EBENEZER ROJT

"Dając całkowitą wiarę zeznaniu świadka Staubera..."
Donos na Zuzannę Ginczankę Zofię Chominową
i zwinięty w kulkę wiersz

Chomin - donosił porucznik Marceli Stauber w lipcu 1945 - znany mi jest ze Lwowa z okresu okupacji niemieckiej. Mieszkał on przy ul. Jabłonowskich 8a. Matka jego była dozorczynią w tym domu. Wraz z nimi mieszkała jego siostra oraz jej mąż Kowalski. [...]

W chwili wkroczenia Armii Czerwonej do Lwowa, Chomin brał udział w tzw. "powstaniu" AK. Był członkiem policji AK-owskiej, chodził przez kilka dni tzn. do chwili zupełnego oczyszczenia Lwowa od Niemców, z przewieszonym przez ramię automatem z opaską AK na ramieniu. Policja ta zajmowała się przez cały okres mordowaniem antyfaszystów. [...]

Matka i siostra Chomina niejednokrotnie udowodniły swoim postępowaniem, że podobnie jak i on wysługiwali się Niemcom, a nawet były na usługach Gestapo [1].

Porucznik Stauber napisał ten donos do Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego, takiej wojskowej bezpieki, więc machina, rzecz jasna, ruszyła. Najpierw powoli, jak żółw ociężale, choć może głównie dlatego, że donos za bardzo przypominał barwne oskarżenia, jakich wtedy w prywatnych porachunkach nie brakowało.

Jednak wkrótce do pierwszego donosu doszły nowe: Władysława Bieńkowskiego i jego żony oraz Ludwiki (Lusi) Gelmont, używającej wtedy nazwiska Karwowska, a już niebawem żony Marcelego Staubera. Odtąd sprawa nabiera tempa. 23 stycznia 1946 r. wojsko przekazuje jej akta do osławionego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, jednego z filarów nowej stalinowskiej Polski, a już następnego dnia Marian Chomin i jego matka, Zofia Chominowa, zostają aresztowani i osadzeni w więzieniu śledczym.

Oboje nie przyznają się do winy, ale na pierwszą rozprawę muszą czekać niemal dwa i pół roku! Prawdopodobnie zebrany materiał dowodowy został uznany (słusznie) za marny, więc cierpliwie czekano aż oskarżeni w więzieniu sami skruszeją. Na próżno. Chominowie do końca zaprzeczają nawet najdrobniejszym zarzutom.

Na nic by się im to jednak nie zdało, gdyby nie to, że sąd z przedwojennym sędzią Tadeuszem Krassowskim jako przewodniczącym (był sędzią w sprawie o zabójstwo Gabriela Narutowicza) starał się jak mógł, by zminimalizować skutki tej lawiny donosów Staubera i jego znajomych.

Wydając wyrok w dniu 19 listopada 1948 sąd przede wszystkim zmienił kwalifikację przestępstwa Zofii Chominowej. Oskarżono ją bowiem o przestępstwo przewidziane w artykule 1 ustęp 2 dekretu nazywanego potocznie sierpniówką, za co groziła obligatoryjnie kara śmierci. To właśnie w zgodzie z przepisami tego dekretu zamordowano generała Augusta Emila Fieldorfa, "Nila".

Za to po zmianie kwalifikacji na przestępstwo przewidziane w artykule 2 sąd miał już możliwości manewru. Mógł zasądzić po prostu zwykłą karę więzienia - chociaż "na czas nie krótszy od lat trzech". Zofii Chominowej zasądził tych lat cztery. Ciut ponad przewidziane minimum. Być może dlatego, że na poczet kary zaliczało się także aresztowanie tymczasowe, toteż gdyby dał trzy lata, Chominowa wyszłaby na wolność już po nieco ponad dwóch miesiącach od rozprawy, co mogłoby wzburzyć żądnych krwi oskarżycieli.

Ale za to Mariana Chomina sąd całkowicie uniewinnił. Choć zrazu to właśnie on był głównym oskarżonym, a dowody przeciwko niemu nie były gorsze niż w wypadku Zofii Chominowej. W obu wypadkach były równie marne. Ktoś coś kiedyś podobno widział, ktoś coś podobno od kogoś słyszał etc. etc. [2].

Czemu zatem sąd nie uniewinnił również jego matki? Otóż oskarżeni - Chominowa i jej syn - byli wtedy nikim, wiórami historii (bo gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą). Natomiast ich oskarżyciele należeli do - jak to potem określano - właścicieli Polski Ludowej, tych właśnie rąbiących drwali. W 1948 roku Władysław Bieńkowski jest członkiem sekretariatu Komitetu Centralnego PPR, a inspirator oskarżenia i główny oskarżyciel, Maurycy Stauber - naczelnikiem Wydziału Lekarsko-Sanitarnego Departamentu Więziennictwa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Donosy kogoś takiego po prostu nie mogły pozostać bez żadnego skutku.

Była to więc modelowa sytuacja, w której "ktoś musi pójść do więzienia" - jak mówi Harvey Keitel w Skarbie narodów. Choćby za coś, co (jak rzucone w gniewie słowa) zasługuje najwyżej na grzywnę albo nawet (czego też nie można wykluczyć) za niewinność. Tak, za niewinność, bo gdy nie ma dowodów, w cywilizowanym świecie obowiązuje domniemanie niewinności. Nb. Marian Chomin właśnie za niewinność przesiedział niemal trzy lata!

Ależ co ty opowiadasz, Ebenezerze! Jakie domniemanie!? Jaka niewinność!? Przecież wszyscy wiedzą, że ci Chominowie to były szumowiny, szpicle i folksdojcze, a sama Chominowa to ta "donosicielka chyża" ze wstrząsającego wiersza Zuzanny Ginczanki. Niemal archetyp okupacyjnej antysemitki-donosicielki.

Wszyscy wiedzą - bo też taki miał być dodatkowy skutek tych donosów, tak o tym procesie pisano wtedy w gazetach i tak to powtarza się do dzisiaj. W całkowitej zgodzie z polityką nowej komunistycznej władzy, którą zwięźle ujęła w swoim dzienniku Maria Dąbrowska w notatce z tego samego 1948 roku:

Wolno pisać tylko, że Polacy z wyjątkiem komunistów byli szpiegi, zdrajcy, świnie i szantażyści [3].
Odciskała się ta polityka również na procesach wytaczanych w oparciu o przepisy sierpniówki. Aczkolwiek uczciwy sąd mógł czasem pośrednio dać do zrozumienia, że znajduje się między Scyllą a Charybdą. Wydać oczekiwany wyrok i jednocześnie pokazać, że jest to wyrok dęty.

I tak właśnie było w tym wypadku.

Sąd z jednej strony deklarował, że bez zastrzeżeń wierzy naczelnikowi Stauberowi ("Dając całkowitą wiarę zeznaniu świadka Staubera..."), choć z drugiej strony gdyby naprawdę mu wierzył, to Marian Chomin za zajmowanie się - jak to ujął Stauber w swoim pierwszym donosie - "mordowaniem antyfaszystów", a Zofia Chominowa za bycie "na usługach Gestapo" powinni zawisnąć na stryczkach.

Co więcej, w uzasadnieniu wyroku sąd przytoczył także najbardziej absurdalny fragment zeznania Staubera - jakby chciał podkreślić, w co zmuszony był dawać "całkowitą wiarę" wbrew wszelkiej logice:

Co się zaś tyczy Ginczanki, to gdy wtedy niemcy zaaresztowali Ginczankę, wyprowadzili ją razem z jej mężem - oskarżona Chominowa stała wtedy przed bramą domu, na widok Ginczanki splunęła i powiedziała "dobrze im Żydom". Świadek Stauber widział to wszystko i słyszał, jak zeznał na rozprawie głównej, gdyż stał on wtedy po przeciwnej stronie ulicy (Sprawa Chominów, s. 404; wyróżnienie moje; poprawiłem oczywistą literówkę; pisownia "niemcy" być może w oryginale intencjonalna).
Przedstawcie sobie sami tę scenę. Niemcy akurat przyszli po Żydów, panika, Żydzi się chowają po różnych zakamarkach, a Stauber, przecież też Żyd, stoi jak gdyby nigdy nic po przeciwnej stronie ulicy i nie tylko wszystko to ze spokojem obserwuje, ale jeszcze dokładnie słyszy, co przed bramą mówi do Ginczanki Chominowa [4].

Co do Chominowej zaś, to gdyby brać serio wszystkie oskarżające ją zeznania, trzeba by ją uznać za donosicielkę wprost patologicznie nieudolną. Podobno donosiła na Ginczankę przez okrągły rok - to Ukraińcom, to Niemcom - ale porządnie donieść nie udało się jej ani razu. Zero skuteczności. Sąd nie znalazł ani jednego przypadku, by ktokolwiek wpadł w niemieckie ręce wskutek mniemanego donosu Chominowej i ostatecznie uznał, że zawiniła ona głównie "zbyt rygorystycznym pojmowaniem swych obowiązków dozorczyni" (Sprawa Chominów, s. 405).

Wynika też z tych zeznań jakoby Ginczanka kilka razy została ujęta przez Niemców, ale zawsze jakimś cudem się ratowała. I to bez niczyjej pomocy. To "zdołała wykupić się", to znów "zdołała zbiec" (Sprawa Chominów, s. 397, 400). A potem, mimo tak wielkiego grożącego jej niebezpieczeństwa, wracała do domu, na tę samą ulicę Jabłonowskich 8a, gdzie w bramie czyhała już na nią Chominowa.

Owszem, Zuzanna Ginczanka nie przypominała eterycznej poetessy i w każdych warunkach umiała twardo zadbać o swoje. Gorzko o tym pisał Hugo Steinhaus [5], a Marian Eile dostał od niej podobno list, którego "nie powstydziłaby się ostatnia ordynarna kuchta" [6]. Ale utrzymywanie, że właśnie dzięki swemu charakterowi przez rok wodziła za nos niemiecką policję, to już przesada.

Ale co z wierszem, Ebenezerze? Co z tym wstrząsającym wierszem Ginczanki? Tam przecież wszystko zostało wyraźnie napisane. Oskarżenie zza grobu. Po nazwisku. Czy trzeba czegoś więcej?

Na pozór wydawałoby się, że niczego więcej nie trzeba. Z pewnością również dla sądu wiersz nieżyjącej poetki miał stać się argumentem nie do zlekceważenia (i właśnie dlatego znalazł się w aktach). Ale też historia tego wiersza jest znacznie bardziej zagadkowa, niż moglibyście przypuszczać.

Jego odpis został dołączony przez Ludwikę (Lusię) Karwowską (de domo Gelmont, primo voto Horowitz, wkrótce Stauber) do akt sprawy przeciwko Chominom w listopadzie 1945 roku [7]. Natomiast wydrukowano go w "Odrodzeniu" dopiero cztery miesiące później, pod koniec marca 1946! Najwidoczniej dla Lusi Stauber (tak odtąd będę ją nazywał) sąd był dużo ważniejszym czytelnikiem niż publiczność literacka.

To akurat o niczym nie przesądza. Rzecz jednak w tym, że Lusia Stauber wyjechała ze Lwowa do Warszawy w 1941 roku i od tamtej pory już się z Zuzanną Ginczanką nie widziała. Skąd zatem wziął się u niej ten ostatni wiersz zamordowanej przez Niemców przyjaciółki? Otóż - nie wiadomo!

Nie udało się tego ustalić także Izoldzie Kiec, najwybitniejszej badaczce życia i twórczości Zuzanny Ginczanki.

Dołączona do akt procesu Chominów kartka z tekstem utworu jest wyłącznie odpisem wykonanym inną, nie Zuzanny Ginczanki, ręką - wydaje mi się, że nie jest to rękopis Lusi Stauber, która przekazała wiersz jako dowód w sprawie Chominów do sądu. [...] Stauberowa wielokrotnie powtarzała, że nie pamięta, kto jej przekazał ów wiersz (Kiec, s. 383).
Było z tą jej pamięcią nawet znacznie gorzej, bo podawała wersje sprzeczne. Raz twierdziła, że wiersz dostała w liście z więzienia na Montelupich [8], to znów, że dostała go "na pomiętej kartce" od kogoś w Krakowie w mieszkaniu, w którym spodziewała się zastać Ginczankę [9]. W jeszcze innej wersji wiersz przetrwał niczym gryps w postaci "zwiniętej, zniszczonej kulki papieru" [10].

Przyjmuje się (ale w tej historii nic nie jest pewne), że krakowskie aresztowanie Ginczanki było nagłe i niespodziewane i że mieszkała wtedy u ludzi, których bliżej nie znała. Dlaczego zatem ktoś aż tak nieważny, że wypadł Lusi Stauber z pamięci, miałby zainteresować się pozostawioną pomiętą kartką albo kulką papieru? A jeśli z kolei tę kartkę zdążono mu jakimś cudem wcześniej powierzyć, dlaczego miałby oddać ją pierwszej osobie, która się zgłosiła? I która bez pytania o cokolwiek wzięła tę kulkę w drzwiach i odwróciła się na pięcie. A potem zapomniała, kogo w tych drzwiach widziała.

Z tym łączy się także fundamentalna kwestia ustalenia, co właściwie napisała Ginczanka. Istnieją różnice między odpisem (niepełnym) znajdującym się w aktach sądowych i tym, co później wydrukowało "Odrodzenie" (obie te wersje wraz z wersją dziś obowiązującą zamieszczam niżej w aneksie). Nadto Julian Przyboś, który wiersz przygotował do druku, odrobinę go przeredagował. Potem wprawdzie przyznał się do wprowadzenia jednej poprawki, ale nie ukrywał, że miał ochotę na więcej. Może więc nie do wszystkiego się przyznał? [11].

Ale dlaczego o to pytasz, Ebenezerze? Gdzież tu zagadka? Przecież wystarczy raz jeszcze uważnie przeczytać - słowo po słowie - to, co znajduje się na tej pomiętej kartce, którą miał w ręku Przyboś - i wszystko będzie jasne.

Otóż - tej kartki nie ma! Zniknęła! Wstrząsające świadectwo, które, zdawałoby się, powinno zostać z czcią zachowane, tajemniczo zniknęło. Testament Ginczanki to wiersz-meteor: pojawia się nagle i zaraz potem znika. I dziś na dobry ład nikt nie wie, skąd się wziął i gdzie przepadł.

Wiadomo jedynie, że pojawił się w listopadzie 1945 roku i zniknął w marcu 1946 roku. Wcześniej nie tylko nikt go nie widział, ale nawet o nim nie słyszał, chociaż podobno (według Stauberowej) powstał już w roku 1942. Nic o nim nie wiedział choćby Franciszek Gil, literat, który też zeznawał w sprawie Chominów, a z Ginczanką widział się jeszcze w sierpniu 1943 we Wróblowicach pod Krakowem i o tym ostatnim z nią spotkaniu pisał obszernie w relacji wysłanej po wojnie Kazimierzowi Wyce (Kiec, s. 331).

Nic też nie wiadomo, by między listopadem 1945 a marcem 1946 widział ten wiersz ktoś, kto na podstawie charakteru pisma mógłby potwierdzić (albo wykluczyć) autorstwo Ginczanki. Jedynym gwarantem autentyczności oraz integralności tego wiersza jest więc Lusia Stauber, osoba nad wyraz mało wiarygodna. Z jednej strony mająca dziwne problemy z pamięcią, z drugiej zaś - dobrze pamiętająca, żeby o pewnych sprawach w ogóle nie wspominać. O czym przekonała się Izolda Kiec:

Fakt przekazania rękopisu przez Ludwikę Stauber Kurylukowi [redaktorowi "Odrodzenia"] podałam w monografii poetki wydanej w 1994 roku, powołując się na korespondencję ze Stauberową [...]. W późniejszych wywiadach Ludwika Stauber czasem powtarzała tę informację, ale też zmieniała wersję wydarzeń. Z nieznanych mi przyczyn nie powiedziała mi o procesie Chominów, milczał o nim również Marek Stauber, mimo że z obojgiem spotykałam się kilkakrotnie (Kiec, s. 388, przypis 16; Marceli Stauber używał również imienia Marek).
Wygląda na to, że po latach sami Stauberowie uważali ten proces za coś raczej wstydliwego. Może też Lusia wolała nie wspominać, że wiersz swej nieżyjącej przyjaciółki wykorzystała w pierwszym rzędzie jako załącznik w procesie, do którego doprowadził swoim donosem jej mąż.

Nawiasem mówiąc, sądowy odpis tego wiersza był bardzo niechlujny i nietrudno zauważyć, że poezja przegrała w tym wypadku z donosem. Ktoś chyba nawet nieźle nudził się przy przepisywaniu. Najpierw bezmyślnie przepisał dwa razy to samo, a potem - może tym zeźlony - całkiem się zniechęcił. Dlatego zamiast nawiązującej do Słowackiego poetyckiej pointy sądowi musiało wystarczyć prozaiczne "i. t. d.". Co zresztą i tak nie robiło różnicy, skoro liczyło się wyłącznie imienne oskarżenie podkreślone na pierwszej stronie grubą czerwoną krechą.

Tyle tylko, że nic się w tym poetyckim oskarżeniu nie zgadza!

O zadziwiającej nieskuteczności Chominowej, rzekomej "donosicielki chyżej", już wspominałem. Zofia Chominowa nie była także żadną "żoną szpicla". Jej męża nie oskarżali o szpiclowanie nawet Stauber i spółka. Nie była również "matką folksdojczera". Marian Chomin został powołany do Baudienstu, przymusowej służby budowlanej; na tyle uciążliwej, że akurat volksdeutschów do niej nie powoływano. Został zresztą uniewinniony.

W donosach Staubera i spółki nie ma też ani słowa o tym, by Chominowa rzeczywiście wyszperała komuś jakieś "rzeczy żydowskie". Nie mogłoby to jej nawet przyjść do głowy, bo wszyscy tam gnieździli się w podnajmowanych pokojach, gdzie nie było nic do wyszperania. Również "moje dumne włości", od których zaczyna się wiersz Ginczanki, to tylko poetycka fantazja podszyta ironią. Ginczanka nie miała przecież ani drogocennej pościeli, ani jasnych sukni, nie mówiąc już o lichtarzach, dywanach czy złocie.

Poezji takie fantazje nie szkodzą, "wiele bo kłamią śpiewacy" - jak powiada Nietzsche powołując się na Homera. Problem zaczyna się wtedy, gdy poetycką fantazję traktuje się jako dowód w porachunkowym procesie.

Proces, który był pierwotnie wymierzony w Mariana Chomina - pisze Izolda Kiec - zakończył się osadzeniem w więzieniu jego matki. Nie było w sprawie mocnych dowodów. Słowo przeciwko słowu. Tyle że jedno z tych słów miało poetycki wymiar - który i tak mu odebrano w sądowej sali, czytając dosłownie, manipulując znaczeniami na poziomie faktów. Bo gdyby to wiersz Ginczanki - nie wiadomo skąd w posiadaniu świadka Ludwiki Karwowskiej i to prawdopodobnie nawet nie w oryginale, lecz w odpisie - miał być kluczowym dowodem w sprawie, który wpłynął na zmianę głównego oskarżonego, to dlaczego pominięto, nawet nie wezwano na przesłuchanie męża Chominowej - nazwanego w utworze "szpiclem"? Dlaczego nie pytano o "bliskich", o nowych właścicieli "rzeczy żydowskich"?

Wydaje się, że i proces, i wiersz służyć miały w innej sprawie. W załatwianiu innych porachunków. Pomiędzy tymi, którzy przeżyli (Kiec, s. 379).

Zuzanna Ginczanka została zamordowana przez Niemców. Zofia Chominowa nie miała z tą śmiercią nic wspólnego, ale mimo to odsiedziała cztery lata. Takie są fakty. Reszta to fantazja.

Tymczasem dziś nawet autorzy książek mających ambicje naukowe, podtrzymują tę fantazję i wiersz załączony do akt sądowych przez Lusię Stauber cytują tak, jakby był to niemal dokument historyczny [12].

Niektórzy zaś idą jeszcze dalej:

Chominowa występuje w wierszu jako żona i matka, wraz z mężem szpiclem i synem folksdojczem tworzą rodzinne stado (hien) sprzymierzone przeciwko samotnej, ukrytej kobiecie. W ten sposób reprezentują polską zbiorowość przeciwko Żydom, z których każdy jest krańcowo samotny. Powtórzmy więc jeszcze raz: oto mamy stado hien, w trawestacji wiersza Słowackiego zajmujących miejsce tych "zjadaczy chleba", z którymi poeta wiązał duchowe nadzieje [13].
Szpicle, folksdojcze, polska zbiorowość reprezentowana przez stado hien. Wszystko dalej tak samo, jak to już w 1948 roku widziała Maria Dąbrowska.

Wypadałoby więc wreszcie skończyć tę chucpę ze stalinowskim Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego w tle. Tym bardziej, że o tym, co tutaj wam opowiedziałem, wiadomo już od dawna. Choć może poszczególne fragmenty tej układanki jakoś nie bardzo chciały się złożyć w całość.

Toteż - jak powiada Pascal - "niech nikt nie mówi, że nie powiedziałem nic nowego; rozmieszczenie treści jest nowe".

[Aneks. Wiersz rozwinięty z kulki]

Zuzanna Ginczanka, Testament, odpis w aktach sprawy Chominów (pierwsza karta: Archiwum Państwowe w Warszawie, sygnatura: KW_95223_O-1, reprodukowana na stronie culture.pl; druga karta, czarno-biała, reprodukowana w: Izolda Kiec, Ginczanka. Nie upilnuje mnie nikt, Marginesy, Warszawa 2020, s. 385).


Zuzanna Ginczanka, *** [Non omnis moriar - moje dumne włości], "Odrodzenie" 1946, nr 12, s. 8; jp [Julian Przyboś], Ostatni wiersz Ginczanki, "Odrodzenie" 1946 nr 13, s. 10.


Zuzanna Ginczanka, *** [Non omnis moriar - moje dumne włości], [w:] Eadem, Poezje zebrane (1931-1944), wstęp i opracowanie Izolda Kiec, wydanie uzupełnione, poprawione i przejrzane, pierwsze w tej edycji, Marginesy, Warszawa 2019, s. 447-448.

Non omnis moriar - moje dumne włości,
Łąki moich obrusów, twierdze szaf niezłomnych,
Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel
I suknie, jasne suknie pozostaną po mnie.
Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica,
Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera,
Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla,
Donosicielko chyża, matko folksdojczera.
Tobie, twoim niech służą, bo po cóż by obcym.
Bliscy moi - nie lutnia to, nie puste imię.
Pamiętam o was, wyście, kiedy szli szupowcy,
Też pamiętali o mnie. Przypomnieli i mnie.
Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb i własne bogactwo:
Kilimy i makaty, półmiski, lichtarze -
Niechaj piją noc całą, a o świcie brzasku
Niech zaczną szukać cennych kamieni i złota
W kanapach, materacach, kołdrach i dywanach.
O, jak będzie się palić w ręku im robota,
Kłęby włosia końskiego i morskiego siana,
Chmury rozprutych poduszek i obłoki pierzyn
Do rąk im przylgną, w skrzydła zmienią ręce obie;
To krew moja pakuły z puchem zlepi świeżym
I uskrzydlonych nagle w aniołów przemieni.
[1] "Meldunek lekarza II-giej Brygady Saperów por. Marcelego Sztaubera (sic!) do Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego, datowany na 24 lipca 1945 roku". Cyt. za: Agnieszka Haska, "Znałam tylko jedną żydóweczkę ukrywającą się..." Sprawa Zofii i Mariana Chominów, "Zagłada Żydów. Studia i Materiały" 2008, nr 4, s. 395-396. Dalej cytuję ten artykuł jako Sprawa Chominów. Staram się cytować oszczędnie, gdyż jest on łatwo dostępny tutaj.

[2] Agnieszka Haska w swoim komentarzu do sprawy Chominów pisze wprawdzie, że Marian Chomin "przyznał się do służby w Baudienście" (Sprawa Chominów, s. 394), ale służba w Baudienście, przymusowej służbie budowlanej, nie była jako taka czymś nagannym. Przyznać się do służby w Baudienście brzmi niemal jak przyznać się do bycia wywiezionym na roboty do Niemiec.

[3] Maria Dąbrowska, Dzienniki 1914-1965 w 13 tomach, tom VI: 1948-1949, Polska Akademia Nauk. Wydział I Nauk Społecznych. Komitet Nauk o Literaturze, Warszawa 2009, s. 36.

[4] Na ten nonsens zwróciła uwagę również Izolda Kiec:

"Co wydaje się o tyle dziwne, że ulica Jabłonowskich jest dość szeroka i raczej nie ma możliwości, żeby usłyszeć cokolwiek, co mówi głosem o normalnym natężeniu osoba stojąca na przeciwległym chodniku" (Izolda Kiec, Ginczanka. Nie upilnuje mnie nikt, Marginesy, Warszawa 2020, s. 377, przypis 9). Dalej cytuję jako Kiec.

[5] Steinhaus nie miał specjalnie za złe Ginczance jej nowej komunistycznej wiary. O tym, że w sowieckim Lwowie przetłumaczyła wiersz o Dzierżyńskim i napisała w duchu nowej wiary wiersz W bitwie o urodzaj (w której to bitwie "nie ma łaski", bo "sięga po urodzaj wróg!"), pewnie nawet nie wiedział. Zabolało go, że tę nową wiarę bezwzględnie przekładała także na osobiste relacje.

"Byłoby bardzo u nas smutno, gdyby nie to, że [przychodziło do nas] [...] także wielu literatów, którzy odwiedzali zięcia [Jana Kotta] i Lidkę [córkę Steinhausa]. Zięć mój miał coraz to inny zawód [...]. W Sowietach łatwiej o wiele zawodów niż o jeden. Obserwując jego kolegów widziałem w nich dziwną zmianę. U jednych objawiło się to ostro, np. Ginczanka zerwała stosunki z Lidką przeszedłszy na komunizm. Przyboś nagle przestał mówić o pewnych sprawach, bladł i jąkał się, gdy go o nie pytano. Widocznie jako redaktor «Widnokręgów» musiał się bliżej zetknąć z NKWD" (Hugo Steinhaus, Wspomnienia i zapiski, w opracowaniu Aleksandry Zgorzelskiej, Aneks, Londyn 1992, s. 195).

[6] Okoliczności listu Zuzanny Ginczanki do Mariana Eilego, po wojnie słynnego redaktora naczelnego "Przekroju", podaję obszernie, bo historia ta mówi coś o lokatorach i atmosferze w kamienicy przy ulicy Jabłonowskich 8a.

"We Lwowie [Marian Eile] wynajmował pokój w kamienicy finansisty Mojżesza Horowitza przy ulicy Jabłonowskich 8a/3. Icek, syn Mojżesza, został pierwszym mężem Ludwiki Gelmont [która jako Ludwika Karwowska będzie potem autorką donosu na Chominową], najbliższej szkolnej przyjaciółki Zuzanny Ginczanki, poetki i współpracowniczki «Wiadomości Literackich», przedwojennej znajomej Eilego. Zuzanna również tam mieszkała. Właśnie wyszła za mąż za starszego o siedemnaście lat Michała Wienziehera, krytyka sztuki. Zarabiała na życie jako pomocnica buchaltera w biurze uzdrowiskowym, a w wolnych chwilach uczestniczyła w życiu towarzyskim miasta, tłumaczyła Majakowskiego i pisała wiersze.

Stosunki Eilego z Horowitzami nie są najlepsze. W listach do Katarzyny [Grzymalskiej] kilkakrotnie daje do zrozumienia, że chętnie by się wyprowadził, jednak możliwość znalezienia we Lwowie innego pokoju spełniającego jego kryteria - bez dzieci za ścianą, niezbyt daleko od centrum i nie «pod górkę» - była znikoma. Podobnie jak z Zuzanną i Michałem. Listy pełne są utyskiwań. Umówili się z Katarzyną, że w czasie jego nieobecności zamieszka w jego pokoju, ale zdaje się, że chęć zajęcia pomieszczenia miał również Michał Wienzieher. «Pokój jest zapisany na moje nazwisko i będę go bronił do ostatniej kropli krwi» - zapewnia Marian w kartce wysłanej z Rostowa nad Donem. W sprawie pokoju pisała do niego także Ginczanka. «Listu od Zuzanny nie powstydziłaby się ostatnia ordynarna kuchta» - relacjonował Katarzynie, przy okazji robiąc aluzję do «prowincjonalnego» pochodzenia urodzonej w Równem Ginczanki: «Jak to z człowieka Równe wychodzi…»" (Tomasz Potkaj, Przekrój Eilego. Biografia całego tego zamieszania z uwzględnieniem psa Fafika, Mando, Kraków 2019, s. 112).

[7] "Przy częstych wizytach policji niemieckiej, wiedząc iż w domu tym mieszka ludność żydowska Chominowa również informowała ich jak i gdzie można kogoś znaleźć. [...] Zuzanna Ginczanka będąc ciągle pod wrażeniem postępowania Chominowej napisała wiersz pod tytułem «Testament», który załączam" (Sprawa Chominów, s. 397; "Zeznanie Ludwiki Karwowskiej, złożone 30 listopada 1945 roku"; znak opuszczenia za artykułem Agnieszki Haskiej).

Nb. jest w tym zeznaniu kolejny przykład wewnętrznie sprzecznego opisu donosicielskiej działalności Chominowej. Wizyty policji podobno były częste, a Chominowa podobno za każdym razem "informowała ich jak i gdzie można kogoś znaleźć". Tyle że ostatecznie nikt nie został znaleziony i zatrzymany.

[8] "W pierwszym liście do mnie z 3 kwietnia 1990 roku [Lusia Stauber] napisała: «Z Montelupich przychodziły listy między innymi Testament, który ja dałam zaraz po wojnie Karolowi Kurylukowi». Wydaje się ta wersja niewiarygodna, gdyż więźniowie na Montelupich nie mogli swobodnie kontaktować się z rodzinami i znajomymi, obowiązywała ścisła cenzura. Pamiętamy zresztą, że Ginczanka przebywała w tym więzieniu w czasie śledztwa, tym bardziej zatem izolowana być musiała od zewnętrznego świata" (Kiec, s. 383-384).

Od zakończenia wojny mijał w marcu 1946 już prawie rok, toteż to "zaraz po wojnie" mocno się w tym wypadku ślimaczyło.

[9] "- 15 stycznia [1945] - opowiada doktor Lusia [Stauber] - pojechałam ze spalonej Warszawy do Krakowa. Poszłam do mieszkania, gdzie spodziewałam się zastać Zuzę i Blumkę, ale powiedziano mi, że przyszło po nie gestapo. Zabrali je do obozu w Płaszowie i tam obie zginęły. W tym mieszkaniu dostałam ten wiersz zapisany na pomiętej kartce" (Jarosław Mikołajewski, Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki, Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2019, s. 91).

Książka ukazała się w serii reporterskiej, ale jak to z polską szkołą literackiego reportażu bywa, prawda nie jest tu najważniejsza. Tym bardziej, że autor opowiada głównie o swojej fascynacji Ginczanką (czyli o sobie) i deklaruje: "Mocno wierzę w siłę empatycznej wyobraźni" (s. 126). Czego komentować nie będę, bo nieładnie jest szydzić z cudzej wiary.

Podobno Lusia Stauber pamiętała, że "podczas powstania wyciągała powstańców z kanałów" (s. 91), ale próżno pytać, co robiła w spalonej po powstaniu Warszawie i jak z niej wyjechała 15 stycznia, na dwa dni przed wyzwoleniem. Jeśli jednak przyjąć tę datę za dobrą monetę, wynikałoby z tego, że miała u siebie wiersz Ginczanki przez prawie rok, zanim pod koniec listopada poszła z nim do sądu, by załączyć odpis. Nic też nie wiadomo, by w tym czasie komukolwiek się pochwaliła, że oto odnalazł się cudem ocalony wiersz znanej poetki, już nie mówiąc o jego czytaniu - choćby w kręgu znajomych.

[10] "Jego rękopis w postaci zwiniętej, zniszczonej kulki papieru po wojnie znalazł się w rękach pani Lusi Stauber, przyjaciółki Ginczanki z rodzinnego Równego Wołyńskiego. Pani Stauberowa nie pamięta, kto dał jej ten wiersz" (Agata Araszkiewicz, Wypowiadam wam moje życie. Melancholia Zuzanny Ginczanki, Fundacja OŚKa, Warszawa 2001, s. 163; do ostatniego zdania przypis na tej samej stronie: "Z rozmowy telefonicznej autorki z panią Lusią Stauber z 13 listopada 1997 roku").

Nb. Lusia zmyślała w tej rozmowie na całego. Zrelacjonowała dokładnie nawet więzienną rozmowę Ginczanki z gestapowcami!

"W Krakowie-Płaszowie zapytano Ginczankę, kto jej dał sfałszowane dokumenty. Odpowiedziała, że Woźniakowski, bo była pewna, że on już nie żyje (widziano go na liście straconych). «Nie dość, że Żydówka, to jeszcze komunistka» - padła odpowiedź, gdyż Woźniakowski został uznany za komunistę" (s. 184).

Niestety, tego, kto opowiedział jej tę hagadyczną historię, też nie pamiętała.

Wiersz zwinięty w kulkę trafił również do bałamutnej książki Marii Stauber, córki Lusi:

"W Krakowie w styczniu 1945 roku, kiedy dotarłaś, Lusiu, z dworca piechotą na leżącą niedaleko Rynku ulicę Mikołajską 26, usłyszałaś, że Zuzę i Blumkę zabrano, i dostałaś wiersz zapisany na kartce zwiniętej w kulkę. Czy był to gryps z więzienia, czy może wiersz przechował się gdzieś w kąciku i pani Elżbieta Mucharska-Librowiczowa znalazła go, sprzątając mieszkanie? A może drzwi otworzyła ci owa Maria Sierocka? W każdym razie tobie go, Lusiu, wręczono, sądząc, że ty będziesz wiedziała, co z nim zrobić" (Maria Stauber, Musisz tam wrócić. Historia przyjaźni Lusi Gelmont i Zuzanny Ginczanki, Marginesy, Warszawa 2018, s. 253; wyróżnienie moje).

Opowieść Marii Stauber pełna jest oczywistych zmyśleń. Jan Lechoń był w latach 30. attaché kulturalnym ambasady polskiej w Paryżu, ale w tej książce Ginczanka spotyka Lechonia w 1935 roku w Ziemiańskiej i dowiaduje się, że nie stać go, biednego poetę, na nowe spodnie (s. 86). Akta sądowe sprawy Chominów rzekomo nazywają Ginczankę Ginzburgową (s. 188). Zwinięty w kulkę wiersz to "jedyny wojenny wiersz Zuzanny Ginczanki" (s. 253) - tak, jakby wojna zaczęła się dopiero w 1941 roku. Etc, etc., etc.

Bibliografię poprzedza podziękowanie: "Serdeczne podziękowania dla wszystkich autorów, których teksty były źródłem dla mojej wyobraźni" (s. 269; wyróżnienie moje). Nic dodać, nic ująć. Ta książka to bajka.

[11] Komentarz Przybosia to zresztą kolejna zagadka. Wbrew temu, czego można by się spodziewać, wiersz Ginczanki został wydrukowany mało okazale i wciśnięty razem z wierszem Stanisława Wygodzkiego do kolumny zatytułowanej "Rysunki Kramsztyka z Ghetta".

Za to już tydzień później Przyboś podkreśla w osobnej notce, jak bardzo jest tym wierszem wstrząśnięty i jak bardzo przypominał mu on gryps - jakby to podobieństwo miało gwarantować, że jest to niewątpliwy autentyk. A jednocześnie opowiada nonsensy.

"Wiersz odczytaliśmy ze zmiętej i podartej kartki, zapisanej przez poetkę ołówkiem, z kartki jak gryps więzienny szyfrowanej w niebezpiecznym miejscu. Z litery ż. domyśleć się trzeba było przymiotnika: żydowskie" (jp [Julian Przyboś], Ostatni wiersz Ginczanki, "Odrodzenie" 1946, nr 13, s. 10; skan całości w aneksie).

To teraz przeczytajcie wiersz Ginczanki bez przymiotnika 'żydowskie', tylko z samym ż, i sprawdźcie, co taki "szyfr" byłby wart, gdyby ten wiersz wpadł w niepowołane ręce. Przecież to niepoważne!

[12] Podaję wyłącznie te książki, w których zacytowany został cały wiersz; swoją drogą rzadkość w wypadku wiersza tej objętości, gdy książka nie dotyczy literatury. Joanna Tokarska-Bakir, Rzeczy mgliste. Eseje i studia, Pogranicze, Sejny 2004, s. 11. Jan Grabowski, Hunt for the Jews. Betrayal and Murder in German-Occupied Poland, Indiana University Press, Bloomington 2013, s. VII (na stronie V przekład angielski). Anna Bikont, My z Jedwabnego, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012, s. 417. Prowincja noc. Życie i zagłada Żydów w dystrykcie warszawskim, redakcja Barbara Engelking, Jacek Leociak i Dariusz Libionka, Wydawnictwo IFiS PAN, Warszawa 2007, s. 428-429.

[13] Bożena Umińska, Postać z cieniem. Portrety Żydówek w polskiej literaturze od końca XIX wieku do 1939 roku, Sic!, Warszawa 2001, s. 360; wyróżnienie moje. Książka nominowana w 2002 roku do Nagrody Literackiej "Nike". Autorka używała potem także nazwisk Umińska-Keff i Keff.

Nie jest to bynajmniej odosobniony wybryk:

"Chominowa - skrupulatna wykonawczyni ustaw antysemickich od momentu upublicznienia jej danych na kartach poetyckiego tomu stała się synonimem nikczemnej donosicielki, cmentarnej hieny. W testamencie prześladowanej zapisany został jej osobliwy spadek - odpowiedzialność i wstyd. Naznaczona hańbą została też cała jej podła rodzina - mąż szpicel i syn folksdojczer" (Miłosz Piotrowiak, Idylla/testament. Wiersze przebrane. Testament/idylla. Wiersze przybrane, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2013, s. 44).