EBENEZER ROJT

Krzysztof Tomasik fantazjuje, kto mógłby z kim
albo czy wierzyć anegdotkom Boya

"Niewygodna jest wszelka nienormatywność, przede wszystkim homoseksualizm i wszystko, co się może z nim kojarzyć" - napisał we wstępie do swojej książki Krzysztof Tomasik [1]. Homobiografie to właśnie zbiór krótkich życiorysów takich osób, które albo były, albo tylko mogły być osobami homoseksualnymi. Podkreślam - tylko mogły być, ponieważ nie ma na to (przynajmniej na razie) najmniejszych dowodów, nie mówiąc już o czymś w rodzaju wprost wyrażonego świadectwa. Autor czasem sam to przyznaje, na przykład pisząc o długoletnim związku Marii Konopnickiej z Marią Dulębianką:
Oczywiście pojawiają się wątpliwości dotyczące charakteru ich związku: czy mamy prawo nazywać go lesbijskim, skoro nic nie wiadomo o jego erotycznym aspekcie? Być może były tylko przyjaciółkami, które połączyły wspólne poglądy, pasje artystyczne, kłopoty finansowe i chęć podróżowania? Taka możliwość też istnieje [...] (s. 20; kursywa moja).
Później jednak Tomasik znów usiłuje przynajmniej zasugerować, że coś tam było na rzeczy, choćby tylko potencjalnie, a nie ujawniło się, bo lesbijki nie miały wtedy szans, by "urefleksyjnić swoje preferencje i wytworzyć lesbijską tożsamość" (s. 21). Skoro więc odpowiedniej "tożsamości" nie wytworzyły, musiało to chyba być lesbijstwo bezobjawowe; coś jak słynna "schizofrenia bezobjawowa", którą podobno diagnozowano u opozycjonistów w sowieckiej Rosji.

Również o życiu erotycznym Marii Rodziewiczówny brak jakichkolwiek potwierdzonych wiadomości. Tomasik słusznie wyszydza biograficzne próby przerabiania jej sąsiada na amanta (na wspomnienie o nim rzekomo jej "policzki krasi rumieniec"; s. 31), ale kilka stron dalej sam postępuje równie głupio, tak oto przefantazjowując przyjaciółkę Rodziewiczówny, Jadwigę Skirmunttównę, na jej kochankę:

Dziennikarze goszczący w Hruszowej pisali też o Skirmunttównie, jedno z jej zdjęć podpisano: "przyjaciółka i towarzyszka Marji Rodziewiczówny". Czy w tej charakterystyce próbowano coś zasugerować? W końcu samo określenie "przyjaciółka" by wystarczyło - czy dodanie jeszcze słowa "towarzyszka" nie było próbą przemycenia informacji o intymnym charakterze związku? (s. 36-37)
Ponieważ zaś Rodziewiczówna całe życie strzygła się krótko i nosiła po męsku, Tomasik uznaje to za "transgresyjny wygląd" (s. 37) i wyłącznie na tej podstawie ostatecznie klasyfikuje Rodziewiczównę jako lesbijkę (s. 30-31). Nietrudno zauważyć, że ma to podejście badawcze coś z prostoty urojeń obsesyjnego antysemity, dla którego Żydem jest każdy, kto mu "wygląda na Żyda" [2].

Na Homobiografie składają się w większości życiorysy pisarek i pisarzy, ale równie dobrze mogłoby to być zestawienie życiorysów kilkunastu krawcowych-lesbijek i stolarzy-pederastów, bo czytelnik i tak nie dowie się niczego o wpływie preferencji seksualnych na twórczość literacką. Wygląda bowiem na to, że akurat twórczość interesuje Tomasika najmniej. Konopnickiej badawczo zagląda pod kołdrę, chociaż jej pisarstwa generalnie nie ceni ("okolicznościowe wierszyki ku pokrzepieniu serc"). Z kolei wierszy innej, mniej znanej poetki, Marii Komornickiej, najprawdopodobniej w ogóle nie czytał [3]. Natomiast w wypadku Karola Szymanowskiego najpierw z błędem przepisuje tytuł jego opery (Haigh zamiast Hagith), a zaraz potem niefrasobliwie ogłasza, że jego zatracona powieść Efebos [4] pozostaje "wydarzeniem bez precedensu w historii polskiej literatury" (s. 39). Na jakiej podstawie tak twierdzi, skoro powieść już nie istnieje, jej wpływ na polską literaturę był żaden, a on sam nie zechciał nawet paru zdań poświęcić na omówienie jej ocalałych fragmentów? [5]

"[P]erspektywa gejowsko-lesbijska [...] daje [...] wiele możliwości" (s. 5) - deklaruje na początku książki Tomasik, ale w praktyce nie wznosi się ponad poziom plotek z gejowskiego forum: kto jest, kto udaje, że nie jest, kto z kim był na pewno, kto z kim mógł być etc. W dodatku wszystko to w oparciu o materiał już opublikowany, często banalny i elementarny, do którego autor-kompilator prócz swych domysłów nie dodaje literalnie nic: ani w bibliotece nie ułowił niczego mniej znanego, zapomnianego, ani niczego nie wydobył z archiwów, w których po prostu nie bywał. Gorzej, że nawet w bibliotece czytał leniwie i niechlujnie. Jeden przykład. W rozdziale o Konopnickiej Tomasik napisał:

Już w momencie odnotowywania śmierci Konopnickiej patos spotkał się ze śmiesznością, a wszystko doprawione zostało nieodłącznym brązownictwem. Tamtą chwilę wspominał po latach Tadeusz Boy-Żeleński: "Umarła Konopnicka. «Tygodnik Ilustrowany» wysłał do pewnego znakomitego pisarza bawiącego we Włoszech depeszę z prośbą o artykuł o Konopnickiej, Pisarz, który nic jeszcze nie wiedział o śmierci poetki, odpowiedział depeszą: «Czy umarła? Pięćdziesiąt kop. od wiersza». Wolff oddepeszował: «Umarła. Dobrze». Za czym w kilka dni nadszedł artykuł zaczynający się od słów: «Jak grom z jasnego nieba spadła hiobowa wieść» etc". Owym pisarzem przebywającym we Włoszech był Kazimierz Przerwa-Tetmajer, a artykuł Pieśń i czyn Konopnickiej został zamieszczony w 43 numerze "Tygodnika Ilustrowanego" z 1910 roku (s. 15).
Tomasik znów zmyśla. Zacytował obszernie list Boya do Izabeli Moszczeńskiej z 12 października 1928 roku [6], ale nie doczytał, że zdanie wcześniej Boy wyraźnie pisze: "Skoro tak gawędzimy, Pani Izo, opowiem Pani jedną anegdotę, którą świeżo słyszałem i która mnie bardzo zabawiła" i tu dopiero następuje dalej "Umarła Konopnicka..." etc. A więc Boy niczego nie "wspominał po latach", lecz opowiadał anegdotę, którą świeżo słyszał. Anegdotkę wprawdzie zabawną i zgrabnie wymyśloną (nie wiadomo, niestety, przez kogo), niemniej jednak nie nadającą się na źródło wiedzy o tym, co działo się "w momencie odnotowywania śmierci Konopnickiej". Już prędzej o tym, jak tę śmierć traktowano po prawie dwudziestu latach, w całkiem innej epoce.

Gdyby Tomasik sięgnął do artykułu Tetmajera z "Tygodnika Ilustrowanego" (zamiast ograniczyć się do przepisania wiadomości o nim z przypisu do listu Boya [7]), przekonałby się jeszcze, że anegdotka należy do tych bardziej swobodnych, bo słów w rodzaju "Jak grom z jasnego nieba spadła hiobowa wieść" w ogóle tam nie ma. Artykuł zaczynał się w tonacji znacznie mniej histerycznej ("Śmierć nielitościwa zabiera u nas ludzi - jakby ich za wiele było, a jest ich przecie tak mało") i choć nie brakowało w nim również patosu [8], to w sumie oceniał Konopnicką całkiem trzeźwo:

Z jej wierszy możnaby ułożyć katechizm wiary dla niższej inteligencyi polskiej, a ta właśnie jest przyszłością narodu.

Konopnicka to doskonale wiedziała i rozumiała, i z całym idealizmem swojej natury kierowała się i dążyła tam, dokąd iść i dążyć czuła swoją powinność.

Jeśli stanie jej pomnik, to grosze nań powinny w lwiej części iść z kalet chłopów, szwaczek, rzemieślników, a także nauczycielstwa ludowego, drobnych przemysłowców, niższych funkcyonaryuszy i urzędników, ludzi mało lub średnio wykształconych, bo dla nich to właśnie Konopnicka pisała i do nich umiała przemawiać (kursywa moja) [9].

Tomasikowi taka wizja Konopnickiej - pisarki usługowej "dla niższej inteligencyi polskiej" - powinna się spodobać. Sam przecież również jest usługowym pisarzem dla niższej nienormatywnej inteligencji polskiej, piszącym głównie okolicznościowe rozprawki ku pokrzepieniu gejowsko-lesbijskich serc.

[1] Krzysztof Tomasik, Homobiografie. Pisarki i pisarze polscy XIX i XX wieku, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008, s. 5. Dalej w nawiasach okrągłych strony z tego wydania.

[2] Nb. podejście Tomasika do Żydów również opiera się na stereotypach. Na stronie 149 cytuje z aprobatą Kingę Dunin, której w pewnym wywiadzie z Pawłem Hertzem bardzo brakowało wyjaśnienia "Jak to się stało, że [Hertz] pochodząc z żydowskiej zasymilowanej rodziny, nie miał nigdy żadnych ciągot liberalno-lewicowych i jest aż tak konserwatywny?". Najwidoczniej wedle tandemu Dunin-Tomasik Żyd nie może być ot, tak po prostu konserwatywny. Przeciwnie, powinien mieć "ciągoty liberalno-lewicowe" (to taka odmiana "żydokomuny" w wersji light), a jeśli akurat ich nie ma, powinien się przynajmniej z tej swojej "niewygodnej nienormatywności" wytłumaczyć.

[3] Można to wywnioskować z uwagi Tomasika, że "namiętne erotyki" (s. 25) Komornicka zaczęła pisać dopiero w stanie szaleństwa - jako Piotr Odmieniec Włast. Być może takie poetyckie sformułowania, jak "rozpaliła się moja krew ogniem nieczystym - piekielnym, wiecznym pożarem zakazanej żądzy" czy "Miałam serce drapieżne i szałem kochania rwało mi pierś na strzępy", są dla Tomasika za mało namiętne, ale wtedy wypadałoby je skonfrontować z Tomasikowym wzorcem namiętności (oba cytaty pochodzą z cyklu Czarne płomienie drukowanego w "Chimerze" w roku 1901; zob. Maria Komornicka, Utwory poetyckie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1996, s. 199, 202). Nb. Tomasikowi nie przychodzi do głowy, że szaleństwo Komornickiej mogłoby mieć inne przyczyny niż jej mniemany transseksualizm (s. 27). Tymczasem nie ma tu nic oczywistego i na przykład Maria Podraza-Kwiatkowska taką interpretację stanowczo wyklucza ("nic nie wskazuje na to, by była osobnikiem transseksualnym"). Choroba psychiczna Komornickiej rozwijała się zresztą na wiele lat przed ostatecznym załamaniem w 1907 roku i "transformacją" w Piotra Własta, a pierwsze symptomy wystąpiły po śmierci Gustawa Walewskiego, z którym Komornicka miała romans. Zaczęło się od "dziwacznego odzienia", okresów melancholii, później "zwidzeń i halucynacji" oraz "stanów katalepsji", przeplatanych jednak do czasu okresami względnego zdrowia. Zob. wstęp Marii Podrazy-Kwiatkowskiej do cytowanych wyżej Utworów poetyckich, szczególnie strony 7-14.

[4] Po śmierci Szymanowskiego rękopis powieści, nigdy nie ukończonej (zob. Jarosław Iwaszkiewicz, Spotkania z Szymanowskim, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1976, s. 58: "tylko tom pierwszy był starannie opracowany [...], drugi zaś był w stanie szkicowym"), trafił w ręce Jarosława Iwaszkiewicza. Niestety, tuż przed wybuchem wojny Iwaszkiewicz, chcąc rękopis lepiej zabezpieczyć, zawiózł go do swego warszawskiego mieszkania, które zostało zniszczone we wrześniu 1939 roku. Zob. Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1911-1955, Czytelnik, Warszawa 2007, s. 139: "Jeździłem wieczorem na Kredytową, mam większe zaufanie do tego mieszkania niż do Stawiska: zawiozłem parę obrazów i rękopis Karola Szymanowskiego. Może zrobiłem głupstwo".

[5] Zachowane fragmenty Efebosa można znaleźć w Pismach literackich Szymanowskiego (drugi tom Pism), których Tomasik w swojej bibliografii nie podaje. Tak więc albo o nich nie wie, albo też woli udawać, że ich nie ma, gdyż w przeciwnym wypadku, zamiast deklamować o "wydarzeniu bez precedensu", musiałby odnieść się do ich wartości literackiej. Tę zaś niewysoko się dziś ceni. Na przykład według Michała Głowińskiego, "jest to proza niebywale manieryczna" i w ogóle dość marne pisarstwo (zob. Amator kwaśnych jabłek. Z Michałem Głowińskim rozmawia Dariusz Zaborek, "Gazeta Wyborcza", 30 października 2010). A co dopiero począć z jawnie obecnymi w Efebosie wątkami antysemickimi i antyfeministycznymi? Więcej na ten temat w DODATKACH: "Efebos Karola Szymanowskiego albo aryjska męska zmysłowość".

[6] Został on wprawdzie przedrukowany w edycji listów Boya (zob. Tadeusz Żeleński (Boy), Listy, opracowała Barbara Winklowa, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1972, s. 276-279), ale w rzeczywistości był to tzw. list otwarty, opublikowany od razu w "Kurierze Porannym", czyli raczej felieton w formie listu.

[7] Zob. Listy, przypis 10 na stronie 280.

[8] Ale czy na pewno patosu było wtedy więcej niż w epoce i w środowisku bliższym Boyowi? W numerze z 8 sierpnia 1926 roku "Wiadomości Literackie" tak oto żegnały na pierwszej stronie Jana Kasprowicza: "Natchnieniu, pracy, genjuszowi! / Jana Kasprowicza, / poety wszechświata, / władcy słowa, / syna wielkości, / hołd pośmiertny składają / poeci "Skamandra" / i redakcja "Wiadomości Literackich"".

[9] Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Pieśń i czyn Konopnickiej, "Tygodnik Ilustrowany", 22 października 1910, nr 43, s. 867.