nagle widzi, że wystawy sklepów jakby poweselały. Ludzie ubrani dostatniej, a ulicą jedzie amerykański jeep. "Czyżbym był w Berlinie Zachodnim?" - zastanawia się Ganowicz. Jednak wciąż jeszcze czuje się niepewnie, póki nie zauważy, że przed sklepem z owocami wystawiono pomarańcze. Takie same, jakie pamięta sprzed wojny! Wtedy już wie, że to nie mogą być komuniści [1].

15 stycznia 1954 roku Leopold Tyrmand, wciąż nieugięty i bezrobotny, otwiera swój dziennik i notuje:

Warszawa ma nową zabawę - tygodnik pod tytułem Naokoło Świata. [...] Kazik Koźniewski jest tam redaktorem literackim. [...] "Chcesz, to pisz pod pseudonimem" - powiedział Kazik kilka dni temu na obiedzie u Literatów, w jednej z rozmów na temat możliwej współpracy. Oczywiście, że mógłbym. Kazikowi chodzi przecież tylko o to, żebym napisał, wydrukował i żeby on o tym wiedział. Mało dba o moją publiczną kompromitację, w istocie wolałby dyskretny sukces, kojące rozmyślania w wygodnym fotelu: "Nie ma twardych ani silnych. Wszyscy muszą ulec. Ja byłem mądrzejszy, uległem wcześniej i teraz mam wszystko, nawet pomarańcze dla dziecka..." [2].
W Złym, najgłośniejszej powieści Tyrmanda, na pomarańcze stać wyłącznie oślizgłych machlojkarzy z półświatka [3].

W marcu 1964 roku Zygmunt Mycielski, kompozytor, a także hrabia i pederasta, wraz z wieloma innymi osobami wita na dworcu w Warszawie Nadię Boulanger, słynną francuską kompozytorkę i nauczycielkę kompozytorów. Jedna z witających pań przynosi jej w prezencie cytrynę, tutejszy rarytas, ale madame Boulanger nie rozumie, o co chodzi. Myśli, że to jakaś wariatka, więc Mycielski łapie cytrynę i jak najszybciej chowa do kieszeni ten niepojęty prezent [4].

Natomiast w styczniu 1965 roku cytryny chowa do kieszeni Zbigniew Herbert. Jest to jednak kieszeń płaszcza innego poety, Tymoteusza Karpowicza. Herbert spostrzegł, że jego kolega z redakcji "Poezji" chodzi mocno zaziębiony i zapragnął go w ten sposób dyskretnie wspomóc. Karpowicz, który odkrył prezent dopiero po tygodniu, nie kryje wzruszenia: "Okradłeś siebie z witamin. Teraz cytryny są marzeniem" [5].

11 maja 1965 roku Anna Kowalska, autorka wielu zapomnianych powieści i towarzyszka życia Marii Dąbrowskiej, uważanej wtedy za najwybitniejszą polską pisarkę, odbiera telefon z Ministerstwa Kultury. Nalegają, by Dąbrowska przyszła na uroczysty obiad, który Ministerstwo wydaje na cześć Jana Parandowskiego. W tym czasie Dąbrowska już od pół roku leży w szpitalu (umrze niemal dokładnie za tydzień), o czym Kowalska chłodno informuje telefonującą urzędniczkę. Jednocześnie sugeruje jej, że minister mógłby przysłać do szpitala pomarańcze. Urzędniczka akceptuje ten pomysł na ministerialny dar, a Kowalska pisze w dzienniku, że o pomarańczach dla Maryjki myślała już "od dawna" [6].

W epoce wczesnego Gierka pomarańcze nieco spowszedniały [7]. Wprawdzie dalej były drogie - kilogram kosztował tyle samo, co kilka paczek dobrych papierosów [8] - ale były. Polacy zaś nauczyli się nawet pić grecki sok pomarańczowy sprzedawany w dużych kolorowych puszkach [8a]. Te fundowane na kredyt rozkosze jednak nie trwały długo. Gdy w Człowieku z żelaza zastępca szefa Radiokomitetu (Janusz Gajos) przyjmuje w zamkniętej restauracji dziennikarza Winkla (Marian Opania), ma przed sobą obfite danie mięsne oraz karafkę z pomarańczowym płynem [9]. W egipskiej symbolice tamtych czasów znaczyło to, że jest on człowiekiem złym i uprzywilejowanym [10].

Po 13 grudnia 1981 z pomarańczami było już bardzo niedobrze [11]. W sklepach pojawiał się się teraz niemal wyłącznie nowy ich rodzaj, który opatrywano dodatkowym przymiotnikiem - pomarańcze kubańskie [12]. Dalej drogie, ale twarde, kwaśne i jeszcze małe do tego. "Kubańskie" znaczyło więc w tym wypadku "nie całkiem prawdziwe". Coś jak adnotacja "wyrób czekoladopodobny" na ówczesnych łakociach. Jeśli zatem Marek Nowakowski, pisarz opozycyjny, podkreślał, że redaktora J. spotkał "w ogonku po kubańskie pomarańcze", chciał przez to powiedzieć, że spotkał go na dnie upodlenia; tam, gdzie ludzie trwonią życie w pogoni za ersatzem życia [13]. Ta przemiana dotykała zresztą wszystkiego. Również władza stawała się coraz bardziej "władzopodobna" i wystarczająco niesmaczna, by bez żalu częstować nią innych. Skończyło się.

Historię ustroju można opowiedzieć również poprzez okoliczności pojawiania się w ludzkim życiu owoców cytrusowych [14].

[1] Rafał Gan-Ganowicz, Kondotierzy, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1989, s. 17-18: "Po kilku godzinach kluczenia w zaułkach ruin spostrzegłem, że coś się zmieniło. Po chwili zdałem sobie sprawę: widziane z odległości wystawy sklepów, na które nie zwracałem przedtem uwagi. Stały się jakieś weselsze, kolorowe. Czyżbym był w Berlinie Zachodnim? Nie, to niemożliwe. Przecież nie przeszedłem żadnej granicy!... Ale ruch samochodowy większy i przechodnie lepiej ubrani! I... amerykański jeep z napisem Military Police! Jeszcze nie miałem pewności, ale już nabrałem nadziei, przestałem się bać. Wmieszać się w tłum. Tak, niewątpliwie to był Zachód! Przed sklepem z owocami wystawione pomarańcze. POMARAŃCZE! Owoc, który pamiętałem z dawnych, przedwojennych lat, a we współczesnej mi Warszawie niemal mityczny. Reklama coca-coli... błyszczące, amerykańskie samochody... Byłem jednak w Berlinie Zachodnim!".

O tym spotkaniu z berlińskimi pomarańczami Gan-Ganowicz opowiada również w filmie Pistolet do wynajęcia czyli prywatna wojna Rafała Gan-Ganowicza (1997, reż. Piotr Zarębski), w okolicach 13 minuty.

W znanej scenie z Misia (1980) Stanisława Barei aktorzy w teatrze śpiewają okupacyjny szlagier "Teraz jest wojna", a kiedy przy słowach "Spod serca kap, kap, / słonina i schab, / salceson i dwa balerony" aktorka uchyla poły płaszcza i widać tę słoninę i balerony, jeden z widzów mówi do syna: "Widzisz, synku, tak wygląda baleron" (ok. 59 minuty). We wczesnych latach pięćdziesiątych pomarańczy nie można było zobaczyć nawet w teatrze. Stanisław Lem wspominał, że gdy w 1951 roku wystawiano jego sztukę Jacht "Paradise" (potworny antyimperialistyczny gniot napisany wspólnie z Romanem Hussarskim*), scenograf musiał potrzebne rekwizyty obstalować w stolarni:

"Rzecz dzieje się na jachcie amerykańskiego milionera, który siedzi w towarzystwie fizyka atomowego i jeszcze bodaj kogoś - nie pamiętam, w którym to było akcie - w promieniach luksusowego słońca. Na pokład wchodzi reprezentujący siły postępu i demokracji Murzyn, niosący na tacy owoce cytrusowe, a że w Polsce nawet ze świecą nie znalazłby pan wówczas takich specjałów, wykonano je z drewna. Więc kiedy on wszedł na premierze na scenę i potknął się, wówczas wszystkie te owoce potoczyły się po podłodze z łoskotem kul kręgielnianych" (Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002, s. 60).

*[W programie do przedstawienia w Państwowym Teatrze Ziemi Opolskiej obaj autorzy deklarowali: "«Jacht Paradise» powstał w czasie, gdy w Warszawie trwały obrady Kongresu [II Światowego Kongresu Obrońców Pokoju]. Zadaniem sztuki było pokazanie podwójnego oblicza Ameryki. Z jednej strony wielkich posiadaczy, którym podporządkowany jest rząd, nauka i siły zbrojne, a z drugiej - wielomilionowych rzesz, zaczynających powoli rozumieć. w jak wielkiej mierze od nich zależy pokój. [...] W ciężkim położeniu jest profesor, zmuszony do pracy nad bombą wodorową. Jest to przykład tragicznej roli nauki w Stanach Zjednoczonych, która w warunkach postępującej faszyzacji z narzędzia budowy lepszego świata zostaje zmieniona w narzędzie zagłady".]

Nb. w tym samym 1951 roku, roku drewnianych pomarańczy, ukazało się pierwsze polskie wydanie powieści Mikołaja Czernyszewskiego Co robić? (przełożył Jerzy Brzęczkowski, Książka i Wiedza). Jeden z bohaterów tej powieści, Rachmietow, potem wzór dla pokoleń rosyjskich rewolucjonistów, odmawia sobie najrozmaitszych przyjemności, by w ten sposób wykazać, że "występujemy w imię zasady, a nie dlatego, że mamy słabostki". "Powiedział sobie: «Nie piję ani kropli wina, nie zbliżam się do kobiety». A naturę miał ognistą" (s. 310). Natomiast swoje menu układa kierując się następującą regułą:

"«To, co bodaj czasami jada prosty lud, mogę i ja jadać przy okazji. Tego, co nigdy nie jest dostępne ludziom prostym, i ja nie powinienem jeść! Potrzebne mi są ograniczenia po to, żebym chociaż trochę odczuł, jak ograniczone jest ich życie w porównaniu z moim». Dlatego też, gdy podawano owoce, to bezwzględnie jadł jabłka i stanowczo nie jadał moreli; pomarańcze jadał w Petersburgu, nie jadał zaś na prowincji - bo, uważacie państwo, w Petersburgu prosty lud jada pomarańcze, a na prowincji nie" (s. 311).

Tak zatem miały się sprawy z pomarańczami prawie sto lat wcześniej, pod knutem cara Aleksandra II.

Trzeba wam jednak wiedzieć, że i u nas zaraz po wojnie - a więc przed niemal całkowitym wytrzebieniem prywatnych kupców - pomarańcze czasem jeszcze widywano tu i ówdzie na wystawie, aczkolwiek były już wtedy uważane za towar niestosowny. "Przegląd Kupiecki" z 15 czerwca 1946 roku napominał surowo:

"[...] zwróciliśmy uwagę na niestosowność umieszczania w oknach wystawowych przedmiotów luksusowych z cenami dostępnymi tylko dla szczupłego grona osób [...]. Mimo to widzi się w oknach wystawowych pomidory [...], widzi się pomarańcze" (Cytuję za: Andrzej Franaszek, Herbert. Biografia, tom I: Niepokój, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 254; Franaszek wspomina o "Przeglądzie Kupieckim", bo w 1948 roku jednym z redaktorów tego pisma będzie właśnie Zbigniew Herbert).

[2] Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Polonia Book Fund, Londyn 1980, s. 77-79. Kazimierz Koźniewski był już wtedy od wielu lat również tajnym współpracownikiem policji politycznej (zob. Sławomir Cenckiewicz, Piotr Gontarczyk, Konfident z wyboru, "Wprost", 2006, nr 24). Jak wyglądał Tyrmand przy stoliku u Literatów w roku 1962, można zobaczyć w okolicach 7 minuty w filmie Janusza Morgensterna Jutro premiera. W rękopisie Tyrmanda ustęp ten nie różni się niczym istotnym od wersji drukowanej; jest jedynie bardziej rozwlekły: "Warszawa ma nową zabawę - świeżo uruchomiony przez régime tygodnik pt. Dookoła Świata. [...] Koźniewski [...] jest jego redaktorem literackim. [...] «Będziesz mógł pisać pod pseudonimem» - powiedział mi przed kilku dniami z uśmiechem Kazik, spotkawszy mnie u Literatów i mówiąc o planach nowego pisma w stosunku do mnie. Oczywiście, mógłbym, przecież Kazikowi chodzi tylko i wyłącznie o to, żebym napisał i wydrukował, grunt, że on o tym będzie wiedział. To byłby dla niego zasadniczy sukces, wtedy mógłby sobie powiedzieć: «Nie ma silnych ani twardych. Wszyscy ulegają. Ja byłem tylko mądrzejszy od innych, bo uległem wcześniej i teraz mam pozycję, pieniądze, ładne mieszkanie, zdrowe, jedzące codziennie pomarańcze dziecko...»" (zob. Leopold Tyrmand, Dziennik 1954. Wersja oryginalna, Wydawnictwo MG, Warszawa 2011, s. 98-100).

Nb. dzieci w 1954 roku "jedzące codziennie pomarańcze" już niedługo przerzucą się na banany, owoc w PRL-u jeszcze bardziej luksusowy. Określenie "bananowa młodzież" zrobi potem wielką karierę w roku 1968. Już 9 marca "Życie Warszawy" napisze "o wydarzeniach studenckich na UW jako akcji «bananowej młodzieży» i «elementów chuligańskich»" (Marta Fik, Marcowa kultura. Wokół Dziadów - Literaci i władza - Kampania marcowa, Wydawnictwo Wodnika, Warszawa 1995, s. 19). Zob. także Jerzy Eisler, Polski rok 1968, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2006, s. 85-86, 263, 281-282, 313, 331, 345, 502. Ale ze wspomnień uczestników tych wydarzeń wynika, że nie tylko bananowa młodzież objadała się w marcu 1968 bananami, pomarańczami i szynką.

"Ze strajku pamiętam przede wszystkim, że nażarłem się szynki jak dotąd chyba nigdy w życiu. Kuta brama od Krakowskiego była zamknięta, i przez nią dziesiątki ludzi podawały nam (należałem do jakieś straży porządkowej) torby z wykwintną żywnością, na pewno była tam szynka, czekolada, pomarańcze i może nawet banany (ale skąd nad Wisłą pomarańcze i banany w marcu 1968? na szczęście nie staliśmy się od tego "bananową młodzieżą"), i nosiliśmy te torby do Auditorium Maximum, i wykładaliśmy jak leci na tym długim stole, i zrobiło się tego tak dużo, że po prostu za dużo, aby zjeść, i wraz z kolegami patrzyliśmy smętnie na tę szynkę, bo nam już się nie mieściła; po strajku parę kanapek z szynką chyba nawet przyniosłem do domu" (Stanisław Remuszko, "Mój marzec 1968"; wyróżnienie za oryginałem; poprawiłem oczywistą literówkę).

Natomiast o "bananowym życiu" śpiewał jeszcze w 1980 roku zespół VOX ("Bananowy jest po prostu żywot mój", Bananowy song, słowa Marek Skolarski).

Nie należy jednak sądzić, że moda na przymiotniki utworzone od nazw owoców egzotycznych zaczęła się wraz z PRL-em. Już Prus w kronice z 20 maja 1882 roku pisał: "Kopalnie te przedstawiają bardzo dobry interes - «ananasowy» - jak mówi się w Warszawie" (Bolesław Prus, Kroniki, tom 5, opracował Zygmunt Szweykowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1955, s. 323). Natomiast w Lalce pewien adwokat nasłany przez baronową Krzeszowską zachwala Wokulskiemu swoją ofertę słowami: "Kokosowy interes. Nieprawdaż?..." (Bolesław Prus, Lalka, tom trzeci, nakład Gebethnera i Wolffa, Warszawa 1890, s. 25).

[3] Obieranie pomarańczy swoim dzieciom - to wizja szczęścia najpaskudniejszego z bohaterów Złego, Filipa Merynosa, prezesa spółdzielni "Woreczek" (zob. Leopold Tyrmand, Zły, Wydawnictwo MG, Warszawa cop. 2011, s. 209). Natomiast bohaterowie pozytywni są pomarańczami jedynie częstowani. I tak, Martę Majewską, sekretarkę, najpierw częstuje palestyńskimi pomarańczami Franciszek Życzliwy, badylarz (s. 107), a potem Albert Wilga, inżynier (s. 499, 551). Z kolei Olimpia Szuwar, kobieta dorodna przed czterdziestką, a zarazem wdowa z talentem do mętnych interesów, obiera pomarańczę doktorowi Witoldowi Halskiemu, w którym się podkochuje (s. 118); przynosi pomarańcze również wtedy, gdy odwiedza Halskiego (s. 315).

Natomiast po przełomie 1956 roku pomarańcze stały się już dostępne również dla zwykłych obywateli. Były jednak dalej dobrem na tyle rzadkim, że ich spożywanie traktowano jako "zaszczyt".

"W lutym 1958 r. miałem zaszczyt po raz pierwszy w życiu jeść pomarańcze. Trochę znów najadłem się wstydu. Nie wiedziałem dotąd, jak one wyglądają, a co dopiero, jak się je je.

Zbliżała się Wielkanoc [...] Radość była w domu z mojego przyjazdu. Każdy dostał jakiś prezent. Ponadto przywiozłem wiele słodyczy i pieniędzy. [...] Zdziwili się jednak, kiedy poczęstowałem wszystkich w domu pomarańczami i cytrynami. Ja je już uważałem za duży przysmak. W rodzinie wszyscy, z wyjątkiem tatusia, nie chcieli jeść. «Wolimy kartofle» - śmiejąc się mówił brat" (Tu jest mój dom. Pamiętniki z Ziem Zachodnich i Północnych, seria "Młode pokolenie wsi Polski Ludowej. Pamiętniki i studia", t. II, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1965, s. 526; pamiętnik zatytułowany "Felczer z olsztyńskiego"; autor pamiętnika urodził się w "1938 roku w Zabielu w rodzinie chłopa", s. 493).

Nb. prawie 140 lat wcześniej również trudno było dostać na wsi pomarańcze. Pułkownik Franciszek Salezy Gawroński tak wspominał swoją kurację w rodzinnym Nienaszowie (dziś powiat jasielski w województwie podkarpackim), gdy w 1821 roku zachorował na żółtaczkę:

"Brałem kąpiele i pigułki przepisane, ale to choroba nader byla nudna, bo to niechęć, odraza od wszystkiego, ani apetytu, ani snu nie miałem, osłabienie wielkie ciała i umysłu. [...] Kazano mi jeść pomarańcze, które trudne były na wsi do dostania".

W końcu jednak był je "dostał w Jaśle podostatkiem", i to w takiej obfitości, że część ich mógł posłać generałowej Męcińskiej z Dukli i - jak dodaje - "nader ją sobie tem ująłem" (Franciszek Salezy Gawroński, Pamiętnik r. 1830/31 i Kronika pamiętnikowa (1787-1831), wydał Jan Czubek, nakładem Akademii Umiejętności, Kraków 1916, s. 436-437).

Pułkownika Gawrońskiego usprawiedliwiała choroba i zalecenie lekarza, ale byli wtedy i tacy, którzy jedzenie pomarańczy uznawali za niestosowne ze względów patriotycznych:

"Ojciec, co wcześnie wpajał cnoty w synka, / Zapytał się Augustynka: / Co wolisz, gruszkę z własnego ogrodu, / Czy pomarańczę soczystą? / Ja wolę gruszkę. - Z jakiego powodu? / Bo tamta obcą, a ta jest ojczystą. -

Pochwalił ojciec roztropnego syna, / Że pięknie myśli za młodu, / I rzekł: kto dzieckiem kochać kraj zaczyna, / Będzie pociechą narodu" (Stanisław Jachowicz [ten od chorego kotka], Bajki i powieści, drukiem Karola Kuliga, Płock 1824, s. 9; bajka "Augustynek", wyróżnienia za oryginałem).

[4] Zygmunt Mycielski, Dziennik 1960-1969, Iskry, Warszawa 2001, s. 226-227: "Przyjechałem tu wczoraj z Nadią Boulanger samochodem (bardzo podłym), w deszczu, chlapie i świństwie. Żenujące i wzruszające są te jej przyjazdy. Na dworcu w Warszawie Sikorski, Grażyna, Turski, Rudzińscy, kwiatki, 9 walizek, bałagan, bo każdy ją ciągnie gdzie indziej. Pani R. przynosi jej w prezencie jedną cytrynę. Rzeczywiście, nie ma tu teraz cytryn. Nadia nie rozumie, myśli, że pani R. zwariowała - «il faut prendre ça», mówi mi po cichu, więc łapię tę cytrynę i chowam do kieszeni. Okropny, ciemny, brudny pokój w «Bristolu» z wydeptanym dywanem i stolikiem, na którego szklanym blacie ktoś wymalował czerwone i czarne odrapane spirale. Łazienka niemalże obesrana, w każdym razie obdrapana. Pani Zacharzewska wtyka Nadii kopertę, w której jest coś 1000 zł na wydatki, od Związku Kompozytorów czy BWKZ. Mówię jej, żeby wzięła; wzięła bez trudności".

Nb. Nadia Boulanger nigdy nie wyszła za mąż, więc formalnie powinienem napisać "mademoiselle Boulanger", ale w marcu 1964 miała już 76 lat i chyba nikt tak do niej się nie zwracał.

[5] Andrzej Franaszek, Herbert. Biografia, tom I: Niepokój, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 73-74. Karpowicz odkrył cytryny tak późno, ponieważ nie miał lewej ręki i nie używał lewej kieszeni, do której Herbert je włożył. "Przez kilka dni chodząc po Warszawie, a potem Wrocławiu nie mogłem zrozumieć, dlaczego mam taki ciężki płaszcz. Do lewej kieszeni nigdy nie zaglądam - jak nie ma lewej ręki, to i nie ma kieszeni. Dopiero zapach [...] zdradził je" (list z 2 lutego 1965 roku).

Nb. brak cytryn był dla Polaków w latach 60. czymś tak naturalnym, że przeświadczenie to przenikało nawet do dzieł ściśle naukowych i traktujących o zupełnie innych czasach. W książce Studia nad konsumpcją żywności w Polsce w XVI i pierwszej połowie XVII w. wydanej przez PWN w roku 1969 Andrzej Wyczański pisze bez emocji o cenach kaszy i kiszonej kapusty, ze zrozumieniem konstatuje, że szynki występują rzadko ("gdyż ówczesna hodowla świń była nastawiona raczej słoninowo"), lecz jest coś, co i u niego wzbudza zdziwienie:

"Pewne zdziwienie może wzbudzać dostępność na rynku i sto­sunkowo niewysoka cena cytryn, które kupowano dla dygnitarzy w Piotrkowie czy Toruniu w latach 1541 - 1545 po ok. 4 denary za sztukę, a które służyły m. in. do przyprawiania ryb" (s. 21).

Denar to w połowie XVI wieku drobna moneta. 18 denarów składało się na grosz, a 30 groszy liczył złoty polski. 4 denary kosztował śledź albo dwa funty kaszy.

[6] Anna Kowalska, Dzienniki 1927-1969, opracował Paweł Kądziela, Iskry, Warszawa 2008, s. 410: "Z Ministerstwa Kultury jakaś pani Klaskowska nalegała, aby Maryjka przyszła na obiad wydany przez Ministerstwo Kultury dla Jasia. Odpowiedziałam zimno, że od pół roku pani Dąbrowska leży w lecznicy i może minister przysłałby pomarańcze. Odpowiedziała: "Oczywiście". O tych pomarańczach zresztą myślałam od dawna. Maryjka żyje tylko kefirem".

Nb. skoro w połowie lat sześćdziesiątych pomarańcze najwybitniejszym polskim pisarzom musiał ofiarowywać minister, to oczywiste, że nie starczało ich dla pisarzy początkujących. 3 marca 1964 roku Edward Stachura tak pisał z Warszawy do swojego przyjaciela Janusza Żernickiego:

"Drogi Januszu [...] dziękujemy bardzo za cytryny i pomarańcze. Tu u nas marzyć nie można, żeby kupić. Jak się coś takiego pokaże, to za godzinę już wszystko rozchwycone. A pomarańcz w tym roku i w ubiegłym nawet nigdzie nie widziałem [...]" (Edward Stachura, Listy do pisarzy, opracował Dariusz Pachocki, Iskry, Warszawa 2006, s. 36).

[7] Jeszcze pod koniec lat 60. śpiewana przez Marka Grechutę piosenka "Pomarańcze i mandarynki" (wg "Snu złotowłosej dziewczynki" Tuwima) emanowała nastrojem zbytkownego dekadentyzmu: tuberoza, narkoza, hebanowa lśniąca szkatułka i jako refren właśnie te pomarańcze i mandarynki.

Natomiast Tadeusz Woźniak kilka lat później w piosence "Smak i zapach pomarańczy" już bez żadnego dekadentyzmu oznajmiał, że biegnie po ulicy "gryząc pomarańczę" i radośnie podśpiewywał: "Lubię śpiewać, lubię tańczyć / Lubię zapach pomarańczy".

[8] Przelicznik ten biorę od Marka Hłaski, który pod koniec lat 50. pisał do Agnieszki Osieckiej z Paryża: "Natomiast tanie są pomarańcze; to strasznie śmieszne - a przynajmniej tak z początku - że kilo pomarańcz kosztuje tyle samo co paczka tych wstrętnych Gauloises" (Listy Marka Hłaski, wstęp, wybór, przypisy i opracowanie listów Temida Stankiewicz-Podhorecka, Ypsylon, Warszawa 1994, s. 158). W pierwszej połowie lat 70. kilogram pomarańczy (40 zł) kosztował mniej więcej tyle, ile 3 paczki najdroższych "Carmenów" (12 zł) albo 11 paczek najtańszych papierosów.

[8a] Był to sok Dodoni. Pan Artur Harasimowicz przypomniał mi, że puszkę tego soku można do dziś zobaczyć w dolnym lewym rogu kadru w sąsiedztwie rozwiązłej Lidii Doreckiej (Grażyna Szapołowska topless) w okolicach 18 minuty w 14 odcinku serialu 07 zgłoś się zatytułowanym Hieny (1981).

[9] W okolicy 95 minuty filmu. Nb. sok pomarańczowy bywał wtedy symbolem sybarytyzmu nawet w powieściach fantastycznonaukowych. Bohaterowi Limes inferior Janusza A. Zajdla, książki pisanej mniej więcej w tym samym czasie, tak to się właśnie łączy:

"Jedną więc z przyczyn wyboru w moim przypadku - pomyślał [Sneer] popijając ostatni pierożek świetnym sokiem pomarańczowym - był zapewne mój sybarytyzm" (Iskry, Warszawa 1987, s. 166).

[10] Robert Stiller opowiada o Władysławie Szpilmanie, bohaterze filmu Pianista, taką anegdotę:

"Zapamiętałem też jego perorę, którą mi wygłosił nocą podczas długiego spaceru: «Panu się nie podoba? A czy ja na przykład piję wodę? Nie. Ja biorę pomarańczę, biorę cytrynę, wyciskam do szklanki, dopiero piję. Czy to niedobry ustrój?» Te owoce były wówczas rzadkością, z trudem osiągalną inaczej niżeli w sklepie za żółtymi firankami" (zob. Robert Reuven Stiller, Żydowskie abecadło twórców literatury polskiej, czyli od A do Żet z prawa na lewo, Wydawnictwo vis-à-vis/Etiuda, Kraków 2011, s. 141).

Trzeba jednak również pamiętać, że Stiller jest delatorem i kłamczuszkiem. Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta w DODATKACH: "Donos jako forma uczestnictwa w życiu literackim. Przypadek Roberta Stillera").

[11] Po 13 grudnia 1981 z wieloma rzeczami działo się już aż tak bardzo niedobrze, że nawet ci, którzy tu jeszcze niedawno mieszkali, tracili orientację. Gdy Krzysztof Pomian (na emigracji od wczesnych lat siedemdziesiątych) w swojej książce o zbieraczach i zbieractwie chciał dać sugestywny przykład obrazujący, że ludzie potrafią zbierać dosłownie wszystko, napisał, jak to w pewnym polskim mieście pewna pani gromadzi papierki służące do zawijania pomarańczy, cytryn i grejpfrutów. Tymczasem to, co dla niego i jego francuskich czytelników było w latach osiemdziesiątych tylko niegodnym uwagi śmieciem (incapables de provoquer le moindre intérêt), tutaj roztaczało czarowne wspomnienia minionych chwil cytrusowego szczęścia, pielęgnowało pamięć wiernej miłości do trzech pomarańczy. Zob. Krzysztof Pomian, Collectionneurs, amateurs et curieux. Paris, Venise: XVIe-XVIIIe siècle, Gallimard, Paryż 1987, s. 15: "[...] dans une ville polonaise, une dame amasse des petit papiers qui servent à emballer les oranges, les citrons et les pamplemousses".

Z kolei niektórzy cudzoziemcy chyba doszli do wniosku, że pomarańcze stały się wtedy u nas czymś w rodzaju uniwersalnej waluty. Teodor Parnicki odnotował w swoim dzienniku na początku 1982 roku taką oto uwagę:

"Nadeszła paczka żywnościowa na zlecenie Ludwika Seidenmana z New Jorku - najdziwniejsza z wszystkich dotąd z zagranicy otrzymywanych, gdyż zawierająca tylko same pomarańcze!!! (około 10 kg)" (Teodor Parnicki, Dzienniki z lat osiemdziesiątych. 1980, 1981, 1982, 1983, 1984, 1987, 1988. Notatki o własnej pracy literackiej, wstęp Zygmunt Lichniak, słowo o autorze Dzienników oraz opracowanie Tomasz Markiewka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008, s. 210; wyróżnienie za oryginałem).

[12] Kazimierz Kutz twierdzi co prawda, jakoby w trakcie kręcenia filmu Upał (a więc w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych) organizował przyjęcie z kubańskimi pomarańczami, ale jego wspomnienia pełne są zmyśleń i przeinaczeń. Anegdotkom i ploteczkom to nie szkodzi. Gorzej, że Kutz nawet nie pamięta, co sam kilkanaście lat wcześniej reżyserował. Na przykład wydaje mu się, że reżyserował jakieś nieistniejące i niemożliwe Sceny Hollywoodu Ödöna von Horvátha z Januszem Gajosem w roli głównej. Naprawdę były to Opowieści Hollywoodu (Tales from Hollywood) Christophera Hamptona; sztuka oparta na pomyśle, że von Horváth, który w rzeczywistości zginął w 1938 roku, dalej żyje jako niemiecki emigrant w Stanach.

"Aby sprawić im [Jeremiemu Przyborze i Jerzemu Wasowskiemu] większą radość, wpadłem na pomysł ekskluzywnej imprezy. W swoim apartamencie (wtedy reżyserzy pomieszkiwali w wielopokojowych apartamentach hotelowych, z wielkim łożem małżeńskim w sypialni!) wydałem kubańskie przyjęcie dla Starszych Panów i naszych dziewcząt. Prosiłem je, aby przyszły po kąpieli, ubrały się odświętnie, ale bez biustonoszy. Dlaczego bez biustonoszy - dziś już nie pamiętam. Przyjęcie kubańskie wzięło się stąd, że menu składało się wyłącznie z kubańskiego likieru i kubańskich pomarańczy" (Kazimierz Kutz, Klapsy i ścinki. Mój alfabet filmowy i nie tylko, Znak, Kraków 1999, s. 290).

O rzekomych Scenach Hollywoodu von Horvátha można przeczytać w haśle "Janusz Gajos" na stronie 86.

[13] Marek Nowakowski, Karnawał i post, Iskry, Warszawa 1990, s. 195: "Redaktor J. o sobie i swojej sytuacji. Nagle. Spotkaliśmy się w ogonku po kubańskie pomarańcze". Potem następuje, zrozumiała w tym kontekście, rozmowa narratora z redaktorem J. o tym, czy można ratować "substancję narodu" za cenę osobistego zeszmacenia i o tym, co wtedy właściwie się ratuje.

[14] A miało być tak pięknie! Charles Fourier, jeden z ojców duchowych socjalizmu i regularny wariat, już na początku XIX wieku przewidywał, że w przyszłości Warszawa będzie mieć swoje gaje pomarańczowe - całkiem tak samo, jak Lizbona. Stanie się to zaś za sprawą wywołanego przez ludzkość globalnego ocieplenia (!). Ludzkość, ma się rozumieć, przemienioną, żyjącą w nowym, harmonijnym ustroju, to znaczy w fourierowskich falansterach, toteż skutki tego globalnego ocieplenia okażą się wyłącznie dobroczynne. Przede wszystkim stopi się czapa lodowa na biegunie północnym i powstanie tam korona polarna (Couronne Boréale), dzięki czemu właśnie wyrosną te gaje pomarańczowe pod Warszawą, a w Petersburgu będą mogli robić wino nie gorsze od tego z Moguncji.

Dla koneserów odpowiedni ustęp w oryginale:

"Alors la vigne croîtra au soixan tième degré, tandis que l'oranger sera cultivé aux cinquante-troisième et soixante-dixième degré. Varsovie aura des forêts d'orangers comme en a aujourd'hui Lisbonne, et la vigne sera plus en sûreté à Pétersbourg qu'elle n'est aujourd'hui à Mayence, parce que la métamorphose des vents du pôle, en zéphyrs, la mettra à l'abri des surprises, qui sont aujourd'hui par toute la terre une des principales causes d'appauvrissement" ([Charles Fourier], Théorie des quatre mouvements et des destinées générales. Prospectus et annonce de la découverte, Lipsk 1808, s. 68; wyróżnienie moje).

O ile wiem, Fourier nie zaprzątał sobie głowy tym, gdzie podzieje się dodatkowa woda morska powstała z topniejącego lodu, bo w końcu był z niego - jako się rzekło - regularny wariat. Za to bardzo interesował go jej przyszły smak. W tym samym długim przypisie, w którym obiecuje warszawiakom własne pomarańcze, pojawia się chyba najbardziej znane jego proroctwo. Otóż - powiada Fourier - podczas tych porządków klimatycznych zacznie się na biegunie północnym wydzielać "polarny kwas cytrynowy" i odtąd woda morska będzie smakowała jak lemoniada zwana aigresel (Fourier miał najprawdopodobniej na myśli aigre de cèdre, rodzaj słodkiej oranżady z cytrusów).

"Cela n'empèchera que les terres voisines de ce pôle ne participent en divers sens l'influence de la couronne, qui, entr'autres bienfaits, changera la saveur des mers, et décomposera ou précipitera les particules bitumineuses, par l'expansion d'un acide citrique boréal. Ce fluide combiné avec le sel, donnera à l'eau de mer le goût d'une sorte de limonade que nous nommons aigresel (Tamże, s. 69; wyróżnienia za oryginałem).

Toteż gdy w połowie lat 50. stało się jasne, że przepowiadać można, co się komu żywnie podoba, gorzej natomiast z wykonaniem, Adam Ważyk nawiązał do tego lemoniadowego motywu w odwilżowym (ocieplenie wciąż się dobrze kojarzyło) Poemacie dla dorosłych:

"Marzyciel Fourier uroczo zapowiadał,

że w morzach będzie płynąć lemoniada.

A czyż nie płynie?

Piją wodę morską,

wołają -

lemoniada!

Wracają do domu cichaczem

rzygać,

rzygać" (Adam Ważyk, Poemat dla dorosłych i inne wiersze, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1956, s. 15).

Nb. niedorzeczne fantazje Fouriera jak najpoważniej powtarzał Stanisław Lem w Astronautach:

"W roku 2003 zakończone zostało częściowe przelewanie Morza Śródziemnego w głąb Sahary i gibraltarskie elektrownie wodne dały po raz pierwszy prąd do sieci północno-afrykańskiej. Wiele już lat minęło od upadku ostatniego państwa kapitalistycznego. Kończył się trudny, bolesny i wielki okres sprawiedliwego przetwarzania świata. Nędza, chaos gospodarczy i wojny nie zagrażały już wielkim planom mieszkańców Ziemi. [...]

Wydawało się, że nawodnienie Sahary i rzucenie wód Morza Śródziemnego w turbiny elektryczne jest dziełem, które przez długi czas pozostanie nieprześcignione, lecz już w rok później [...] Międzynarodowe Biuro Regulacji Klimatów przeszło [...] do frontowego ataku na głównego wroga ludzkości. Był nim mróz, od setek milionów lat usadowiony wokół biegunów planety [Lem najwyraźniej nie miał pojęcia o klimacie w eocenie]. Wieczne lody [...] miały raz na zawsze zniknąć. Dla osiągnięcia tego celu należało ogrzać olbrzymie obszary oceanu i lądów, stopić tysiące kilometrów sześciennych lodu" (Stanisław Lem, Astronauci, Czytelnik, Warszawa 1951, s. 17-18).

Jak tym razem miało wyglądać to postępowe grzanie, poczytajcie już sobie sami.